Przejdź do zawartości

Akta kryminalne pod l. 113/Tom II/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Akta kryminalne pod l. 113
Wydawca Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów"
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Dossier nº 113
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IX.

Clameran powiedział Raulowi:
— Przedewszystkiem uważaj, jak będziesz wchodził, twój widok sam powinien powiedzieć wszystko i zastąpić niepodobne objaśnienia.
Przestroga była niepotrzebna.
Wchodząc do saloniku, Raul był tak blady i zniszczony, oczy jego wyrażały taki obłęd, że spostrzegłszy go pani Fauvel nie mogła powstrzymać okrzyku:
— Cóż to za nieszczęście zdarzyło ci się Raulu?
Dźwięk tego głosu tak pełnego czułości, wywarł na młodym łotrze wrażenie prądu elektrycznego. Dreszcz przebiegł po nim od stóp do głowy. Ale zarazem jasno mu się zrobiło w umyśle. Ludwik nie omylił się: Raul wstępował w swą rolę, był na scenie, przychodziła mu pewność siebie, natura oszusta brała górę.
— Nieszczęście, jakie mi się zdarzyło, — rzekł, — będzie już ostatniem, moja matko!...
Pani Fauvel nigdy go takim nie widziała: wstała drżąca, wzruszona, i stanęła przed nim, twarzą prawie dotykając twarzy, jak gdyby wpatrując się w niego całą siłą woli, chciała czytać w nim aż do głębi duszy.
— Cóż to jest? — nalegała, — Raulu, synu mój! odpowiadaj!
Odstąpił nieco dalej.
— To jest, — odpowiedział głosem stłumionym, który jednak drgał we wnętrznościach pani Fauvel; — to jest, moja matko, że nie jestem godny ciebie, nie godny mojego zacnego i szlachetnego ojca...
Poruszyła głową, jakby na znak zaprzeczenia.
— Oh! — mówił dalej, — znam ja się i oceniam. Nikt nie mógłby mi tak okropnie wyrzucać bezczelności mojego postępowania jak ja sam sobie wyrzucam. Jednak jam się zły nie urodził, jestem tylko nikczemnym szaleńcem. Są chwile, w których ogłupiony, nie wiem co robię. O! nie byłbym takim, matko, gdybym od dzieciństwa miał cię przy sobie. Ale wychowany między obcymi, oddany sobie samemu, bez innej rady prócz własnego instynktu, ustąpiłem bez walki moim namiętnościom. Nie mając nic, nosząc skradzione nazwisko, jestem próżny i pożerany ambicją. Niestety! gdy ciebie znalazłem, już złe się stało. Twoje uczucie, twoja czułość macierzyńska, która mnie jedynem szczęściem obdarzyła na ziemi, nie mogła mnie powstrzymać. Ja, com tyle wycierpiał i tyle znosił prywacji, dałem się oślepić temu tak nowemu dla mnie przepychowi, który ty rozwinęłaś przedemną. Rzuciłem się na ros kosze, jak pijak na wódkę...
Raul wyrażał się z tak głębokiem przekonaniem, tak pociągająco, że pani Fauvel nie śmiała mu przerywać.
Słuchała niema, przerażona, nie śmiejąc pytać, pewna, że dowie się czegoś okropnego.
On tymczasem mówił dalej:
— Tak, byłem szalony. Szczęście przeszło obok mnie, a ja nie umiałem wyciągnąć ręki, aby je zatrzymać. Odepchnąłem słodką rzeczywistość i poszedłem za widmem. Ja, com był powinien życie u kolan twoich przepędzić, jak gdybym się uwziął na to, by ci zadawać najokropniejsze ciosy, nękać cię, uczynić najnieszczęśliwszą z istot... Ach! jakże byłem nędzny, kiedym dla istoty, którą pogardzałem, rzucał na wiatr fortunę, której każdą sztukę złota ty łzą opłacałaś. Przy tobie było szczęście, uznaję to zapóźno...
Przerwał, jak gdyby przywalony ciężarem złego; zdawało się, że wybuchnie płaczem.
— Nigdy nie jest zapóźno do poprawy i zadośćuczynienia, mój synu! — szepnęła pani Fauvel.
— Ach! gdybym mógł!... — zawołał Raul, — ale nie!... już nie czas... Czyż ja wiem wreszcie, jak długo trwałyby moje dobre postanowienia. Ja nie od dzisiaj potępiam siebie bez litości. Przejęty uczuciami, za każdym nowym błędem poprzysięgałem sobie zyskać napowrót mój własny szacunek. Niestety! na cóż się przydały moje perjodyczne skruchy? Za pierwszą sposobnością zapominałem o wstydzie moim i przysięgach. Ty sądzisz, żem człowiek, a jestem tylko dzieciakiem, bez żadnego gruntu. Jestem słaby i nikczemny, a ty nie jesteś dość silną, by zapanować nad moją słabością, by kierować moją wolą chwiejącą. Mam najlepsze intencje, a czyny moje są czynami zbrodniarza. Pomiędzy stanowiskiem mojem a życzeniami mojemi, dysproporcja jest zbyt wielka, bym mógł się zrezygnować. Kto wie nareszcie dokąd by mnie doprowadził mój opłakany charakter...
Zrobił gest straszliwy i dodał:
— Ale ja będę umiał wymierzyć sobie sprawiedliwość!...
Pani Fauvel była okrutnie wzburzona.
— Mówże! — wołała, — wytłumacz się! czyż nie jestem twoją matką? Winieneś mi prawdę! ja wszystko powinnam wiedzieć!
Zdawał się wahać, jakby sam przerażony ciosem, który miał zadać matce. Nareszcie głuchym głosem wyrzekł:
— Jestem zgubiony!...
— Zgubiony!...
— Tak, i nie mam się już czego obawiać, ani oczekiwać. Jestem odarty z czci, i to przez moją własną winę.
— Raulu!...
— Tak jest. Ale nie obawiaj się, matko; nie będę ja nurzał w błocie imienia, które mi dałaś. Będę miał przynajmniej tę pospolitą odwagę, iż nie przeżyję własnego honoru. Nie żałuj mnie, matko... Ja jestem jeden z tych, za którymi upędza się zły los, i których ucieczka tylko w śmierci. Jestem tknięty fatalizmem... Czyż nie byłaś skazaną na to, aby przeklinać moje na świat przyjście? Długo wspomnienie o mnie, nawiedzało cię w nocach bezsennych, jak wyrzut sumienia. Później znajduję cię, iw nagrodę twych poświęceń, wnoszę do twego życia żywioł smutku...
— Niewdzięczny!... czym ja ci kiedy uczyniła jaki wyrzut?
— Nigdy! To też błogosławiąc ci, i z twem drogiem imieniem na ustach umrze twój Raul...
— Ty umrzesz!...
— Tak być musi matko! honor to nakazuje; skazany jestem przez sędziów nieubłaganych: przez wolę moją i sumienie.
Przed godziną pani Fauvel byłaby przysięgła, że Raul przyprawił ją o najcięższe cierpienie, jakie kobietę dosięgnąć może; a on tymczasem przynosił jej nowy ból i to tak dotkliwy, że wszystkie inne w porównaniu z nim wydały się niczem.
— Cóżeś więc takiego uczynił? — zapytała lękliwie.
— Powierzono mi pieniądze, poszedłem grać, przegrałem...
— Jakaż to suma?
— Nie wielka, ale ani ty matko, ani ja nie będziemy mogli jej znaleźć. Biedna matko! czyż nie odarłem cię ze wszystkiego? Czyż nie oddałaś mi do ostatniej kosztowności?
— Ale pan Clameran jest bogaty, oddał cały swój majątek na moje usługi, każę zaprządz i pojadę do niego...
— Pan Clameran wyjechał na cały tydzień, a ja dziś wieczór albo muszę się uiścić, albę jestem zgubiony. Oh, obmyślałem wszystko, zanim się zdecydowałem, w dwudziestym roku nie łatwo się rozstaje z życiem!...
Wyciągnął do połowy pistolet z kieszeni, i dodał z przymuszonym uśmiechem:
— Mam czem uregulować interesa.
Pani Fauvel zanadto była wstrząśniętą, aby mogła należycie ocenić niecny podstęp Raula.
Zapominając o przeszłości, nie dbając o przyszłość, cała w teraźniejszości zatopiona, widziała jedną rzecz tylko, to jest, że syn jej ma umrzeć, zabić się, a ona nic nie może, by go wstrzymać od samobójstwa.
— Zaczekaj, — rzekła, — Andrzej nie zadługo powróci, powiem mu, że potrzebuję... Ileż to ci powierzono.
— Trzydzieści tysięcy franków.
— Będziesz je miał jutro.
— Ja je muszę mieć dziś wieczór.
Czuła, że rozum ją opuszcza, ręce łamała z rozpaczy.
— Dziś wieczór! — zawołała, — czemuż nie przyszedłeś wcześniej? — Czyż nie miałeś do mnie zaufania?... Dziś nie ma już nikogo w kasie... gdyby nie to!...
Raul czekał na to słowo, pochwycił go w lot; wykrzyknął radośnie, jak gdyby jaki promień nagle oświetlił mrok istotnej rospaczy.
— W kasie! — zawołał, — ale ty wiesz gdzie jest klucz?
— Wiem, jest tam.
— A więc...
Patrzył na panią Fauvel z tak piekielną zuchwałością, że spuściła oczy.
— Daj mi go matko! — błagał.
— Nieszczęsny!
— Ja żądam od ciebie życia.
Prośba ta zdecydowała ją; wzięła świecę, przeszła szybko do swego pokoju, otworzyła biurko i znalazła klucz pana Fauvela.
Ale w chwili, gdy go miała oddać Raulowi, rozum odzyskała.
— Nie, — jęknęła, — nie, to niepodobna!
On nie naglił, a nawet zdawał się odchodzić.
— W samej rzeczy, — rzekł, — a więc... matko! ostatni pocałunek....
Zatrzymała go.
— Cóż zrobisz z tym kluczem Raulu, czy wiesz wyraz?
— Nie, ale można spróbować.
— Czyż nie wiesz, że pieniędzy na noc nigdy w kasie nie ma!
— Sprobójmy w każdym razie. Jeżeli cudem jakim otworzę, jeżeli są pieniądze w kasie, to znak, że Bóg ulitował się nad nami.
— A jeżeli nie ma, czy przysięgasz mi poczekać do jutra?
— Na pamięć ojca mojego, przysięgam!
— Masz więc klucz chodźmy!
Bladzi i drżący, Raul i pani Fauvel przeszli przez gabinet bankiera i spuszczali się po krętych schodach, łączących mieszkanie z biurami.
Raul szedł naprzód ze świecą, trzymając w skurczonych palcach klucz od kasy.
W tej chwili pani Fauvel była przekonaną, że próba Raula będzie daremną.
Przez kilka sekund wahania, w chwili odejście, miała czas namyśleć się. Znając system zamykania kasy wiedziała, że zamek stanowi najmniejsze zabezpieczenie i że klucz na nic się nie przydał temu, kto nie wiedział wyrazu. A zdawało jej się niepodobnem, ażeby Raul znał ten wyraz, którego ona sama nie wiedziała. Gdzie i jakim sposobem mógłby się o nim dowiedzieć?
Przypuściwszy nawet, że najdziwniejszym z trafów mógłby otworzyć kasę, to znowu wiedząc o zwyczajach domowych, pewną była, że w niej nie wiele pieniędzy znaleźć się może, gdyż fundusze zawsze były przechowywane w banku.
Była więc prawie uspokojoną co do następstw tego oburzającego kroku, i obawiała się tylko rozpaczy Raula po doznanym zawodzie.
Dla tego tylko podała rękę do tak sromotnego czynu, że polegała na słowie Raula, i chciała zyskać na czasie.
— Gdy się przekona, że daremna nadzieja i usiłowania, — myślała, — to poczeka, przysiągł mi, do jutra, a wtedy ja... jutro... jutro...
Co miała zrobić jutro nie wiedziała, i darmo zadawała sobie pytania. Ale w gwałtownych wydarzeniach najmniejsza zwłoka daje nadzieję, jak gdyby krótkie wytchnienie było ocaleniem stanowczem.
Przyszli do biura Prospera i Raul postawił świecę na Wysokiem miejscu tak, iżby oświetlała całą izbę.
Odzyskał jeżeli nie całą zimną krew, to przynajmniej ową mechaniczną precyzje ruchów, prawie niezależną od woli, którą ludzie nawykli do niebezpieczeństwa znajdą wtedy najłatwiej, gdy ono jest najgroźniejsze.
Szybko, ze zręcznością, jaką nadaje doświadczenie, umieścił kolejno pięć guzików u skrzyni na litery składające imię G, y, p, s, y.
Rysy jego podczas tej krótkiej czynności wyrażały straszliwy niepokój. Pytał się, czy okropna energja, jaką rozwinął, nie opuści go, czy zdoła otworzyć, czy znajdzie sumę oznaczoną? Prosper mógł zmienić wyraz... czy posłał w dzień do banku?
Pani Fauvel z bolesną litością spoglądała na ten widoczny niepokój Raula. Czytać można było w jego oczach tę szaloną nadzieję nieszczęśliwych, którzy namiętnie życząc sobie czegoś, wbijają sobie w myśl, że sam rzut ich woli dostatecznym jest do skruszenia zawad.
Raul, poufały przyjaciel Prospera, będąc u niego kilkadziesiąt razy przy zamykaniu biur, wiedział doskonale, ba i sam próbował nawet (był to chłopiec przewidujący), jak trzeba obracać kluczem w zamku.
Wprowadził go zwolna, skręcił; pchnął dalej, obrócił drugi raz; zagłębił zupełnie i znów obrócił. Serce biło mu tak mocno, że pani Fauvel mogła je słyszeć.
Wyraz nie był zmieniony — kasa otworzyła się.
Raul i matka jednocześnie wydali okrzyk: ona zgrozy, on tryumfu.
— Zamknij!... — zawołała pani Fauvel, przerażona tym rezultatem niewytłumaczonym, niepojętym, — zostaw... wracaj!...
I napoły bez zmysłów, rzuciła się na Raula, przyczepiła się rozpaczliwie do jego ręki i pociągnęła go ku sobie tak gwałtownie, że klucz wyszedł z zamku, poślizgnął się po wieku od skrzyni i zarysował długą i głęboką skazę.
Ale Raul miał czas spostrzedz na wyższej półce kasy trzy paki biletów bankowych. Porwał je lewą ręką i wsunął pod paltot między kamizelkę i koszulę.
Osłabiona wysileniem, jakie uczyniła, upadając pod gwałtownością wzruszeń, pani Fauvel puściła rękę Raula, i ażeby nie upaść, chwyciła się za poręcz od krzesła Prospera.
— Litości, Raulu! — mówiła, — błagam cię, włóż napowrót te bilety do kasy; ja mieć będę jutro, przysięgam ci, trzy razy tyle, dam ci wszystko, mój synu! Proszę cię, miej litość nad matką!
On nie słuchał; patrzył na rysę, jaka utworzyła się na wieku; ten ślad kradzieży był bardzo widzialny i niepokoił go.
— Przynajmniej, — błagała wciąż pani Fauvel, — nie bierz wszystkiego, weź tyle, ile ci potrzeba, abyś się uratował, a zostaw resztę!
— Na co? Czyż ubytek przez to nie będzie tak samo odkryty?...
— Ale widzisz, jabym to jeszcze mogła jako ułożyć... Pozwól mi, znajdę jaką wymówkę, powiem Andrzejowi, że potrzebowałam pieniędzy...
Raul z mnóstwem ostrożności zamknął napowrót kasę.
— Pójdź matko! — rzekł, — odejdźmy, mógłby nas kto zejść, może jaki służący wejdzie do salonu, nie zastanie nas i zdziwi się.
Ta zimna obojętność, ta łatwość rachuby w takiej chwili, przejęły panią Fauvel oburzeniem. Myślała jeszcze, że ma jaki wpływ nad synem, wierzyła w potęgę próśb i łez.
— Kiedy tak, — zawołała, — to dobrze! Niech nas tu kto zejdzie, będę zadowoloną. Wtedy wszystko się skończy. Andrzej wypędzi mnie jak nędznicę, ale ja nie poświęcę niewinnych... Jutro oskarżą Prospera... Clameran wziął mu już kobietę ukochaną, a ty chcesz mu ukraść honor, ja na to nie pozwolę!
Mówiła bardzo głośno, tonem tak donośnym, że Raul się przeląkł. Wiedział, że jeden woźny przepędzał noc w sąsiednim pokoju. Woźny ton, choć nie było późno, mógł się już był położyć i usłyszeć wszystko.
— Wracajmy! — rzekł, — chwytając panią Fauvel za rękę.
Ale ona opierała się; uczepiła się stołu, by nie ustąpić.
— Byłam już tak nikczemną, żem poświęciła Magdalenę, — powtarzała, — nie poświęcę Prospera!
Raul zrozumiał, że jeden tylko zwycięski argument rozbroi panią Fauvel.
— Eh! — rzekł z cynicznym śmiechem, — czyż nie rozumiesz tego matko, że jestem w zmowie z Prosperem, i że on czeka na mnie, aby się podzielić.
— To niepodobna!...
— Ba! wyobrażasz sobie więc, że przypadek tylko nasunął mi wyraz i napełnił kasę? — Prosper jest uczciwym człowiekiem!
— Zapewne, ja także. Tylko brak nam pieniędzy.
— Kłamiesz!
— Nie, kochana matko. Magdalena odmówiła Prosperowi, on też pociesza się jak może, ten biedny chłopiec, a pociechy bardzo drogo kosztują...
Wziął napowrót świecę, i zwolna, ale z nadzwyczajną siłą popychał panią Fauvel ku wschodom.
Teraz szła już nie opierając się, pognębiona jeszcze więcej tem co usłyszała, niż otworzeniem kasy.
— Jakto, — powtarzała z cicha, — Prosper byłby złodziejem?
Zadawała sobie pytanie, czy ją jaka zmora nie dręczy, czy jakie zbudzenie nie wyrwie jej z tych nieznośnych tortur moralnych. Już myśl jej do niej nie należała, i machinalnie tylko, prowadzona przez Raula, szła do góry po wschodach.
— Trzeba włożyć klucz do biurka, — przemówił Raul, gdy stanęli w sypialnym pokoju.
Ale ona go nie słyszała, sam więc złożył klucz w miejscu, na którem leżał poprzednio.
Odprowadził wtedy, a raczej zaniósł panią Fauvel do saloniku, w którym siedziała gdy on nadszedł, i posadził ją w fotelu.
Nieszczęśliwa kobieta była tak pozbawioną władzy, jej oczy nieruchome i bez wyrazu tak dokładnie wyrażały okropny stan jej umysłu, że wystraszony Raul obawiał się, czy istotnie nie dostała pomięszania zmysłów.
— Kochana matko, — rzekł, rozcierając jej zlodowaciałe ręce, — przyjdź do siebie. Ocaliłaś mi życie, a zarazem wyświadczyliśmy wielką przysługę Prosperowi. Bądź spokojna, wszystko się załatwi. Prosper będzie oskarżony, może nawet aresztowany, ale wyprze się, a ponieważ nie będzie można dowieść mu winy, więc go wypuszczą...
Ale tracił czas i kłamstwa, pani Fauvel nie była w stanie go słyszeć.
— Raulu, — szeptała, — mój synu, zabiłeś mnie!...
Głos jej miał tak przejmującą słodycz, jej akcent wyrażał taką straszliwą rozpacz, że Raul do głębi duszy przejęty, już się zachwiał, już miał chęć zwrócić to co ukradł. Myśl o Clameranie wstrzymała go.
Wtedy widząc, że pani Fauvel siedzi zgnębiona, umierająca, obawiając się, aby nie wszedł pan Fauvel albo Magdalena i nie dopytywano się co zaszło, złożył pocałunek na czole matki i umknął.
W restauracji, w gabinecie, w którym jedli objad, Clameran dręczony niepokojem, oczekiwał na wspólnika.
Obawiał się, czy w ostatniej chwili nie zabrakło Raulowi odwagi. Przytem potrzeba nie raz najdrobniejszego przypadku, aby zburzyć kombinacje najlepiej ukartowane.
Za ukazaniem się Raula, Clameran zerwał się z miejsca, blady z niespokojności, i zaledwie dosłyszanym głosem zapytał:
— I cóż? — Stało się, mój stryju, dzięki tobie, jestem teraz ostatnim z najostatniejszych nędzników i łajdaków, przeszedłem wszystkich, nawet siebie samego, nawet ciebie!...
Odpiął prędko kamizelkę, i rzucając na stół, jeszcze zlany winem, którem mu zawrócono głowę, paki biletów bankowych, dodał tonem, w którym zadźwięczała wszystka nienawiść jego i wzgarda:
— Ciesz się, oto pieniądze, które opłacą honorem, a może i życiem trzy niewinne osoby!
Clameran nie zważał na obelgi. Gorączkową ręką chwycił bankowe i przewracał je, jakby chciał się dobrze przekonać o rzeczywistości powodzenia.
— Teraz, — rzekł, — Magdalena jest moją!
Raul milczał; widok tej radości po niedawnych scenach oburzał go i upokarzał. Ale Ludwik przypisał ten smutek czemu innemu.
— To był twardy orzech, nieprawdaż? — zapytał z uśmiechem.
— Milcz! nie wspominaj mi, rozumiesz? — zawołał Raul w najwyższem uniesieniu, — nie wspominaj mi nigdy o tej nocy! Ja chcę o niej zapomnieć...
Na ten wybuch gniewu, Clameran nieznacznie wzruszył ramionami.
— Jak ci się podoba, — wyrzekł jowialnie, — zapomnij mój synowcze, zapomnij. Sądzę jednak, że nie odmówisz wziąć na pamiątkę tych trzystu pięćdziesięciu tysięcy franków. Schowaj je, one są twoje.
Wspaniałomyślność ta ani zdziwiła, ani uradowała Raula.
— Według naszej umowy, — rzekł, — mam prawo do daleko większej sumy.
— A więc przyjm to na rachunek.
— A kiedyż będę miał resztę, jeśli łaska?
— W dzień mojego ślubu z Magdaleną, mój piękny synowcze, nie prędzej. Ty jesteś tak szacownym pomocnikiem, że nie myślę pozbawiać się teraz twych usług, a wiesz, że jeżeli nie całkiem ci ufam, to przynajmniej nie jestem zupełnie pewnym szczerości twojego przywiązania...
Raul rozważył, że popełnić zbrodnię i żadnej z niej nie osiągnąć korzyści, byłoby zbyt głupio. Przyszedłszy z zamiarem zerwania z Clameranem, zdecydował się jednak nie rzucać wspólnika, aż wtedy, gdy już niczego nie będzie się mógł od niego spodziewać.
— Dobrze, — rzekł, — przyjmę ten zadatek, ale nie przyjmuję odtąd żadnych zleceń podobnych dzisiejszemu; odmówię.
Clameran wybuchnął śmiechem.
— Dobrze, — odpowiedział, — bardzo dobrze! Stajesz się uczciwym, to chwila właściwa, bo zostałeś bogatym. Niech się uspokoi twoje lękliwe sumienie, teraz będę potrzebował od ciebie tylko drobiazgowych przysług. Wejdź za kulisy, ja teraz występuję...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.