Przejdź do zawartości

Akta kryminalne pod l. 113/Tom II/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Akta kryminalne pod l. 113
Wydawca Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów"
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Dossier nº 113
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.

Ludwik Clameran, drugi syn margrabiego, był jednym z tych ludzi natury skoncentrowanej, którzy pod zimną i niedbałą powierzchownością kryją temperament szalone żądze.
Rozmaite myśli niesforne, w jego chorym mózgu na długo tak stanowczo wpłynęły na losy ognisty, namiętności gwałtowne, niechwalebne zachcianki wrzały jeszcze przed wypadkami, które domu Clameranów.
Napróżno zajęty drobnemi przyjemnościami, wczesny ten hypokryta pragnął dla swych namiętności obszerniejszego pola, przeklinając konieczność, która zamykała go na wsi, w tym starym zamku, co mu smutnym zdał się jak więzienie, a zimnym jak grób.
Nudził się. To życie wyczerpujące się na wsi lub w małych miasteczkach okolicznych, zdawało mu się śmiertelnie monotonnem. Paski ojcowskie, wcale nie nazbyt krępujące, ściskały go jak zbroja ciasna na jego wzrost. Paliło go pragnienie niepodległości, zgiełku, pieniędzy, rozkoszy, rzeczy nieznanych.
Nie lubił ojca, a brata Gastona nienawidził.
Sam stary margrabia, w swej niedarowanej nieprzezorności, zatlił w sercu młodszego syna tę palącą zawiść.
Ściśle przestrzegający tradycji, według niego najlepszej, oświadczył mało sto razy, że syn najstarszy powinien dziedziczyć cały majątek, i że tem samem Gaston obejmie wszystko, cokolwiek on przy śmierci zostawi.
Ta krzycząca niesprawiedliwość na korzyść starszego brata, gryzła zazdrością duszę Ludwika.
Gaston często go zapewniał, że nigdy nie zgodzi się na to, by korzystać z przesądów ojcowskich, i że dzielić się będą jak dobrzy bracia. Ludwik nie dał się poruszyć tem, co sądząc drugich według siebie, nazywał śmieszną ostentacją fałszywej bezinteresowności.
Nienawiść, której ojciec i Gaston ani się domyślali, tak się nieraz ujawniała, że aż słudzy mówili między sobą o niej, i to do tego stopnia, że upadek Ludwika z koniem, owej nieszczęsnej nocy, który można było przypisać śmiało przypadkowi, oni uważali inaczej, i szeptali z cicha do siebie: bratobójca!
Smutne nawet nastąpiło ztąd zajście między Ludwikiem a starym Janem, któremu czterdzieści lat strawionych w usługach rodziny, nadawało pewną swobodę, której on nawet nadużywał, gdyż sposób mówienia jego był częstokroć cierpki i nieprzyjemny.
— Jak też to nieszczęśliwie, — mówił stary sługa, — żeby taki biegły jeździec, jak pan wicehrabia, upadł akuratnie w chwili, gdy ocalenie brata pańskiego zależało właśnie od tego, jak pan będziesz koniem kierował. La Verdure jednak nie upadł.
Aluzja tak trafnie uderzyła, że młody Ludwik zbladł i zawołał okropnym głosem:
— Co ty przez to rozumiesz, nędzniku!
— Pan wicehrabia wie dobrze, — odpowiedział uparcie Jan.
— Nie wiem!... gadaj, tłumacz się!
Stary sługa odpowiedział tylko wzrokiem, ale tak okropnie znaczącym, że Ludwik rzucił się ze szpicrutą na Jana, i byłby go obłożył razami, gdyby inni słudzy zamkowi nie byli się wdali.
Scena ta miała miejsce w chwili, gdy Gaston biegnąc przez pola, usiłował zbić z tropu goniących.
Wkrótce żandarmi i huzary wrócili smutni, wzruszeni, oświadczając, że Gaston do Clameran rzucił się w Rodan i zapewne w nurtach jego utonął.
Bolesny szmer nastąpił po tem oświadczeniu. Jeden tylko Ludwik został nieporuszonym; ani jeden muskuł na twarzy jago nie zadrgał.
W oczach jego nawet mignęła błyskawica — błyskawica tryumfu. Tajemny głos mówił mu:
— Teraz do ciebie należy majątek ojcowski i korona margrabiowska.
Teraz przestał być już synem wydziedziczonym, na korzyść starszego brata; został sam jeden dziedzicem Clameranów.
Brygadjer żandarmerji powiedział:
— Ja tam nie powiem temu biednemu staruszkowi, że syn jego utonął!...
Ludwik nie miał ani skrupułów, ani czułości starego żołnierza.
Poszedł bez wahania do ojca i powiedział mu głosem pewnym:
— Brat mój wybrał między czcią a życiem... umarł.
Jak dąb uderzony piorunem, margrabia na te słowa zachwiał się i upadł. Lekarz, którego wezwano, wyznał niestety, niemoc umiejętności. Nad ranem Ludwik z suchem okiem przyjął ostatnie tchnienie ojca.
Odtąd Ludwik był panem, margrabią de Clameran, wolnym, a nawet względnie bogatym. On, który nigdy nie miał więcej jak luidora w kieszeni, obecnie był właścicielem majątku ocenionego na dwakroc sto tysięcy franków.
To nagłe i wcale niespodziewane zbogacenie się tak mu zawróciło głowę, że zapomniał o rozumnem udawaniu. Uważano jego zachowanie się na pogrzebie margrabiego. Z głową schyloną, z chustką na ustach, szedł za trumną niesioną przez dwunastu chłopów; ale wzrok jego przeciwił się postawie, czoło promieniało, nawet dostrzedz można było uśmiech pod skrzywieniem udanej boleści.
Jeszcze nie przebrzmiał łoskot ostatnich grudek ziemi spadających na trumnę, a już Ludwik sprzedawał w zamku wszystko, co można było sprzedać: konie, zaprzęgi, wozy.
Nazajutrz odprawił wszystkich służących, biednych ludzi, którzy wyobrażali sobie, że życie zakończą pod gościnnym dachem Clameranu. Kilku ze łzami w oczach wzięło go na stronę, i błagali aby ich zostawił w służbie, nawet bez wynagrodzenia; oddalił ich jednak z całą brutalnością.
Cały był zajęty rachubą. Przybył wezwany notarjusz jego ojca. Podpisał dlań Ludwik upoważnienie do sprzedaży całego majątku ojcowskiego i jako zadatek otrzymał dwadzieścia tysięcy franków.
Biedny Jan! Nie domyślał się, że nie dopuszczając Walentyny do Ludwika, powtórnie niejako zabijał Gastona, którego tak kochał.
Odbierając klucze, pozwolił sobie jednej tylko uwagi:
— Czyż nie postaramy się o odszukanie zwłok brata, panie margrabio? — zapytał bolesnym głosem. — A jeśli się znajdą, co w takim razie robić?
— Zostawię instrukcje netarjuszowi, — odpowiedział Ludwik.
I oddalił się, jak gdyby ziemia w Clameranie paliła mu nogi. Udał się do Tarasconu, dokąd poprzednio wysłał rzeczy i gdzie miał wyjechać wozem, krążącym między Marsylią a Paryżem. Kolej żelazna jeszcze nie była w ruchu.
Pojechał nareszcie! Ruszył się ciężki dyliżans i popędził sześciokonnym galopem, każdym obrotem kół ryjąc przepaść między przeszłością a przyszłością.
Zagłębiony w kącie karety, Ludwik de Clameran lubował się w roskoszach, jakie go czekały. U kresu drogi Paryż wychylał się doń w purpurze, promienny i olśniewający jak słońce.
Bo pędził do Paryża... Nie jest-że to ziemia obiecana, miasto cudów, w którem każdy Aladyn znajduje swoją lampę? Tam człowiek urzeczywistnia wszystkie swoje marzenia, tam ambicja wszelka, wszelka namiętność, wszelka żądza ma się ezem nasycić.
Tam po dniach, które biegną jak godziny, następują noce jarzące światłem. Trzydzieści orkiestr co wieczór porusza niezmordowane nogi. W dwudziestu teatrach płacze dramat lub śmieje się komedja, gdy tymczasem w operze najpiękniejsze kobiety z całego świata zebrane, błyszczące djamentami, weselą się przy odgłosie boskiej muzyki.
Wszędzie zgiełk, tłum, przepych, roskosz!
Jakież to morze marzeń! I serce Ludwika de Clameran wzdymało się pragnieniem, i zdawało mu się, że konie wolniej idą od żółwiów.
Dla przeszłości nie miał żadnego żalu, żadnego wspomnienia. Co mu tam znaczył dzisiaj ojciec lub brat! On całą siłę umysłu wytężył, by przejrzeć tajemnice przyszłości, która go czekała.
Czyż wszystko nie przemawiało za nim? Był młodym, przystojnym, zdrowie miał żelazne, imię znakomite, pieniądze. W kieszeni wiózł dwadzieścia tysięcy franków, a dostać migi jeszcze dziesięć razy tyle.
Zdawało mu się, że to są skarby, których końca nigdy nie widać.
A kiedy wieczorem, w chwili gdy zapałają gaz, wyskoczył z dyliżansu na bruk Paryża, zdawało mu się, że wchodzi w posiadanie wielkiego miasta, że ono do niego należało, że mógł je kupić.
Illuzje Ludwika de Clameran były takie same, jak każdego młodego człowieka, który nie będąc nigdy postawiony w zapasach z gwałtownemi potrzebami życia, nagle staje się panem majątku.
Ta to nieświadomość wartości grosza roztrwania wielkie sukcesje i rozprasza stare luidory, mozolnie zbierane przez oszczędność prowincjonalną.
Przejęty swą godnością, nawykły do poszanowania okolicznych mieszkańców, młody margrabia opuścił swoje strony sądząc, że w Paryżu będzie wiele znaczył tak imieniem jak i majątkiem.
Rzeczywistość dziwnie zawiodła jego oczekiwanie. Ku wielkiemu swemu zadziwieniu przekonał się, że nie posiadał nic takiego, coby w tak ogromnem mieście nadawało znaczenia. Poznał, że w tym tłumie obojętnym i zatrudnionym ginął niepostrzeżenie jak kropla wody w potoku.
Ale ta niepochlebna rzeczywistość nie mogła odstręczyć chłopca, który bądź co bądź chciał zadowolić wrzące namiętności.
Imię ojców dało mu jedną tylko prerogatywę, zgubną dla jego przyszłości: otworzyło mu wstęp na przedmieście Saint-Germain.
Tam poznał się z wielu rówieśnikami, równymi mu rodem, których dochody roczne wynosiły połowę, a nawet całość jego kapitału. Prawie wszyscy dowodzili, że utrzymują się tylko cudami sprytu i oszczędności, urządzając szaleństwa swe i rozpusty z takiem zastanowieniem, jak jaki kramarz niedzielne swe wycieczki i przyjemności rodzinne.
Te i tym podobne zdania, zdumiewające nowoprzybyłego, nie otworzyły mu oczu. Usiłował kopjować błyskotliwe pozory tej młodzieży oszczędnie marnotrawnej, ale bez tego samego zastanowienia. Nauczył się wydawać, ale nie liczyć jak oni.
Był margrabią de Clameran, głosił że ma wielką fortunę, i był dobrze przyjętym; nie miał wprawdzie żadnego przyjaciela, ale za to mnóstwo znajomości.
W klubie, do którego przyjętym był zaraz po przybyciu, znalazł z dziesięciu chętnych, którzy mieli sobie za wielką przyjemność wtajemniczyć go w warunki życia wykwintnego, i poprawić to, co mogło być jeszcze nieco prowincjonalnego w jego sposobie myślenia i postępowania.
Skorzystał prędko i łatwo z udzielonych mu nauk. Po npływie trzech miesięcy już puścił się samopas, ustalił swą reputację jako znakomity gracz w karty, i dał się świetnie skompromitować przez jakąś modną piękność.
Zrazu stanął w hotelu, ale niebawem najął przy ulicy Madeleine piękne mieszkanie z remiza i stajnią na trzy konie.
Zaopatrzył tę kawalerską siedzibę tylko w rzeczy „najpotrzebniejsze,“ ale na nieszczęście te rzeczy najpotrzebniejsze miały niesłychane ceny.
Tak dalece, że w dniu swej instalacji spróbowawszy zrobić rachunek, dowiedział się nie bez przerażenia, że ten krótki termin w rzemiośle eleganta paryskiego kosztował go pięćdziesiąt tysięcy franków, to jest czwartą część jego fortuny.
A pomimo to wiedział, że w porównaniu ze swymi świetnymi przyjaciółmi stoi tak nisko, jak jaki biedny dzierżawca, który swą chudą szkapą chciałby zrównać się w biegu z powozem zaprzężonym w tęgą czwórkę angielską.
Pięćdziesiąt tysięcy franków!... Ludwik już się namyślał, czyby nie zaniechać tej gry. Ale co! on miałby abdykować? Wreszcie jego zdolności ślicznie rozwijały się na tym roskosznym gruncie.
Przytem widok nagłego zbogacenia się drugich, przykłady powodzeń zadziwiających równie, jak niektóre upadki fortun, zapalaly jego imaginację.
Pomyślał, że w tem wielkiem mieście, gdzie miljony przechadzają się po bulwarach, i on z czasem trafi do swego miljona.
Ale w jaki sposób? O tem nie miał wyobrażenia, ani nawet nie myślał. Mniemał po prostu, że tak jak na wielu innych, przyjdzie i na niego traf szczęśliwy.
Oto jeden z tych błędów, które należałoby wytępić.
Traf nie oddaje się na usługi głupcom.
W tym szalonym biegu interesów trzeba być bardzo zręcznym, aby dosiąść najprzód tej nieujeżdżonej klaczy, która zwie się sposobnością i prowadzi do celu.
Ale Ludwik nie myślał nad tem tak głęboko. Z niedorzecznością człowieka, który chciał wygrać na loterji bez stawki, mówił do siebie:
— Ba! okazja, przypadek, dobre ożenienie, wyprowadzą mnie z kłopotu.
Dobre cienienie nie nadciągnęło, ale przyszła kolej na ostatni bilet bankowy.
Na naglący list o pieniądze, notarjusz jego odpowiedział odmownie.
„Nic już panu margrabiemu na sprzedaż nie pozostało, prócz zamku. Ma on zapewne znakomitą wartość, ale jest bardzo trudno, nawet niepodobna znaleźć nabywcę na tak rozległą nieruchomość, w stanie, w jakim się obecnie znajduje. Usilnie starać się będę o znalezienie nabywcy, ale i t. d.“
Zupełnie jakby nigdy nie przewidywał tej ostatniej katastrofy, Ludwik zatrwożył się. Co czynić?
Jako zrujnowanemu, nie mającemu żadnej nadziei, wypadało pójść za innymi szaleńcami, którzy corocznie w Paryżu ukazują się, świecą chwilę i nikną bez wieści.
Ale Ludwik nie chciał się wyrzec tego życia roskosznego, które prowadził od lat trzech. Widać że na tem polu walki miał zostawić nie tylko majątek, ale i honor.
Zaciął się jak rozbity szuler, który obchodzi stoliki karciane, do których już nie ma przystępu, interesuje się partją nie swoją, zawsze gotów wyciągnąć rękę do tych, którym los usłużył.
Ludwik żył zrazu wziętością swej roztrwonionej fortuny, tym kredytem jaki zostaje człowiekowi, który wiele wydał w krótkim czasie.
Środek ten wyczerpał się rychło.
Nadszedł dzień, w którym wierzyciele zbiegli się tłumnie, i zrujnowany margrabia musiał zostawić w ich rękach ostatnie szczątki swej zamożności: meble, powozy, konie.
Schroniwszy się do więcej niż skromnego hotelu, nie mógł przenieść na sobie, by zerwać z tymi młodymi bogaczami, których przez chwilę uważać mógł za swych przyjaciół.
Teraz żył przez nich, jak poprzednio przez swych dostawców, pożyczając tu i owdzie od luidora do dwudziestu pięciu, nie oddając nigdy. Zakładał się, a przegrawszy nie oddawał. Mentorował młodym w tysiącznych bezwstydnych posługach, zużytkowywał doświadczenie, które kosztowało go dwakroć stotysięcy franków; był przez pół dworakiem, przez pół oszustem.
Nie wypędzano go, ale musiał drogo opłacać łaskę, że go jeszcze tolerowano. Znajomi nie zadawali sobie względem niego przymusu, i mówili głośno co myśleli o jego postępowaniu.
To też kiedy pozostawał sam w swojej norze, przychodziły nań napady wściekłości. Mógł już znosić wszystkie poniżenia, ale jeszcze nie mógł ich nie odczuwać.
Oddawna już zresztą, zawiść i pożądliwość co mu gryzły serce, stłumiły w nim aż do ostatnich zarodków wszystkie zasady uczciwości. Za kilka lat zbytku, czuł się gotowym na wszystko, nawet na zbrodnię.
Nie popełnił jej wprawdzie, ale zawikłał się w brudną sprawę o oszustwo.
Dawny przyjaciel jego rodziny, hrabia de Commarin, wyciągnął go z błota, zdusił sprawę, i dał mu środki wydalenia się do Anglji.
Z czego utrzymywał się w Londynie?
Na to mogłyby tylko odpowiedzieć najbrudniejsze roczniki najzepsutszej ze stolic europejskich.
Zstępując po ostatnich szczeblach hańby, margrabia de Clameran żył w świecie oszustów i zgubionych kobiet, z któremi dzielił bezwstydne losy i korzyści.
Zmuszony opuścić Londyn, przebiegł kolejno całą Europę, bez innego kapitału prócz swej bezczelności, rdzennego zepsucia i zręczności we wszystkich grach.
Nareszcie w roku 1865 powiodło mu się szczęśliwie w Homburgu, wrócił więc do Paryża, gdzie pewnym był że go zapomniano.
Upłynęło już lat ośmnaście od czasu, jak opuścił Francję. Za powrotem do Paryża, nim się tam osiedlił, nim wziął się do środków zarobkowania, jakich używał gdzieindziej, pierwszą myślą Ludwika de Clameran było odwiedzić strony rodzinne.
Ale nie przeto żeby tam miał jakiego krewnego, jakiego przyjaciela, aby spodziewał się tam jakiej pomocy, lecz przypomniał sobie swój stary zamek, na który niegdyś notarjusz nie mógł znaleźć nabywcy.
Myślał, że może nabywca jaki znalazł się, i chciał się o tem przeświadczyć, sądząc, że jak będzie na miejscu, to przecież dostanie coś za tę budowlę, której postawienie w swoim czasie kosztowało przeszło sto tysięcy franków.
We trzy dni potem, w piękny październikowy poranek, dojechał do Tarasconu, gdzie dowiedział się, że zamek był jeszcze jego własnością, a nazajutrz bardzo rano szedł pieszo do Clameran.
Jak też to wszystko było zmienione od lat dwudziestu pięciu, gdy dom ojcowski opuścił!
Zaledwie poznawał te miejsca, w których się urodził, tę drogę, którą tak często przebywał w młodości.
Wrażenie było tak silne, że człowiek ten po przebyciu tylu i tak dziwnych przygód, przez chwilę myślał wrócić się z drogi.
Ale szedł dalej, bo jakiś głos wewnętrzny, brzmiący nadzieją, mówił mu: „Naprzód! naprzód!“ jak gdyby u kresu tej drogi miał znaleźć nowe życie i tak poszukiwaną fortunę.
W miarę jednak, jak Ludwik zapuszczał się w pole, zmiany zdały mu się mniej uderzającemi; rozpoznawał co raz bardziej miejscowość.
Wkrótce między drzewy rozeznał dzwonnicę kościółka wiejskiego w Clameran, potem wieś samą, osiadłą na pochyłości wzgórza, zasadzonego oliwnikami.
Rozpoznał pierwsze domy: stodołę kowala obrosłą winem aż po sam dach, plebanję, dalej dom zajezdny, w którym bywał z bratem Gastonem na bilardzie.
Wbrew temu co nazywał pospolitym przesądem, nieokreślone wrażenie ścisnęło mu serce. Nie mógł oprzeć się smutnemu nad sobą zastanowieniu, i mimowoli myśl jego zabłądziła w przeszłość.
Ileż to wypadków przeszło od owych dni jego młodości, gdy przebiegał po tych znajomych ścieżkach, gdy u każdych wrót witało go oblicze życzliwe.
Wtenczas życie wydawało mu się podobnem do tych czarodziejskich złudzeń, w których każdemu życzeniu staje się zadość. A dziś wracał zużyty, zniszczony, przesycony rzeczywistością, zrujnowany na czci i majątku, nie mający nic do zyskania, ani do stracenia...
I nie jeden przechodzący wieśniak zatrzymał się, by spojrzeć na tego przybysza, idącego w zakurzonych butach.
Drzwi od domku starego Jana były otwarte, wszedł i nie znalazłszy nikogo w obszernej kuchni z monumentalnym kominem, zawołał .
— Zaraz! — odpowiedział jakiś głos.
Niebawem ukazał się w przeciwległych drzwiach jakiś mężczyzna około lat czterdziestu, z twarzą poczciwą i uśmiechniętą, zdziwiony, że zastaje u siebie kogoś obcego.
— Czem mogę panu służyć? — zapytał.
— Czy nie tu mieszka Jan, dawny sługa margrabiego de Clameran?
— Ojciec mój umarł, będzie temu pięć lat, — odpowiedział gospodarz smutnym głosem.
Ta wiadomość zasmuciła Ludwika, jak gdyby ten starzec, którego myślał że zastanie, mógłby mu powrócić coś z jego lat młodych. Westchnął i rzekł:
— Jestem margrabia de Clameran.
Gospodarz na te słowa wykrzyknął radośnie:
— Pan, paaie margrabio, pan?
Wziął za ręce Ludwika i ściskając je z życzliwym szacunkiem dodał:
— Ach! jakżeby się uradował mój biedny ojciec, gdyby żył jeszcze! On, gdy umierał, jeszcze wspominał dawnych swoich panów. Ileż razy ubolewał nad tem, że nie ma od pana żadnych wiadomości! On dawno już na tamtym świecie, biedny staruszek, ale ja, Józef, jego syn, jestem pańskim sługą tak jak i on. Pan u mnie, ach! co za szczęście! Żona moja, której tyle mówiłem o domu Clameranów, będzie bardzo uszczęśliwiona!...
Wypadł natychmiast na dwór i wołał na całe gardło:
— Antosiu! hej! Antosiu! chodź jeno tu prędzej! popatrz!
Przyjęcie to tak szczere, tak serdeczne, mile wzruszało Ludwika. Od tylu lat nie słyszał już żadnego czulszego wyrazu, od tak dawna żadna dłoń przyjazna nie dotknęła jego ręki.
W tem młoda i piękna kobieta, z opaloną cerą, o ślicznych czarnych oczach, zmieszana i rumieniejąca, wchodziła do izby, popychana prawie przez Józefa.
— Oto jest moja żona, panie margrabio, — rzekł. — Dalipan nie dałem jej czasu by nabrała ducha; jest to pan margrabia, Antosiu.
Młoda gosposia schyliła się, i z zawstydzenia nie migać słowa wymówić, podała czoło, na którem Ludwik złożył pocałunek.
— Niedługo, — mówił Józef, — pan margrabia zobaczy dzieci, są w szkole, ale posłałem po nie.
Jednocześnie oboje małżonkowie uwijali się koło margrabiego.
Chciałby się pewno czem posilić, bo przyszedł pieszo; może tymczasem szklaneczkę wina, póki nie będzie gotowe śniadanie, bo przecież pan margrabia zrobi im ten zaszczyt, że zostanie u nich na śniadaniu.
W chwile wszystko było gotowe, i Ludwik zasiadł pośrodku kuchni przed stołem, na którym zastawiono wszystko, co w domu było najlepszego; do stołu usługiwali oboje małżonkowie, stojąc przed nim i wpatrując się weń z rzewną ciekawością.
Dzieci wróciły ze szkoły. Ludwik ucałował je, a one nieruchome, przejęte szacunkiem, stanęły w kąciku, wytrzeszczając zdumione oczęta.
Wielka nowina rozbiegła się po okolicy, a ponieważ drzwi były otwarte, co chwila więc przychodzili ludzie, by powitać pana margrabiego de Clameran.
— Ja jestem ten i ten, panie margrabio, czy mnie pan nie poznaje? O! ja natychmiast pana poznałem. — Nieboszczyk pan margrabia bardzo mnie lubił, — zapewniał drugi. — Czy pan margrabia pamięta, jak mi pożyczał swojej fuzji na polowanie? — pytał trzeci.
Z wielkiem uradowaniem w duszy Ludwik przyjmował te oświadczenia. te oznaki życzliwości, której nie osłabiły lata.
Na głos tych poczciwych ludzi, tysiące zapomnianych wspomnień budziło się w nim, odnajdywał świeże młodości swej uczucia.
Żadne więc echo z burz jego życia, żaden domysł brudnych jego postępków nie zabłądził w tę cichą wieś, nad Rodanu wybrzeże.
On, awanturnik, wypędzony zewsząd, bohater domów gry, bezwstydny wspólnik londyńskich oszustów — roskoszwał się temi objawami czci przywiązanej do domu Clameranów; zdawało mu się, że one wracały mu cząstkę poważania i szacunku.
Ah! gdyby w tej chwili posiadać mógł choć czwartą część tego dziedzictwa, które puścił na wiatr niedorzecznych fantazji, z jakiemże zadowoleniem osiadłby w tej wsi, aby dni swoich dokończyć w spokoju.
Ale spoczynek po tylu daremnych agitacjach, ten port po tylu rozbiciach, był dlań niedostępnym. Nie posiadał nic; z czego tu żyć?
To bolesne jedynie uczucie minionych nędz dodało mu odwagi, że zażądał od Józefa kluczów od zamku, który zamierzał zwiedzić.
— Dosyć będzie, panie margrabio, wziąć tylko klucz od sztachet i to jeszcze... — odrzekł Józef.
Prawdę powiedział, czas dzieła swego dokonał — bohaterski zamek Clameran był tylko ruiną. Deszcz i słońce, przy pomocy wiatrów, wywaliły wszystkie drzwi, powybijały wszystkie okna.
Tu i owdzie widać było wprawdzie ślady przyjacielskiej ręki, ręki starego Jana i jego syna, którzy chcieli opóźnić całkowitą ruinę, ale co mogły ich usiłowania...
Wewnątrz zniszczenie było większe. Cały sprzęt, którego nie śmiał Ludwik sprzedać, był jeszcze na miejscu, ale w jakim stanie?... Zaledwie pozostało kilka szczątków materji, odłamki łóżek, drzewo tylko oparło się zniszczeniu.
Ludwik, w towarzystwie Józefa, zaledwie śmiał wejść do tych komnat, po których odgłos jego butów rozlegał się smętnie.
Zdawało mu się, że lada chwila powstanie na nogi ten groźny margrabia Clameran i rzuci przekleństwo, pytając:
— Gdzie podziałeś cześć naszą?
Może trwoga jego miała inną przyczynę, może miał zanadto powodów przypomnieć sobie o tym wypadku z koniem, tak złowrogim dla Gastona.
Dopiero wyszedłszy na słońce, do ogrodu, odetchnął i przypomniał sobie o celu swoich odwiedzin.
— Szkoda, że ten poczciwy Jan, — rzekł, — nie zużytkował sprzętu zostawionego w zamku, zniszczał bezpotrzebnie.
— Ojciec mój, panie margrabio, nie śmiałby bylinie ruszyć bez rozkazu.
— Szkoda. Co się tyczy zamku, jeśli tak pozostanie, zniszczeje równie ja sprzęt. Majątek mój, na nieszczęście, nie pozwala mi go wyrestaurować, decyduję się więc sprzedać go, póki się jeszcze trzyma.
Józef przyjął tę myśl prawie jak świętokradztwo, ale nie był tak śmiały w mowie, jak jego ojciec, nie śmiał więc wypowiedzieć tego co myślał.
— Czy byliby bardzo trudno, — zapytał Ludwik, — sprzedać tę ruderę?
— To zależy od ceny, panie margrabio; wiem tu w okolicy człowieka, któryby to nabył, gdyby mu tanio oddano.
— A któż to taki?
— Niejaki Fougeroux, który mieszka po tamtej stronie Rodanu, w Moutagnette. Pochodzi on z Beaucaire, i ożenił się, będzie dwanaście lat, ze służącą nieboszczki hrabiny de la Verberie, którą może pan margrabia przypomina sobie, taka tłusta brunetka Michasia...
Ludwik nie przypominał sobie Michasi.
— Kiedy możnaby się zobaczyć z tym Feaugeroux? — zapytał.
— Choćby i dziś; możnaby się przewieźć czółnem przez Rodan.
— Więc chodźmy, bo mi bardzo spieszno!...
Od czasu jak Ludwik1 opuścił swoją okolicę, całe jedno pokolenie zeszło ze świata.
Przewoźnikiem nie był już stary majtek Rzeczypospolitej, Pilorel, ale jego syn.
Lecz i ten miał poszanowanie dla tradycji. Dowiedziawszy się, kim jest ten człowiek, któremu towarzyszy Józef, czemprędzej odwiązał łódź i niebawem z podróżnymi był na środku rzeki.
Gdy Pilorel wiosłował ze wszystkich sił, Józef tymczasem starał się ostrzedz margrabiego przed chytrością Fougeroux’a.
— O! to bardzo szczwany lis, — mówił. — Nigdy ja nie miałem dobrego o nim wyobrażenia, od czasu jego ożenienia, które nie było dobrym postępkiem. Michalina miała już z pięćdziesiąt lat, kiedy jemu przyszło do głowy zalecać się do niej, a sam nie miał więcej jak ze dwadzieścia pięć. Bo to, uważa pan, chodziło mu o pieniądze, a nie o kobietę. Ta głupia niewiasta myślała, że on ją kocha, i masz! oddała mu rękę i pieniądze.
— I dobrze mu się na nich powiodło! — przerwał Pilorel.
— To prawda. Fougeroux nie ma równego sobie w robienia pieniędzmi. On dzisiaj jest bogaty, ale powinienby być wdzięcznym Michalinie za swoje dostatki. Że się w niej nie kocha, to nie dziw, ona wygląda na jego babkę; ale że ją wszystkiego pozbawia, że znęca się nad nią i kułakami okłada, to trąci psem.
— O! onby chciał, żeby Michalina już ziemie gryzła, wtrącił przewoźnik.
— I gryźć będzie niezadługo. Ona wygląda jak z krzyża zdjęta. Biedna niewiasta! od czasu jak Fougeroux wprowadził do domu jakąś ladacznicę, której ona usługiwać musi, idzie jeszcze gorzej...
Dobijano do brzegu. Józef i margrabia zatrzymawszy przewoźnika z powrotem, puścili się w kierunku do Montaguette.
Była to osada porządnej powierzchowności, dobrze utrzymana, otoczona doskonale uprawnym gruntem.
Na zapytanie Józefa o gospodarza, odpowiedział parobczak, że pan Fougeroux jest nieopodal na polu, i że zaraz pójdzie kto po niego.
Niebawem nadszedł. Był to bardzo mały człowieczek, z czerwoną brodą, z okiem niespokojnem, patrzącem z pode łba.
Chociaż pan Fougeroux z profesji nienawidził szlachty i księży, ale nadzieja dobrego kupna uczyniła go pokornym aż do uniżoności.
Spiesznie zaprosił Ludwika do swojej sali, z mnóstwem czołobitności i nieskończonych tytułowań panie margrabio.
Wchodząc, zawołał na starą kobietę, którą trzęsła febra przy wygasłym kominie, i kazał jej zejść do piwnicy po wino dla pana margrabiego de Clameran.
Stara na to imię drgnęła jak za dotknięciem prądu elektrycznego. Chciała coś przemówić, ale jedno spojrzenie ciemięzcy słowa wepchnęło jej w gardło. Poszła więc spełnić rozkaz z miną obłąkaną, i wróciła niosąc butelkę wina i trzy kieliszki, wszystko to na stole stawiając.
Byłaż to istotnie ta wesoła Michasia, niegdyś powiernica pięknej czarodziejki la Verberie?
Sama nawet Walentyna nie byłaby poznała tej staruszki pomarszczonej i zwiędłej jak jabłko na Wielkanoc, zeschłej i pokrzywionej jak sucha gałąź.
Tymczasem targ rozbijał się między Józefem a Fougeroux’em. Nabywca dóbr dawał cenę śmieszną, kupując, mówił, tylko dla rozbiórki, na cegłę, Józef znowu wyliczał szczegółowo cały materjał kamienny, drzewny i żelazny, nielicząc gruntu....
Dla Michaliny obecność margrabiego była jednym z tych wypadków, które zmieniają bieg życia.
Jeżeli dotąd wierny sługa nie powiedział nic z tajemnic powierzonych swej uczciwości, niemniej one zdały się jej ciężkie do zniesienia.
Po zamążpójściu, śmiertelnie nieszczęśliwa, wszystkiemu i wszystkim przypisywała nieszczęście swoje. Zabobonna aż do głupoty, przyczynę niedoli swej odnosiła aż do chwili, w której przysięgła na ewangelię podczas mszy świętej.
Nie mając dzieci, choćby ich sobie gorąco życzyła, nie przypisywała tego swemu pięćdziesięcioleciu, ale przekonaną była, że Bóg ukarał ją bezpłodnością za to, że przyłożyła rękę do opuszczenia biednej sieroty.
Myślała nieraz, że wyjawiając wszystko, uśmierzyłaby gniew niebios i sprowadziła szczęście do swego ogniska. Tylko przywiązanie jej do Walentyny dawało siłę do oparcia się pokusie.
Ale dziś obecność Ludwika wpłynęła na jej postanowienie. Namyślając się, nie uważała żadnego niebezpieczeństwa w tem, by się zwierzyć bratu Gastona.
Tymczasem nabywca dobijał targu. Ułożono się, że Fougeroux zapłaci gotówką 5.280 franków za zamek z gruntem, a szczątki sprzętu przejdą na własność Józefa.
Nabywca dóbr i margrabia huknęli sobie w dłonie wymawiając uroczysty wyraz:
— Zgoda!
I zaraz też Fougeroux wyszedł sam, aby w wiadomym sobie kąciku wynaleźć butelkę stosowną do okoliczności.
Sposobność sprzyjała Michalinie. Wstawszy, zbliżyła się do margrabiego, i głosem głuchym rzekła prędko:
— Panie margrabio, muszę z panem pomówić bez świadków...
— Ze mną, poczciwa kobieto?
— Z panem. Jest to tajemnica życia lub śmierci. Dziś wieczór o zmroku, przyjdź pan pod drzewo orzechowe, tam; ja tam przyjdę, powiem ci wszystko.
Wróciła na swoje miejsce, gdyż wszedł mąż.
Fougeroux wesoło napełnił szklanki i wypił za zdrowie Clameranów.
Wracając do łodzi Ludwik myślał, czy ma przyjść na tę szczególną schadzkę.
— Co u djabła chce odemnie ta stara czarownica? — mówił do Józefa.
— Kto wie! Służyła u kobiety, która, jak mi mówił ojciec, była kochanką nieboszczyka pana Gastona... Bywszy panem, jabym poszedł, panie margrabio. Zje pan objad z nami, a po objedzie Pilorel pana przewiezie.
Ciekawość przemogła i około siódmej godziny przybył pod drzewo orzechowe. Oddawna już oczekiwała go stara Michalina.
— A! jesteś pan! — zawołała radośnie, — jużem zaczęła powątpiewać.
— Tak, to ja, dobra kobieto, cóż mi masz do powiedzenia.
— O! bardzo wiele, panie margrabio, ale przedewszystkiem, masz pan jakie wiadomości o bracie?
Ludwik żałował prawie, że przyszedł, sądząc, że stara prawi od rzeczy.
— Wiesz przecież, — odpowiedział, — że mój biedny brat rzucił się do Rodanu i zginął.
— Jakto! — zawołała Michalina, — jakto! czy pan nie wiesz, że on ocalał? Tak, zrobił czego nikt dotąd nie zrobi, wpław przebył Rodan podczas wylewu. Nazajutrz panna Walentyna szła do Clameran, aby to powiedzieć, Jan nie dopuścił jej do pana. Później ja chodziłam do pana z listem, ale pan już wyjechałeś.
Zeznania te po dwudziestu kilku latach, zdumiały Ludwika.
— Czy ty przypadkiem, dobra kobieto, nie bierzesz marzeń swoich za rzeczywistość? — pytał zwolna.
Michalina smutnie potrząsła głową.
— Nie... — odpowiedziała, — nie. I gdyby ojciec Menoul żył jeszcze, opowiedziałby panu jak on przewiózł pana Gastona aż do Camargne, zkąd udał się do Marsylii, a ztamtąd na morze. Ale to jeszcze nie dosyć: pan Gaston ma syna.
— Mój brat, syna!... Nie, dobra kobieto, ty głowę tracisz.
— Niestety, nie! Na moje nieszczęście na tym i na tamtym świeci?, miał on syna, którego matką była Walentyna. Biedna sierota, którą ja sama własnemi rękami odebrałam od nieboszczki hrabiny za granicą i zaniosłam do pewnej kobiety, która przyjęła dziecię za pieniądze.
Wtedy Michalina opowiedziała wszystko: gniew hrabiny, podróż do Londynu i opuszczenie biednego Raula.
Z tą pewnością pamięci, jaka cechuje ludzi, którzy nie umiejąc ani czytać ani pisać, nie mogą myśli swych przenosić na papier, opowiedziała najmniejsze okoliczności, podając szczegóły najdokładniejsze, nazwisko wioski i wieśniaczki, imiona dziecka i najściślejszą datę wypadków.
Następnie opowiedziała niedolę Walentyny po tych wypadkach, minę majątkową hrabiny, nareszcie małżeństwo biednej jej córki z jakimś panem z Paryża, bogatym, że sam nie wie jaką ma fortunę, z bankierem Fauvel.
Opowiadanie jej przerwał krzyk ostry i przeciągły.
— Nieba! — zawołała głosem wystraszonym, — mój mąż mnie woła.
I z całą szybkością starych nóg wróciła do domu.
Już dawno znikła, a Ludwik stał jeszcze jak wrosły w ziemię.
Przy opowiadaniu Michaliny, przeszła mu myśl podła, i to tak podła, że nawet zahartowane jego sumienie odepchnęło ją z razu, ale wróciła jak wracają cofnięte fale przy przypływie morza.
Znał bogatego bankiera z reputacji, i dumał nad tem, jaką może wyciągnąć korzyść z tego co usłyszał. Są tajemnice, które jeśli kto potrafi wyzyskać, warte są kopalni złota.
Obawa nędzy w starości wyparła z jego serca ostatnie skrupuły.
— Przedewszystkiem, — myślał, — winianem się upewnić o rzeczywistości opowiadań tej baby, później zrobię sobie plan.
To też nazajutrz, otrzymawszy od Fougeroux’a 5.280 franków, Ludwik de Clameran wyjechał do Londynu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.