Przejdź do zawartości

Akta kryminalne pod l. 113/Tom II/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Akta kryminalne pod l. 113
Wydawca Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów"
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Dossier nº 113
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

Walentyna wiedziała, że dziś pod wieczór Gaston miał się udać do Tarascon, aby tam przejść przez most druciany, łączący Tarascon z Beaucaire i oczekiwała nań z tej strony, o godzinie umówionej w przeddzień, o jedenastej.
Ale dobrze jeszcze przedtem, rzuciwszy przypadkiem okiem w stronę Clameran, dostrzegła światła w apartamentach, migające w sposób niezwykły.
Złowrogie przeczucie zlodowaciło wszelką krew w jej żyłach, wstrzymało bicie serca.
Głos tajemny i niestłumiony krzyczał wewnątrz, że coś nadzwyczajnego i strasznego działo się w zamku Clameran.
Ale co? nie mogła sobie wyobrazić, chociaż była pewną, byłaby przysięgła, że stało się jakieś wielkie nieszczęście.
Wzrok wlepiwszy w tę czarną masę, która sterczała w dali, badała bieg świateł w wielkich salach, których znała rozkład, i usiłowała wydobyć zeń jakieś wnioski.
Otworzyła nawet okno i nastawiała ucho, jak gdyby oczekując jakiegoś znaczącego odgłosu. Niestety! nie słyszała nic, tylko głuchy i głęboki szum rzeki.
Niepokój jej rósł i wzmagał się z każdą chwilą, gdy wtem w oknie Gastona postrzegła ten znany i ukochany sygnał, który oznajmiał, że jej najdroższy gotuje się do przebycia Rodanu.
Nie mogła wierzyć swym oczom, chciała wątpić o świadectwie swych zmysłów, i odpowiedziała wtedy dopiero, kiedy sygnał powtórzył się trzy razy.
Wtedy, więcej umarła niż żywa, czując, że nogi chwieją się pod nią, czepiając się muru, zeszła do parku i udała się nad brzeg wody.
Wielki Boże!... zdawało się jej, że Rodan nigdy nie był tak burzliwy. Czy podobna, by Gaston narażał się na przebycie go w pław? Nie ma wątpliwości, musiał zajść jakiś straszny wypadek...
Upadła na kolana, włosy jej zlał pot zlodowaciały, szyję wyciągnęła w stronę rzeki, usiłując wzrokiem przebić ciemności, zapytywała niemiłosierne fale, które unosiły może zwłoki jej kochanka.
Wszystkie przedmioty, czerniące się wśród potoku, zdawały jej się ciałem Gastona.
Chwilami zdało się jej, że słyszy nad rykiem fal straszliwy okrzyk, bolesne wołanie kogoś co tonie, najwyższą protestację człowieka rozumnego, który pasuje się ze ślepym żywiołem.
Ale nie, to nie było ciało Gastona...
Podczas gdy huzary i żandarmi smutnie wracali pod zamek Clameran, Gaston dokazywał tych cudów, o których możnaby powątpiewać, gdyby ich nie stwierdziły najniezawodniejsze świadectwa.
Zrazu jak się zanurzył, wir pociągnął go ku głębi.
Ale Gaston przewidział to niebezpieczeństwo. Zamiast zużywać siłę na daremną walkę, opuścił się, starając się tylko oszczędzić tchu.
Dopiero o jakie 20 metrów od miejsca, w którem się rzucił, silny rzut lędźwi wyprowadził go na powierzchnię.
Obok niego, lotem strzały pędził kloc, na którym stal niedawno.
Przez kilka sekund uwikłał się w różnych szczątkach — jedno poruszenie uwolniło go od nich.
Gaston znając doskonale rzekę, wiedział, że nieco poniżej Clameranu był silny prąd i liczył na niego, że go rzuci ku la Verberie, a tymczasem płynął z biegiem rzeki gdziekolwiek, nie usiłując dostać się na drugi brzeg.
Przewidywania go nie omyliły. Prąd poprzeczny rzucił go naraz ku prawemu brzegowi, i gdyby się był dobrze nie trzymał, byłby pochłonięty.
Ale siła prądu nie szła tak daleko, jak sądził Gaston, i był jeszcze daleko od brzegu, gdy z piorunującym pędem kuli przesunął się przed parkiem la Verberie.
Spostrzegł jednak pod drzewami jakby cień biały. Oczekiwała go Walentyna.
Dopiero daleko niżej, nieznacznie zbliżywszy się do brzegu, popróbował gruntu.
Poczuwszy grunt, stanął dwa razy, i dwa razy wywróciła go gwałtowność prądu. Już miała go woda unieść, gdy szczęściem schwycił za gałązki wierzby pochylonej nad wodą, które dopomogły mu dostać się do brzegu.
Ocalał!
Natychmiast, bez wytchnienia, rzucił się w kierunku la Verberie, i wkrótce znalazł się w parku.
Przybył w sam czas. Złamana cierpieniem nieszczęśliwa Walentyna leżała pod drzewem, czając, że życie z niej uchodzi.
Pocałunki Gastona zbudziły ją z tego osłupienia.
— To ty! — krzyknęła głosem, w którym odbił się cały szał jej uczucia, — to ty! Więc Bóg ma litość nad nami? Wysłuchał modłów moich?
— Nie, Walentyno, nie, Bóg nie ymiał litości nad nami!
Przeczucia ją nie omyliły; zrozumiała to po głosie Gastona.
— Jakież nowe padło na nas nieszczęście! — zawołała. — Dla czego w ten sposób przybyłeś tu, narażając życie swe, które jest mojem, co się dzieje?
— To, że nasza tajemnica, Walentyno, nie jest naszą, że miłość nasza jest w tej chwili pośmiewiskiem całej okolicy.
Odstąpiła jak piorunem rażona, twarz zakrywając rękami i długi jęk wydając.
— Tak, — mówił dalej Gaston, zapominając o wszystkiem w uczuciu chwili obecnej.
— Taki to los zgotowała nam ślepa nienawiść naszych rodzin. Nasza szlachetna i święta miłość jest jedną z tych, któremi człowiek szczycić się może wobec Boga i ludzi, a nas zmuszono kryć się nędznie, bezwstydnie, kryć się z miłością, jak z jakim podłym uczynkiem.
— Więc o wszystkiem wiedzą? — jęknęła Walentyna, — o wszystkiem?...
Wśród wyuzdanych żywiołów Gaston zachował zimną krew, ale pod drżeniem tego ukochanego głosu, umysł jego egzaltował się do szału.
— I ja nie mogłem, — zawołał, — zdusić, zniweczyć nędzników, którzy śmieli wymówić twoje uwielbione imię! Ah, czemuż dwóch tylko z pomiędzy tych nędzników zabiłem!
— Zabiłeś, Gastonie?
Ton głębokiej grozy, z jakim Walentyna wymówiła te słowa, zwrócił Gastonowi światło rozumu.
— Tak, — odpowiedział, starając się zapanować nad sobą, — tak, uderzyłem nożem... I dla tego przebyłem Rodan. Chodziło o cześć mojego imienia. Przed chwilą wszyscy żandarmi z okolicy uganiali się za mną, jak za dzikim i szkodliwym zwierzem. Umknąłem im, a teraz kryję się, uciekam...
Musiała Walentyna mieć duszę niepospolitą, by nie upaść pod tylu nieoczekiwanemi ciosami.
— Gdzież myślisz uciekać? — zapytała.
— A czy ja wiem gdzie pójdę, co się ze mną stanie, jaka przyszłość mnie czeka? Mogęż ją przewidzieć? Uciekam, będę się starał dostać zagranicę, przybiorę inne nazwisko, zmienię ubiór, i pójdę do jakiego kraju bez praw, gdzie mordercy znajdują schronienie.
Gaston zamilkł. Oczekiwał, spodziewał się odpowiedzi. Ale darmo jej wyglądając, rzekł z nadzwyczajną gwałtownością:
— Walentyno, jeżeli chciałem się widzieć z tobą nim opuszczę kraj, to dla tego, że w chwili, gdy wszystko mnie opuszcza, liczyłem na ciebie, wierzyłem w twoją miłość. O! moja kochana, nas łączy węzeł silniejszy, trwalszy niż wszystkie węzły ziemskie: ja kocham ciebie! Przed Bogiem ty jesteś moją żoną, ty moją jesteś, jak ja jestem twoim, na całe życie. Czy pozwolisz, Walentyno, abym sam uciekał? Do utrapień wygnania, do gorzkiego żalu nad życiem straconem, dodasz-że jeszcze męczarnię rozłączenia naszego?
— Gastonie, zaklinam cię!...
— Ah! — wiedziałem dobrze, — przerwał, myląc się co do znaczenia wykrzyknika kochanki, — wiedziałem dobrze, że nie ocieknę sam. Uważam po twem sercu, że przyjmiesz połowę ciężaru mych nieszczęść. Chwila ta zaciera wszystko. Uchodźmy!... Stając w obronie szczęścia naszego, niczego się już nie obawiam, mogę narazić się na wszystko, wszystko zwyciężyć. Pójdź, o moja Walentyno, zginiemy lub ocalejem razem! Oto zbliża się przewidywana i marzona przyszłość, przyszłość kochania i swobody!
Szał go ogarnął, porwał Walentynę za ręce, ciągnął ją, unosił.
W miarę jak wzrastała egzaltacja Gastona, w miarę jak on zapominał o wszelkich względach, Walentyna przychodziła do panowania nad swem wzruszeniem.
Wolno, ale z energją, jakiej w niej nie przypuszczał, wycofała się z jego objęć i odepchnęła go.
— To czego wymagasz odemnie, — rzekła smutnym, ale silnym głosem, — to czego się spodziewasz, jest niepodobnem...
Ten zimny opór, dla niego niewytłumaczony, zmięszał go.
— Niepodobnem?... — powtórzył.
— Znając mnie, — mówiła Walentyna, — wiesz, że dzielić z tobą najgorszą dolę, byłoby dla mnie najwyższem szczęściem ludzkiem. Ale po nad twoim głosem, który mnie przyciąga, ponad głosem mojego serca, który mnie nagli, jest głos silniejszy i bardziej nakazujący, który zabrania mi iść za tobą, jest to głos obowiązku...
— Jakto! i ty chcesz zostać tu, po strasznej scenie dzisiejszego wieczora, po skandalu, który jutro publicznym będzie.
— Cóż to znaczy, że jestem zgubioną, zniesławioną? Czyż taką nie tyle byłam wczoraj co i dziś, co i jutro będę? Czyż myślisz, że ironja i wzgarda świata więcej mi zada cierpień, jak wyrzut własnego sumienia? Jam zawsze sądziła sama siebie Gastonie, a jeżeli obecność twoja, dźwięk twego głosu, dotknięcie twej ręki, pozwalały mi zapominać o wszystkiem, za to zdala od ciebie pamiętałam i płakałam.
Gaston słuchał nieruchomy, osłupiały, zdało mu się, że jakaś nowa Walentyna stoi przed nim, że w jej duszy, którą niby zna tak dobrze, odkrywa głębiny, o jakich nie wiedział.
— A matka twoja? — zapytał.
— Właśnie pamięć na nią zatrzymuje mnie tu. Czy chcesz abym jako dziecię wyrodne, opuściła ją, by biedz z kochankiem w chwili, gdy ona biedna, opuszczona, bez przyjaciela, mnie tylko ma jedyną?
— Ależ ją uprzedzą, Walentyno; mam nieprzyjaciół, ona wiedzieć będzie o wszystkiem.
— Mniejsza o to. Sumienie tak mi nakazuje, to dosyć. Ah, czemuż kosztem własnego życia nie mogę oszczędzić jej wiadomości, że jej córka, jej Walentyna uchybiła wszystkim prawom honoru! Być może, że będzie dla mnie przykrą, straszną, niemiłosierną, ale czyż nie zasłużyłam na to? O mój jedyny przyjacielu! my zasnęliśmy snem nadto pięknym, aby mógł trwać długo. Ja spodziewałam się tego strasznego przebudzenia. Szaleńcy, nieroztropni, jak mogliśmy przypuszczać, że jest gdzie trwała szczęśliwość po za obrębem obowiązku? Prędzej czy później, trzeba zapłacić za szczęście skradzione. Pochylmy czoło i upokorzmy się.
Ten zimny rozum, ta bolesna rezygnacja, na nowo rozpaliła gniew Gastona.
— Nie mów tak! — zawołał. — Czyliż nie czujesz, że sama myśl upokorzenia ciebie, wprawia mnie w szaleństwo?
— Niestety! jednak przygotować się muszę na inne jeszcze obelgi.
— Ty!... Jak to rozumiesz?
— Dowiedz się, Gastonie...
Urwała, zawahała się i rzekła nakoniec:
— Nic, nic... szaloną jestem...
Gdyby nie był tak gwałtownie wstrząśnięty, hrabia Clameran w tem wahaniu Walentyny domyśliłby się był jakiegoś nowego nieszczęścia, ale on szedł dalej za swoją myślą.
— Cała nadzieja jeszcze nie stracona, — rzekł. — Miłość moja i rozpacz, zdaje mi się, tknęły mojego ojca, który ma dobre serce. Być może, moje listy, gdy będę w miejscu bezpiecznem, być może instancje brata mojego Ludwika, skłonią go, że poprosi panią de la Verberie o rękę twoją dla mnie.
Przypuszczenie to zdało się przerażać Walentynę.
— Niech Bóg broni, — zawołała, — by margrabia coś podobnego przedsięwziął!
— Dla czego?
— Bo matka moja odrzuciłaby jego żądanie, bo matka moja, wyznać to muszę w tej ostateczności, przysięgła wydać mnie za człowieka bogatego, a ojciec twój nie ma majątku.
— Oh! — zawołał Gaston z oburzeniem, — oh! I dla takiej matki mnie poświęcasz?
Głos Walentyny wyrażał postanowienie niezachwiane, Gaston zrozumiał, że wszystkie jego prośby były daremne.
— Ah! — zawołał, łamiąc sobie ręce, — tyś mnie nigdy nie kochała.
— Nieszczęśliwy! nie czujesz tego co mówisz.
— Nie, — odparł, — ty mnie nie kochasz! Ty, która w chwili takiego rozłączenia masz okrutną rozwagę zimno rozumować i rozrachowywać? Ah! nie tak ja ciebie kocham, Walentyno. Prócz ciebie, co mnie obchodzi cała ziemia? Ciebie stracić, to umrzeć. Niechże więc Rodan odbierze to życie, które oddał mi cudownym sposobem, a które teraz jest mi ciężarem...
Już zbliżał się do Rodanu, zdecydowany umrzeć; Walentyna wstrzymała go.
— I toż to nazywasz miłością?
Gaston nie czuł już życia w sobie.
— Po co mi żyć? — zawołał, — co mi dziś pozostaje?
— Pozostaje nam Bóg, który przyszłość naszą w ręku swem trzyma.
Najmniejsza deska zdaje się wybawieniem dla rozbitka; ten wyraz przyszłość oświecił ciemności Gastona promykiem nadziei.
— Każesz. — zawołał nagle ożywiony, — jestem posłuszny. Dosyć tej słabości. Tak, chcę żyć, by walczyć i zwyciężyć. Pani de la Verberie potrzebuje złota, dobrze! za trzy lata zrobię majątek, albo umrę!
Walentyna złożyła ręce i dziękowała Bogu za to nagłe jego postanowienie, którego nie śmiała się spodziewać.
— Lecz nim odejdę, — mówił Gaston, — chcę ci powierzyć święty depozyt.
Wyjął z kieszeni jedwabny woreczek, zawierający klejnoty margrabiny de Clameran i włożył go w rękę przyjaciółki.
— Są to klejnoty mojej biednej matki, — rzekł, — ty jedna tylko godną jesteś je nosić, w myśli mojej tobie je przeznaczyłem.
A gdy odmawiała i wahała się:
— Weź je, — nalegał, — jako zakład mojego powrotu. Jeżeli za lat trzy nie wrócę po nie, znaczyć to będzie żem umarł, a wtedy zatrzymasz je jako pamiątkę od tego, który tak cię kochał...
Tonęła we łzach — przyjęła.
— Teraz, — mówił dalej Gaston, — jeszcze jedną mam do ciebie prośbę: Wszyscy mniemają żem umarł i w tem moje ocalenie. Ach! nie mogę w tej rozpaczy pozostawić ojca mojego. Przysięgnij mi, że jutro rano pójdziesz sama powiedzieć ojcu mojemu żem ocalał!
— Pójdę, przysięgam ci! — odpowiedziała.
Gaston powziął postanowienie nieodwołalne, czuł, że trzeba korzystać z tej chwili męstwa, pochylił się więc ku ukochanej, aby ją pocałować ostatni raz. Ona smutnym ruchem odsunęła młodzieńca.
— Gdzie myślisz się udać? — zapytała.
— Do Marsylji, gdzie jeden przyjaciel ukryje mnie i poszuka sposobu do dalszej podróży.
— Nie możesz tak odejść, potrzeba ci towarzysza, przewodnika, dam ci tu jednego człowieka, w którym możesz mieć ślepe zaufanie, jest to sąsiad nasz, Menoul, który długi czas był retmanem na jednym statku rodańskim.
Wyszli furtką od parku, od której Gaston miał klucz i wkrótce przyszli do starego żeglarza.
Drzemał przy kominku na drewaianem krześle poręczowem. Widząc wchodzącą Walentynę z panem Clameranem, powstał, a przecierając sobie oczy, sądził że mu się śni.
— Ojcze Menoul, — rzekła Walentyna, — pan hrabia jest zmuszony ukrywać się; chciałby dostać się na morze i odpłynąć tajemnie. Czy możesz podwieźć go w swoim statku aż do ujścia Rodanu?
Stary potrząsnął głową.
— Przy takim stanie wody, — odpowiedział, — nocą, to niepodobna.
— Mnie, ojcze Menoul, wyświadczysz tem wielką przysługę,
— Pani, panno Walentyno? to co innego; natychmiast.
Wtedy dopiero stary zwrócił uwagę na Gastona, że ubranie jego było przemokłe i zabłocone, że był z gołą głową.
— Pożyczę panu odzieży mego zmarłego syna; jeszcze lepiej, bo będziesz pan przebrany; proszę z sobą.
Wkrótce Menoul, a z nim Gaston, prawie nie do poznania przebrany, wrócili, i Walentyna poszła z nimi nad brzeg rzeki, do miejsca, gdzie statek był przymocowany.
Gdy stary przygotowywał się do drogi, kochankowie uścisnęli się ostatni raz, w tem uroczystem pożegnaniu dusze swe zamieniając.
— Za trzy lata! — wołał Gaston, — za trzy lata!
— Do widzenia panienko! — rzekł stary panie hrabio, trzymaj się dobrze.
I silnie rzuciwszy wiosłem, pchnął statek retman, — a pan, na środek rzeki.
We trzy dni potem, dzięki staraniom poczciwego Menoula, Gaston znajdował się ukryty na statku amerykańskim trzymasztowym Tom Jones, kapitan Warth, który nazajutrz odpłynął do Valparaiso.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.