Akta kryminalne pod l. 113/Tom I/całość
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Akta kryminalne pod l. 113 |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Le Dossier nº 113 |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cała powieść |
| Indeks stron | |
|
Akta kryminalne pod l. 113.
Powieść
EMILA GABORIAU.
Z francuzkiego.
Tom I.
LWÓW.
Nakład Spółki Wydawnictwa „Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów.“
Czcionkami Kornela Pillera.
Główny skład w księgarni Gubrynowicza i Schmidta we Lwowie
przy placu św. Ducha l. 43.
1872.
|
W wieczornych dziennikach z wtorku, dnia 28. lutego 186* roku, pod rubryką „Rozmaitości“ czytano:
„Ogromna kradzież, spełniona w domu bankiera, pana Andrzeja Fauvela, poruszyła dzisiejszego rana całą okolicę ulicy Provence. Zręczni a zuchwali złoczyńcy włamali się do biur, i tam odbiwszy kasę, która ze wszech miar uważana była za niedostępną, wyjęli z niej znaczną sumę, dochodzącą 350.000 franków w biletach bankowych. Natychmiast o wypadku tym zawiadomiona policja, rozwinęła zwykłą gorliwość, i poszukiwania jej odniosły pomyślny skutek. Powiadają, że aresztowanym już został P. B., komisant miejscowy; wszystko domyślać się każę, iż wspólnicy jego wkrótce dostaną się do rąk sprawiedliwości.“
W ciągu czterech dni, cały Paryż niczem się nie zajmował, tylko tą kradzieżą.
Potem nastąpiły ważne wypadki: jakiś akrobata złamał nogę w cyrku, jakaś panna debiutowała na małym teatrze, i „Rozmaitości“ z dnia 28. lutego poszły w niepamięć.
Ale dzienniki na ten raz były, może umyślnie, źle, a przynajmniej niedokładnie poinformowane.
Prawda, że suma 350.000 franków zginęła w domu pana Andrzeja Fauvela, ale nie w taki sposób. Jeden z komisantów był istotnie chwilowo przyaresztowany, ale nie miano przeciw niemu żadnego stanowczego dowodu. Kradzież ta, ważności niezwykłej, pozostała niewytłumaczoną.
Dom bankowy Andrzeja Fauvela, położony przy ulicy Provence, jest jednym z najznaczniejszych, i ze względu na liczny skład osobisty, ma pozór jakby jakiegoś ministerstwa.
Na dole mieszczą się biura, a okna wychodzące na ulicę opatrzone są tak silnemi i gęstemi kratami, że odstręczają wszelkie pokuszenia.
Szerokie drzwi szklanne prowadzą do obszernego przedsionka, w którym od rana do wieczora stoi trzech lub czterech woźnych.
Na prawo, sale do przyjmowania interesantów, za niemi sionka prowadząca do okienka kasy głównej.
Biura korespondencji i buchalterji ogólnej znajdują się na lewo.
W głębi spostrzegamy mały dziedzińczyk oszklony, na który wychodzi siedm czy ośm okienek, zwykle niepotrzebnych, a otwieranych jedynie podczas pewnych wypłat.
Gabinet pana Andrzeja Fauvela jest na pierwszem piętrze, w końcu pięknych jego apartamentów.
Gabinet ten łączy się bezpośrednio z kancelarją małemi schodkami, które prowadzą wprost do izby zajmowanej przez kasjera głównego.
Izba ta, którą w całym domu nazywają kasą, jest doskonale zabezpieczoną od wszelkiego najścia, istna niejako cytadela, opatrzona jak jaki Monitor.
Drzwi obite grubą blachą, nawet otworu kominowego broni żelazna krata.
Tam to znajduje się, wparta w mur, skrzynia kasowa, jeden z tych potężnych, a fantastycznych sprzętów, tak dziwnych dla biedaka, którego cały majątek wygodnie mieści się w szczupłej sakiewce.
Arcydzieło fabryki Bequeta, skrzynia ta ma dwa metry wysokości a półtora metra szerokości. Cała z lanego żelaza, ściany ma potrójne, a we wnętrzu znajdują się osobne przedziały na wypadki pożaru.
Maleńki kluczyk otwiera ten sprzęt; bo też do otwarcia go, klucz jest rzeczą najmniejszą. Pięć ruchomych guzików stalowych, na których wyryte są wszystkie głoski abecadła, stanowią główną siłę dowcipnego i potężnego zamku. Przed włożeniem doń klucza, trzeba ułożyć głoski na guzikach w taki porządek, w jakim stały przy zamknięciu.
To też u pana Fauvela, jak i wszędzie, zamykają kasę wyrazem, który się zmienia po pewnym czasie.
Wyraz ten wiadomy jest samemu tylko naczelnikowi domu i kasjerowi.
Z takim sprzętem, choćby kto posiadał więcej kosztowności, niż książę Brunszwicki, może spać jak zabity.
Jedno tylko zachodzi niebezpieczeństwo, to jest, gdyby zapomniano wyrazu, który odpowiada niby zaklęciu Sezama z powieści wschodniej.
Z tem wszystkiem, w dniu 28. lutego komisanci domu bankierskiego przybyli do biura jak zwyczajnie.
O wpół do dziesiątej każdy siedział przy robocie, gdy mężczyzna już nie młody, mocno ciemnego włosa, postawy marsowej, w żałobne ubrany suknie, ukazał się w biurze sąsiadującem z kasą, w którem pracowało pięciu do sześciu komisantów.
Oświadczył, iż chce mówić z kasjerem głównym.
Odpowiedziano mu, że kasjer jeszcze nie nadszedł, i że kasa otwiera się dopiero o godzinie dziesiątej, jak o tem oznajmia wielka karta wywieszona w przedsionku.
Odpowiedź ta zdawała się mocno dekoncertować przybyłego.
— Sądziłem, — rzekł tonem suchym i nieco impertynenckim, — że będę tu miał z kim mówić, porozumiawszy się wczoraj jeszcze z panem Fauvelem. Jestem margrabia Ludwik de Clameran. właściciel hamerni w Oloron; przychodzę wycofać 300.000 franków powierzonych temu domowi przez mego brata, którego jestem spadkobiercą. Dziwna rzecz, że nie wydano rozkazów...
Ani tytuł, ani racje przytoczone przez urodzonego właściciela hamerni nie zaimponowały komisantom.
— Kasjera nie ma jeszcze, a do nas to nie należy.
— Więc proszę zaprowadzić mnie do pana Fauvela.
Wahali się nieco, ale młody jeden komisant nazwiskiem Cavaillon, który pisał przy oknie, zabrał głos:
— O tej godzinie pan Fauvel zawsze wychodzi do miasta.
— Przyjdę więc później, — rzekł margrabia.
I wyszedł nie skłoniwszy się, nie dotknąwszy nawet ręką kapelusza.
— Nie bardzo grzeczny klient, — rzekł młody Cavaillon; — ale coś mu się nie wiedzie, bo właśnie Prosper nadchodzi.
Kasjer główny, Prosper Bertomy, jest to wysoki trzydziestoletni mężczyzna, oczu niebieskich, włosów płowych, starannie i według ostatniej mody ubrany.
Nieźle by wcale wyglądał, gdyby nie przesadzał angielskiej powierzchowności, czyniąc się zimnym i sztywnym aż do zbytku, i gdyby fizjognomii swej, z natury uśmiechliwej, nie psuł pozorem zbytniego zadowolenia z siebie.
— A, jesteś pan przecie! — zawołał Cavaillon, — już się tu o pana pytano.
— Kto? czy nie pewien właściciel hamerni?
— Właśnie.
— No, to on powróci. Wiedząc, że dziś przybędę później, jużem się wczoraj urządził.
Prosper otworzył swą izbę rozmawiając, i wszedł zamykając drzwi za sobą.
— Otóż to mi kasjer, — odezwał się jeden z oficjalistów; — ten sobie krwi nie psuje. Pryncypał zrobił mu ze dwadzieścia scen za to, że się spóźnia, a on dba o to jak o wiatr, co wieje.
— Ma słuszność, kiedy pomimo to pryncypał daje mu wszystko czego zażąda.
— A wreszcie jakżeby on mógł przyjść wcześniej; prowadzi życie piekielne, noce przepędza Bóg wie gdzie i jak. Uważaliście, że dziś wygląda jakby go z trumny wyjęto?
— Grał pewnie w karty, jak w przeszłym miesiącu; dowiedziałem się od Couturiera, że za jednem posiedzeniem przegrał tysiąc pięćset franków.
— Ale pomimo to robota dobrze idzie, — przerwał Cavaillon.
— Gdybyś ty był na jego miejscu...
I zatrzymał się. Drzwi od izby kasowej otworzyły się, i kasjer wyszedł krokiem chwiejnym.
— Okradziono mnie! — wyjąkał.
Oblicze Prospera, jego głos chrypliwy, drżenie całego ciała, wyrażało takie cierpienie, że wszyscy oficjaliści razem porwali się z miejsca i przybiegli do niego.
Upadł prawie w ich ramiona, nie mógł się utrzymać, osłabł, trzeba go było posadzić.
Koledzy otoczyli go i wypytywali wszyscy razem:
— Okradziono? jak? kto?
Prosper powoli przychodził do siebie.
— Zabrano wszystko, co miałem w kasie.
— Wszystko?
— Tak, trzy paczki po sto biletów tysiąc-frankowych i jednę z pięćdziesięcią biletami. Wszystkie cztery paczki były zawinięte w jeden papier i związane razem.
Wieść o kradzieży piorunem rozbiegła się po całym domu; ciekawi przybiegli ze wszystkich stron; biuro przepełniło się.
— Jakżeż, — rzekł do Prospera młody Cavaillon, — więc odbito kasę?
— Nie; kasa nienaruszona.
— A zatem...
— A zatem nie mniej faktem jest, że wczoraj miałem 350.000 franków, a dziś nie mam nic.
Wszyscy umilkli; jeden tylko stary oficjalista nie podzielał ogólnej konsternacji.
— Nie trać-że głowy, panie Bertomy, — rzekł, — czy czasem pryncypał nie rozrządził tą sumą.
Nieszczęśliwy kasjer powstał od razu; przyczepił się do tej myśli.
— A tak! — zawołał, — w samej rzeczy. To zapewne on...
Potem zamyślił się.
— Nie, — dodał tonem głębokiego zwątpienia, — to niepodobna. Nigdy jeszcze, od lat pięciu jak jestem kasjerem, pan Fauvel nie otwierał kasy bezemnie. Potrzebował kilka razy gotówki, a czekał na mnie, lub przysyłał po mnie, i nigdy grosza nie tknął bezemnie.
— Mniejsza o to, — wtrącił Cavaillon, — zawsze lepiej zawiadomić go niż rozpaczać z góry.
Ale pan Fauvel był już zawiadomiony. Jeden z woźnych pobiegł na górę i opowiedział wszystko co zaszło.
W chwili gdy Cavaillon radził go uwiadomić, ukazał się pan Fauvel.
Jest-to mężczyzna około lat pięćdziesięciu, średniego wzrostu, włosów szpakowatych. Dość otyły, lekko przychylony jak wszyscy gorliwi robotnicy, i chodząc, ma zwyczaj udawać eleganta.
Nigdy żadnym czynem nie zaparł wyrazu dobroci rozlanej na obliczu. Czoło jego otwarte, oko żywe i szczere, usta rumiane i czerstwe. Urodzony w okolicach Aix, przy ożywieniu, zatrąca z lekka akcentem prowanckim, który nadaje szczególną barwę jego dowcipowi — bo jest w samej rzeczy dowcipnym.
Wzruszyła go wieść przyniesiona przez woźnego, gdyż zazwyczaj dość rumiany, zbladł widocznie.
— O czem to ja dowiaduję się? — zapytał komisantów, którzy z uszanowaniem rozstępowali się przed nim, — co się stało?
Głos pana Fauvela wrócił kasjerowi sztuczną energję wielkich przesileń; chwila stanowcza i groźna nadeszła; powstał i zbliżył się do pryncypała.
— Panie, — rozpoczął, — mając na dzień dzisiejszy naznaczoną wypłatę, o której pan wiesz, posłałem wczoraj do banku po 350.000 franków.
— Dla czego wczoraj? — przerwał bankier. — Zdaje mi się, że ze sto razy polecałem panu czekać, aż do dnia następnego.
— Wiem panie, że źle zrobiłem i złe się stało. Wczoraj wieczorem schowałem tę sumę, która znikła, a jednak kasa nie jest naruszoną.
— Ależ co się panu dzieje? To bajki! Pan oszalałeś!
Kilka tych słów zniszczyło wszelką nadzieję, ale sama groza położenia nadawała Prosperowi nie zimną krew obmyślonego postanowienia, ale wtrąciła go w jakąś bezmyślną obojętność, która następuje po niespodziewanej katastrofie.
— Nie oszalałem na nieszczęście, nie mówię bajek, mówię to co jest.
Ta spokojność w podobnej chwili z dawała się oburzać pana Fauvela. Ujął Prospera za rękę i silnie nim wstrząsając:
— Mów pan! — zawołał, — mów! kto otworzył kasę?
— Nie mogę wiedzieć.
— Wszak tylko ja i pan wiemy wyraz, my dwaj tylko mamy klucz!
Było to formalnem oskarżeniem, tak przynajmniej zrozumieli to świadkowie.
Mimo to przerażający spokój kasjera nie ustał. Wycofał rękę z uścisku pryncypała, i rzekł zwolna:
— Tak jest panie, chyba tylko ja mogłem zabrać te pieniądze...
— Nieszczęsny!
Prosper cofnął się i uparcie patrząc w oczy panu Fauvelowi, dodał:
— Albo pan!
Bankier poruszył się groźnie; nie wiadomo co byłoby nastąpiło, gdyby przy drzwiach prowadzących do przedsionka nie usłyszano głośnej rozmowy.
Jakiś klient usiłował wejść, mimo przedstawień woźnych, i istotnie wszedł. Byłto to margrabia de Clameran.
Wszyscy komisanci zebrani w biurze stali nieruchomi, zlodowaciali; milczenie było głębokie, uroczyste.
Widocznem było, że jakaś ważna kwestja, kwestja życia lub śmierci rozstrzygała się między wszystkimi tymi ludźmi.
Właściciel hamerni nic nie chciał widzieć. Zbliżył się, zawsze z głową nakrytą i równie impertynenckim tonem rzekł:
— Już po dziesiątej, panowie.
Nikt nie odpowiedział, i pan Clameran miał mówić dalej, gdy wtem postrzegł bankiera, którego dotąd nie widział. Podszedł przeto ku niemu.
— Nareszcie znajduję pana, i to bardzo w porę. Już byłem tu raz dzisiaj, ale kasa nie była otwarta, kasjer jeszcze nie nadszedł, a pan byłeś w mieście.
— Przepraszam pana, byłem w moim gabinecie.
— Jednak mnie objaśniono inaczej, i oto ten pan oświadczył mi, że pan jesteś nieobecnym.
I palcem wskazał Cavaillona.
— Ale mniejsza o to, — dodał, — wracam i znowu nie tylko powiadają mi, że kasa zamknięta, ale nadto nie puszczają mnie do biura. Musiałem się przedrzeć, i pytam pana, czy mogę odebrać moją sumę, czy nie?
Pan Fauvel słuchał drżąc od gniewu, blednąc i czerwieniejąc na przemian, jednak panował nad sobą.
— Byłbym panu obowiązany za maleńką zwłokę, — rzekł głosem głuchym.
— Zdaje mi się, że mi pan oświadczyłeś...
— Tak, wczoraj. Ale dziś rano, w tej chwili, dowiaduję się, żem się stał ofiarą kradzieży 350.000 franków.
Pan Clameran skłonił się ironicznie.
— A czy długo mam czekać? — zapytał.
— Tyle czasu ile potrzeba przejść do banku.
I odwracając się od właściciela hamerni, pan Fauvel podszedł ku kasjerowi.
— Przygotuj pan pokwitowanie, — rzekł do niego; — poszlij czemprędzej wziąć z banku sumy rozporządzalne.
Prosper nie ruszył się z miejsca.
— Słyszałeś pan? — powtórzył bankier, tłumiąc wybuch.
Kasjer zadrżał, jakby dopiero ze snu zbudzony.
— Próżno posyłać, — odpowiedział zimno, — należytość pana hrabiego wynosi trzykroć sto tysięcy franków, a w banku mamy zaledwie sto.
Przysiądz by można, że pan Clameran oczekiwał tylko na tę odpowiedź, bo szepnął:
— Naturalnie...
Wymówił tylko jeden wyraz; ale jego głos, giest, i fizjognomia wyraźnie mówiły:
— Komedja wybornie odegrana, ale zawsze to tylko komedja, znam się na tem.
Niestety! podczas gdy właściciel hamerni w tak brutalny sposób wyrażał swoją opinię, komisanci po odpowiedzi Prospera nie wiedzieli co myśleć.
Bo też podówczas Paryż był widownią szczególnych wypadków finansowych. Gorączka spekulacji zachwiała stare a potężne domy. Widywano ludzi zacnych i dumnych, którzy od drzwi do drzwi chodzili kołatać o pomoc i ratunek.
Kredyt, ów rzadki ptak spokoju i ciszy, wahał się długo nim spoczął, a gotów był ulecieć za najmniejszym podejrzanym szelestem.
Więc też ta myśl komedji z góry ułożonej między bankierem a płatnikiem, mogła śmiało zajrzeć do głowy ludzi, jeśli nie uprzedzonych, to przynajmniej łatwo zgadujących wypadki, które dozwalając zyskać na czasie, mogą zapewnić ratunek.
Pan Fauvel miał doświadczenia dosyć, by odgadnąć wrażenie wywołane słowami Prospera; czytał on w oczach wszystkich zwątpienie nader dlań bolesne.
— O, bądź pan spokojny, — rzekł żywo do1 pana Clamerana, — dom mój ma inne środki, chciej być cierpliwym, wracam natychmiast.
Wyszedł, udał się do gabinetu, i w pięć minut wrócił, trzymając w ręku list i kupę weksli.
— Prędzej, Couturier! — zawołał na jednego z komisantów, — każ zaprządz do powozu, i jedź z tym panem do Rotschilda. Oddasz ten list i papiery, a w zamian otrzymasz trzykroć sto tysięcy franków, które wręczysz temu panu.
Niezadowolenie właściciela hamerni było widocznem, chciał niejako przepraszać za swe niegrzeczne obejście.
— Wierzajcie mi, panowie, — zaczął, — iż nie miałem wcale zamiaru ubliżenia wam. Od lat tylu jesteśmy z sobą w stosunkach a nigdy przecież...
— Dosyć, panie, — przerwał bankier, — na nic mi się nie zdadzą pańskie przeprosiny. W interesach nie ma przyjaciół, ani znajomości. Jeśli winien jestem, a nie mogę wypłacić, a pan jesteś... nalegającym, to bardzo sprawiedliwie, jesteś pan w prawie. Idź pan teraz z moim komisantem, a on panu wypłaci należną sumę.
Następnie odwracając się do komisantów, których ciekawość ściągnęła, powiedział:
— A wy panowie, wróćcie do roboty.
W jednej chwili wypróżnił się pokój, poprzedzający kasę. Zostali tylko sami komisanci, którzy w nim pracowali, i ci, siedząc przy biurkach, schyleni nad papierem, zdawali się pogrążeni w swojem zatrudnieniu.
Jeszcze pod wpływem nagłych przejść, które po sobie nastąpiły, pan Andrzej Fauvel przechadzał się wzdłuż i wszerz, mocno wzburzony, wydając od czasu do czasu głuche westchnienie.
Prosper zaś stał ciągle oparty o okno. Blady, nieruchomy, z osłupiałym wrokiem, zdawało się, że postradał władzę myślenia.
Nareszcie, po długiem milczeniu, bankier zatrzymał się przed Prosperem; powziął coś stanowczego.
— Musimy wreszcie o tem pogadać, — rzekł, — idź do swego pokoju.
Kasjer usłuchał, słowa nie odrzekłszy, a bankier wszedł za nim, starannie drzwi za sobą zamknąwszy.
Nic nie oznaczało najścia zbrodniarzy w tym domu. Wszystko było na swojem miejscu; żaden papierek nie poruszony.
Kasa żelazna była otwarta, a na wyższej półce leżało kilka rulonów złota, zapomnianych lub wzgardzonych przez złodziei.
Pan Fauvel, nic nie oglądając, wziął krzesło, usiadł, wskazując również miejsce swemu kasjerowi. Był już panem siebie, a fizjognomia jego przybrała znów zwyczajny wyraz.
— Teraz, gdy jesteśmy sami, Prosperze, — zaczął, — czy nie masz mi nic do powiedzenia?
Kasjer zadrżał, jak gdyby go to pytanie zadziwiło.
— Nic, panie, — odrzekł, — nad to, co już powiedziałem.
— Jakto! nic... Obstajesz więc ciągle przy tej śmiesznej i nielogicznej bajeczce, w którą nikt nie uwierzy. Ależ to szaleństwo! Zaufaj mi i wierzaj, że tu jest twe ocalenie. Jestem twoim zwierzchnikiem, to prawda, ale jestem także, a raczej jestem przedewszystkiem twoim przyjacielem, twoim najlepszym przyjacielem. Nigdy nie zapomnę, jak piętnaście lat temu twój ojciec powierzył mi ciebie, i że od tego czasu najzupełniej zadowalałeś mnie swoją dobrą i uczciwą pracą. Tak jest. Piętnaście to już lat, jak jesteś u mnie. Wtedy zaledwie zaczynałem karjerę, i ty patrzałeś, jak fortuna moja wzrastała — ziarnko do ziarnka, cegiełka do cegiełki. I w miarę, jak się sam bogaciłem, starałem się polepszać twoje położenie, bo jakkolwiek tak młody jeszcze, jesteś najdawniejszym z moich urzędników. Przy każdej sposobności podwyższałem twoją płacę.
Nigdy jeszcze bankier nie mówił do Prospera głosem tak słodkim, tak ojcowskim. Głębokie zdziwienie malowało się na jego twarzy.
— Powiedz, — mówił dalej pan Fauvel, — czyż zawsze nie byłem jakby twoim ojcem? Od pierwszego dnia mój dom był dla ciebie otwartym; chciałem, aby moja rodzina twoją była. Długo żyłeś jakby syn mój własny, razem z moimi synami i moją siostrzenicą Magdaleną. Ale sprzykrzyło ci się to szczęśliwe życie. Jednego dnia, rok temu właśnie, zacząłeś nas unikać, i odtąd...
Wspomnienie tej przeszłości przez bankiera wzmiankowanej, stanęło w całej pełni przed umysłem nieszczęśliwego kasjera; rozrzewniał się potroszę, i nakoniec rozpłynął się we łzach, rękami twarz zasłaniając.
— Ojcu wszystko można powiedzieć, — mówił dalej pan Fauvel, którego wzruszenie Prospera przejęło, — nic się nie obawiaj. Ojciec nie obiecuje ci przebaczenia, tylko zapomnienie. Czyż to ja nie wiem o tych strasznych pokusach, jakie otaczają młodego człowieka w mieście takiem, jak Paryż? Bywają one tak wielkie, że rozbijają najsilniejsze, najuczciwsze charaktery. Są chwile obłąkania, szału, w których człowiek postępuje jak szaleniec, jak zbrodniarz, nie będąc w stanie zdać sobie sprawy ze swoich czynów. Mów więc Prosperze, mów...
— A więc, cóż pan chcesz żebym mówił?
— Prawdę. Głęboko uczciwy człowiek upaść może, ale podnosi się z upadku i odkupuje swą winę. Powiedz więc: Tak panie, byłem porwany, olśniony, widok złota, które przerzucałem, pomięszał mi rozum, jestem młody, mam pewne namiętności!...
— Jakto! ja, — wyszeptał Prosper, — ja?...
— Biedne dziecię, — smutno wyrzekł bankier, — sądzisz więc, że od czasu, jak opuściłeś nasze ognisko, nie świadomy jestem twojego życia? Czy nie rozumiesz tego, że wszyscy twoi koledzy zazdroszczą ci, i ci nie łatwo wybaczą te dwadzieścia tysięcy franków, które zarabiasz przez rok. O każdym twym wybryku zawsze zawiadamiał mnie list bezimienny. Mógłbym ci wyliczyć, wiele nocy strawiłeś na kartach, jakie przegrałeś sumy. O, zawiść ma bystry wzrok i delikatne ucho. Wiem, ile są warte nikczemne denuncjacje, ale musiałem zasięgać wiadomości. Wszak to słuszna, bym wiedział, jak żyje człowiek, któremu powierzyłem mienie moje i cześć.
Prosper próbował zaprzeczać.
— Tak jest, cześć moją, — z naciskiem wyrzekł pan Fauvel, głosem, który w skutek uczucia doznanego upokorzenia, mocniej zadźwięczał. — Tak jest, bo czyż kredyt mój nie mógł być dziś zachwianym przez tego człowieka? Czy wiesz, ile mnie kosztować będzie suma, którą wypłacą panu de Clameran? A wszak ja mogłem nie mieć tych weksli, które tylko co poświęciłem z wielką stratą, wszak ty nie wiedziałeś, że je posiadam?...
Bankier zatrzymał się, jak gdyby oczekując wyznania, które nie nastąpiło.
— Dalej Prosperze, śmiało, nabierz ducha!... Ja odejdę, a ty raz jeszcze przejrzyj kasę. Ręczę, że w zatrwożeniu nie przeszukałeś dobrze... Powrócę wieczorem, i pewien jestem, że w ciągu dnia odszukasz jeśli nie całe 350.000 franków, to choć większą część tej sumy... i ani ty, ani ja jutro już nie będziemy pamiętali tego smutnego zdarzenia.
Pan Fauvel wstał, i już się zabierał do wyjścia, gdy Prosper wziął go za rękę.
— Szlachetność pańska jest daremną, — rzekł gorzko, — nic nie wziąwszy, nic nie mogę oddać... Przeszukałem dobrze, bilety bankowe ktoś skradł.
— Ależ kto, szaleńcze! kto?
— Na wszystko, co mam najświętszego na ziemi przysięgam, że nie ja.
Krew napłynęła do czoła bankiera.
— Nędzniku! — zagrzmiał, — co ty mówisz? Więc to ja?
Prosper opuścił głowę i nic nie odpowiedział.
— Więc to tak! — wołał pan Fauvel nie mogąc się już powstrzymać, — ty śmiesz!... Dobrze więc, panie Prosperze Bertomy, między tobą i mną rozstrzygnie sprawiedliwość. Bóg mi świadkiem, że uczyniłem wszystko, com mógł, by cię uratować. Sobie więc tylko przypisz winę tego, co się stanie. Prosiłem komisarza policji, aby tu zszedł; pewnie czeka mnie już w moim gabinecie; mamże posłać po niego?
Prosper zrobił giest straszliwej rezygnacji, jak człowiek, który zdaje się na wolę losu, i stłumionym rzekł głosem:
— Dobrze!
Bankier stał przy drzwiach, otworzył je, i rzuciwszy jeszcze ostatnie spojrzenie na kasjera, zawołał do woźnego:
Jeżeli jest jaki człowiek na świecie, któregoby żaden wypadek nie wzruszył, któryby ciągle trzymał się na ostrożności przeciw kłamstwu pozorów, który zdolnymby był wszystko przypuścić i wszystko sobie wytłumaczyć — to niezawodnie jest nim komisarz policji paryskiej.
Kiedy sędzia, z wysokości trybunału, stosuje do przedstawionych mu czynów artykuły kodeksu, komisarz policji bada i śledzi wszystkie ohydne fakta, których prawo dosięgnąć nie może. Jest to urzędowy powiernik szczegółów hańby, zbrodni domowych, bezwstydu tolerowanego.
Kiedy wstępował do służby, może miał jeszcze jakie złudzenia; po roku nie ma ani jednego.
Jeśli nie pogardził stanowczo rodem ludzkim, to tylko dla tego, że często obok ohydy, uchodzącej bezkarnie, odkrył wysoką szlachetność nie wynagrodzoną; że jeśli spostrzega bezwstydnych łotrów, kradnących poważanie publiczne, pociesza się, myśląc o nieznanych i skromnych bohaterach, których udało mu się napotkać.
Tylekroć omyliły go przewidywania, że popadł ztąd w najzupełniejszy sceptycyzm. Nie wierzy on w nic, ani w dobre, ani w złe absolutne, ani w cnotę; ani w występek.
Z musu przychodzi on do tego smutnego wniosku, że ludzi nie ma, tylko wypadki.
Uprzedzony przez woźnego, komisarz policji niebawem wszedł do biura spokojnie, obojętnie.
Za nim ukazał się człowiek małego wzrostu, cały ubrany czarno, w czarnej chustce na szyi, podwiązującej zaledwie widzialny kołnierzyk.
Bankier zaledwie kiwnął mu głową.
— Zapewne pan wiesz, — począł, — jak smutne okoliczności zmuszają mnie uciec się do pańskiej pomocy?
— Chodzi tu podobno o kradzież.
— Tak panie. Chodzi tu o kradzież ohydną, niewytłumaczoną, którą spełniono w tem właśnie miejscu, gdzie stoimy, w tej kasie otwartej przed panem, od której tylko mój kasjer, — tu ukazał Prospera, — ma klucz i zna tajemniczy wyraz.
Oświadczenie to zdawało się wyprowadzać nieszczęśliwego kasjera z pewnego osłupienia.
— Przepraszam pana komisarza, — rzekł głosem zgasłym, — ten klucz i wyraz są także w ręku pana bankiera.
— Oczywiście, rozumie się.
Tym sposobem od pierwszych słów komisarz już wiedział na jakim gruncie stoi.
Oczywiście, dwaj ci ludzie oskarżali się nawzajem. Z zeznań ich wynikało nawet, że jeden tylko mógł być winnym.
A jeden był naczelnikiem domu bankowego bardzo znakomitego, drugi prostym kasjerem. Jeden był panem, drugi sługą.
Ale komisarz policji zanadto nawykł do ukrywania wrażeń, by się wydać z tem co myślał. Nie drgnął ani jeden muskuł w jego fizjognomii.
Przybrał tylko większą powagę, i kolejno wpatrywał się w obu, jak gdyby z ich postawy i ruchów chciał wydobyć korzystną dla siebie wskazówkę.
Prosper był wciąż bardzo bladym i niesłychanie przygnębionym; siedział jak nie żywy na krześle, a ręce bezwładnie wisiały wzdłuż ciała.
Bankier przeciwnie, stał czerwony, ożywiony, z okiem iskrzącem, odzywający się z nadzwyczajną gwałtownością.
— A ważność straty jest ogromna, — mówił, — skradziono mi sumę, która stanowić może majątek, 350.000 franków. Kradzież ta mogła mieć dla mnie bardzo zgubne następstwa. Są chwile, w których dla braku takiej sumy, kredyt najwalniejszego banku może się zachwiać.
— Zapewne w dniu wypłaty...
— Właśnie, panie, na dzisiejszy dzień przypadała mi znaczna wyplata.
— Czy tak?...
Nie można było nie zrozumieć intonacji komisarza; pierwsze podejrzenie przesunęło się po jego umyśle. Bankier zrozumiał je, zadrżał i spiesznie dodał:
— Dopełniłem moich zobowiązań, ale ceną ofiary bardzo dotkliwej. Dodać winienem, że gdyby rozkazy moje były ściśle wypełnione, suma ta nie znajdowałaby się w kasie.
— Jakto?
— Ja nie lubię zostawiać w domu przez noc grubej sumy. Kasjer mój miał polecenie czekać zawsze do ostatniej chwili, by posłać po odpowiednie fundusze, które złożone są w banku francuzkim. Zakazałem mu wyraźnie, by nic w kasie na wieczór nie zostawiał.
— Słyszysz pan? — rzekł komisarz do Prospera.
— Tak, panie; wszystko co mówi pan Fauvel, jest najdokładniejszą prawdą.
W skutek tego wyjaśnienia podejrzenie komisarza zaczęło się rozpraszać.
— Z tem wszystkiem, — rzekł, — kradzież została spełnioną. Przez kogo? Czy złodziej przybył z zewnątrz?
Bankier za wahał się chwilę.
— Nie sądzę, — odpowiedział nareszcie.
— A ja, — oświadczył Prosper, — jestem pewien, że nie.
Komisarz policji z góry przewidywał te odpowiedzi kiwał na nie. Ale nie zdawało mu się na czasie, by z nich natychmiast wyciągać następstwa.
— Jednakże, — wtrącił, — trzeba na wszystko uważać.
I zwracając się do człowieka, który mu towarzyszył:
— Zobacz no, panie Fanferlot, — rzekł, — czy nie wykryjesz jakiej wskazówki, co uszła uwagi tych panów.
Pan Fanferlot, zwany Wiewiórka, zawdzięcza zadziwiającej zwinności ów przydomek, którym się chlubi. Przy słabej i szczupłej powierzchowności, wbrew stalowym mięśnion, kto by go widział zapiętego pod szyję w czarny surdut, wziąłby go za szóstego pomocnika komorniczego. Fizjognomia jego jest jedną z tych, co niepokoją. Nos ma obrzydliwie zadarty, wargi wąskie, a oczy małe, okrągłe, nadzwyczaj ruchliwe.
Od pięciu lat pracując w policji, Fanferlot płonie chęcią odznaczenia się, zrobienia sobie imienia; to człek ambitny. Niestety! wciąż mu zbywało na sposobności, czy na talencie.
Już przedtem, nim komisarz doń przemówił, zajrzał we wszystkie kąty, rozpatrzył drzwi, obejrzał zamknięcia, zbadał okienko i przetrząsł popioły na kominku.
— Trudno zdaje mi się, by tu obcy mógł się dostać.
Kręcił się naokoło izby.
— Czy te drzwi, — zapytał, — zamykają się na noc?
— Zawsze na klucz.
— A kto ma ten klucz?
— Woźny, któremu oddaję go co wieczór przy odejściu, — odpowiedział Prosper.
Który to woźny, — dodał pan Fauvel, — śpi w przedpokoju na łóżku szlabanowem, co się rozkłada na noc, a składa na dzień?
— Czy on tu jest? — zapytał komisarz.
— Jest panie, — odpowiedział bankier.
Otworzył natychmiast drzwi i zawołał:
— Anzelm!
Człowiek ten, wierności doświadczonej, od lat dziesięciu był w służbie pana Fauvel. Nie mógł uledz podejrzeniu i wiedział o tem; ale myśl kradzieży jest straszliwa, to też drżał wchodząc, jak liść.
— Czy ty spałeś tej nocy w sąsiednim pokoju? — zapytał go komisarz policji.
— Spałem panie, jak zwykle.
— O której godzinie poszedłeś spać.
— Około w pół do jedenastej; wieczór byłem tam podle, w kawiarni, z lokajem wielmożnego pana.
— I nie słyszałeś żadnego szelestu tej nocy?
— Nie, a przecież mam sen tak lekki, że jak pan czasem zchodzi do kasy, gdy śpię, budzi mnie odgłos jego kroków.
— Więc pan Fauvel często przychodzi nocą do kasy?
— Przeciwnie, bardzo rzadko.
— Czy zchodził ostatniej nocy?
— Nie panie, jestem najpewniejszy, bom prawie nie zamykał oczu, dzięki kawie, którą piłem z lokajem.
— Dobrze, mój kochany, — rzekł komisarz, — możesz odejść.
Po odejściu Anzelma, Fanferlot prowadził dalej swe poszukiwania. Otworzył drzwi od schodków prowadzących do pomieszkania bankiera.
— Gdzie prowadzą te schodki? — zapytał.
— Do mojego gabinetu, — odpowiedział pan Fauvel.
— Wszak tu mnie wprowadzono gdym przybył, — rzekł komisarz.
— Tak jest.
— Obciąłbym obejrzeć ten gabinet, — oświadczył Fanferlot, muszę zbadać to wejście.
— Nic łatwiejszego, — odparł żywo pan Fauvel; — proszę panów, pójdź i ty, Prosperze.
Osobny gabinet pana Andrzeja Fauvela składa się z dwóch pokojów. Naprzód idzie salon do przyjmowania gości, bardzo bogato przystrojony, za nim pracownia, której całe umeblowanie stanowi ogromne biurko, kilka krzeseł wybitych skórą, a po obu stronach kominka etażerki.
Dwie te komnaty mają troje drzwi: jedne od krytych schodków, drugie prowadzą do sypialni bankiera, trzecie wychodzą do przedsionku, dotykając schodów głównych, i temi to ostatniemi drzwiami wprowadzają się klienci i odwiedzający.
Jednym rzutem oka ogarnął Fanferlot cały inwentarz pracowni. Zachmurzył się, jak człowiek, który spodziewał się znaleźć jakąś wskazówkę, a nie znalazł nic.
— Zobaczymy z drugiej strony.
I w tej chwili przeszedł do salonu gościnnego, za nim postępował bankier z komisarzem.
Prosper pozostał sam w pracowni.
Jakkolwiek straszny panował nieporządek w jego myślach, nie mógł wszakże nie pojmować, że położenie jego pogorszało się co chwila.
Wywołał on dobrowolnie i przyjął walkę z pryncypałem, walka się rozpoczęła, i teraz nie zależało już od jego woli przerwać ją, lub wstrzymać jej następstwa.
Będą więc pasować się bez wytchnienia, używając wszelkiej broni, póki jeden z nich nie padnie, utratą czci płacąc przegranę.
Któż będzie niewinnym w oczach sprawiedliwości?
Niestety! Biedny komisant czuł nierówność sił, pognębiało go to uczucie niższości.
Nigdy, nigdy nie sądził, by jego pryncypał urzeczywistnił swe groźby. Bo przecież w takim procesie, jaki miał nastąpić, pan Fauvel ryzykował tyleż, a stracie mógł daleko więcej niż jego komisant.
Siedząc w krześle przy kominku, zagłębiał się w najczarniejszych myślach, gdy drzwi od sypialni bankiera skrzypnęły.
Młoda, dziwnie piękna dziewica ukazała się w nich.
Była ona wysoka, smagła, a ranny szlafroczek, ściśnięty sznurem jedwabnym w pasie, odznaczał całe bogactwo jej kształtów. Przy ciemnych włosach i oku wielkiem, głębokiem, cera jej była matowa i jednostajna, jak kwiatu białej kamelji. Piękne jej czarne włosy jeszcze nie uporządkowane, wybiegały z pod szyldkretowego grzebienia, który je powstrzymywał, w gęstych zwojach spadające na szyję cudnie utoczoną.
Była to owa siostrzenica pana Andrzeja Fauvela, o której przed chwilą wspomniał Prosperowi: Magdalena.
Spostrzegłszy Prospera w tym gabinecie, w którym prawdopodobnie spodziewała się zastać wuja samego, nie mogła powstrzymać okrzyku zadziwienia.
Prosper zerwał się na to, jakby dotknięty prądem elektrycznym. Oczy jego zupełnie zagasłe, błysnęły natychmiast życiem, jak gdyby spostrzegł posłankę nadziei.
— Magdaleno! — zawołał, — Magdaleno!
Dziewica zarumieniła się jak róża. Chciała odejść, postąpiła nawet krokiem w tył, ale gdy Prosper zbliżył się ku niej, jakieś uczucie silniejsze nad wolę wzięło górę, i podała mu rękę, którą on ujął i ścisnął z poszanowaniem.
Stali tak wobec siebie nieporuszeni, przejęci takiem wzruszeniem, że oboje spuścili głowę, obawiając się spojrzeć sobie w oczy. Mieli sobie tyle do powiedzenia, że nie wiedząc od czego zacząć milczeli.
Nareszcie Magdalena szepnęła zaledwie dosłyszanym głosem:
— To ty, Prosperze, ty!
Wyrazy te przerwały urok. Kasjer wypuścił tę białą rączkę, którą trzymał w dłoni, i odpowiedział tonem pełnym goryczy:
— Tak, to ja, Prosper, towarzysz twych lat dziecinnych, dziś podejrzany, oskarżony o najpodlejszą, o najbezwstydniejszą kradzież; Prosper, którego twój wuj oddał w ręce sprawiedliwości, i który nim ten dzień upłynie, będzie aresztowanym i wtrąconym do więzienia...
Magdalena przeraziła się okropnie, oczy jej błysły głębokiem politowaniem.
— Wielki Boże! — zawołała, — co ty mówisz?
— Jakto, więc pani nic nie wiesz? Czyż ci twoja ciotka i kuzynowie nic nie powiedzieli?
— Nic. Brata mojego zaledwie widziałam dziś rano, a ciotka jest tak cierpiąca, że aż przyszłam zawiadomić wuja. Ależ, na miłość boską, powiedz mi pan, co się stało?
Kasjer zawahał się. Miał może zamiar serce swe otworzyć przed Magdaleną, odsłonić jej najmniejsze myśli, ale jakieś wspomnienie przeszłości, które przebiegło mu po głowie, zmroziło jego zaufanie. Potrząsł smutnie głową i rzekł:
— Dziękuję pani za ten dowód zajęcia, ostatni może, jaki od ciebie otrzymam; ale pozwól mi, że zamilczawszy, oszczędzę ci zmartwienia, a sobie tej boleści, jakiejbym doznać musiał, rumieniąc się przed tobą.
Magdalena przerwała mu gestem rozkazującym.
— Niestety! — odparł kasjer, — dowiesz się pani zbyt wcześnie o mojem nieszczęściu i wstydzie, a wtedy, tak, wtedy radować się będziesz z tego, coś uczyniła!
Ona chciała nalegać; zamiast rozkazywać, prosiła, ale postanowienie Prospera było niezłomne.
— Wuj pani, — dodał, — jest obok wraz z komisarzem i ajentem policyjnym, niebawem wrócą tu; na Boga! oddal się pani, by cię nie zobaczyli...
Mówiąc to odciągał ją ku drzwiom, mimo lekkiego z jej strony oporu, i nareszcie zdołał drzwi za nią zatrzasnąć.
Stało się to w porę, gdyż komisarz z panem Fauvelem wracali. Oglądali oni salon gościnny, badali schody główne i nie mogli słyszeć nic z tego, co działo się w gabinecie.
Ale słyszał za nich Fanfelot.
Ten nieoszacowany wyżeł nie spuszczał z oczu kasjera. Powiedział sobie: On sądzić się będzie samotnym, więc twarz jego mówić będzie, przejmę jaki uśmiech, jakieś mrugnięcie oczu, które mnie oświeci.
Zostawiając więc pana Fauvela i komisarza przy ich zajęciach, wziął się do zamierzonej obserwacji. Widział, jak drzwi się otwierały i jak weszła Magdalena; nie uronił ani jednego poruszenia, ani jednego wyrazu z całej tej raptownej sceny, jaka odbyła się między dziewicą a Prosperem.
Scena ta była wprawdzie nic nie znacząca, z każdego frazesu można było się domyślać jakiejś umyślnej przerwy; ale Fanferlot ma dosyć biegłości, by uzupełnić wszystkie domyślniki.
Dotąd miał tylko podejrzenie; ale było to zawsze podejrzenie, coś, hipoteza, punkt wyjścia.
Zdawało mu się nawet, że w przeszłości tych ludzi, których nie znał, widzi jakiś dramat.
Bo jeżeli komisarz policji jest sceptykiem, ajent policji jest znów dogmatykiem: on wierzy w złe.
— Oto jak się rzecz ma, — pomyślał, — młodzieniec kocha tę pannę, a że przystojny, więc musi być wzajem kochanym. Miłość ta musiała być nie na rękę bankierowi, to łatwo zrozumieć; a nie wiedząc, jakby tu w sposób godziwy pozbyć się niewczesnego oblubieńca, wymyślił to oskarżenie o kradzież, które jest dosyć dowcipnem.
Owoż, w myśli Fanferlota, bankier poprostu okradł się sam, a niewinny kasjer padł ofiarą najbezczelniejszej zasadzki.
Ale to przekonanie ajenta bezpieczeństwa, jak na teraz przynajmniej, nie mogło poprawić interesu Prospera.
Fanferlot ambitny, żądny reputacji adept, był mocno zdecydowany schować swe domysły dla siebie.
— Niech sobie tam drudzy idą gdzie i jak chcą, a ja pójdę w swoją stronę. Później, dzięki nieustannemu śledzeniu, cierpliwym badaniom, zgromadzę żywioły do świetnego wyroku kary, zdemaskuję łotra.
Słowem, był promieniejący. Znalazł nareszcie tę długo poszukiwaną zbrodnię, która miała uczynić go sławnym. Niczego tam nie brakło, ani ohydnych okoliczności, ani tajemnicy, ani żywiołu romantycznego, który uosabiał się w Prosperze i Magdalenie.
Powodzenie było trudnem, prawie niepodobnem, ale Fanferlot, zwany Wiewiórką, pełen jest ufności w siebie i swój śledczy geniusz.
Tymczasem rewizja pierwszego piętra już się skończyła, i wszyscy zeszli do biura Prospera.
Komisarz policji, tak spokojny przy wejściu, chmurniał co raz bardziej. Zbliżała się chwila przedsięwzięcia jakiegoś stanowczego kroku, a on wciąż się wahał, było to widocznem.
— Widzicie panowie sami, — zaczął, — nasze poszukiwania stwierdziły pierwsze nasze mniemanie.
Pan Fauvel i kasjer potwierdzili znakiem.
— A ty, panie Fanferlot, co o tem sądzisz?
Ajent bezpieczeństwa nic nie odpowiedział.
Zajęty studjowaniem przez lupę zamku od skrzyni, dawał on widoczne oznaki zadziwienia. Musiał zapewne wpaść na jakieś nadzwyczajnie ważne odkrycie.
Pod wrażeniem, widocznie podobnej myśli, pan Fauvel, Prosper i komisarz policji powstali żywo i otoczyli ajenta bezpieczeństwa.
— Czy znalazłeś pan jaką wskazówkę? — zapytał bankier.
Fanferlot odwrócił się z miną niezadowoloną. Wyrzucał sobie, że nie umiał dość ukryć swych wrażeń.
— O, — rzekł niedbale, — bardzo to mała rzecz, o której się przekonałem.
— Jednakże chcielibyśmy wiedzieć... — nalegał Prosper.
— Poprostu nabyłem przekonania, że ta skrzynia była bardzo niedawno otwarta, czy zamknięta, tego już nie wiem, ale jedno z dwojga, z pewną gwałtownością i ogromnym pospiechem.
— A to jakim sposobem? — zapytał komisarz policji, który stał się wielce uważnym.
— O, proszę pana, tu na wieku, uważa pan tę rysę, która idzie od zamka?
Komisarz wziął lupę z rąk ajenta, nachylił się, i z kolei zaczął badać skrzynię długo i uważnie. Istotnie dostrzedz można było wybornie lekką rysę, która wydarła warstwę werniksu wzdłuż na dwanaście do piętnastu centymetrów.
— Widzę, — rzekł komisarz, — ale czegoż to dowodzi?
— O! nie dowodzi niczego, — odparł Fanferlot, — właśnie to mówiłem.
Tak, Fanferlot istotnie mówił to, ale myślał co innego.
Ta rysa, świeża bez zaprzeczenia, miała dla niego znaczenie, którego nie odgadywali drudzy, widział on w niej potwierdzenie swych domysłów. Mówił sobie, że kasjer choćby był zabierał miliony, nie miał żadnego powodu spieszyć się. (Wiecej książek É. Gaboriau do pobrania bezpłatnie na Wikiźródłach). Bankier przeciwnie, zchodząc w nocy na kocich łapach, by nie zbudzić śpiącego obok człowieka, idąc dla zabrania własnej swej kasy, miał tysiączne przyczyny drżeć, spieszyć się, wyrywać raptownie klucz, który przesuwając się obok zamka, zadrapał werniks.
Postanowiwszy sam jeden rozmotać zagmatwany kłębek tej sprawy, ajent bezpieczeństwa musiał dla siebie zachować swe wnioski, tak samo, jak zamilczał o podchwyconem widzeniu się Magdaleny z Prosperem.
— Na zakończenie, dodał, — zwracając się do komisarza policji, — oświadczam, że nikt obcy nie mógł tu wejść. Ta kasa jest zresztą dotknięta. Na ruchomych guzikach nie ma śladów żadnego podejrzanego nacisku. Mogę zapewnić, że nie próbowano żadnego wyłamującego narzędzia, wytrycha nie wprowadzano. Ci co ją otworzyli, znali wyraz i mieli klucz.
Tak wyraźne zapewnienie człowieka biegłego położyło koniec wahaniom komisarza policji.
— Tak to rozumiem, — odezwał się, — pozostaje mi tylko prosić pana Fauvela o chwilę rozmowy.
— Jestem na pańskie rozkazy, — odpowiedział bankier.
Prosper zrozumiał; położył z afektacją kapelusz swój na stole, jawnie, jakby dla pokazania, że nie ma zamiaru oddalać się, i przeszedł do innego biura.
Fanferlot również wyszedł; ale komisarz miał czas dać mu znak niewidzialny dla innych, na który tamten odpowiedział.
Znak ten wyrażał: Odpowiadasz mi za tego człowieka.
Ajent bezpieczeństwa nie potrzebował bynajmniej tej zachęty, by uważać pilnie. Podejrzenie jego zbyt było nieokreślone, a chęć powodzenia tak wielką, że nie mógł tracić ani na chwilę z oczu Prospera i zaprzestać go badać.
Dla tego też wszedłszy do biura tuż za kasjerem, usiadł w głębi, w cieniu na ławeczce, zdawał się wyczekiwać wygodnej pozycji, odwracał się w tę i ową stronę, ziewał aż do rozwalenia szczęk, i nakoniec zamknął oczy.
Prosper zaś usiadł przed biurkiem jednego z nieobecnych chwilowo kolegów. Inni płonęli chęcią dowiedzenia się o rezultacie ogólnej rewizji, najwyższa ciekawość błyszczała w ich oczach, pytać jednak nie śmieli.
Nie mogąc wszakże wytrzymać, młody Cavaillon, obrońca kasjera, zarezykował.
— I cóż? — zapytał.
Prosper ruszył ramionami.
— Nic nie wiadomo, — odpowiedział.
Byłaż to pewność niewinności, przekonanie o bezkarności, niedbałość o skutki? Ale komisanci zauważyli nie bez głębokiego zdumienia, że kasjer wrócił do swej dawnej postawy, do tej jakiejś lodowatej wyższości, która trzyma ludzi w pewnym odstępie, i która narobiła mu tylu nieprzyjaciół w domu.
Z całego wzruszenia tak wielkiego przed chwilą, że aż litość brała, nie pozostało na nim żadnych innych śladów, tylko większa bladość, ciemniejszy obwód koło zaczerwienionych oczu, i bezład włosów jeszcze wilgotnych z potu przerażenia.
Nigdyby obcy człowiek wchodząc nie przypuścił, że ten młodzieniec, który tam siedzi, bawiąc się machinalnie ołówkiem, zostaje pod grozą oskarżenia o kradzież, i ma być za chwilę aresztowanym.
Wkrótce jednak przestał bawić się ołówkiem; przysunął ćwiartkę papieru i spiesznie skreślił na niej kilka wierszy.
— Aha! — pomyślał Fanferlot, zwany „Wiewiórką,“ którego wzrok i słuch funkcjonowały cudownie, mimo snu głębokiego; — aha! spisują się poufne zwierzenia; dowiemy się przecież czegoś pewniejszego.
Napisawszy ten krótki list, Prosper złożył go starannie, redukując go do najdrobniejszej objętości, i ukradkiem rzuciwszy okiem na ajenta bezpieczeństwa, który wciąż w swoim kącie spał nieporuszony, rzucił go Cavaillonowi z tym jednym wyrazem!
— Gypsy!
Wszystko to wykonane było z tak zimną krwią, tak spiesznie i z tak rzadką zręcznością, że Fanferlot, sam znawca i zwolennik, wpadł w podziwienie, zmięszał się, a nawet zaniepokoił.
— Do djabła! — pomyślał, — jak na niewinnego, to ten mój młodzieniaszek ma więcej szyku i wprawy, niż niejeden z moich starych klientów. Co to może edukacja!
Tak jest; winny czy niewinny, Prosper musiał być obdarzony potężną energją, by udawać ten niezamącony spokój i zachować taką przytomność umysłu; bo zkądinąd, w tej chwili los jego, przyszłość, cześć, życie nawet stało w zawieszeniu. A on miał lat trzydzieści!...
Przed przystąpieniem do działania, czy to w skutek bardzo naturalnych względów, czy w nadziei wydobycia jakiegoś światełka w poufalszej rozmowie, komisarz policji uznał za rzecz konieczną uprzedzić bankiera.
— Wątpliwości już nie może być żadnej, — rzekł skoro zostali sami, — ten młodzieniec okradł pana. Uchybiłbym moim obowiązkom, gdybym się tymczasem nie upewnił co do jego osoby; sąd albo go później wypuści, albo zatrzyma nadal w więzieniu.
Oświadczenie to nadzwyczajnie wzruszyło bankiera.
— Biedny Prosper! — szepnął z westchnieniem.
A widząc zdziwienie komisarza, dodał:
— Dotąd miałem najzupełniejszą wiarę w jego uczciwość; byłbym mu bez wahania powierzył cały majątek. Padałem prawie na kolana, by z niego wydobyć przyznanie się do chwilowego obłąkania, obiecując mu, że przebaczę i zapomnę: nie mogłem go poruszyć. Kochałem go, i teraz nawet mimo kłopotów i upokorzeń, jakie przewiduję, nie mogę go nienawidzieć.
Komisarz zdawał się nie rozumieć.
— Jakto, upokorzeń? — zapytał.
— Panie, — wtrącił żywo bankier, — czyż sprawiedliwość nie powinna być i nie jest jedną dla wszystkich? Że ja jestem naczelnikiem domu, a on tylko komisantem, czyż idzie zatem, aby mnie zawierzono na słowo? Czemużbym ja sam nie miał się okraść? Znamy podobne przykłady. Żądają odemnie wskazania faktów; obowiązany będę przedstawić sędziemu dokładnie położenie mojego domu, wyjaśnić stan interesów, odsłonić tajemnicę i mechanizm moich działań.
— Być może, w samej rzeczy zażądają od pana pewnych wyjaśnień, ale znana powszechnie zacność pańska...
— Przebóg! ależ i on był zacnym młodzieńcem. Na kogoż padłoby podejrzenie, gdybym ja nie mógł był istotnie dziś zrealizować tej sumy, gdyby na szczęście majątek mój nie przenosił pasywów przynajmniej o trzy miljony?...
Dla każdego człowieka z sercem sama myśl, możliwość, pozór podejrzenia, jest okropnem cierpieniem; bankier cierpiał, komisarz postrzegł to.
— Bądź pan spokojny, — powiedział, — przed tygodniem sprawiedliwość zgromadzi dostateczne dowody dla uzasadnienia winy tego nieszczęsnego, którego teraz możemy już przywołać.
Prosper wezwany, wrócił z Fanferlotem, którego zaledwie zbudzono; bez żadnego drżenia, ze wszystkiemi pozorami najzupełniejszej nieczułości usłyszał zawiadomienie, że jest aresztowany.
Odpowiedział wprost bez żadnej przesady:
— Przysięgam, że jestem niewinny!
Pan Fauvel daleko więcej zmięszany niż jego kasjer, próbował jeszcze raz.
— Czas jeszcze, moje dziecko! — zawołał, — w imię Boga, rozmyśl się!...
Prosper jakby go nie słyszał. Wydobył z kieszeni klucz, który położył na kominku.
— Oto jest, panie, klucz od kasy. Mam nadzieję, że kiedyś przekonasz się pan, iż nic ci nie wziąłem; bodajby to pańskie przekonanie nie przyszło zapóżno.
Następnie gdy wszyscy milczeli, dodał:
— Nim odejdę, zdaję tu książki, papiery, rachunki temu, który mnie będzie zastępował. Winienem panu nadto oświadczyć, że prócz skradzionych 350.000 franków, zostawiam w kasie deficyt.
Deficyt!... Okropne to słowo w ustach kasjera, rozbiło się jak petarda w uszach słuchających Prospera.
Oświadczenie jego wreszcie musiało być rozmaicie zrozumiane.
— Deficyt! — pomyślał komisarz policji, — jakżeż tu po tem wszystkiem wątpić jeszcze o postępku tego młodzieńca? Nim okradł kasę na grubo, zasilał się tymczasem drobnemi nadużyciami.
— Deficyt! — pomyślał ajent bezpieczeństwa, — toż możnaby przysiądz za niewinność tego chłopca. Gdyby się dopuścił kradzieży, toż dla uniknienia posądzeń, przedewszystkiem zwróciłby drobiazgi, które sobie poprzednio przywłaszczył.
Objaśnienie jakie dał Prosper, znacznie zmodyfikowało ważność i znaczenie tego faktu.
— Brak w mojej kasie trzech tysięcy pięćset franków, — ciągnął dalej, — które tak oto się rozkładają: dwa tysiące wziąłem ja sam na rachunek mej pensji, tysiąc pięćset forszusowałem kolegom. Dziś mamy ostatni dzień miesiąca, jutro ma się wypłacać pensja, a zatem...
— Byłeś pan upoważniony, — zapytał surowo komisarz, — do czerpania z kasy w miarę swych potrzeb i forszusowania kolegom?
— Nie, ale jest niezawodna, że pan Fauvel nie byłby mi odmówił pozwolenia do zobowiązania kolegów. To co uczyniłem praktykuje się wszędzie; poszedłem poprostu za przykładem mojego poprzednika.
Bankier aprobował gestem.
— Co się tyczy mojej osoby, — mówił dalej kasjer, — miałem poniekąd prawo, które sobie sam przypisałem, gdyż wszystkie moje oszczędności, to jest około piętnastu tysięcy franków, złożyłem w domu tutejszym.
— Tak jest rzeczywiście, — potwierdził bankier. — Pan Bertomy ma u mnie co najmniej taką sumę.
Po załatwieniu tego ostatniego szczegółu, komisarz uważał misję swą za skończoną, na tem też protokół zamknięto. Oświadczył więc, że odchodzi, i rozkazał kasjerowi udać się za sobą.
Chwila ta, w której wybucha brutalna rzeczywistość, w której człowiek czuje, że przestaje należeć do siebie, że utrącą wolność, jest chwilą okropną!
Na to straszne wezwanie: „Proszę z sobą!“ które otwiera niejako mury więzienne, najzimniejsi i najtwardsi słabną, zalewają się łzami, żebrzą łaski.
Prosper nie utracił nic z tej wystudjowanej obojętności, która komisarzowi policji wydała się nadzwyczajną bezczelnością.
Zwolna, tak spokojnie i swobodnie, jak gdyby chodziło o jakie śniadanie w mieście, wziął na siebie paletot, poprawił włosy, włożył rękawiczki i rzekł:
— Jestem gotów iść z panem.
Komisarz policji zamknął portfel i skłonił się panu Fauvelowi.
— Chodźmy! — rzekł.
I wyszedł, a bankier za oddalającymi się spoglądał w ponurym smutku, z oczyma mokremi od łez, które zaledwie wstrzymywał.
— O mój Boże! — szepnął, — czemuż mi nie skradziono dwa razy tyle, i czemuż nie wolno mi szanować jeszcze mojego biednego Prospera i mieć go przy sobie jak dawniej!
Fanferlot, człowiek wiecznie otwartego ucha, posłyszał i zanotował sobie ten frazes, a łatwy do podejrzeń, zbyt skłonny do przypisywania bliźnim zapasu chytrości równego swemu, nie wahał się mniemać, że frazes ten wymierzony był na jego intencję.
Pozostał ostatni w biurze pod pozorem odszukania parasola, którego nie wziął z sobą, i odchodził z wyrachowaną powolnością, powtarzając kilkakrotnie, że wróci dowiedzieć się, czy odszukano parasol.
Z porządku rzeczy do niego należało mieć baczność na Prospera i odprowadzić go; ale w chwili odejścia, zbliżył się do komisarza policji, i dla dobra sprawy zażądał i otrzymał pozwolenie swobodnego działania.
Bilet napisany przez Prospera, ten bilet, który czuł w kieszeni Cavaillona, chodził mu po głowie. Nawet gdy z ogólnej kancelarji wrócił do kasy, pozostawił drzwi niedomknięte, końcem oka dawał baczność i gotów był rzucić się za najmniejszem poruszeniem młodego komisanta.
Dostać ten dowód pisany, który musiał być ważnym, zdawać się mogło rzeczą nader łatwą. A jaki na to sposób? Poprostu aresztować Cavaillona, zastraszyć go, kazać mu oddać bilet, a w ostatnim razie wydrzeć mu go. Ajent bezpieczeństwa przez chwilę myślał tak postąpić.
Tak; ale do czego prowadzi ten wybuch? Do niczego, a przynajmniej rezultat byłby niezupełny i wątpliwy.
Fanferlot był pewny, że ten bilet przeznaczonym był nie dla młodego komisanta, ale dla osoby trzeciej. Czyż Cavaillon pod naciskiem da poznać tę osobę, która mogła wcale nie nazywać się tak, jak wymówił kasjer: Gypsy? A w najlepszym razie, gdyby coś i mówił, czy mówiłby prawdę?
Po dojrzałym namyśle, ajent bezpieczeństwa w swej policyjnej mądrości postanowił, że byłoby dzieciństwem zdobywać tajemnicę, którą można przejąć. Uważać na Cavaillona, śledzić go, schwytać na gorącym uczynku, tak, by się nie mógł wyprzeć, było to igraszką.
Przy tem postępowanie takie odpowiadało więcej charakterowi urzędnika z ulicy Jerozolimskiej, który jest łagodnym i cichym z natury, a z profesji nie lubi hałasu, wrzawy, wybuchu, wszystkiego słowem, co zakrawa na gwałt.
Fanferlot wyszedł do przedsionka z gotowym już zamiarem. Tam wybadał zręcznie woźnego, zadał mu kilka na pozór mało znaczących pytań, po których nabył pewności, że dom pana Fauvela nie ma wyjścia na ulicy Victoria, i że komisanci wchodzą i wychodzą bramą od ulicy Provence. Odtąd zadanie, które powziął, nie przedstawiało już żadnej trudności. Szybko przeszedł na drugą stronę ulicy i stanął na przeciwko bramy.
Wyborne to było miejsce do robienia obserwacji. Widział ztąd nie tylko wchodzących i wychodzących z domu bankiera, ale mając dolne okno przed sobą, mógł stanąwszy na palcach, dojrzeć Cavaillona pochylonego nad biurkiem.
Długi czas zostawał w bramie. Lecz ileż-to razy cierpliwemu Fanferlowi zdarzyło się dla mniej ważnej sprawy stać na czatach dnie i noce?
Przy tem wcale się nie nudził. Zgłębiał wartość swoich odkryć, szanował je i jak owa wieśniaczka z garnkiem mleka na sprzedaż, budował świetną przyszłość dla siebie na fundamentach tego planu.
Nareszcie około pierwszej godziny, ajent bezpieczeństwa ujrzał, jak Cavaillon wstał, przebrał się do wyjścia w miasto i wziął za kapelusz.
— Wybornie! — rzekł, — nasz Merkury wychodzi: baczność!
W rzeczy samej, w chwilę potem Cavaillon zjawił się w bramie domu. Zanim wyszedł, spojrzał na prawo i na lewo; zawahał się.
— Czyżby się czego obawiał? — pomyślał Fanferlot.
Tak nie było. Młody komisant mając interes do załatwienia, a nie chcąc, aby jego nieobecność była postrzeżoną, namyślał się jaką drogę wybrać, żeby się sprawić jak najkrócej.
Zdecydował się nareszcie. Poszedł na przedmieście Montmartre, ztamtąd na ulicę Notre-Dame-de-Lorette. Szedł prędko nie troszcząc się wcale co o nim powiedzą potrącani przechodnie; ajent bezpieczeństwa z trudnością za nim zdążał.
Gdy już był na ulicy Chaptal, Cavaillon zatrzymał się i wszedł do domu pod 1. 39.
Zaledwie zrobił parę kroków w korytarzu, poczuł się schwyconym za ramię, a odwróciwszy się raptem, spotkał się z Fanferlotem oko w oko.
Poznał go natychmiast, zbladł, cofnął się, szukając oczami miejsca do ucieczki.
Lecz ajent bezpieczeństwa przewidział to; zagrodził mu sobą odwrót. Cavaillon czuł się schwytanym.
— Czego pan chcesz odemnie? — zawołał drżącym ze strachu głosem.
Co najwięcej Fanferlota, zwanego Wiewiórką, odznacza pośród kolegów, to jego nadzwyczajna łagodność i uprzejmość.
Nawet ze swymi klientami jest grzecznym, traktuje ich z największą oględnością, zachowując wszystkie drobiazgowe formy przyzwoitości nawet wtedy, gdy ich chwyta i wiąże.
— Chciej pan, — rzekł, — wybaczyć mojej śmiałości, że się łaskawego pana zapytam o pewne maleńkie objaśnienie....
— Mnie o objaśnienie?
— Tak jest, kochany panie, pana Eugeniusza Cavaillon.
— Ależ ja pana nie znam.
— Oh! przeciwnie; widziałeś mnie pan dziś rano. Idzie tu zresztą o małą drobnostkę, może pan zechcesz podać mi rękę i wyjść na chwilę ze mną, za co panu będę mocno obowiązany.
Cóż było robić? Cavaillon podał mu rękę i wyszli razem.
Ulica Chaptal nie jest jedną z tych dróg hałaśliwych i pełnych ruchu, gdzie powozy stanowią dla pieszych ustawiczne niebezpieczeństwo. Jest tam kilka tylko sklepów, a od rogu ulicy Fontaine, zajętej przez aptekę, aż do ulicy Leonie ciągnie się długi mur przebity tu i owdzie maleńkiemi okienkami oświetlającemi pracownie stolarskie.
Jest to jedna z tych ulic, na których rozmawiać można swobodnie, nie zstępując co chwila z chodnika; więc Fanferlot i Cavaillon mogli swobodnie prowadzić dyskurs.
— Rzecz chodzi o to, kochany panie, — rzekł ajent bezpieczeństwa: — pan Prosper Bertomy rzucił panu dziś rano bardzo zręcznie bilecik.
Cavaillon przeczuwał, że będzie badany o ten bilecik; usiłował więc przygotować się i mieć się na baczności.
— Mylisz się pan, — odrzekł czerwieniejąc po same uszy.
— Przepraszam! przykroby mi było to udowadniać panu, ale ja zwykle pewien jestem tego, co mówię.
— Zapewniam pana, że Prosper nic mi nie dał.
— Bądź pan łaskaw nie zaprzeczać, — nalegał Fanferlot. Zmuszasz mnie do przekonania cię, iż czterej koledzy widzieli, jak Prosper rzucił ci bilecik napisany ołówkiem, bardzo drobno zwinięty.
Młody komisant zrozumiał, iż na nicby się nie zdało stawiać zaprzeczenie człowiekowi tak doskonale świadomemu; zmienił wiec system.
— Niech i tak będzie, — rzekł, — odebrałem bilet od Prospera, ale że on był pisany do mnie samego, więc po przeczytaniu podarłem go i szczątki rzuciłem w ogień.
Mogło to być prawdą. Obawiał się tego Fanferlot, ale zkąd pewność? Przypomniał sobie, że najprostsze podstępy są częstokroć najskuteczniejsze, ufny więc w swą szczęśliwą gwiazdę, rzekł na wszelki wypadek:
— Pozwolę sobie zwrócić pana uwagę, że w tem jest niedokładność bilet ten został ci powierzonym dla wręczenia go osobie Gypsy.
Rozpaczliwy gest Cavaillona dał znać ajentowi, że się nie myli; odetchnął.
— Przysięgam panu... — począł młodzieniec.
— Nie przysięgaj pan, — przerwał Fanferlot, — przysięgi wszelkie na nic się nie zdały. Pan nie tylko, że nie podarłeś tego biletu, ale wszedłeś do tego domu, by go oddać komu należy i masz go w kieszeni.
— Nie, panie, nie!...
Fanferlot nie zważając na zaprzeczenie, mówił dalej słodkim głosem:
— I będziesz tyle uprzejmym, że pokażesz mi ten bilet, mam mocne przekonanie... Wierz mi pan, że gdyby nie gwałtowna konieczność...
— Nigdy! — odparł Cavaillon.
A sądząc, że nadeszła właściwa chwila, szarpnął się, by wyrwać ramię z pod rąk Fanferlota i uciec.
Ale pokuszenie było daremne. Fanferlot jest równie silny jak słodki.
— Ostrożnie, byś sobie krzywdy nie zrobił, mój młody panie, — rzekł urzędnik prefektury, — wierzaj mi, pokaz ten bilet.
— Nie mam go!
— Cóż robić! Zmuszasz mnie do przykrych ostateczności. Czy wiesz co nastąpi w skutek twego uporu? Zawołam dwóch policjantów, którzy wezmą cię pod ręce i zaprowadzą do komisarza policji, a tam będzie mi bardzo bolesno zrewidować cię mimo woli. Wierzaj mi pan, sprawisz mi tem zmartwienie.
Cayaillon był szczerze oddany Prosperowi, ale widział jak na dłoni, ze upór nie doprowadzi do niczego, że nie będzie miał nawet czasu zniszczyć corpus delicti.
Oddać bilet w takim razie nie było zdradą; zrezygnował się więc, przeklinając swą bezwładność, płacząc prawie z gniewu.
— Pan masz przewagę siły, ustępuję ci, — rzekł smutno.
W tej samej chwili wydobył z pugilaresa nieszczęsny bilet i oddał go ajentowi.
Ręce Fanferlota drżały z radości gdy odwijał papier; jednakże wierny swym obyczajom drobiazgowej grzeczności, po otwarciu listu skłonił się Cavaillonowi, mówiąc:
— Pozwolisz pan, nieprawdaż? Przykro mi, że jestem niedyskretny.
Nareszcie zaczął czytać:
„Jeżeli mnie kochasz, to natychmiast, bez chwili namysłu, uczyń to o co cię proszę. Gdy odbierzesz ten list, zabierz wszystko co w domu jest twoją własnością — co się zowie wszystko — i umieść się w jakim lokalu umeblowanym na drugim końcu Paryża. Nie pokazuj się, kryj się jak możesz. Od twego posłuszeństwa może życie moje zawisło. Jestem oskarżony o znaczną kradzież, mam być aresztowanym. W kantorku powinno być około pięćset franków, weź je. Zostaw swój adres Cavaillonowi, który wytłumaczy ci to, czego ja ci powiedzieć nie mogę. Bądź dobrej myśli; do widzenia wkrótce.
Gdyby Cavaillon był mniej przerażony, byłby mógł dostrzedz na twarzy ajenta bezpieczeństwa wszystkie oznaki rozczarowania.
Fanferlot łudził się nadzieją, że dostanie do rąk jaki ważny dokument, a kto wie, może nawet dowód niezbity niewinności lub winy Prospera. Natomiast otrzymał bilecik miłosny człowieka, który mniej zajmuje się sobą, niż ukochaną kobietą.
Daremnie łamał sobie głowę, nie znajdował w tym liście nic stanowczego, nic, z czegoby wyprowadzić można jakiś wniosek, nie dowodził on niczego, ani za, ani przeciw temu, kto go pisał.
Wyrazy, „co się zwie wszystko,“ były wprawdzie podkreślone, ale można je było tłumaczyć w wieloraki sposób!...
Z tem wszystkiem ajent bezpieczeństwa uznał za właściwe zapytać:
— Ta panna Nina Gypsy, to zapewne przyjaciółka pana Bertomy?
— Tak.
— Aha! i ona mieszka tam pod 1. 39?
— Wiesz pan o tem dobrze, skoro widziałeś mnie tam wchodzącego.
— Rzeczywiście, domyślałem się, kochany panie. A powiedz mi też, czy mieszkanie wynajęte jest na jej imię?
— Nie, na imię Prospera.
— Wybornie! A na którem piętrze, jeśli łaska?
— Na pierwszem.
Fanferlot złożył starannie bilecik napowrót i schował go do kieszeni.
— Stokrotne dzięki panu, — rzekł, — za jego objaśnienie; nawzajem, jeżeli pan chcesz, mogę mu oszczędzić drogi do niej.
— Panie...
— Tak jest; za pozwoleniem pańskiem ja sam oddam ten bilecik pannie Ninie Gypsy.
Cavaillon próbował uporu, chciał dysputować, ale Fanferlot spieszył się, przerwał więc jego obserwacje, mówiąc:
— Ośmielam się dać panu jedną radę, która zdaje mi się dobrą. Gdybym był na pańskiem miejscu, wróciłbym spokojnie do biura i nie mięszałbym się nic, zgoła nic do tej sprawy.
— Ależ panie, Prosper był moim protektorem, wydobył mnie z nędzy, on jest moim przyjacielem.
— Tem bardziej powinieneś pan być spokojnym, Czy możesz mu usłużyć? Nie, wszak prawda? Owoż powiem panu, że możesz mu szkodzić. Wiadomo, że pan masz z nim zażyłe stosunki, czyż kto nie zauważy pańskiej nieobecności? Jak pan się będziesz ruszał i próbował środków, które do niczego nie doprowadzą, czy to nie będzie wytłumaczone na szkodę?
— Panie, Prosper jest niewinny, mam najświętsze przekonanie.
Takie było właśnie zdanie i Fanferlota, ale nie chciał wydawać się ze swą tajemną myślą; jednak dla przyszłych swych poszukiwań musiał wmówić w młodego komisanta największą roztropność i dyskrecję. Chciałby go prosić, aby zamilczał o tem co zaszło między nimi, ale nie śmiał.
— To co pan mówisz, jest bardzo prawdopodobne, i życzę tego panu Bertomy, jak również i panu; bo gdyby on okazał się winnym, toby i pana niepokojono, bo byliście w zażyłości koleżeńskiej, a kto wie, możeby pana posądzono i o udział w przestępstwie.
Cavaillon spuścił głowę; był przybity.
— Tak panie, wierzaj mi, — ciągnął dalej Fanferlot, — wracaj do swoich czynności... A mnie niech będzie wolno pożegnać pana.
Biedny chłopiec usłuchał. Wolnym krokiem, z węzbranem sercem wszedł na ulicę Notre-Dame-de-Loretto. Pytał sam siebie, co może zrobić dla Prospera, jak ma uprzedzić Gypsy; a przedewszystkiem jak się pomścić na szkaradnym ajencie, który go tak okropnie poniżył.
Jak tylko Cavaillon znikł na zakręcie ulicy, Fanferlot wszedł do domu, oznajmił odźwiernemu, że ma interes do pana Prospera Bertomy, wszedł na piętro i zadzwonił.
Służący, chłopiec mniej więcej piętnastoletni, w wykwintnej liberji, otworzył drzwi.
— Panna Nina Gypsy? — zapytał?
Mały groom zawahał się; co widząc Fanferlot, pokazał list.
— Polecił mi pan Bertomy oddać ten bilet pani i czekać na jej odpowiedź.
— To wejdź pan, uprzedzę panią.
Imię Bertomy sprawiło skutek, Fanferlot wprowadzonym został do małego saloniku elegancko urządzonego. Potrójne firanki wisiały u okien, portiery u wszystkich drzwi. Świetny dywan zaścielał posadzkę.
— Proszę, — pomyślał ajent bezpieczeństwa, — nasz kasjer pięknie sobie mieszka.
Ale nie miał czasu rozpatrywać się w całym inwentarzu; jedna z portier uchyliła się, i weszła Nina Gypsy.
Jest to, a raczej była podówczas bardzo młoda niewiasta, delikatna, brunetka, a raczej śniada jak kwarteronka z Hawanny; a ręce i nóżki były jak u dziecka.
Długie rzęsy jedwabne przyciemniały zbyt żywy blask jej czarnych, wielkich oczu; wargi jej nieco grube, uśmiechały się po nad zębami bielszemi niż kocie, a były to zęby cienkie, świecące, perliste i tak ostre, że mogłyby zgruchotać dziesięć tęgich sukcesji.
Nie była jeszcze zupełnie ubrana, zarzuciła tylko od zimna szeroki kaftan aksamitny, którego otworami sypały się fale koronek przyczepionych do rannego ubrania. Ale wyszła już z pod ręki fryzjera lub zręcznej pokojówki. Włosy jej były skędzierzone na przodzie około czoła, spięte wstążeczkami z czerwonego aksamitu i zarzucone w wysoki pęk na wierzch głowy ku szyi.
Była w tem ubraniu prześliczną, piękność jej zuchwała i wyzywająca zmięszała i olśniła zrazu Fanferlota.
— Daj go katu! — pomyślał, przypomniawszy sobie szlachetną i surową piękność Magdaleny, którą widział przed kilką godzinami, — nasz kasjer ma dobry gust... ma dobry gust.
Gdy tak rozmyślał łamiąc sobie głowę od czego zacząć, Gypsy mierzyła go pogardliwym wzrokiem, zdumiała, że widzi w swym salonie obdartego niezgrabę, z kapeluszem pogiętym i otłuszczonym.
Mając wierzycieli, szukała w pamięci, który z nich może mieć tak podrzędną powierzchowność, albo przynajmniej który z nich pozwala sobie przysyłać jakiegoś chłystka, co śmie zabłocone obuwie ocierać o szlachetną wełnę jej dywanów.
Po takim egzaminie:
— Czego pan żądasz? — zapytała nakoniec zmuszając powieki do mrugnięcia najbardziej impertynenckiego.
Kto inny na miejscu Fanferlota byłby do głębi oburzony tem spojrzeniem i tym tonem; on zaś tyle tylko zwrócił uwagi, ile mu było potrzeba do schwycenia kilka rysów charakteru młodej niewiasty.
— Ona wcale nie jest dobrą, nie! — pomyślał, — i bez najmniejszego wychowania.
Spóźnił się z odpowiedzią, pani Nina tupnęła nogą niecierpliwie.
— Mówże pan, — powtórzyła, — czego chcesz?
— Polecono mi, szanowna pani, — rzekł najsłabszym i najuprzejmiejszym głosem, — oddać ci bilecik od pana Bertomy.
— Od Prospera!... Więc go pan znasz?
— Mam zaszczyt, a nawet, jeśli mi wolno tak się wyrazić, jestem jego przyjacielem.
— Panie!... — syknęła Gypsy, urażona w miłości własnej.
Fanferlot nie raczył zwrócić uwagi na ten obrażający wykrzyknik. On jest dumny; pogarda spływa po nim jak deszcz po tłustym kirysie.
— Jestem jego przyjacielem, — powtórzył, — a pewien jestem, że dziś mało ludzi odważyłoby się głośno przyjaźń swą ku niemu wyjawić.
Ajent bezpieczeństwa wyrażał się z tak mocnem przekonaniem, że uderzyło panią Gypsy.
— Nigdy nie umiałam rozwiązywać zagadek, — rzekła sucho, — racz mi pan wytłumaczyć co to znaczy?
Urzędnik prefektury wydobył zwolna z kieszeni list odebrany Cavaillonowi, i podając go Ninie, rzekł:
— Czytaj pani.
Oczywiście, nie przewidywała ona nic smutnego. Chociaż wzrok miała najwyborniejszy, ale rozwijając list, włożyła na nos śliczny binokl.
Jednym rzutem oka przeczytała cała treść.
Zrazu zbladła, potem zaczerwieniła się, dreszcz nerwowy przebiegł ją od stóp do głowy; nogi zachwiały się pod nią. Fanferlot sądząc, że upadnie, wyciagnął ręce, by ją podtrzymać.
Zbytek ostrożności! Gypsy była jedną z tych kobiet, których leniwa opieszałość zakrywa szatańską energie; są to kruche istoty, których siła oporu nie ma granic; są to kotki delikatnością i wdziękiem, kotki mianowicie nerwami i tęgością muskułów.
Zawrót sprawiony uderzeniem maczugi trwał tyle co błyskawica. Zachwiała się, ale nie upadła. Powstała silniejszą, porwała za rękę ajenta prefektury, i drobną swą rączką ściskając mu ją do złamania kości.
— Wytłumacz się pan! — zawołała, — co to ma znaczyć? Pan wiesz, co mi ten list oznajmia?
Jakkolwiek odważny, jakkolwiek codzień staje w oczy łotrom najniebezpieczniejszym, Fanferlot prawie uląkł się gniewu Niny.
— Niestety! — wyjąknął.
— Prosper ma być aresztowany, oskarżają go o kradzież?...
— Tak; utrzymują, że wziął z kasy 350.000 franków.
— To niepodobna! — zawołała młoda kobieta, — to potwarz, głupstwo!
Puściła rękę Fanferlota, a gniew jej podobny do złości zepsutego dziecka, rozpryskiwał się w gorączkowych gestach. Zapomniała o pięknym kaftanie aksamitnym i wspaniałych koronkach, które darłaby niemiłosiernie.
— Prosper miałby popełnić kradzież — mówiła, nie; to byłoby zbyt głupio! Po co on miałby kraść? Czyż on nie posiada ogromnego majątku?...
— Kiedyż właśnie, piękna damo. — odparł Fanterlot, utrzymują, że pan Bertomy nie jest bogatym, że nie ma na życie nic, prócz pobieranej pensji.
Odpowiedź ta zdawała się mieszać wszystkie myśli Niny.
— Jednakże, — rzekła, — widziałam zawsze dużo pieniędzy. Jeśli nie jest bogatym... to...
Nie śmiała skończyć, ale oczy jej spotkały się ze wzrokiem Fanferlota; zrozumieli się.
Spojrzenie Gypsy zdawało się mówić:
— To on musiał chyba kraść dla mnie, dla mojego zbytku, dla moich zachceń?
— Być może... — odpowiedział wzrok Fanferlota.
Ale w dziesięć sekund wróciła młodej kobiecie pierwotna rozwaga. Pierzchło zwątpienie, które na chwilę umysł jej skrzydłem swem dotknęło.
— Nie! — zawołała. — Na nieszczęście Prosper nigdyby nic dla mnie nie ukradł. Można to pojąć, by kasjer czerpał pełną ręką z kasy powierzonej jego czci, dla kobiety, którą kocha; ale Prosper nie kochał mnie, nie kochał mnie nigdy!
— Ach! piękna pani! — protestował grzeczny i uprzejmy Fanferlot, — pani nie myślisz tego co mówisz.
Nina smutnie potrząsła głową; łza z trudnością powstrzymywana, zasłoniła połysk jej pięknych oczu.
— Tak myślę, — odpowiedziała, i tak jest. On gotów biedz w ślad za mojemi fantazjami, powiesz pan? To niczego nie dowodzi. Kiedy powiadam, że mnie nie kocha, jestem o tem głęboko przekonana, oh! znam ja się na tem. Raz tylko w życiu kochana byłam przez człowieka z sercem, i to co cierpię od roku, uczy mnie pojmować, jak go nieszczęśliwym uczyniłam. Ja niczem nie jestem w życiu Prospera, zaledwie przygodą...
— Więc dla czego...
— A tak! — przerwała Gypsy, — dla czego? Będziesz pan bardzo rozumny, jeśli mi na to odpowiesz. Rok już jak napróżno szukam odpowiedzi na to straszne dla mnie zapytanie, a jestem przecie kobietą!.. Ale chciejże pan odgadnąć myśl człowieka tak panującego nad sobą, że z tego co mu się dzieje w sercu, nic nie wybłyska na oko. Badałam go jak tylko kobieta może badać mężczyznę, od którego los jej zawisł; daremne usiłowanie! On jest dobry, miły, ale żadnego doń przystępu. Myślałby kto, że jest słaby, nieprawda. Ten człowiek o płowych włosach, to pręt stalowy umalowany na trzcinę.
Uniesiona gwałtownością swych uczuć, Nina odkrywała całe wnętrze swej duszy. Nie taiła się przed człowiekiem nieznajomym wprawdzie, ale który uchodził w jej mniemaniu za przyjaciela Prospera.
Fanferlot radował się wewnętrznie ze swego powodzenia i zręczności. Trzeba tylko kobiety na to, by odmalować portret wiarogodny. W jednej chwili egzaltacji ona dała mu najszacowniejsze objaśnienie, wiedział teraz z kim ma do czynienia, co przy śledztwie jest głównym warunkiem.
— Ale powiadają, — wtrącił, — że pan Bertomy lubi grać w karty, a gra prowadzi daleko.
Gypsy ruszyła ramionami.
— Prawda, on gra, — odpowiedziała. — Widziałam, jak bez najmniejszego wzruszenia wygrywał i przegrywał znaczne sumy. On gra, ale nie jest szulerem. On gra, ale tak samo jak chodzi na kolacje, jak się upija, jak wyprawia różne szaleństwa; bez pociągu, bez namiętności, bez upodobania. On mnie czasami przeraża; zdaje mi się, że on włóczy ciało w którem duszy już nie ma. O, nie jestem ja szczęśliwa, bądź pan pewien. Ja widziałam w nim zawsze tylko głęboką obojętność, tak wielką, że często ona zakrawała na rozpacz. I czyż ten człowiek dopuściłby się kradzieży! Co znowu! Wiesz pan co, nikt mi nie wybije z głowy, że w życiu tego człowieka musi być coś strasznego, jakieś wielkie nieszczęście, nie wiem co, ale jest coś.
— I nigdy nie wspomniał pani o swojej przeszłości.
— On?.. Czyż pan nie słyszałeś com powiedziała? Wszak mówię panu, że on mnie nie kocha!
Nina potroszę rozczuliła się. Płacz ją zdjął, i łzy obfite spływały w cichości po jej licu.
Była to tylko chwila rozpaczy. Niebawem podniosła się na duchu, pod wpływem najszlachetniejszych przedsięwzięć.
— Ale ja go kocham, ja! — zawołała, — i moją rzeczą uratować go. Ach! rozmówię się z jego pryncypałem, tym nędznikiem, który śmie go oskarżać, przemówię do sędziów i do wszystkich. Jego aresztowano, a ja dowiodę, że on jest niewinny. Pójdź pan ze mną, a przyrzekam ci, że nim dzień upłynie, on będzie wolnym, albo ja zostanę z nim w więzieniu.
Projekt Gypsy był chwalebny, zapewne, i natchniony uczuciami nader szlachetnemi; na nieszczęście nie był praktycznym.
Zkądinąd sprzeciwiał się on intencjom Fanferlota.
Jakkolwiek zdecydowany sam na wszystkie trudności i korzyści śledztwa, Fanferlot doskonale rozumiał, że spotkanie się Niny z sędzią instrukcyjnym jest nieuniknione. Prędzej czy później musi ona stanąć do indagacji, i dla tego właśnie nie życzył sobie, aby się ukazała z własnego popędu. Zamierzył ukazać ją w chwili, kiedy uzna to za stosowne, aby sobie na wszelki przypadek i bez zaprzeczenia przypisać zasługę tego odkrycia.
To też najsamprzód sumiennie usiłował uspokoić uniesienia młodej kobiety. Sądził, że nie trudno mu przyjdzie wykazać jej, iż najmniejszy krok uczyniony w interesie Prospera, będzie istnem szaleństwem.
— Co pani na tem zyskasz? — rzekł, — nic. Nie masz pani, zaręczam, najmniejszego widoku powodzenia; narazisz się okropnie. Kto wie, czy sprawiedliwość nie zechce widzieć w pani wspólniczki pana Bertomy?
Ale te niepokojące widoki, które powstrzymały Cavaillona i w tak głupi sposób wydarły mu list, którego mógł doskonale bronić, podnieciły tylko entuzjazm Gypsy.
Bo mężczyzna oblicza, a kobieta idzie za głosem serca. Tam gdzie najpoświęceńszy przyjaciel waha się i cofa, kobieta idzie schyliwszy głowę, nie pomna na rezultaty.
— Co mi znaczy niebezpieczeństwo! — zawołała. — Nie wierzę w nie, ale jeśli istnieje, tem lepiej, nada ono pewną za sługę przedsięwzięciu bardzo naturalnemu. Jestem pewną niewinności Prospera, a gdyby on, co niepodobna, był winnym, a wiec niech i ja dzielę los, jaki mu zgotowany!
Naleganie Gypsy stawało się niepokojącem. Zarzuciła spiesznie na ramiona wielki szal kaszmirowy, włożyła kapelusz, i tak ubrana w kaftanie i pantoflach oświadczyła, że gotową jest do wyjścia, gotową do rozprawy ze wszystkimi sędziami w Paryżu.
— Czy idziesz pan ze mną, — pytała z gorączkową niecierpliwością, — idziesz pan?
Fanferlot ani myślał się zdecydować. Szczęściem miał on kilka strzałów za pasem.
Ponieważ osobiste względy za nic ważyła sobie Gypsy, postanowił tedy przemówić w imię interesu Prospera.
— Jestem na pani usługi, — odpowiedział, — i owszem, chodźmy. Tylko, dopóki czas, pozwól mi pani powiedzieć, że prawdopodobnie wyświadczymy panu Bertomy najgorszą przysługę.
— A to jakim sposobem?
— Takim, że wbrew jego instrukcjom, zamierzamy przedsięwzięcie, którego on przewidywać nie może, po tem co do pani napisał.
Młoda kobieta spojrzała z gestem zuchwałej dumy; ona nie powątpiewała o niczem.
— Są ludzie, których trzeba ratować mimo ich woli i wiedzy. Ja znam Prospera, on dałby się zamordować bez walki. bez wymówienia jednego słowa; on zdolny opuścić się przez niedbalstwo, przez zwątpienie...
— Przepraszam kochaną panię, przepraszam! — przerwał ajent bezpieczeństwa. — Pan Bertomy właśnie nie wydaje mi się tak apatycznym, jak pani utrzymuje. Przeciwnie, zdaje mi się, że już osnuł plan swej obrony. A kto wie, czy pani ukazując się, gdy on właśnie zaleca się ukrywać, nie skrzyżujesz jego najlepszych środków usprawiedliwienia?
Gypsy spóźniła się z odpowiedzią. Rozważała ważność zarzutów Fanferlota.
— Ja jednakże nie mogę zostawać bezczynną, — odparła, — nie próbować czemkolwiek przyłożyć się do jego ratunku. Czyż pan nie pojmujesz, że ja tu stoję jak na rozpalonych węglach?
Było widocznem, że jeżeli Fanferlot nie przekonał jej stanowczo, zachwiał wszelako jej postanowieniem. Urzędnik prefektury czuł górę, a ta pewność, nadając większą swobodę jego umysłowi, nadała zarazem więcej powagi jego wymowie.
— Kochana pani, — rzekł, — masz bardzo łatwy sposób dla przyjścia w pomoc ukochanemu człowiekowi.
— Jaki, proszę pana?...
— Bądź mu posłuszną, moje dziecię, ojcowsko wyrzekł Fanferlot.
Gypsy oczekiwała wcale innej rady.
— Być posłuszną, — szepneła, być posłuszną!...
— Jest to pani obowiązkiem. — mówił dalej Fanferlot poważnie i zgodnością, — świętym obowiązkiem.
Wahała się jeszcze; on wziął ze stołu list Prospera i dodał:
— Jakto, pan Bertomy w chwili strasznej, w chwili gdy ma być uwięzionym, pisze do pani, kreśląc ci sposób postępowania, a ty chcesz udaremnić tę rozumną ostrożność? Cóż on ci pisze? Przeczytajmy razem ten bilecik, który jest niejako testamentem jego wolności. Powiada pani: „Jeśli mnie kochasz, zrób o co proszę...“ A pani nie chcesz zrobić? Powiada nadto: „Idzie tu o moje życie...“ Więc go pani nie kochasz? Nie rozumiesz-że tego, nieszczęśliwe dziecię, że zaklinając cię, byś uciekła, skryła się, pan Bertomy ma jakieś powody ważne, konieczne, groźne?...
Fanferlot już stawając na progu mieszkania aresztowanego kasjera, powody te zrozumiał; ale jeśli ich dotąd nie przytoczył, to dla tego tylko, że zachowywał je na później tak, jak dobry jenerał zachowuje swoje rezerwy, by zdecydować zwycięztwo.
Gypsy była aż nadto pojętną, by je odgadnąć.
— Powody!... — zaczęła, — więc Prosper chciałby zataić nasz związek...
Zamyśliła się chwilę, ale wkrótce przejrzawszy jaśniej, zawołała:
— Tak, teraz rozumiem! Że też od razu mi to nie przyszło do głowy. Rzeczywiście, moja tu obecność od roku, byłaby przeciw niemu argumentem obciążającym. Sporządzonoby inwentarz wszystkiego co moje; suknie, koronki, klejnoty i zbytek mój poczytanoby mu za zbrodnię. Zapytanoby go, zkąd wziął pieniądze na to, by zadość uczynić wszystkim moim życzeniom.
Ajent bezpieczeństwa spuścił głowę na znak potwierdzenia.
— Tak jest w istocie.
— A więc trzeba uciekać, tak, uciekać co tchu! Kto wie, czy już policja nie jest uprzedzoną, czy kto ztamtąd lada chwila nie nadejdzie.
— O, — odrzekł Fanferlot tonem najnaturalniejszym, — masz pani dość czasu. Policja nie jest ani tak zręczną, ani tak żwawą.
— Nic to nie szkodzi!...
I pozostawiając w salonie ajenta bezpieczeństwa, Nina wpadła do sypialni, wołając na pokojówkę, kucharkę i grooma, rozkazała wypróżnić szuflady i szafy, zapakować jakbądź w tłumoki wszystko, co do niej należało, a nadewszystko spieszyć się, spieszyć na gwałt!
Sama dawała przykład zwinności i energii, gdy nagła myśl zwróciła ją ku Fanferlotowi.
— Będę gotowa za chwilę i wyprowadzę się; ale gdzie tu pójść?
— A czy pan Bertomy nie wskazuje pani? Na drugi koniec Paryża, do domu umeblowanego, do hotelu.
— Nie znam żadnego.
Urzędnik prefektury zdawał się namyślać. Zadawał sobie trud nie mały, by ukryć radość, która mimo wszelkich usiłowań, błyskała w jego małych, okrągłych oczach.
— Znam ci ja jeden hotel, — ale może się pani nie podoba. Jużciż w nim nie tak wykwintnie jak tu.
— A byłoby mi tam dobrze?
— Za mojem poleceniem traktowanoby tam panią jak jaką królowę, a nadewszystko, że byłabyś dobrze ukrytą...
— Gdzież to?
— Z tamtej strony Sekwany, ulica św. Michała, hotel pod Wielkim Archaniołem, utrzymywany przez panią Aleksandrę...
Gypsy nigdy się długo nie namyślała.
— Oto papier i pióro, napisz pan kilka słów do tej pani.
Za chwilę oddał jej list.
— Za pomocą tych trzech wierszy, — rzekł, — zrobisz pani z pani Aleksandry wszystko, co zechcesz.
— Dobrze. A teraz jak dać znać Cavaillonowi o mojem nowem mieszkaniu? Wszak on miał mi oddać list od Prospera...
— Nie mógł przyjść, kochana pani, — przerwał ajent bezpieczeństwa, — ale ja zaraz będę się z nim widział i powiem mu, gdzie panią może znaleźć.
Gypsy chciała posłać po powóz, ale Fanferlot udając, że mu spieszno, ofiarował się spełnić to zlecenie. Dobry to był pretekst wysunięcia się.
Wreszcie jakoś mu się szczęściło tego dnia. Fiaker jakby umyślnie zbliżał się przed dom, zatrzymał go.
— Zaczekasz tu, — rzekł do woźnicy, wyliczywszy mu swe tytuły, na jedną młodą panię, brunetkę, która zejdzie z góry z walizami. Jeżeli każę ci wieźć się na ulicę św. Michała, to trzaśnij z bicza, a jeżeli gdzie indziej, to zejdź z kozła, nim ruszysz, jak gdyby dla poprawienia czegoś przy powozie; ja będę stał tak, abym mógł widzieć i słyszeć.
Jakoż przeszedł na drugą stronę i udał się do handlu winnego. Szumiało mu w głowie to wszystko, o czem się dowiedział, i sam już nie wiedząc co o tem sądzić, potrzebował zaprowadzić porządek w swych myślach.
Nie zdążył, bo ostry trzask z bicza rozległ się po ulicy; Gypsy pędziła pod Wielkiego Archanioła.
— Tę przynajmniej, chwała Bogu, mam w ręku! — zawołał żywo Fanferlot.
W chwili, gdy Nina Gypsy jechała schronić się do hotelu Wielkiego Archanioła, wskazanego jej przez Fanferlota, zwanego Wiewiórką, Prosper Bertomy odstawiony został do prefektury policji.
Od chwili gdy zapanował nad sobą i wrócił do zwykłego sobie trybu, już go zimna krew ani na chwilę nie opuszczała.
Daremnie otaczający go ludzie, obserwatorowie dowcipni, śledzili jakiejś słabości w jego oczach, jakiegoś wątpliwego wyrazu w jego fizjognomii: trafiali na marmur.
Możnaby nawet sądzić, że był nieczułym na swe położenie, gdyby nie bolesne uciśnienie serca, w tłumionych odzywające się westchnieniach, gdyby nie krople potu, spływające po skroni, które świadczyły o strasznem cierpieniu.
U komisarza policji, gdzie bawił przeszło dwie godziny, nim otrzymano względem niego instrukcje, rozmawiał z dwoma pilnującymi go policjantami.
Około południa, będąc dotąd na czczo, uczuł potrzebę posiłku. Przyniesiono mu śniadanie z sąsiedniej restauracji, które zjadł z niezłym apetytem i wypił prawie całą butelkę wina.
Przez ten czas z dziesięciu ajentów i różnych urzędników prefektury, którzy co rano udają się z interesami do komisarzy policyjnych, przypatrywali się ciekawie jego zachowaniu. Wszyscy byli jednego zdania, które sformułowali mniej więcej w tych słowach:
— To jakiś niepospolicie tęgi urwis.
Albo też:
— To szpaczek nadto spokojny, by go można wypuścić bez szkody dla innych.
Gdy mu powiedziano, że dorożka czeka przed domem, powstał żywo; ale przed wyjściem prosił, aby mu pozwolono zapalić cygaro.
Przed bramą urzędu komisarza policji, siada zwykle kwiaciarka. Kupił u niej bukiet fiołków.
Ta kobieta, domyślając się, że jest aresztowanym, rzekła doń niby na znak podziękowania:
— Szczęśliwego powodzenia, mój biedny panie!
Na co on, jakby wzruszony tym małym dowodem zainteresowania się, odpowiedział:
— Dziękuję ci, poczciwa kobieto, ale mi się już dawno nie powodzi.
Czas był prześliczny, dzień wiosenny w całem znaczeniu. Przez cały czas jazdy Prosper zaglądał w okienko, skarżąc się z uśmiechem, że musi przy takiem słońcu iść do więzienia, kiedy byłoby tak przyjemnie na dworze.
— To szczególna rzecz nawet, — odezwał się, — nigdym jeszcze nie miał tak wielkiej ochoty do przechadzki.
Jeden z jego strażników, tęgi i rumiany chłop, odpowiedział na to głośnym śmiechem, mówiąc:
— Bardzo naturalnie!
W kancelarji, podczas formalności wpisowych, Prosper odpowiadał wyniośle i pogardliwie na czynione mu zapytania z urzędu.
Ale gdy mu kazano wydobyć wszystko z kieszeni, a następnie przystąpiono do rewizji, błysk oburzenia przeszedł po jego oczach, potem łza gorąca spłynęła i uschła na płomiennem obliczu. Była to tylko błyskawica. Potem stał już nieruchomie i zimno, gdy z dołu do góry brutalne ręce przebiegały po nim, by przekonać się, czy nie ma przy sobie czego podejrzanego.
Poszukiwania byłyby może posunięte dalej i przybrały jeszcze bardziej poniżającą formę, gdyby nie interwencja jakiegoś jegomości w pewnym wieku, dystyngowanej powierzchowności, w białej chustce na szyi i złotych okularach, który grzał się przy piecu, i w tem miejscu zdawał się być jakby u siebie.
Na widok Prospera, który wchodził z ajentami, zdziwił się on i doznał jakiegoś wzruszenia; postąpił nawet, jak gdyby chciał coś do niego przemówić, ale dał pokój.
Jakkolwiek pomięszany, nie mógł Prosper nie zauważyć, że ten człowiek wciąż się w niego wpatrywał.
Czy był mu znajomy? Daremnie szukał w pamięci, nie mógł go sobie przypomnieć.
Człowiek ten mający minę naczelnika biura, był nie kto inny, tylko ów sławny urzędnik z prefektury policji, pan Lecoq.
Gdy ajenci przetrząsnąwszy kieszenie Prospera, zabierali się zdjąć mu buty, w których pilnik, lub jaka broń mogła się znajdować, pan Lecoq gestem ich zatrzymał, mówiąc:
— Dosyć tego!
Ajenci usłuchali. Po ukończeniu tych formalności, zaprowadzono nieszczęśliwego kasjera do ciasnej izby, drzwi opatrzone mnóstwem kluczów i zamków zatrzasnęły się za nim; odetchnął przecież, bo był sam.
Sądził, że jest sam, a zapomniał, że więzienie tem jest dla obwinionego, czem mikroskop entomologa dla nędznego robaka. Nie wiedział, że mury mają uszy, okienka oczy wciąż otwarte.
Był tak pewnym, że jest sam, iż duma jego we łzach się rozpłynęła, przestał być niewzruszonym. Gniew długo tłumiony zawrzał i stał się strasznym, jak pożar, gdy się przedrze do wyschniętych materjałów.
Uniósł się gwałtownie, krzyczał, wyrzucając ze siebie złorzeczenia i bluźnierstwa. W przystępie szalonej wściekłości rzucał się, jak w klatce dzikie zwierzę, i pokrwawił sobie o mur pięście.
Bo Prosper Bertomy nie był tem, czem się być wydawał.
Wyniosły ten i poprawnej rasy gentleman, panicz lodowaty, miał przecie gorące namiętności i ognisty temperament.
Raz, gdy miał już lat dwadzieścia cztery, ambicja się w nim rozbudziła. Widząc swe życzenia ścieśnione, rozglądając się po bogaczach, dla których pieniądz był rószczką czarodziejską z tysiąc i jednej nocy, pozazdrościł im losu.
Wyszukiwał on źródeł i punktu wyjścia tych bogatych przywódców wielkich przedsiębiorstw finansowych, i przekonał się, że oni w początkach mieli po największej części mniej niż on.
Jakim więc sposobem wznieśli się? Siłą energii, inteligencji i śmiałości. Dla nich myśl twórcza była tem, czem cudowna lampa w rękach Aladyna.
Poprzysiągł naśladować ich i wynieść się jak oni.
Od tej chwili siłą woli, nie tak powszechnie rzadką, jak sądzimy, nakazał milczenie wszystkim swoim instynktom. Przeistoczył nie charakter swój, ale zewnętrzne jego objawy.
I usiłowania jego nie były stracone. Ludzie mieli wiarę w jego charakter i zdolności. Ci co go znali, mówili:
— On zajdzie daleko!...
I on to siedział w więzieniu, oskarżony o kradzież, czyli po prostu — zgubiony!
Bo nie łudził się Prosper. Wiedział doskonale, że winny, czy niewinny, człowiek podejrzany naznaczony jest piętnem tak niezatartem, jak głoski wyryte rozpalonem żelazem na ramieniu złoczyńcy.
Cóż odtąd znaczy walka? Na co zdał się tryumf, który nie zmywa hańby?
Gdy stróż nocny przyniósł mu wieczorny posiłek, zastał go rozciągniętego na łóżku, z głową schowaną w poduszkę, plączącego gorącemi łzami.
Oh! już nie mógł jeść, odkąd był sam. Opanowało go nieprzezwyciężone omdlenie i złamana wola rozpierzchła się we mgle ciemnej.
Nadeszła noc, długa, straszna, i po raz pierwszy w życiu liczył godziny jedynie krokami zmieniającej się warty. Cierpiał okrutnie.
Nad ranem ujął go sen, i spał jeszcze, gdy głos dozorcy zabrzmiał w izdebce:
— Proszę pana do indagacji!
Zerwał się jednym skokiem, miał być nareszcie badany.
— Chodźmy! — rzekł, nie troszcząc się o nieład w ubraniu.
Po drodze powiedział mu dozorca:
— Masz pan szczęście, będziesz miał do czynienia z bardzo uczciwym człowiekiem.
Dozorca miał wielką słuszność.
Obdarzony znakomitą przezornością, nie ugięty, beznamiętny, obcy również wszelkiej fałszywej litości, jak i surowości zbytecznej, pan Patrigent posiada w wysokim stopniu wszelkie przymioty, jakich wymaga delikatne i trudne powołanie sędziego instrukcyjnego.
Brak mu może tej gorączkowej działalności, czasami potrzebnej, by trafić prędko i dokładnie, ale posiada za to potężną cierpliwość, której nic znużyć nie potrafi.
Do jego też to gabinetu przeszły sprawy, setne lata roztrząsane, śledztwa przerwane w drodze procedury niezupełne.
Taki jest obraz człowieka, do którego zaprowadzono Prospera; prowadzono go drogą bardzo krętą.
Szedł najsamprzód długim korytarzem, przebył salę pełną żandarmów paryzkich, zszedł ze schodów, przecisnął się przez rodzaj podziemia, następnie wstępował po wąskich i spadzistych schodach, które końca nie miały.
Nareszcie dostał się do długiej wąskiej galerji, o niskim suficie, na którą wychodziło mnóstwo drzwi numerowanych.
Dozorca nieszczęśliwego kasjera zatrzymał go przed jednemi z tych drzwi.
— Przyszliśmy, — rzekł, — tu się pański los rozstrzygnie.
Na tę uwagę dozorcy, wypowiedzianą tonem głębokiego politowania, dreszcz przebiegł biednego Prospera.
Tak jednak było; tam, za temi drzwiami znajdował się człowiek, który miał go badać. Od jego odpowiedzi zależeć będzie jego uwolnienie, albo też areszt zamieni się na więzienie stałe.
Zbierając całą swą odwagę, już Prosper kładł rękę na klamkę, gdy dozorca zatrzymał go.
— O, jeszcze nie zaraz! — zawołał, — tam nie można wchodzić byle jako; siadaj pan, zawołają cię, gdy przyjdzie kolej.
Nieszczęśliwy usiadł, a dozorca zajął obok niego miejsce.
Nic bardziej posępnego, straszliwego, nad tę stację w ponurej galerji sędziów instrukcyjnych.
Od końca do końca ściany przymocowana jest prosta deska dębowa, zczerniona od codziennego użytku. Mimowoli przychodzi na myśl, że na tej ławce od lat dziesięciu siadali wszyscy podejrzani, wszyscy złodzieje, wszyscy zbójcy departamentu Sekwany.
Bo prędzej czy później, fatalnym biegiem, jak pomyje do kanału, spływa zbrodnia do tej strasznej galerji, której drzwi jedne wychodzą do więzień kryminalnych, drugie na estradę rusztowania. Tam to jest miejsce, w którem, jak się trywialnie, ale energicznie wyraził jeden z prezesów, jest wielka pralnia wszystkich brudów Paryża.
Galerja w chwili przybycia Prospera była bardzo ożywioną. Cała niemal ława była zajęta. Obok niego usiadł, niemal łokciami dotykając go, jakiś człowiek w łachmanach, ze złowrogiem obliczem.
Przed każdemi drzwiami, po za któremi siedział sędzia instrukcyjny, stały gromady świadków, rozmawiając zcicha. Co chwila przybywali żandarmi, których ostrogi dźwięczały po kamiennej posadzce, przyprowadzali oni lub odprowadzali więźniów. Czasami, po nad cichy szmer wybiegał jakiś jęk, i jakaś kobieta, matka lub siostra uwięzionego, niosła chustkę do oczu. W przerwach otwierały się i zamykały drzwi, a głos woźnego podawał imię albo numer.
Ten widok, to hańbiące dotknięcie, ta atmosfera duszna, przepełniona dziwnemi wyziewy, dławiła Prospera, gdy jakiś staruszek, czarno ubrany z godłami urzędu, zawołał:
— Prosper Bertomy!
Nieszczęśliwy zerwał się, i sam nie wiedząc jak, wszedł do gabinetu sędziego.
Z razu jakby olsnął. Wychodził z mroku, drzwiami, na prost których znajdowało się okno, szeroko rozlewające wspaniałe i jaskrawe światło dokoła.
Ten pokój, jak wszystkie tego rodzaju, niczem się nie odznaczał. Była to po prostu pracownia urzędnicza.
Wyklejony skromnym papierem ciemno-zielonego koloru, miał na podłodze lichy jakiś dywanik, w czarne wzory, pospolitego gustu.
Naprzeciw drzwi stoi wielkie biuro, zapchane protokołami, po za któremi siedzi sędzia, trochę w cieniu, twarzą zwrócony do tych, którzy wchodzą, w ten sposób, że sam nie będąc z razu przez nich dostrzeżonym, może badać w pełnem świetle świadków i oskarżonych. Przy małym stoliku na prawo siedzi kancelista, nieodzowny pomocnik sędziego.
Prosper tych szczegółów nie uważał. Wzrok jego padł na urzędnika, a w miarę, jak mu się przypatrywał, musiał przyznać, że dozorca prawdę mówił.
Twarz pana Patrigent nieregularnych rysów, otoczona krótkiemi, rudemi faworytami, o żywych i dowcipnych oczach, które ją ożywiały, tchnęła samą dobrocią, uspokajała, pociągając od pierwszego wejrzenia.
— Siadaj pan, — rzekł do Prospera.
Tern przyjemniejszą była ta grzeczność dla oskarżonego, gdyż sądził, iż go będą ze wzgardą traktować. Uważał to za dobrą wróżbę, i uczuł się pokrzepionym na umyśle.
Pan Patrigent dał znak kanceliście.
— Zaczynamy, Sigault, uważaj.
I zwracając się do Prospera, zapytał:
— Jak się pan nazywasz?
— August Prosper Bertomy.
— Wiek pana?
— Piątego maja skończę trzydzieści pięć lat.
— Czem się pan trudnisz?
— Jestem, a raczej byłem, kasjerem w bankierskim domu Andrzeja Fauvela.
Sędzia przerwał, zaglądając po objaśnienia do leżącej obok książeczki. Prosper śledził jego ruchy i robił sobie nadzieję, że człowiek tak mało uprzedzony względem niego, nie będzie go trzymał w więzieniu.
Pan Patrigent prowadził dalej badanie:
— Gdzie pan mieszkasz?
— Od lat czterech przy ulicy Chaptal, liczba 39. Dawniej na bulwarach Batignolles, pod liczbą 7.
— Gdzieś się pan rodził?
— W Beaucaire, departamencie Gard.
— Masz pan jeszcze rodziców?
— Matka mi umarła dwa lata temu, ale ojciec żyje.
— Czy mieszka w Paryżu?
— Nie panie, mieszka w Beaucaire razem z siostrą, która jest za inżynierem kanału południowego.
Na ostatnie pytania odpowiadał Prosper nadzwyczajnie zmięszany. Są chwile w życiu, w których wspomnienie rodziny dodaje odwagi i pociesza, ale są i takie, w których człowiek chciałby sam być na świecie i stać się podrzutkiem.
Pan Patrigent zauważał to wzruszenie oskarżonego i zapisał je sobie.
— A czem się pański ojciec trudni?
— Był konduktorem dróg i mostów, następnie urzędnikiem przy kanale południowym, jak mój szwagier; teraz pobiera emeryturę.
Nastała chwila milczenia. Sędzia posunął w ten sposób swój fotel, że choć się zdawało, iż ma głowę odwróconą, nie tracił żadnego z wrażeń, jakie się na twarzy Prospera malowały.
— A więc! — zawołał raptem, — oskarżony pan jesteś o kradzież 350.000 franków u swego pryncypała.
Chociaż Prosper miał czas przez dwadzieścia cztery godzin oswoić się z myślą tego oskarżenia, jednak w ten sposób wypowiedziane, tak go zmieszało, iż nie mógł słowa przemówić.
— Co pan na to odpowiesz? — nalegał sędzia.
— Jestem niewinny, panie, przysięgam, że jestem niewinny!
— Daj Boże, — rzekł pan Patrigent, — i możesz pan być pewnym, że się postaram wyświecić pańską niewinność. Czy pan masz co powiedzieć na swą obronę, może jakie dowody?
— Cóż panu powiem, kiedy sam nie rozumiem jak się to stać mogło! Mogę tylko przytoczyć moje przeszłe życie...
Sędzia przerwał Prosperowi gestem, mówiąc:
— Kradzież była popełniona w takich okolicznościach, że posądzenie pada tylko na pana Fauvela i na pana. Czy podejrzewasz pan jeszcze kogo?
— Nie, panie, Mówisz pan, że jesteś niewinnym, winnym więc jest pan Fauvel?
Prosper nic nie odrzekł.
— Czy masz pan jaki powód sądzić, że pański pryncypał sam się okradł? Powiedz pan.
A że oskarżony milczał ciągle, rzekł sędzia:
— Zdaje mi się, że pan potrzebujesz jeszcze się namyśleć. Posłuchaj pan pytań, które mój kancelista przeczyta, poczem odprowadzą pana znów do więzienia.
Prosper zbladł. Ostatni promyk nadziei zagasł dla niego. Nie słyszał co mu Sigault czytał, i podpisał bezwiednie.
Tak się chwiał wychodząc z gabinetu sędziego, że go dozorca musiał podtrzymywać.
— Jakoś źle idzie, — rzekł do niego ten człowiek, — lecz proszę pana, trzeba być mężnym.
Prosper wróciwszy do swej izdebki, nie czuł się wcale przy męstwie; natomiast gniew, nienawiść ogarnęły jego serce.
Ułożył sobie, że się rozmówi z sędzią, wypowie swoją obronę, wyświetli niewinność, to wszystko mu się nie udało. Gorzko sobie wyrzucał, że się dał uwieść pozorem dobroci i łagodności.
— Co za ironia! — zawołał, — więc to ma być śledztwo?
W rzeczy samej, nie było to śledztwo, lecz zwyczajna formalność.
Pan Patrigent kazał zawołać Prospera dla dopełnienia przepisu artykułu 93. kodeksu karnego, który mówi: „każdy obwiniony i dostawiony do więzienia, ma być badanym w przeciągu dwudziestu czterech godzin najpóźniej.“
Lecz niepodobna, aby w dwudziestu czterech godzinach, w podobnej sprawie, przy braku dowodów, jakichbądź wskazówek nawet, mógł sędzia instrukcyjny zgromadzić materjały dla wyprowadzenia śledztwa.
Dla przełamania upartej obrony posądzonego, który zamyka się w zaprzeczeniu jak w fortecy, potrzeba broni. Tę broń właśnie gotował pan Patrigent.
Gdyby Prosper był pozostał godzinę jeszcze w galerji, byłby zobaczył, jak ten sam woźny, przez którego on był wywołanym, wyszedł z gabinetu sędziego i krzyknął:
— Numer 3!
Świadkiem, który miał liczbę 3, i siedział na ławie czekając kolei, był Andrzej Fauvel.
Bankier zmienił się do nie poznania.
O ile w biurze zdawał się ożywiony najżyczliwszemi chęciami, o tyle wszedłszy do sędziego, zdawał się oburzonym przeciw swemu kasjerowi. Namysł, który razem z uspokojeniem zwykle sprowadza skłonność do przebaczenia, w nim zrodził tylko gniew i chęć pomsty.
Zaledwie zadano mu pytania, nieodłączne od wszelkiej indagacji, powstał przeciw Prosperowi z najgwałtowniejszem oskarżeniem.
Aż pan Patrigent musiał mu nakazać milczenie, zwracając jego uwagę, ile winien samemu sobie, jakiekolwiek byłyby nawet winy jego komisanta.
Przed chwilą tak łatwy z posadzonym, sędzia obecnie stawał się uważnym i niespokojnym. Bo też badanie Prospera było tylko formalnością, poświadczeniem wiadomego już przestępstwa. Teraz należało wyszukać faktów dodatkowych, szczegółów; zgrupować okoliczności na pozór małoznaczne, by z nich wywnioskować przekonanie.
— Idźmy porządkiem, — rzekł sędzia do pana Fauvela, — i na ten raz ogranicz się pan do odpowiedzi na moje zapytania. Czy wątpiłeś kiedy o uczciwości swego kasjera?
— Wprawdzie nie, jednakże były powody mogące mnie zaniepokoić.
— Jakież to powody, proszę pana?
— Pan Bertomy, mój kasjer, grał w karty, przepędzał noce po knajpach, rozmaitemi czasy dowiadywałem się, że przegrywał znaczne pieniądze. Miewał złe znajomości. Raz, z jednym z klientów mego domu, panem de Clameran, wdał się w skandaliczną sprawę przy grze w karty, i sprawa ta zaczęła u kobiety, skończyła się w sądzie policji poprawczej.
Długo jeszcze bankier straszliwie obciążał Prospera. Nareszcie zatrzymał się.
— Wyznaj pan, — rzekł sędzia, — że postąpiłeś bardzo nieroztropnie, nie powiadam występnie, iż śmiałeś kasę powierzyć takiemu człowiekowi.
— Ależ panie, — odparł bankier, — Prosper nie zawsze był takim. Aż do przeszłego roku był on wzorem ludzi swego wieku. Przyjęty do mego domu, wchodził niejako w skład mojej rodziny, wszystkie wieczory przepędzał z nami, był serdecznym przyjacielem starszego syna mojego. Lucjana. Potem naraz, z dnia na dzień zaprzestał odwiedzin i jużeśmy go wcale nie widywali. Jednakże miałem wszelkie powody mniemać, że się zakochał w siostrzenicy mojej, Magdalenie.
Pan Patrigent zmarszczył w pewien sposób brwi, co zawsze u niego w takich razach znaczyło, że wpada na pewną poszlakę.
— A czy to czasem nie to uczucie spowodowało jego oddalenie się? — zapytał.
— A to dla czego? — odrzekł bankier głosem mocno zdziwionym. — Ja byłbym mu najchętniej oddał rękę Magdaleny, i szczerze mówiąc przypuszczałem, że on mnie o nią poprosi. Siostrzenica moja byłaby dla niego wyborną partją, niespodziewaną; ona jest bardzo ładna i będzie miała pół miliona posagu.
— Więc pan nie domyślasz się żadnego powodu takiego z jego strony postępowania?
Bankier zdawał się wyszukiwać.
— Stanowczo żadnego, — odpowiedział. — Zawsze przypuszczam, że Prosper dał się sprowadzić z prawej drogi jednemu młodzieńcowi, którego w tym czasie poznał u mnie, panu Raulowi de Lagors.
— Aha!... a cóż to za młodzieniec?
— Krewny mojej żony, przyjemny chłopiec, dowcipny, dobrze wychowany, trochę wietrznik. ale dość bogaty, by płacić za swe wietrznictwa.
Sędzia zdawał się już nie słuchać; zapisał sobie nazwisko Lagorsa w swej książeczce, w końcu już dosyć długiej listy nazwisk.
— Przystąpmy teraz dorzeczy. — odezwał się. — Pan jesteś pewnym, że nikt z domowych nie popełnił tej kradzieży?
— Jestem materjalnie pewny.
— Klucz pan nigdy z ręki nie wypuszczałeś?
— Przynajmniej bardzo rzadko; a gdy go nie miałem przy sobie, kładłem go w szufladę do biurka, które stoi w mojej sypialni.
— Gdzie on był tej nocy, kiedy popełniono kradzież?
— W biurku.
— A zatem...
— Przepraszam pana sędziego, — przerwał pan Fauvel, — pozwól pan sobie objaśnić, że przy takiej skrzyni jak moja, klucz nic nie znaczy. Przedewszystkiem trzeba wiedzieć wyraz, na który ustawia się pięć guzików ruchomych. Znając wyraz, można w ostatnim razie otworzyć i bez klucza, ale bez wyrazu...
— I wyrazu tego nikomu pan nie powiedziałeś?
— Nikomu w świecie! I niech mi pan wierzy, że częstokroć byłbym i sam w kłopocie, gdyby mi kto kazał powiedzieć, na jaki wyraz nastawiona jest skrzynia. Prosper często go zmieniał, uprzedzał mnie, a ja niekiedy zapominałem.
— Czy zapomniałeś go pan przed kradzieżą?
— Nie, wyraz zmieniony był w przeddzień a szczególność jego uderzyła mnie.
— Jakiż to był wyraz?
— Gypsy. — G, y, p, s, y, — rozszczególniał bankier dyktując ortografję.
I ten wyraz zapisał pan Patrigent.
— Jeszcze jedno pytanie, — rzekł, — czy pan byłeś w domu w przeddzień kradzieży?
— Nie, panie. Byłem na objedzie u jednego z moich przyjaciół i tam przepędziłem wieczór. Gdym wrócił do siebie około godziny pierwszej, żona już spała, i ja też położyłem się niebawem.
— I nie wiedziałeś pan jaka suma znajdowała się w kasie?
— Nie. Stosownie do moich wyraźnych rozkazów, mogłem sądzić, że tam znajduje się jakaś nieznaczna gotówka; oświadczyłem to panu komisarzowi, co pan Bertomy przyznał.
— Tak jest istotnie, protokół świadczy o tem.
Patrigent zamilkł. Dla niego wszystko zawierało się w tym fakcie: „Bankier nie wiedział, że w kasie znajdują się 350.000 franków, a pan Bertomy uchybił swej powinności podnosząc je z banku,“ a zatem wniosek łatwy do wyprowadzenia.
Widząc, że indagacja ustała, bankier sądził, że może nareszcie wypowiedzieć wszystko, co mu na sercu leżało.
— Ja, panie sędzio, w opinii własnej staję, zdaje mi się, po nad wszystkiemi podejrzeniami, a jednak nie będę spokojny, dopóki przestępstwo mego kasjera nie będzie dokładnie uzasadnione. Potwarz chętnie czepia się ludzi, którzy wyszli zwycięzko; ja mogę być narażony na potwarz. Przeszło trzykroć sto tysięcy franków jest to kapitał, o który i najbogatszy mógłby się pokusić. Byłbym panu bardzo wdzięczny, gdybyś kazał zbadać stan interesów mojego domu; badanie to stwierdziłoby, że ja nie mogłem mieć żadnego widoku w okradzeniu siebie samego, bo powodzenie moich interesów...
— Dosyć tego, panie.
Rzeczywiście było tego dosyć. Pan Patrigent powziął już potrzebne wiadomości, i wiedział tak dobrze jak sam bankier, jak trzymać ma o stanie jego interesów.
Dał mu do podpisania protokół indagacyjny i odprowadził go aż do drzwi swojego gabinetu, rzadka grzeczność z jego strony.
Gdy pan Fauvel odszedł, kancelista Sigault pozwolił sobie jednej uwagi.
— A to djable ciemna sprawa, — rzekł. — Jeśli kasjer jest zręczny i twardy, trudno go będzie, zdaje mi się, przekonać.
— Być może, — odpowiedział sędzia, — ale zobaczmy innych świadków.
Tym, który miał nr. 4, nie był kto inny tylko starszy syn pana Fauvela, Lucjan.
Młody ten chłopiec, wysoki i przystojny, lat około dwudziestu dwóch, opowiedział, że go z Prosperem łączy stosunek przyjaźni, i że go zawsze uważał jako człowieka uczciwego, niezdolnego popełnić nawet niedelikatności.
Oświadczył, iż dotychczas ani pojmuje jakim sposobem i w skutek jakich fatalnych okoliczności, Prosper przywiedziony został do popełnienia kradzieży. Uważał on wprawdzie, że Prosper gra w karty, ale nie tak znowu jak głoszą. Nie widział, by Prosper wydawał nad swoje dochody.
W przedmiocie kuzynki swej Magdaleny odpowiedział:
— Zawsze mi się zdawało, że Prosper zakochany był w Magdalenie, i do wczoraj sądziłem, że się z nią ożeni, wiedząc dobrze, iż ojciec mój nie będzie się sprzeciwiał temu małżeństwu. Zawsze cofnięcie się Prospera przypisywałem poróżnieniu z moją kuzynką, ale mniemałem, że oni się lada dzień pogodzą.
Wiadomości te jeszcze lepiej objaśniły sędziego o przeszłości kasjera, niż te, które dostrzegł pan Fauvel; ale na oko nie dawały żadnej wskazówki w obecnych przypuszczeniach.
Lucjan podpisał zeznanie i odszedł.
Przyszła kolej na Cavaillona.
Młody chłopiec stanąwszy przed sędzią, był w stanie godnym pożałowania.
Gdy w przeddzień pod wielkim sekretem opowiedział jednemu ze swych przyjaciół, młodemu adwokatowi, zajście swoje z ajentem bezpieczeństwa, adwokat ten obelżywie żartował z jego tchórzostwa. Opanowała go zgryzota straszliwa i całą noc wyrzucał sobie, że zgubił Prospera. Tę miał przynajmniej zasługę, że usiłował naprawić to, co nazywał ze swej strony zdradą.
Nie oskarżał on właściwie pana Fauvela, ale oświadczył śmiało, że jest przyjacielem Prospera, że jest względem niego obowiązany, i że zaręcza za jego niewinność, jak za swoją własną.
Na nieszczęście, nie tylko nie miał żadnych dowodów na potwierdzenie swych oświadczeń, ale nadto, entuzjastyczne wyrażenie przyjaźni odejmowało wiele wartości jego zeznaniom.
Po Cavaillonie sześciu lub ośmiu komisantów domu Fauvela przed filowało kolejno przez gabinet sędziego; ale ich zeznania były prawie wszystkie nic nieznaczące.
Jeden z nich jednakże podał szczegół, który sędzia zanotował. Utrzymywał on, że Prosper spekulował na giełdzie przez pośrednictwo pana Raula de Lagors, i wygrał znaczną sumę.
Już było po piątej godzinie, gdy lista świadków wezwanych na dzień dzisiejszy wyczerpała się. Ale zadanie pana Patrigenta nie doszło jeszcze do końca.
Zadzwonił na woźnego i rzekł!
— Ruszaj mi natychmiast po Fanferlota.
Ajent bezpieczeństwa nie zaraz stanął na rozkaz sędziego.
Spotkawszy w galerji jednego z swych kolegów, czuł się obowiązanym do grzeczności, i woźny musiał chodzić po niego do sąsiedniego szynku.
— Odkądźże to waść każesz na siebie czekać? — zapytał go surowo sędzia u wnijścia.
Fanferlot, który wszedł kłaniając się aż do ziemi, schylił się jeszcze niżej.
Pomimo uśmiechniętej twarzy, dręczyło go mnóstwo niespokojności. Chcąc sam wyśledzić sprawę tej kradzieży, musiał grać podwójną rolę, którą można było odkryć. Między kozłem sprawiedliwości, a kapustą ambicji własnej, narażał się na smutne wypadki, z których najmniejszym byłaby utrata miejsca.
— Miałem wiele do roboty, — odpowiedział tłumacząc się, — darmo czasu nie straciłem.
I zaraz też począł zdawać sprawę z swych czynności. Nie bez ambarasu jednak, mówił bowiem z wielką ostrożnością, oddzielając to co miał powiedzieć, albo też zamilczeć. Tym sposobem wyjawił zdarzenie z listem Cavaillona, oddał nawet sędziemu ten list, który skradł Ninie, ale o Magdalenie ani słówka nie pisnął. Natomiast o Prosperze i pani Gypsy podawał mnóstwo szczegółów biograficznych zaczerpniętych tu i owdzie.
W miarę jak postępował w swem opowiadaniu, pan Patrigent utwierdzał się w swych przekonaniach.
— Oczywiście, szepnął, — ten młody człowiek jest winnym.
Pozbierawszy wszystkie wiadomości, sędzia odprawił ajenta, dając mu rozmaite zlecenia i wyznaczając mu audjencje nazajutrz.
— Nadewszystko — rzekł w końcu, — nie trać z oczu tej, Gypsy; ona musi wiedzieć gdzie są pieniądze, i może nas naprowadzić na ślad.
Fanferlot uśmiechnął się złośliwie.
— Pan sędzia może być spokojnym, — rzekł, — ta pani jest w dobrych rękach.
Pozostawszy sam, choć wieczór już zapadł, pan Patrigent przedsięwziął wiele jeszcze środków, które miały dostarczyć mu zeznań.
Sprawa ta uczepiła się jego głowy, drażniła go i przyciągała razem. Upatrywał w niej wiele punktów ciemnych i tajemniczych, które przysiągł sobie wyświecić.
Nazajutrz wcześniej niż zwykle był już w swym gabinecie. Przysłuchiwał tego dnia panią Gypsy, przywołał raz jeszcze Cavaillona i posłał po pana Fauvela. I podobną czynność rozwijał przez dni następne.
Dwaj tylko z przyzwanych świadków nie stawili się.
Pierwszym był woźny posyłany przez Prospera do banku, był on mocno chory z potłuczenia.
Drugim był pan Raul do Lagors.
Ale mimo ich nieobecności, akta sprawy Prospera rosły, i w następny poniedziałek, to jest w pięć dni po kradzieży, panu Patrigentowi zdawało się, że ma dostateczną liczbę dowodów moralnych dla pognębienia obwinionego.
Kiedy tak na wszystkie strony roztrząsano życie Prospera, on tymczasem siedział w więzieniu odosobnionem.
Dwa pierwsze dni nie wydały mu się tak długiemi.
Na mocne naleganie dano mu papieru kilka arkuszy ponumerowanych, z których miał się wyrachować, i pisał z pewną zaciekłością rozmaite plany obrony i argumenta usprawiedliwiające.
Trzeciego dnia zaczął się niepokoić nie widząc nikogo prócz skazanych, którzy używani są do posług dla trzymanych „w$ odosobnieniu^ i dozorcy, który mu przynosił posiłek.
— Czyż mnie już nie będą badać? — zapytywał za każdym razem.
— Przyjdzie i na pana kolej, — odpowiadał jednostajnie dozorca.
Czas mijał, a nieszczęśliwy dręczony torturami odosobnienia, które łamie najenergiczniejsze temperamenta, wpadł w najczarniejszą rozpacz.
— Czyż ja tu na zawsze zostanę? — wołał.
Nie, nie zapomniano o nim, bo w poniedziałek zrana o godzinie, w której dozorcy nigdy nie wchodzili, posłyszał skrzypnięcie zamku.
Porwał się z miejsca i poskoczył ku drzwiom.
Ale na widok człowieka o siwych włosach, którego zobaczył na progu, stanął jakby piorunem rażony.
— Ojcze mój! — wyjąknął, — ojcze mój!...
— Tak, ojciec twój...
Po pierwszem przerażeniu, uczucie niezmiernej radości ogarnęło Prospera.
Bo to, bądź co bądź, ojciec jest zawsze przyjacielem, na którego rachować można. W godzinach strasznych, kiedy zabraknie wszelkiej podpory, przychodzi na myśl ten człowiek, na którym opieraliśmy się będąc dzieckiem; i wtedy nawet gdy on nic nie może, obecność jego wzmacnia, jak widok wszechwładnego obrońcy.
Bez namysłu, popchnięty chęcią najczulszego wylania, Prosper otworzył ramiona, jakby miał rzucić się ojcu na szyję.
Pan Bertomy zimno go odepchnął.
— Oddal się, — wyrzekł rozkazująco.
Wszedł wtedy do izdebki, której drzwi zawarły się. Ojciec i syn stanęli naprzeciw siebie. Prosper złamany i zgnębiony; pan Bertomy gniewny i groźny.
— I ty, ojcze! — zawołał, i ty nawet sądzisz mnie winnym!
— Oszczędź sobie i mnie bez wstydnej komedji, przerwał pan Bertomy, wiem wszystko.
— Ja niewinny jestem, ojcze mój, przysięgam ci na świętą pamięć matki.
— Nieszczęsny krzyknął pan Bertomy, nie bluźń! nie bluźń!
Zdjęło go niepowstrzymane rozrzewnienie, di odał głosem słabym, prawie niezrozumiałym:
— Matka twoja umarła, Prosperze, i nie myślałem, że przyjdzie chwila, w której błogosławić będę Bogu za to, że mi ją zabrał. Twoja zbrodnia byłaby ja zabiła.
— Ty zabijasz mnie, ojcze, i to w chwili, gdy potrzebuję całego męstwa, w chwili, gdy padam ofiarą najbezecniejszej machinacji.
— Ofiarą! — zawołał pan Bertomy, ofiarą!... To znaczy, że posądzasz o hańbę człowieka najzacniejszego, który opiekował się tobą, który cię darzył dobrodziejstwy, który dał ci świetne stanowisko i przygotowywał przyszłość nadspodziewaną. Dość, żeś go okradł, nie zpotwarzaj go jeszcze!
— Przez litość, ojcze! pozwól mi powiedzieć!
— Co! może będziesz przeczył dobroci swego pryncypała? Byłeś przecie tak pewnym przychylności jego, że raz napisałeś do mnie, bym przygotował się na podróż do Paryża, ażeby prosić pana Fauvela o rękę jego siostrzenicy. Czyż to było kłamstwem?
— Nie, — odparł Prosper głosem stłumionym, — nie...
— Jest temu rok; kochałeś Magdalenę wtedy, tak przynajmniej pisałeś do mnie...
— Ależ ja ją kocham i teraz więcej niż kiedykolwiek; nigdy nie przestawałem ją kochać.
Pan Bertomy zrobił gest pogardliwej litości.
— Doprawdy! — zawołał. — A myśl o czystej i ukochanej dziewicy nie powstrzymała cię na progu rozpusty? Kochałeś ją!... Jakże więc śmiałeś, bezwstydny, pokazywać się jej po odejściu z hańbiącego towarzystwa w jakie się wdałeś?
— W imię Boga, ojcze! pozwól-że mi powiedzieć, przez jaką fatalność Magdalena...
— Dosyć, dosyć. Wiem wszystko, powiedziałem. Jam się widział wczoraj z twoim pryncypałem. Dziś byłem u sędziego i jego to dobroci zawdzięczam, że mogłem dojść aż tu. Czy wiesz o tem, że musiałem dać się rewidować, rozebrać prawie, aby wejść tutaj. Sądzono, że ci przynoszę broń jaką.
Prosper nie próbował już walczyć. Upadł zrozpaczony na taburet więzienny.
— Widziałem twój apartament i zrozumiałem twoją zbrodnię. Widziałem jedwabne osłony u każdych drzwi, i obrazy w złoconych ramach na każdej ścianie. U mojego ojca ściany były wapnem bielone i jeden tylko fotel był w całym domu, dla matki mojej. Naszym zbytkiem była uczciwość nasza. Ty pierwszy w rodzinie naszej nasprawiałeś sobie perskich dywanów; prawda i to, że ty jesteś pierwszym złodziejem, jaki zjawił się w naszej rodzinie!
Na tę ostatnią zniewagę krew nabiegła do twarzy Prospera, ale nie ruszył się z miejsca.
— Ale teraz potrzeba zbytku, — mówił dalej pan Bertomy, unosząc się brzmieniem słów własnych, — potrzeba zbytku jakimbądź kosztem. Potrzeba zalecać się kobietom, które noszą atłasowe pantofle, podszywane puchem łabędzim, jak te, na które nadeptałem przy twojem łóżku; potrzeba sług w liberji. Więc potrzeba kraść! I przyszło do tego, że dziś bankier nie ma komu powierzyć klucza od kasy. I co rana jakaś niespodziewana kradzież obrzuca błotem uczciwe rodziny...
Pan Bertomy przerwał nagle; postrzegł syna w takim stanie, iż nie mógł słyszeć co ojciec mówi.
— Dajmy pokój temu, — dodał, — nieprzyszedłem tu by ci czynić wyrzuty; przyszedłem by ocalić, jeśli można, choć cokolwiek ze czci naszej, by nie dopuścić, aby nazwisko twoje wydrukowano w gazetach sądowych między nazwiskami złodziejów i zbójców. Powstań i słuchaj mnie.
Na głos nakazujący ojca, Prosper powstał. Tyle raptownych ciosów kolejno spadających, sprowadziło go do tego stanu dzikiej nieczułości, w której nieszczęsny człowiek nie ma się już czego obawiać.
— Przedewszystkiem, — począł pan Bertomy, — ile ci jeszcze zostało z trzech kroć pięćdziesięciu tysięcy franków, które ukradłeś?
— Jeszcze raz powtarzam, mój ojcze, — odpowiedział nieszczęsny głosem straszliwej rezygnacji, — jeszcze raz powtarzam: jestem niewinny!
— Zgoda, spodziewałem się tej odpowiedzi. Tedy rodzina nasza wynagrodzi szkodę wyrządzoną przez ciebie Fauvelowi.
— Jakto! co mówisz, ojcze?
— Szwagier twój dowiedziawszy się o twej zbrodni, przyniósł mi posag twej siostry: siedmdziesiąt tysięcy franków. Ja z mej strony zdołałem zebrać sto czterdzieści tysięcy. Czyni to razem dwieście dziesięć tysięcy franków, które mam przy sobie, i odniosę je panu Fauvelowi.
Ta groźba wywiodła Prospera z pognębienia.
— Nie uczynisz tego, ojcze! — zawołał z tłumioną gwałtownością.
— Uczynię to dziś jeszcze. Na resztę sumy pan Fauvel poczeka. Emerytura moja wynosi tysiąc pięćset franków, mogę żyć za pięćset, mam jeszcze dość siły, by zająć się jakim obowiązkiem; ze swej strony szwagier twój...
Pan Bertomy zatrzymał się, przerażony wyrazem fizjognomji Prospera. Gniew graniczący z szaleństwem skurczył jego rysy; oczy zgasłe przed chwilą, rzucały błyskawice.
— Nie masz prawa, ojcze! — zawołał, — nie, nie masz prawa postępować w ten sposób. Wolno ci mi nie wierzyć, ale nie wolno ci czynić kroku, który byłby przyznaniem i zgubą moją. Kto ci zaręczył, że ja winny jestem? Jakto? Gdy sprawiedliwość waha się, ty ojcze wątpisz, i niemiłosierniejszy od sprawiedliwości, potępiasz mnie, nie wysłuchawszy.
— Spełnię mój obowiązek.
— To znaczy, że kiedy ja stoję nad przepaścią, ty w nią mnie wtrącasz. I toż to, ojcze, nazywasz obowiązkiem? Jakto, więc stojąc między obcymi ludźmi, którzy mnie oskarżają, i mną, wahasz się, ojcze? Dla czego? Czy dla tego, że jestem twoim synem? Cześć nasza jest narażona, nie przeczę; toż tem bardziej należy mnie wesprzeć, dopomódz do jej obrony i ocalenia.
Prosper umiał trafić na ton, który zprowadza zwątpienie w głębi sumienia i zachwiewa najmocniejsze przekonania. Wzruszył się pan Bertomy.
— Jednakże, — szepnął, — wszystko cię oskarża.
— Ah! bo nie wiesz, mój ojcze, że ja raz musiałem uciekać od Magdaleny... musiałem... Byłem zrozpaczony, chciałem się ogłuszyć. Szukałem zapomnienia, znalazłem obmierzłość i hańbę. O Magdaleno!...
Rozrzewnił się; ale wkrótce rozpoczął z wzrastającą gwałtownością:
— Wszystko jest przeciwko mnie, mniejsza o to! będę umiał się usprawiedliwić, lub zginę w tej walce. Sprawiedliwość ludzka jest ułomną; niewinny nawet, mogę być skazanym; dobrze, poddam się ukaraniu, ale przecież wyjść można z kryminału...
— Nieszczęśliwy, co ty mówisz?
— Mówię, ojcze, że teraz jestem innym człowiekiem. Życie moje ma teraz cel — zemstę. Jestem ofiarą podłej machinacji. Dopóki mi jedna kropla krwi w żyłach pozostanie, ścigać będę jej sprawcę. A ja go znajdę, on musi odpokutować za moje męczarnie. Ten pocisk wypad! z domu Fauvelów, tam go trzeba szukać.
— Miarkuj się, — rzekł pan Bertomy, — gniew cię zaślepia!...
— Tak, rozumiem cię, ojcze, będziesz mi wysławiał uczciwość pana Andrzeja Fauvela, powiesz mi, że wszystkie cnoty schroniły się na łono tej patrjarchalnej rodziny. A co wiesz o tem ojcze? Czyż to pierwszy raz piękne pozory osłaniałyby najbrudniejsze tajemnice? Dla czegóż to Magdalena jednego dnia nagle zakazała mi myśleć o sobie? Dla czego wygnała mnie, chociaż przez tan rozdział ona cierpi zarówno ze mną, chociaż kocha mnie jeszcze, rozumiesz mnie, ojcze? kocha mnie, jestem pewny, miałem na to dowód...
Godzina wyznaczona panu Bertomy dla widzenia się z synem upłynęła, dozorca przyszedł zawiadomić go o tem.
Rozmaite uczucia rozdzierały serce tego nieszczęsnego ojca, i odejmowały mu możność rozmyślania.
Gdyby jednak Prosper mówił prawdę! Jakżeżby później wyrzucał sobie, że się przyczynił do jego nieszczęścia, i tak już ogromnego. A zkąd pewność, że on nie mówił prawdy?
Głos tego syna, z którego tak długo był dumnym, zbudził w nim całą rodzicielską czułość, gwałtem powstrzymywaną. A choćby i był winnym nawet większej jeszcze zbrodni, niemniej jednak był jego synem.
Z oblicza jego pierzchła surowość, w oczach błysnęły łzy, gotowe wytrysnąć.
Chciał wyjść odważny i zagniewany jak wszedł, nie mógł się zdobyć na tę okrutną odwagę. Serce jego roztajało, otworzył ramiona i przycisnął syna do serca.
— O mój synu! — westchnął odchodząc, — bodajbyś powiedział prawdę!...
Prosper odniósł zwycięztwo, przekonał prawie ojca o swej niewinności. Ale nie długo cieszył się swojem zwycięztwem.
Drzwi izdebki otworzyły się niebawem po zamknięciu, i głos dozorcy, jak pierwszy raz, zawołał:
— Proszę pana do indagacji!
Trzeba było być posłusznym.
Ale krok jego nie był takim, jak dni poprzednich, zupełna przemiana zaszła w nim. Szedł z czołem podniesionem, krokiem pewnym, i ogień postanowienia świecił w jego oczach.
Znał już teraz drogę i wyprzedzał nieco milicjanta, który mu towarzyszył.
Przechodząc przez niską salę, w której przebywają ajenci i straż policyjna, spotkał się z tym samym panem w okularach złotych, który przedtem w sali wstępnej tak długo weń się wpatrywał.
— Śmiało, panie Prosperze Bertomy! — rzekł do niego ten pan, — jeżeli jesteś niewinnym, znajdziesz pomoc.
Prosper zdziwiony zatrzymał się, szukał odpowiedzi, ale wyzywający znikł tymczasem.
— Kto jest ten pan? — zapytał milicjanta.
— Jakto, pan go nie znasz? — zapytał milicjant tonem głębokiego zdziwienia, — przecież to jest pan Lecoq, z wydziału bezpieczeństwa.
— Któż to taki ten Lecoq?
— Mógłbyś pan bezpiecznie powiedzieć: „pan Lecoq,“ — rzekł milicjant nieco obrażony, — toby ci nie skaleczyło języka. Pan Lecoq jest człowiek, którego nikt nie obałamuci i który wie wszystko, co wiedzieć chce. Gdyby go panu dano zamiast tego słodkiego durnia, Fanferlota, interes twój byłby już dawno zregulowany. Z nim nie ma długich ceregieli. Ale on zdaje się, jakby pana znał?
— Nie widziałem go nigdy, póki mnie tu nie przyprowadzono.
— Przysiądzby na to nie można, bo widzisz pan, nikt nie może się pochwalić, by znał prawdziwą twarz pana Lecoq’ua. Dziś jest tem, jutro czem innem, raz brunet, drugi raz blondyn, czasem zupełnie młody, to znów tak stary, że możnaby mu dać sto lat. Ot i mnie samego durzy jak chce. Gadam z jakimś nieznajomym, paf! a to on. Ktokolwiekbądź może być nim. Gdyby mi kto powiedział, ze pan nim jesteś, odpowiedziałbym: Bardzo być może. O, on może się pochwalić, że wszystko zrobi ze swego ciała.
Milicjant długoby jeszcze prawił legendę o panu Lecoq, ale przybył z więźniem do galerji sędziów instrukcyjnych.
Na ten raz Prosper nie czekał na skromnej ławie dębowej; przeciwnie, sędzia go oczekiwał.
Rzeczywiście pan Patrigent, jako głęboki badacz poruszeń duszy ludzkiej, pozwolił na widzenie się pana Bertomy z synem.
Pewnym był, że między ojcem, człowiekiem surowej prawości, a synem oskarżonym o kradzież, zajdzie scena opłakana, rozdzierająca, i liczył, że ta scena złamie Prospera.
Powiedział sobie, że natychmiast potem zawezwie obwinionego, że ten przyjdzie do niego z nerwami drgającemi strasznem wzruszeniem, i że on tym sposobem wydrze prawdę wśród jego zmięszania i rozpaczy.
Nie mało tedy zdziwiła go postawa kasjera, postawa spokojna, bez sztywności, dumna i pewna, bez impertynencji i wyzywania.
— I cóż, — zapytał go od razu, — namyśliłeś się pan?
— Nie będąc winnym, panie, nie miałem nad czem się namyślać.
— A, widzę, że izba więzienna nie dała panu dobrej rady. Zapomniałeś pan, że trzeba przedewszystkiem szczerości i żalu, by wzbudzić pobłażanie sędziów.
— Ja nie potrzebuję, panie, ani pobłażania, ani łaski.
Pan Patrigent nie mógł powstrzymać gestu niezadowolenia. Zamilkł na chwilę, potem od razu rzekł:
— Cóżbyś mi pan odpowiedział, gdybym go zapytał, co się stało z temi 350.000 franków?
Prosper smutnie potrząsł głową.
— Gdyby to można wiedzieć, — odpowiedział prosto, — ja byłbym w domu, nie tu.
Pospolity sposób, używany przez sędziego instrukcyjnego, udaje się bardzo często. Ale tu z obwinionym, tak panującym nad sobą, nie miał wcale widoków powodzenia. Spróbował go jednak sędzia na wszelki wypadek.
— Więc trzymasz się swego pierwszego systematu? Wciąż oskarżasz swego pryncypała?...
— Jego, albo kogo innego.
— Przepraszam, jego tylko, bo on jeden wiedział wyraz. Czy miał jaki interes w okradzeniu samego siebie?
— Szukałem, ale nie mogłem znaleźć.
— A więc! — wyrzekł surowo sędzia, — ja powiem, jaki ty miałeś interes w okradzeniu go.
Pan Patrigent mówił jako człowiek pewny siebie, ale pewność jego było tylko pozorną.
Przygotował się uderzyć ostatnim ciosem maczugi na obwinionego, który przyjdzie doń chwiejący się; widok spokoju i determinacji widocznie połamał mu szyki.
— Czy chcesz pan, — zapytał tonem, w którym czuć było zakłopotanie, — czy możesz mi powiedzieć, wiele wydałeś wciągu ostatniego roku?
Prosper nie potrzebował ani namysłu, ani rachuby.
— Mogę, — odpowiedział bez wahania. — Okoliczności były tego rodzaju, że musiałem zaprowadzić wielki ład w moim nieładzie; wydałem około 50.000 franków.
— A zkąd je wziąłeś?
— Najsamprzód, panie, miałem 12.000 franków ze spadku po mej matce. Otrzymałem od pana Fauvela jako płacę, wraz z procentami od zysków 14.000 franków. Wygrałem na giełdzie około 8.000. Resztę pożyczyłem, ale oddać mogę każdego czasu, bo mam u pana Fauvela własnych 15.000 franków.
Rachunek był czysty, jasny, łatwy do sprawdzenia, musiał więc być dokładnym.
— Któż to panu pożyczył pieniędzy?
— Pan Raul de Lagors.
Świadek ten, który wyjechał wpodróż w sam dzień kradzieży, nie mógł być przesłuchanym. Musiał więc pan Patrigent, na ten raz przynajmniej, poprzestać na zeznaniu samego Prospera.
— Dobrze, nie będę nastawał na ten punkt. Powiedz mi pan, dla czego mimo wyraźnego rozkazu pryncypała, posłałeś po pieniądze do banku w przeddzień, a nie w sam dzień wypłaty?
— Dla tego, że pan Clameran dał mi znać, iż będzie dlań bardzo przyjemnie, a nawet pożytecznie mieć te pieniądze zaraz zrana; zaświadczy te, jeżeli go pan wezwiesz. Zkadinąd przypuszczałem, że przyjdę późno do biura.
— Czy pan Clameran jest pańskim przyjacielem?
— Bynajmniej, czułem nawet doń wstręt, którego nic nie usprawiedliwia, wyznaję to; ale on żyje w ścisłych stosunkach z przyjacielem moim, panem de Lagors.
Dosyć długo, póki kancelista Sigault nie napisał odpowiedzi obwinionego, pan Patrigent myślał, jaka to scena zajść mogła miedzy panem Bertomy i jego synem, że widzi Prospera tak zmienionym.
— A proszę mi powiedzieć, — zapytał ów sędzia, jak pan przepędziłeś wieczór przed tym wypadkiem?
— Po wyjściu z biura, o godzinie piątej, siadłem na kolej w Saint-Germain i udałem się do Vésinet, do wiejskiego mieszkania pana Raula de Lagors. Zawiozłem mu 15.000 franków, których odemnie żądał, i które, nie zastawszy go, oddałem jego służącemu.
— Czy mówiono panu, że pan de Lagors miał wyjechać?
— Nie, panie, nie wiem nawet, że go nie ma w Paryżu.
— Bardzo dobrze. A wyszedłszy od niego, co pan robiłeś?
— Wróciłem do Paryża i poszedłem na objad do restauracji ze znajomym.
— A potem?
Prosper zawahał się.
— Milczysz pan, — rzekł sędzia, — a wiec ja panu powiem, jakeś spędził późniejszy czas... Wróciłeś do swego mieszkania, przy ulicy Chaptal, ubrałeś się i udałeś na wieczór, który wydawała jedna z tych kobiet, co się zwą artystkami dramatycznemi i zniesławiają teatr, w którym występują, które miewają po trzysta franków pensji, a utrzymują powozy i konie, słowem udałeś się pan do panny Wilson.
— Prawda, panie.
— Tam grają w grube gry hazardowne.
— Czasami.
— Wreszcie pan nawykłeś do takich zebrań. A czy nie byłeś zamieszany w skandaliczną awanturę, jaka miała miejsce u jednej z kobiet tego rodzaju, zwanej Crescenzi?
— To jest, byłem wezwany za świadka, bo istotnie byłem świadkiem kradzieży.
— W samej rzeczy, gra prowadzi do kradzieży. A u panny Wilson czy nie przegrałeś pan 1.800 franków?
— Przepraszam, tylko 1.100.
— Niech i tak będzie. Zapłaciłeś zrana tysiąc biletem bankowym.
— Tak jest.
— Dalej, pozostało 500 franków w pańskim kantorku, a gdy pana aresztowano, miałeś w kaletce 400 franków. Czyli razem, w ciągu dwudziestu czterech godzin 4.500 franków.
Prosper nie był zbity z tropu, ale zdumiały. Nie znając potężnych środków śledczych, jakiemi włada sądownictwo paryzkie, pytał się, jakim sposobem w tak krótkim czasie sędzia mógł być tak dokładnie oświadomionym.
— Wiadomości pańskie, — rzekł, — są zupełnie dokładne.
— Zkąd miałeś pan te pieniądze, gdy w przededniu jeszcze tak ich zabrakło, że odmówiłeś wypłaty bardzo niewielkiej należytości?
— W dniu tym, panie, o którym pan mówisz, sprzedałem przez pośrednictwo jednego ajenta giełdowego kilka weksli za 3.000 franków, nadto wziąłem z kasy jako zaliczkę na pensję 2.000 franków. Nic ukrywać nie potrzebuję.
Dosyć, że obwiniony miał odpowiedź na wszystko... Pan Patrigent musiał szukać innego punktu ataku.
— Gdy pan nic nie potrzebujesz, — rzekł pokazując list, — to poco rzucałeś tajemniczo ten bilecik jednemu ze swych kolegów?
— Myślałem, — wybąknął, — chciałem...
— Chciałeś pan ukryć swoją przyjaciółkę.
— Tak, panie, prawda! Wiedziałem, że kto tak jak ja oskarżony jest o zbrodnię, to wszystkie słabości, wszystkie wyskoki walczą przeciw niemu straszliwie.
— To jest, zrozumiałeś pan, że obecność kobiety w twojem mieszkaniu obciąża oskarżenie...
— Cóż panie, jestem młody...
— Dosyć!... sprawiedliwość może wybaczyć chwilowe ohydy, ale nie może zamknąć oczy na te gorszące związki, które są ciągiem naigrawaniem się z moralności publicznej. Człowiek, który tak mało ma szacunku dla siebie, że mu stosunek niezbędny jest z kobietą zgubioną, nie wznosi jej do siebie, ale sam zniża się do niej...
— Panie!...
— Wszak pan zapewne wiesz, kto jest ta kobieta, której nadałeś imię, jakie nosiła czcigodna twoja matka?
— Panna Gypsy była nauczycielką gdy ją poznałem, urodziła się w Porto i przybyła do Francji z pewną rodziną portugalską.
Sędzia wzruszył ramionami.
— Jej imię nie jest Gypsy, — rzekł, — nigdy nie była nauczycielką i nie urodziła się w Portugalji.
Prosper chciał protestować, ale sędzia nakazał mu milczenie. Przewracał on ogromne akta rozłożone na stole.
— Aha, mam! — zawołał, — słuchaj pan. „Palmyra Chocareille, urodzona w Paryżu roku 1840, z ojca Jakóba Chocareille, żałobnika, i żony jego Karoliny Piedlent.“
Obwiniony zrobił gest zniecierpliwienia. Nie pojmował, że w chwili tej właśnie sędzia chciał mu dać poznać, iż nic nie uchodzi przed wiedzą policji.
— „Palmyra Chocareille, — czytał dalej, — w dwunastym roku życia oddaną była na naukę do szewca damskiego, i była tam do lat szesnastu. Przez rok brak o niej wiadomości. W siedmnastym roku przyjęła służbę u małżonków Dombas, utrzymujących sklep przy ulicy św. Dyonizego, i bawiła tam trzy miesiące. W tym samym roku, 1857, miała siedm lub ośm miejsc. W roku 1859 sprzykrzywszy sobie służbę, weszła za pannę do sklepu z wachlarzami na przecznicy Choiseul.“
Czytając, sędzia obserwował Prospera i szukał na jego twarzy wrażeń, wywołanych temi wiadomościami.
— „W końcu roku 1858, — czytał dalej, — Palmyra Chocareille przyjmuje służbę u jakiejś pani Nunès i wyjeżdża z nią do Lizbony. Jak długo bawiła w Portugalji, co tam robiła? raporty moje o tem milczą. Co pewna, to to, że w roku 1861 wróciła do Paryża i tu skazaną została przez trybunał departamentu Sekwany na trzy miesiące więzienia za pobicie i pokaleczenie. Aha, i z Portugalji przywiozła imię: Nina Gypsy.“
— Ależ panie sędzio, — próbował Prosper, — zapewniam pana...
— Tak, rozumiem. Historja ta jest mniej romantyczną, zapewne niż ta, którą panu przedtem opowiadano, ale ma tę zasługę, że jest prawdziwą. Tracimy z oczu Palmyrę Chocareille, zwaną Gypsy, po wyjściu jej z więzienia. Ale znajdujemy ją w sześć miesięcy potem, w stosunkach z pewnym ajentem kupieckim, nazwiskiem Caldas, który ujęty jej wdziękami, najął jej mieszkanie niedaleko placu Bastylji. Mieszkała z nim i nosiła jego nazwisko, gdy porzuciwszy go, poznała się z panem. Czy pan słyszałeś co o tym Caldasie?
— Nigdy nic.
— Biedak ten tak kochał tę istotę, że dowiedziawszy się, iż go opuściła, omało nie zwarjował. Był to zdaje się człowiek energiczny, i przysiągł publicznie, że zabije człowieka, który mu porwał kochankę. I wszystko mówi za tem, że musiał sam sobie życie odebrać. Co pewna to to, że wkrótce po odejściu Palmyry, sprzedał meble i znikł. Wszystkie usiłowania dla odkrycia jego śladów były bezskuteczne.
Sędzia zatrzymał się chwilę, jakby chcąc dać Prosperowi czas do namysłu, potem niby skandując wyrazy, dodał:
— Oto jest kobieta, którą uczyniłeś swoją towarzyszką, dla której dopuściłeś się kradzieży!
I teraz jeszcze, źle obsłużony przez niezupełne doniesienie Fanferlota, pan Patrigent chybił celu.
Spodziewał się, że wydrze z piersi Prospera okrzyk namiętności zranionej do żywego; bynajmniej! młodzieniec pozostał obojętnym. Ze wszystkiego co przeczytał sędzia, zapamiętał on tylko imię biednego ajenta kupieckiego, który sobie życie odebrał, Caldasa.
— Przyznaj pan przynajmniej, — nalegał sędzia, — że ta kobieta cię zgubiła.
— Nie mogę przyznać, bo tak nie jest.
— Ona jednak była powodem twoich największych wydatków. I oto, — sędzia wyjął z aktów rachunek, — w jednym miesiącu, w grudniu roku zeszłego, zapłaciłeś pan za nią krawcowi Van-Klopen za dwie suknie codzienne 900 franków, za suknię wieczorną 700 franków, za domino obszyte koronkami 400 franków.
— Wszystkie te pieniądze zapłaciłem dobrowolnie, zimno i bez uniesienia.
Pan Patrigent ruszył ramionami.
— Zaprzeczasz pan oczywistości, — rzekł. — Zaprzeczasz również, że nie dla tej kobiety porzuciłeś kilkoletnie zwyczaje i przestałeś wieczorami bywać u państwa Fauvel.
— To nie dla niej, panie sędzio, upewniam.
— A więc dla czego zaprzestałeś bywać w domu, gdzie widocznie starałeś się o rękę panny, którą mogłeś był pozyskać? Pan Fauvel mówił mi o tem, a ty nawet pisałeś do ojca.
— Miałem powody, których powiedzieć nie mogę, — odrzekł Prosper głosem drżącym.
Sędzia odetchnął. Znalazł przecie słabą stronę w zbroi przeciwnika.
— Czyżby cię sama panna Magdalena oddaliła? — zapytał.
Prosper milczał. Widocznie był nadzwyczaj wstrząśnięty.
— Mów pan, — nalegał sędzia, — uprzedzam cię, że okoliczność ta jest jedną z najważniejszych w sprawie.
— Na jakiekolwiek niebezpieczeństwo narażałoby mnie milczenie, zamilczeć muszę.
— Bądź pan ostrożny, — rzekł sędzia, — sprawiedliwość nie daje się ująć skrupułami delikatności.
Pan Patrigent zamilkł. Oczekiwał odpowiedzi; nie przyszła.
— Opierasz się pan, dobrze, idźmy dalej. Od roku, jak powiadasz, wydałeś 50.000 franków. Raporty mówią 70.000, ale bierzmy pańską cyfrę. Środki pańskie wyczerpały się, kredytu nie masz, dalej w ten sposób żyć nie mogłeś, cóżeś więc zamierzał, na co liczyłeś?
— Nie miałem, panie sędzio żadnego projektu, powiedziałem sobie: jak będzie tak będzie, a potem...
— Zaczerpnę w kasie, nieprawdaż?
— Eh, panie! — zawołał Prosper, — nie siedziałbym tu, gdybym był winny. Nie głupi byłbym wracać do biura, byłbym uciekł.
Pan Patrigent nie mógł powstrzymać uśmiechu zadowolenia.
— Otóż to argument, — rzekł, — na który oczekiwałem. Właśnie, że nie uciekając, pozostając na miejscu, by stawić czoło burzy, dowodzisz pan znajomości rzeczy. Nie jeden już świeży proces nauczył niewiernych kasjerów, że ucieczka za granicę jest nędznym środkiem. Wagon bieży prędko po kolei żelaznej, ale telegraf elektryczny jeszcze prędzej, Belgja jest o dwa kroki. W Londynie znaleźć można złodzieja francuskiego we czterdzieści ośm godzin przez abonament. Nawet Ameryka przestała być schronieniem bezpiecznem. Jako roztropny i świadomy, pozostałeś pan mówiąc sobie: „Mogę się wykręcić, a w najgorszym razie, po trzech lub pięciu latach zamknięcia, odnajdę fortunę moją.“ Niejedenby poświęcił pięć lat życia za 350.000 franków.
— Ależ, panie, gdybym tak rachował jak pan przypuszczasz, nie poprzestawałbym na 350.000 franków, ale przy okazji ukradłbym był miljon.
— O! — zawołał pan Patrigent, nie zawsze można czekać.
Prosper namyślał się, a skurczenie rysów świadczyło o wysileniu myśli.
— Panie, — rzekł nareszcie, — jest jeden szczegół, o którym w pomięszaniu mojem zapomniałem, a teraz przychodzi mi na myśl i może dopomódz do mego usprawiedliwienia.
— Wytłumacz się pan.
— Woźny, który chodził po pieniądze do banku, przyniósł mi je w chwili, kiedy na niego tylko oczekiwałem, by wyjść z biura. Jestem pewien, tak... jestem pewny, że bilety bankowe chowałem przy nim. Ach... jeśli on zauważył! W każdym razie ja wyszedłem z biura przed nim.
— Dobrze, odrzekł pan Patrigent, — woźny ten będzie przesłuchany. Teraz odprowadzą pana do izby, a wierzaj mi, rozmyśl się.
To raptowne oddalenie obwinionego wynikło ztąd, że ten nowy fakt, tak nagle objawiony, zaniepokoił sędziego. Zeznanie woźnego mogło mieć ważne następstwa. Cóż myśleć, gdyby ten człowiek zeznał, że widział jak kasjer zamykał bilety i wyszedł. Byłoż niepodobnem, że on wcześnie ujęty był przez Prospera?
Gdy obwiniony odszedł, sędzia zapytał kancelistę:
— Powiedz mi, Sigault, ten woźny, o którym mówi obżałoway, ten Antoni, wszak to ten sam, który nie stawił się do zeznania, w skutek wydanego mu świadectwa lekarskiego, że jest chory.
— Ten sam, panie.
— Gdzie on mieszka?
— On już nie jest w domu, panie sędzio, jak mi mówił Fanferlot. Rana jest dość ciężką i może go długo trzymać w łóżku, więc kazał się zawieźć do szpitalu Dubois.
— A więc pojadę go wybadać dziś jeszcze, natychmiast. Zabierz z sobą co potrzeba i poszlij po doróżkę.
Kawał drogi jest od pałacu Sprawiedliwości do szpitala Dubois, ale dorożkarz pana Patrigenta, zachęcony obietnicą sowitego wynagrodzenia, umiał wprawić chude bieguny w bieg koni rasowych.
Czy Antoni będzie w stanie odpowiedzieć? To była kwestja?
Ale przełożony domu zdrowia wkrótce upewnił pod tym względem sędziego.
Nieszczęśliwy woźny upadł i złamał sobie kolano, cierpiał okropnie, ale miał wszelką przytomność.
— Jeśli tak, to proszę pana, — rzekł sędzia, — by mnie raczył zaprowadzić do tego człowieka, którego muszę wybadać, ale trzeba, jeśli można, by nikt nie słyszał jego zeznania.
— O! nikt nie wejdzie, — odrzekł przełożony, — leży w pokoju o czterech łóżkach, to prawda, ale zostaje sam jeden.
— Bardzo dobrze! Idźmyż więc.
Widząc wchodzącego sędziego instrukcyjnego z wysokim chudym młodzieńcem trzymającym papiery, Antoni, który nie z jednego pieca chleb jadł, domyślał się o co chodzi.
— Aha! — zawołał, — pan zapewne przychodzi w interesie pana Bertomy.
— Nieinaczej.
Pan Patrigent stanął przy łóżku chorego, a Sigault urządził papiery swe przy stoliku.
Gdy woźny odpowiedział na wszystkie zwykłe zapytania, a mianowicie oświadczył, że nazywa się Antoni Poche, ma lat czterdzieści, rodem z Cadujac i jest kawalerem.
— Mój przyjacielu, — rzekł sędzia, — czy czujesz się w stanie odpowiedzieć na pytania sądowe?
— Zupełnie, panie sędzio.
— Wszak to ty chodziłeś w dniu 27. lutego po pieniądze do banku w ilości 350.000 franków, które zostały skradzione?
— Ja, panie.
— O której godzinie wróciłeś?
— Dosyć późno; miałem jeszcze interes w biurze Kredytu Ruchomego, wyszedłszy z banku, musiała być dobrze piąta, gdy wróciłem do domu.
— Czy nie pamiętasz co robił pan Bertomy, gdy mu oddałeś pieniądze? Nie spiesz się z odpowiedzią, zbierz dobrze wspomnienia.
— Niech pan poczeka... najpierw przeliczył bilety, rozdzielił je na cztery paczki, które zamknął w kasie, a potem... zamknął kasę, a potem... zdaje mi się, tak, nie mylę się, tak jest, potem wyszedł.
Te ostatnie słowa wymówił tak żywo, że zapominając o kolanie poruszył się i krzyknął.
— Czy pewnym jesteś tego co mówisz? — zapytał sędzia.
Uroczysty ton sędziego przestraszył niejako woźnego.
— Pewnym! — odpowiedział z niejakiem wahaniem, — uważa pan, to jest, dałbym sobie za to głowę uciąć, ale więcej trudno.
Niepodobieństwem było wydrzeć zeń dokładniejsze zeznanie. Przeląkł się, widział się już skompromitowanym, o byle co byłby się cofnął.
Ale wrażenie zostawił, i pan Patrigent wychodząc, rzekł do kancelisty:
Hotel pod Wielkim Archaniołem, schronienie panny Gypsy, jest najwspanialszym na całej ulicy św. Michała.
Kto płaci z góry za dwa tygodnie, doznaje tam poważania.
Właścicielka jego, pani Aleksandra, która była kobietą piękną, jest sobie teraz kobieta tęga, okrutnie skrępowana gorsetem, zawsze za pięknie ubrana, kochająca się w złotych łańcuchach, które kaskadami spadają po fałdach jej potężnej piersi.
Oko ma jeszcze żywe a zęby białe, ale niestety! nos czerwony. Ze wszystkich bowiem upodobań, a Bóg wie, ile ich miała w życiu nader rozmaitych, jedno jej pozostało. Oto lubi dobrze i obficie jadło zakrapiać.
Przepraszam! ubóstwia także swojego męża, i w chwili gdy pan Patrigent wracał z domu zdrowia, niecierpliwiła się mocno, że jej „poczciwota“ nie wracał na objad. Miała już sama siadać do stołu, gdy kelner krzyknął:
— Pan idzie.
I Fauferlot we własnej osobie ukazał się na progu.
Przed trzema laty Fanferlot utrzymywał potajemne biuro informacyjne; pani Aleksandra, modniarka bez koncesu potrzebowała mieć oko na kilka podejrzanych dłużniczek; ztąd pierwsze ich stosunki.
Jeżeli pobrali się na dobre w kościele i w kancelarji urzędnika stanu cywilnego, to dla tego, iż zdawało im się, że sakrament małżeński będzie jako chrztem, który zmaże ich przeszłość!
Od tej chwili Fanferlot odstąpił biuro swoje, i przeszedł do prefektury, gdzie już i poprzednio był uważanym, a pani Aleksandra wyrzekła się magazynu.
Zmasowawszy swoje zasiłki, wynajęli i umeblowali hotel pod Wielkim Archaniołem, gdzie przy dobrem powodzeniu zyskali respekt sąsiadów, którzy nie wiedzieli o stosunkach Fanferlota i o prefekturze policji.
Co tak późno powracasz. mój poczciwoto? — zawołała jejmość, kładąc łyżkę wazową, by powitać męża.
Ale mąż z roztargnieniem przyjmował pieszczoty żony.
— Jestem zmęczony jak pies; cały dzień grałem w bilard z Ewarystem, lokajem pana Fauvela, dałem mu wygrać ile tylko chciał, choć to fryc, który nie ma nawet wyobrażenia o tem, co jest dubla... do niczego! Poznałem się z nim onegdaj, a teraz jest już moim najlepszym przyjacielem. Jeżeli zechcę wejść do bankiera jako woźny na miejsce Antoniego, pewien jestem protekcji pana Ewarysta.
— Jakto, ty miałbyś być woźnym, ty?...
— Ha! jeśli potrzeba będzie koniecznie, żeby jaśniej rozpatrzyć się w domu pana Fauvela i zbliska przypatrzyć się osobom...
— Więc lokaj nic ci nie powiedział?
— Nic takiego, coby mi się przydać mogło, a jednak przewracałem go tak jak rękawiczkę. To człowiek, jakich mało, ten bankier. On nie ma żadnej wady, mówił mi Ewaryst, najmniejszej słabości, na którejby jego lokaj mógł choć dziesiątkę zarobić. Nie pali, nie pije, nie gra i nie ma znajomości kobiecych; słowem, święty! Pan miljonowy, a żyje skromnie jak episjer; szalenie kocha żonę, ubóstwia dzieci, przyjmuje u siebie często, ale rzadko wychodzi.
— Więc żonę ma młodą?
— Musi mieć przeszło lat czterdzieści.
Pani Aleksandra zamyśliła się chwilę.
— Czy pytałeś się o inne osoby z rodziny?
— Naturalnie. Jeden z synów jest oficerem nie wiem gdzie, nie mówmy o nim, to najmłodszy. Starszy, Lucjan, który mieszka przy rodzicach, to istna panna, taki skromny.
— A żona, a siostrzenica, o której mi mówiłeś?
— Ewaryst nic mi o nich nie mógł powiedzieć.
Pani Aleksandra ruszyła ramionami.
— Jeśliś nic nie znalazł, to pokazuje się, że nic nie ma. Na twojem miejscu wiesz cobym zrobiła?
— A co?
— Poszłabym poradzić się pana Lecoq.
Fanferlot na to nazwisko poskoczył, jakby mu kto z pistoletu nad uchem palnął.
— Piękna rada, — rzekł, — czy chcesz żebym miejsce stracił? Gdyby pan Lecoq chociaż domyślał się tego, co chciałem zrobić!...
— Kto mówi, żebyś mu wyjawiał swą tajemnicę; dość zapytać się o zdanie w sposób obojętny, zapamiętać to co on dobrego wymyśli i postąpić według jego sposobu widzenia.
Ajent bezpieczeństwa zdawał się ważyć przedłożenia swojej małżonki.
— Może ty masz i słuszność, — rzekł, — może pan Lecoq jest djabelnie cięty, i bardzo łatwo mnie odgadnie.
— Cięty! — odparła pani Aleksandra urażona, — cięty! to wy wszyscy z prefektury ciągłem powtarzaniem zrobiliście mu tę reputację.
— Wreszcie, — zakończył Fanferlot, — zobaczę, rozmyślę się, ale tymczasem co mówi ta dama?
Ta damą była Nina Gypsy.
Przenosząc się do hotelu pod Wielkim Archaniołem, biedna dziewczyna sądziła, że idzie za dobrą radą, i teraz nawet, gdy Fanferlot się nie pokazywał była przekonaną, że usłuchała przyjaciela Prospera. Otrzymawszy wezwanie pana Patrigenta, podziwiała zręczność policji, która w tak krótkim czasie odkryła jej schronienie, gdyż ona zamieszkała w hotelu pod przybranem nazwiskiem, a raczej pod prawdziwem: Palmyra Chocareille.
Zręcznie wypytana przez dawną modniarkę, oddała jej się z zaufaniem i opowiedziała całą swą historję.
Tym to sposobem małym kosztem, Fanferlot mógł ujść w oczach sędziego za ajenta wysokiej zręczności.
— Czy ona tam wciąż siedzi na górze? — pytał dalej Fanferlot.
— Wciąż... i nie domyśla się niczego. Ale wstrzymywać ją będzie coraz trudniej. Nie wiem co jej powiedział sędzia, lecz wróciła w okropnem rozdrażnieniu. Chciała pójść narobić hałasu u pana Fauvela. Niedawno w przystępie gniewu napisała list i dała go Janowi, by zaniósł na pocztę: ale wzięłam go, by tobie pokazać.
— Co! — przerwał Fanferlot, — masz list i nic mi o nim nie mówisz, a on może zawiera rozwiązanie zagadki? Dawajże mi go prędzej!
Na rozkaz męża dawna modniarka otworzyła szufladę i wydobywszy z niej list oddała mężowi.
— Masz, — rzekła, — ciesz się.
Jakoś na dawną służącę, Palmyra Chocareille, później Nina Gypsy wcale nie źle pisała.
Adres jej listu, wypisany pięknym angielskim charakterem, tak brzmiał:
„Do pana L. de Clameran, właściciela hamerni w hotelu Luwr. Dla doręczenia panu Raulowi de Lagors (bardzo pilno).“
— Ho! ho! — zawołał Fanferlot, pogwizdując przy tym wykrzykniku jak zwykle, gdy mu się zdaje, że trafia na jakiś trop, — ho! ho!...
— Czy ty go myślisz otworzyć? — zapytała pani Aleksandra.
— Trochę, — odrzekł Fanferlot, odczepiając kuwertę z zadziwiającą zręcznością.
Przeczytał, a pani Aleksandra przechyliła się na ramieniu swego poczciwca i czytała także:
„Prosper jest w więzieniu, oskarżony o kradzież, której nie popełnił, jestem pewną. Trzy dni temu jutem do pana pisała w tym przedmiocie...
— Hę! co! — przerwał Fanferlot, — ta sroka pisała, a ja nie widziałem jej listu!
— Ależ mój poczciwoto, ona mogła sama rzucić list na pocztę, gdy wychodziła na sądy.
— Zapewne, — rzekł Fanferlot nieco uspokojony.
Czytał więc dalej:
„... Pisałam do pana w tym przedmiocie, i nie mam odpowiedzi. Któż tedy przyjdzie na pomoc Prosperowi, jeśli go najlepsi przyjaciele opuszczają? Jeżeli pan ten list zostawisz bez odpowiedzi, będę się uważała za uwolnioną od dotrzymania obietnicy, o której pan wiesz, i bez skrupułu opowiem Prosperowi rozmowę, którą słyszałam między panem a panem de Clameran. Ale mogę liczyć na pana, nieprawdaż? Czekać więc będę na pana pod Wielkim Archaniołem pojutrze między dwunastą a czwartą popołudniu.
— I cóż? — zapytała pani Aleksandra, — co o tem mówisz?
Fanferlot wkładał delikatnie list do kuwerty, gdy drzwi, kantoru hotelowego otworzyły się nagle, a kelner po dwakroć świsnął:
— Pst! pst!
Fanferlot z cudowną szybkością znikł w ciemnym gabinecie dotykającym jadalnego pokoju.
Jeszcze nie zdążył drzwi zamknąć, gdy weszła Nina.
Przebóg! biedna dziewczyna zmieniła się bardzo. Zbladła, policzki jej zapadły, usta straciły wyzywający połysk, a oczy błyszczące fosforycznym ogniem, zaczerwienione od łez, okolone były czarną obwódką.
Zobaczywszy ją, pani Aleksandra nie mogła wstrzymać okrzyku zadziwienia.
— Jakto, kochana pani wychodzi?
— Muszę, moja pani, i przyszłam prosić panią, jeśliby kto przyszedł podczas mojej nieobecności, żeby poczekał.
— Ale gdzież pani idziesz, dobry Boże! o tej godzinie i do tego chora?
Gypsy zawahała się chwilę.
— O! proszę panią, — rzekła po chwili, — pani jesteś dla mnie tak dobrą, że mogę ci się zwierzyć; przeczytaj pani ten bilet, który posługacz miejski oddał mi dopiero.
— Jakto, — rzekła pani Aleksandra zdumiona, — posługacz! poszedł aż do pani?
— Cóż w tem dziwnego?
— O! nic, nic, — odrzekła eks-modniarka.
I zaczęła czytać tak głośno, aby ją słyszeć było można w gabinecie:
„Przyjaciel Prospera, który nie może ani przyjąć pani, ani pójść do niej, potrzebuje koniecznie z panią pomówić. Dziś wieczorem, to jest w poniedziałek, bądź pani z uderzeniem dziewiątej w biurze omnibusów naprzeciwko wieży św. Jakóba, a ten, który to pisze, zbliży się do pani i powie co ma do powiedzenia. Wskazuję pani umyślnie miejsce to na schadzkę, aby od umysłu jej odsunąć wszelką obawę.
— I pani idziesz na tę schadzkę! — zawołała pani Aleksandra.
— Oczywiście.
— Ależ to jest okropna nieroztropność, szaleństwo, to zasadzka!
— Ej, mniejsza o to! — przerwała Gypsy, — jestem już tak nieszczęśliwa, że niczego więcej się nie obawiam.
I nie chcąc słyszeć ani słowa więcej, wyszła.
Jeszcze Gypsy nie była na ulicy, kiedy Fanferlot wyskoczył ze swej kryjówki.
Słodki ajent zielony był ze złości, a klął jak opętany.
— Kroćset miljonów piorunów! — wrzasnął, — cóż to za dom ten pod Wielkim Archaniołem, w którym każdy przechadzać się może, jak po publicznym placu!
Dawna magazynierka skonfundowana i drżąca, nie wiedziała gdzie się podziać.
— Czy kto kiedy widział co podobnego! — krzyczał dalej ajent, — posługacz przyszedł i nikt go nie widział! Jakże on mógł wyjść tak pokryjomo. I ty, Aleksandro, kobieta inteligentna, jesteś lak prostoduszną, że wstrzymujesz tę żmiję od schadzki!...
— Ależ mój drogi...
— Jakto! nie pojmujesz, że ja pójdę za nią i dowiem się tego, co ona przed nami ukrywa. Dalej pomóż mi, potrzeba aby a mnie nie poznała.
I w kilku obrotach, Fanferlot włożywszy perukę i przyczepiwszy gęstą brodę, już nie był do siebie podobnym. Okrył się bluzą i przybrał wszystkie pozory jednego z tych niekoniecznie poczciwych rzemieślników, którzy szukają niby roboty, a proszą Boga, żeby jej nie znaleźli.
Gdy był już gotów, zapytała pani Aleksandra, zawsze pełna troskliwości swego poczciwotę:
— A masz-że kartę swoją i rączkę z ołowiem?
— Mam, mam! każ tymczasem rzucić na pocztę list tej dziewki do Clamerana, i... miej się na baczności.
I nie słuchając małżonki, która wołała za nim: — „Szczęśliwego powodzenia!“ — Fanferlot wyskoczył na ulicę.
Gypsy wyszła o dziesięć minut wcześniej, ale on prędko się z nią zrównał.
Fanferlot pędził drogą, którą miała iść Gypsy i doścignął ją w połowie mostu Change.
Szła krokiem nierównym, raz prędko, to znów wolniej, jak osoba niecierpliwie dążąca do celu, co wyszedłszy wcześniej, chce zużyć czas.
Na placu Chatelet przeszła się kilka razy, popatrzyła na afisze teatralne, posiedziała chwilę na ławeczce, nareszcie o trzy kwadranse na dziewiątą usiadła na ławeczce w biurze omnibusów.
W minutę po niej wszedł Fanferlot. Ale mimo przyprawionej brody obawiał się oczu Niny, usiadł więc w przeciwnej stronie biura w cieniu.
— Szczególniejsze miejsce na schadzkę, — pomyślał studjując Nine. — Ale kto ją mógł jej naznaczyć? Po ciekawości jaką czytam w jej oczach, po wyraźnym niepokoju, przysiągłbym, że nie wie kogo oczekuje!
Biuro pełne było ludzi. Co chwila urzędnicy obwoływali kierunek nadchodzących omnibusów. Wiele osób wchodziło i wychodziło żądając numerów, lub zmieniając kierunek drogi.
Co kto przybył, Gypsy drżała, a Fanferlot mówił do siebie:
— Czy to on?
Nareszcie gdy dziewiąta uderzyła na zegarze ratuszowym, wszedł ktoś, nie zapytał o nic, tylko zbliżył się prosto do Niny, skłonił się jej i usiadł przy niej.
Był to człowiek średniego wzrostu, dość gruby, z płowemi, gęstemi bokobrodami na rumianej twarzy. Z ubrania wyglądał na zamożnego negocjanta, nic wreszcie nie odznaczało jego osoby.
Fanterlotowi mało oczy z głowy nie wylazły, tak je wytrzeszczał.
— Ciebie, mój dobrodzieju, — pomyślał, — poznam wszędzie gdziekolwiek cię spotkam, i dziś nawet pójdę za tobą i dowiem się kto jesteś.
Na nieszczęście daremnie wytężał słuch, nie słyszał nic co nowo przybyły mówił z Niną. Co najwięcej, z pantominy i gry fizjognomji usiłował odgadnąć przedmiot ich rozmowy.
Najsampród, gdy gruby mężczyzna powitał Ninę, ona tak się zdziwiła, że bez najmniejszej wątpliwości musiała go po raz pierwszy widzieć. Potem, gdy usiadłszy, powiedział jej kilka słów, ona powstała w połowie z gestem przerażenia, jak gdyby chciała uciekać. Za jednem atoli jego spojrzeniem usiadła. Później w miarę jak gruby jegomość mówił, oblicze Gypsy wyrażało jakąś niespokojność. Odmawiała czegoś gestem, ale potem zdawała się ulegać jakiejś przekonywającej racji. Chwilę zbierało się jej na płacz, ale niebawem uśmiech oświecił piękną jej twarz. Nareszcie wyciągnęła rękę, jak gdyby dokonywała przysięgi.
Ale co to znaczyło? Fanferlot na swej ławce gryzł sobie palce.
Przemyśliwał, jakby tu zręczny manewr zrobić, aby zbliżyć się bez obudzenia podejrzeń, gdy gruby jegomość powstał, podał rękę Gypsy, która przyjęła ją bez ceremonii, i razem poszli ku drzwiom.
Zdawali się tak zajęci sobą, że Fanferlot nie widział w tem nic niestosownego, by iść za nimi dość blisko; mądra ostrożność, bo na bulwarach był tłok.
Doszedłszy do drzwi, postrzegł jak gruby jegomość i Gypsy przechodzili przez chodnik, zbliżyli się do doróżki nieopodal od biura omnibusów i wsiedli do niej.
— Doskonale! — mruknął Fauferlot, — już ich mam, teraz nie ma się czego spieszyć.
Podczas gdy dorożkarz zbierał lejce, ajent bezpieczeństwa szykował nogi, a gdy dorożka ruszyła, w trzech skokach siedział już za nią z postanowieniem jechać tak, choćby na koniec świata.
Jednakże przybywszy na bulwar św. Dyonizego, zaczął się zadychać i czuł lekki ból w boku; a w tem doróżka przebywszy bulwar, wpadła na przedmieście św. Marcina.
Lecz Fanferlot, który przez ośm lat łobuzował się po bruku paryskim, obfity jest w środki. Przyczepił się do resorów dorożki, podniósł się siłą pięści i wisiał niejako w powietrzu z nogami opartemi o osie tylnych kół. Nie było mu wprawdzie wygodnie, ale nie obawiał się, że go jadący prześcigną.
— Teraz, — rzekł do siebie, — pędźcie co koń wyskoczy.
Dorożkarz pędził w istocie, dobrym kłusem dotarł aż do starych rogatek, i stanąwszy przed winiarnią, zlazł z kozła na lampeczkę.
Ajent bezpieczeństwa opuścił swój niewygodny posterunek i wcisnąwszy się za drzwi, czekał na wyjście przybyłych, by pójść za ich śladem.
Ale po pieciu minutach jeszcze ich widać nie było.
— Co oni robią? — pomyślał ajent.
Zbliżył się bez wielkiej ostrożności.
O straszny zawodzie! doróżka była próżna.
Było to wiadro zimnej wody wylane na głowę Fanferlota. Zdawało się, że wrósł w ziemię, stanął słupem jak żona Lota.
Przyszedłszy nieco do siebie po kilku sekundach, wyzionął z tuzin przekleństw zdolnych zatrząść szybami całej okolicy.
— Okradli mnie! — wołał, — oszukali, zadrwili ze mnie! Ale ja im to odpłacę!
W jednej chwili giętki jego umysł przebiegł gamę wszystkich możliwych i niemożliwych przypadków.
— Oczywiście, — bakał, — ten jegomość i Gypsy weszli jednemi drzwiczkami, a wyszli drugiemi; manewr wiadomy. Ale jeżeli go użyli, to z obawy, aby kto nie szedł za nimi. Jeśli się tego obawiali, to pokazuje się, że mają nieczyste sumienie, a zatem...
Przerwał swój monolog, bo przyszło mu na myśl wypytać dorożkarza, który łatwo mógł coś wiedzieć.
Na nieszczęście dorożkarz, który był w bardzo złym humorze, nie chciał nic mówić, potrząsł nawet biczem w sposób nie bardzo uspokajający tak, że Fanferlot uznał za rzecz stosowną cofnąć się.
— Cóż to, czyżby i dorożkarz był w zmowie? — pomyślał.
Nie wiedział co dalej robić o tej godzinie. Żadna myśl do głowy mu nie przychodziła. Ze smutkiem wszedł na drogę prowadzącą na plac św. Michała, o wpół do dwunastej był u drzwi swego mieszkania.
— Czy mała wróciła? — zapytał na wstępie.
— Nie, lecz przynieśli tu dla niej dwa wielkie zawiniątka.
Delikatnie i ze szczególną zręcznością rozwinął Fanferlot oba zawinięcia.
Były tam trzy suknie perkalowe, grube trzewiki, bardzo skromne spodniczki i czepki płócienne.
Ajent nie posiadał się ze złości.
— A to mi dobre! — zawołał, — teraz będzie mi się przebierała; dalibóg, nic nie rozumiem!
Gdy Fanferlot schodził z przedmieścia św. Marcina, święcie przyrzekał sobie, że nic nie powie żonie o swej przygodzie.
Lecz przyszedłszy do domu i zastawszy świeże wypadki, które mu wszystkie jego jakie robił przypuszczenia pomięszały, czuł, że miłość własna spuściła z tonu.
Ajent opowiedział wszystko: swoje nadzieje tak bliskie rozwiązania, przygodę nadzwyczajną, podejrzenia! I długo jeszcze mąż z żoną rozmawiali, przetrząsając wypadek na wszystkie strony, szukając możliwego wytłumaczenia. Ułożyli sobie nie pójść spać aż wróci Gypsy, od której pani Aleksandra miała wyciągnąć jakie takie wyjaśnienie.
Lecz czy wróci?
Nareszcie wróciła po godzinie pierwszej, gdy małżonkowie już zwątpili mówiąc do siebie:
— Nie, już jej nie ujrzymy.
Na odgłos dzwonka, Fanferlot wsunął się do ciemnej alkowy, tylko pani Aleksandra została w hotelowym kantorze.
— Jesteś przecie, kochane dziecko! — zawołała, — czy ci się co nie przytrafiło? Byłam w śmiertelnym strachu!
— Dziękuję pani za jej przychylność, — odrzekła Gypsy, — czy nie przyniesiono tu co dla mnie?
Biedna Gypsy była inną jak przed odejściem; smutna bardzo lecz nie tak przybita. Po katastrofach dni poprzednich nabrała silnego i szlachetnego postanowienia, które się w jej postawie i oczach malowało.
— Oto są pakunki, które przyniesiono, — rzekła pani Aleksandra, — więc zapewne widziałaś się pani z przyjacielem pana Bertomy?
— Tak, pani, a nawet rady jego tak zmodyfikowały projekta, że jutro z żalem opuszczę wasz dom.
— Jutro? — zawołała dawna modniarka, — więc coś zaszło!
— O, nic takiego, coby was obchodzić mogło.
I zapaliwszy stoczek przy świetle gazowem, Gypsy oddaliła się, rzekłszy jej „dobranoc“ bardzo znacząco. — I cóż myślisz o tym jej powrocie, pani Aleksandro? — zapytał Fanferlot, wyszedłszy z kryjówki.
— Nie do uwierzenia! Ta mała pisze do pana Clamerana, by się z nim widzieć tu, i nie czeka na niego.
— Oczywiście nie ufa nam, wie kim jestem, — rzekł Fanferlot.
— Więc ją widać uwiadomił ów przyjaciel kasjera.
— Kto wie!... Owoż zaczynam wierzyć, że mam do czynienia z niepospolicie tęgimi złodziejami, zmiarkowali żem pochwycił ich ślad i chcą mnie stropić. Gdyby mi kto powiedział jutro, że ma gacha i ucieka z nim, nie zdziwiłbym się wcale.
— Nie zdaje mi się, — odrzekła pani Aleksandra, — ale słuchaj, ja wracam do tego, że powinieneś zaradzić się pana Lecoą.
Fanferlot zadumał się chwilę.
— Zgoda! — rzekł, — pójdę do niego, ale tak tylko, żeby sobie nic nie mieć do wyrzucenia, bo gdzie ja nie mogłem niczego dopatrzeć, tam i on nie dopatrzy.
Jakkolwiek straszny, ja go się nie lękam. Gdyby mu się podobało ubliżyć mnie, to umiałbym sobie z nim poradzić.
Mimo to ajent bezpieczeństwa źle spał tej nocy, a raczej nie spał wcale, więcej zajęty sprawą Bertomy, niż dramaturg sztuką, kiełkującą w mózgowiu.
O w pół do siódmej był już na nogach, bo trzeba wstać bardzo rano, by się zobaczyć z panem Lecoq, i posilony filiżanką kawy ze śmietanką, skierował się do mieszkania sławnego policjanta.
Oczywiście Fanferlot, zwany Wiewiórką, nie boi się naczelnika, jak go nazywają, bo wyszedł z pod Wielkiego Archanioła z głową do góry, z kapeluszem na bakier. Jednak gdy przybył na ulicę Montmartre, gdzie mieszka pan Lecoą, zuchowatość jego znacznie osłabła. Troszkę mu serce zabiło, jak wchodził w korytarz domu i zatrzymał się parę razy na schodach.
Przyszedłszy na trzecie piętro i stanąwszy przede drzwiami, ozdobionemi herbem sławnego ajenta — kogutem, symbolem czujności — stracił ducha i ledwie zdecydował się zadzwonić.
Służąca pana Lecoą, dawna aresztantka, budowy karabiniera, wierniejsza swemu panu jak pies, słowem Joasia, przyszła mu otworzyć.
— Aha! — zawołała postrzegając go, — dobrześ pan trafił, pani Wiewiórko, pan cię oczekuje.
Na tę wiadomość Fanferlot wielką uczuł chęć drapnąć. Dla czego on na niego czeka?...
Ale podczas jego wahania, Joasia wzięła go za rękę i wprowadziła do pokoju, mówiąc:
— A cóż to, pan chciałeś tam w ziemię wrosnąć? Proszę pana, pan pracuje w swoim gabinecie.
W obszernej komnacie, dziwnie umeblowanej, niby to biblioteka uczonego, niby siedziba aktora, siedział pisząc przed biurkiem ten sam mężczyzna w złotych okularach, który w galerji więzień rzekł do Prospera Bertomy: „Śmiało!“
Był to pan Lecoq w urzędowej powierzchowności.
Przy wnijściu Fanferlota, który zbliżał się w kornej postawie, z krzyżem w pałąk zwiniętym, podniósł z lekka głowę, położył pióro i rzekł:
— A, jesteś przecież, mój chłopcze! I cóż to, sprawa Bertomy coś nie postępuje?
— Jakto, — wybełkotał Fanferlot, — pan wiesz?...
— Wiem, że tak doskonale rzeczy zagmatwałeś, iż sam już nic nie widzisz, słowem, że poddałeś się.
— Ależ panie, to nie ja...
Pan Lecoq wstał i chodził po gabinecie. Nagle odwrócił się ku Fanferlotowi:
— I cóżbyś ty powiedział, panie Fanferlocie, — zapytał tonem ostrym i ironicznym, — o człowieku, nadużywającym zaufania tych, co go używają, o człowieku, który akurat tyle ukrywa, ile potrzeba do wprowadzenia w błąd władzy, który na rzecz swej głupiej próżności zdradza i dzieło sprawiedliwości i sprawę nieszczęśliwego więźnia?
Fanferlot przerażony cofnął się krokiem.
— Powiedziałbym, — jąkał, — powiedziałbym...
— Powiedziałbyś, że tego człowieka trzeba ukarać i wypędzić, i miałbyś słuszność. Im jakaś profesja mniej jest zacną, tem zacniejsi być powinni ludzie, którzy jej się oddają. Ty jednak zdrajcą jesteś. Aha, panie Wiewiórko, zachciało ci się ambicji i próbujesz policyjnej fantazji. Pozwalasz sprawiedliwości błąkać się po manowcach, a sam chodzisz w inną stronę. Trzeba być wyżłem sprytniejszym, niż waść, by polować bez strzelca i na swoją rękę.
— Ale panie, przysięgam...
— Milcz! Czy chcesz mnie przekonać, że wszystko powiedziałeś sędziemu, jak byłeś powinien? Dajno pokój, kiedy tu badają kasjera, ty na swoją rękę badasz bankiera, szpiegujesz go, wiążesz się z jego lokajem.
Czy pan Lecoq gniewał się na prawdę? Fanferlot, który zna go dobrze, wątpił trochę o tem, ale z tym djabelskim człowiekiem nie wiadomo nigdy czego się trzymać.
— I gdybyś jeszcze był zręcznym, — mówił dalej, — ale gdzietam! Chciałoby ci się być majstrem, a jesteś ledwie lichym czeladnikiem.
— Masz słuszność, panie naczelniku, — pisnął litośnie Fanferlot, ani myśląc już zaprzeczać. — Ale jak tu się wziąć do rzeczy w takiej sprawie, gdzie nie ma ani śladu, ani jednego dowodu, ani jednej wskazówki, nic, zgoła nic.
Pan Lecoq wzruszył ramionami.
— Głupi jesteś, jak sak. Wiedz o tem, że w dniu, w którym posłany byłeś z komisarzem policji dla poświadczenia kradzieży, nie powiem na pewno, ale bardzo prawdopodobnie trzymałeś w swoich szerokich a głupich rękach sposób dowiedzenia się, który klucz, czy bankiera, czy kasjera posłużył do spełnienia kradzieży.
— Naprzykład!...
— Chcesz dowodów? Zaraz. Pamiętasz tę kresę, którą dostrzegłeś wzdłuż skrzyni? Uderzyła cię ona, bo postrzegłszy ją, nie mogłeś powstrzymać się od wykrzyknika. Obejrzałeś ją starannie przez lupę, i mogłeś się przekonać, że była zupełnie świeża, tylko co zrobiona. Powiedziałeś wtedy sobie, i bardzo słusznie, że ta kresa odnosi się do chwili kradzieży. Czemżeż ona mogła być zrobioną? Oczywiście kluczem. Skoro tak, to trzeba było wziąć klucze od bankiera i od kasjera, i uważnie je zbadać. Jeden z nich musiał przecież na swej powierzchni zachować choć kilka atomów tej farby zielonej, jaką zwykle malują skrzynie żelazne.
Fanferlot słuchał tego wyjaśnienia z otwartą gębą. Przy ostatnich słowach uderzył się gwałtownie w głowę, wołając:
— O ja głupi!
— Rzeczywiście, — powtórzył pan Lecoq, — głupi do zadziwienia. Jakto, taka wskazówka włazi ci w ręce i ty ją porzucasz, nie wyciągając z niej żadnego wniosku? Tu jednak jest prawdziwy i jedyny punkt wyjścia dla dalszego śledztwa. Jeżeli ja wynajdę winnego, to dzięki będą tej kresie, a ja go wynajdę, ja chcę!
Zdaleka Fanferlot. zwany Wiewiórką, chętnie łatki przypina panu Lecoqowi, i znęca się nad nim, ale zbliska poddaje się wpływowi, jaki wywiera na wszystkich, co się doń zbliżają, ten człowiek nadzwyczajny.
Szczegóły tak dokładne, objaśnienia tak trafne, jakie usłyszał obecnie, wywracały wszystkie myśli Fanferlota. Jak i gdzie pan Lecoq mógł przyjść do tych szczegółów?
— Więc pan zajmowałeś się tą sprawą? — zapytał.
— Zapewne. Ale nie jestem nieomylnym, mogłem prześlepić jaką ważną wskazówkę. Siadaj — i powiedz mi wszystko co wiesz.
Z panem Lecoq nie można bawić się w dwuznaczniki, ani układać lisa. Fanferlot wypowiedział całą prawdę, co mu rzadko się zdarza. Jednak w końcu opowiadania ujął go skrupuł próżności i zamilczał o tem, jak wczoraj dał się zwieść pannie Gypsy i grubemu jegomości.
Na nieszczęście pan Lecoq nigdy nic nie wie w połowie.
— Zdaje mi się, panie Wiewiórko, że ty o czemś zapomniałeś. Dokąd to jechałeś za pustą dorożką krytą?
Fanferlot, wbrew swej powadze, zaczerwienił się po uszy i spuścił oczy ni mniej, ni więcej, tylko jak pensjonarka schwytana na psocie.
— Jakto, panie naczelniku, pan i to wiesz? Jak pan mogłeś?...
Ale w tej chwili wpadła mu jakaś myśl do głowy, zatrzymał się, podskoczył na krześle i zawołał:
— Jestem w domu!... Tym grubym jegomościa z rudemi bokobrodami, byłeś pan.
Zdziwienie Fanferlota nadawało jego fizjognomji wyraz tak szczególny, że pan Lecoq nie mógł wstrzymać się od śmiechu.
— Więc to pan byłeś tym grubym jegomościa, którego zajadałem oczami, i ja pana nie poznałem! Ah! coby to był z pana za aktor, gdybyś tylko chciał, ja także się przebrałem!
— I bardzo źle, mój chłopcze, muszę ci oddać tę sprawiedliwość. Myślisz, że aby być niepoznanym, dosyć jest gęstej brody i bluzy? A oko, gapiu, oko! Oko trzeba odmienić. W tem cała sztuka.
Ta teorja oka w przebraniu tłumaczy, dla czego pan Lecoq urzędowy, który mógłby o lepsze iść z ostrowidzem, nigdy nie chodzi po prefekturze policji bez złotych okularów.
— Więc pan, — mówił dalej Fanferlot, idąc za swą myślą, — pan wyspowiadałeś tę małą, z którą moja żona nie mogła trafić do końca? Pan już pewno wiesz, dla czego ona opuszcza Wielkiego Archanioła, dla czego nie czeka na pana Clamerana, dla czego kupiła sobie perkalowe suknie.
— Ona idzie za mojemi radami.
— W takim razie, westchnął ajent głęboko zniechęcony, — nic mi nie pozostaje, jak powiedzieć sobie; żem osioł.
— Nie, Wiewiórko, — odparł pan Lecoq z dobrocią, — nie, ty nie jesteś osioł. Źle tylko zrobiłeś, przedsiębiorąc rzeczy nad swoje siły. Czyś posunął sprawę na krok, odkąd chodzisz za nią? Nie. A to dla tego, że ty, nieporównany jako porucznik, nie masz zimnej krwi jenerała. Podaruję ci jeden aforyzm, zapamiętaj go, i weź go sobie za prawidło: Ten świetnieje w drugim rzędzie, którego nie znać w pierwszym.
Nigdy, nigdy Fanferlot nie widział naczelnika tak rozmownym i dobrotliwym. Widząc, że go wytropiono, obawiał się burzy, która, jak sądził, zwali go na ziemię, a tymczasem skończyło się na ulewie, która zaledwie zmoczyła mu głowę. Gniew pana Lecoqa rozchwiał się, jak te czarne chmury, które chwilami grożą widnokręgowi, ale ustępują przed pędem wiatru.
Małżonek jednak pani Aleksandry był niespokojny; obawiał się, czy ta zadziwiająca łaskawość nie ukrywa jakiej wstecznej myśli...
— Tym sposobem, — zapytał, — pan wiesz już kto jest przestępcą?
— Nie więcej jak ty, mój chłopcze, i kiedy ty masz już zdanie gotowe, ja jeszcze nie wiem, co myśleć. Zapewniasz mnie, że kasjer jest niewinnym, a bankier zbrodniarzem, ja zaś nie wiem, czy masz słuszność lub nie. Przyszedłszy po tobie, jestem dopiero u wstępu mojego śledztwa. Jedno tylko pewny jestem, mianowicie, że jest kresa na wieku od skrzyni. Z tego punktu wychodzę.
Tak rozmawiając, wziął pan Lecoq z biurka wielki papier zarysowany i rozwinięty.
Papier ten przedstawiał fotogram drzwi od skrzyni kasowej pana Fauvela.
Wszystkie szczegóły odbite były z najsubtelniejszą dokładnością. Można było rozpoznać pięć guzików ruchomych z wyrytemi głoskami i zamek. Rysa była przedziwnie uwydatnioną.
— Otóż jest nasza kresa. Idzie ona z góry na dół od otworu zamkowego, w przekątni, i zważaj dobrze, z lewej strony w prawą, czyli, że kończy się do strony drzwi, za któremi są kryte schody, wiodące do apartamentów bankiera. Bardzo głęboko przy zamku, kończy się zaledwie widzialną rysą.
— Tak, panie, widzę to doskonale.
— Ty, naturalnie, myślałeś, że ta kresa musiała być zrobioną przez sprawcę ubytku. Zobaczymy czy masz słuszność. Ot mam ja tu małą skrzynkę żelazną, malowaną na zielono jak kasa pana Fauvela. Weź-że klucz i spróbuj zarysować.
Nie odgadując celu, jaki sobie zamierzył naczelnik, ajent bezpieczeństwa wykonał jego zlecenie, drapiąc silnie po skrzyni końcem klucza.
— Do licha! — rzekł po dwóch czy trzech próbach, — tę farbę trudno zdrapać.
— Bardzo trudno, rzeczywiście, mój chłopcze, a tamta jest jeszcze tęższa, przekonałem się o tem. Więc ta kresa, którą widziałeś, nie mogła być dokonana drżącą ręką złodzieja, za dotknięciem klucza.
— Do pioruna! — zawołał zdziwiony Fanferlot, — ja byłbym nigdy na to nie wpadł. Prawdą, żeby tak zrysować skrzynię, trzeba było silnie nacisnąć.
— Tak, ale dla czego? Tak jak mnie widzisz, suszę sobie głowę od trzech dni, i wczoraj dopiero domyśliłem się. Rozważmy razem, czy moje domysły mają jakie prawdopodobieństwo, tak, iżby mogły stać się punktem wyjścia.
Pan Lecoq położył fotogram i poszedł ku drzwiom, które wychodziły z jego gabinetu do sypialni, i wyjąwszy z nich klucz, trzymał go w ręku.
— Pójdź tu, — rzekł do Fanferlota, — stań przy mnie, tak. Przypuśćmy, że ja chcę otworzyć te drzwi, a ty mi wzbraniasz. Jak widzisz, przykładam klucz do zamku. Jakiż wtedy będzie twój ruch?...
— Chwytam pana oburącz za rękę i żywo przyciągam do siebie, tak, abyś nie mógł wprowadzić klucza.
— Wybornie. Powtórzmy więc ten ruch. Raz, dwa, trzy...
Fanferlot puścił się, i klucz, który trzymał pan Lecoq, odparty od zamka, zsunął się wzdłuż drzwi i zarysował z góry na dół kresę jak najczystszą, dokładne powtórzenie tej, która figurowała na fotogramie.
— Oh, oh, oh! krzyknął małżonek pani Aleksandry na trzy różne tony.
I stał w kontemplacji przede drzwiami.
— Czy zaczynasz pojmować? — zapytał pan Lecoq.
— Ba! ależ dzieckoby to pojęło. A cóż to z pana za człowiek! Widzę tę scenę jak gdybym tam był. W chwili kradzieży stały przy kasie dwie osoby: jedna chciała zabrać bilety, druga wzbraniała. To jasne, przekonywujące, pewne...
Przyzwyczajony do wcale innych tryumfów, sławny policjant wielce się bawił zdumieniem i entuzjazmem ajenta.
— Otóż ty znowu się unosisz, — rzekł doń łagodnie, — bierzesz za rzecz pewną i dowiedzioną to, co może być przypadkowe, a co najwięcej prawdopodobne.
— Nie panie, nie! — zawołał Fanferlot, — taki człowiek jak pan, nie myli się; wątpliwość jest niepodobną.
— A więc wyciągnijże wnioski z naszego odkrycia.
— Najsamprzód to dowodzi, że węch mój mnie nie omylił, kasjer jest niewinny.
— Dla czego?
— Bo mogąc otwierać i zamykać kasę, kiedy mu się podoba, nie kradłby przy świadku.
— Dobrze rozumujesz. Ale na tej samej zasadzie niewinnym jest i bankier, zastanów się.
Fanferlot zastanowił się i całe ożywienie jego znikło.
— To prawda, — rzekł tonem zrozpaczonym, — to prawda. Co tu robić?
— Szukać trzeciego złoczyńcę, to jest tego, który otworzył kasę i zabrał bilety, i który śpi sobie spokojnie, podczas gdy drugich mają w podejrzeniu.
— Niepodobna, panie, niepodobna! Czyż nie mówiono panu, że tylko pan Fauvel i kasjer mieli klucze, z któremi się nie rozstawali?
— Przepraszam; w przededniu kradzieży bankier klucz swój zostawił w kantorku.
— Ależ kluczem samym nie otworzy, trzeba jeszcze wyrazu.
Pan Lecoq zniecierpliwiony ruszył ramionami.
— Jakiż to był wyraz? — zapytał.
— Gypsy.
— To jest imię przyjaciółki kasjera. Szukaj więc, mój chłopcze. W dniu, w którym wynajdziesz człowieka tak związanego z Prosperem, że mógłby domyśleć się związku imienia z kasą, i tak poufałego u pana Fauvela, że mógł wchodzić do jego sypialni, w dniu tym trafisz na istotnego przestępcę; zagadka będzie rozwiązaną.
Egoista, jak wszyscy wielcy artyści, pan Lecoq, nie miał ucznia i mieć nie chce. On pracuje sam. Nienawidzi współpracowników, nie chcąc dzielić ani radości tryumfów, ani goryczy porażki.
To też Fanferlot, który zna swego naczelnika, jak zły szeląg, nie mógł wyjść z podziwienia, że on daje rady, on, który zwykł dawać rozkazy.
Tak nawet był zaintrygowany, że mimo całego zakłopotania nie mógł się wstrzymać od wyrażenia swego podziwu.
— Musisz pan mieć w tej sprawie chyba jakiś ważny interes osobisty, żeś ją tak wystudjował.
Pan Lecoq zadrgał nerwowo, czego nie uważał ajent, potem brwi mu się ściągnęły, i ostrym tonem odpowiedział:
— Ciekawość jest twojem rzemiosłem, panie Wiewiórko, nie bądź jednak nazbyt ciekawym, rozumiesz mnie?
Fanferlot jął się usprawiedliwiać.
— Dobrze, dobrze! — przerwał pan Lecoq. — Ja chcę być głową, a ty będziesz ręką. Sam, z twojemi ideami, nigdybyś nie wynalazł winnego, we dwóch wynajdziemy go, albo ja nie jestem Lecoq!...
— O! wynajdziemy, skoro pan wziąłeś to na siebie.
— Tak. Wziąłem to na siebie i od czterech dni dowiedziałem się wiele rzeczy. Tylko pamiętaj to sobie: Mam powody, dla których nie chcę wyraźnie figurować w tej sprawie. Cokolwiekbądź zajdzie, zakazuję ci wymawiać moje nazwisko. Jeżeli nam się uda, potrzeba, aby powodzenie było przypisane tobie jednemu. A nadewszystko nie chciej wiedzieć więcej nad to, co powinieneś, poprzestać na wyjaśnieniach, jakie podoba mi się tobie udzielić.
Warunki te wcale nie rozgniewały ajenta bezpieczeństwa.
— Panie, — ozwał się, — będę dyskretnym.
— Liczę na to, mój chłopcze. Na początek weźmiesz ten fotogram skrzyni i zaniesiesz go sędziemu. Pan Patrigent, o ile wiem, jest także w wielkiej wątpliwości co do obwinionego. Wytłumaczysz mu, jakoby sam od siebie, to co ci pokazałem, powtórzysz mu moje doświadczenia, a wskazówki te, pewien jestem, skłonią go do wypuszczenia kasjera. Prosper musi być wolnym, abym mógł rozpocząć swoje operacje.
— Bardzo dobrze, panie. Ale czy mogę dać do zrozumienia, że mam podejrzenie na kogo innego, nie na kasjera, ani na pana Fauvela?
— Naturalnie. Sprawiedliwość nie powinna nie wiedzieć, że ty chodzisz za tym interesem. Pan Patrigent każę ci mieć oko na Prospera, więc mu odpowiedz, że go nie spuścisz z oka. A ja ci zaręczam, że on będzie w dobrych rękach.
— A jeżeli mnie zapyta o Ninę Gypsy?
Pan Lecoq zamyślił się chwilę i rzekł:
— Powiedz, że skłoniłeś ją w interesie Prospera, by się umieściła w jednym domu, gdzie ona uważa na kogoś, co ci jest podejrzanym.
Fanferlot uradowany, zwinął fotogram, wziął kapelusz i zabierał się do wyjścia. Pan Lecoą zatrzymał go.
— Nie skończyłem jeszcze, — rzekł. — Umiesz ty powozić i obchodzić się z końmi?
— Pytasz mnie pan jeszcze o to, mnie, dawnego masztalerza z cyrku?
— To prawda. A więc, jak cię tylko sędzia zwolni, wrócisz żywo do siebie, przebierzesz się za lokaja z dobrego domu i udasz się z tym oto listem do stręczyciela przy ulicy Delorme.
— Ależ panie...
— Nie ma żadnego ale, mój chłopcze. Ten stręczyciel przedstawi cię panu Clameran, który poszukuje lokaja, bo poprzedni opuścił go wczoraj wieczór.
— Wybacz mi pan, jeśli śmiem powiedzieć, że się mylisz; ale ten Clameran nie posiada wskazanych warunków, on nie jest przyjacielem kasjera.
— Znowu mi przeczysz, — rzekł pan Lecoq najsurowszym głosem; — rób co ci każę, i nie troszcz się o resztę. Pan Clameran nie jest przyjacielem Prospera, to prawda; ale jest przyjacielem i protektorem Raula de Lagors. Dla czego? Zkąd pochodzi zażyłość tych dwóch ludzi tak różnych wiekiem? Trzeba też się dowiedzieć, kto jest ten właściciel hamerni, który mieszka w Paryżu, i nie troszczy się o swoje piece. Taki figlarz co ulokował się w hotelu Luwr, w tłumie zmieniającym się nieustannie, trudny jest do nadzorowania. Przez ciebie będę miał oko w jego życiu. Ma on powóz, ty będziesz go woził, bardzo prędko więc poznasz jego stosunki i będziesz mógł zdać mi sprawę ze wszystkich jego kroków.
— Dobrze, panie naczelniku.
— Jeszcze słowo. Pan Clameran jest to szlachcic bardzo podejrzliwy. Ty będziesz mu przedstawiony pod nazwiskiem Józefa Dubois. Zapyta się ciebie o świadectwa. Oto są trzy, które okazują, że służyłeś u margrabiego de Sairmeuse, u hrabiego Commarin, a teraz odchodzisz z domu barona de Wortschen, który odjechał do Niemiec. Otwórz więc uszy, ubieraj się porządnie, i miej baczność na swoje ruchy. Służ dobrze, ale bez przesady. Nadewszystko nie przesadzaj w grzeczności, obudziłbyś podejrzenie.
— Bądź pan spokojny; ale gdzież mam chodzić z raportem?
— Ja będę cię odwiedzał codziennie. Aż do nowego rozkazu nie waż się tu nogą stąpić; mógłby cię kto śledzić. Gdyby zaszła jaka okoliczność nieprzewidziana, poszlij depeszę do twojej żony; ona mnie uprzedzi. Idź... i bądź roztropnym.
Zamknąwszy drzwi za Fanferlotem, pan Lecoq spiesznie przeszedł do sypialni.
W mgnieniu oka zrzucił przybory naczelnika biura, szeroki krawat, złote okulary, i zwrócił swobodę swym gęstym, kruczym włosom. Lecoq urzędowy znikł, ustępując miejsca prawdziwemu Lecoqowi, temu, którego nikt nie zna, który jest mężczyzną przystojnym, o czystem oku, wytwornej postaci.
Ale chwilę tylko był sam sobą. Usiadłszy przed gotowalnią, więcej obładowaną smarowidłami, płynami, farbami i proszkami, niż tualeta jakiej damy swobodnego życia, począł na nowo odbudowywać dzieło twórcy i układać sobie fizjognomję.
Pracował wolno, z nadzwyczajną ostrożnością manipulując pędzelkami; ale po godzinie ukończył jedno ze swych codziennych arcydzieł. Wstawszy, nie był już Lecoqem, ale tym grubym jegomością o rudych faworytach, którego nie poznał Fanferlot.
— No, — rzekł sam do siebie, rzucając ostatnie spojrzenie w zwierciadło, — nie zapomniałem niczego, prawie nic nie zostawiłem na grę przypadku, wszystkie moje nitki powiązane, mogę puścić się w drogę. Byle Wiewiórka nie tracił czasu!...
Ale Fanferlot zanadto był uszczęśliwiony, aby zmarnować choć minutę. Nie biegł, ale leciał do pałacu Sprawiedliwości.
Nareszcie i on będzie mógł z kolei dać dowód wysokiej przezorności.
I ani myślał powiedzieć sobie, że korzystać będzie z cudzej myśli. Zawsze to w najlepszej wierze dudek stroi się w pióra pawia.
Rezultat też nie zawiódł jego nadziei. Jeżeli sędzia nie powziął zupełnego i nieodwołalnego przekonania, zdziwił się jednak nie pomału trafnością pomysłu.
— To mnie istotnie przekonywa, — rzekł, żegnając Fanferlota, — przedstawię na radzie przychylne wnioski, i jutro prawdopodobnie kasjer będzie wypuszczony.
I w samej rzeczy zaczął pisać jeden z tych strasznych wyroków, które wracają oskarżonemu człowiekowi wolność, ale nie cześć; które mówią, że on nie jest przestępcą, ale nie powiadają, że jest niewinnym.
„Z uwagi na brak dowodów przekonywujących przeciwko obwinionemu Prosperowi Bertomy, ze względu na art. 128. Kodeksu postępowania karnego, oświadczamy, że jak na teraz nie ma powodu do dalszych badań wyżrzeczonego, i rozkazujemy, aby był wypuszczony z miejsca zamknięcia i t. d.“
Skończywszy pisać, sędzia rzekł do swego kancelisty:
— Otóż jeszcze jedna z tych zbrodni, w których sprawiedliwość nie może wyrzec ostatniego słowa. Jeszcze jedne akta do złożenia w archiwum sądu.
I własną ręką napisał na kopercie numer porządkowy:
Od dziesięciu już dni Prosper Bertomy pozostawał w więzieniu, gdy raz z rana, we czwartek, dozorca przyszedł zawiadomić go o wyroku.
Zaprowadzili go do poczekalni, zwrócono mu kilka drobnych przedmiotów zabranych przy wejściu: zegarek, scyzoryk, kilka pierścionków, i kazano podpisać wielki arkusz papieru.
Potem wypchnięto go do ciemnego, bardzo wąskiego korytarza, drzwi się otwarły i zamknęły za nim z głuchym łoskotem.
Znajdował się na ulicy, był sam — był wolny.
Wolny! to jest, że sprawiedliwość uznała się nie mocną przekonać go o zbrodnię, o którą go oskarżyli.
Wolny! mógł chodzić, oddychać czystem powietrzem, ale był pewny, że zamkną się wszystkie drzwi za jego zbliżeniem.
Po przeprowadzonem śledztwie, winna nastąpić rehabilitacja. Inaczej ten wyrok oswabadzający „dla braku dowodów“ zawiesza nad głową oswobodzonego wieczne podejrzenie.
Opinia ma środki daleko surowsze, niż więzienie „w odosobnieniu.“ W chwili, gdy wróconą mu została wolność, Prosper tak okropnie uczuł grozę swego położenia, że nie mógł powstrzymać okrzyku wściekłości i nienawiści.
— Ależ ja jestem niewinnny! — krzyknął.
I na co to? Dwaj przechodzący ludzie zatrzymali się, by spojrzeć na niego, wzięli go za warjata.
Sekwana płynęła u nóg jego, myśl samobójstwa przeszła mu przez głowę.
— Nie! — zawołał, — nie! nie mam nawet prawa zabić się. Nie umrę, aż odzyskam cześć!
Prosper Bertomy kilka razy w swojej więziennej izdebce powtarzał wyraz: „rehabilitacja.“ Mając w sercu tę zimno-obmyśloną nienawiść, która nadaje moc albo cierpliwość złamania lub zużycia wszystkich przeszkód, mówił do siebie:
— Ach! dla czegoż ja nie jestem wolny?
Był wolny, i teraz dopiero zdawał sobie sprawę z ogromnych trudności swego położenia. Przy każdej zbrodni sprawiedliwość potrzebuje zbrodniarza, on więc nie inaczej mógł się oczyścić, jak dostawiając winnego.
Ale jak go dostawić?
Zrozpaczony, ale nie zniechęcony, poszedł drogą do swego mieszkania. Ogarnęło go mnóstwo niepokojów. Co się stać mogło przez dni dziesięć, podczas których wykreślonym był z liczby żyjących? żadnych wiadomości nie odbierał. Takie milczenie równa się grobowemu spokojowi.
Szedł wolno wzdłuż ulic, ze spuszczoną głową, unikając spojrzeń ludzi mimo niego przechodzących. On, co był tak dumny, będzie musiał teraz przechodzić przez szkołę pogardy. Za jego zbliżeniem zlodowacieją twarze, i ustaną rozmowy. Gdy rękę poda, każdy swoją usunie.
Gdybyż choć na jednego mógł rachować przyjaciela! Lecz któryż przyjaciel mu uwierzy, kiedy własny ojciec nie uwierzył?
Do najsroższych tortur należała bolesna chwila, w której imię Niny Gypsy przyszło mu na pamięć.
Nigdy nie kochał tej biednej dziewczyny; chwilami nienawidził nawet; lecz teraz jej wspomnienie miało dla niego słodycz nieskończoną.
Albowiem czuł, że jest przez nią kochany, był pewny, że ona nie zwątpi o nim, skoro jej wszystko opowie. Wiedział, że kobieta stalą jest w raz powziętem przekonaniu, wierną w nieszczęściu nawet, choć w szczęściu nieraz wiary nie dotrzyma.
Gdy przybył na ulicę Chaptal, i stanął przed swojem mieszkaniem, zawahał się mając próg przestąpić.
Bolała go ta nieśmiałość nierozdzielna od umysłu człowieka w podejrzeniu będącego, byłby raczej wołał nie ujrzeć nikogo ze znajomych.
Jednak, nie mogąc dłużej zostawać na chodniku, wszedł. Na jego widok odźwierny krzyknął z radości:
— Nareszcie! jesteś pan, wiedziałem o tem, że pan wyjdziesz ztamtąd, blady jak kreda. Gdym czytał w gazetach, że pana obwiniają o kradzież, mówiłem do wszystkich:
— Jakto? mój lokator z trzeciego piętra miałby być złodziejem, nie! to być nie może!
Jakkolwiek szczere, choć niezręczne powinszowania tego człowieka, boleśnie wpłynęły na Prospera. Chcąc mu przerwać dalszą gadaninę, zapytał:
— Pani wyjechała zapewne, czy nie wiesz gdzie?
— Dalibóg, nie wiem, panie! Tego dnia gdy pana aresztowano, posłała po dorożkę, wpakowali na nią wszystkie jej rzeczy, i odtąd ani słychu; nic o niej nie wiemy.
Było to dla nieszczęśliwego kasjera jednem zmartwieniem więcej.
— A co się z naszą służbą stało?
— Nie ma ich także, panie. Ojciec pański zapłacił ich i kazał im odejść.
— Więc ty masz klucze od mieszkania?
— Nie, panie. Pański ojciec wyjeżdżając dziś o ósmej zrana, powiedział, że zostawia w mieszkaniu swego wielkiego przyjaciela, którego mam uważać jak samego pana aż do pańskiego powrotu. Pan go zna zapewne: gruby, wzrostu pana, z rudemi faworytami.
Prosper bardzo był zdziwiony. Przyjaciel ojca, w jego mieszkaniu, co to miało znaczyć? Jednakże nie okazał zdziwienia.
— Wiem, wiem, — odpowiedział.
I przebiegając szybko wschody, zadzwonił do siebie.
Przyjaciel ojca otworzył drzwi.
Był taki, jak mu go odźwierny odmalował, dość gruby, rumiany na twarzy, wydatnych ust, oka nadzwyczaj żywego, miał minę poczciwą, figurę pospolitą. Kasjer nigdy go przedtem nie widział.
— Bardzo mi przyjemnie poznać pana, — rzekł do Prospera.
Był jak u siebie; na stole leżała książka, którą sobie z szafy wyjął; zdawało się, że będzie grał niezadługo rolę gospodarza.
— Muszę wyznać panu... — zaczął kasjer.
— Że pan jesteś zdziwiony, znajdując mnie u siebie, nieprawdaż? Bardzo to pojmuję. Ojciec pański miał zamiar sam mnie panu przedstawić, lecz był zmuszony odjechać dziś zrana do Beaucaire. Dodam jeszcze, że odjechał przekonany tak jak i ja, że pan nie wziąłeś ani jednego szeląga panu Fauvel.
Na wiadomość dobrej wróżby, Prosper nie mógł się wstrzymać od okrzyku radości.
— Sądzę, — mówił dalej, — że ten list od ojca, który panu oddaję, zastąpi wszelką rekomendację.
Kasjer odebrał list, otworzył, i w miarę jak go czytał, twarz mu się wypogadzała, krew napływała do wynędzniałych policzków.
Przeczytawszy, podał rękę grubemu panu.
— Ojciec tu pisze, — rzekł, — że pan jesteś jego najlepszym przyjacielem; poleca, bym miał w panu najzupełniejsze zaufanie i abym szedł za pańskiemi radami.
— Właśnie też, dzisiejszego rana ojciec pański powiedział: — Verduret, — bo takie jest moje nazwisko, — Verduret, mój syn jest w opałach, trzeba go wydobyć.
— Ja odrzekłem: — Do usług, — otóż jestem. Złamaliśmy lody, nieprawda? Teraz do rzeczy. Co pan myślisz robić?
To zapytanie zbudziło całą wściekłość kasjera, jego oczy rzucały błyskawice.
— Co myślę robić? — zapytał drżącym głosem, — chcę znaleźć nędznika, który mnie zgubił, chcę go wydać w ręce sprawiedliwości, nareszcie chcę się zemścić!
— Zapewne. A czy pan masz jaki sposób dojścia do tego celu?
— Nie mam żadnego, a jednak wiem, że swego dokażę, ponieważ człowiek, który życie całe poświęca jednej idei, który z dnia na dzień budzi się z tą samą myślą, może być pewny wygranej.
— Pięknie, panie Prosperze, i szczerze mówiąc, spodziewałem się zastać cię tak usposobionym. A na dowód muszę powiedzieć, że myślałem i czyniłem poszukiwania za pana. Mam jeden plan. Na początek, musisz sprzedać meble, rzucić ten dom i zniknąć.
— Zniknąć! — krzyknął rozjątrzony kasjer, — ja mam zniknąć! Co pan mówisz? byłoby to uznać się winnym, upoważnić świat cały do powiedzenia, że się ukrywam, aby używać w pokoju skradzionych 350.000 franków.
— Cóż dalej? — zapytał zimno człowiek z rudemi faworytami. — Czy nie powiedziałeś przed chwilą, że poświęcasz cale swe życie? Biegły pływak przez łotrów wrzucony do wody, strzeże się wypłynąć na jej powierzchnię; przeciwnie, zanurza się, płynie pod wodą o ile mu na to oddech pozwala, ukazuje się jak najdalej, a gdy sądzą, że zginął, utonął, raptem ukazuje się i mści. Jeżeli pan masz nieprzyjaciela, to tylko z jego strony nieostrożność wyda ci go w ręce. Lecz dopóki cię widzi, będzie się miał na baczności. Póki cię widzieć będzie na nogach, kryć się będzie ze strachu.
Prosper słuchał tego człowieka z pewnym rodzajem uległości; a człowiek ten, acz przyjaciel jego ojca, był mu nieznajomy.
Bezwiednie uległ wpływowi natury energiczniejszej niż jego własna. Brakło mu wszystkiego, szczęśliwym się czuł, że znajduje jakąś podporę.
— Pójdę za pańską radą, — odrzekł Prosper, po kilku chwilach namysłu.
— Byłem tego pewny, mój przyjacielu. Od dziś więc rozpoczynamy działanie. A zważaj, że wpływ ze sprzedaży mebli może nam być bardzo użyteczny. Czy masz pieniądze? Nie. O one jednak są niezbędne. Byłem tak pewnym przekonania cię, że posłałem nawet po handlarza; bierze on cały sprzęt za 13.000 franków, z wyjątkiem obrazów.
Kasjer wzdrygnął się mimowolnie, co zauważył Verduret.
— Przykro to, zapewne, — rzekł, — wiem o tem, ale jest to konieczność. Posłuchaj, — dodał tonem, który przecinał resztę rozmowy, — ty jesteś chory, a ja jestem lekarzem obowiązanym uleczyć cię. Jeżeli cię kraję, krzycz, ale pozwól się krajać. W tem jest ocalenie.
— Kraj pan, kraj, — odrzekł Prosper, ulegając coraz bardziej wpływowi.
— Doskonale. Więc... przejdźmy do czego innego, bo czas nagli... Czy jesteś przyjacielem pana de Lagors?
— Raula? o tak, panie, wielkim przyjacielem.
— Więc cóż to za indywiduum?
Wyrażenie „indywiduum“ uraziło Prospera.
— Pan de Lagors, panie, — odrzekł tonem urażonym, — jest siostrzeńcem pana Fauvela; jest to człowiek bardzo młody, bogaty, dystyngowany, dowcipny, najlepszy i najuczciwszy ze wszystkich ludzi, jakich znam.
— Hm! mruknął Verduret, to jakiś śmiertelnik opatrzony mnóstwem przymiotów, i wielce raduje mnie myśl, że będę się mógł z nim poznać. Bo ci muszę wyznać, że w twojem imieniu napisałem do pana de Lagors, prosząc go, aby tu przybył, a on odpisał, że będzie.
— Jakto! — zawołał Prosper w roztargnieniu, — pan możesz przypuszczać...
— O! ja nie przypuszczam. Ja muszę tylko widzieć tego młodzieńca. A nawet mam w głowie i zaraz przedstawię ci maleńki planik rozmowy...
Uderzenie dzwonka przerwało mowę Verduretowi.
— Do licha! otóż i on; już po moim planie! Gdzie ja mogę się skryć, ażeby widzieć i słyszeć?
— Tam, w moim pokoju, zostaw pan drzwi otwarte i spuść portjerę.
Dzwonek uderzył drugi raz.
— Zaraz zaraz! — krzyknął kasjer.
— Na życie twe, Prosperze, zaklinam cię, — rzekł Verduret tonem zdolnym wpoić przekonanie w umysł najprzeciwniejszy; — na życie twe zaklinam cię, ani słowa przed tym człowiekiem o twych projektach i o mnie. Dla niego bądź zniechęconym, słabym, wahającym.
I znikł. Prosper poszedł otworzyć drzwi.
Portret pana de Lagors odmalowany przez przyjaciela nie był za pochlebny. Rzadko, by szczęśliwsza fizjognomja oprawiała szlachetniejszy wyraz charakteru.
Raul liczył lat dwadzieścia cztery, a wyglądał na dwadzieścia.
Średniego wzrostu, kształty miał przedziwne. Gęste ciemne włosy kędzierzyły mu się z natury nad czołem rozumnem. Szczerość i odwaga błyszczały w wielkich oczach błękitnych.
W progu zaraz rzucił się na szyję kasjera.
— Biedny mój przyjacielu! — zawołał ściskając mu ręce, — biedny Prosperze!...
Jednakże pod temi czułemi demonstracjami przebijał się jakiś przymus, który, jeżeli uszedł przed wzrokiem kasjera, dostrzeżonym musiał być przez Verdureta.
Usiadłszy w salonie, mówił Raul:
— List twój przejął mnie straszną boleścią Przeraziłem się. Powiedziałem sobie: czy on zmysły postradał? Porzuciłem więc wszystko i przybiegłem.
Prosper zaledwie słyszał, myśląc o tym liście, którego nie pisał. Co tam pisano w jego imieniu? Kto jest ten człowiek, którego on pomoc przyjął?
— Miałżebyś tracić moc duszy? — mówił dalej Raul. — Po co? W naszym wieku czas jeszcze rozpocząć życie na nowo. Masz tylu przyjaciół. Jeżeli przyszedłem, to dla tego by ci powiedzieć: Licz na mnie! Jestem bogaty, połowa mego majątku do ciebie należy.
Ta wspaniałomyślna ofiara, uczyniona w tej chwili z najszlachetniejszą prostotą, głęboko rozrzewniła Prospera.
— Dziękuję ci, Raulu, — odrzekł głosem wzruszonym, — dziękuje! Na nieszczęście wszystkie, z całej ziemi pieniądze na nicby mi się w tej chwili nie zdały.
— Jakto? Jakież więc są twe zamiary? Czy zostaniesz w Paryżu?
— Nie wiem, mój przyjacielu, nie mam projektu, nie czuję głowy.
— Powiedziałem ci, — rzekł Raul, — trzeba życie rozpocząć na nowo. Wybacz mej szczerości, ale mnie dyktuje ją przyjaźń; dopóki ta kradzież tajemnicza nie będzie wyjaśnioną, niepodobna ci pozostawać w Paryżu.
— A jeśli ona nie wyjaśni się nigdy?
— Tem bardziej powinieneś dać się zapomnieć. Przed godziną rozmawiałem o tobie z Clameranem; jesteś niesprawiedliwym względem niego, bo on dobrze ci życzy. Na miejscu Prospera, mówił on do mnie, starałbym się zrobić majątek bądź co bądź, wyjechałbym do Ameryki, zbogacił się i wrócił zgnieść mojemi miljonami tych, co mnie mieli w podejrzeniu.
Rada ta odurzała miłość własną Prospera. Nie przeciwstawił jej żadnego zarzutu. Słowa nieznajomego, który podsłuchiwał w tej chwili, przyszły mu na myśl.
— I cóż? — nalegał Raul.
— Namyślę się, — szepnął kasjer, — zobaczę... chciałbym wiedzieć co mówi pan Fauvel.
— Mój wuj?... Wszak wiesz, że odkąd odmówiłem propozycji uczynionej mi przez niego, bym wszedł do jego biura, poróżniliśmy się prawie z sobą. Z miesiąc już nie byłem u niego, ale wiem co się tam dzieje.
— Przez kogo?
— Przez twojego protegowanego, młodego Cavaillona. Wuj mój od tej sprawy jest, zdaje się, bardziej jeszcze pognębiony niż ty. Zaledwie zajrzy do biura, wygląda jak z krzyża zdjęty.
— A pani Fauvel, a... — kasjer zachwiał się, — a panna Magdalena?
— O, — odpowiedział Raul tonem lekkim, — ciotka jak zwykle pobożna; daje na mszę na intencję przestępcy. Co zaś do mojej pięknej, a lodowatej kuzynki, ona nie umiałaby zajmować się pospolitemi szczegółami, ona cała zajęta przygotowaniami na bal kostiumowy, który pojutrze dają panowie Jandidier. Wykryła ona, jak mi mówiła jedna z jej przyjaciółek, jakąś genialną szwaczkę, nieznaną, która szyje dla niej kostium damy dworu Katarzyny Medicis, a ma to być arcydzieło.
Jest rzeczą pewną, że sam nadmiar cierpienia usypiając myśl, sprowadza rodzaj bezwładności. Prosper cierpiał okropnie, ale ten cios ostatni dobił go.
— Magdaleno! — westchnął, — Magdaleno!...
Pan de Lagors udał, że nie słyszy tego wykrzyknika; wstał.
— Muszę cię opuścić, mój Prosperze, — rzekł, — w sobotę będę się widział z temi paniami na balu, i dam ci wiadomość. Tymczasem bądź mężnym i pamiętaj, że bądź co bądź możesz liczyć na mnie.
Raul uścisnął raz jeszcze rękę Prospera nim odszedł. Musiał być już na ulicy, a nieszczęśliwy kasjer stał jeszcze na tem samem miejscu, nieruchomy, znękany.
Dopiero z tych ponurych rozmyślań wydarł go drwiący głos człowieka o rudych faworytach, który stanął przed nim.
— Otóż to są przyjaciele! — rzekł Verduret.
— Tak! — odrzekł gorąco Prosper. — A jednak, słyszałeś pan, ofiarował mi połowę majątku.
Verduret wzruszył ramionami z miną politowania.
— To bardzo licho z jego strony, — rzekł. — Kiedy się tak rozpędził, czemuż ci nie ofiarował już całego majątku? Te ofiary do niczego nie obowiązują. Jestem jednak pewien, że ten piękny chłopiec dałby chętnie ślicznych dziesięć biletów po tysiąc franków, byle się mógł od ciebie oddzielić oceanem.
— On panie, a to dla czego?
— Kto wie, może dla tej samej racji, dla której zwracał bardzo uwagę twoją na to, że od miesiąca nie postał w domu swego wuja...
— Ależ to rzecz pewna, zaręczam panu.
— Naturalnie, — odpowiedział Verduret tonem dobrodusznej ironji. — Ale, — dodał poważnie, — dość o tym pięknym chłopcu, mam już jego miarę, to dla mnie dosyć! Teraz, jeśli łaska, przebierzesz się i pójdziesz ze mną do pana Fauvela.
Ta propozycja wywołała w Prosperze gniew oburzenia.
— Nigdy! — krzyknął z nadzwyczajną gwałtownością. — Nie, nigdy! Nie zdołam przenieść na sobie widzenia się z tym nędznikiem.
Ten opór wcale nie zdziwił Verdureta.
— Ja to rozumiem, — rzekł, — i mam cię za wytłumaczonego; lecz spodziewam się, że zmienisz zdanie. Tak, jak chciałem widzieć pana de Lagors, chcę zobaczyć pana Fauvela, i tak być musi, czy słyszysz pan? Czy jesteś tak słabym, że nie możesz powstrzymać się przez pięć minut? Ja pójdę z tobą, i będę uchodził za twego kuzyna, nie będziesz potrzebował nic mówić.
— Jeśli tego koniecznie potrzeba, — powiedział Prosper. — Jeśli pan tego chcesz...
— Tak jest, żądam tego. Miejmyż do pioruna trochę siły i zaufania w sobie! Dalej, prędko, przebierz się trochę; już jest późno, jeść mi się chce, będziemy śniadać w drodze, rozmawiając.
Zaledwo Prosper miał czas przejść do sypialnego pokoju, gdy znów zadzwoniono do mieszkania.
Verduret poszedł otworzyć. Był to odźwierny. Przyniósł sporą plikę papieru zapieczętowanego.
— Oto jest list, — rzekł, — który dzisiejszego rana do pana Bertomy przyniesiono. Byłem tak wzruszony, ujrzawszy pana Prospera, żem zapomniał doręczyć mu go. Ale w każdym razie, nieprawdaż panie, że to dziwny list?
W rzeczy samej tak było. Adres nie był ręką pisany, lecz ułożony z drukowanych liter, starannie wyciętych z książki lub jakiego dziennika i poprzylepianych na kopercie.
— Oh! — zawołał Verduret, — cóż to jest?
I zwracając się do odźwiernego, — rzekł
— Usiądź tu na chwilę, mój przyjacielu, rzekł, — ja zaraz powrócę.
Zostawił odźwiernego w jadalnym pokoju, sam przeszedł do salonu, drzwi za sobą starannie zamknąwszy. Prosper już się tu znajdował; usłyszawszy dzwonek, następnie rozmowę, przyszedł dowiedzieć się co się stało.
— Oto, co przyniesiono do ciebie, — rzekł Verduret.
I bez ceremonji rozerwał kopertę.
Wyleciały dwie paczki biletów bankowych; przeliczywszy dowiedział się, że było ich dziesięć.
Prosper stał się purpurowym.
— Co to ma znaczyć? — zawołał.
— Zaraz się dowiemy, — odrzekł pan Verduret, — jest tu bilecik dołączony.
Bilecik, równie jak adres, ułożony był z liter i wyrazów drukowanych, wyciętych i poprzylepianych.
Był krótki, lecz wyraźny:
„Mój drogi Prosperze! Przyjaciel, który zna całą okropność twego położenia, przyseła ci ten zasiłek. Jest serce, wiedz o tem, które podzielało wszystkie twoje cierpienia. Wyjedź, opuść Francję, jesteś młody, przyszłość do ciebie należy. Odjeżdżaj i bodaj te pieniądze szczęście ci przyniosły.“
W miarę, jak człowiek z rudemi faworytami czytał głośno, gniew Prospera wzmagał się. Szalony gniew, gdyż nie wiedział jak sobie wytłumaczyć wypadki po sobie następujące, i czuł, że mu się w głowie miesza.
— Więc wszyscy chcą żebym odjechał, — zawołał, — więc to jest spisek!
Verduret powstrzymał uśmiech zadowolenia.
— Nareszcie! — rzekł, — otwierasz oczy, zaczynasz pojmować. Tak, moje dziecię, są ludzie, którzy cię nienawidzą za złe, jakie ci wyrządzili; tak jest, są tacy, dla których obecność twoja w Paryżu byłaby ustawiczną groźbą, i którzy chcą za jakąbądź cenę abyś się ztąd wydalił.
— Lecz któż oni są ci ludzie, powiedz mi panie? Powiedz, kto śmie przysełać mi te pieniądze?
Przyjaciel pana Bertomy potrząsł smutnie głową.
— Gdybym to wiedział, mój drogi Prosperze, — odrzekł, — moje zadanie jużby było skończone, gdyż wiedziałbym, kto popełnił kradzież, o którą cię posądzono. Lecz będziemy poszukiwać.
Mam nareszcie wskazówkę, która wcześniej lub później stanie się zarzutem oskarżającym. Dotąd tylko miałem domysły, mniej więcej prawdopodobne, teraz mam fakt, który dowodzi że się nie myliłem. Byłem w ciemnościach, teraz mam światełko, które mnie poprowadzi.
Pan Verduret, ten człowiek mający trywialną postać, pospolite obejście komisanta kupieckiego, zdobywał się gdy chciał na gęsta nakazujące, które imponują duszom słabym i władają chorowitemi umysłami.
Słuchając go, Prosper doznawał pewnego uspokojenia i czuł budzącą się nadzieję w sobie.
— Idzie o to, — ciągnął dalej pan Verduret, — żeby zrobić użytek ze wskazówki, jaką nam daje nieostrożność naszych nieprzyjaciół. Zacznijmy od wybadania odźwiernego.
Otworzył drzwi i zawołał:
— Hej! przyjacielu, chodź no tu, proszę cię!
Odźwierny, człowiek bardzo grzeczny, zbliżył się gniotąc czapkę, niezmiernie zaintrygowany powagą, jaką nadawał sobie ten nieznajomy u lokatora.
— Kto ci oddał ten list? — zapytał Verduret.
— Posługacz miejski, który mi powiedział, że za drogę już mu zapłacono.
— Czy znasz go?
— Jego tylko jednego. To ten co staje przy winnym sklepie na ulicy Pigolle.
— Pójdź-no po niego.
Gdy odźwierny popędził cwałem do miasta, pan Verduret wydobył z kieszeni pugilares i wpatrywał się z kolei to w bilety bankowe rozrzucone na stole, to w jakąś stronicę w pugilaresie, zapełnioną cyframi.
Po ukończonem badaniu rzekł tonem zdecydowanym:
— Te bilety nie są przysłane przez autora kradzieży.
— Tak pan sądzisz?
— Jestem przekonany, chybaby złodziej ten obdarzony był przebiegłością i przezornością nadzwyczajną. Co pewna i dowiedziona, to, że żaden z tych biletów tysiąc-frankowych nie wchodził w skład skradzionych w kasie 350.000 franków.
— Jednakże, — nadmienił Prosper, który nie mógł sobie wytłumaczyć pewności swego protektora, — jednakże...
— Nie ma-jednakże; mam tu numer porządkowy wszystkich biletów.
— Jakto, kiedy ja sam nie miałem?
— Ale miał bank, mój przyjacielu, i to udało się bardzo szczęśliwie. Kiedy się kto zajmuje jaką sprawą, powinien wszystko przewidzieć i niczego nie pominąć. To nie jest ekskuzą dla człowieka rozumnego, kiedy strzeliwszy bąka, powie: do licha, to mi nie przyszło do głowy! Mnie bank zaraz do głowy przyszedł.
Jeżeli Prosper zrazu wzdrygał się powierzyć los swój przyjacielowi swego ojca, to wstręt jego niknął coraz bardziej.
Zaczynał rozumieć, że sam jeden, zaledwie władnący sobą, kierujący się natchnieniami swego niedoświadczania, nigdyby nie nabył cierpliwej przenikliwości tego szczególnego człowieka.
Ten mówił dalej sam do siebie, jak gdyby zgoła nie wiedział o obecności Prospera:
— A zatem kiedy te pieniądze nie przyszły od złodzieja, więc oczywiście przyszły od kogo innego, co był przy kasie w chwili kradzieży, co nie mógł jej zapobiedz, a teraz sumienie go gryzie. Prawdopodobieństwo przy kradzieży wskazane przez kresę, zamienia się teraz w niezbitą pewność. Ergo, miałem słuszność.
Kasjer słuchał ze wszystkich sił, zmuszając imaginację swą do zrozumienia tego monologu, którego nie śmiał przerwać.
— Szukajmy, — mówił dalej pan Verduret, — szukajmy, kto może być tą drugą osobą, którą sumienie gryzie, a która jednak nie śmiała nic odkryć.
Wziął list, i bardzo wolno, po trzy i cztery kroć odczytywał i skandował frazesy, ważąc wszystkie wyrazy.
— Widocznie, — mówił, — ale to bardzo widocznie, list ten ułożyła kobieta. Nigdy mężczyzna, chcąc oddać przysługę mężczyźnie i posyłając mu pieniądze, nie użyłby tego wyrazu: zasiłek, który jest bardzo ubliżającym. Mężczyzna napisałby: pożyczkę, drobnostkę, ale nigdy zasiłek. Kobieta tylko nieświadoma głupich drażliwostek męskich, mogła uważać znaczenie tego wyrazu za całkiem odpowiednie myśli. Co się zaś tyczy tego frazesu: „Jest serce i t. d.,“ tylko kobieta mogła się nań zdobyć.
Tym razem Prosper mógł iść za biegiem indukcji swego protektora.
— Sądzę, że się pan mylisz, — rzekł, — żadna kobieta nie może być wmięszana w tę sprawę.
Pan Verduret nie uważał na ten zarzut. Może go nie słyszał, może nie chciał zdania swego poddawać pod dyskusję.
— Teraz, — mówił dalej, — postarajmy się odkryć, zkąd zostały wycięte wyrazy składające ten list.
Zbliżył się do okna i zaczął studjować poprzylepiane na nim głoski, ze skrupulatną uwagą jakiegoś uczonego na us, który usiłuje wyczytać stary, na poły zatarty rękopism.
— Drobne czcionki, — mówił, — bardzo delikatne, bardzo czyste, druk nadzwyczaj staranny, papier dość cienki i mocno satynowany. Wyrazy więc te nie były wycięte ani z dziennika, ani nawet z książki powieściowej. Ja jednak widziałem ten druk, znam go. Didot często go używa, inni także.
Zatrzymał się, usta przez pół otworzył, źrenica mu się rozszerzyła, cała jego dusza skoncentrowała się w usiłowaniu wydobycia z pamięci jedynego szczegółu.
W tem uderzył się w czoło.
— Mam już — zawołał, — mam że też ja tego od razu nie poznałem! Wszystkie te litery wycięte są z modlitewnika. A wreszcie zobaczymy, jest sposób sprawdzenia.
Wtedy delikatnie, końcem języka, wilgocąc kilka wyrazów naklejonych na papier, gdy klej już się dostatecznie odwilżył, wziął szpilkę i zaczął je powoli zdejmować. Na odwrotnej stronie jednego wyrazu wydrukowany był łaciński wyraz: Deus.
— Ha! ha! — zawołał z lekkim uśmiechem zadowolenia, — odgadłem. Gdyby Ojciec Tabaret, który wykrył zabójcę wdowej Lerouge był tu, cieszyłby się ze mnie. Ale co się stało z uszkodzonym modlitewnikiem? Czy go spalono? Nie, bo książka oprawna nie pali się łatwo, mógłby, kto nadejść tymczasem. Rzucono go w kąt.
Pan Verduret zamilkł; odźwierny wrócił, prowadząc posługacza z rogu ulicy Pigolle.
— A! w samą porę przychodzisz, mój chłopcze, — rzekł gruby jegomość z najszczerszą miną.
I okazując mu kopertę listu, zapytał:
— Czy przypominasz sobie, że dziś rano przyniosłeś tu ten list?...
— Doskonale, proszę pana, tem bardziej że mi utkwił w oczach ten adres; rzadko kiedy można taki zobaczyć, nieprawda?
— Jestem zupełnie twego zdania. A kto ci go dał, mężczyzna czy kobieta?
— Nie, panie, to posługacz.
Odpowiedź ta, która mocno ubawiła odźwiernego, nie wywołała nawet uśmiechu na twarzy Verdureta.
— Posługacz, — rzekł, — a czy znasz tego kolegę?
— Nigdy go nie widziałem.
— Jak on wygląda?
— Taki ni wielki, ni mały, ubrany był w kurtkę z ciemnozielonego aksamitu, miał blachę na piersiach.
— Do licha mój chłopcze, to rysopis bardzo ogólny, wszyscy posługacze mniej więcej tak samo wyglądają. A może ci ten kolega powiedział, od kogo przyjął ten list?
— Nie, panie. Powiedział mi tylko, kładnąc mi w rękę dziesięć su: Masz zanieść to na ulicę Chaptal, pod 1. 39, dał mi to jakiś stangret na bulwarze... Dziesięć su! jestem pewien, żem na nie zarobił.
Odpowiedź ta zdawała się dekoncertować pana Verdureta. Tyle ostrożności przedsięwziętych dla doręczenia tego listu Prosperowi, niepokoiło go i psuło mu szyki.
— A czy poznałbyś tego posługacza?
— O, niezawodnie! gdybym go zobaczył.
— Uważaj więc. Ile ci przynosi dziennie twoje zatrudnienie?
— Na pewno nie wiem, ale mam bardzo dobrą stację; zawsze będzie ośm do dziesięciu franków.
— Dobrze więc, mój chłopcze, będę ci płacił dziesięć franków dziennie, nie więcej tylko za przechadzkę, to jest za wyszukanie tego twojego kolegi. Co wieczór, około godziny ósmej, przychodzić będziesz do hotelu pod Wielkim Archaniołem, na ulicę św. Michała, zdasz mi sprawę i weźmiesz pieniądze. Zapytasz się tam o pana Verduret. Jeżeli znajdziesz tego posługacza, dostaniesz pięćdziesiąt franków. Czy zgadzasz się na ten układ?
— Jeszczeby też, z największą chęcią, panie.
— Nie trać więc ani minuty i w drogę!
Choć nieświadomy planu pana Verdureta, Prosper zaczął sobie tłumaczyć znaczenie jego poszukiwań. Życie jego niejako zależało od powodzenia, a jednak zapominał o tem przed podziwem, w jaki wprawiała go żywość tego pomocnika, którego zostawił mu ojciec; jego zimna krew, pewność jego indukcji, płodność obserwacji, szybkość działania.
— A więc pan obstajesz przy tem, — zapytał go po odejściu posługacza, — że w tem mojem zdarzeniu jest ręka kobiety?
— Jak najmocniej. Jest w tem kobieta i do tego nabożna, w każdym razie kobieta, która miała przynajmniej dwa modlitewniki, skoro dla napisania do ciebie zepsuła jeden.
— I masz pan jaką nadzieję wynaleźć ją?
— Powiedz wielką nadzieję, mój kochany Prosperze, dzięki temu, że posiadam sposoby czynienia bezpośrednich poszukiwań, z których jeden natychmiast zużytkuję.
Usiadł przy tych ostatnich słowach i szybko nakreślił kilka wierszy na kawałku papieru, który wsunął w kieszeń od kamizelki.
— Jestżeś gotów, — zapytał, — do wyjścia dla odwiedzenia pana Fauvela Dobrze. Chodźmy więc, zarobiliśmy na śniadanie.
Raul de Lagors nie przesadził wcale mówiąc o nadzwyczajnem znękaniu pana Andrzeja Fauvela.
Od smutnej chwili, kiedy w skutek jego zaskarżenia aresztowano biednego kasjera, bankier, ten człowiek nadzwyczajnie czynny, popadł w najczarniejszą melancholję i zupełnie przestał zajmować się interesami.
On, człowiek tak kochający domowe ognisko, nie pokazywał się w gronie rodziny, tylko przy stole; trącił zaledwie jakiej potrawy i co prędzej wstawał od stołu.
Zamknięty w swym gabinecie, nie dozwalał nikomu dostępu. Jego skurczone rysy, jego zaniedbanie wszelkich interesów, ciągłe roztargnienie, znamionowały zaprzątnięcie głowy jedną jakąś myślą nieustępującą, lub tyranję jakiegoś tajemnego bolu.
W dniu uwolnienia Prospera, około godziny trzeciej, pan Fauvel siedział jak zwykle przy swojem biurku, oparty łokciem, z czołem w dłoniach ukrytem, z okiem wlepionem w próżnię, gdy woźny jego wszedł pędem z miną wystraszoną.
— Proszę pana, — mówił ten człowiek, — przyszedł dawny kasjer, pan Bertomy, z jakimś swoim krewnym: chce koniecznie widzieć się i pomówić z panem.
Na te słowa bankier zerwał się z krzesła, jak gdyby piorun padł o trzy kroki przed nim.
— Prosper! — zawołał dławiony gniewem, — jakto, on śmie!...
Ale zrozumiał, że przed woźnym nie wypada mu wybuchać gwałtownością swego charakteru, zdołał zapanować nad sobą i spokojniejszym rzekł głosem:
— Poproś tych panów.
Jeżeli pan Verduret, ten gruby jegomość z jowialną miną, liczył na ciekawe i wzruszające widowisko, to nie zawiódł się wcale w oczekiwaniu.
Nic straszniejszego jak postawa tych dwóch ludzi, stojących naprzeciw siebie: bankier czerwony, z twarzą wzdętą, jakby go apopleksja uderzyć miała, Prosper bledszy niż człowiek raniony, z którego wypłynęła krwi ostatnia kropla.
Nieruchomi, drżący, oddzieleni trzema zaledwie krokami, patrzali na siebie wzrokiem śmiertelnej nienawiści, gotowi rzucić się jeden na drugiego.
Z minutę przynajmniej pan Verduret badał ciekawie dwóch tych wrogów, z rozwagą i zimną krwią filozofa, który w najgwałtowniejszych uniesieniach namiętności ludzkich, widzi jedynie przedmiot studjów i rozmyślań.
W końcu, gdy milczenie stawało się coraz groźniejszem, zdecydował się zabrać głos, zwracając się do bankiera:
— Wiadomo panu zapewne, — rzekł, — że młody mój krewny został uwolnionym z więzienia?
— Tak jest, — odpowiedział pan Fauvel, który aby nie wybuchnąć, czynił najchwalebniejsze wysilenia; — tak jest, dla braku dostatecznych dowodów...
— Właśnie. Owoż to wyrażenie „dla braku dowodów“ tak jest złowrogiem dla jego przyszłości, że postanowił udać się do Ameryki.
Na tę wieść fizjognomja pana Fauvela zmieniła się nagle. Rysy jego wyciągnęły się, jak gdyby mu coś ulżyło na sercu.
— A więc on wyjeżdża? — powtórzył kilkakrotnie, — wyjeżdża!...
Nie można było omylić się co do intonacji. Wyraz „wyjeżdża,“ tak wymówiony, był śmiertelną zniewagą.
Pan Verduret chciał nic nie zauważyć.
— Mnie się zdaje, — rzekł tonem lekkim, — że postanowienie mojego krewnego jest rozsądne. Chciałem tylko, aby zanim opuści Paryż, złożył uszanowanie swoje dawnemu pryncypałowi.
Gorzki uśmiech zmarszczył usta bankiera.
— Pan Bertomy, — odpowiedział, — mógł był sobie oszczędzić tego kroku przykrego dla nas obu. Ani słuchać go, ani powiedzieć mu nie miałem nic.
Było to wyraźną odprawą, i pan Verduret tak to rozumiejąc, pożegnał pana Fauvela i wyszedł zabierając Prospera, który nie wymówił ani jednej sylaby.
Na ulicy dopiero kasjer odzyskał mowę.
— Chciałeś pan, wymagałeś, — rzekł głosem głuchym, — poszedłem za panem. Jestżeś zadowolony? Cóżem skorzystał na tem, że dodano nową krwawą obelgę do tylu innych?
— Ty nic nie zyskałeś, ale ja. Bez ciebie nie mogłem dostać się do bankiera, i teraz wiem już doskonale, co wiedzieć chciałem; mam pewność, że pan Andrzej Fauvel nie gra żadnej roli w tej kradzieży.
— O panie, — wtrącił Prosper, — można udawać.
— Zapewne, ale nie do tego stopnia. I nie dość na tem. Do moich dalszych projektów potrzebną mi była wiadomość, czy twój pryncypał ma pewne podejrzenia. Teraz śmiało powiedzieć mogę: Tak jest.
Prosper i jego towarzysz zatrzymali się, by swobodniej rozmawiać na rogu ulicy Laffite, wśród obszernego placu, pozostałego po zwaleniu domostw.
Pan Verduret zdawał się niespokojnym, i rozmawiając, odwracał co chwila głowę, jak gdyby kogo oczekiwał.
Niebawem wydał okrzyk zadowolenia.
W końcu tego improwizowanego placu ukazał się Cavaillon, z gołą głową, biegnący pędem.
Tak mu było pilno i tak był zaalarmowany, że ani nie powitał swego wielkiego przyjaciela Prospera, ani mu nawet ręki nie uścisnął; ale zwrócił się wprost do pana Verdureta.
— Wyjechały, — rzekł.
— Dawno?
— Przed kwadransem.
— Do djabła! — zawołał pan Verduret, — nie mamy tym sposobem ani chwili do stracenia.
I oddając Cavaillonowi bilet, który napisał przed kilką godzinami u Prospera, rzekł:
— Masz pan, oddaj to komu wiesz i wracaj czemprędzej, aby nie postrzeżono twojej nieobecności; wychodzić bez kapelusza jest to nieostrożność, która może czujność obudzić.
Młody Cavaillon nie dał sobie dwa razy tego mówić i pobiegł cwałem jak przybył. Prosper zdumiał się.
— Jakto, — rzekł, — pan znasz Cavaillona?
— Zdaje się, — odpowiedział pan Verduret z uśmiechem. — Ale to nie czas do rozmowy. Chodźmy, spieszmy się!
— Gdzież jeszcze idziemy?
— Zobaczysz dalej, nogi za pas!
Sam dawał dobry przykład, bo pędził przez ulicę Lafayette prawie krokiem gimnastycznym. Idąc, a raczej biegnąc, rozmawiał, mało się troszcząc, czy go Prosper słyszy, czy nie.
— Aha, — mówił, — nie ten bierze nagrodę na wyścigach, kto trzyma obie nogi w jednym trzewiku. Jak się trafi na trop, nie można spocząć ani na chwilę. Dziki, który w lasach dziewiczych trafił na ślad stopy nieprzyjaciela, bieży za nim bez wytchnienia, wiedząc, że wiatr albo deszcz może zamazać ślady. Tak samo jest i z nami: najmniejszy wypadek może zniszczyć ślad, za którym idziemy.
Przybywszy pod 1. 81, Verduret zamilkł i zatrzymał się.
— To tu, — rzekł do Prospera, — wnijdźmy.
Weszli i zatrzymali się na drugiem piętrze, przede drzwiami ozdobionemi tablicą mosiężną, na której wyryty był napis: „Magazyn Mód.“
Wzdłuż ściany u wnijścia wisiał pyszny sznurek od dzwonka, ale nie tknął go pan Verduret. Końcem palca zastukał lekko do drzwi w niezwykły sposób i natychmiast, jak gdyby kto oczekiwał tego znaku, drzwi się otworzyły.
Ukazała się kobieta. Mogła mieć około lat czterdziestu, ubiór jej był prosty, ale bardzo przyzwoity. Cichuteńko przeprowadziła Prospera z towarzyszem do jadalnego pokoju, bardzo schludnego, z którego wychodziło kilka drzwi.
Przed panem Verduretem ta kobieta schyliła się bardzo nisko, jak protegowana przed protektorem.
On zaledwie oddał ukłon. Oczyma pytał kobietę. Spojrzenie jego mówiło:
— I cóż?
Kobieta schyliła głowę znacząco.
— Tak.
— Tam, nieprawdaż? — zapytał pan Verduret cichym głosem, wskazując na jedne drzwi.
— Nie, — odpowiedziała kobieta tym samym tonem, — z tamtej strony, w saloniku.
Pan Verduret otworzył natychmiast wskazane drzwi i lekko wprowadził Prospera do saloniku, szepcąc mu do ucha:
— Wejdź, a pamiętaj zachować zimną krew...
Ale na co zdały się zalecania? Na pierwszy rzut oka w salonik do którego wchodził mimowolnie, Prosper wykrzyknął:
— Magdalena!...
Była to istotnie siostrzenica pana Fauvela, piękna, piękniejsza niż kiedykolwiek, pięknością spokojną i pogodną, która wzbudza podziw i poszanowanie.
Stojąc pośrodku salonu, koło stolika założonego materjałami, układała fałdy spódnicy z czerwonego aksamitu, złotem bramowanej, zapewne tej spódnicy, która stanowiła część kostiumu damy dworu Katarzyny Medycejskiej.
Na widok Prospera wszystka krew przypłynęła jej do twarzy, piękne jej oczy zamknęły się przez pół, jakby wpadała w stan omdlenia, i sił jej tak dalece zabrakło, iż musiała oprzeć się o stół, by nie upaść.
Magdalena nie była, i Prosper wiedział o tem, jedną z tych kobiet silnych, które przy lodowatem sercu umysł mają zawsze wolny, które mają czułostki, ale nigdy uczucia prawdziwego; romansowe heroiny, znajdujące sposób wyjścia z każdej okoliczności.
Dusza czuła i do marzeń skłonna, zawdzięczała różnym życia swego przygodom czułość wydelikatnioną, prawie chorobliwą. Ale była dumną, niezdolną do transakcji z sumieniem. Kiedy przemówiła do niej powinność, była posłuszną.
Osłabienie jej chwilę tylko trwało, i niebawem oczy wyrażały tylko wyniosłość i gorycz.
— Kto pana ośmielił, — zapytała, — szpiegować moje kroki? Jak pan mogłeś pozwolić sobie śledzić mnie i wchodzić do tego domu?
Prosper oczywiście nic w tem nie zawinił. Chciał jednem słowem wyjaśnić co zaszło. Niemożność tego wyjaśnienia zamknęła mu usta.
— Przysiągłeś mi pan na honor, — mówiła dalej Magdalena, — że nie będziesz usiłował nigdy mnie więcej widzieć. Czy tak pan dotrzymujesz słowa?
— Przysiągłem pani, ale... — zatrzymał się.
— O mów pan!
— Tyle wypadków zaszło od tego dnia, żem sądził, iż mi wolno będzie zapomnieć choćby na godzinę o zobowiązaniu, wydartem mojej słabości. Przypadkowi tylko, a przynajmniej nie własnej mojej woli zawdzięczam to szczęście, że mogę się raz jeszcze znajdować przy pani... Gdym panią zobaczył, serce moje zadrżało wewnętrzną radością. Nie sądziłem, nie, nie mogłem sądzić, że pani niemiłosierniejsza niż świat, odepchniesz w chwili, kiedy jestem tak nieszczęśliwy.
Gdyby Prosper był mniej gwałtownie rzucony w sferę nieprzewidzialności, mógłby był w tych pięknych oczach, które tak długo władały jego dolą, dopatrzeć się śladu walk, jakie miotały Magdaleną.
Ona jednak odrzekła głosem dość pewnym:
— Znasz mnie dosyć, Prosperze, aby mieć przekonanie, że żaden pocisk nie dosięgnie ciebie, któryby i mnie zarazem nie dosięgnął. Ty cierpisz... ja cię żałuję jak siostra żałuje najukochańszego brata...
— Siostra! — wyrzekł z goryczą Prosper, — tak, z tym to wyrazem na ustach wygnałaś mnie od siebie. Siostra! Dla czegóż więc trzy lata kołysałaś mnie najczarowniejszemi złudzeniami? Byłżem dla ciebie bratem wtedy, gdyśmy razem szli do Notre-Dame de Fourvières, w dniu, gdy u stopni ołtarza przysiągłszy sobie miłość wiekuistą, klęczeliśmy razem, a ty zawiesiłaś mi na szyi poświęcony szkaplerzyk, mówiąc: „W imię mojej miłości noś go zawsze, on ci przyniesie szczęście!“
Magdalena chciała mu przerwać czułym i błagalnym gestem, ale on tego nie widział.
— Rok temu już minął, — mówił dalej Prosper, — a w niecały miesiąc potem zwróciłaś mi słowo i wydarłaś mi obietnicę, że cię nigdy widzieć nie będę. Gdybym przynajmniej wiedział, jakim czynem, jaką myślą mogłem ci się nie podobać!... Ale nie raczyłaś mi dać żadnego wyjaśnienia. Tyś mnie wypędziła, a ja, żeby ci być posłusznym, udałem, żem się dobrowolnie oddalił. Powiedziałaś mi, że jakaś nieprzezwyciężona przeszkoda stanęła między nami, i ja ci uwierzyłem. Warjat! Tą przeszkodą jest własne twoje serce, Magdaleno! Jednak aż dotąd pobożnie zachowałem szkaplerzyk... Nie przyniósł mi on szczęścia...
Bielsza i bardziej nieruchoma niż statua, Magdalena schyliła czoło pod tą burzą namiętności bezmiernej. Obfite łzy spływały po jej licu.
— Prosiłam, ażebyś zapomniał, — szepnęła.
— Zapomnieć! — zawołał Prosper wzburzony, jakby usłyszał bluźnierstwo, — zapomnieć! A czyż ja mogę? Czyż jest w mocy mojej zatrzymać bieg krwi w mych żyłach? A ty nigdy nie kochałaś? By zapomnieć, tak samo, jak żeby wstrzymać bicia mego serca, jeden jest tylko sposób... umrzeć!
Słowo to w ten sposób wypowiedziane, akcentem dzikiej rezygnacji, wzburzyło Magdalenę.
— O nieszczęśliwy! — zawołała.
— Tak, nieszczęśliwy! tysiąckroć nieszczęśliwszy, niż sobie wyobrazić możesz. Nie pojmiesz nigdy moich tortur, kiedy od roku muszę co rano, jakoby na nowo dowiadywać się o mojem nieszczęściu i mówić sobie: Stało się, ona mnie już nie kocha! Co pani mówisz o zapomnieniu? Szukałem go nawet w zatrutych czarach i znaleźć nie mogłem. Chciałem zagasić to wspomnienie przeszłości, które płonęło we mnie ogniem pożerającym, napróżno... Kiedy ciało upadało, nieubłagana myśl czuwała jeszcze. Widzisz więc, że mógł mi przyjść na myśl spoczynek, to jest samobójstwo.
— Zabraniam panu wymawiać to słowo.
— Nie możesz niczego zbronić temu, kogo nie kochasz; wszak prawda, Magdaleno?
Przerwała mu gestem nakazującym, jak gdyby sama chciała coś powiedzieć, a kto wie? może wyjaśnić wszystko, usprawiedliwić się.
Ale nagła myśl wstrzymała ją, i z pełnym rozpaczy gestem zawołała:
— Boże mój! cierpię nad siły!
Prosper w innem znaczeniu pojął ten wykrzyknik.
— Litość twoja przybywa za późno, — rzekł z rozdzierającą rezygnacją. — Nie ma już szczęścia dla człowieka, któremu tak jak mnie dozwolonem było przejrzeć niebiańskie rozkosze. Nic mnie do życia przywiązać nie zdoła. Ty zabiłaś we mnie najświętszą wiarę co pocznę? Darmo pytam się przyszłości; nie ma dla mnie ani nadziei, ani obietnic, ani uśmiechów! Patrzę naokoło siebie, i widzę tylko opuszczenie, hańbę i rozpacz!
— Prosperze, przyjacielu mój, bracie mój, gdybyś ty wiedział...
— Wiem tylko jedno, Magdaleno! wiem, że kochałaś mnie, że mnie już nie kochasz, że ja kocham ciebie zapamiętale!
Umilkł. Spodziewał się odpowiedzi. Daremnie! Milczenie ich przerwał jęk przytłumiony.
Jęk ten wychodził z piersi pokojówki Magdaleny, która siedząc przy kominku, płakała.
Magdalena zapomniała o niej; Prosper wchodząc olśniony i zdumiony, nie postrzegł jej.
Teraz spojrzał na nią.
Młoda ta dziewczyna, ubrana w strój zwykły pokojówkom zamożnych domów, była z duszą i ciałem Nina Gypsy.
Prosper doznał tak gwałtownego wzruszenia, że nie zdobył się na żaden wykrzyknik, na żaden wyraz.
Okropność położenia przeraziła go. Stał między dwiema kobietami, które wpływ miały na jego życie: między Magdaleną, dumna dziedziczką, którą ubóstwiał — i został przez nią odepchnięty i Niną Gypsy, biedną dziewczyną, która go kochała i była mu niczem...
I ona słyszała wszystko, ta nieszczęśliwa Gypsy, widziała jak namiętność jej kochanka wybuchała dla innej w strasznych wyrzutach, w szalonych groźbach.
Prosper własnem cierpieniem mierzył cierpienie Niny. Bo ona dotkniętą była nie tylko w obecnej chwili, ale i w przeszłości. Jakież musiało być jej upokorzenie i gniew, gdy się dowiedziała jak nędzną rolę przeznaczyła jej miłość Prospera.
I dziwił się, że ta Gypsy, gwałtowność wcielona, siedziała spokojnie płacząc, że nie powstała z protestacją i przekleństwem.
Tymczasem Magdalena od chwili jak Prosper zamilkł, siłą energji zdobyła się na pozór spokoju.
Wolno, ruchem, którego zaledwie była świadomą, wzięła swój płaszczyk leżący na kanapie.
Gotowa do wyjścia, zbliżyła się do Prospera.
— Dla czego tu przyszedłeś? — zapytała. — Ty i ja potrzebujemy całej mocy duszy. Ty nieszczęśliwy jesteś, Prosperze, ja jestem jeszcze nieszczęśliwszą. Ty masz prawo oskarżać się, ja nie mam prawa ani łzy uronić, a kiedy serce moje pęka, muszę się jeszcze uśmiechać. Ty możesz jeszcze prosić o pociechę przyjaciela, ja nie mogę mieć innego powiernika prócz jednego Boga.
Prosper chciał odpowiedzieć, ale słowa zamarły mu na ustach; dusił się.
— Powiem ci jednak, Prosperze, — mówiła dalej Magdalena, — że nic nie zapomniałam. O! niech to upewnienie żadnej ci nie daje nadziei; dla nas nie ma przyszłości... Jeśli mnie kochasz, żyć będziesz. Nie będziesz tak okrutny, byś śmierć swą dodawał do mych męczarni. Przyjdzie może czas, w którym się będę mogła usprawiedliwić... A teraz, o mój bracie! o mój jedyny przyjacielu bądź zdrów!
I pochyliwszy się ku Prosperowi, dotknęła ustami czoła nieszczęśliwego młodzieńca, i wyszła spiesznie z Niną Gypsy.
Prosper został sam; zdawało mu się, że się ze snu budzi. Wtedy dopiero usiłował zdać sobie sprawę z tego co zaszło; pytał czy nie był igraszką snu, czy go rozum nie opuścił.
Nie mógł w tem nie dostrzedz potężnego wpływu człowieka, który dziś zrana dopiero po raz pierwszy mu się pokazał.
Jakąż to tajemniczą władzę posiadał ten nieznajomy, by według swojej woli przygotowywać wypadki? Zdawał się wszystko przewidywać i odgadywać; znał Cavaillona, wiedział gdzie ma iść Magdalena, umiał niepodległą Ninę Gypsy zobowiązać do posłuszeństwa.
Nagle wpadł w pomieszanie; w chwili gdy Verduret wchodził do saloniku, podbiegł ku niemu jak szalony, blady, groźny, i krótkim, ostrym tonem zapytał:
— Kto pan jesteś?
Gruby jegomość zdawał się bardzo umiarkowanie zdziwiony tym przystępem gwałtowności.
— Przyjaciel twego ojca, — odrzekł, — czyż nie wiesz?
— Panie, to nie jest odpowiedź. W chwili zapomnienia mogłem złożyć wolę moją w ręce człowieka nieznajomego, ale teraz...
— Jakto? czy pan żądasz mojej biografji? Czem jestem, czem byłem i czem mógłbym być?... Co pana to obchodzi? Powiedziałem panu: Ja cię ocalę; w tem tedy rzecz główna, bym cię ocalił.
— Mam jednak prawo zapytać pana jakiemi środkami.
— A to na co?
— Ażebym przyjął środki pańskie, albo je odrzucił.
— A jeżeli ja panu ręczę za powodzenie?
— Panie, to nie dosyć, ja nie zgodzę się na to, by dłużej być pozbawionym mojej woli, by być, bez uprzedzenia, wystawionym na takie próby jak dziś. Człowiek w moim wieku powinien wiedzieć co robi.
— Człowiek w twoim wieku, Prosperze, kiedy jest ślepy, bierze przewodnika, i nie ma prawa wskazywać drogę temu, kto go prowadzi.
Ton pana Verdureta pół żartobliwy, pół właściwy, pół litościwy, nie mógł uspokoić wzrastającej irytacji Prospera.
— Skoro tak! — zawołał, — to ja dziękuję panu za jego usługi, na nic mi się one nie zdały. Jeżelim walczył w obronie czci mojej i życia, to dla tego, że spodziewałem się kiedykolwiek jeszcze posiąść Magdalenę. Dzisiaj wiem, że między nią i mną wszystko skończone; cofam się z walki.
Postanowienie Prospera było tak widoczne, że pan Verduret chwilkę zdał się przerażonym.
— Zaczynasz pan rozum tracić, — rzekł.
— Nie na nieszczęście. Magdalena mnie już nie kocha, reszta mnie nie obchodzi.
Głos jego tchnął taką rozpaczą, że aż pan Verduret się wzruszył.
— Więc nic nie podejrzewasz? — zapytał. — Nie mogłeś pojąć znaczenia jej słów?
Prosper zrobił okropny gest.
— Pan podsłuchiwałeś? — zawołał.
— Wyznaję.
— Panie!...
— Tak, może to nie bardzo delikatnie, ale kto dąży do celu, nie zważa na środki. Słyszałem i cieszę się z tego, gdyż teraz mogę ci powiedzieć: Uspokój się Prosperze, bądź mężnym: Magdalena cię kocha, nigdy kochać nie przestała!
Chory i wtedy nawet gdy wie, że jest zgubiony i bliski śmierci, podaje ucho obietnicom lekarza. Tak stanowcze zapewnienie pana Verdureta oświeciło boleść Prospera promykiem nadziei.
— Oh! — westchnął, na raz uspokojony, — gdybym mógł wierzyć!...
— Wierzaj mi, bo ja się nie mylę. Oh! ty nie odgadłeś tak jak ja męczarni tej zacnej dziewicy, która wije się między miłością i tem co nazywa swym obowiązkiem. Czyż serce twe nie zabiło na jej słowa pożegnania?
— Ona kocha mnie, wolną jest, a ucieka odemnie...
— Wolna!... Nie, ona nie jest wolną. Oddając ci słowo szła za wolą wyższą i niezłomną. Ona spełnia akt poświęcenia. Dla czego? Nie długo się dowiemy, a tajemnica jej poświęcenia odkryje nam tajemnicę machinacji, której ty jesteś ofiarą.
W miarę jak przemawiał pan Verduret, Prosper czuł, że w nim tają wszystkie postanowienia buntu, a nadzieja i wiara wracały do serca.
— Oh! gdybyś pan prawdę mówił, — rzekł z głębokiem westchnieniem.
— Nieszczęśliwy młodzieńcze! i pocóż tak uporczywie zamykasz oczy na oczywistość! Czyż nie rozumiesz, że Magdalena wie nazwisko złodzieja?
— To nie podobna!
— Tak jest. Ale nie ma siły ludzkiej, któraby zdolna była wydrzeć jej to imię. Tak, ona ciebie poświęca, ale ma do tego prawo. skoro sama poświęca się pierwsza.
Prosper został zwyciężony, ale nie mógł bez rozdarcia serca opuścić salonu, w którym ukazała mu się Magdalena.
— Niestety! — zawołał ściskając rękę pana Verdureta, — ja muszę panu wydawać się śmiesznym, głupim... Oh! bo pan nie wiesz, nie możesz wiedzieć jak ja cierpię.
Człowiek z rudemi faworytami smutnie potrząsł głową; w jednej chwili fizjognomja jego zmieniła się, jego oczy tak przygasły, głos zadrżał.
— To co ty cierpisz, — odezwał się, — cierpiałem i ja. Tak jak ty kochałem nie zacną i czystą kobietę, ale kobietę!... Przez trzy lata byłem u jej nóg. Potem nagle pewnego dnia porzuciła mnie, który ją tak kochałem, dla innego, który nią pogardzał. Wtedy jak ty chciałem umrzeć. Niepoczciwa! Ani łzy, ani prośby nie mogły mi jej powrócić. Namiętność nie da się przekonać, ona kochała innego...
— I pan znałeś tego innego?
— Znałem.
— I nie pomściłeś się.
— Nie, — odpowiedział pan Verduret. I tonem szczególnym dodał: — Los pomścił się za mnie.
Z minutę Prosper nie przemówił słowa.
— Jestem więc zdecydowany, — wyrzekł nareszcie. — Cześć moja jest to święty depozyt, z którego winienem rachunek mojej rodzinie. Gotów jestem iść z panem do samego kresu, rozrządzaj pan mną.
W tymże samym dniu, Prosper wierny swemu słowu, sprzedał cały swój sprzęt domowy i rozpisał do swych przyjaciół listy, w których zawiadomił ich o bliskim swym odjeździe do San-Francisco. A wieczorem zamieszkał tak jak i pan Verduret w hotelu pod Wielkim Archaniołem.
Pani Aleksandra dała mu swój najpiękniejszy pokój, bardzo brzydki w porównaniu z wykwintnym salonikiem przy ulicy Chaptal. Ale on nie był w stanie zrobienia tej różnicy. Siadłszy na lichej kanapie, rozpamiętywał wypadki dnia dzisiejszego, znajdując jakąś posępną roskosz w swej samotności.
Około jedenastej czując, że mu głowa ciąży, chciał otworzyć okno, ale dla silnego wiatru musiał je zamknąć natychmiast.
Wtem wiatr dmuchnął, firanki drgnęły i pośrodku pokoju latał mały kawałek papieru.
Prosper machinalnie podjął papier i wpatrzył się weń.
Był on zapisany pismem drobnem, pismem Niny Gypsy, nie można było o tem powątpiewać.
Był to urywek podartego listu, a jeżeli z porozrywanych frazesów nie można było ułożyć zadowalniającego sensu, jednak po nich można było zajechać daleko na skrzydłach imaginacji.
Oto treść jego:
„...pana Raula, byłam bardzo nieroztr...
„...uknutego przeciw niemu, o czem nigdy...
„...uwiadomić Prospera i wtedy...
„...najlepszy przyjaciel, on...
„...rękę panny Ma...
Prosper nie spał tej nocy.
Niedaleko od Palais-Royal, przy ulicy Saint Honoré, pod znakiem Bonne-foi, znajduje się mały zakład będący kawiarnią i zarazem składem śliwek, bardzo uczęszczany przez urzędników tej części miasta. W jednej z sal tego skromnego zakładu, Prosper w piątek, to jest nazajutrz po swem uwolnieniu, oczekiwał pana Verdureta, który mu tu naznaczył schadzkę na godzinę czwartą.
Czwarta wybiła; pan Verduret jako uosobniona punktualność, ukazał się. Był jeszcze różowszymniż dnia poprzedniego, i jak wczora miał ten sam na obliczu wyraz zachwycającego zadowolenia z samego siebie.
Kazał podać sobie kawy, a gdy chłopiec oddalił się, zapytał:
— No i cóż, Prosperze, czy załatwione wszystkie nasze czynności?
— Tak, panie.
— Widziałeś się z krawcem.
— Oddałem mu pański list. Wszystko co pan rozkazałeś przyniesione będzie jutro do hotelu pod Wielkim Archaniołem.
— Zatem wszystko idzie dobrze, ponieważ i ja czasu nie traciłem, i przychodzę z wielkiemi nowinami.
O czwartej w Bonne-foi nie ma prawie nikogo. Godzina rannej kawy przeszła już, a pora piołunkówki jeszcze nie nadeszła. Pan Verduret z Prosperem mogli więc swobodnie rozmawiać, nie narażeni na niedyskretne ucho sąsiadów.
Pan Verduret wyjął pulares, ten nieoceniony pulares, który nakształt zaczarowanych książeczek o czarodziejkach, ma odpowiedź na każde zapytanie.
— Oczekując na wysłańców naszych, którym tu zejść się poleciłem, pomówmy trochę o panu de Lagors.
Usłyszawszy to nazwisko, Prosper zachował się inaczej jak dnia poprzedniego; nie protestował. Na podobieństwo niedojrzanych robaczków, które, skoro raz dobiorą się do pnia drzewa, niszczą go w przeciągu nocy, podejrzenie gdy raz przeniknie nasz umysł, rozwija się i wkrótce obala najsilniejszą wiarę.
Odwiedziny Lagorsa, urywek listu Gypsy, owionęły Prospera zwątpieniem, które co godzina, rzec można, zwiększało się i umacniało.
— Czy wiesz, kochany przyjacielu, — mówił dalej pan Verduret, — z jakiej na pewno okolicy pochodzi ten młody pan, który się tak bardzo mieni być twoim przyjacielem?
— Jest on, panie, z tych samych okolic, co pani Fauvel, z Saint-Rémy.
— Czy jesteś tego pewny?
— O! najzupełniej, panie. Mówił to nieraz nietylko mnie, ale także słyszałem, jak to mówił do pana Fauvela i ze sto razy do pani Fauvel, kiedy ta opowiadała o swej kuzynce, matce Lagors, którą bardzo kocha.
— A zatem nie ma tu żadnej wątpliwości ani też omyłki?
— Nie, panie.
— Ho! ho! — ciągnął pan Verduret, — rzecz zaczyna być interesującą.
I przegwizdywał między zębami, co było u niego oznaką wyższego zadowolenia.
— Cóż w tem jest szczególnego, proszę pana? — zapytał Prosper zaintrygowany.
— To, do djabła! — odrzekł gruby jegomość, — że się tak rzecz ma jak przewąchałem. Do pioruna! — mówił dalej, naśladując gęsta hecarzy przedstawiających sztuki na jarmarku. — Saint-Rémy to śliczne miasto, sześć tysięcy mieszkańców na wałach fortyfikacyjnych, pyszne bulwary, ratusz piękny, mnóstwo wodotrysków, wielki handel węglami, zakłady jedwabiu, sławne szpitale i t. d.
Prosper był jak na rozpalonych węglach.
— Przez litość, panie! — zawołał.
— Jest tam także, — mówił dalej pan Verduret, — tryumfalny łuk rzymski nie mający sobie równego i pomnik grecki, ale nie Lagorsa. Saint-Rémy jest Nostradamusa, a nie twojego przyjaciela ojczyzną.
— Jednak, panie, miałem dowody...
— Zapewne. Ale widzisz, dowody się podrabiają; krewnych można sobie zaimprowizować. Twoje objaśnienia są podejrzane, moje dowody niezbite. Tyś się dręczył w więzieniu, a ja tymczasem ustawiałem baterje, zbierałem amunicję by wszcząć ogień. Pisałem do Saint-Rémy i mam kilka odpowiedzi.
— Czy nie zechcesz mi ich pan zakomunikować?
— Trochę cierpliwości, — odpowiedział pan Verduret przewracając pugilares. — A! otóż jest pierwsza, numer pierwszy.
I począł czytać:
— „Lagors, starożytna rodzina, pochodzi z Maillane, zamieszkała w Saint-Rémy od lat stu...“
— A widzisz pan! — zawołał Prosper.
— Dajże mi skończyć, — rzekł pan Verduret.
I czytał dalej:
— „Ostatni z Lagors ów (Juliusz, Rene, Henryk), noszący tytuł hrabiego nie zupełnie prawem zatwierdzony, poślubił w roku 1829 pannę Rozalię, Klaryssę Fontanet de Tarascon; zmarł w grudniu roku 1848, nie zostawiając dziedzica płci męskiej, tylko dwie córki. Przeglądane regestra stanu cywilnego nie wzmiankują również żadnej osoby, któraby nazwisko Lagorsów nosiła.“
— No i cóż, — zapytał gruby człowiek, — cóż ty na to powiesz?
Prosper był przybity.
— Jakimże więc sposobem pan Fauvel nazywa Raula swoim siostrzeńcem? Chcesz powiedzieć, siostrzeńcem swojej żony. Ale idźmy do odpowiedzi numer drugi. Nie jest ona urzędowa, ale rzuca drogocenne światło na dwadzieścia tysięcy franków rocznego dochodu twego przyjaciela:
— „Juliusz, Réné, Henryk de Lagors, ostatni tego imienia umarł w Saint-Rény 20. grudnia 1848 roku, w stanie bliskim nędzy. Miał on wprawdzie majątek, ale przedsiębiorstwa zrujnowały go zupełnie.“
— Nie zostawił syna, tylko dwie córki, z których jedna jest nauczycielką w Aix, druga za drobnym negocjantem w Orgon. Wdowa po nim zamieszkała w miasteczku Montagnette, żyje z dobrodziejstw jednej ze swych krewnych, żony bogatego bankiera w stolicy. W całym obwodzie Arles nie ma i jednej osoby nazwiska Lagors.
— Oto i wszystko! — rzekł pan Verduret, — czy nie dosyć?
— To jest, panie, nie wiem dobrze, czy ja śnię, czy jestem na jawie!
— Rozumiem. Ale jeszcze jedną uwagę ci uczynię. Ludzie ściśle myślący powiedzą, że pani Lagors, jako wdowa, po śmierci swego męża mogła mieć dziecko naturalne, nie przyznane, któremu nadała to nazwisko. Zarzut ten istnieć nie może z powodu wieku twego przyjaciela. Raul ma lat 24, a nie ma jeszcze lat 20 od śmierci pana Lagorsa.
Nie było co na to odpowiedzieć; Prosper dobrze to zrozumiał.
— Ależ w takim razie, — rzekł zamyśliwszy się, — któż jest więc Raul?
— Tego nie wiem. Prawdę mówiąc, trudniej jest odkryć kim on jest, aniżeli dowiedzieć się kim nie jest. Jeden tylko człowiek mógłby nas w tym względzie objaśnić, ale ten tego nie zrobi.
— Pan de Clameran, nieprawdaż?
— Właśnie.
— Zawsze wzbudzał on we mnie niewytłumaczony wstręt, — powiedział Prosper. — Ah! gdybyż to można spisać protokół z tego człowieka!
— Mam ja już kilka zapisanych uwag, — odpowiedział pan Verduret, — których mi twój ojciec dostarczył, bo znał dobrze rodzinę Clameran.
— Cóż panu mój ojciec powiedział?
— Nic zadowalającego, uspokój się. Oto dla objaśnienia, przeczytam ci treść jego wiadomości:
„Ludwik de Clameran urodzony w zamku Clameran, w bliskości Tarascon. Miał starszego brata imieniem Gaston. W 1842 roku, w bójce Gaston nieszczęściem zabił jednego człowieka, a drugiego ranił, skutkiem czego zmuszony był wyemigrować. Był to szlachetny chłopiec, otwarty, uczciwy, to też wszyscy go kochali. Ludwik przeciwnie, miał najobrzydliwsze wady i był nienawidzonym.
„Po śmierci ojca Ludwik przybył do Paryża, i w niespełna dwa lata strwonił nie tylko swoją część ze spadku ojcowskiego, lecz także i część brata wygnańca.
„Zrujnowany, odłużony, Ludwik de Clameran zaciągnął się do wojska, i tak się źle sprawował w pułku, że był zesłany do kompanji poprawczej.
„Po wyjściu ze służby, stracono go z oczu; tylko tyle o nim wiedzą, że mieszkał w Anglji, następnie w Niemczech, gdzie miał straszna awanturę w jednem z miast utrzymujących gry hazardowne.
„W roku 1805 znajdujemy go znowu w Paryżu. Tu żył w ostatniej nędzy i uczeszczał w najgorsze towarzystwa, pomiędzy najgorsze kobiety i oszustów.
„Brał się na najbezwstydniejsze wybiegi, gdy jednym razem dowiedział się o powrocie swego brata do Francji. Gaston dorobił się majątku w Meksyku. Młody jeszcze, nawykły do życia czynnego, tylko co nabył w bliskości Oloron hamernię żelaza, kiedy sześć miesięcy temu zmarł na rękach brata swego Ludwika. Smierć ta nie tylko przyniosła naszemu Clameranowi wielki majątek, ale zarazem i tytuł margrabiego.“
Prosper rozmyślał. W przeciągu dwudziestu czterech godzin, podczas których pan Verduret działał w jego oczach, zaczął przejmować się jego badawczą metodą. Jak on starał się uporządkowywać wypadki, zastosowywać okoliczności do podejrzeń, mniej więcej prawdopodobnych.
— Z tego wszystkiego co mi pan mówisz, — rzekł nareszcie, — wypływa, że pan de Clameran, ten nasz Clameran rozumie się, był w straszliwej nędzy, kiedym go pierwszy raz widział u pana Fauvela.
— Oczywiście.
— A wkrótce potem i Lagors przybył ze swej prowincji?
— Właśnie.
— I w miesiąc po jego przybyciu, jednym razem Magdalena odtrąciła mnie od siebie.
— Cóż znowu!... — zawołał pan Verduret, — zaczynasz widzę pojmować i rozwiązywać znaczenie wypadków.
Zatrzymał się na widok nowego gościa, który wchodził do Bonne-Foi. Był to służący z dobrego domu, starannie wyczesany, wygolony, godnie noszący czarne faworyty à la Bergami; miał wysokie buty ze sztylpami, spodnie żółte i kamizelkę wykładaną w paski czerwone i czarne.
Objąwszy szybkim, lecz pewnym wzrokiem dokoła salę, prędko przystąpił do stołu pana Verdureta.
— I cóż, panie Józefie Dubois? — zapytał gruby mężczyzna.
— Ach panie, nie pytaj się, — odpowiedział służący, — interesa pędzą, okrutnie pędzą.
Całą swoją uwagę na jaką tylko mógł się zdobyć, wytężył teraz Prosper na rozpatrzenie się w tym paradnym słudze.
Zdawało mu się, że zna tę fizjognomię. Mówił sobie, iż niezawodnie widział gdzieś to czoło wycięte i te oczy drażniącej ruchliwości. Lecz gdzie? lecz w jakich okolicznościach? Szukał i znaleźć nie mógł.
Tymczasem Józef zasiadł, nie przy stole pana Verdureta, lecz przy sąsiednim, kazał sobie podać szklankę piołunówki, którą zwolna przyrządzał, wpuszczając wodę z góry, kropla po kropli podług zasady.
— Mów! — rzekł do niego pan Verduret.
— Nim zacznę panie, muszę powiedzieć, że nie na różach spoczywa rzemiosło pokojowego sługi i zarazem stangreta u pana de Clameran.
— Do rzeczy, do rzeczy! jutro już żalić się nie będziesz.
— Niech i tak będzie... Otóż wczoraj wyszedł mój ptaszek piechotą około drugiej. Jak zwykle szedłem za nim. Czy pan wie gdzie poszedł? A to wyśmienite! Udał się pod Wielkiego Archanioła, na schadzkę do tej pani.
— Wiem; powiedziano mu, że wyjechała. Cóż dalej?
— Co dalej? Ależ on był wcale niezadowolony z tego, upewniam pana. Wrócił do domu, gdzie ktoś inny, pan Raul de Lagors czekał na niego. Co prawda, to pan Clameran w przekleństwach nie ma sobie równego. Raul zapytał, co słychać nowego i to go w taki straszny gniew wprowadziło. Przyszedłem zniczem, — mówił, — zupełnie z niczem... To tylko wiem, że ta oszustka wyniosła się, że nie wiadomo gdzie jest, słowem, że się nam z rąk wyślizgnęła. — Wtedy obaj bardzo się zadumali i zaniepokoili. — Czy ona wie co ważnego? — zapytał de Lagors. — Nie wie nic nad to, co ci mówiłem, ciągnął Clameran, ale to nic gdyby doszło do uszu człowieka z węchem, mogłoby go naprowadzić na ślady prawdziwe.
Pan Verduret uśmiechnął się jak człowiek, który umie ocenić słuszne powody obawy pana de Clameran.
— Doprawdy! — zawołał, — a to on nie jest zupełnie odarty z rozumu, ten twój miły ptaszek? Cóż dalej?
— Wtedy, panie, pan de Lagors zsiniał i zawołał: „Jeśli to rzecz tak ważna, to trzeba się będzie pozbyć tej jędzy!“ O, to dziarski chłopiec ten pan Raul! Lecz mój pan zaczął się śmiać i wzruszać ramionami. „Głupiec jesteś, powiedział mu, skoro nam przeszkadza kobieta tego rodzaju, trzeba przedsięwziąć środki, aby jej się pozbyć sposobem administracyjnym.“ Ta myśl bardzo ich rozśmieszyła.
— Bardzo wierzę, — potwierdził pan Verduret, — wyborna myśl, tylko na nieszczęście zapóźno się wzięli do jej wykonania. To nic, którego obawia się Clameran, doszło już do uszu bardzo inteligentnych. Ale że nie chcę, aby ci ludzie psuli mi szyki, trzeba zawiadomić biuro obyczajów publicznych.
— Dobrze panie, — powiedział Józef.
Prosper słuchał tego sprawozdania z gorączkową ciekawością, i każde słowo opowiadania rzucało nowe światło na wypadki. Teraz zdawało mu się, że rozumie urywek listu Gypsy. Ten sam Raul, który całe jego zaufanie posiadał, był prostym nędznikiem. Mnóstwo dawniej nierozbieranych okoliczności przychodziło mu teraz na myśl, i dziwił się jak mógł tak długo ulegać ślepocie.
Tymczasem Józef mówił dalej:
— Wczoraj po objedzie mój ptaszek wystroił się jak do ślubu. Ogoliłem go, ufryzowałem, wypachniłem, wycackałem, poczem wsiadł do powozu i zawiozłem go na ulicę Provence, do Fauvela.
— Jakto! — zawołał Prosper, — po obelżywych wyrazach, wyrzeczonych w dniu kradzieży, był tyle zuchwały, że się tam udał?
— Tak, mój paniczu, był tyle zuchwałym, a nawet przesiedział tam cały wieczór, prawie do północy, na moje wielkie umartwienie, bo ja na moim koźle zmokłem jak kura.
— Jaką miał minę wychodząc? — zapytał pan Verduret.
— Gorszą niż gdy wchodził, to rzecz pewna. Gdy następnie zaprowadziwszy konie do stajni, a powóz do wozowni, przyszedłem zapytać go czy czego nie potrzebuje, drzwi były zamknięte, a on lżył mnie za niemi.
I jakby na przetrawienie tego poniżenia, Józef połknął haust piołunówki.
— Czy już wszystko? — zapytał pan Verduret.
— Co do dnia wczorajszego, wszystko panie. Dziś zrana mój ptaszek wstał późno, i ciągle był zły jak brytan. W południe przyszedł ten drugi, Raul, wściekły jak tamten. Zaczęli się kłócić, ależ to panie była kłótnia!... woźnicy mogliby się powstydzić za nich. Naraz mój wielki człowiek, pan Clameran, złapał tamtego za gardło i trząsł nim jak gruszą; jużem sądził, że go zadławi. Ale Raul nie głupi; wyciągnął sobie z kieszeni piękny spiczasty nóż, co zobaczywszy Clameran przeląkł się, puścił go i uspokoił się.
— Lecz cóż przy tem mówili?
— Otóż wtem sęk, panie! — zawołał litośnie Józef; — łotry mówili po angielsku i dla tego nic nie zrozumiałem. Ale że im szło o pieniądze, jestem tego pewny.
— Jakimże sposobem wiesz o tem?
— Jakim panie? że z powodu wystawy powszechnej nauczyłem się jak się mówi pieniądze wszystkiemi językami, a ten wyraz ciągle powtarzali.
Pan Verduret zmarszczywszy brwi, mruczał coś do siebie niezrozumiale, a przypatrujący mu się Prosper pytał sam siebie, czy on czasem nie usiłuje samą mocą zastanowienia domyśleć się, jaki był rzeczywisty duch rozmowy, którego przeniknąć nie mógł prosty służący.
— Pod koniec, — ciągnął dalej Józef, — łotry uspokoiwszy się, zaczęli znów po francusku mówić. Ale cóż mi z tego, kiedy mówili o rzeczach nic nie znaczących, o jakimś balu maskowym w dniu jutrzejszym u bankierów. To tylko zauważałem, ze mój pan wyprowadzając tamtego, rzekł mu: „Ponieważ ta scena jest nieuniknioną, do tego stopnia, że dzisiaj nawet musi się odbyć, bądź więc u siebie w Vésinet tego wieczora. — „Dobrze,“ odpowiedział mu Raul.
Zmrok zapada]. Kawiarnia potrochu napełniła się gośćmi, którzy prawie wszyscy wołali o podanie im piołunówki.
Kelnerzy wskakiwali na krzesła zapalając gaz, co wydawało głuchy odgłos.
— Trzeba zmykać, Józefie, — rzekł pan Verduret, — twój pan może cię potrzebować, a co ważniejsza, jest tu ktoś, co chce ze mną pomówić. Do jutra więc...
Ten ktoś był to Cavaillon, zmieszany i drżący jak nigdy. Rzucał na wszystkie strony niespokojnym wzrokiem, przestraszony jak złodziej, który czuje za sobą całą policję Paryża.
Nie zasiadł jak tamten przy stole pana Verdureta. Ukradkiem uścisnął rękę Prosperowi, i dopiero gdy się zapewnił, że nikt na niego nie zważa, odważył się podać panu Verduretowi mały pakiet mówiąc:
— Oto, co znalazła w szufladzie...
Był to modlitewnik bogato oprawny. Pan Verduret przejrzał go szybko, i zaraz znalazł odrywane wyrazy z listu, który Prosper wczoraj odebrał.
— Byłem moralnie przekonany, — rzekł, podając książkę młodemu człowiekowi, a to jest dowód dotykalny, jedynie mogący cię zbawić.
Na widok tej książki Prosper zbladł, poznał ją odrazo. Była to ta sama, którą ofiarował Magdalenie w zamian za medaljonik poświęcany.
I w samej rzeczy, na pierwszej zaraz karcie Magdalena napisała: „Pamiątka z Notre-Dame de Fourvieres, 17. stycznia 1866 r.
— Ależ to książka Magdaleny! — zawołał.
Pan Verduret nic nie odrzekł. Podniósł się, aby podejść do wchodzącego w tej chwili młodego człowieka, ubranego jak chłopcy z handlu win.
Zaledwie rzucił wzrokiem na liścik, który mu ten chłopiec podał, wrócił zaraz do stołu w stanie nadzwyczajnego wzruszenia.
— Być może, że go już mamy! — zawołał.
I rzuciwszy pięcio-frankową sztukę na stół, nie przemówiwszy słowa do Cavaillona, zabrał Prospera osłupiałego.
— Co za fatalność! — mówił biegnąc po chodniku, — bardzo być może, że nam się wymknie. Pewnie spóźnimy się na stację św. Łazarza, na pociąg odchodzący do Saint Germain.
— Ależ na Boga! o cóż idzie? — pytał Prosper.
— Chodź tylko, spiesz się, w drodze pomówimy.
Gdy przybyli na plac Palais-Royal, pan Verduret zatrzymał się przy fiakrze, którego konie jednym rzutem oka ocenił.
— Ile chcesz za zawiezienie mnie do Vésinet? — zapytał woźnicę.
— Kiedy proszę pana ja tej drogi nie znam...
Ten jeden wyraz Vésinet zupełnie objaśnił Prospera.
— Ja ci wskażę drogę! — zawołał żywo.
— W takim razie, — odrzekł woźnica, — ponieważ jest późna godzina, a pora taka, że psa trudno wypędzić na ulicę, da mi pan dwadzieścia pięć franków.
— A jeśli prędko pojedziesz, ile żądasz?
— Do licha! szlachetny panie, co łaska, gdyby tak trzydzieści pięć, sądzę...
— Dostaniesz sto, — przerwał pan Verduret, — jeżeli dogonisz powóz, który przed pół godziną ztąd odjechał.
— Do pioruna! — krzyknął uradowany woźnica, — niechże pan siada, bo czas drogi.
I klasnąwszy potrójnie biczem po chudych szkapinach, wjechał galopem w ulicę Valois.
Do Vésinet są dwie drogi. Jedna na lewo ubita, starannie utrzymana, prowadzi do wsi, której nowy kościół pośród drzew przeziera; druga na prawo, świeżo wytknięta, trochę piaskiem pokryta, prowadzi do lasu.
Wzdłuż tej drugiej, która za lat pięć będzie ulicą, mało jest domów gustownie i porządnie zbudowanych; po większej części wznoszą się tam w pewnych od siebie odstępach wśród drzew sielankowe ustronia negocjantów paryskich przez zimę niezamieszkałe.
Na tem to rozdrożu około dziewiątej wieczorem, Prosper kazał stanąć dorożce, do której wsiadł z panem Verduretem na placu Palais-Royal. Dorożkarz zarobił sto franków. Konie były wycieńczone, ale przed pięcią minutami pan Verduret i Prosper postrzegli światło latarni od powozu, który nie był dalej jak pięćdziesiąt kroków przed nimi.
Wysiadłszy pierwej, pan Verduret podał dorożkarzowi bilet bankowy.
— Oto masz, — rzekł, — co ci przyobiecałem. Wstąpisz do pierwszego zajazdu, jaki znajdziesz po prawej ręce, wchodząc do wsi. Jeżeli za godzinę nie wrócimy, możesz odjechać do Paryża.
Dorożkarz dziękował bez końca, ale Prosper ani jego towarzysz tego nie słyszeli. Rzucili się, biegnąc prawie w pustą ulicę.
Niepogoda, której przy odjeździe tak się obawiał dorożkarz, była jeszcze gorszą. Deszcz lał strumieniem, a szalony wicher usiłował łamać czarne konary drzew, których trzaskanie równało się gromowym łoskotom.
Ciemność głęboka, nieprzejrzana, tem straszniej wyglądała przy odbłyskach w dali migającej latarni stacyjnej, którą rozhukany wiatr zdawało się że co chwila zagasi.
Już od pięciu minut pan Verduret z Prosperem biegli środkiem drogi zalanej i w kałużę zmienionej, gdy raptem kasjer zatrzymał się.
— Jużeśmy przybyli, — zawołał, — oto mieszkanie Raula!
Przed kratą żelazną, otaczającą odosobniony dom, stała dorożka, ta sama, którą pan Verduret z Prosperem z daleka widzieli.
Owinięty płaszczem woźnica siedział pochylony na koźle i zasnął już mimo wiatru i deszczu, oczekując na gości, których tu przywiózł.
Pan Verduret zbliżył się do powozu, i pociągając woźnicę za płaszcz, zawołał:
— Hej, przyjacielu!
— Jestem panie, jestem!...
Lecz skoro przy świetle latarni dostrzegł tych dwóch ludzi w tem opuszczonem miejscu, wyobraził sobie, że to złodzieje, czyhający na jego kieszeń, a kto wie — może i na życie, i przeląkł się bardzo.
— Już po mnie! — zawołał, wykręcając biczem, — jestem zamordowany.
— Cicho głupcze! — rzekł pan Verduret, — potrzebuję od ciebie jednego objaśnienia, za które zapłacę ci sto su. Czy przywiozłeś tu pewną panię w podeszłym wieku?
To zapytanie i obietnica pięciu franków, zamiast uspokoić dorożkarza, wprawiły go z przestrachu w przerażenie.
— Mówiłem wam już idźcie w swoją drogę; zmykajcie, bo inaczej na pomoc zawołam.
Pan Verduret cofnął się natychmiast.
— Oddalmy się, — szepnął do ucha Prosperowi, — to zwierzę może tak zrobić jak mówi, a skoro zbudzi uwagę, już po naszych projektach... Chodzi o to, żeby wejść niekoniecznie bramą.
Wtedy obaj poszli wzdłuż muru otaczającego ogród, szukając dogodnego miejsca do przeskoczenia.
Ale to nie było łatwem w ciemnościach; mur miał od dziesięciu do dwudziestu stóp wysokości. Na szczęście pan Verduret jest lekkim. Wybrał miejsce najdogodniejsze, odsądził się, rozpędził, i ogromnym skokiem, pomimo swej otyłości, potrafił zawiesić się na brzegu muru. Pomagając sobie następnie nogami, silnemi dłońmi wzniósł się wyżej, i nareszcie wsiadł na mur jak na konia.
Teraz przyszła kolej na Prospera, lecz ten, jakkolwiek dużo młodszy od swego towarzysza, nie posiadał tęgości jego nóg, i pan Verduret był zmuszonym nie tylko wciągnąć, ale i spuścić go na drugą stronę.
Gdy już byli w ogrodzie, pan Verduret zaczął rozpatrywać grunt...
Dom zamieszkany przez pana Lagors stoi pośród obszernego ogrodu. Jest wąski i wysoki, ma dwa piętra i strych.
W jednem z okien drugiego piętra świeciło się.
— Ty co znasz ten dom bywając tu tak często, czy nie mógłbyś mi powiedzieć, co to za pokój, w którym się świeci?
— Jest to pokój sypialny Raula.
— Bardzo dobrze. Teraz zróbmy przegląd innych pokoi. Co się znajduje na dole?
— Kuchnia, gospodarstwo, sala bilardowa i pokój jadalny.
— A na pierwszem piętrze?
— Salon przedzielony na dwa portjerą z materji i gabinet do pracy.
— A gdzież mieści się służba?
— Obecnie Raul nie ma jej wcale. Obsługuje go dwoje ludzi, mąż i żona z Vésinet, przychodzą zrana, a odchodzą po objedzie wieczorem.
Pan Verduret z radości zatarł sobie ręce.
— Kiedy tak wszystko idzie dobrze, — zawołał, — jeden szatan mógłby nam tylko przeszkodzić w podsłuchaniu tego o czem mówią Raul i ta osoba przybyła z Paryża o tej godzinie i w takiej porze... Chodźmy!
Prosper zawahał się; zamiar wydał mu się za śmiały.
— Ależ panie, — powiedział.
— To mi się podoba, — rzekł gruby jegomość drwiącym tonem, — i pocóż przybyliśmy aż tutaj? Czy sądzisz, że dla zabawy?
— Mogą nas odkryć.
— Cóż ztąd?... Za najmniejszym szmerem zdradzającym naszą obecność, wejdziesz pan z całą swobodą jak przyjaciel, który przybył odwiedzić przyjaciela, a drzwi zastał otworem.
Na nieszczęście drzwi, ciężkie dębowe, były zamknięte, pan Verduret wstrząsnął niemi, ale napróżno.
— Co za nierozwaga! — mruknął gniewnym tonem, — powinienem zawsze nosić z sobą moje instrumenta. Taki lichy zamek, którybym lada kluczem otworzył, a tu ani haczyka, ani nawet kawałka żelaza.
Widząc niepodobieństwo swoich usiłowań, odstąpił od drzwi i pobiegł do wszystkich okien, będących na dole. Niestety! wszystkie żaluzje były pospuszczane i dobrze przytwierdzone.
Pan Verduret był zdesperowany. Włóczył się koło domu, jak lis koło kurnika, wściekły, że nie może znaleźć otworu, przez któryby się przedarł.
Wrócił znów na miejsce w ogrodzie, zkąd najlepiej można było widzieć pokój oświetlony.
— Gdyby choć zajrzeć można! — rzekł. — Wiedzieć że tam, tam, — i wskazał ręką na okno, — jest rozwiązanie zagadki, i że oddzieleni jesteśmy od niej tylko trzydziestu lub czterdziestu stopniami tych dwóch piętr!...
Podszedł ku domowi i rozmyślał, jakimby sposobem wdrapać się po ślizgim murze.
— Ja muszę zobaczyć, — powtarzał, — i zobaczę.
Raptem Prosper jakby sobie coś przypominając, rzekł:
— Ależ pamiętam, że tu była jakaś drabina.
— I nic mi o tem nie mówisz! Gdzie jest?
— W głębi ogrodu pod drzewami.
Pobiegli oba i choć z trudnością, znaleźli drabinę leżącą pod murem. Porwali ją i w jednej chwili pod dom zanieśli.
Lecz przystawiwszy ujrzeli, że choćby ją trzymali najbardziej pionowo, z narażeniem się na złamanie karku, jeszcze była za krótka, brakowało bowiem że sześć stóp do okna, w którem się światło paliło.
— Nic z tego nie będzie! — rzekł Prosper zniechęcony.
— Właśnie że będzie! — zawołał tryumfująco pan Verduret.
Stanął na parę stóp od domu twarzą odwrócony od niego, porwał drabinę, podniósł ostrożnie do góry, oparł najniższy szczebel na swoich ramionach, drugi jej koniec umieściwszy jak mógł najwyżej. Złamał przeszkodę.
— A teraz, — rzekł do towarzysza, — wchodź!
Położenie Prospera byłe bolesne; doprowadzony do ostateczności, nie wahał się więcej. Radość przełamanej trudności, nadzieja tryumfu, dodawały mu sił i zwinności tak, że sam siebie nie poznał. Złapał bez wstrząśnienia za szczeble z odwrotnej strony drabiny, i rzucił się na nią pomimo że się trzęsła i chwiała pod jego ciężarem.
Lecz zaledwie miał czas zajrzeć oknem do środka, wydał krzyk, straszny krzyk, który zginął przy odgłosach burzy, a sam spuścił się, czyli raczej spadł na zmoczoną ziemię wołając:
— Nędznik! Nędznik!...
Szybko i z nadzwyczajną siłą zestawił pan Verduret ciężką drabinę na grunt i rzucił się do Prospera, sądząc że niebezpiecznie raniony.
— Co ci się stało? — pytał, — co ci jest?
Ale Prosper już się podniósł.
Pomimo ciężkiego upadku, chwila ta była dla niego tem strasznem przesileniem, w którem dusza wszechwładnie panuje nad ciałem, a ciało martwem jest na cierpienia.
— To jest, — odrzekł głosem ostrym i krótkim, — że Magdalena, czy słyszysz pan, Magdalena jest tam, w tym pokoju, sam na sam z Raulem.
Pan Verduret zmięszał się. Był człowiekiem nieomylnym, tymczasem wnioski jego zawiodły go.
Wiedział dobrze, ze u pana Lagorsa znajduje się kobieta, lecz podług jego domysłów i liściku, który mu Gypsy do kawiarni przysłała, sądził, że tą kobietą jest pani Fauvel.
— Czy się pan czasem nie mylisz? — zapytał.
— Nie panie, nie! ja bym nie mógł wziąć innej kobiety za Magdalenę. Pan coś ją słyszał wczoraj mówiącą, odpowiedz: czy mogłem spodziewać się tej nikczemnej zdrady? „Ona cię kocha, mówiłeś, ona cię kocha!“
Pan Verduret nic nie odrzekł. Rozbity tą omyłką, szukał jej powodów, a przenikliwy jego rozum zaczął je już pochwytywać.
— Więc to jest ta tajemnica, którą Nina odkryła? — ciągnął dalej Prosper. — Magdalena, ta czysta, szlachetna Magdalena, której jak własnej matce wierzyłem, jest kochanką tego fałszerza, co skradł imię, jakie nosi. A ja dobroduszny głupiec, byłem tego nędznika najlepszym przyjacielem. Jemu wypowiadałem wszystkie moje trwogi i nadzieje... a on był jej kochankiem!... Byłem igraszką ich schadzek, śmiali się zapewne z mojej śmiesznej miłości, z mego ślepego zaufania!...
Zatrzymał się, upadł pod gwałtownością wrażeń. Zdeptanie miłości własnej podwaja najstraszniejsze cierpienia. Pewność, że był tak niegodnie zdradzonym i oszukanym, wprawiła go w stan zupełnego odrętwienia.
— Dosyć już tych upokorzeń! — zawołał głosem niesłychanej wściekłości, — nie przyjdzie do tego, żebym nikczemnie schylił głowę pod krwawemi obelgami.
Byłby się rzucił do drzwi, lecz pan Verduret pomimo ciemności pilnował jego poruszeń; zatrzymał go.
— Co robisz?
— Chcę się zemścić! Ah, wybiję te drzwi! nie obawiam się już skandalu, ani hałasu, bo nie mam nic do stracenia! Chcę wejść do tego domu, nie jak złodziej cichaczem, lecz jak człowiek śmiertelnie dotknięty, który przychodzi żądać zadosyćuczynienia za doznaną obrazę!
— Ty tego nie zrobisz. Prosperze.
— A któż mi zabroni?
— Ja!
— Pan?... O, nie sądź! Ukazać się, zabić, samemu umrzeć nareszcie, oto wszystko, co chcę uczynić!
Gdyby nie żelazne dłonie pana Verdureta, Prosper byłby mu się wymknął. Nastąpiła krótka chwila walki między nimi, i pan Verduret zwyciężył.
— Jeżeli będziesz hałasował, — rzekł, — jeżeli obudzisz uwagę, na nic się nie zdadzą nadzieje.
— Nie ma dla mnie nadziei!
— Gdy się Raul opatrzy, ucieknie, a ty będziesz na zawsze zhańbiony.
— Nie dbam o to!
— Ale tu chodzi o mnie, nieszczęsny! ja przysiągłem że wykażę twoją niewinność. W twoim wieku można znaleźć miłość, ale odzyskać splamiony honor nigdy.
Zewnętrzne przeszkody nie istnieją w obec prawdziwej namiętności. Pan Verduret stojąc z Prosperem w deszcz, zmoczeni do nitki, po kolana w błocie, prowadzili namiętną dyskusję.
— Muszę się zemścić! — powtarzał Prosper uparcie, czepiając się tej myśli, — ja się muszę zemścić.
— To się mścij, kiedy koniecznie chcesz! — krzyknął pan Verduret w gniewie, — ale mścij się jak człowiek, a nie jak dziecko!
— Pan mnie obrażasz!
— Tak jest, powtarzam jak dziecko. Pocóż więc idziesz do tego domu? Czy masz broń? Nie. Rzucisz się na Raula, będziecie się bili? A przez ten czas Magdalena odjedzie, i cóż z tego? Jeszcze pytanie kto kogo zwycięży?
Prosper, którego przekonanie o jego bezsilności zwalczało, zamilkł.
— Broń wcale tu nie potrzebna! — mówił dalej pan Verduret, — szaleństwem byłoby zabijać człowieka, którego można zesłać na galery.
— Więc cóż mam zrobić?
— Trzeba czekać. Zemsta słodkim jest owocem gdy dojrzeje Prosper by przekonany. Pan Verduret zrozumiał to, i rzucił mu swój ostatni argument, najpewniejszy, który trzymał w rezerwie.
— Przytem, — dodał, — kto nam zaręczy, że Magdalena dla Raula tu przyjechała? Wszak mamy prze konanie, że robi z siebie poświęcenie! Być może, że wyższa wola, która nakazała jej oddalić ciebie, skłoniła ją do tego kroku dziś wieczorem...
Głos, który przemawia w duchu naszych najdroższych nadziei, zawsze trafia do przekonania. Jakkolwiek mało prawdopodobne, przypuszczenie to uderzyło Prospera.
W samej — rzeczy, mruknął, — bardzo być może!
— Latwoby się przekonać, gdybym mógł zobaczyć, dodał Verduret.
Prosper przez chwilkę nie odpowiedział.
— Czy mi pan przyrzekasz, — zapytał wreszcie, — że mi powiesz całą swoją myśl, całą prawdę, jakkolwiek przykrą by dla mnie była?
— Przysięgam ci na honor.
Wtedy Prosper z siłą, której się w sobie nie domyślał, porwał za drabinę, najniższy jej szczebel postawił sobie na ramionach, tak jak to zrobił pan Verduret.
— Wchodź pan! — zawołał.
W jednej minucie, lekko, zręcznie wdarł się pan Verduret na drabinę bez szelestu i stanął przy oknie.
Prosper prawdę mówił. Magdalena była tam, o takiej porze, sam na sam z Raulem de Lagors.
Nie zdejmowała, jak to pan Verduret zauważył, kapelusza ani płaszczyka.
Stojąc na środku pokoju bardzo żywo rozmawiała. Jej postawa, gesta, twarz, zdradzały żywe oburzenie, którego powstrzymać nie umiała, oraz źle ukrywaną wzgardę.
Raul siedział na niskim taborecie, trzymając kleszcze w ręku i poprawiał ogień na kominku. Od czasu do czasu podnosił ręce, wzruszając ramionami, co ma znaczyć u ludzi zrezygnowanych: „Nie na to nie poradzę.“ Pan Verduret oddałby chętnie pierścień drogocenny, który nosił na palcu, aby usłyszeć choćby tylko dziesięć słów z ich rozmowy; ale wiatr był tak gwałtowny, że wszystko zagłuszał, a obawiał się zbliżyć ucho do szyby, aby go nie postrzeżono.
— Widocznie jest to sprzeczka, — pomyślał, — ale to pewna, że nie miłosna sprzeczka.
Magdalena mówiła ciągle, światło od lampy stojącej na kominku padało na twarz. Lagorsa, na której odbijały się wrażenia tej sceny. Wstrząsał się z gniewu chwilami mimo zewnętrznego spokoju, albo silniej rozbijał głownie kleszczami, zapewne kiedy go w czem dotykała.
Magdalena zdesperowana zaczęła go prosić, składała ręce chyląc się, prawie padała na kolana.
Lagors odwrócił głowę. Rzadko odpowiadał i tylko półsłówkami.
Parę razy Magdalena wychodziła i znów wracała nie mogąc się zdecydować oddalić, nie wyprosiwszy łaski.
Nareszcie, znalazła zapewne dość silny argument, bo Raul zerwał się, otworzył kantorek stojący przy kominku, wyjął zwit papierów i podał jej.
— A to co! u djabła, — pomyślał pan Verduret, — w jaką oni grę grają? Czy jaka kompromitująca korespondencja, po którą panienka aż tu przyjechała?
Odebrawszy zwit papierów, Magdalena nie była jeszcze zadowoloną. Mówiła, nalegała, jakby prosząc o coś drugiego. Gdy Raul odmówił, ona rzuciła na stół papiery.
Te papiery szczególnie zajmowały pana Verdureta. Rozrzuciły się po stole i mógł im się dobrze przypatrzeć. Były w różnych kolorach, szare, zielone i różowe.
— Ależ ja się nie mylę, nie jestem ślepy, — pomyślał w duchu pan Verduret, — to są kwity lombardowe.
Magdalena przerzucała stos papierów, szukając. Wyjęła z nich trzy, które złożywszy, wsunęła do kieszeni, a inne ze wzgardą odsunęła.
Teraz już chciała odejść, wyrzekła jakieś słowo, po którem Raul wziął lampę, aby jej poświecić.
Pan Verduret nie potrzebował dłużej tu zostawać. Schodząc ostrożnie, pomrukiwał:
— Kwity lombardowe!... Cóż to za tajemnica niegodna zawiera się w tych papierach?
Przedewszystkiem należało usunąć drabinę.
Być może, że Raul odprowadziwszy Magdalenę, zechce wejść do ogrodu i zobaczy drabinę rysującą się pomimo ciemności na białem tle domu.
Pan Verduret z Prosperem spuścili ją spiesznie na ziemię, nie troszcząc się o krzewy, które nogami tratowali, i pobiegli stanąć w cieniu, w miejscu, zkąd mogli widzieć drzwi od domu i bramę wjazdową.
Prawie, jednocześnie Raul z Magdaleną zjawili się w przedsionku. Raul postawił lampę na ostatnim stopniu, podał rękę młodej dziewczynie, ale ona odepchnęła go gestem okazującym obrażoną dumę, co wlało w serce Prospera balsam radości.
Ta wzgarda nie oburzyła ani zdziwiła Raula; odpowiedział tylko gestem ironicznym, który oznaczał: „Jak ci się podoba!“
Odprowadził ją do bramy, otworzył i zamknął sam, poczem wszedł do domu prędkim krokiem, gdy powóz Magdaleny szybko się oddalił.
— Teraz, — rzekł Prosper, którego wątpliwość dręczyła, — przypomnij pan sobie, że obiecałeś prawdę mi wyjawić, jakakolwiek by ona była. Mów pan, nie obawiaj się, jestem dość silny.
— W takim razie, zachowaj siły na przyjęcie radości, mój przyjacielu. Nim miesiąc upłynie, gorzko pożałujesz nieuzasadnionych podejrzeń dzisiejszego wieczoru. Będziesz się wstydził, żeś posądził Magdalenę o miłość dla takiego Lagorsa.
— Jednak, panie, pozory!...
— Strzeż się pozorów. Na Boga! podejrzenie fałszywe czy prawdziwe jest zawsze na czemś oparte. Ale my tu nocować nie będziemy, ten twój łotr Raul widziałem, że zamknął bramę; trzeba będzie tą samą drogą wracać.
— A cóż będzie z drabiną?
— Gdzie jest, niech sobie leży; ponieważ nie możemy zatrzeć za sobą śladów, niechaj myślą, że to złodzieje.
Przeleźli znów przez mur. Zaledwie uszli z pięćdziesiąt kroków, posłyszeli jak ktoś bramę zamykał, następnie czyjeś kroki i wkrótce jakiś człowiek wyprzedził ich spiesząc na stacje. Gdy już był dość daleko, pan Verduret rzekł:
— To Raul. Józef, nasz dawny służący, opowie nam, że poszedł do Clamerana zdać sprawę z tej sceny. Gdyby przynajmniej byli tyle uprzejmi i mówili po francusku...
Szedł jakiś czas nic nie mówiąc, układając w głowie cały szereg wniosków.
— Po co, u djabła, Lagors, który lubi życie światowe, zabawy i grę, wybrał sobie ten dom odosobniony w Vésinet?
— Może dla tego, — odrzekł Prosper, — że ztąd o ćwierć mili znajduje się willa pana Fauvela nad brzegiem Sekwany.
— Na lato zgadzam się, ale na zimę?...
— Na zimę ma pokój w hotelu Louvre, a oprócz tego na każdą porę mieszkanie w samym Paryżu.
Nie dostatecznie to objaśniło pana Verdureta; zaczął iść pospiesznie.
— Dobrzeby było, — mruknął, — gdyby nasz dorożkarz czekał na nas jeszcze. Nie możemy odjechać tym pociągiem, bobyśmy się mogli spotkać z Raulem na stacji.
Chociaż minęła już godzina od czasu jak Prosper ze swym towarzyszem weszli na rozstajne drogi, dorożkarz, który ich tu przywiózł, był jeszcze w zajeździe wskazanym przez Verdureta.
Dorożkarz nie mógł oprzeć się pokusie; rozmieniwszy bilet stufrankowy, kazał sobie podać objad i dobrego wina, które mu wybornie smakowało. Ujrzawszy swoich dwóch panów był zachwycony. Nie będzie próżno wracał do Paryża. Tylko zdziwił się mocno widząc ich w takim stanie.
— Jak też panowie wyglądają! — zawołał.
Prosper powiedział mu, że szli odwiedzić jednego z przyjaciół, że się zbłąkali i wpadli w rów, jakby rowy znajdowały się w lasku Vésinet.
— A więc to tak! — rzekł dorożkarz.
Na pozór zadowolił się tem wyjaśnieniem. W gruncie zaś nie był dalekim od przekonania, że dwaj jego panowie próbowali, jeśli nie dokonali jakiego niecnego postępku.
Ostatnie to mniemanie musiało podzielać i kilku innych obecnych, niektórzy bowiem spoglądali na nich dziwnym wzrokiem.
Ale pan Verduret przerwał wszystkie komentarze.
— A co, czy jedziemy? — zapytał głosem rozkazującym.
— Natychmiast, panie! — odpowiedział dorożkarz, — zaraz się porachuję i hop na kozioł. Niech panowie tymczasem siadają.
Droga z powrotem była śmiertelnie długa i milcząca.
Prosper zrazu usiłował zawiązać rozmowę ze swoim dziwnym towarzyszem, ale gdy ten odpowiadał tylko pojedynczemi wyrazami. więc zamilkł przez miłość własną. Gniewało go, że ten człowiek wywiera na nim coraz bardziej wpływ panujący.
Fizyczne przyczyny wzmagały jeszcze jego przykrość. Był przeziębły, zlodowaciały do szpiku kości, czuł, że go opanowała jakaś bezwładność i myśli jego zasuwa mgła ciemna.
Jeśli potęga imaginacji nie ma granic, siły fizyczne są ograniczone. Po wysileniu następuje reakcja.
Zasunięty w kąt, nogi oparłszy na przedniem siedzeniu, pan Verduret zdawał się spać; nigdy jednak tak doskonale nie czuwał.
Niezadowolony był jak nie można bardziej. Wyprawa, która w myśli jego miała usunąć wszelkie wątpliwości, sprowadziła nowe komplikacje. Wszystkie szyki, jakie sobie ułożył, pomięszały się najokropniej.
Stan rzeczy był ten sam, lecz okoliczności się zmieniły. Nie mógł sie domyśleć co było przyczyną wspólności sprężyn, wspólnictwa moralnego lub materjalnego, oraz działania w jednym duchu tych czterech aktorów dramatu: pani Fauvel, Magdaleny, Raula i Clamerana.
I szukał w swym płodnym umyśle, który był encyklopedją przebiegów, czy nie znajdzie jakiej kombinacji, któraby go na jakie światełko zaprowadziła.
Północ wybiła, gdy stanęli przed hotelem Wielkiego Archanioła, i dopiero wtedy pan Verduret wyrwany z zadumania przypomniał sobie, że jeszcze objadu nie jadł.
Na szczęście pani Aleksandra czekała, i kolacja w mgnieniu oka stanęła na stole.
Mało powiedzieć, że była z usłużnością i szacunkiem dla swego gościa.
Prosper zauważył, że patrzyła na niego z pewnym rodzajem uwielbiania ze czcią połączonego.
Gdy pan Verduret skończył jeść, powstał.
— Jutro przez cały dzień nie zobaczysz mnie, — rzekł do Prospera, — lecz wieczorem o tej samej godzinie będę tu. Może mi się poszczęści i znajdę czego szukam na balu u panów Jandidier.
Prosper był zdumiony Jakto! Więc pan Verduret myślał znajdować się na balu wydanym przez najbogatszych bankierów stolicy! Dla tego zapewne posyłał po krawca.
— Pan jesteś zaproszony? — zapytał.
Coś nakształt uśmiechu przebiegło w mówiących oczach pana Verdureta.
— Nie jeszcze, — odrzekł, — lecz będę zaproszony.
O! jakżeż dziwnym jest umysł ludzki! Najboleśniejsze myśli snuły się po głowie Prospera; on jednak ze smutkiem obejrzawszy się po swym pokoju, i pomyślawszy o zamiarach pana Verdureta, westchnął:
— Jakiż on szczęśliwy! zobaczy jutro Magdalenę, piękniejszą niż kiedykolwiek w kostiumie damy honorowej.
W połowie ulicy św. Łazarza wznoszą się, jak dwa bliźniaki, pałace panów Jandidier, dwóch sławnych finansistów, którzy nawet bez swych milionów byliby znakomitymi ludźmi.
Czemuż o wszystkich tego powiedzieć nie można!
Te dwa pałace, gdy były na ukończeniu, lat temu kilka, wzbudziły okrzyki zdumienia — oba jednakowe i tak urządzone, że w razie potrzeby stawały się jednym gmachem.
Gdy panowie Jandidier wydają bal, ruchome ściany wyjmują się, i wtedy ich salony są najpiękniejszemi w całym Paryżu.
Okazałość książęca, cudowne pojęcie wygody, gościnność pełna uprzejmości, wszystko to składa się, aby te bale uczynić najwięcej poszukiwanemu Z tego powodu w sobotę cała ulica św. Łazarza zapełniona była pojazdami, które stojąc rzędem jeden za drugim, na swoją kolej wyczekiwały.
O dziesiątej tańczono już w obu salonach.
Bal był kostiumowy. Wszystkie prawie kostiumy były bardzo bogate, wiele z nich odznaczało się wytwornym smakiem, a inne prawdziwą oryginalnością.
Między ostatniemi wyszczególniał się pajac, ale to prawdziwy pajac, z fizjognomią doskonale przedstawiającą ten charakter: oko zuchwałe, usta pożądliwe, żarłoczne, policzki świecące i ruda broda, która zdawała się płomieniem palić.
Kostium zrobiony był podług wszelkich prawideł tradycji: buty ze sztylpami, czapka rogata i żabot koronkowy.
W lewej ręce trzymał rodzaj chorągiewki płóciennej, na której sześć do ośmiu obrazków było namalowanych, jak obrazy na jarmarcznych namiotach. Prawą poruszał maleńką laseczkę, którą niekiedy uderzał w płótno.
Otaczano pajaca, każdy usłyszeć chciał od niego jaki dowcipny kwodlibet, lecz on milczący, trzymał się ciągle przy drzwiach wchodowych.
Dopiero o wpół do jedenastej opuścił swoje stanowisko.
Państwo Fauvel i Magdalena dopiero co weszli.
Mnóstwo osób zgromadziło się w jednej chwili w bliskości drzwi.
Od dziesięciu dni, sprawa bankiera z ulicy Provence była żywiołem wszystkich rozmów, a przyjaciele i nieprzyjaciele cisnęli się do bankiera, jedni by go zapewnić o swej sympatji, inni aby mu powiedzieć kilka zagadkowych wyrazów pożałowania, z rodzaju tych, które najwięcej drażnią i ranią. Jako należący do grona ludzi poważnych, pan Fauvel nie był przebrany; zarzucił tylko krótki jedwabny płaszczyk na ramiona.
Trzymając go pod rękę, pani Fauvel, z domu Walentyna de la Verberie, pochylała się i kłaniała, z pewną wdzięku uprzejmością.
Była to zachwycająca piękność swojego czasu, i tego wieczora nawet, za pomocą uroczego kostiumu, przy złudnem świetle żyrandoli, odzyskała znowu całą świetność i blask młodości. Miała lat czterdzieści pięć, choć wcale na to nie wyglądała.
Wybrała sobie dworski ubiór z ostatnich czasów panowania Ludwika XIV, poważny i wspaniały, złożony z aksamitu i atłasu haftowanego w rzuty, bez żadnych brylantów i klejnotów.
Ubiór ten nosiła ze szlachetną swobodą, pod pudrem miała minę wielkiej damy, jak przystało — mówiły niektóre poczciwe dusze — na pannę de la Verberie, która zniżyła się poślubiając pieniężnego człowieka.
Lecz na Magdalenę zlewały się wszystkich spojrzenia.
Była królową w swoim kostiumie damy honorowej, jakby umyślnie stworzonym, dla wykazania całego bogactwa jej figury.
W ciepłej atmosferze salonów, przy świetle kinkietów, piękność jej w pełni rozkwitała. Nigdy jej włosy nie były tak czarne, cera tak biała, ani oczy wydawały tyle blasku co dzisiaj.
Przy wejściu Magdalena wzięła ciotkę pod rękę, a pan Fauvel znikł w tłumie szukając salonów ze stolikiem gry, które są schronieniem dla ludzi niemłodych.
Bal był dopiero teraz w całym blasku swojej świetności.
Dwie orkiestry, pod przewodnictwem Straussa i jednego z jego pomocników, napełniały oba pałace swoją muzyką. Tłum różnokolorowy mieszał się i kręcił tworząc cudownie piękny chaos złotych materji, atłasów, aksamitów i koronek. Brylanty błyszczały na głowach i piersiach, najbledsze lica rozgrzewały się, oczy świeciły, a ramiona kobiet były bielsze od śniegu przy blasku słonecznym.
Zapomniany razem z chorągiewką swoją, nasz pajac wszedł we framugę okna, i stanął tam opierając się o poręcz rzeźbionego krzesła.
Zdawał się być trochę zachwycony wspaniałością balu i coś nakształt upojenia zawracało mu głowę. Jednak nie tracił z oczu pary, która tańczyła w bliskości niego.
Była to Magdalena, oparta na ramieniu doży jak dukat wyzłoconego; dożą zaś był pan margrabia do Clameran. Wydawał się promieniejący, odmłodniał, nadskakiwania jego miały pozory tryumfu. W przerwach kadryla nachylał się do ucha swej tancerki, szepcąc z powstrzymywanem uwielbieniem. Ona słuchała go jeśli nie z przyjemnością, to przynajmniej bez gniewu, od czasu do czasu, poruszając głową, albo też uśmiechając się.
— Widocznem jest, — mówił do siebie pajac, — że ten łotr udający wielkiego pana stara się o siostrzenicę bankiera; miałem więc wczoraj rację. Ale jakimże sposobem panna Magdalena może słuchać z tak słodką miną głupstw i oświadczyn tego człowieka? Na szczęście nie ma tu Prospera...
Zatrzymał się przed nim stanął człowiek już nie młody, z nadzwyczajną godnością noszący swój płaszcz wenecki.
— Czy przypominasz sobie, panie... Verduret, rzekł, w połowie poważnie, w połowie żartem, — co mi przyrzekłeś?
Pajac skłonił się z uszanowaniem i głęboko, lecz bez poniżenia.
— Pamiętam, — odpowiedział.
— Tylko ostrożnie przedewszystkiem.
— Może pan hrabia być spokojnym mając moje słowo.
— W takim razie zgoda, wiem co ono warte.
Hrabia oddalił się; podczas tej krótkiej rozmowy skończył się kadryl, a Magdalena i pan Clameran znikli.
— Ja ich znajdę przy pani Fauvel, — pomyślał.
I natychmiast rzucił się w tłum, szukając żonę bankiera.
Chroniąc się przed upałem, który stawał się nieznośnie duszącym, pani Fauvel poszła się ochłodzić trochę do wielkiej galerji pałaców Jandidier, zmienionej na dzisiejszą noc, dzieki Cldownemu talizmanowi, który się złotem nazywa, w czarowny ogród, pełen drzew pomarańczowych, girland z róż i lilji, których delikatne kwiaty z upału już się zwieszały.
Pani Fauvel siedziała w bliskości kiosku, niedaleko drzwi od salonu, gdzie grano w karty. Przy niej po prawej siedziała Magdalena, a z lewej strony stał Raul de Lagors.
— Trzeba przyznać, — pomyślał pajac, szukając sobie punktu obserwacyjnego, — że trudno być piękniejszym od tego młodego bandyty.
Teraz Magdalena była smutną. Zerwała kamelję z sąsiedniego krzewu i bezmyślnie obskubywała ją, wzrok mając zatopiony w przestrzeni.
Raul z panią Fauvel pochyleni rozmawiali. Twarze ich zdawały się być spokojne, lecz gęsta jednej z nich, a drżenie drugiego jasno wykazywały głębokie zajęcie i bardzo ważną rozmowę.
W salonie gry znajdował się doża; pan de Clameran umieścił się w ten sposób, aby widzieć panią Fauvel i Magdalenę, sam nie będąc widzianym.
— Jestto wczorajsza historja w dalszym ciągu, — pomyślał pajac, — ach, gdybym mógł podsłuchać jedno słówko tylko. Stojąc za temi kameliami, jestem pewien, żebym dosłyszał.
I zaczął się kręcić w tym celu, ale zbliżyć się nie było tak łatwo, trzeba mu było przejść po za osobami. Lecz skoro się tam dostał, Magdalena powstała, podając rękę Persowi lśniącemu od drogich kamieni.
W tejże chwili podniósł się i Raul, przeszedł do salonu gry, gdzie powiedział parę słów na ucho Clameranowi.
— Więc to tak! — rzekł do siebie pajac, — ci dwaj nędznicy mają te dwie kobiety w swojej mocy, i daremnie się one wydzierają z ich szponów. Lecz jakim to sposobem?
Rozmyślał, gdy naraz wielkie poruszenie zrobiło się w galerji. Ktoś powiedział, że będą tańczyć cudownego menueta w wielkim salonie; że przybyła hrabina Commarin przebrana za Aurorę; a wreszcie trzeba było pójść podziwiać szmaragdy księżnej Korassoff. najpiękniejsze, jakie istniały pod słońcem.
I w jednej chwili galerja zrobiła się próżną. Zostało zaledwie kilku biedaków opuszczonych, mężów zaniedbanych przez żony, które tańczyły, i kilku młodych ludzi nieśmiałych, nie czujących się bynajmniej swobodnymi w swoich kostiumach.
Pajacowi zdawało się, że wybiła godzina sprzyjająca jego zamiarom.
Raptownie opuścił swe miejsce, potrząsając chorągiewką, uderzając pałeczką w płótno i kaszląc z przesadą. Przeszedłszy galerję, umieścił się między fotelem zajętym przez panią Fauvel a drzwiami salonu.
Natychmiast zgromadzili się na około niego wszyscy pozostali w galerji.
Przybrał minę odpowiadającą swojemu charakterowi, czapkę dobrze nasunął na lewe ucho, pochylając się ciałem w tę samą stronę.
Z nadzwyczajną pieszczotliwością i głosem nastrojonym emfatycznie na ton błazna, zaczął mówić:
— Panowie i panie! Dzisiejszego poranku otrzymałem upoważnienie od władzy — tu się ukłonił — tego miasta. A ku czemu?... Oto, panowie, aby mieć honor przedstawić wam widowisko, które ma uznanie pięciu części świata i wielu akademji. W tej oto loży, szanowne panie, rozpocznie się przedstawienie niesłychanego dramatu, który po raz pierwszy granym był w Pekinie, a tłumaczony jest przez naszych najsławniejszych autorów. Panowie, można już zająć miejsca; kinkiety zapalone a aktorowie ubrani.
Przerwał sobie i z doskonałością poniżającą dla instrumentów miedzianych i tolumbasów, naśladował rozdzierające ryturnelle hecarskiej muzyki.
— Ależ, panie i panowie, — mówił dalej, — zapytacie mnie może: Jeżeli sztuka ma się odegrać w loży, cóż ty tutaj robisz? — Co tu robię, panowie? Jestem tu, aby wam dać przedsmak agitacji, senzacji, emocji, palpitacji i innych dystrakcji, które możecie sobie kupić za skromną cenę pięćdziesięciu centymów, dziesięć su... Czy widzicie ten przepyszny obraz? Owoż on przedstawia ośm scen dramatu. Ach, już widzę, jak drżycie! A jednak to nic jeszcze. Ten wspaniały obraz nie daje nam lepszego wyobrażenia o tem przedstawieniu od tego, jakie mamy z kropli wody o morzu, lub z iskierek o słońcu. Mój obraz, panowie, jest to tylko szyld wystawiony w przedsionku sztuki, coś nakształt zapachu potrawy łechcącej podniebienie nim ją na stół podadzą...
— Czy znasz tego pajaca? — zapytał ogromny Turek melancholicznego Poliszynela.
— Nie, ale jak on wybornie naśladuje trąbkę.
— Przewybornie, lecz do czego on zmierza?
To co pajac mówił, było w celu ściągnięcia uwagi pani Fauvel, która od czasu jak Magdalena z Raulem oddalili się, wpadła w głębokie i zapewne bolesne zamyślenie.
I dokazał swego.
Wykrzyki tego przeraźliwego głosu sprowadziły znowu żonę bankiera do stanu rzeczywistości; zadrżała i żywo spojrzała na około siebie, jakby ją ktoś nagle obudził, następnie zwróciła się w stronę pajaca.
Ten mówił dalej:
— Tak więc, panowie, jesteśmy w Chinach. Pierwszy z moich obrazów, tu, w górze z lewej strony — pokazał końcem swej laseczki — przedstawia wielkiego mandaryna Li-Fo na łonie swej rodziny. Piękna, młoda kobieta wsparta na jego ramieniu, jest jego żoną, a dzieci bawiące się na dywanie są owocem tego najszczęśliwszego ze wszystkich związków małżeńskich. Czyż nie napawacie się panowie, zapachem zadowolenia i zacności roztaczającej się z tego cudnego malowidła? Bo też pani Li-Fo jest najcnotliwszą z niewiast, uwielbiającą swego męża i zapamiętale kochającą swe dzieci. Będąc cnotliwą, jest szczęśliwą zarazem, gdyż, jak dobrze powiedział Konfucjusz, cnota daleko więcej daje przyjemności jak występek!...
Nieznacznie pani Fauvel zbliżyła się, opuściła nawet swe krzesło, aby zasiąść na innem w bliskości pajaca.
— Czy widzisz to, — zapytał swego sąsiada melancholijny Poliszynel, — co on powiada, że na jego płótnie wymalowane?
— Dalibóg nie! a ty?
Więcej jak pewna, że płótno szalenie kolorowane, bynajmniej tego nie przedstawiało.
Pajac naśladując poprzednio odgłos bębna, zabrał się znów do mowy, coraz ją więcej przyspieszając:
— Obraz nr. 2. Czy poznajecie tę stara damę siedzącą przed tualetą i z rozpaczą wyrywającą sobie włosy, a zwłaszcza siwe? Nie. Przecież to ta piękna mandarynka z pierwszego obrazu! Widzę łzy w oczach waszych, panie i panowie. Ach, płaczcie! bo nie jest już ona ani piękną, ani cnotliwą, a szczęście jej znikło razem z cnotą. Ach, jest to bolesna historja! Pewnego dnia, nie wiadomo gdzie, na jednej z ulic Pekinu spotkała młodego łotra, pięknego jak anioł, i kocha go, nieszczęśliwa, kocha go!...
Najtragiczniejszym jak można głosem, ze smutną twarzą, wymówił pajac te ostatnie słowa.
Podczas tej tyrady tak zręcznie posuwał się, że teraz znajdował się na wprost żony bankiera, i nie tracił najmniejszego poruszenia jej twarzy.
— Panowie dziwicie się, ciągnął dalej. — a ja bynajmniej nie dziwię się. Mój pan, wielki mistrz, Bilboquet, odkrył nam, że serce nie starzeje się, a na ruinach kwitną najpiękniejsze powoje. Biedna ma lat pięćdziesiąt, a kocha się w młodziku! Ztąd wychodzi ta bolesna i przerażająca scena, która jest bardzo pouczającą!...
— Doprawdy! — mruknął kucharz w białym atłasie, — który cały wieczór bawił, bez powodzenia, wyliczaniem mnóstwa potraw, — doprawdy, sądziłem, że będzie zabawniejszy.
— Lecz dopiero w głębi loży, — mówił pajac, — trzeba zobaczyć zadziwiające skutki błędów mandarynki. Chwilami, promyk rozsądku oświeca jej mózg chorowity, a objawy zgryzot wzruszają najmniej litościwych. Wejdźcie, a za dziesięć su usłyszycie łkania, jakiemi Odeon nie poszczycił się nawet, za dni najświetniejszych. Bo ona rozumie nicość, szaleństwo, śmieszność swojej namiętności, sama przed sobą wyznaje, że się zadaleko puściła w pogoni za widziadłem, wie aż nadto dobrze, że on promieniejący młodością, nie może jej kochać starej już, napróżno usiłującej podtrzymać resztki więdniejącej piękności. Ona czuje, że jeżeli szepce jej w ucho słowa miłości, to kłamie. Odgaduje, że nie dziś, to jutro jego płaszcz zostanie w jej ręku...
I tak ciągnąc z nadzwyczajną gadatliwością ten monolog zwrócony na pozór do grupy osób otaczających go, pajac nie odrywał oczów od żony bankiera.
Lecz nic z tego wszystkiego nie zdawało się jej dotykać.
W pół przechylona na fotelu, była spokojną z okiem niezmąconem, nawet uśmiechnęła się lekko.
— Cóż znowu! — pomyślał zaniepokojony pajac, — czy nie wpadłem czasami na manowce!
Jakkolwiek był zajęty, dostrzegł jednakże nowego słuchacza, dożę, pana de Clameran, który także przyłączył się do koła.
— Na trzecim obrazie, — mówił dalej, chrapowato wymawiając litery r, — stara mandarynka porzuciła zgryzoty sumienia, które są niemiłymi gośćmi. Powiedziała sobie, że jeśli nie miłość, to interes zatrzyma przy niej przyjemnego młodzieniaszka. W tym celu, opatrzywszy go w fałszywą godność, przedstawia go głównym mandarynom stolicy Syna Nieba. Potem, ponieważ ładny chłopiec powinien dobrze się wydać, obdziera się na jego korzyść z wszystkiego co posiada: bransoletki, kolczyki, pierścionki, naszyjniki, perły i djamenty; wszystko przechodzi w jego ręce. Kosztowności te zanosi potwora do domu pożyczkowego na ulicy Tien-Tsi, odmawiając zwrotu rewersów.
Pajac mógł być zadowolonym.
Od niejakiego czasu pani Fauvel okazywała dobrze przez niego zrozumiane oznaki osłabienia i niespokojności.
Próbowała raz powstać i oddalić się; lecz ją siły zdradziły i usiadła przybita do fotelu, zmuszoną będąc słuchać.
— Jednakże, panie i panowie, — ciągnął pajac dalej, — najbogatsze szkatułki wyczerpują się. Nadszedł dzień, w którym mandarynka nie była w stanie nic mu już dać. Wtedy młody łotr powziął zuchwały zamiar przywłaszczenia sobie jaspisowego guzika mandaryna Li-Fo. Ten świetny klejnot będący godłem jego dostojeństwa, nieobliczonej wartości, złożony był w skrzynce granitowej, strzeżonej dniem i nocą przez trzech żołnierzy. Ach, mandarynka się długo ozierała. Wiedziała, że zapewne obwinią winnych żołnierzy, że ich ukrzyżują, jak to jest modą w Pekinie, i ta myśl ją niepokoiła. Lecz chłopiec przemawiał głosem tak czułym, że dalibóg! pojmujecie... guzik jaspisowy znikł. Czwarty obraz przedstawia dwoje przestępnych schodzących ukradkiem schodami skrytemi; patrzcie jak drżą, bledną; patrzcie...
I przerwał.
Dwaj lub trzej z jego słuchaczy widzieli, jak się pani Fauvel słabo zrobiło i pospieszyli jej z pomocą.
Przytem ktoś ściskał mu mocno ramię.
Odwrócił się i zobaczył przed sobą pana Clamerana i Raula de Lagors, bladych i groźnych obu.
— Czego panowie żądacie? — zapytał z najwdzięczniejszą miną.
— Rozmówić się z panem, — odrzekli obadwa.
— Jestem na panów rozkazy.
I poszedł za nimi na drugi koniec galerji, we framugę drzwi balkonowych.
Tam nikt nie powinien na nich zważać, i nikt też nie zważał, oprócz osoby obwiniętej w wenecki płaszczyk, której się pajac tak głęboko pokłonił, mianując:„panie hrabio.“
Tymczasem i menuet się skończył; orkiestry miały pół godziny spoczynku, tłum napływał do galerji, która się znacznie zcieśniła.
Nawet nagłe osłabienie pani Fauvel przeszło zupełnie niepostrzeżone; ci, co to widzieli, złożyli je, gdy rychło przeszło, na karb gorąca. Wprawdzie zawiadomiony pan Fauvel przybiegł, ale widząc, że żona spokojnie rozmawia z Magdaleną, wrócił do swojej partyjki.
Mniej panujący nad sobą od Raula, pan de Clameran zabrał głos:
— Najsamprzód, panie, — zaczął tonem szorstkim, — pragnąłbym wiedzieć, do kogo mówię.
Ale pajac przyrzekł sobie utrzymać charakter igraszki balu kostiumowego, dopóki mu me położą kropki nad J.
W duchu więc i tonie kostiumu swojego odpowiedział:
— Jaśnie oświecony doża, wraz z tym paniczem, pytają mnie zapewne o papiery? Mam je wszystkie w porządku, ah są w ręku władz miejskich razem z mojem imieniem, nazwiskiem, profesją, miejscem stałego zamieszkania, znakami szczególnemi i t. d.
Pan Clameran zatrzymał go gestem wściekłości.
— Pan pozwoliłeś sobie, — rzekł, — najhaniebniejszego podstępu!
— Ja, panie dożo?
— Pan!... Cóż to za bezecna historja, którą pan wygadywałeś?
— Bezecna?... panu to łatwo powiedzieć, ale ja, który ją ułożyłem?...
— Dosyć tego, panie, dosyć! Miejże pan przynajmniej odwagę czynów swoich, i wyznaj, że to jest tylko nędzna i długa insynuacja względem pani Fauvel.
Pajac, podniósłszy głowę do góry, jak gdyby myśli zbierał z sufitu, słuchał z otwartemi ustami, z miną człowieka, który moralnie spada z obłoków.
Ktoby go znał jednak, widziałby w jego czarnem oku iskrzące zadowolenie z tego szatańskiego figla.
— A to ciekawym! — rzekł, nie tyle niby odpowiadając, jak raczej rozmawiając sam z sobą, — ciekawym! a to doskonałe! Gdzież tu w moim dramacie o mandarynce Li-Fo jest jaka alluzja do pani Fauvel, której ja nie znam, ani z Adama ani z Ewy? Daremnie szukam, próbuję, trutynuję, nie widzę nic. Chybaby... ale nie, to niepodobna!
— Utrzymujesz pan więc, — przerwał Clameran, — utrzymujesz pan więc, że nie wiesz nic o nieszczęściu, jakie dotknęło panią Fauvel?
Ale pajac zdecydowanym był sprowadzić fakta na drogę precyzji.
— O nieszczęściu? — zapytał.
— Chcę mówić o kradzieży, której pan Fauvel stal się ofiarą i która narobiła, zdaje mi się, dosyć hałasu.
— Aha, wiem! Kasjer jego umknął, zabierając sobie 350.000 franków. Eh, to wypadek pospolity, rzekłbym nawet, niemal codzienny. Co się zaś tyczy odkrycia między tą kradzieżą a mojem opowiadaniem, jakiegoś związku, to inna rzecz...
Pan de Clameran opóźniał odpowiedź. Gwałtowne uderzenie łokciem, które wymierzył mu de Lagors uspokoiło go jak za dotknięciem laski czarnoksięzkiej.
Stał się zimnym jak marmur; mierzył pajaca wzrokiem podejrzliwym, i zdawał się gorzko żałować znaczących słów, które mu wydarło uniesienie.
— Niech i tak będzie! — rzekł tonem wyniosłym, który miał w naturze; — niech i tak będzie, mogłem się omylić, po pańskiem tłumaczeniu przypuszczam to, i mogę uwierzyć.
Ale w tem pajac, przed chwilą tak pokorny, oburknął się na słowo: tłumaczenie. Stawił się dumnie, pięść oparł na biodrze, przesadzając tę minę wyzywającą.
— Ja nie dawałem panu, ja nie potrzebowałem panu dawać żadnego tłumaczenia.
— Panie!...
— Pozwól mi pan skończyć, jeżeli łaska. Gdybym niechcący drasnął w czemkolwiek żonę człowieka, którego szanuję, to od niego tylko, jako od jedynego sędziego i arbitra w rzeczy honor jego obchodzącej, powinienbym się o tem dowiedzieć. Nie jest już on w tym wieku, powiesz pan, by żądać zadosyćuczynienia za obrazę, to być może; ale on ma synów, i jeden z nich jest nawet tu, tylko co go widziałem. Pan pytałeś mnie kto ja jestem, a ja z kolei pana zapytam: Kto pan jesteś, pan, który z własnego swego upoważnienia stawiasz się jako rycerz w obronie pani Fauvel? Jestżeś pan jej krewnym, przyjacielem, powinowatym? Jakiem prawem znieważasz ją, upatrując alluzję tam, gdzie rzecz jest czystym wymysłem?
Nie było co odpowiedzieć na to zapytanie tak silne i logiczne. Pan de Clameran szukał wybiegu.
— Jestem przyjacielem pana Fauvela, — rzekł, — i z tego tytułu mam prawo być zazdrosnym o jego honor, jak o mój własny. A jeżeli ten powód panu nie starczy, dowiedz się pan, że wkrótce rodzina jego będzie moją.
— Aha!
— Tak jest panie, i za tydzień ślub mój z panną Magdaleną będzie urzędowo ogłoszonym.
Wiadomość była tak nieprzewidzianą, tak raptowną, że przez chwilę pajac zafrasował się, i to na dobre.
Ale trwało to sekundę. Skłonił się nisko, z uśmiechem w sam raz tylko ironicznym, że go nie można było zauważać, i rzekł:
— Przyjm pan moje życzenia. Prócz tego, że dziś jest królową balu, panna Magdalena ma, jak mówią, pół miliona posagu.
Raul de Lagors słuchał tej dyskusji z widoczną niecierpliwością i rzucał niespokojnie oczyma na wszystkie strony.
— Przyjm pan moje życzenia. Prócz tego, że dziś jest królowa balu, panna Magdalena ma, jak mówią, pół miliona posagu.
Raul de Lagors słuchał tej dyskusji z widoczną niecierpliwością i rzucał niespokojnie oczy ma na wszystkie strony.
— Za wiele już tego, panie pajacu, — rzekł tonem krótkim i wzgardliwym, — powiem ci tylko jedną rzecz: że masz długi język!
— Być może. mój paniczu, być może... Ale ramię mam jeszcze dłuższe.
Clameran także chciał zakończyć.
— Dosyć! — dodał tupnąwszy nogą, — nie ma rozmowy z człowiekiem, który ukrywa swą osobistość pod łachmanami kostiumu!
— Możesz pan, panie dożo, iść spytać kto jestem, do gospodarza domu, jeżeli będziesz śmiał...
Spieszny gest Raula zatrzymał na ustach urodzonego właściciela hamerni wyraz obelżywy, któryby może sprowadził jaki wypadek, a przynajmniej prowokację, skandal, wrzawę.
Pajac poczekał chwilę z figlarnym na ustach uśmiechem, a ponieważ obelga nie przychodziła, szukał oczu pana Clamerana i wolno odezwał się:
— Ja jestem najlepszym przyjacielem, jakiego za życia miał nieboszczyk brat pański, Gaston. Byłem jego doradcą, powiernikiem jego ostatnich nadziei.
Te proste słowa spadały na głowę Clamerana jak razy maczugi.
Zbladł okropnie i cofnął się o krok z rękami naprzód, jak gdyby tam, pośród tego balu, powstawało przed nim jakieś widmo.
Chciał odpowiedzieć, protestować, powiedzieć coś, ale groza zmroziła mu w gardle wyrazy.
— Pójdź ztąd, — rzekł doń Lagors, który zachował zimną krew.
I podtrzymując uprowadził go, bo chwiał się jak pijany — muru się chwytał.
— Oh! — zawołał pajac na trzy różne tony. — oh! oh! oh!
Bo i sam był tak prawie ogłuszony, jak właściciel hamerni, a stał we framudze, jak do ziemi przykuty.
Ten frazes tajemniczo-groźny wypowiedział niejako bezmyślnie, bez celu, bez wyrachowanego zamiaru, jedynie, aby nie być w odpowiedzi dłużnym, wiedziony mimowiednie dziwnym instynktem policjanta, który jest jego siła, jak węch jest siłą wyżła.
— Co to znaczy? — myślał, — co znaczy przestrach tego nędznika? Jakież wspomnienie wzbudziłem w jego błotnistej duszy? I niechże tu kto wysławia przenikliwość mojego umysłu, subtelność moich kombinacji! Jest mistrz, który szachuje nas wszystkich bez trudu, który jednym kaprysem swoim burzy wszystkie nasze chimery: tym mistrzem jest przypadek.
Był o sto mil od obecnego położenia, od galerji, od balu u panów Jandidier. Lekkie uderzenie po ramieniu przez tego pana w płaszczu weneckim wróciło go nagle do rzeczywistości.
— Jesteś zadowolonym, panie Verduret? — zapytał.
— Tak i nie, panie hrabio. Nie, bo nie zupełnie osiągnąłem cel, jaki sobie założyłem, prosząc pana o wprowadzenie mnie tu; tak, bo nasi dwaj łotry wydali się o tyle, że wątpliwość jest już niepodobną.
— I jeszcze się skarżysz?
— Nie skarżę się, panie hrabio; błogosławię owszem przypadkowi, powinienbym rzec Opatrzności, która objawiła mi tajemnicę, jakiej się nie domyślałem.
Kilkoro gości zbliżyło się do hrabiego ujrzawszy go, i to przerwało rozmowę. Hrabia oddalił się, rzucając pajacowi spojrzenie nie tyle protekcyjne, ile przyjacielskie.
On natychmiast porzucając swą chorągiew, wpadł w tłum tak już zbity, że z największą trudnością można się było przezeń przecisnąć. Szukał panią Fauvel. Opuściła galerję, i znalazł ją siedzącą na ławeczce w głównym salonie, w rozmowie z Magdaleną. Obie były bardzo ożywione.
— Dobrze, — pomyślał pajac, — rozmawiają o tej scenie, ale co się zrobiło z Lagorsem i Clameranem?
Niedługo zobaczył ich. Chodzili tam i sam, przeciskając się przez grupy, kłaniając się i rozmawiając z wielą osobami.
— Założyłbym się, — pomyślał, — że rozmawiają o mnie. Ci zacni mężowie chcą się dowiedzieć kto jestem. Szukajcie, moi przyjaciele, szukajcie...
Wkrótce zaprzestali. Byli tak zakłopotani, czuli taką potrzebę być sam na sam, żeby oddać się rozmyślaniu, że nie czekając wieczerzy, pożegnali się z panią Fauvel i Magdaleną.
Mówili prawdę. Pajac widział ich jak weszli do przedpokoju, wzięli płaszcze, zeszli ze schodów i znikli za portykiem.
— Na dziś wszystko skończone, — pomyślał, — nie mam już tu co robić.
I z kolei wyszedł także włożywszy na siebie płaszcz, który całkiem prawie zakrywał jego kostium.
Przed bramą stało dosyć dorożek wolnych, ale czas był piękny, choć zimny, bruk suchy; więc pajac postanowił iść pieszo, w nadziei, że świeże powietrze, ruch, sprowadzą ład w jego myśli, jeszcze bardzo rozprószone.
Zapaliwszy cygaro, szedł ulicą św. Łazarza i zawrócił na inną aby się dostać na przedmieście Montmartre.
W tem, w chwili gdy wchodził na ulicę Ollivier, jakiś człowiek wychodząc z cieniu, w którym stał ukryty, poskoczył ku niemu z podniesioną ręką i uderzył go z całej siły.
Szczęściem pajac miał ten dziwny zmysł kota, który się, że tak powiem, podwaja; może jednocześnie śledzić i czuwać nad sobą, patrzyć w jedną stronę i widzieć co się dzieje w drugiej.
Widział, a raczej odgadł człowieka czyhającego w cieniu, przeczuł poniekąd, że się rzuci na niego, tak, że mógł schylić się do połowy, bawiąc się rękami.
Ruch ten z pewnością uratował mu życie, i w ramię tylko otrzymał uderzenie tego wściekłego sztyletu, które miało go zabić.
Gniew, bardziej jeszcze niż ból wydarł mu okrzyk.
— A, psie podły! — krzyknął.
I wraz odskoczywszy o łokieć dalej, stanął do obrony.
Ale ostrożność była niepotrzebną.
Widząc, że cios chybiony, morderca nie zwrócił się, ale popędził dalej i wkrótce zniknął na przedmieściu Montmartre.
— To pewnie Lagors, — pomyślał pajac, — a Clameran musi być niedaleko. Gdy ja obchodziłem kościół z jednej strony, oni obeszli go z drugiej i przyszli tu czatować na mnie.
Rana jednak dokuczała mu srodze.
Podstąpił pod latarnię aby ją obejrzeć.
Nie była ona groźną; ramię przerżnął sztylet od końca do końca.
Rozdarł więc chustkę, zrobił z niej cztery opaski i obwiązał ranę z wprawą chirurga szpitalnego.
— Muszę być na tropie bardzo ważnych rzeczy, skoro ci nędznicy odważyli się na morderstwo. Tacy zręczni jak oni, jeżeliby szło tylko o policję poprawczą, nie narażaliby się dobrowolnie na kryminał.
Niepodobna było stać dłużej na jednem miejscu. Zapewnił się, że choć z mocnym bólem, będzie mógł jeszcze używać skaleczonej ręki, i popędził za swym nieprzyjacielem, trzymając się środka ulicy i unikając ciemnych zakątków.
Nie widział wprawdzie nikogo, ale pewnym był, że go ścigają.
Nie omylił się. Gdy za przybyciem na bulwar Montmartre przeszedł przez środek ulicy, postrzegł dwa cienie, które nieco powyżej przeszły ulicę, prawie równocześnie z nim.
— Mam do czynienia z łotrami ryzykownymi, nawet nie kryją się z zasadzką na mnie. Przebiegli, snać wprawni w podobnego rodzaju awantury, trudno mi będzie ich zbić z tropu. Nie z takimi to chwatami udałby mi się figiel powozowy, na który tak doskonale złapał się Fanferlot. Dodajmy i to, że ten mój djabelski szary kapelusz jest jak latarnia morska, widać go o pół mili.
Szedł tedy w górę bulwaru, i nie oglądając się odgadywał nieprzyjaciela, tak o trzydzieści prawie kroków za sobą.
— A jednakże, — mówił do siebie dalej, — muszę się zdradzić... Jak mi będą iść za piętami, nie będę mógł wejść ani do siebie, ani pod Wielkiego Archanioła. Teraz już nie dla tego idą za mną żeby mnie zabić, ale żeby się dowiedzieć, kto jestem. A gdyby się dowiedzieli, że ten pajac zakrywa pana Verdureta, a pan Verduret znowu Lecoqua, już po moich projektach. Uciekną za granicę, bo pieniędzy im nie brak, a ja pójdę z kwitkiem i z raną na ramieniu.
Myśl, że Raul i Clameran mogą mu uciec, tak go zatrwożyła, że przez chwilę pomyślał, czy nie wypadałoby ich ująć.
A było to koniec końców rzeczą łatwą. Dość mu było rzucić się na nich i zawołać o pomoc; pomoc by przyszła, aresztowanoby ich wszystkich trzech i zaprowadzono do biura komisarza policji.
Tego to prostego a dowcipnego środka używają ajenci służby bezpieczeństwa publicznego, gdy postrzegłszy jakiego wskazanego im złoczyńcę, nie mogą, nie mając mandatu w kieszeni, zaaresztować go osobiście.
Nazajutrz następują wyjaśnienia.
Otóż pajac; miał w ręku dosyć dokumentów, by uzasadnić aresztowanie Lagorsa. Mógł pokazać list i modlitewnik zepsuty, mógł wydać istnienie kwitów lombardowych złożonych w Vésinet, wreszcie okazałby swoje ramię. W najgorszym razie Raul musiałby wytłumaczyć, jakim sposobem ukradł nazwisko Lagors, i w jakim celu podawał się za krewnego pana Fauvela.
Ale również z drugiej strony działając tak pospiesznie, możnaby zapewnić ocalenie największemu przestępcy, Clameranowi. Jakież stanowcze świadectwo mówiło przeciwko niemu?... Żadne. Podejrzenie bardzo było silne, ale faktów brak zupełny.
Wszystko to zważywszy, pajac postanowił działać sam, jak dotąd, i sam przyjść do odkrycia przewidywanej prawdy.
Powziąwszy to postanowienie, kierował się już tak, aby zmylić pogoń nieprzyjaciela.
Zawrócił na bulwar sewastopolski, i porzucając niezdecydowaną postawę, która zdradzała jego wahania, zaczął iść dobrym krokiem.
Przybywszy przed skwer Sztuk i Rzemiosł, zatrzymał się nagle. Napotkał dwóch policjantów, stanął przed nimi i przemówił słów kilka.
Manewr ten wydał przewidywany rezultat: Raul i Clameran zwinęli chorągiewkę i zatrzymali się o jakie dwadzieścia kroków, nie śmiejąc się zbliżyć.
Dwadzieścia kroków!... nie więcej trzeba było pajacowi, by mieć nad nimi górę. Rozmawiając z policjantami, zadzwonił do domu, przed którym stanęli. Suchy szelest sznurka dal mu znać, że furtka jest otwarta, pochylił się więc żywo i wpadł do furtki.
W chwilę potem, gdy policjanci się oddalili, Clameran i Lagors z kolei zadzwonili do tego domu.
Otworzono im i zbudzili odźwiernego, żądając by im powiedział kto jest ten pan, który tylko co powrócił przebrany za pajaca.
Odźwierny powiedział, że nie widział nikogo w masce, co większa, nie wie o tem, by który z jego lokatorów wychodził z domu przebrany.
— Wreszcie, — dodał, — nie mogę być pewnym, bo dom ten ma drugie wyjście na ulicę św. Dyonizego.
— Jesteśmy okradzeni! — przerwał Lagors po angielsku, — nie dowiemy się nigdy kto jest ten pajac.
— Obyśmy tylko nie dowiedzieli się za wcześnie, i to kosztem własnym, — szepnął Clameran, który nagle stał się zamyślonym. W chwili gdy Raul i właściciel hamerni odchodzili pełni niepokoju, pajac lotem strzały wbiegł do hotelu pod Wielkim Archaniołem; na zegarach właśnie biła trzecia.
Siedząc przy oknie, Prosper widział go nadchodzącego.
Od północy oczekiwał jego powrotu z gorączkową niecierpliwością oskarżonego, który oczekuje odczytania wyroku.
Z wielkim też pospiechem wybiegł naprzeciwko niego aż do pół schodów.
— Cóż pan wiesz? — zapytał, — czego się dowiedziałeś? Czy widziałeś Magdalenę? Raul i Clameran czy byli na balu?
Ale pan Verduret nie miał zwyczaju rozmawiać w miejscach, gdzieby go można podsłuchać.
— Przedewszystkiem pójdźmy do twego pokoju i daj mi czemprędzej wody na miednicę, by obmyć tę pieczątkę, która mnie parzy jak ogień.
— Nieba! pan jesteś raniony!
— Tak. Jest to pamiątka od twego przyjaciela, Raula. Ah! dowie się, wiele się płaci za zacięcie takiej skóry, jak ta.
Zimny gniew Verdureta-pajaca miał w sobie coś tak groźnego, że aż Prosper się przeląkł.
On tymczasem obwiązał sobie ramię.
— A teraz, — odezwał się, — pogadajmy. Nieprzyjaciele nasi są uprzedzeni, trzeba w nich ugodzić z siłą i lotem pioruna.
Pan Verduret mówił tonem krótkim i rozkazującym, jak nigdy dotąd przy Prosperze.
— Omyliłem się, — rzekł, — szedłem fałszywą drogą; jest to wypadek, któremu ulegają i najwyrafinowańsi. Wziąłem skutek za przyczynę, muszę się przyznać. W chwili, gdy byłem pewny, że między Raulem i panią Fauvel zachodzą występne stosunki, sądziłem, iż trzymam koniec nitki, która ma nas doprowadzić do prawdy. Powinienem był strzedz się, bo to było proste, zbyt naturalne.
— Czy przypuszczasz pan, że pani Fauvel jest niewinną?
— Zapewne że nie; ale nie jest winną w tem znaczeniu, jak myślałem. Jakież były moje przypuszczenia? Powiedziałem sobie: Zajęta młodym i ujmującym awanturnikiem pani Fauvel podarowała mu imię jednej ze swych krewnych i przedstawiła go mężowi jako swego siostrzeńca. Pomysł był dobry, dla otwarcia występkowi drzwi domowych. Zrazu oddała mu wszystkie pieniądze, jakie miała w zapasie; gdy tych nie starczyło, oddała mu swoje klejnoty, które on pozanosił do Lombardu; gdy i to się wyczerpało, pozwoliła mu sięgnąć do kasy mężowskiej... Tak oto myślałem.
— No i w ten sposób wszystko by się wytłumaczyło.
— Nie, nie wszystko... wiedziałem o tem, i pod tym względem postąpiłem z opłakaną lekkomyślnością. Jakżeż tu, przy moim pierwszym systemacie, wytłumaczyć przewagę Clamorana?
— Clameran jest poprostu wspólnikiem Lagorsa.
— Ah! właśnie w tem jest błąd! Ja sam zrazu sądziłem, że Lagors jest wszystkiem, a tymczasem w istocie rzeczy jest on niczem. Wczoraj w sprzeczce, jaka zawiązała się między nimi, właściciel hamerni rzekł do swego dawnego przyjaciela: „A nadewszystko mój chłopcze wybij sobie z głowy wszelki opór, zgniótłbym cię jak bańkę szklanną.“ W tem jest wszystko.. Fantastyczny Lagors nie jest kreaturą pani Fauvel, ale odbłyskiem Clamerana.
— Do tego, — dodał jeszcze Verduret, — czy nasze pierwsze przypuszczenia objaśniały nam rezygnacyjne posłuszeństwo Magdaleny? Ona posłuszną jest nie Lagorsowi, ale Clameranowi.
Prosper próbował protestować.
Pan Verduret nieznacznie wzruszył ramionami. Aby przekonać Prospera, dość mu było wyrzec jedno słowo, powiedzieć, że przed trzema godzinami Clameran zawiadomił go o swem z Magdaleną małżeństwie.
I popełnił wielki błąd, że tego słowa nie wyrzekł.
Przekonany, że będzie miał dosyć czasu zerwać to małżeństwo, nie chciał przymnażać zmartwienia swemu młodemu protegowanemu.
— Clameran, — mówił dalej, — Clameran sam ma w swej mocy panią Fauvel. A jakim sposobem ją trzyma, jaka broń straszna zapewnia mu tę tajemniczą władzę? Z najdokładniejszych wiadomości pokazuje się, że oni zaledwie przed piętnastu miesiącami widzieli się po raz pierwszy, a reputacja pani Fauvel była zawsze nieskazitelną. W przeszłości zatem szukać trzeba tajemnicy tego panowania z jednej strony, a rezygnacji z drugiej.
— Nie dowiemy się nic, — szepnął Prosper.
— Przeciwnie, dowiem się o wszystkiem, skoro tylko poznamy przeszłość Clamerana. Ach! gdy dziś wieczorem wymówiłem w obec niego imię jego brata Gastona, Clameran zbladł i cofnął się jak przed widmem. O ja przypomniałem sobie, że Gaston zmarł nagle, a brat go nawiedzał.
— Przypuszczasz więc morderstwo?...
— Wszystko przypuszczać mogę po ludziach, którzy mnie zabić chcieli. Kradzież, moje dziecko, w dzisiejszych czasach jest tylko podrzędnym szczegółem. Kradzież tę łatwo wytłumaczyć, i gdyby chodziło tylko o to, powiedziałbym: Posłannictwo moje jut skończone, pójdźmy do sędziego śledczego i prośmy go o mandat! Prosper powstał, z piersią wzdętą, z okiem błyszczącem nadzieją.
— Oh! pan wiesz... Czy podobna?...
— Tak... wiem, kto dał klucz, wiem kto dał wyraz.
— Klucz!... mogli otworzyć kluczem pana Fauvela. Ale wyraz...
— Wyraz!... to ty, nieszczęśliwy, wydałeś. Zapomniałeś, prawda? Twoja przyjaciółka, na szczęście, pamięta za was oboje. Czy przypominasz sobie, że na dwa dni przed kradzieżą byłeś na wieczerzy z panią Gypsy, Lagorsem i jeszcze dwoma swoimi przyjaciółmi? Nina była smutna. Pod koniec wieczerzy wpadła na ciebie z wyrzutami, że ją zaniedbujesz.
— Rzeczywiście, przypominam to sobie dobrze.
— A więc wiesz i to, coś jej odpowiedział?
Prosper chwilę się zadumał i odrzekł:
— Nie.
— Nieroztropny! powiedziałeś Ninie: „Niesłusznie wyrzucasz mi, że nie myślę o tobie, bo i w tej chwili nawet imię twoje strzeże kasy pryncypała.“
Prosper zatrząsł się, oczy słupem stanęły mu jak warjatowi: prawda, jak petarda, strzeliła mu do głowy.
— Tak! — zawołał, — przypominam sobie! — Pojmujesz więc resztę. Jeden z dwóch poszedł do pani Fauvel i zmusił ją do wydania mu mężowskiego klucza. Na wszelki wypadek nędznik ustawił guziki na imię Gypsy, i zabrał trzykroć sto tysięcy franków. A wiedz, że pani Fauvel uległa tylko przed potężną groźbą. Nazajutrz po kradzieży ta biedna kobieta była umierającą, i ona to z wielkiem swem narażeniem przysłała ci te dziesięć tysięcy franków.
— Ale kto ukradł? Czy Raul, czy Clameran? Jakie są ich sposoby działania na panią Fauvel. Jakim sposobem Magdalena wmięszaną jest w to bezeceństwo?
— Na to pytanie, mój kochany Prosperze, nie wiem jeszcze co odpowiedzieć, i dla tego to nie pójdziemy jeszcze do sędziego śledczego. Na to trzeba jeszcze najmniej dziesięć dni czasu. Jeśli w dziesięciu dniach niczego się nie dowiem, wrócę, i pójdziemy wszystko co wiemy opowiedzieć panu Patrigent.
— Więc pan oddalasz się?
— Za godzinę będę na drodze do Beaucaire. Wszak to z tamtych stron pochodzą Clameran i pani Fauvel urodzona w de la Verberie?
— Tak, znam ich pochodzenie.
— Otóż tam udam się na zwiady. Ani Raul, ani Clameran nie ujdą nam, policja czuwa nad nimi. Ale, ty Prosperze, dziecko moje, bądź roztropnym. Przysięgnij mi, że będziesz tu więźniem na cały czas mojej nieobecności.
Wszystko czego żądał pan Verduret, Prosper zaprzysiągł calem sercem. Ale nie mógł tak z nim się rozstać.
— Panie, — zapytał, — czyż nigdy nie będę wiedział kto jesteś, jakim przyczynom zawdzięczam twoją potężną pomoc?
Nadzwyczajny człowiek uśmiechnął się smutnie.
— Powiem ci to, — odrzekł, — w obec Niny, w przededniu twoich zaślubin z Magdaleną.
Prosper, dopiero gdy sam został i zatopił się w myślach, pojął należycie, jak dalece pomocnem mu było potężne poparcie Verdureta.
Rozpatrując się w sferze poszukiwać tego tajemniczego protektora, zdziwił się i zdumiał nad jego przenikliwością.
Ileż to odkryć w ciągu niespełna tygodnia i tak dokładnych, chociaż twierdził, że poszedł fałszywą drogą. Z jaką pewnością szedł od danych do wniosków, od faktów stwierdzonych do przypuszczalnych — do odbudowania, jeżeli nie prawdy istotnej, to historji tak prawdziwej, że zdawała się niewątpliwą.
Prosper musiał sobie powiedzieć, że wychodząc z niczego, nigdy nie byłby doszedł do tego rezultatu, który mieszał mu rozum.
Nie tylko, że nie miał najmniejszej przenikliwości, ani subtelności pomysłów pana Verdureta, ale nadto nie posiadał jego węchu, ani śmiałości, nie posiadał tej sztuki, tego kunsztu znaglania do posłuszeństwa, tworzenia sobie ajentów i wspólników, nakłaniania do jednego rezultatu wypadków i ludzi.
Nie mając przy sobie tego przyjaciela w przeciwności, już go zaczął mocno żałować. Żal mu było tego głosu, który raz ostry, drugi raz życzliwy, ośmielał go lub cieszył.
Był teraz osamotnionym aż do przestrachu, nie śmiejąc, że tak powiemy, ani działać, ani myśleć sam przez się; stał się bojaźliwym jak dziecię opuszczone przez niańkę.
Za to chętnie spełniał zlecenia swego mentora. Zamknął się upornie pod Wielkim Archaniołem, nosa nawet za lufcik nie wytykając.
Dwa razy miał wiadomość od pana Verdureta. Raz w liście, w którym przyjaciel pisał mu, że widział się z jego ojcem i otrzymał od niego uczciwe uściśnienie ręki. Drugi raz lokaj pana Clamerana przyszedł od tego, którego nazywał swoim pryncypałem, zawiadomić go, że „wszystko idzie dobrze.“
Rzeczywiście wszystko szło najlepiej, gdy dziesiątego dnia swego dobrowolnego zamknięcia, około godziny dziesiątej wieczorem, Prosperowi koniecznie zachciało się wyjść. Bolała go gwałtownie głowa, kilka nocy źle spał, sądził więc, że świeże powietrze pokrzepi go.
Pani Aleksandra, która, zdaje się, była nieco wtajemniczoną przez pana Verdureta, stawiała mu niejakie przeszkody, ale Prosper nie zważał na to.
— Czego się mam obawiać o tej porze, w tej części miasta? — rzekł. — Pójdę prostą drogą ku Ogrodowi Botanicznemu, i z pewnością nikogo nie spotkam.
Nieszczęście chciało, że nie wypełnił ściśle tego programatu, i że doszedłszy do dworca kolei żelaznej Orleańskiej, gdy mu pić się zachciało, wszedł do jakiegoś zakładu i kazał sobie podać kufel piwa.
Popijając zwolna, wziął jeden z dzienników paryskich le Soleil, i pod rubryką: Wiadomości brukowe, podpisaną przez Jakóba Durand, przeczytał:
„Zapowiadają ślub siostrzenicy jednego z naszych najzacniejszych finansistów, pana Andrzeja Fauvel, z obywatelem prowansalskim, panem Ludwikiem de Clameran.“
Gdyby piorun uderzył w stół przed Prosperem, nie zrobił by na nim takiego wrażenia.
Ta straszna wiadomość, którą powziął znienacka, za pośrednictwem tego głosiciela radości i smutku, co się zwie dziennikiem, dowodziła mu trafność spostrzeżeń pana Verdureta.
Niestety! czemuż ta pewność nie natchnęła go wiarą bezwzględną, to jest męstwem oczekiwania, siłą bezczynności?
Odurzony boleścią, tracąc głowę, widział Magdalenę już nierozerwalnie związaną z tym nędznikiem, powiedział sobie, że może pan Verduret przybędzie zapóźno, i że jakimbądź kosztem trzeba temu przeszkodzić.
Zażądał pióro i papier, i zapominając, że nie ma położenia, któreby upoważniało do tej hańbiącej podłości, która zwie się listem bezimiennym, przekształcając pismo jak mógł, napisał do swego pryncypała:
„Wydałeś pan w ręce sprawiedliwości swego kasjera i dobrze uczyniłeś, ponieważ jesteś pewny, że on ci się sprzeniewierzył. Ale jeśli on zabrał 350.000 franków, czy on także skradł klejnoty pani Fauvel i zaniósł do Lombardu, gdzie się znajdują dotąd?
„Gdybym był na twojem miejscu, to będąc uprzedzony jak pan, nie czyniłbym hałasu. Czuwałbym nad żoną, i przekonałbym się, że dobrze jest czasami wystrzegać się kuzynków.
„Nadto, przed podpisaniem kontraktu ślubnego, poszedłbym do biura prefektury policji, by zasięgnąć wiadomości o szlachetnym panu margrabi Ludwiku de Clameran.
Napisawszy ten list, Prosper spiesznie zapłacił i wyszedł.
Potem obawiając się, aby ostrzeżenie jego nie przyszło za późno, kazał sobie wskazać wielkie biuro pocztowe, i dopiero wrzucił list na ulicy Cardinal-Lemoine.
Dotąd nie powątpiewał nawet o właściwości swego postępku.
Ale w ostatniej chwili, gdy dotknąwszy ręką skrzynki, rzucił list i usłyszał głuchy szelest papieru spadającego między papiery, ogarnęło go tysiące skrupułów.
Czy dobrze, że postąpił tak porywczo? Czy ten list nie złamie wszystkich planów pana Verdureta?...
Gdy przybył do hotelu, skrupuły jego zmieniły się w prawdziwy żal.
Józef Dubois przybył w jego nieobecności; przybył w skutek otrzymanej depeszy od pryncypała, zawiadamiającej, że wszystko skończone, że wraca jutro wieczorem o godzinie dziewiątej koleją Lyońską.
Prosper zapadł w najstraszliwszą rozpacz. Oddał by był wszystko na świetle, aby cofnąć ten list.
Istotnie miał powód rozpaczać.
W tej samej godzinie pan Verduret siadał do wagonu kolei żelaznej w Tarascon, przeżuwał całkowity plan działania, aby ze swych odkryć wyciągnąć jak największe korzyści.
Bo odkrył wszystko.
Kombinując to co już wiedział, z tem co usłyszał od dawnej sługi panny de la Verberie i od starego służącego Clameranów, zużytkowując zeznanie ludzi z Vésinet zostających w służbie u Lagorsa, zeznania zebrane i przesłane przez Dubois-Fauferlota, dopomagając sobie notatami wychodzącemi z prefektury policji, dzięki wreszcie swej genialnej zdolności badania i rachunku — zdołał w zupełności, aż do najdrobniejszych szczegółów odkopać straszliwy dramat, którego się domyślał.
Tak jak to odgadł i powiedział, trzeba było w czasie bardzo i bardzo odległym szukać powodów zbrodni, której Prosper padł ofiarą.
I oto jest ten dramat, taki jak on go skreślił na intencję sędziego śledczego, domniemywając się, że opowiadanie jego posłuży za akt oskarżenia.