Przejdź do zawartości

Akta kryminalne pod l. 113/Tom II/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Akta kryminalne pod l. 113
Wydawca Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów"
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Dossier nº 113
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.
Dramat.

O dwie mile od Tarasconu, na lewym brzegu Rodanu, niedaleko od cudownych ogrodów panów Audibert, leży, zaczerniony przez czas, zaniedbany, podniszczony, ale mocny jeszcze zamek Clameran.
Mieszkał tam w roku 1841 stary margrabia de Clameran, z dwoma synami: Gastonem i Ludwikiem.
Dziwny był to, co najmniej, człowiek ten stary margrabia, z tej upartej szlachty, której zegarki zatrzymały się na roku 1789 i pokazują godzinę z przeszłego wieku.
Przywiązany do swoich złudzeń więcej jak do życia, stary margrabia uparcie zapatrywał się na wypadki zaszłe od roku 1789, jako na szereg opłakanych żartów, śmiesznych pokuszeń garstki spikniętych mieszczan.
Wyszedłszy z kraju zaraz na początku z hrabią d’Artois, wrócił do Francji dopiero w roku 1815, razem ze sprzymierzeńcami.
Powinien był błogosławić niebo za to, że znalazł część ogromnej fortuny swych przodków, małą część wprawdzie, jednak wystarczającą na przyzwoite utrzymanie; ale on nie myślał, jak twierdził, dziękować Bogu za tę drobnostkę.
Zrazu ruszał się bardzo, ażeby dostać jaki urząd przy dworze. Ale w końcu po wielu daremnych zachodach wrócił do swojego zamku, żałując i przeklinając zarazem swojego uwielbianego króla, którego w głębi duszy zaczął uważać za Jakóbina.
Od tej chwili bez trudności nawykł do szerokiego i łatwego życia szlachty wiejskiej.
Mając około piętnaście tysięcy franków dochodu, wydawał co roku od dwudziestu pięciu do trzydziestu tysięcy, utrzymując, że mieć będzie zawsze dosyć dla doczekania się prawdziwej Restauracji, która niezawodnie zwróci mu wszystkie jego dobra.
Za jego przykładem dwaj jego synowie żyli także hojnie.
Młodszy, Ludwik, wiecznie poszukujący jakichś awantur, goniący za rozrywkami w okolice, pił i grał w grubą grę; starszy, Gaston, usiłował znów wtajemniczyć się w ruch swej epoki, pracował, czytał, odbierał skrycie pewne dzienniki, których sam tytuł zdałby się bluźnierstwem godnem szubienicy.
Słowem, stary margrabia, zawinięty w swą egoistyczną niedbałość, jadł dobrze, pił jeszcze lepiej, polował wiele, lubianym był przez chłopów, a nienawidzonym przez mieszczan sąsiednich, którym dokuczał żartami często dowcipnemi.
Godziny wydawały mu się długie tylko latem, podczas ogromnych upałów panujących w dolinie nadrodańskiej, albo gdy mistral wiał zanadto silnie.
Jednakże i wtedy miał pod ręką niezawodny sposób dystrakcji, zawsze nowy, choć zawsze ten sam, zawsze żywy, zawsze interesujący.
Złorzeczył swojej sąsiadce, hrabinie de la Verberie.
Hrabina de la Verberie, była to długa i chuda kobieta, spiczasta ciałem i charakterem, pyszna, pogardliwa, zimna z tymi, których uważała za równych sobie, dla niższych przykra.
Równie jak i jej szlachetny sąsiad, emigrowała wraz z mężem, który później zginął pod Lutzen, ale na nieszczęście dla swej pamięci, nie w szeregach francuskich.
Gdy margrabia de Clameran odzyskał względną fortunę, ona od swoich protektorów i ze szczodrobliwości monarszej otrzymała tylko mały kawałek ziemi z zamkiem de la Verberie, a za milion indeminizacji 2.500 franków rocznej renty, i to stanowiło całe jej utrzymanie.
Prawda, że zamek de la Verberie starczyłby nie jednym wymaganiom.
Skromniejszy niż Clameran, zamek ten nie ma tak okazałe powierzchowności ani tak wysokich pretensji.
Ale rozmiary jego nierównie rozsądniejsze, wygodny, dobrze zagospodarowany i łatwy do obsłużenia, niby willa wielkiego pana. Przytem okna jego rzeźbione wychodzą na wschód słońca.
Dziwem jest dla całej okolicy ten park rozciągający się od drogi Beaucaire, aż do brzegu rzeki; dziwem przy swoich, wielkich drzwiach, altanach, gaikach, łąkach i strumyku, który przerzyna go z końca do końca.
Tam mieszkała, skarżąc się wciąż i narzekając na życie, hrabina de la Verberie.
Miała ona jedyną córkę, ośmnastoletnią podówczas Walentynę. Blondynka, biała, wysmukła, z wielkiemi drżącemi oczami, była tak piękną, że wszystkie oczy oglądały się za nią jak szła do kaplicy wiejskiej na mszę, której codziennie słuchała.
Rozgłos jej wdzięków, biegnąc po wartkim prądzie Rodanu, rozszedł się w dalekie strony.
Często żeglarze, często silni flisacy, którzy statki swe za pomocą koni idących po gościńcu ciągną w górę rzeki, widywali Walentynę, siedzącą z książką w ręku w cieniu rozłożystych drzew, nad brzegiem wody.
Ona zdaleka siedząc, w białej sukience, z włosami w pół rozpuszczonemi, wydawała się tyra tęgim, a poczciwym ludziom, zjawiskiem tajemniczem i dobrze wróżącem. I często pomiędzy Arelatem i Walencją była mowa o pięknej czarodziejce z de la Vrberie.
Jeżeli margrabia de Clameran nie nawidził hrabiny, pani de la Verberie nie cierpiała margrabiego. Jeżeli on nazywał ją „czarownicą,“ ona nie inaczej mianowała go jak „puszczykiem.“
Jednakże powinni byli porozumieć się z sobą, gdyż o istocie rzeczy mieli zdanie podobne, różnili się tylko w sposobie zapatrywania, czyli inaczej, znajdowali się w doskonałych warunkach do wiecznej dysputy, bez pogodzenia i bez gniewu.
On, utworzywszy sobie pewną własną filozofję, żartował ze wszystkiego i trawił dobrze. Ona, żywiąc w sercu straszliwe urazy, chudła z gniewu i zieleniała ze złości.
Ale mniejsza o to!
Mogliby byli przepędzać z sobą najprzyjemniejsze wieczory, boć wreszcie byli sąsiadami bardzo bliskimi.
Z Clameran można było doskonale widzieć czarnego charta Walentyny, jak biegał po ścieżkach parku de la Verberie, a z zamczyska de la Verberie widać było co wieczór światło w sali jadalnej Clameranów.
Nawet z powodu tego codziennego światła, hrabina codziennie o jednej godzinie mawiała z przekąsem:
— A! oto zaczynają się ich orgie.
Pomiędzy dwoma zamkami przepływał tylko Rodan.
Zkądże powstała ta ich nienawiść?
Hrabina i margrabia byliby w wielkim kłopocie, gdyby im to kazał kto powiedzieć z pewną dokładnością.
Opowiadano, że za panowania Henryka IV, czy też Ludwika XIII, jeden z rodziny de la Verberie uwiódł jedną z Clameranów.
Uwiedzenie to sprowadziło pojedynek; szpady mignęły w powietrzu, krew rozlała się na łące.
Otóż wszystko; nawet i te fakta nie były należycie rozjaśnione.
Ale i na tej kanwie, prawie historycznej, legenda utkała fantastyczne obrazki, i proste to opowiadanie przekazywane z pokolenia na pokolenie, przechodząc z ust do ust, stało się historją tragiczną, posępną, pełną krwi, grozy.
Ztąd też poszło to, co pójść było powinno, co zdarza się zawsze w życiu rzeczywistem, a częstokroć i w romansach, które, jakkolwiek nawet przesadzone, zachowują zawsze jakiś odbłysk prawdy, która je natchnęła.
Poszło zatem, że Gaston zobaczywszy Walentynę na jakiejś uroczystości, zachwycił się jej pięknością i pokochał ją.
Poszło zatem, że Walentyna zauważała Gastona i nie mogła odtąd obejść się bez myśli o nim.
Ale rozdzieleni byli tylą przeszkodami... Każde z nich przez rok blisko, religijnie przechowało swą tajemnicę wgłębi serca, jak skarb najdroższy.
I ten rok, pełen niebezpiecznych a słodkich marzeń, stanowić miał o ich przyszłości. Po słodyczach pierwszego wrażenia, nastąpiło uczucie czulsze, potem przyszła miłość: każde z nich stroiło przedmiot swych myśli w przymioty nadludzkie i doskonałości idealne.
Bo uczucie silne i szczere w samotności tylko rozwinąć się może, powietrze miejskie jest dlań śmiertelnem. Ono, na podobieństwo tych potężnych roślin podrównikowych przeniesionych w nasze cieplarnie, traci blask i woń.
Gaston i Walentyna raz się tylko widząc, już należeli do siebie, gdy wtem wypadek, który pierwszy raz zbliżył ich ku sobie, powtórzył tę samą sposobność.
Przepędzili razem cały dzień u starej księżnej d’Arlange, która przybyła w tę okolicę dla sprzedaży reszty posiadłości.
W dniu tym rozmawiali z sobą już jak starzy przyjaciele, zdziwieni, że znajdują jedno w drugiem echo swych własnych myśli.
I znowu rozdzieliły ich miesiące. Ale wtedy bez porozumienia, znajdowali się w pewnych godzinach nad brzegiem Rodanu i patrzyli na siebie z poza brzegów rzeki.
Nareszcie, pewnego majowego wieczoru, gdy pani de la Verberie pojechała do Beaucaire, Gaston ośmielił się wejść do parku i przedstawić Walentynie.
Była ona zaledwie zdziwioną, bynajmniej nie oburzoną. Niewinność prawdziwa nie przybiera tych dziko wstydliwych min, jakiemi odznacza się niewinność konwencyjna. Walentyna nie pomyślała nawet kazać oddalić się Gastonowi.
Długi czas chodzili wolno pod rękę po głównej ścieżce.
Nie mówili sobie, że się kochają, wiedzieli o tem; powiedzieli sobie ze łzami w oczach, że się kochają bez nadziei.
Uznali to, że nigdy przezwyciężyć nie będą mogli tych niedorzecznych nienawiści rodzinnych; oświadczyli sobie, że wszelkie w tym względzie pokuszenie byłoby szaleństwem. Przysięgli nie zapomnieć o sobie całe życie, i przyrzekli nie widzieć się nigdy, nigdy... raz tylko jeszcze.
Niestety! Walentynie łatwiej to byłoby wybaczyć jak wielu innym. Porywy jej duszy czułej, kochającej a lekkiej, lodowaciały zawsze w szorstkiem obejściu się matki. Nigdy pomiędzy nią a hrabiną nie było tych serdecznych pogadanek, w których matka czyta w sercu swej córki jak w księdze otwartej.
Hrabina widziała w swej córce tylko jedną piękność.
Wtedy mawiała sobie:
— Na przyszłą zimę zapożyczę się, zawiozę tę dziewczynę do Paryża, pchnę ją w świat, a byłoby to wielkiem nieszczęściem, gdybym nie znalazła jakiego bogatego pretendenta, któryby nie rozmiłował się w jej piękności, czarnych oczach, i nie wydobył mnie z tego mizernego położenia.
Takie to u niej było kochanie córki!
To też druga schadzka nie była ostatnią.
A jednak ile to przeszkód do tej schadzki! Gaston nie chciał się powierzyć żadnemu przewoźnikowi, a do mostu było pół mili.
Wtedy pomyślał, że daleko prędzej stanie na miejscu, jeżeli przejdzie rzekę wpław; ale nie tęgim był pływakiem, a przebywać rzekę w tem miejscu najdzielniejsi uważali za rzecz niebezpieczną.
Mniejsza o to! Wyprawił się potajemnie, i raz wieczorem Walentyna widziała go wychodzącego z wody prawie u nóg.
Kazała mu przysiądz, że więcej nie ponowi tej wyprawy. On przysiągł, a nazajutrz i dni następnych ponowił toż samo.
Tylko, ponieważ Walentyna śmiertelnie obawiała się, by go nie uniósł szalony prąd rzeki, umówili się o znak, który miał skracać jej trwogę.
Przy odejściu Gaston zapalał światło w jednem z okien zamku Clameran, a w kwadrans potem był już u nóg swej ukochanej.
Jakież wtedy były zamiary i nadzieje młodych kochanków? Niestety! nic nie zamierzali, nadziei żadnej nie mieli.
Z zamkniętemi oczyma, bez rozmyślań, prawie bez obawy, oddawali się niebezpiecznemu szczęściu codziennych widywań. Nie pomni na huk piorunu, który miał ich zbudzić, usypiali w obecnej błogości.
Czyż nie tak postępuje każde prawdziwe uczucie? Uczucie istnieje samo przez się i w sobie, a to nawet, co powinnoby je tłumić, jak nieobecność, przeszkoda, jeszcze bardziej je rozpłomienia. Jest ono tak wyłącznem, że nie uważa na nic, ani na przyszłość, ani na okoliczności; oprócz zadowoleń obecnych nie widzi nic.
Wreszcie Walentyna i Gaston sądzili, że sami jedni byli panami swej tajemnicy.
Postępowali zawsze z taką ostrożnością! Tak czuwali wzajem nad sobą! Byli tak mocno przekonani, że postępowanie ich jest arcydziełem roztropności i taktu!
Walentyna zawsze taką wybierała godzinę, w której pewną była, że matka jest o nią spokojna.
Gaston przed nikim się nie wydał, nawet przed własnym bratem, Ludwikiem.
Wzbronili sobie imię swe wymawiać głośno. Odmawiali sobie minuty, ostatniego pocałunku, gdy przeczuwali jakie niebezpieczeństwo.
Biedni, naiwni kochankowie! Jak gdyby można coś ukryć przed próżniaczą przenikliwością wsi, przed czujną ciągle, a plotkarską ciekawością umysłów czczych i bezczynnych, nieustannie szukających złej lub dobrej sentencji, plotki niewinnej lub zabijającej!
Oni sądzili się panami tajemnicy, a ona dawno już bujała po świecie, dawno już dzieje ich miłości i schadzek służyły za materjał do wieczornych gawęd.
Czasami wieczorem postrzegli jakiś cień, jakąś łódkę sunącą się po wodzi nieopodal od brzegu i mówili sobie:
— To pewnie jakiś rybak późno wracający.
Mylili się. W łódce tej siedzieli ukryci ciekawi, szpiegujący, którzy uszczęśliwieni z obaczenia młodej pary, biegli co tchu opowiadać z tysiącznemi zmyślonemi szczegółami bezwstydną wyprawę swoją.
Dopiero raz wieczorem, w początkach listopada, Gaston dowiedział się smutnej prawdy.
Po długich deszczach wezbrał silnie Rodan; obawiano się wylewu.

Chcieć przebywać wpław ten ogromny a gwałtowny potok, byłoby to kusić Pana Boga.
Gaston udał się przeto do Tarasconu, w zamiarze przebycia tam mostu i przejścia wzdłuż prawego brzegu rzeki aż do la Verberie. Walentyna czekała go około godziny jedenastej.
Szczególnym zbiegiem okoliczności, on, co ilekroć był w Tarascon, zawsze jadł objad u jednego ze swych krewnych, mieszkającego przy placu de la Charité, dziś zaszedł z przyjacielem do hotelu.
Po objedzie udali się do kawiarni w rynku.
Dosyć szczupła sala tego zakładu, gdy weszli, pełna była młodzieży z miasta. Bilard był wolny; Gaston i jego przyjaciel kazali sobie dać butelkę piwa i zaczęli grać w bilard.
Byli w środku partji, gdy Gaston zwrócił uwagę na śmiechy wychodzące od stołu stojącego w głębi.
Od tej chwili, zajęty temi śmiechami, które widocznie miały jakąś złośliwą intencję, Gaston uderzał w bile bardzo niezręcznie.
Jego zajęcie było tak oczywiste, że zdziwiony przyjaciel zapytał:
— Co tobie jest? nie uważasz na grę, chybiasz gotowe bile.
— Nic mi nie jest.
Partja trwała jeszcze minutę, ale razem Gaston zbladł jak jego bielizna, rzucił gwałtownie kij na bilard i poskoczył do owego stołu.
Było tam pięciu młodzieży, którzy grali w domino i popijali wino grzane.
Gaston stanął przed najstarszym, a był to przystojny dwudziesto-sześcioletni młodzian, z wielkiem błyszczącem okiem, z wąsem w górę zadartym, i nazywał się Juljusz Lazet.
— Powtórz-no pan! — zawołał doń Gaston drżącym od gniewu głosem, — śmiej pan powtórzyć to, coś dopiero powiedział.
— A któż mi zabroni? — odparł Lazet tonem najspokojniejszym. — Powiedziałem i powtarzam, że szlacheckie córy nie więcej warte od cór rzemieślniczych, i że nie tytuł darzy cnotą.
— Wymówiłeś pan nazwisko.
Lazet wstał, jakby przewidując, że odpowiedź jego doprowadzi młodego Clamerana do wściekłości, i że ze słów przyjdzie do czynów.
— Ja, — odrzekł z najzuchwalszym uśmiechem, — wymówiłem nazwisko pięknej czarodziejki z la Verberie.
Wszyscy goście w kawiarni powstali i otoczyli dwóch przemawiających.
Po wyzywających spojrzeniach, jakie nań rzucano, poszeptach, a raczej okrzykach, jakie powstały gdy szedł na Lazeta, domyślił się Gaston, że znajduje się wśród nieprzyjaciół.
Bezpotrzebne złośliwości, nieustanne drwinki starego margrabiego, wydały owoc.
Uraza żwawo i straszliwie fermentuje w sercach i głowach prowansalskich.
Ale Gaston de Clameran nie łatwym był do ustąpienia choćby na cal, chociażby miał stu i tysiąc nieprzyjaciół, a nie piętnastu lub dwudziestu.
— Trzeba być na to nikczemnikiem! — zawołał głosem donośnym, który milczenie czyniło prawie uroczystym, — trzeba być nędznikiem podłym, żeby tak haniebnie lżyć młodą dziewicę, której matka jest wdową, która nie ma ani ojca, ani brata ku obronie swej czci!
— Jeżeli nie ma ani ojca, ani brata, — rzekł Lazet, — za to ma kochanków, a to dosyć.
Ten okropny wyraz „kochanków“ dopełnił miary wściekłości Gastona, i tak już zaledwie powstrzymywanej. Podniósł rękę, a ta z matowym łoskotem padła na twarz Lazeta.
Rozległ się okrzyk w kawiarni, okrzyk grozy. Wszyscy znali gwałtowność charakteru Lazeta, wiedzieli, że posiada siłę herkulesową, odwagę ślepą.
Jednym rzutem przeskoczył stół, który przedzielał go od Gastona, i padając nań, chwycił go za gardło.
Była to chwila strasznego zamięszania. Przyjaciel Clamerana chciał mu przybiedz na pomoc, ale drudzy otoczyli go, zaczęli okładać kijami bilardowemi, powalili na ziemię i wepchnęli pod stół.
Zarówno silni, młodzi i zręczni, Gaston i Lazet walczyli z sobą tak, że jeden drugiego pokonać nie mógł.
Lazet, dzielny chłopiec, zarówno odważny jak prawy, nie chciał żadnej interwencji. Świadectwa na to są jednozgodne. Krzyczał wciąż na swoich przyjaciół:
— Rozstąpcie się, odejdźcie ztąd, ja sam sobie poradzę!
Ale drudzy zanadto byli podnieceni, żeby zostać niemymi świadkami bitwy.
— Dalej! — zawołał jeden z przytomnych, — dalej! odciągnąć markiza.
W tej chwili przypadło kilku i rozdzielili Gastona od Lazeta. Pchali Gastona ku bilarowi, jedni chcieli go przewrócić, drudzy podbijali mu nogi.
On bronił się z energją rozpaczy, czerpiąc w swem dobrem prawie silę, jakiejby nikt po min się nie spodziewał. I broniąc się zacięcie, zarzucał obelgami swych nieprzyjaciół, zwąc ich nikczemnikami, nędznymi bandytami, którzy we dwudziestu stają przeciw jednemu mężnemu człowiekowi.
Kręcił się około bilardu, cofając się ku drzwiom i zbliżając się do nich potroszę, kiedy okrzyk radości napełnił salę:
— Oto jest kołdra! — krzyczano.
— W kołdrę zawinąć kochanka czarodziejki!
Gaston zrozumiał te okrzyki. Chciano dokonać na nim najhaniebniejszej obelgi, widział się zwyciężonym w rękach tych szaleńców.
Straszliwym ruchem wydobył się trzem napastnikom, potężne uderzenie pięści uwolniło go od czwartego.
Ręce miał wolne, ale wszyscy nieprzyjaciele rzucili się ku niemu razem.
Wtedy stracił głowę. Ze stołu bocznego, gdzie przed chwilą jedli objad dwaj komisanci kupieccy, porwał nóż, i po dwakroć zatopił go w piersiach tego, co pierwszy nań się rzucił.
Tym nieszczęśliwym był Juljusz Lazet. Upadł.
Chwilę struchleli wszyscy. Kilku napastników rzuciło się na Lazeta, by go ratować. Właścicielka zakładu wrzeszczała straszliwie. Kilku młodszych wybiegło, wołając:
— Zabójca!
Ale wszyscy inni, jeszcze najmniej dziesięciu, rzucili się na Gastona ze śmiertelnym okrzykiem.
Czuł się zgubiony, nieprzyjaciele jego chwytali wszystko, co który miał pod ręką, Gaston otrzymał już kilka ran, kiedy przyszedł do głowy rozpaczliwy pomysł. Wyskoczył na bilard i w największym rozpędzie rzucił się w zamknięte okno kawiarni. Było ono silne, jednak rozbił je Gaston; odłamki szyb i drzewa pokaleczyły go, ale przeszedł.
Gaston Clameran był już na dworze, ale nie ocalał.
Zrazu zdziwieni taką śmiałością, przeciwnicy jego rychło przyszli do siebie, i puścili się za nim.
On biegł przez rynek, nie wiedząc w którą udać się stronę.
Czas był okropny, ziemia przesiąkła, czarne chmury włóczyły się po niebie pędzone wiatrem zachodnim, ale noc była jasna.
Biegnąc od drzewa do drzewa, wywijając się na wszystkie strony, mogąc co chwila być otoczonym i ujętym, Gaston pytał się siebie co dalej robić.
Nareszcie zdecydował się dobiedz do Clameran, jeśli zdoła.
Zaprzestał więc młynka, i z nadzwyczajną szybkością przebiegł rynek i skierował się ku grobli zabezpieczającej most od wylewów.
Na nieszczęście Gaston zapomniał, że grobla ta, stanowiąc nader piękną promenadę, zamknięta jest barjerą, jakie zwykle stawiają się w wejściach przeznaczonych dla samych pieszych.
Pędząc z największą szybkością, uderzył się o tę barjerę i padł w znak, mocno stłukłszy sobie biodro.
Podniósł się szybko, ale drudzy byli już za nim.
Wtedy nie miał się już czego spodziewać. Szaleńcy, którzy za nim pędzili, wydawali ten złowrogi okrzyk, który nieraz w dniach nieszczęścia przerażał echa doliny:
— Do Rodanu, do Rodanu markiza!
Już go przytomność opuściła, sam nie wiedział co czyni. Butelka rozcięła mu czoło, a krew płynąca z rany zalewała mu oczy i oślepiła go.
Trzeba było odczepić się lub umrzeć.
Nieszczęśliwy! Miał jeszcze w ręku ów nóż zakrwawiony, uderzył nim znów, i znów padł człowiek wydając jęk okropny.
Drugi ten cios dał mu chwilę wytchnienia, chwilę krótką, ale ta pozwoliła mu obrócić koło od barjery i wpaść na groblę.
Dwaj napastnicy uklękli przy rannym, pięciu puściło się w pogoń z szatańską zaciekłością.
Ale Gaston był zwinny, a położenie straszne potroiło jego energję; zagrzany walką nie czuł ran swoich; pędził, oszczędzając tchu, szybko jak koń wyścigowy.
Wkrótce dobrze wyprzedził goniących: drżący ich oddech co raz bardziej się oddalał, odgłos kroków dochodził mniej wyraźnie; nareszcie nic już słychać nie było.
Gaston jednak biegł jeszcze ćwierć mili potem, przeskakując ploty, i dopiero gdy był pewny, że go doścignąć nie mogą, upadł u podnóża drzewa.
Cała ta scena odbyła się z szybkością niesłychaną. Między chwilą, w której Gaston wszedł z przyjacielem do kawiarni, a obecną, nie upłynęła godzina czasu.
A ileż to zdarzeń w tej krótkiej chwili! Ten jeden wieczór zaciężył na jego życiu więcej niż dwadzieścia lat jego istnienia.
Wszedłszy do tego zakładu z czołem podniesionem, z sercem radosnem, szczęśliwy z życia, pewien przyszłości, wychodził ztamtąd zgubiony... bo zabił.
Zabił i trzymał jeszcze w konwulsyjnej dłoni narzędzie śmierci, odrzucił je precz z grozą.
I usiłował zdać sobie sprawę z okoliczności, jak gdyby coś zależało na tem upadającemu w przepaść, żeby wiedzieć, który to kamień obsunął się i rzucił go w przepaść.
Gdyby przynajmniej sam był zgubiony! Ale nie, Walentyna również zgubioną była: już po jej reputacji dziewiczej. A to on, co nie umiejąc panować nad sobą, poszarpał ten powierzony mu honor, o który dbał więcej niż o własny.
Z tem wszystkiem nie mógł tak leżeć na ziemi. Nie ma wątpliwości, że siła zbrojna została uwiadomioną. Szli za nim w ślady. Zajrzą zapewne do zamku Clameran; nim więc oddali się, może na zawsze, chciał widzieć się z ojcem, chciał raz jeszcze uścisnąć w objęciach swoich Walentynę.
Powstał lecz nie bez trudności, bo nastąpiła reakcja, nerwy jego i muskuły nadmiernie wyprężone zaczęły się ściągać; pot, jaki go okrył w bójce i biegu, lodowaciał na jego czole, po którem zimne przebiegały dreszcze. W calem ciele czuł bole, a szczególniej w boku i ramionach. Rana na czole przestała już krwawić, ale krew zastygła koło powiek, tak, że zaledwie mógł je otworzyć.
Kiedy po strasznej uciążliwej drodze zadzwonił nareszcie do bramy zamkowej, była już przeszło dziesiąta godzina.
Na jego widok stary sługa, który drzwi mu otwierał, odskoczył przerażony.
— Wielki Boże! co się to stało panu hrabiemu?
— Cicho bądź! — rzekł Gaston tym głosem krótkim i chrypliwym, który przybiera człowiek pewny grożącego niebezpieczeństwa, — cicho! Gdzie mój ojciec?
— Pan margrabia jest w swoim pokoju z panem Ludwikiem; pan margrabia dostał przed chwilą napadu podagry, nie może ruszyć się z fotelu; ale pan hrabia...
Gaston już go nie słyszał. Przebiegł szybko po wschodach i wszedł do pokoju, w którym ojciec z Ludwikiem grali w szachy.
Widok jego tak przeraził ojca, że opuścił trzymany pionek.
Przerażenie to łatwo było wytłumaczyć. Twarz, ręce i suknie Gastona okryte były krwią.
— Co to jest? — zapytał margrabia.
— Ojcze mój! przychodzę ucałować cię po raz ostatni i prosić o środki do schronienia się za granicą.
— Ty chcesz uciekać?
— Muszę, ojcze, i to natychmiast. Gonią mnie, śledzą, za chwilę przybędą tu żandarmi. Zabiłem dwóch ludzi...
Wrażenie tych słów tak było silne, że margrabia zapominając o swej podagrze, stanął na równe nogi. Ból znów powalił go na fotel.
— Gdzie? kiedy? — zapytał głosem okropnie zmienionym.
— W Tarasconie, w kawiarni, przed godziną, było ich do dwudziestu, ja sam jeden, porwałem nóż!
— Otóż to wciąż te figielki z roku 93, — mruknął margrabia. — Czy obrażono cię, hrabio?
— Zelżono przy mnie szlachecką córkę!
— A ty ukarałeś trutniów? Tęgoś się spisał. Gdzież to widziano, ażeby szlachcic pozwolił w swej obecności jakimś cymbałom ubliżać osobie dostojnej! Ale w czyjejże to stawałeś obronie?
— W obronie panny Walentyny de la Verberie.
— O! — zawołał margrabia, — o!... córki tej starej czarownicy. Że też ci la Verberie, niech im Bóg nie pamięta! zawsze nam przynosili nieszczęście.
Już to szczerze nienawidził Hrabiny, ale względy rasowe przemawiały w nim głośniej, niżeli przyjaźń. Dodał więc:
— Nic nie szkodzi, hrabio! Spełniłeś swój obowiązek.
Tymczasem pomiędzy służbą zamkową ciekawość wzięła górę nad bojaźnią pańską, i stary Jan, sługa margrabiego, ośmielił się otworzyć drzwi od pokoju, wejść i zapytać:
— Pan margrabia dzwonił?
— Nie, gapiu, nie, — odpowiedział pan Clameran, — nie dzwoniłem, i ty wiesz o tem dobrze. Ale ponieważ przyszedłeś, tem lepiej. Daj tu czemprędzej bieliznę i ubranie. Przynieś tu co potrzeba, żeby przebrać i opatrzyć pana hrabiego.
W jednej chwili rozkaz był wykonany.
Gaston nie był tak pobity jak się wydawało. Wyjąwszy rany od noża zadanej poniżej lewej łopatki, inne rany były lekkie.
Opatrzywszy się jak stan wymagał, Gaston uczuł się innym człowiekiem, gotowym stawić czoło nowym niebezpieczeństwom, nowa energja błysnęła mu w oczach.
Margrabia znakiem oddalił służących.
— A teraz, — zapytał Gastona, — uważasz, że musisz schronić się za granicę?
— Tak, ojcze.
— Brat mój nie może się wahać, — nalegał Ludwik. — Jeżeli zostanie, wtrącą go do więzienia, pociągną przed ławy sądowe, i... kto wie?...
— Wiadomo aż nadto, — łajał margrabia, — potępią go i skażą. Otóż to są dobrodziejstwa tej nieśmiertelnej Rewolucji, jak oni nazywają. O! gdyby to było w czasie mojej młodości, porwalibyśmy za broń wszyscy trzej, siedlibyśmy na koń, uderzylibyśmy na Tarascon, a wtedy... Tymczasem trzeba uciekać.
— I nie ma chwili do stracenia, — zauważył Ludwik.
— To prawda, — odpowiedział margrabia, — ale żeby uciec i dostać się za granicę, potrzeba pieniędzy, a ja nie mam pod ręką tyle, żeby mu wystarczyło.
— Ojcze mój!...
— Nie, nie mam. O! stary marnotrawnik ze mnie! Stare dziecko, nieprzewidujące! Czy mam w kantorku choć sto luidorów?
Ludwik otworzył kantorek. Szuflada zastępująca kasę, zawierała 920 franków.
— Dziewięćset dwadzieścia franków! — wykrzyknął margrabia, — to nie dosyć. Pierworodny syn naszego domu nie może uciekać z taką nędzną sumą; nie może... Widocznie zdesperowany, stary margrabia przez chwilę zatopił się w myślach.
Wreszcie powziął jakieś postanowienie i rozkazał Ludwikowi, by mu przyniósł małą szkatułkę żelazną cyzelowaną, która zamknięta była w niższej szufladzie kantorka.
Margrabia Clameran nosił na szyi, zawieszony na czarnej wstążce kluczyk od tej szkatułki.
Otworzył ją nie bez gwałtownego wzruszenia, które dostrzegli jego synowie, i zwolna wydobył z niej naszyjnik, krzyżyk, pierścionki i inne klejnoty.
Oblicze jego przybrało wyraz uroczysty.
— Gastonie, synu mój kochany, — rzekł, — życie twe zależeć może od nagrody, jaką będziesz mógł dać temu, kto ci dopomoże...
— Jestem młody, ojcze mój, mam dosyć odwagi.
— Posłuchaj mnie. Klejnoty te, które widzisz, należały niegdyś do ś. p. margrabiny, twojej matki, kobiety zacnej i świętej, która z nieba czuwa nad nami. Z temi klejnotami ja nigdy nie rozstawałem się. W dniach nędzy, podczas emigracji w Londynie, kiedy dla zarobienia na życie dawałem lekcje szermierki, nie tknąłem tych klejnotów. Nigdy nie przeszło mi przez głowę, aby je sprzedać, zastawić nawet wydałoby mi się świętokradztwem. Ale dzisiaj weź te klejnoty, mój synu, sprzedaj je, one warte są ze dwadzieścia tysięcy franków...
— Nie, mój ojcze, nie!...
— Weź je, mój synu. Gdyby dziś matka twoja żyła, powiedziałaby ci to samo. Rozkazuję ci. Nie dopuszczę, żeby życie lub cześć pierworodnego syna domu naszego narażoną była dla braku złota...
Wzruszony, ze łzami w oczach, Gaston padł do kolan starego margrabiego, wziął rękę jego i podniósł do ust.
— Dziękuję ci, drogi ojcze, dziękuję! Zdarzyło się, że w mej zarozumiałości młodzieńczej pozwoliłem sobie sądzić ciebie, nie znałem cię, przebacz mi! Wezmę, tak! wezmę te klejnoty, które nosiła matka moja; ale wezmę jako depozyt czci mojej powierzony, z którego kiedyś zdać ci mam rachunek.
Rozrzewnienie zdjęło margrabiego de Clameran i Gastona, zapomnieli się.
Ale dusza Ludwika nie była z tych, co doznają wzruszeń na podobny widok.
— Godziny upływają, — przerwał, — czas nagli!
— On ma słuszność! — zawołał margrabia, uchodź, hrabio, uchodź mój synu! Niech Bóg ma w swojej opiece pierworodnego domu Clameranów.
Gaston powstał zwolna.
— Nim cię opuszczę, ojcze mój, — rzekł, — muszę spełnić obowiązek święty. Nie powiedziałem ci jeszcze wszystkiego: Dziewica, za której dziś ująłem się cześć, panna Walentyna de la Verberie, jest moją ukochaną.
— Oh! — krzyknął margrabia zdumiony, — oh! oh!
— I błagam cię, mój ojcze, zaklinam na kolanach, abyś panią hrabinę de la Verberie prosił dla mnie o jej rękę. Walentyna, pewny jestem, nie będzie się wahała podzielić ze mną wygnanie, ona połączy się ze mną za granicą...
Gaston zatrzymał się, przerażony skutkiem, jaki sprawiły jego słowa. Margrabia zczerwieniał, a raczej zsiniał, jak gdyby go apopleksja miała uderzyć.
— Ależ to jest potworne, — powtarzał jąkając się z gniewu, — to jest szaleństwo!
— Ja kocham ją, ojcze! Przysiągłem jej, że żadna inna żoną moją nie będzie.
— Więc zostaniesz kawalerem...
— Ożenię się z nią! — zawołał Gaston ożywiając się coraz bardziej, — ożenię się z nią, bo przysiągłem, bo tu wreszcie o cześć naszą idzie.
— Brednie! — Panna de la Verberie będzie moją żoną, powtarzam ci, ojcze, bo już za późno dla odbierania słowa, bo choćbym nawet nie kochał jej, jeszczebym się z nią ożenił, bo ona mi wszystko oddała... bo nareszcie, rozumiesz ojcze, to co dziś wieczór mówiono w kawiarni, prawdą jest... Walentyna jest moją kochanką!...
Pierworodny liczył na wrażenie tego wyznania, które wydarły mu okoliczności, ale się omylił. Margrabia tak przedtem rozjątrzony, uczuł pewną ulgę. Złośliwa radość błysnęła w jego oczach.
— Aha! aha! — zawołał, — ona jest kochanką twoją. A to mi bardzo przyjemnie. Winszuję ci hrabio; powiadają, że to bardzo miła dziewczyna.
— Panie! — przerwał Gaston niemal groźnie, — ja ją kocham, proszę nie zapominać o tem. Przysiągłem!
— Ta! ta! ta! — zawołał margrabia, — szczególne, widzę, zdjęły cię skrupuły. Czy jeden z jej przodków nie sprowadził niegdyś z prawej drogi jednej z dziewic naszego rodu? Teraz skwitowaliśmy się. A! ona jest twoją kochanką...
— Na pamięć matki mojej, na imię nasze przysięgam, że ona będzie moją żoną!
— Doprawdy! — zawołał margrabia rozjątrzony, — takim to ośmielasz się przemawiać tonem! Owoż ja nigdy, czy słyszysz? nigdy nie dam mego zezwolenia. Wiesz o tem dobrze, czy dla mnie droga jest cześć mego domu? Owoż wołałbym, aby ciebie ujęto, sądzono, skazano, wołałbym widzieć cię w kryminale, niż mężem tej dziewki...
To ostatnie słowo dobiło Gastona.
— Niechże więc stanie się wola twoja, ojcze, — rzekł, — zostanę, niech mnie aresztują, niech robią ze mną co chcą, mniejsza oto! Nie chcę życia bez nadziei. Zabierz ojcze te klejnoty, już mi one niepotrzebne.
Byłaby niezawodnie wybuchła okropna scena między ojcem a synem, gdyby drzwi od pokoju nie rozwarły się z łoskotem. Wszyscy słudzy z całego zamku wtłoczyli się do sieni.
— Żandarmi nadciągają, żandarmi! — wołano ze wszech stron.
Na wieść o tem, margrabia powstał i utrzymał się na nogach. Tyle wzruszeń miotało nim od godziny, że podagra ustąpiła.
— Žandarmi nadciągają, żandarmi! — wołano ze wszech stron
Na wieść o tem, margrabia powstał i utrzymał się na nogach. Tyle wzruszeń miotało nim od godziny, że podagra ustąpiła.
— Żandarmi! — mwrzasnął, — u mnie, w Clameran! Zapłacimy im hojnie za to zuchwalstwo! Pomożecie mi, prawda?
— Pomożemy! — zawołała służba, — precz z żandarmami!
Na szczęście, w chwili, gdy wszyscy tracili głowę, Ludwik zachował całą krew zimną.
— Opierać się, byłoby szaleństwem, — wyrzekł, — odeprzemy być może żandarmów dziś wieczór, ale jutro przyjdą w liczniejszym szeregu.
— To prawda, — rzekł gorzko margrabia, — Ludwik ma słuszność. Wszak to teraz, jak powiadają, prawo ma największą siłę. Zapomniałem, że żandarmi są najwszechwładniejsi. Każdy z nich ma prawo zdeptać moją tarczę herbową!...
— Gdzie oni są? — zapytał Ludwik.
— U sztachet, — odpowiedział Laverdure zrozpaczony; — sztachety są zamknięte, drzwi od parku także. Ale ich jest chyba cały pułk. Niektórzy nawet chodzą na warcie wzdłuż murów.
Tak było w istocie. Wieść o śmierci Lazeta rozbiegła się jak wicher i wzburzyła cały Tarascon. Wsadzono na koń by gonić za mordercą nie tylko żandarmów, ale nawet cały pluton huzarów z załogi.
Ze dwudziestu młodzieży z miasta prowadziło siłę zbrojną.
— A więc, — rzekł margrabia, zdobywając się w chwili niebezpieczeństwa na całą przytomność umysłu, — a więc jesteśmy otoczeni.
— Ani sposobu umknąć, — jęknął Jan.
— To zobaczymy jeszcze! — krzyknął margrabia, — Nie mamy siły, musimy więc działać zręcznością. Baczność wszyscy! Ty, synu mój, Ludwiku, pójdziesz do stajni z Laverdurem; weźmiecie dwa najlepsze konie, będziecie każdego prowadzić w ręku, i umieścicie się, czyniąc ile możności najmniej szelestu: ty Ludwiku przy drzwiach od parku, ty Laverdure przy kracie. Reszta stanie po jednemu przy każdych drzwiach, by je otworzyć za danym znakiem. Jak ja wystrzelę z pistoletu, wszystkie drzwi mają się naraz otworzyć. Ludwik i Laverdure puszczą z ręki konie i bodajby niewiedzieć co, muszą na nie wskoczyć, by ściągnąć żandarmów w swoje ślady.
— Postaram się, aby mnie długo gonili, — zapewnił Laverdure.
— Czekajcie. Przez ten czas hrabia, z pomocą Jana, przejdzie przez mur od parku i pójdzie wzdłuż rzeki, aż do chaty Pilorela, rybaka. Jest to stary majtek z czasów Rzeczypospolitej, dzielny człowiek i oddany nam; weźmie on hrabiego na swoją łódź, a jak raz będzie na Rodanie, to niech się już nikogo nie obawiają, tylko jednego Boga!... Zrozumieliście mnie?... Idźcież!...
Pozostawszy sam na sam z synem, stary margrabia wsunął w jedwabny woreczek klejnoty, które Gaston odłożył na stolik, i otworzył ramiona.
— Pójdź, mój synu! — zawołał głosem, który usiłował uczynić niezamąconym, — pójdź, niech ci pobłogosławię.
Gaston wahał się.
— Pójdź, — nalegał margrabia, — niech cię uściskam po raz ostatni. Ratuj się, ratuj imię twoje, Gastonie, a potem... przecież wiesz, że cię kocham... Weź te klejnoty...
Długi czas ojciec i syn, wzruszeni do głębi duszy, trzymali się we wzajemnym uścisku.
Ale hałas przy kracie wzrastał i dochodził do ich uszu.
— Idźmy! — zawołał pan Clameran.
I zdejmując ze ściany parę małych pistoletów, oddał je hrabiemu, odwracając głowę i mówiąc z cicha:
— Pamiętaj, aby cię nie wzięli żywcem, Gastonie!
Na nieszczęście Gaston rozstawszy się z ojcem, nie zszedł natychmiast.
Więcej niż kiedykolwiek chciał się widzieć z Walentyną i przewidywał możność ostatniego z nią pożegnania. Mówił sobie, że Pilorel będzie mógł zatrzymać łódź wzdłuż parku la Verberie.
Zużył więc z kilku minut czasu, jakie mu zostawały, jedną minutę, by wbiedz do swego pokoju i zaświecić w oknie znak, który oznajmiał przybycie jego kochance. Nadto oczekiwał na odpowiedź.
— Ale pójdźże pan, panie hrabio, — powtarzał Jan, który nie rozumiał tego postępowania, — pójdź pan na miłość boską! gubisz się...
Zbiegł wreszcie pędem.
Był dopiero w przedsionku, gdy rozległ się strzał, będący znakiem starego margrabiego.
Natychmiast, i prawie jednocześnie posłyszano skryp wielkiej kraty, która się otwierała, brzęk pałaszy żandarmskich i huzarskich, wystraszony galop koni, a zewsząd w parku i dziedzińcu dochodziły straszne krzyki i złorzeczenia.
Oparty w oknie swego pokoju, cały w potach, z sercem tak uciśnionem, że zaledwie mógł oddychać, margrabia de Clameran oczekiwał końca tej sprawy, która miała decydować o życiu jego pierworodnego syna.
Środki przez niego przedsięwzięte, były wyborne.
Tak jak przewidział, Ludwik i Laverdure zdołali przebić się i popędzili galopem w pole, jeden na prawo, drugi na lewo, każdy ściągając za sobą kilkunastu jeźdźców. Jadać na tęgich koniach, mogli kawał drogi poprowadzić pogoń.
Gaston byłby już ocalony, gdyby fatalność, czy tylko fatalność... nie była się do tej sprawy wmięszała.
O sto metrów od zamku koń Ludwika potknął się i upadł, zwaliwszy pod siebie jeźdźca. Natychmiast otoczyli go żandarmi i piesi ochotnicy, i rozpoznawali kto był.
— To nie jest morderca! — zawołał jeden z młodzieży miejskiej, — wracajmy, chcą nas oszukać.
Wrócili rzeczywiście i właśnie w sam czas, by zobaczyć przy świetle księżyca, który na chwilę z chmur się wydobył, jak Gaston przełaził mur od warzywnego ogrodu.
— To ten! — rzekł brygadjer żandarmów, — baczność chłopcy i galopem naprzód!
I wszyscy, puszczając konie, pędzili ku miejscu, z którego widzieli skaczącego Gastona.
Wiadomo, że na gruncie korzenistym, nierównym i pooranym, łatwo pieszemu człowiekowi, jeżeli jest zwinny i zachowa przytomność umysłu, uciec przed kilku nawet jeźdźcami.
Owoż grunt poza parkiem był właśnie tego rodzaju. Konie nie tylko biedz po nim nie mogły, ale nawet stały z trudnością.
Okoliczność ta powstrzymała żandarmów, którym chodziło o konie. Ryzykowało się tylko czterech huzarów, ale ich usiłowania były nadaremne. Skacząc z zagonu na zagon, Gaston przebył wkrótce bardzo wielką przestrzeń, pełną rozkopów, zarośli i innych przeszkód.
Pogoń była teraz tembardziej interesująca, że uciekający miał oczywiście górę. To też wszyscy jeźdźcy roznamiętnili się, wołali na siebie, dawali sobie znaki dla oznajmienia ilekroć Gaston wybiegł z jednego zagajenia w drugi.
On zaś, znając doskonale miejscowość, nie tracił nadziei. Wiedział, że nieopodal jest rów oddzielający dwa pola, i sądził, że rzucając się do tego rowu, zniknie i może nim zajść kawał drogi, gdy pogoń szukać go będzie jeszcze między drzewami.
Zapomniał o wylewie; przybywszy nad rów, zobaczył, że jest napełniony wodą.
Zafrasowany, ale nieugięty, już się zabierał przeskoczyć go, gdy w tem z jednej strony postrzegł trzech jeźdźców.
Byli to żandarmi, którzy inną drogą jadać, na los szczęścia chcieli przeciąć drogę uciekającemu i natrafili nań.
Na ich widok Gaston zatrzymał się.
Przeskoczyć rów i pędzić dalej polem aż do chaty Pilorela, na nicby się nie zdało, bo miał żandarmów na karku.
Zwrócić się, znaczyło wpaść w ręce huzarów.
Na prawo miał mały lasek, ale między nim a sobą słyszał tętent końskich kopyt. Więc i tamby go ujęto.
Nareszcie na lewo miał rzekę, wezbraną i gotową do wylewu; Rodan pieniący, wrzący, który ze złowrogim szumem pędził pienistą falę.
Co robić?... Czuł, że się coraz bardziej zacieśnia koło, którego on był środkiem.
Miałżeż uciec się do pistoletu, i tu pośrodku pól, goniony jak dzikie zwierzę, głowę sobie rozsadzić? Cóż to za śmierć dla Clamerana!
Nie! Powiedział sobie, że jeden zostaje mu jeszcze środek ratunku, słaby, nędzny, niepewny, ale zawsze środek. Zostawała mu rzeka.
Pobiegł ku niej szybko, trzymając wciąż w ręku nabite pistolety, i stanął na krańcu małego wzgórka, który na dobre trzy metry wchodził w Rodan.
Schronienie to utworzyło się z wielkiego pnia wywróconego, przy którem zatrzymało się mnóstwo różnych szczątków drzewa, słomy i innych przedmiotów naniesionych przez wodę.
Kloc ten pod ciężarem Gastona zatapiał się, chwiał się i skrzypią! niemiłosiernie.
Ztamtąd rozpoznawał doskonale pogoń huzarów i żandarmów, było ich około piętnastu, z lewej i prawej strony wydawali okrzyki radości.
— Poddaj się! — krzyknął brygadjer żandarmerji.
Gaston nie odpowiadał. Ważył i oceniał swoje środki ratunku. Był tuż naprzeciw parku de la Verberie; będzież się mógł tam dostać, jeżeli od razu nie porwą i nie pochłoną go fale? Myślał, że może w tej chwili truchlejąca Walentyna błądzi nad brzegiem wody z przeciwnej strony, czeka na niego i modli się.
— Po raz drugi! — krzyknął brygadjer, — poddajesz się?
Nieszczęśliwy nie słyszał. Imponujący głos potoku, szum i plusk naokoło ogłuszały go.
Stanął w tej chwili na tym punkcie wieczności, z którego człowiek lotem błyskawicy ogarnia całe życie swoje i sądzi się.
Spokojny, chociaż śmierć miał pod nogami, Gaston szukał oczyma miejsca, gdzieby się rzucić, i duszę polecił Bogu.
— Trzeba jednak raz z nim skończyć, — mówili żandarmi, — on będzie stał tam, póki po niego nie pójdziemy, zsiądźmy z koni.
Ale Gaston dokończył już modlitwy.
Gwałtownym gestem rzucił pistolety w stronę żandarmów, był gotów.
Znalazłszy mocny punkt oparcia, przeżegnał się, i głową w dół, z rękami wyciągniętemi, rzucił się do Rodanu.
Gwałtowność skoku zerwała ostatnie korzenie drzewa; chwiał się chwilę, obrócił i nareszcie poszedł z prądem rzeki.
Litość i groza, więcej niż gniew, wydarły okrzyk z piersi wszystkich jeźdźców.
— Zgubiony człowiek! — rzekł jeden z żandarmów, — już po nim; trudno walczyć z Rodanem; jutro znajdą jego trupa w Arles.
Huzary szczególnie zmartwili się śmiercią tego pięknego i szlachetnego młodziana, którego niedawno ścigali z taką zaciętością. Podziwiali odwagę jego i energję, a zarazem rezygnację, bo przecież postanowiwszy umrzeć i mając broń, mógłby się bronić i drogo oddać swe życie.
Jako prawdziwi żołnierze francuscy, byli teraz calem sercem po stronie zwyciężonego, i każdy byłby się na wszystko odważył, by go ocalić i ułatwić ucieczkę.
— Głupia robota! — mruknął stary porucznik dowodzący huzarami.
— Ba! — odrzekł brygadjer, — filozof, lepiej mu może w Rodanie, jak w kryminale! Dalej, chłopcy, pół odwrotu! Co mnie martwi, to ten stary, który czeka tam na wiadomość o swym synu. Niech mu tam kto chce mówi prawdę, ja się nie podejmuję.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.