Przejdź do zawartości

Akta kryminalne pod l. 113/Tom I/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Akta kryminalne pod l. 113
Wydawca Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów"
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Dossier nº 113
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VII.

Raul de Lagors nie przesadził wcale mówiąc o nadzwyczajnem znękaniu pana Andrzeja Fauvela.
Od smutnej chwili, kiedy w skutek jego zaskarżenia aresztowano biednego kasjera, bankier, ten człowiek nadzwyczajnie czynny, popadł w najczarniejszą melancholję i zupełnie przestał zajmować się interesami.
On, człowiek tak kochający domowe ognisko, nie pokazywał się w gronie rodziny, tylko przy stole; trącił zaledwie jakiej potrawy i co prędzej wstawał od stołu.
Zamknięty w swym gabinecie, nie dozwalał nikomu dostępu. Jego skurczone rysy, jego zaniedbanie wszelkich interesów, ciągłe roztargnienie, znamionowały zaprzątnięcie głowy jedną jakąś myślą nieustępującą, lub tyranję jakiegoś tajemnego bolu.
W dniu uwolnienia Prospera, około godziny trzeciej, pan Fauvel siedział jak zwykle przy swojem biurku, oparty łokciem, z czołem w dłoniach ukrytem, z okiem wlepionem w próżnię, gdy woźny jego wszedł pędem z miną wystraszoną.
— Proszę pana, — mówił ten człowiek, — przyszedł dawny kasjer, pan Bertomy, z jakimś swoim krewnym: chce koniecznie widzieć się i pomówić z panem.
Na te słowa bankier zerwał się z krzesła, jak gdyby piorun padł o trzy kroki przed nim.
— Prosper! — zawołał dławiony gniewem, — jakto, on śmie!...
Ale zrozumiał, że przed woźnym nie wypada mu wybuchać gwałtownością swego charakteru, zdołał zapanować nad sobą i spokojniejszym rzekł głosem:
— Poproś tych panów.
Jeżeli pan Verduret, ten gruby jegomość z jowialną miną, liczył na ciekawe i wzruszające widowisko, to nie zawiódł się wcale w oczekiwaniu.
Nic straszniejszego jak postawa tych dwóch ludzi, stojących naprzeciw siebie: bankier czerwony, z twarzą wzdętą, jakby go apopleksja uderzyć miała, Prosper bledszy niż człowiek raniony, z którego wypłynęła krwi ostatnia kropla.
Nieruchomi, drżący, oddzieleni trzema zaledwie krokami, patrzali na siebie wzrokiem śmiertelnej nienawiści, gotowi rzucić się jeden na drugiego.
Z minutę przynajmniej pan Verduret badał ciekawie dwóch tych wrogów, z rozwagą i zimną krwią filozofa, który w najgwałtowniejszych uniesieniach namiętności ludzkich, widzi jedynie przedmiot studjów i rozmyślań.
W końcu, gdy milczenie stawało się coraz groźniejszem, zdecydował się zabrać głos, zwracając się do bankiera:
— Wiadomo panu zapewne, — rzekł, — że młody mój krewny został uwolnionym z więzienia?
— Tak jest, — odpowiedział pan Fauvel, który aby nie wybuchnąć, czynił najchwalebniejsze wysilenia; — tak jest, dla braku dostatecznych dowodów...
— Właśnie. Owoż to wyrażenie „dla braku dowodów“ tak jest złowrogiem dla jego przyszłości, że postanowił udać się do Ameryki.
Na tę wieść fizjognomja pana Fauvela zmieniła się nagle. Rysy jego wyciągnęły się, jak gdyby mu coś ulżyło na sercu.
— A więc on wyjeżdża? — powtórzył kilkakrotnie, — wyjeżdża!...
Nie można było omylić się co do intonacji. Wyraz „wyjeżdża,“ tak wymówiony, był śmiertelną zniewagą.
Pan Verduret chciał nic nie zauważyć.
— Mnie się zdaje, — rzekł tonem lekkim, — że postanowienie mojego krewnego jest rozsądne. Chciałem tylko, aby zanim opuści Paryż, złożył uszanowanie swoje dawnemu pryncypałowi.
Gorzki uśmiech zmarszczył usta bankiera.
— Pan Bertomy, — odpowiedział, — mógł był sobie oszczędzić tego kroku przykrego dla nas obu. Ani słuchać go, ani powiedzieć mu nie miałem nic.
Było to wyraźną odprawą, i pan Verduret tak to rozumiejąc, pożegnał pana Fauvela i wyszedł zabierając Prospera, który nie wymówił ani jednej sylaby.
Na ulicy dopiero kasjer odzyskał mowę.
— Chciałeś pan, wymagałeś, — rzekł głosem głuchym, — poszedłem za panem. Jestżeś zadowolony? Cóżem skorzystał na tem, że dodano nową krwawą obelgę do tylu innych?
— Ty nic nie zyskałeś, ale ja. Bez ciebie nie mogłem dostać się do bankiera, i teraz wiem już doskonale, co wiedzieć chciałem; mam pewność, że pan Andrzej Fauvel nie gra żadnej roli w tej kradzieży.
— O panie, — wtrącił Prosper, — można udawać.
— Zapewne, ale nie do tego stopnia. I nie dość na tem. Do moich dalszych projektów potrzebną mi była wiadomość, czy twój pryncypał ma pewne podejrzenia. Teraz śmiało powiedzieć mogę: Tak jest.
Prosper i jego towarzysz zatrzymali się, by swobodniej rozmawiać na rogu ulicy Laffite, wśród obszernego placu, pozostałego po zwaleniu domostw.
Pan Verduret zdawał się niespokojnym, i rozmawiając, odwracał co chwila głowę, jak gdyby kogo oczekiwał.
Niebawem wydał okrzyk zadowolenia.
W końcu tego improwizowanego placu ukazał się Cavaillon, z gołą głową, biegnący pędem.
Tak mu było pilno i tak był zaalarmowany, że ani nie powitał swego wielkiego przyjaciela Prospera, ani mu nawet ręki nie uścisnął; ale zwrócił się wprost do pana Verdureta.
— Wyjechały, — rzekł.
— Dawno?
— Przed kwadransem.
— Do djabła! — zawołał pan Verduret, — nie mamy tym sposobem ani chwili do stracenia.
I oddając Cavaillonowi bilet, który napisał przed kilką godzinami u Prospera, rzekł:
— Masz pan, oddaj to komu wiesz i wracaj czemprędzej, aby nie postrzeżono twojej nieobecności; wychodzić bez kapelusza jest to nieostrożność, która może czujność obudzić.
Młody Cavaillon nie dał sobie dwa razy tego mówić i pobiegł cwałem jak przybył. Prosper zdumiał się.
— Jakto, — rzekł, — pan znasz Cavaillona?
— Zdaje się, — odpowiedział pan Verduret z uśmiechem. — Ale to nie czas do rozmowy. Chodźmy, spieszmy się!
— Gdzież jeszcze idziemy?
— Zobaczysz dalej, nogi za pas!
Sam dawał dobry przykład, bo pędził przez ulicę Lafayette prawie krokiem gimnastycznym. Idąc, a raczej biegnąc, rozmawiał, mało się troszcząc, czy go Prosper słyszy, czy nie.
— Aha, — mówił, — nie ten bierze nagrodę na wyścigach, kto trzyma obie nogi w jednym trzewiku. Jak się trafi na trop, nie można spocząć ani na chwilę. Dziki, który w lasach dziewiczych trafił na ślad stopy nieprzyjaciela, bieży za nim bez wytchnienia, wiedząc, że wiatr albo deszcz może zamazać ślady. Tak samo jest i z nami: najmniejszy wypadek może zniszczyć ślad, za którym idziemy.
Przybywszy pod 1. 81, Verduret zamilkł i zatrzymał się.
— To tu, — rzekł do Prospera, — wnijdźmy.
Weszli i zatrzymali się na drugiem piętrze, przede drzwiami ozdobionemi tablicą mosiężną, na której wyryty był napis: „Magazyn Mód.“
Wzdłuż ściany u wnijścia wisiał pyszny sznurek od dzwonka, ale nie tknął go pan Verduret. Końcem palca zastukał lekko do drzwi w niezwykły sposób i natychmiast, jak gdyby kto oczekiwał tego znaku, drzwi się otworzyły.
Ukazała się kobieta. Mogła mieć około lat czterdziestu, ubiór jej był prosty, ale bardzo przyzwoity. Cichuteńko przeprowadziła Prospera z towarzyszem do jadalnego pokoju, bardzo schludnego, z którego wychodziło kilka drzwi.
Przed panem Verduretem ta kobieta schyliła się bardzo nisko, jak protegowana przed protektorem.
On zaledwie oddał ukłon. Oczyma pytał kobietę. Spojrzenie jego mówiło:
— I cóż?
Kobieta schyliła głowę znacząco.
— Tak.
— Tam, nieprawdaż? — zapytał pan Verduret cichym głosem, wskazując na jedne drzwi.
— Nie, — odpowiedziała kobieta tym samym tonem, — z tamtej strony, w saloniku.
Pan Verduret otworzył natychmiast wskazane drzwi i lekko wprowadził Prospera do saloniku, szepcąc mu do ucha:
— Wejdź, a pamiętaj zachować zimną krew...
Ale na co zdały się zalecania? Na pierwszy rzut oka w salonik do którego wchodził mimowolnie, Prosper wykrzyknął:
— Magdalena!...
Była to istotnie siostrzenica pana Fauvela, piękna, piękniejsza niż kiedykolwiek, pięknością spokojną i pogodną, która wzbudza podziw i poszanowanie.
Stojąc pośrodku salonu, koło stolika założonego materjałami, układała fałdy spódnicy z czerwonego aksamitu, złotem bramowanej, zapewne tej spódnicy, która stanowiła część kostiumu damy dworu Katarzyny Medycejskiej.
Na widok Prospera wszystka krew przypłynęła jej do twarzy, piękne jej oczy zamknęły się przez pół, jakby wpadała w stan omdlenia, i sił jej tak dalece zabrakło, iż musiała oprzeć się o stół, by nie upaść.
Magdalena nie była, i Prosper wiedział o tem, jedną z tych kobiet silnych, które przy lodowatem sercu umysł mają zawsze wolny, które mają czułostki, ale nigdy uczucia prawdziwego; romansowe heroiny, znajdujące sposób wyjścia z każdej okoliczności.
Dusza czuła i do marzeń skłonna, zawdzięczała różnym życia swego przygodom czułość wydelikatnioną, prawie chorobliwą. Ale była dumną, niezdolną do transakcji z sumieniem. Kiedy przemówiła do niej powinność, była posłuszną. Osłabienie jej chwilę tylko trwało, i niebawem oczy wyrażały tylko wyniosłość i gorycz.
— Kto pana ośmielił, — zapytała, — szpiegować moje kroki? Jak pan mogłeś pozwolić sobie śledzić mnie i wchodzić do tego domu?
Prosper oczywiście nic w tem nie zawinił. Chciał jednem słowem wyjaśnić co zaszło. Niemożność tego wyjaśnienia zamknęła mu usta.
— Przysiągłeś mi pan na honor, — mówiła dalej Magdalena, — że nie będziesz usiłował nigdy mnie więcej widzieć. Czy tak pan dotrzymujesz słowa?
— Przysiągłem pani, ale... — zatrzymał się.
— O mów pan!
— Tyle wypadków zaszło od tego dnia, żem sądził, iż mi wolno będzie zapomnieć choćby na godzinę o zobowiązaniu, wydartem mojej słabości. Przypadkowi tylko, a przynajmniej nie własnej mojej woli zawdzięczam to szczęście, że mogę się raz jeszcze znajdować przy pani... Gdym panią zobaczył, serce moje zadrżało wewnętrzną radością. Nie sądziłem, nie, nie mogłem sądzić, że pani niemiłosierniejsza niż świat, odepchniesz w chwili, kiedy jestem tak nieszczęśliwy.
Gdyby Prosper był mniej gwałtownie rzucony w sferę nieprzewidzialności, mógłby był w tych pięknych oczach, które tak długo władały jego dolą, dopatrzeć się śladu walk, jakie miotały Magdaleną.
Ona jednak odrzekła głosem dość pewnym:
— Znasz mnie dosyć, Prosperze, aby mieć przekonanie, że żaden pocisk nie dosięgnie ciebie, któryby i mnie zarazem nie dosięgnął. Ty cierpisz... ja cię żałuję jak siostra żałuje najukochańszego brata...
— Siostra! — wyrzekł z goryczą Prosper, — tak, z tym to wyrazem na ustach wygnałaś mnie od siebie. Siostra! Dla czegóż więc trzy lata kołysałaś mnie najczarowniejszemi złudzeniami? Byłżem dla ciebie bratem wtedy, gdyśmy razem szli do Notre-Dame de Fourvières, w dniu, gdy u stopni ołtarza przysiągłszy sobie miłość wiekuistą, klęczeliśmy razem, a ty zawiesiłaś mi na szyi poświęcony szkaplerzyk, mówiąc: „W imię mojej miłości noś go zawsze, on ci przyniesie szczęście!“
Magdalena chciała mu przerwać czułym i błagalnym gestem, ale on tego nie widział.
— Rok temu już minął, — mówił dalej Prosper, — a w niecały miesiąc potem zwróciłaś mi słowo i wydarłaś mi obietnicę, że cię nigdy widzieć nie będę. Gdybym przynajmniej wiedział, jakim czynem, jaką myślą mogłem ci się nie podobać!... Ale nie raczyłaś mi dać żadnego wyjaśnienia. Tyś mnie wypędziła, a ja, żeby ci być posłusznym, udałem, żem się dobrowolnie oddalił. Powiedziałaś mi, że jakaś nieprzezwyciężona przeszkoda stanęła między nami, i ja ci uwierzyłem. Warjat! Tą przeszkodą jest własne twoje serce, Magdaleno! Jednak aż dotąd pobożnie zachowałem szkaplerzyk... Nie przyniósł mi on szczęścia...
Bielsza i bardziej nieruchoma niż statua, Magdalena schyliła czoło pod tą burzą namiętności bezmiernej. Obfite łzy spływały po jej licu.
— Prosiłam, ażebyś zapomniał, — szepnęła.
— Zapomnieć! — zawołał Prosper wzburzony, jakby usłyszał bluźnierstwo, — zapomnieć! A czyż ja mogę? Czyż jest w mocy mojej zatrzymać bieg krwi w mych żyłach? A ty nigdy nie kochałaś? By zapomnieć, tak samo, jak żeby wstrzymać bicia mego serca, jeden jest tylko sposób... umrzeć!
Słowo to w ten sposób wypowiedziane, akcentem dzikiej rezygnacji, wzburzyło Magdalenę.
— O nieszczęśliwy! — zawołała.
— Tak, nieszczęśliwy! tysiąckroć nieszczęśliwszy, niż sobie wyobrazić możesz. Nie pojmiesz nigdy moich tortur, kiedy od roku muszę co rano, jakoby na nowo dowiadywać się o mojem nieszczęściu i mówić sobie: Stało się, ona mnie już nie kocha! Co pani mówisz o zapomnieniu? Szukałem go nawet w zatrutych czarach i znaleźć nie mogłem. Chciałem zagasić to wspomnienie przeszłości, które płonęło we mnie ogniem pożerającym, napróżno... Kiedy ciało upadało, nieubłagana myśl czuwała jeszcze. Widzisz więc, że mógł mi przyjść na myśl spoczynek, to jest samobójstwo.
— Zabraniam panu wymawiać to słowo.
— Nie możesz niczego zbronić temu, kogo nie kochasz; wszak prawda, Magdaleno?
Przerwała mu gestem nakazującym, jak gdyby sama chciała coś powiedzieć, a kto wie? może wyjaśnić wszystko, usprawiedliwić się.
Ale nagła myśl wstrzymała ją, i z pełnym rozpaczy gestem zawołała:
— Boże mój! cierpię nad siły!
Prosper w innem znaczeniu pojął ten wykrzyknik.
— Litość twoja przybywa za późno, — rzekł z rozdzierającą rezygnacją. — Nie ma już szczęścia dla człowieka, któremu tak jak mnie dozwolonem było przejrzeć niebiańskie rozkosze. Nic mnie do życia przywiązać nie zdoła. Ty zabiłaś we mnie najświętszą wiarę co pocznę? Darmo pytam się przyszłości; nie ma dla mnie ani nadziei, ani obietnic, ani uśmiechów! Patrzę naokoło siebie, i widzę tylko opuszczenie, hańbę i rozpacz!
— Prosperze, przyjacielu mój, bracie mój, gdybyś ty wiedział...
— Wiem tylko jedno, Magdaleno! wiem, że kochałaś mnie, że mnie już nie kochasz, że ja kocham ciebie zapamiętale!
Umilkł. Spodziewał się odpowiedzi. Daremnie! Milczenie ich przerwał jęk przytłumiony.
Jęk ten wychodził z piersi pokojówki Magdaleny, która siedząc przy kominku, płakała.
Magdalena zapomniała o niej; Prosper wchodząc olśniony i zdumiony, nie postrzegł jej.
Teraz spojrzał na nią.
Młoda ta dziewczyna, ubrana w strój zwykły pokojówkom zamożnych domów, była z duszą i ciałem Nina Gypsy.
Prosper doznał tak gwałtownego wzruszenia, że nie zdobył się na żaden wykrzyknik, na żaden wyraz.
Okropność położenia przeraziła go. Stał między dwiema kobietami, które wpływ miały na jego życie: między Magdaleną, dumna dziedziczką, którą ubóstwiał — i został przez nią odepchnięty i Niną Gypsy, biedną dziewczyną, która go kochała i była mu niczem...
I ona słyszała wszystko, ta nieszczęśliwa Gypsy, widziała jak namiętność jej kochanka wybuchała dla innej w strasznych wyrzutach, w szalonych groźbach.
Prosper własnem cierpieniem mierzył cierpienie Niny. Bo ona dotkniętą była nie tylko w obecnej chwili, ale i w przeszłości. Jakież musiało być jej upokorzenie i gniew, gdy się dowiedziała jak nędzną rolę przeznaczyła jej miłość Prospera.
I dziwił się, że ta Gypsy, gwałtowność wcielona, siedziała spokojnie płacząc, że nie powstała z protestacją i przekleństwem.
Tymczasem Magdalena od chwili jak Prosper zamilkł, siłą energji zdobyła się na pozór spokoju.
Wolno, ruchem, którego zaledwie była świadomą, wzięła swój płaszczyk leżący na kanapie.
Gotowa do wyjścia, zbliżyła się do Prospera.
— Dla czego tu przyszedłeś? — zapytała. — Ty i ja potrzebujemy całej mocy duszy. Ty nieszczęśliwy jesteś, Prosperze, ja jestem jeszcze nieszczęśliwszą. Ty masz prawo oskarżać się, ja nie mam prawa ani łzy uronić, a kiedy serce moje pęka, muszę się jeszcze uśmiechać. Ty możesz jeszcze prosić o pociechę przyjaciela, ja nie mogę mieć innego powiernika prócz jednego Boga.
Prosper chciał odpowiedzieć, ale słowa zamarły mu na ustach; dusił się.
— Powiem ci jednak, Prosperze, — mówiła dalej Magdalena, — że nic nie zapomniałam. O! niech to upewnienie żadnej ci nie daje nadziei; dla nas nie ma przyszłości... Jeśli mnie kochasz, żyć będziesz. Nie będziesz tak okrutny, byś śmierć swą dodawał do mych męczarni. Przyjdzie może czas, w którym się będę mogła usprawiedliwić... A teraz, o mój bracie! o mój jedyny przyjacielu bądź zdrów!
I pochyliwszy się ku Prosperowi, dotknęła ustami czoła nieszczęśliwego młodzieńca, i wyszła spiesznie z Niną Gypsy.
Prosper został sam; zdawało mu się, że się ze snu budzi. Wtedy dopiero usiłował zdać sobie sprawę z tego co zaszło; pytał czy nie był igraszką snu, czy go rozum nie opuścił.
Nie mógł w tem nie dostrzedz potężnego wpływu człowieka, który dziś zrana dopiero po raz pierwszy mu się pokazał.
Jakąż to tajemniczą władzę posiadał ten nieznajomy, by według swojej woli przygotowywać wypadki? Zdawał się wszystko przewidywać i odgadywać; znał Cavaillona, wiedział gdzie ma iść Magdalena, umiał niepodległą Ninę Gypsy zobowiązać do posłuszeństwa.
Nagle wpadł w pomieszanie; w chwili gdy Verduret wchodził do saloniku, podbiegł ku niemu jak szalony, blady, groźny, i krótkim, ostrym tonem zapytał:
— Kto pan jesteś?
Gruby jegomość zdawał się bardzo umiarkowanie zdziwiony tym przystępem gwałtowności.
— Przyjaciel twego ojca, — odrzekł, — czyż nie wiesz?
— Panie, to nie jest odpowiedź. W chwili zapomnienia mogłem złożyć wolę moją w ręce człowieka nieznajomego, ale teraz...
— Jakto? czy pan żądasz mojej biografji? Czem jestem, czem byłem i czem mógłbym być?... Co pana to obchodzi? Powiedziałem panu: Ja cię ocalę; w tem tedy rzecz główna, bym cię ocalił.
— Mam jednak prawo zapytać pana jakiemi środkami.
— A to na co?
— Ażebym przyjął środki pańskie, albo je odrzucił.
— A jeżeli ja panu ręczę za powodzenie?
— Panie, to nie dosyć, ja nie zgodzę się na to, by dłużej być pozbawionym mojej woli, by być, bez uprzedzenia, wystawionym na takie próby jak dziś. Człowiek w moim wieku powinien wiedzieć co robi.
— Człowiek w twoim wieku, Prosperze, kiedy jest ślepy, bierze przewodnika, i nie ma prawa wskazywać drogę temu, kto go prowadzi.
Ton pana Verdureta pół żartobliwy, pół właściwy, pół litościwy, nie mógł uspokoić wzrastającej irytacji Prospera.
— Skoro tak! — zawołał, — to ja dziękuję panu za jego usługi, na nic mi się one nie zdały. Jeżelim walczył w obronie czci mojej i życia, to dla tego, że spodziewałem się kiedykolwiek jeszcze posiąść Magdalenę. Dzisiaj wiem, że między nią i mną wszystko skończone; cofam się z walki.
Postanowienie Prospera było tak widoczne, że pan Verduret chwilkę zdał się przerażonym.
— Zaczynasz pan rozum tracić, — rzekł.
— Nie na nieszczęście. Magdalena mnie już nie kocha, reszta mnie nie obchodzi.
Głos jego tchnął taką rozpaczą, że aż pan Verduret się wzruszył.
— Więc nic nie podejrzewasz? — zapytał. — Nie mogłeś pojąć znaczenia jej słów?
Prosper zrobił okropny gest.
— Pan podsłuchiwałeś? — zawołał.
— Wyznaję.
— Panie!...
— Tak, może to nie bardzo delikatnie, ale kto dąży do celu, nie zważa na środki. Słyszałem i cieszę się z tego, gdyż teraz mogę ci powiedzieć: Uspokój się Prosperze, bądź mężnym: Magdalena cię kocha, nigdy kochać nie przestała!
Chory i wtedy nawet gdy wie, że jest zgubiony i bliski śmierci, podaje ucho obietnicom lekarza. Tak stanowcze zapewnienie pana Verdureta oświeciło boleść Prospera promykiem nadziei.
— Oh! — westchnął, na raz uspokojony, — gdybym mógł wierzyć!...
— Wierzaj mi, bo ja się nie mylę. Oh! ty nie odgadłeś tak jak ja męczarni tej zacnej dziewicy, która wije się między miłością i tem co nazywa swym obowiązkiem. Czyż serce twe nie zabiło na jej słowa pożegnania?
— Ona kocha mnie, wolną jest, a ucieka odemnie...
— Wolna!... Nie, ona nie jest wolną. Oddając ci słowo szła za wolą wyższą i niezłomną. Ona spełnia akt poświęcenia. Dla czego? Nie długo się dowiemy, a tajemnica jej poświęcenia odkryje nam tajemnicę machinacji, której ty jesteś ofiarą.
W miarę jak przemawiał pan Verduret, Prosper czuł, że w nim tają wszystkie postanowienia buntu, a nadzieja i wiara wracały do serca.
— Oh! gdybyś pan prawdę mówił, — rzekł z głębokiem westchnieniem.
— Nieszczęśliwy młodzieńcze! i pocóż tak uporczywie zamykasz oczy na oczywistość! Czyż nie rozumiesz, że Magdalena wie nazwisko złodzieja?
— To nie podobna!
— Tak jest. Ale nie ma siły ludzkiej, któraby zdolna była wydrzeć jej to imię. Tak, ona ciebie poświęca, ale ma do tego prawo. skoro sama poświęca się pierwsza.
Prosper został zwyciężony, ale nie mógł bez rozdarcia serca opuścić salonu, w którym ukazała mu się Magdalena.
— Niestety! — zawołał ściskając rękę pana Verdureta, — ja muszę panu wydawać się śmiesznym, głupim... Oh! bo pan nie wiesz, nie możesz wiedzieć jak ja cierpię.
Człowiek z rudemi faworytami smutnie potrząsł głową; w jednej chwili fizjognomja jego zmieniła się, jego oczy tak przygasły, głos zadrżał.
— To co ty cierpisz, — odezwał się, — cierpiałem i ja. Tak jak ty kochałem nie zacną i czystą kobietę, ale kobietę!... Przez trzy lata byłem u jej nóg. Potem nagle pewnego dnia porzuciła mnie, który ją tak kochałem, dla innego, który nią pogardzał. Wtedy jak ty chciałem umrzeć. Niepoczciwa! Ani łzy, ani prośby nie mogły mi jej powrócić. Namiętność nie da się przekonać, ona kochała innego...
— I pan znałeś tego innego?
— Znałem.
— I nie pomściłeś się.
— Nie, — odpowiedział pan Verduret. I tonem szczególnym dodał: — Los pomścił się za mnie.
Z minutę Prosper nie przemówił słowa.
— Jestem więc zdecydowany, — wyrzekł nareszcie. — Cześć moja jest to święty depozyt, z którego winienem rachunek mojej rodzinie. Gotów jestem iść z panem do samego kresu, rozrządzaj pan mną.
W tymże samym dniu, Prosper wierny swemu słowu, sprzedał cały swój sprzęt domowy i rozpisał do swych przyjaciół listy, w których zawiadomił ich o bliskim swym odjeździe do San-Francisco. A wieczorem zamieszkał tak jak i pan Verduret w hotelu pod Wielkim Archaniołem.
Pani Aleksandra dała mu swój najpiękniejszy pokój, bardzo brzydki w porównaniu z wykwintnym salonikiem przy ulicy Chaptal. Ale on nie był w stanie zrobienia tej różnicy. Siadłszy na lichej kanapie, rozpamiętywał wypadki dnia dzisiejszego, znajdując jakąś posępną roskosz w swej samotności.
Około jedenastej czując, że mu głowa ciąży, chciał otworzyć okno, ale dla silnego wiatru musiał je zamknąć natychmiast.
Wtem wiatr dmuchnął, firanki drgnęły i pośrodku pokoju latał mały kawałek papieru.
Prosper machinalnie podjął papier i wpatrzył się weń.
Był on zapisany pismem drobnem, pismem Niny Gypsy, nie można było o tem powątpiewać.
Był to urywek podartego listu, a jeżeli z porozrywanych frazesów nie można było ułożyć zadowalniającego sensu, jednak po nich można było zajechać daleko na skrzydłach imaginacji.
Oto treść jego:
„...pana Raula, byłam bardzo nieroztr...
„...uknutego przeciw niemu, o czem nigdy...
„...uwiadomić Prospera i wtedy...
„...najlepszy przyjaciel, on...
„...rękę panny Ma...
Prosper nie spał tej nocy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.