Akta kryminalne pod l. 113/Tom I/X
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Akta kryminalne pod l. 113 |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Le Dossier nº 113 |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W połowie ulicy św. Łazarza wznoszą się, jak dwa bliźniaki, pałace panów Jandidier, dwóch sławnych finansistów, którzy nawet bez swych milionów byliby znakomitymi ludźmi.
Czemuż o wszystkich tego powiedzieć nie można!
Te dwa pałace, gdy były na ukończeniu, lat temu kilka, wzbudziły okrzyki zdumienia — oba jednakowe i tak urządzone, że w razie potrzeby stawały się jednym gmachem.
Gdy panowie Jandidier wydają bal, ruchome ściany wyjmują się, i wtedy ich salony są najpiękniejszemi w całym Paryżu.
Okazałość książęca, cudowne pojęcie wygody, gościnność pełna uprzejmości, wszystko to składa się, aby te bale uczynić najwięcej poszukiwanemu Z tego powodu w sobotę cała ulica św. Łazarza zapełniona była pojazdami, które stojąc rzędem jeden za drugim, na swoją kolej wyczekiwały.
O dziesiątej tańczono już w obu salonach.
Bal był kostiumowy. Wszystkie prawie kostiumy były bardzo bogate, wiele z nich odznaczało się wytwornym smakiem, a inne prawdziwą oryginalnością.
Między ostatniemi wyszczególniał się pajac, ale to prawdziwy pajac, z fizjognomią doskonale przedstawiającą ten charakter: oko zuchwałe, usta pożądliwe, żarłoczne, policzki świecące i ruda broda, która zdawała się płomieniem palić.
Kostium zrobiony był podług wszelkich prawideł tradycji: buty ze sztylpami, czapka rogata i żabot koronkowy.
W lewej ręce trzymał rodzaj chorągiewki płóciennej, na której sześć do ośmiu obrazków było namalowanych, jak obrazy na jarmarcznych namiotach. Prawą poruszał maleńką laseczkę, którą niekiedy uderzał w płótno.
Otaczano pajaca, każdy usłyszeć chciał od niego jaki dowcipny kwodlibet, lecz on milczący, trzymał się ciągle przy drzwiach wchodowych.
Dopiero o wpół do jedenastej opuścił swoje stanowisko.
Państwo Fauvel i Magdalena dopiero co weszli.
Mnóstwo osób zgromadziło się w jednej chwili w bliskości drzwi.
Od dziesięciu dni, sprawa bankiera z ulicy Provence była żywiołem wszystkich rozmów, a przyjaciele i nieprzyjaciele cisnęli się do bankiera, jedni by go zapewnić o swej sympatji, inni aby mu powiedzieć kilka zagadkowych wyrazów pożałowania, z rodzaju tych, które najwięcej drażnią i ranią. Jako należący do grona ludzi poważnych, pan Fauvel nie był przebrany; zarzucił tylko krótki jedwabny płaszczyk na ramiona.
Trzymając go pod rękę, pani Fauvel, z domu Walentyna de la Verberie, pochylała się i kłaniała, z pewną wdzięku uprzejmością.
Była to zachwycająca piękność swojego czasu, i tego wieczora nawet, za pomocą uroczego kostiumu, przy złudnem świetle żyrandoli, odzyskała znowu całą świetność i blask młodości. Miała lat czterdzieści pięć, choć wcale na to nie wyglądała.
Wybrała sobie dworski ubiór z ostatnich czasów panowania Ludwika XIV, poważny i wspaniały, złożony z aksamitu i atłasu haftowanego w rzuty, bez żadnych brylantów i klejnotów.
Ubiór ten nosiła ze szlachetną swobodą, pod pudrem miała minę wielkiej damy, jak przystało — mówiły niektóre poczciwe dusze — na pannę de la Verberie, która zniżyła się poślubiając pieniężnego człowieka.
Lecz na Magdalenę zlewały się wszystkich spojrzenia.
Była królową w swoim kostiumie damy honorowej, jakby umyślnie stworzonym, dla wykazania całego bogactwa jej figury.
W ciepłej atmosferze salonów, przy świetle kinkietów, piękność jej w pełni rozkwitała. Nigdy jej włosy nie były tak czarne, cera tak biała, ani oczy wydawały tyle blasku co dzisiaj.
Przy wejściu Magdalena wzięła ciotkę pod rękę, a pan Fauvel znikł w tłumie szukając salonów ze stolikiem gry, które są schronieniem dla ludzi niemłodych.
Bal był dopiero teraz w całym blasku swojej świetności.
Dwie orkiestry, pod przewodnictwem Straussa i jednego z jego pomocników, napełniały oba pałace swoją muzyką. Tłum różnokolorowy mieszał się i kręcił tworząc cudownie piękny chaos złotych materji, atłasów, aksamitów i koronek. Brylanty błyszczały na głowach i piersiach, najbledsze lica rozgrzewały się, oczy świeciły, a ramiona kobiet były bielsze od śniegu przy blasku słonecznym.
Zapomniany razem z chorągiewką swoją, nasz pajac wszedł we framugę okna, i stanął tam opierając się o poręcz rzeźbionego krzesła.
Zdawał się być trochę zachwycony wspaniałością balu i coś nakształt upojenia zawracało mu głowę. Jednak nie tracił z oczu pary, która tańczyła w bliskości niego.
Była to Magdalena, oparta na ramieniu doży jak dukat wyzłoconego; dożą zaś był pan margrabia do Clameran. Wydawał się promieniejący, odmłodniał, nadskakiwania jego miały pozory tryumfu. W przerwach kadryla nachylał się do ucha swej tancerki, szepcąc z powstrzymywanem uwielbieniem. Ona słuchała go jeśli nie z przyjemnością, to przynajmniej bez gniewu, od czasu do czasu, poruszając głową, albo też uśmiechając się.
— Widocznem jest, — mówił do siebie pajac, — że ten łotr udający wielkiego pana stara się o siostrzenicę bankiera; miałem więc wczoraj rację. Ale jakimże sposobem panna Magdalena może słuchać z tak słodką miną głupstw i oświadczyn tego człowieka? Na szczęście nie ma tu Prospera...
Zatrzymał się przed nim stanął człowiek już nie młody, z nadzwyczajną godnością noszący swój płaszcz wenecki.
— Czy przypominasz sobie, panie... Verduret, rzekł, w połowie poważnie, w połowie żartem, — co mi przyrzekłeś?
Pajac skłonił się z uszanowaniem i głęboko, lecz bez poniżenia.
— Pamiętam, — odpowiedział.
— Tylko ostrożnie przedewszystkiem.
— Może pan hrabia być spokojnym mając moje słowo.
— W takim razie zgoda, wiem co ono warte.
Hrabia oddalił się; podczas tej krótkiej rozmowy skończył się kadryl, a Magdalena i pan Clameran znikli.
— Ja ich znajdę przy pani Fauvel, — pomyślał.
I natychmiast rzucił się w tłum, szukając żonę bankiera.
Chroniąc się przed upałem, który stawał się nieznośnie duszącym, pani Fauvel poszła się ochłodzić trochę do wielkiej galerji pałaców Jandidier, zmienionej na dzisiejszą noc, dzieki Cldownemu talizmanowi, który się złotem nazywa, w czarowny ogród, pełen drzew pomarańczowych, girland z róż i lilji, których delikatne kwiaty z upału już się zwieszały.
Pani Fauvel siedziała w bliskości kiosku, niedaleko drzwi od salonu, gdzie grano w karty. Przy niej po prawej siedziała Magdalena, a z lewej strony stał Raul de Lagors.
— Trzeba przyznać, — pomyślał pajac, szukając sobie punktu obserwacyjnego, — że trudno być piękniejszym od tego młodego bandyty.
Teraz Magdalena była smutną. Zerwała kamelję z sąsiedniego krzewu i bezmyślnie obskubywała ją, wzrok mając zatopiony w przestrzeni.
Raul z panią Fauvel pochyleni rozmawiali. Twarze ich zdawały się być spokojne, lecz gęsta jednej z nich, a drżenie drugiego jasno wykazywały głębokie zajęcie i bardzo ważną rozmowę.
W salonie gry znajdował się doża; pan de Clameran umieścił się w ten sposób, aby widzieć panią Fauvel i Magdalenę, sam nie będąc widzianym.
— Jestto wczorajsza historja w dalszym ciągu, — pomyślał pajac, — ach, gdybym mógł podsłuchać jedno słówko tylko. Stojąc za temi kameliami, jestem pewien, żebym dosłyszał.
I zaczął się kręcić w tym celu, ale zbliżyć się nie było tak łatwo, trzeba mu było przejść po za osobami. Lecz skoro się tam dostał, Magdalena powstała, podając rękę Persowi lśniącemu od drogich kamieni.
W tejże chwili podniósł się i Raul, przeszedł do salonu gry, gdzie powiedział parę słów na ucho Clameranowi.
— Więc to tak! — rzekł do siebie pajac, — ci dwaj nędznicy mają te dwie kobiety w swojej mocy, i daremnie się one wydzierają z ich szponów. Lecz jakim to sposobem?
Rozmyślał, gdy naraz wielkie poruszenie zrobiło się w galerji. Ktoś powiedział, że będą tańczyć cudownego menueta w wielkim salonie; że przybyła hrabina Commarin przebrana za Aurorę; a wreszcie trzeba było pójść podziwiać szmaragdy księżnej Korassoff. najpiękniejsze, jakie istniały pod słońcem.
I w jednej chwili galerja zrobiła się próżną. Zostało zaledwie kilku biedaków opuszczonych, mężów zaniedbanych przez żony, które tańczyły, i kilku młodych ludzi nieśmiałych, nie czujących się bynajmniej swobodnymi w swoich kostiumach.
Pajacowi zdawało się, że wybiła godzina sprzyjająca jego zamiarom.
Raptownie opuścił swe miejsce, potrząsając chorągiewką, uderzając pałeczką w płótno i kaszląc z przesadą. Przeszedłszy galerję, umieścił się między fotelem zajętym przez panią Fauvel a drzwiami salonu.
Natychmiast zgromadzili się na około niego wszyscy pozostali w galerji.
Przybrał minę odpowiadającą swojemu charakterowi, czapkę dobrze nasunął na lewe ucho, pochylając się ciałem w tę samą stronę.
Z nadzwyczajną pieszczotliwością i głosem nastrojonym emfatycznie na ton błazna, zaczął mówić:
— Panowie i panie! Dzisiejszego poranku otrzymałem upoważnienie od władzy — tu się ukłonił — tego miasta. A ku czemu?... Oto, panowie, aby mieć honor przedstawić wam widowisko, które ma uznanie pięciu części świata i wielu akademji. W tej oto loży, szanowne panie, rozpocznie się przedstawienie niesłychanego dramatu, który po raz pierwszy granym był w Pekinie, a tłumaczony jest przez naszych najsławniejszych autorów. Panowie, można już zająć miejsca; kinkiety zapalone a aktorowie ubrani.
Przerwał sobie i z doskonałością poniżającą dla instrumentów miedzianych i tolumbasów, naśladował rozdzierające ryturnelle hecarskiej muzyki.
— Ależ, panie i panowie, — mówił dalej, — zapytacie mnie może: Jeżeli sztuka ma się odegrać w loży, cóż ty tutaj robisz? — Co tu robię, panowie? Jestem tu, aby wam dać przedsmak agitacji, senzacji, emocji, palpitacji i innych dystrakcji, które możecie sobie kupić za skromną cenę pięćdziesięciu centymów, dziesięć su... Czy widzicie ten przepyszny obraz? Owoż on przedstawia ośm scen dramatu. Ach, już widzę, jak drżycie! A jednak to nic jeszcze. Ten wspaniały obraz nie daje nam lepszego wyobrażenia o tem przedstawieniu od tego, jakie mamy z kropli wody o morzu, lub z iskierek o słońcu. Mój obraz, panowie, jest to tylko szyld wystawiony w przedsionku sztuki, coś nakształt zapachu potrawy łechcącej podniebienie nim ją na stół podadzą...
— Czy znasz tego pajaca? — zapytał ogromny Turek melancholicznego Poliszynela.
— Nie, ale jak on wybornie naśladuje trąbkę.
— Przewybornie, lecz do czego on zmierza?
To co pajac mówił, było w celu ściągnięcia uwagi pani Fauvel, która od czasu jak Magdalena z Raulem oddalili się, wpadła w głębokie i zapewne bolesne zamyślenie.
I dokazał swego.
Wykrzyki tego przeraźliwego głosu sprowadziły znowu żonę bankiera do stanu rzeczywistości; zadrżała i żywo spojrzała na około siebie, jakby ją ktoś nagle obudził, następnie zwróciła się w stronę pajaca.
Ten mówił dalej:
— Tak więc, panowie, jesteśmy w Chinach. Pierwszy z moich obrazów, tu, w górze z lewej strony — pokazał końcem swej laseczki — przedstawia wielkiego mandaryna Li-Fo na łonie swej rodziny. Piękna, młoda kobieta wsparta na jego ramieniu, jest jego żoną, a dzieci bawiące się na dywanie są owocem tego najszczęśliwszego ze wszystkich związków małżeńskich. Czyż nie napawacie się panowie, zapachem zadowolenia i zacności roztaczającej się z tego cudnego malowidła? Bo też pani Li-Fo jest najcnotliwszą z niewiast, uwielbiającą swego męża i zapamiętale kochającą swe dzieci. Będąc cnotliwą, jest szczęśliwą zarazem, gdyż, jak dobrze powiedział Konfucjusz, cnota daleko więcej daje przyjemności jak występek!...
Nieznacznie pani Fauvel zbliżyła się, opuściła nawet swe krzesło, aby zasiąść na innem w bliskości pajaca.
— Czy widzisz to, — zapytał swego sąsiada melancholijny Poliszynel, — co on powiada, że na jego płótnie wymalowane?
— Dalibóg nie! a ty?
Więcej jak pewna, że płótno szalenie kolorowane, bynajmniej tego nie przedstawiało.
Pajac naśladując poprzednio odgłos bębna, zabrał się znów do mowy, coraz ją więcej przyspieszając:
— Obraz nr. 2. Czy poznajecie tę stara damę siedzącą przed tualetą i z rozpaczą wyrywającą sobie włosy, a zwłaszcza siwe? Nie. Przecież to ta piękna mandarynka z pierwszego obrazu! Widzę łzy w oczach waszych, panie i panowie. Ach, płaczcie! bo nie jest już ona ani piękną, ani cnotliwą, a szczęście jej znikło razem z cnotą. Ach, jest to bolesna historja! Pewnego dnia, nie wiadomo gdzie, na jednej z ulic Pekinu spotkała młodego łotra, pięknego jak anioł, i kocha go, nieszczęśliwa, kocha go!...
Najtragiczniejszym jak można głosem, ze smutną twarzą, wymówił pajac te ostatnie słowa.
Podczas tej tyrady tak zręcznie posuwał się, że teraz znajdował się na wprost żony bankiera, i nie tracił najmniejszego poruszenia jej twarzy.
— Panowie dziwicie się, ciągnął dalej. — a ja bynajmniej nie dziwię się. Mój pan, wielki mistrz, Bilboquet, odkrył nam, że serce nie starzeje się, a na ruinach kwitną najpiękniejsze powoje. Biedna ma lat pięćdziesiąt, a kocha się w młodziku! Ztąd wychodzi ta bolesna i przerażająca scena, która jest bardzo pouczającą!...
— Doprawdy! — mruknął kucharz w białym atłasie, — który cały wieczór bawił, bez powodzenia, wyliczaniem mnóstwa potraw, — doprawdy, sądziłem, że będzie zabawniejszy.
— Lecz dopiero w głębi loży, — mówił pajac, — trzeba zobaczyć zadziwiające skutki błędów mandarynki. Chwilami, promyk rozsądku oświeca jej mózg chorowity, a objawy zgryzot wzruszają najmniej litościwych. Wejdźcie, a za dziesięć su usłyszycie łkania, jakiemi Odeon nie poszczycił się nawet, za dni najświetniejszych. Bo ona rozumie nicość, szaleństwo, śmieszność swojej namiętności, sama przed sobą wyznaje, że się zadaleko puściła w pogoni za widziadłem, wie aż nadto dobrze, że on promieniejący młodością, nie może jej kochać starej już, napróżno usiłującej podtrzymać resztki więdniejącej piękności. Ona czuje, że jeżeli szepce jej w ucho słowa miłości, to kłamie. Odgaduje, że nie dziś, to jutro jego płaszcz zostanie w jej ręku...
I tak ciągnąc z nadzwyczajną gadatliwością ten monolog zwrócony na pozór do grupy osób otaczających go, pajac nie odrywał oczów od żony bankiera.
Lecz nic z tego wszystkiego nie zdawało się jej dotykać.
W pół przechylona na fotelu, była spokojną z okiem niezmąconem, nawet uśmiechnęła się lekko.
— Cóż znowu! — pomyślał zaniepokojony pajac, — czy nie wpadłem czasami na manowce!
Jakkolwiek był zajęty, dostrzegł jednakże nowego słuchacza, dożę, pana de Clameran, który także przyłączył się do koła.
— Na trzecim obrazie, — mówił dalej, chrapowato wymawiając litery r, — stara mandarynka porzuciła zgryzoty sumienia, które są niemiłymi gośćmi. Powiedziała sobie, że jeśli nie miłość, to interes zatrzyma przy niej przyjemnego młodzieniaszka. W tym celu, opatrzywszy go w fałszywą godność, przedstawia go głównym mandarynom stolicy Syna Nieba. Potem, ponieważ ładny chłopiec powinien dobrze się wydać, obdziera się na jego korzyść z wszystkiego co posiada: bransoletki, kolczyki, pierścionki, naszyjniki, perły i djamenty; wszystko przechodzi w jego ręce. Kosztowności te zanosi potwora do domu pożyczkowego na ulicy Tien-Tsi, odmawiając zwrotu rewersów.
Pajac mógł być zadowolonym.
Od niejakiego czasu pani Fauvel okazywała dobrze przez niego zrozumiane oznaki osłabienia i niespokojności.
Próbowała raz powstać i oddalić się; lecz ją siły zdradziły i usiadła przybita do fotelu, zmuszoną będąc słuchać.
— Jednakże, panie i panowie, — ciągnął pajac dalej, — najbogatsze szkatułki wyczerpują się. Nadszedł dzień, w którym mandarynka nie była w stanie nic mu już dać. Wtedy młody łotr powziął zuchwały zamiar przywłaszczenia sobie jaspisowego guzika mandaryna Li-Fo. Ten świetny klejnot będący godłem jego dostojeństwa, nieobliczonej wartości, złożony był w skrzynce granitowej, strzeżonej dniem i nocą przez trzech żołnierzy. Ach, mandarynka się długo ozierała. Wiedziała, że zapewne obwinią winnych żołnierzy, że ich ukrzyżują, jak to jest modą w Pekinie, i ta myśl ją niepokoiła. Lecz chłopiec przemawiał głosem tak czułym, że dalibóg! pojmujecie... guzik jaspisowy znikł. Czwarty obraz przedstawia dwoje przestępnych schodzących ukradkiem schodami skrytemi; patrzcie jak drżą, bledną; patrzcie...
I przerwał.
Dwaj lub trzej z jego słuchaczy widzieli, jak się pani Fauvel słabo zrobiło i pospieszyli jej z pomocą.
Przytem ktoś ściskał mu mocno ramię.
Odwrócił się i zobaczył przed sobą pana Clamerana i Raula de Lagors, bladych i groźnych obu.
— Czego panowie żądacie? — zapytał z najwdzięczniejszą miną.
— Rozmówić się z panem, — odrzekli obadwa.
— Jestem na panów rozkazy.
I poszedł za nimi na drugi koniec galerji, we framugę drzwi balkonowych.
Tam nikt nie powinien na nich zważać, i nikt też nie zważał, oprócz osoby obwiniętej w wenecki płaszczyk, której się pajac tak głęboko pokłonił, mianując:„panie hrabio.“
Tymczasem i menuet się skończył; orkiestry miały pół godziny spoczynku, tłum napływał do galerji, która się znacznie zcieśniła.
Nawet nagłe osłabienie pani Fauvel przeszło zupełnie niepostrzeżone; ci, co to widzieli, złożyli je, gdy rychło przeszło, na karb gorąca. Wprawdzie zawiadomiony pan Fauvel przybiegł, ale widząc, że żona spokojnie rozmawia z Magdaleną, wrócił do swojej partyjki.
Mniej panujący nad sobą od Raula, pan de Clameran zabrał głos:
— Najsamprzód, panie, — zaczął tonem szorstkim, — pragnąłbym wiedzieć, do kogo mówię.
Ale pajac przyrzekł sobie utrzymać charakter igraszki balu kostiumowego, dopóki mu me położą kropki nad J.
W duchu więc i tonie kostiumu swojego odpowiedział:
— Jaśnie oświecony doża, wraz z tym paniczem, pytają mnie zapewne o papiery? Mam je wszystkie w porządku, ah są w ręku władz miejskich razem z mojem imieniem, nazwiskiem, profesją, miejscem stałego zamieszkania, znakami szczególnemi i t. d.
Pan Clameran zatrzymał go gestem wściekłości.
— Pan pozwoliłeś sobie, — rzekł, — najhaniebniejszego podstępu!
— Ja, panie dożo?
— Pan!... Cóż to za bezecna historja, którą pan wygadywałeś?
— Bezecna?... panu to łatwo powiedzieć, ale ja, który ją ułożyłem?...
— Dosyć tego, panie, dosyć! Miejże pan przynajmniej odwagę czynów swoich, i wyznaj, że to jest tylko nędzna i długa insynuacja względem pani Fauvel.
Pajac, podniósłszy głowę do góry, jak gdyby myśli zbierał z sufitu, słuchał z otwartemi ustami, z miną człowieka, który moralnie spada z obłoków.
Ktoby go znał jednak, widziałby w jego czarnem oku iskrzące zadowolenie z tego szatańskiego figla.
— A to ciekawym! — rzekł, nie tyle niby odpowiadając, jak raczej rozmawiając sam z sobą, — ciekawym! a to doskonałe! Gdzież tu w moim dramacie o mandarynce Li-Fo jest jaka alluzja do pani Fauvel, której ja nie znam, ani z Adama ani z Ewy? Daremnie szukam, próbuję, trutynuję, nie widzę nic. Chybaby... ale nie, to niepodobna!
— Utrzymujesz pan więc, — przerwał Clameran, — utrzymujesz pan więc, że nie wiesz nic o nieszczęściu, jakie dotknęło panią Fauvel?
Ale pajac zdecydowanym był sprowadzić fakta na drogę precyzji.
— O nieszczęściu? — zapytał.
— Chcę mówić o kradzieży, której pan Fauvel stal się ofiarą i która narobiła, zdaje mi się, dosyć hałasu.
— Aha, wiem! Kasjer jego umknął, zabierając sobie 350.000 franków. Eh, to wypadek pospolity, rzekłbym nawet, niemal codzienny. Co się zaś tyczy odkrycia między tą kradzieżą a mojem opowiadaniem, jakiegoś związku, to inna rzecz...
Pan de Clameran opóźniał odpowiedź. Gwałtowne uderzenie łokciem, które wymierzył mu de Lagors uspokoiło go jak za dotknięciem laski czarnoksięzkiej.
Stał się zimnym jak marmur; mierzył pajaca wzrokiem podejrzliwym, i zdawał się gorzko żałować znaczących słów, które mu wydarło uniesienie.
— Niech i tak będzie! — rzekł tonem wyniosłym, który miał w naturze; — niech i tak będzie, mogłem się omylić, po pańskiem tłumaczeniu przypuszczam to, i mogę uwierzyć.
Ale w tem pajac, przed chwilą tak pokorny, oburknął się na słowo: tłumaczenie. Stawił się dumnie, pięść oparł na biodrze, przesadzając tę minę wyzywającą.
— Ja nie dawałem panu, ja nie potrzebowałem panu dawać żadnego tłumaczenia.
— Panie!...
— Pozwól mi pan skończyć, jeżeli łaska. Gdybym niechcący drasnął w czemkolwiek żonę człowieka, którego szanuję, to od niego tylko, jako od jedynego sędziego i arbitra w rzeczy honor jego obchodzącej, powinienbym się o tem dowiedzieć. Nie jest już on w tym wieku, powiesz pan, by żądać zadosyćuczynienia za obrazę, to być może; ale on ma synów, i jeden z nich jest nawet tu, tylko co go widziałem. Pan pytałeś mnie kto ja jestem, a ja z kolei pana zapytam: Kto pan jesteś, pan, który z własnego swego upoważnienia stawiasz się jako rycerz w obronie pani Fauvel? Jestżeś pan jej krewnym, przyjacielem, powinowatym? Jakiem prawem znieważasz ją, upatrując alluzję tam, gdzie rzecz jest czystym wymysłem?
Nie było co odpowiedzieć na to zapytanie tak silne i logiczne. Pan de Clameran szukał wybiegu.
— Jestem przyjacielem pana Fauvela, — rzekł, — i z tego tytułu mam prawo być zazdrosnym o jego honor, jak o mój własny. A jeżeli ten powód panu nie starczy, dowiedz się pan, że wkrótce rodzina jego będzie moją.
— Aha!
— Tak jest panie, i za tydzień ślub mój z panną Magdaleną będzie urzędowo ogłoszonym.
Wiadomość była tak nieprzewidzianą, tak raptowną, że przez chwilę pajac zafrasował się, i to na dobre.
Ale trwało to sekundę. Skłonił się nisko, z uśmiechem w sam raz tylko ironicznym, że go nie można było zauważać, i rzekł:
— Przyjm pan moje życzenia. Prócz tego, że dziś jest królową balu, panna Magdalena ma, jak mówią, pół miliona posagu.
Raul de Lagors słuchał tej dyskusji z widoczną niecierpliwością i rzucał niespokojnie oczyma na wszystkie strony.
— Przyjm pan moje życzenia. Prócz tego, że dziś jest królowa balu, panna Magdalena ma, jak mówią, pół miliona posagu.
Raul de Lagors słuchał tej dyskusji z widoczną niecierpliwością i rzucał niespokojnie oczy ma na wszystkie strony.
— Za wiele już tego, panie pajacu, — rzekł tonem krótkim i wzgardliwym, — powiem ci tylko jedną rzecz: że masz długi język!
— Być może. mój paniczu, być może... Ale ramię mam jeszcze dłuższe.
Clameran także chciał zakończyć.
— Dosyć! — dodał tupnąwszy nogą, — nie ma rozmowy z człowiekiem, który ukrywa swą osobistość pod łachmanami kostiumu!
— Możesz pan, panie dożo, iść spytać kto jestem, do gospodarza domu, jeżeli będziesz śmiał...
Spieszny gest Raula zatrzymał na ustach urodzonego właściciela hamerni wyraz obelżywy, któryby może sprowadził jaki wypadek, a przynajmniej prowokację, skandal, wrzawę.
Pajac poczekał chwilę z figlarnym na ustach uśmiechem, a ponieważ obelga nie przychodziła, szukał oczu pana Clamerana i wolno odezwał się:
— Ja jestem najlepszym przyjacielem, jakiego za życia miał nieboszczyk brat pański, Gaston. Byłem jego doradcą, powiernikiem jego ostatnich nadziei.
Te proste słowa spadały na głowę Clamerana jak razy maczugi.
Zbladł okropnie i cofnął się o krok z rękami naprzód, jak gdyby tam, pośród tego balu, powstawało przed nim jakieś widmo.
Chciał odpowiedzieć, protestować, powiedzieć coś, ale groza zmroziła mu w gardle wyrazy.
— Pójdź ztąd, — rzekł doń Lagors, który zachował zimną krew.
I podtrzymując uprowadził go, bo chwiał się jak pijany — muru się chwytał.
— Oh! — zawołał pajac na trzy różne tony. — oh! oh! oh!
Bo i sam był tak prawie ogłuszony, jak właściciel hamerni, a stał we framudze, jak do ziemi przykuty.
Ten frazes tajemniczo-groźny wypowiedział niejako bezmyślnie, bez celu, bez wyrachowanego zamiaru, jedynie, aby nie być w odpowiedzi dłużnym, wiedziony mimowiednie dziwnym instynktem policjanta, który jest jego siła, jak węch jest siłą wyżła.
— Co to znaczy? — myślał, — co znaczy przestrach tego nędznika? Jakież wspomnienie wzbudziłem w jego błotnistej duszy? I niechże tu kto wysławia przenikliwość mojego umysłu, subtelność moich kombinacji! Jest mistrz, który szachuje nas wszystkich bez trudu, który jednym kaprysem swoim burzy wszystkie nasze chimery: tym mistrzem jest przypadek.
Był o sto mil od obecnego położenia, od galerji, od balu u panów Jandidier. Lekkie uderzenie po ramieniu przez tego pana w płaszczu weneckim wróciło go nagle do rzeczywistości.
— Jesteś zadowolonym, panie Verduret? — zapytał.
— Tak i nie, panie hrabio. Nie, bo nie zupełnie osiągnąłem cel, jaki sobie założyłem, prosząc pana o wprowadzenie mnie tu; tak, bo nasi dwaj łotry wydali się o tyle, że wątpliwość jest już niepodobną.
— I jeszcze się skarżysz?
— Nie skarżę się, panie hrabio; błogosławię owszem przypadkowi, powinienbym rzec Opatrzności, która objawiła mi tajemnicę, jakiej się nie domyślałem.
Kilkoro gości zbliżyło się do hrabiego ujrzawszy go, i to przerwało rozmowę. Hrabia oddalił się, rzucając pajacowi spojrzenie nie tyle protekcyjne, ile przyjacielskie.
On natychmiast porzucając swą chorągiew, wpadł w tłum tak już zbity, że z największą trudnością można się było przezeń przecisnąć. Szukał panią Fauvel. Opuściła galerję, i znalazł ją siedzącą na ławeczce w głównym salonie, w rozmowie z Magdaleną. Obie były bardzo ożywione.
— Dobrze, — pomyślał pajac, — rozmawiają o tej scenie, ale co się zrobiło z Lagorsem i Clameranem?
Niedługo zobaczył ich. Chodzili tam i sam, przeciskając się przez grupy, kłaniając się i rozmawiając z wielą osobami.
— Założyłbym się, — pomyślał, — że rozmawiają o mnie. Ci zacni mężowie chcą się dowiedzieć kto jestem. Szukajcie, moi przyjaciele, szukajcie...
Wkrótce zaprzestali. Byli tak zakłopotani, czuli taką potrzebę być sam na sam, żeby oddać się rozmyślaniu, że nie czekając wieczerzy, pożegnali się z panią Fauvel i Magdaleną.
Mówili prawdę. Pajac widział ich jak weszli do przedpokoju, wzięli płaszcze, zeszli ze schodów i znikli za portykiem.
— Na dziś wszystko skończone, — pomyślał, — nie mam już tu co robić.
I z kolei wyszedł także włożywszy na siebie płaszcz, który całkiem prawie zakrywał jego kostium.
Przed bramą stało dosyć dorożek wolnych, ale czas był piękny, choć zimny, bruk suchy; więc pajac postanowił iść pieszo, w nadziei, że świeże powietrze, ruch, sprowadzą ład w jego myśli, jeszcze bardzo rozprószone.
Zapaliwszy cygaro, szedł ulicą św. Łazarza i zawrócił na inną aby się dostać na przedmieście Montmartre.
W tem, w chwili gdy wchodził na ulicę Ollivier, jakiś człowiek wychodząc z cieniu, w którym stał ukryty, poskoczył ku niemu z podniesioną ręką i uderzył go z całej siły.
Szczęściem pajac miał ten dziwny zmysł kota, który się, że tak powiem, podwaja; może jednocześnie śledzić i czuwać nad sobą, patrzyć w jedną stronę i widzieć co się dzieje w drugiej.
Widział, a raczej odgadł człowieka czyhającego w cieniu, przeczuł poniekąd, że się rzuci na niego, tak, że mógł schylić się do połowy, bawiąc się rękami.
Ruch ten z pewnością uratował mu życie, i w ramię tylko otrzymał uderzenie tego wściekłego sztyletu, które miało go zabić.
Gniew, bardziej jeszcze niż ból wydarł mu okrzyk.
— A, psie podły! — krzyknął.
I wraz odskoczywszy o łokieć dalej, stanął do obrony.
Ale ostrożność była niepotrzebną.
Widząc, że cios chybiony, morderca nie zwrócił się, ale popędził dalej i wkrótce zniknął na przedmieściu Montmartre.
— To pewnie Lagors, — pomyślał pajac, — a Clameran musi być niedaleko. Gdy ja obchodziłem kościół z jednej strony, oni obeszli go z drugiej i przyszli tu czatować na mnie.
Rana jednak dokuczała mu srodze.
Podstąpił pod latarnię aby ją obejrzeć.
Nie była ona groźną; ramię przerżnął sztylet od końca do końca.
Rozdarł więc chustkę, zrobił z niej cztery opaski i obwiązał ranę z wprawą chirurga szpitalnego.
— Muszę być na tropie bardzo ważnych rzeczy, skoro ci nędznicy odważyli się na morderstwo. Tacy zręczni jak oni, jeżeliby szło tylko o policję poprawczą, nie narażaliby się dobrowolnie na kryminał.
Niepodobna było stać dłużej na jednem miejscu. Zapewnił się, że choć z mocnym bólem, będzie mógł jeszcze używać skaleczonej ręki, i popędził za swym nieprzyjacielem, trzymając się środka ulicy i unikając ciemnych zakątków.
Nie widział wprawdzie nikogo, ale pewnym był, że go ścigają.
Nie omylił się. Gdy za przybyciem na bulwar Montmartre przeszedł przez środek ulicy, postrzegł dwa cienie, które nieco powyżej przeszły ulicę, prawie równocześnie z nim.
— Mam do czynienia z łotrami ryzykownymi, nawet nie kryją się z zasadzką na mnie. Przebiegli, snać wprawni w podobnego rodzaju awantury, trudno mi będzie ich zbić z tropu. Nie z takimi to chwatami udałby mi się figiel powozowy, na który tak doskonale złapał się Fanferlot. Dodajmy i to, że ten mój djabelski szary kapelusz jest jak latarnia morska, widać go o pół mili.
Szedł tedy w górę bulwaru, i nie oglądając się odgadywał nieprzyjaciela, tak o trzydzieści prawie kroków za sobą.
— A jednakże, — mówił do siebie dalej, — muszę się zdradzić... Jak mi będą iść za piętami, nie będę mógł wejść ani do siebie, ani pod Wielkiego Archanioła. Teraz już nie dla tego idą za mną żeby mnie zabić, ale żeby się dowiedzieć, kto jestem. A gdyby się dowiedzieli, że ten pajac zakrywa pana Verdureta, a pan Verduret znowu Lecoqua, już po moich projektach. Uciekną za granicę, bo pieniędzy im nie brak, a ja pójdę z kwitkiem i z raną na ramieniu.
Myśl, że Raul i Clameran mogą mu uciec, tak go zatrwożyła, że przez chwilę pomyślał, czy nie wypadałoby ich ująć.
A było to koniec końców rzeczą łatwą. Dość mu było rzucić się na nich i zawołać o pomoc; pomoc by przyszła, aresztowanoby ich wszystkich trzech i zaprowadzono do biura komisarza policji.
Tego to prostego a dowcipnego środka używają ajenci służby bezpieczeństwa publicznego, gdy postrzegłszy jakiego wskazanego im złoczyńcę, nie mogą, nie mając mandatu w kieszeni, zaaresztować go osobiście.
Nazajutrz następują wyjaśnienia.
Otóż pajac; miał w ręku dosyć dokumentów, by uzasadnić aresztowanie Lagorsa. Mógł pokazać list i modlitewnik zepsuty, mógł wydać istnienie kwitów lombardowych złożonych w Vésinet, wreszcie okazałby swoje ramię. W najgorszym razie Raul musiałby wytłumaczyć, jakim sposobem ukradł nazwisko Lagors, i w jakim celu podawał się za krewnego pana Fauvela.
Ale również z drugiej strony działając tak pospiesznie, możnaby zapewnić ocalenie największemu przestępcy, Clameranowi. Jakież stanowcze świadectwo mówiło przeciwko niemu?... Żadne. Podejrzenie bardzo było silne, ale faktów brak zupełny.
Wszystko to zważywszy, pajac postanowił działać sam, jak dotąd, i sam przyjść do odkrycia przewidywanej prawdy.
Powziąwszy to postanowienie, kierował się już tak, aby zmylić pogoń nieprzyjaciela.
Zawrócił na bulwar sewastopolski, i porzucając niezdecydowaną postawę, która zdradzała jego wahania, zaczął iść dobrym krokiem.
Przybywszy przed skwer Sztuk i Rzemiosł, zatrzymał się nagle. Napotkał dwóch policjantów, stanął przed nimi i przemówił słów kilka.
Manewr ten wydał przewidywany rezultat: Raul i Clameran zwinęli chorągiewkę i zatrzymali się o jakie dwadzieścia kroków, nie śmiejąc się zbliżyć.
Dwadzieścia kroków!... nie więcej trzeba było pajacowi, by mieć nad nimi górę. Rozmawiając z policjantami, zadzwonił do domu, przed którym stanęli. Suchy szelest sznurka dal mu znać, że furtka jest otwarta, pochylił się więc żywo i wpadł do furtki.
W chwilę potem, gdy policjanci się oddalili, Clameran i Lagors z kolei zadzwonili do tego domu.
Otworzono im i zbudzili odźwiernego, żądając by im powiedział kto jest ten pan, który tylko co powrócił przebrany za pajaca.
Odźwierny powiedział, że nie widział nikogo w masce, co większa, nie wie o tem, by który z jego lokatorów wychodził z domu przebrany.
— Wreszcie, — dodał, — nie mogę być pewnym, bo dom ten ma drugie wyjście na ulicę św. Dyonizego.
— Jesteśmy okradzeni! — przerwał Lagors po angielsku, — nie dowiemy się nigdy kto jest ten pajac.
— Obyśmy tylko nie dowiedzieli się za wcześnie, i to kosztem własnym, — szepnął Clameran, który nagle stał się zamyślonym. W chwili gdy Raul i właściciel hamerni odchodzili pełni niepokoju, pajac lotem strzały wbiegł do hotelu pod Wielkim Archaniołem; na zegarach właśnie biła trzecia.
Siedząc przy oknie, Prosper widział go nadchodzącego.
Od północy oczekiwał jego powrotu z gorączkową niecierpliwością oskarżonego, który oczekuje odczytania wyroku.
Z wielkim też pospiechem wybiegł naprzeciwko niego aż do pół schodów.
— Cóż pan wiesz? — zapytał, — czego się dowiedziałeś? Czy widziałeś Magdalenę? Raul i Clameran czy byli na balu?
Ale pan Verduret nie miał zwyczaju rozmawiać w miejscach, gdzieby go można podsłuchać.
— Przedewszystkiem pójdźmy do twego pokoju i daj mi czemprędzej wody na miednicę, by obmyć tę pieczątkę, która mnie parzy jak ogień.
— Nieba! pan jesteś raniony!
— Tak. Jest to pamiątka od twego przyjaciela, Raula. Ah! dowie się, wiele się płaci za zacięcie takiej skóry, jak ta.
Zimny gniew Verdureta-pajaca miał w sobie coś tak groźnego, że aż Prosper się przeląkł.
On tymczasem obwiązał sobie ramię.
— A teraz, — odezwał się, — pogadajmy. Nieprzyjaciele nasi są uprzedzeni, trzeba w nich ugodzić z siłą i lotem pioruna.
Pan Verduret mówił tonem krótkim i rozkazującym, jak nigdy dotąd przy Prosperze.
— Omyliłem się, — rzekł, — szedłem fałszywą drogą; jest to wypadek, któremu ulegają i najwyrafinowańsi. Wziąłem skutek za przyczynę, muszę się przyznać. W chwili, gdy byłem pewny, że między Raulem i panią Fauvel zachodzą występne stosunki, sądziłem, iż trzymam koniec nitki, która ma nas doprowadzić do prawdy. Powinienem był strzedz się, bo to było proste, zbyt naturalne.
— Czy przypuszczasz pan, że pani Fauvel jest niewinną?
— Zapewne że nie; ale nie jest winną w tem znaczeniu, jak myślałem. Jakież były moje przypuszczenia? Powiedziałem sobie: Zajęta młodym i ujmującym awanturnikiem pani Fauvel podarowała mu imię jednej ze swych krewnych i przedstawiła go mężowi jako swego siostrzeńca. Pomysł był dobry, dla otwarcia występkowi drzwi domowych. Zrazu oddała mu wszystkie pieniądze, jakie miała w zapasie; gdy tych nie starczyło, oddała mu swoje klejnoty, które on pozanosił do Lombardu; gdy i to się wyczerpało, pozwoliła mu sięgnąć do kasy mężowskiej... Tak oto myślałem.
— No i w ten sposób wszystko by się wytłumaczyło.
— Nie, nie wszystko... wiedziałem o tem, i pod tym względem postąpiłem z opłakaną lekkomyślnością. Jakżeż tu, przy moim pierwszym systemacie, wytłumaczyć przewagę Clamorana?
— Clameran jest poprostu wspólnikiem Lagorsa.
— Ah! właśnie w tem jest błąd! Ja sam zrazu sądziłem, że Lagors jest wszystkiem, a tymczasem w istocie rzeczy jest on niczem. Wczoraj w sprzeczce, jaka zawiązała się między nimi, właściciel hamerni rzekł do swego dawnego przyjaciela: „A nadewszystko mój chłopcze wybij sobie z głowy wszelki opór, zgniótłbym cię jak bańkę szklanną.“ W tem jest wszystko.. Fantastyczny Lagors nie jest kreaturą pani Fauvel, ale odbłyskiem Clamerana.
— Do tego, — dodał jeszcze Verduret, — czy nasze pierwsze przypuszczenia objaśniały nam rezygnacyjne posłuszeństwo Magdaleny? Ona posłuszną jest nie Lagorsowi, ale Clameranowi.
Prosper próbował protestować.
Pan Verduret nieznacznie wzruszył ramionami. Aby przekonać Prospera, dość mu było wyrzec jedno słowo, powiedzieć, że przed trzema godzinami Clameran zawiadomił go o swem z Magdaleną małżeństwie.
I popełnił wielki błąd, że tego słowa nie wyrzekł.
Przekonany, że będzie miał dosyć czasu zerwać to małżeństwo, nie chciał przymnażać zmartwienia swemu młodemu protegowanemu.
— Clameran, — mówił dalej, — Clameran sam ma w swej mocy panią Fauvel. A jakim sposobem ją trzyma, jaka broń straszna zapewnia mu tę tajemniczą władzę? Z najdokładniejszych wiadomości pokazuje się, że oni zaledwie przed piętnastu miesiącami widzieli się po raz pierwszy, a reputacja pani Fauvel była zawsze nieskazitelną. W przeszłości zatem szukać trzeba tajemnicy tego panowania z jednej strony, a rezygnacji z drugiej.
— Nie dowiemy się nic, — szepnął Prosper.
— Przeciwnie, dowiem się o wszystkiem, skoro tylko poznamy przeszłość Clamerana. Ach! gdy dziś wieczorem wymówiłem w obec niego imię jego brata Gastona, Clameran zbladł i cofnął się jak przed widmem. O ja przypomniałem sobie, że Gaston zmarł nagle, a brat go nawiedzał.
— Przypuszczasz więc morderstwo?...
— Wszystko przypuszczać mogę po ludziach, którzy mnie zabić chcieli. Kradzież, moje dziecko, w dzisiejszych czasach jest tylko podrzędnym szczegółem. Kradzież tę łatwo wytłumaczyć, i gdyby chodziło tylko o to, powiedziałbym: Posłannictwo moje jut skończone, pójdźmy do sędziego śledczego i prośmy go o mandat! Prosper powstał, z piersią wzdętą, z okiem błyszczącem nadzieją.
— Oh! pan wiesz... Czy podobna?...
— Tak... wiem, kto dał klucz, wiem kto dał wyraz.
— Klucz!... mogli otworzyć kluczem pana Fauvela. Ale wyraz...
— Wyraz!... to ty, nieszczęśliwy, wydałeś. Zapomniałeś, prawda? Twoja przyjaciółka, na szczęście, pamięta za was oboje. Czy przypominasz sobie, że na dwa dni przed kradzieżą byłeś na wieczerzy z panią Gypsy, Lagorsem i jeszcze dwoma swoimi przyjaciółmi? Nina była smutna. Pod koniec wieczerzy wpadła na ciebie z wyrzutami, że ją zaniedbujesz.
— Rzeczywiście, przypominam to sobie dobrze.
— A więc wiesz i to, coś jej odpowiedział?
Prosper chwilę się zadumał i odrzekł:
— Nie.
— Nieroztropny! powiedziałeś Ninie: „Niesłusznie wyrzucasz mi, że nie myślę o tobie, bo i w tej chwili nawet imię twoje strzeże kasy pryncypała.“
Prosper zatrząsł się, oczy słupem stanęły mu jak warjatowi: prawda, jak petarda, strzeliła mu do głowy.
— Tak! — zawołał, — przypominam sobie! — Pojmujesz więc resztę. Jeden z dwóch poszedł do pani Fauvel i zmusił ją do wydania mu mężowskiego klucza. Na wszelki wypadek nędznik ustawił guziki na imię Gypsy, i zabrał trzykroć sto tysięcy franków. A wiedz, że pani Fauvel uległa tylko przed potężną groźbą. Nazajutrz po kradzieży ta biedna kobieta była umierającą, i ona to z wielkiem swem narażeniem przysłała ci te dziesięć tysięcy franków.
— Ale kto ukradł? Czy Raul, czy Clameran? Jakie są ich sposoby działania na panią Fauvel. Jakim sposobem Magdalena wmięszaną jest w to bezeceństwo?
— Na to pytanie, mój kochany Prosperze, nie wiem jeszcze co odpowiedzieć, i dla tego to nie pójdziemy jeszcze do sędziego śledczego. Na to trzeba jeszcze najmniej dziesięć dni czasu. Jeśli w dziesięciu dniach niczego się nie dowiem, wrócę, i pójdziemy wszystko co wiemy opowiedzieć panu Patrigent.
— Więc pan oddalasz się?
— Za godzinę będę na drodze do Beaucaire. Wszak to z tamtych stron pochodzą Clameran i pani Fauvel urodzona w de la Verberie?
— Tak, znam ich pochodzenie.
— Otóż tam udam się na zwiady. Ani Raul, ani Clameran nie ujdą nam, policja czuwa nad nimi. Ale, ty Prosperze, dziecko moje, bądź roztropnym. Przysięgnij mi, że będziesz tu więźniem na cały czas mojej nieobecności.
Wszystko czego żądał pan Verduret, Prosper zaprzysiągł calem sercem. Ale nie mógł tak z nim się rozstać.
— Panie, — zapytał, — czyż nigdy nie będę wiedział kto jesteś, jakim przyczynom zawdzięczam twoją potężną pomoc?
Nadzwyczajny człowiek uśmiechnął się smutnie.
— Powiem ci to, — odrzekł, — w obec Niny, w przededniu twoich zaślubin z Magdaleną.
Prosper, dopiero gdy sam został i zatopił się w myślach, pojął należycie, jak dalece pomocnem mu było potężne poparcie Verdureta.
Rozpatrując się w sferze poszukiwać tego tajemniczego protektora, zdziwił się i zdumiał nad jego przenikliwością.
Ileż to odkryć w ciągu niespełna tygodnia i tak dokładnych, chociaż twierdził, że poszedł fałszywą drogą. Z jaką pewnością szedł od danych do wniosków, od faktów stwierdzonych do przypuszczalnych — do odbudowania, jeżeli nie prawdy istotnej, to historji tak prawdziwej, że zdawała się niewątpliwą.
Prosper musiał sobie powiedzieć, że wychodząc z niczego, nigdy nie byłby doszedł do tego rezultatu, który mieszał mu rozum.
Nie tylko, że nie miał najmniejszej przenikliwości, ani subtelności pomysłów pana Verdureta, ale nadto nie posiadał jego węchu, ani śmiałości, nie posiadał tej sztuki, tego kunsztu znaglania do posłuszeństwa, tworzenia sobie ajentów i wspólników, nakłaniania do jednego rezultatu wypadków i ludzi.
Nie mając przy sobie tego przyjaciela w przeciwności, już go zaczął mocno żałować. Żal mu było tego głosu, który raz ostry, drugi raz życzliwy, ośmielał go lub cieszył.
Był teraz osamotnionym aż do przestrachu, nie śmiejąc, że tak powiemy, ani działać, ani myśleć sam przez się; stał się bojaźliwym jak dziecię opuszczone przez niańkę.
Za to chętnie spełniał zlecenia swego mentora. Zamknął się upornie pod Wielkim Archaniołem, nosa nawet za lufcik nie wytykając.
Dwa razy miał wiadomość od pana Verdureta. Raz w liście, w którym przyjaciel pisał mu, że widział się z jego ojcem i otrzymał od niego uczciwe uściśnienie ręki. Drugi raz lokaj pana Clamerana przyszedł od tego, którego nazywał swoim pryncypałem, zawiadomić go, że „wszystko idzie dobrze.“
Rzeczywiście wszystko szło najlepiej, gdy dziesiątego dnia swego dobrowolnego zamknięcia, około godziny dziesiątej wieczorem, Prosperowi koniecznie zachciało się wyjść. Bolała go gwałtownie głowa, kilka nocy źle spał, sądził więc, że świeże powietrze pokrzepi go.
Pani Aleksandra, która, zdaje się, była nieco wtajemniczoną przez pana Verdureta, stawiała mu niejakie przeszkody, ale Prosper nie zważał na to.
— Czego się mam obawiać o tej porze, w tej części miasta? — rzekł. — Pójdę prostą drogą ku Ogrodowi Botanicznemu, i z pewnością nikogo nie spotkam.
Nieszczęście chciało, że nie wypełnił ściśle tego programatu, i że doszedłszy do dworca kolei żelaznej Orleańskiej, gdy mu pić się zachciało, wszedł do jakiegoś zakładu i kazał sobie podać kufel piwa.
Popijając zwolna, wziął jeden z dzienników paryskich le Soleil, i pod rubryką: Wiadomości brukowe, podpisaną przez Jakóba Durand, przeczytał:
„Zapowiadają ślub siostrzenicy jednego z naszych najzacniejszych finansistów, pana Andrzeja Fauvel, z obywatelem prowansalskim, panem Ludwikiem de Clameran.“
Gdyby piorun uderzył w stół przed Prosperem, nie zrobił by na nim takiego wrażenia.
Ta straszna wiadomość, którą powziął znienacka, za pośrednictwem tego głosiciela radości i smutku, co się zwie dziennikiem, dowodziła mu trafność spostrzeżeń pana Verdureta.
Niestety! czemuż ta pewność nie natchnęła go wiarą bezwzględną, to jest męstwem oczekiwania, siłą bezczynności?
Odurzony boleścią, tracąc głowę, widział Magdalenę już nierozerwalnie związaną z tym nędznikiem, powiedział sobie, że może pan Verduret przybędzie zapóźno, i że jakimbądź kosztem trzeba temu przeszkodzić.
Zażądał pióro i papier, i zapominając, że nie ma położenia, któreby upoważniało do tej hańbiącej podłości, która zwie się listem bezimiennym, przekształcając pismo jak mógł, napisał do swego pryncypała:
„Wydałeś pan w ręce sprawiedliwości swego kasjera i dobrze uczyniłeś, ponieważ jesteś pewny, że on ci się sprzeniewierzył. Ale jeśli on zabrał 350.000 franków, czy on także skradł klejnoty pani Fauvel i zaniósł do Lombardu, gdzie się znajdują dotąd?
„Gdybym był na twojem miejscu, to będąc uprzedzony jak pan, nie czyniłbym hałasu. Czuwałbym nad żoną, i przekonałbym się, że dobrze jest czasami wystrzegać się kuzynków.
„Nadto, przed podpisaniem kontraktu ślubnego, poszedłbym do biura prefektury policji, by zasięgnąć wiadomości o szlachetnym panu margrabi Ludwiku de Clameran.
Napisawszy ten list, Prosper spiesznie zapłacił i wyszedł.
Potem obawiając się, aby ostrzeżenie jego nie przyszło za późno, kazał sobie wskazać wielkie biuro pocztowe, i dopiero wrzucił list na ulicy Cardinal-Lemoine.
Dotąd nie powątpiewał nawet o właściwości swego postępku.
Ale w ostatniej chwili, gdy dotknąwszy ręką skrzynki, rzucił list i usłyszał głuchy szelest papieru spadającego między papiery, ogarnęło go tysiące skrupułów.
Czy dobrze, że postąpił tak porywczo? Czy ten list nie złamie wszystkich planów pana Verdureta?...
Gdy przybył do hotelu, skrupuły jego zmieniły się w prawdziwy żal.
Józef Dubois przybył w jego nieobecności; przybył w skutek otrzymanej depeszy od pryncypała, zawiadamiającej, że wszystko skończone, że wraca jutro wieczorem o godzinie dziewiątej koleją Lyońską.
Prosper zapadł w najstraszliwszą rozpacz. Oddał by był wszystko na świetle, aby cofnąć ten list.
Istotnie miał powód rozpaczać.
W tej samej godzinie pan Verduret siadał do wagonu kolei żelaznej w Tarascon, przeżuwał całkowity plan działania, aby ze swych odkryć wyciągnąć jak największe korzyści.
Bo odkrył wszystko.
Kombinując to co już wiedział, z tem co usłyszał od dawnej sługi panny de la Verberie i od starego służącego Clameranów, zużytkowując zeznanie ludzi z Vésinet zostających w służbie u Lagorsa, zeznania zebrane i przesłane przez Dubois-Fauferlota, dopomagając sobie notatami wychodzącemi z prefektury policji, dzięki wreszcie swej genialnej zdolności badania i rachunku — zdołał w zupełności, aż do najdrobniejszych szczegółów odkopać straszliwy dramat, którego się domyślał.
Tak jak to odgadł i powiedział, trzeba było w czasie bardzo i bardzo odległym szukać powodów zbrodni, której Prosper padł ofiarą.
I oto jest ten dramat, taki jak on go skreślił na intencję sędziego śledczego, domniemywając się, że opowiadanie jego posłuży za akt oskarżenia.