Przejdź do zawartości

Akta kryminalne pod l. 113/Tom I/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Akta kryminalne pod l. 113
Wydawca Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów"
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Dossier nº 113
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VI.

Od dziesięciu już dni Prosper Bertomy pozostawał w więzieniu, gdy raz z rana, we czwartek, dozorca przyszedł zawiadomić go o wyroku.
Zaprowadzili go do poczekalni, zwrócono mu kilka drobnych przedmiotów zabranych przy wejściu: zegarek, scyzoryk, kilka pierścionków, i kazano podpisać wielki arkusz papieru.
Potem wypchnięto go do ciemnego, bardzo wąskiego korytarza, drzwi się otwarły i zamknęły za nim z głuchym łoskotem.
Znajdował się na ulicy, był sam — był wolny.
Wolny! to jest, że sprawiedliwość uznała się nie mocną przekonać go o zbrodnię, o którą go oskarżyli.
Wolny! mógł chodzić, oddychać czystem powietrzem, ale był pewny, że zamkną się wszystkie drzwi za jego zbliżeniem.
Po przeprowadzonem śledztwie, winna nastąpić rehabilitacja. Inaczej ten wyrok oswabadzający „dla braku dowodów“ zawiesza nad głową oswobodzonego wieczne podejrzenie.
Opinia ma środki daleko surowsze, niż więzienie „w odosobnieniu.“ W chwili, gdy wróconą mu została wolność, Prosper tak okropnie uczuł grozę swego położenia, że nie mógł powstrzymać okrzyku wściekłości i nienawiści.
— Ależ ja jestem niewinnny! — krzyknął.
I na co to? Dwaj przechodzący ludzie zatrzymali się, by spojrzeć na niego, wzięli go za warjata.
Sekwana płynęła u nóg jego, myśl samobójstwa przeszła mu przez głowę.
— Nie! — zawołał, — nie! nie mam nawet prawa zabić się. Nie umrę, aż odzyskam cześć!
Prosper Bertomy kilka razy w swojej więziennej izdebce powtarzał wyraz: „rehabilitacja.“ Mając w sercu tę zimno-obmyśloną nienawiść, która nadaje moc albo cierpliwość złamania lub zużycia wszystkich przeszkód, mówił do siebie:
— Ach! dla czegoż ja nie jestem wolny?
Był wolny, i teraz dopiero zdawał sobie sprawę z ogromnych trudności swego położenia. Przy każdej zbrodni sprawiedliwość potrzebuje zbrodniarza, on więc nie inaczej mógł się oczyścić, jak dostawiając winnego.
Ale jak go dostawić?
Zrozpaczony, ale nie zniechęcony, poszedł drogą do swego mieszkania. Ogarnęło go mnóstwo niepokojów. Co się stać mogło przez dni dziesięć, podczas których wykreślonym był z liczby żyjących? żadnych wiadomości nie odbierał. Takie milczenie równa się grobowemu spokojowi.
Szedł wolno wzdłuż ulic, ze spuszczoną głową, unikając spojrzeń ludzi mimo niego przechodzących. On, co był tak dumny, będzie musiał teraz przechodzić przez szkołę pogardy. Za jego zbliżeniem zlodowacieją twarze, i ustaną rozmowy. Gdy rękę poda, każdy swoją usunie.
Gdybyż choć na jednego mógł rachować przyjaciela! Lecz któryż przyjaciel mu uwierzy, kiedy własny ojciec nie uwierzył?
Do najsroższych tortur należała bolesna chwila, w której imię Niny Gypsy przyszło mu na pamięć.
Nigdy nie kochał tej biednej dziewczyny; chwilami nienawidził nawet; lecz teraz jej wspomnienie miało dla niego słodycz nieskończoną.
Albowiem czuł, że jest przez nią kochany, był pewny, że ona nie zwątpi o nim, skoro jej wszystko opowie. Wiedział, że kobieta stalą jest w raz powziętem przekonaniu, wierną w nieszczęściu nawet, choć w szczęściu nieraz wiary nie dotrzyma.
Gdy przybył na ulicę Chaptal, i stanął przed swojem mieszkaniem, zawahał się mając próg przestąpić.
Bolała go ta nieśmiałość nierozdzielna od umysłu człowieka w podejrzeniu będącego, byłby raczej wołał nie ujrzeć nikogo ze znajomych.
Jednak, nie mogąc dłużej zostawać na chodniku, wszedł. Na jego widok odźwierny krzyknął z radości:
— Nareszcie! jesteś pan, wiedziałem o tem, że pan wyjdziesz ztamtąd, blady jak kreda. Gdym czytał w gazetach, że pana obwiniają o kradzież, mówiłem do wszystkich:
— Jakto? mój lokator z trzeciego piętra miałby być złodziejem, nie! to być nie może!
Jakkolwiek szczere, choć niezręczne powinszowania tego człowieka, boleśnie wpłynęły na Prospera. Chcąc mu przerwać dalszą gadaninę, zapytał:
— Pani wyjechała zapewne, czy nie wiesz gdzie?
— Dalibóg, nie wiem, panie! Tego dnia gdy pana aresztowano, posłała po dorożkę, wpakowali na nią wszystkie jej rzeczy, i odtąd ani słychu; nic o niej nie wiemy.
Było to dla nieszczęśliwego kasjera jednem zmartwieniem więcej.
— A co się z naszą służbą stało?
— Nie ma ich także, panie. Ojciec pański zapłacił ich i kazał im odejść.
— Więc ty masz klucze od mieszkania?
— Nie, panie. Pański ojciec wyjeżdżając dziś o ósmej zrana, powiedział, że zostawia w mieszkaniu swego wielkiego przyjaciela, którego mam uważać jak samego pana aż do pańskiego powrotu. Pan go zna zapewne: gruby, wzrostu pana, z rudemi faworytami.
Prosper bardzo był zdziwiony. Przyjaciel ojca, w jego mieszkaniu, co to miało znaczyć? Jednakże nie okazał zdziwienia.
— Wiem, wiem, — odpowiedział.
I przebiegając szybko wschody, zadzwonił do siebie.
Przyjaciel ojca otworzył drzwi.
Był taki, jak mu go odźwierny odmalował, dość gruby, rumiany na twarzy, wydatnych ust, oka nadzwyczaj żywego, miał minę poczciwą, figurę pospolitą. Kasjer nigdy go przedtem nie widział.
— Bardzo mi przyjemnie poznać pana, — rzekł do Prospera.
Był jak u siebie; na stole leżała książka, którą sobie z szafy wyjął; zdawało się, że będzie grał niezadługo rolę gospodarza.
— Muszę wyznać panu... — zaczął kasjer.
— Że pan jesteś zdziwiony, znajdując mnie u siebie, nieprawdaż? Bardzo to pojmuję. Ojciec pański miał zamiar sam mnie panu przedstawić, lecz był zmuszony odjechać dziś zrana do Beaucaire. Dodam jeszcze, że odjechał przekonany tak jak i ja, że pan nie wziąłeś ani jednego szeląga panu Fauvel.
Na wiadomość dobrej wróżby, Prosper nie mógł się wstrzymać od okrzyku radości.
— Sądzę, — mówił dalej, — że ten list od ojca, który panu oddaję, zastąpi wszelką rekomendację.
Kasjer odebrał list, otworzył, i w miarę jak go czytał, twarz mu się wypogadzała, krew napływała do wynędzniałych policzków.
Przeczytawszy, podał rękę grubemu panu.
— Ojciec tu pisze, — rzekł, — że pan jesteś jego najlepszym przyjacielem; poleca, bym miał w panu najzupełniejsze zaufanie i abym szedł za pańskiemi radami.
— Właśnie też, dzisiejszego rana ojciec pański powiedział: — Verduret, — bo takie jest moje nazwisko, — Verduret, mój syn jest w opałach, trzeba go wydobyć. — Ja odrzekłem: — Do usług, — otóż jestem. Złamaliśmy lody, nieprawda? Teraz do rzeczy. Co pan myślisz robić?
To zapytanie zbudziło całą wściekłość kasjera, jego oczy rzucały błyskawice.
— Co myślę robić? — zapytał drżącym głosem, — chcę znaleźć nędznika, który mnie zgubił, chcę go wydać w ręce sprawiedliwości, nareszcie chcę się zemścić!
— Zapewne. A czy pan masz jaki sposób dojścia do tego celu?
— Nie mam żadnego, a jednak wiem, że swego dokażę, ponieważ człowiek, który życie całe poświęca jednej idei, który z dnia na dzień budzi się z tą samą myślą, może być pewny wygranej.
— Pięknie, panie Prosperze, i szczerze mówiąc, spodziewałem się zastać cię tak usposobionym. A na dowód muszę powiedzieć, że myślałem i czyniłem poszukiwania za pana. Mam jeden plan. Na początek, musisz sprzedać meble, rzucić ten dom i zniknąć.
— Zniknąć! — krzyknął rozjątrzony kasjer, — ja mam zniknąć! Co pan mówisz? byłoby to uznać się winnym, upoważnić świat cały do powiedzenia, że się ukrywam, aby używać w pokoju skradzionych 350.000 franków.
— Cóż dalej? — zapytał zimno człowiek z rudemi faworytami. — Czy nie powiedziałeś przed chwilą, że poświęcasz cale swe życie? Biegły pływak przez łotrów wrzucony do wody, strzeże się wypłynąć na jej powierzchnię; przeciwnie, zanurza się, płynie pod wodą o ile mu na to oddech pozwala, ukazuje się jak najdalej, a gdy sądzą, że zginął, utonął, raptem ukazuje się i mści. Jeżeli pan masz nieprzyjaciela, to tylko z jego strony nieostrożność wyda ci go w ręce. Lecz dopóki cię widzi, będzie się miał na baczności. Póki cię widzieć będzie na nogach, kryć się będzie ze strachu.
Prosper słuchał tego człowieka z pewnym rodzajem uległości; a człowiek ten, acz przyjaciel jego ojca, był mu nieznajomy.
Bezwiednie uległ wpływowi natury energiczniejszej niż jego własna. Brakło mu wszystkiego, szczęśliwym się czuł, że znajduje jakąś podporę.
— Pójdę za pańską radą, — odrzekł Prosper, po kilku chwilach namysłu.
— Byłem tego pewny, mój przyjacielu. Od dziś więc rozpoczynamy działanie. A zważaj, że wpływ ze sprzedaży mebli może nam być bardzo użyteczny. Czy masz pieniądze? Nie. O one jednak są niezbędne. Byłem tak pewnym przekonania cię, że posłałem nawet po handlarza; bierze on cały sprzęt za 13.000 franków, z wyjątkiem obrazów.
Kasjer wzdrygnął się mimowolnie, co zauważył Verduret.
— Przykro to, zapewne, — rzekł, — wiem o tem, ale jest to konieczność. Posłuchaj, — dodał tonem, który przecinał resztę rozmowy, — ty jesteś chory, a ja jestem lekarzem obowiązanym uleczyć cię. Jeżeli cię kraję, krzycz, ale pozwól się krajać. W tem jest ocalenie.
— Kraj pan, kraj, — odrzekł Prosper, ulegając coraz bardziej wpływowi.
— Doskonale. Więc... przejdźmy do czego innego, bo czas nagli... Czy jesteś przyjacielem pana de Lagors?
— Raula? o tak, panie, wielkim przyjacielem.
— Więc cóż to za indywiduum?
Wyrażenie „indywiduum“ uraziło Prospera.
— Pan de Lagors, panie, — odrzekł tonem urażonym, — jest siostrzeńcem pana Fauvela; jest to człowiek bardzo młody, bogaty, dystyngowany, dowcipny, najlepszy i najuczciwszy ze wszystkich ludzi, jakich znam.
— Hm! mruknął Verduret, to jakiś śmiertelnik opatrzony mnóstwem przymiotów, i wielce raduje mnie myśl, że będę się mógł z nim poznać. Bo ci muszę wyznać, że w twojem imieniu napisałem do pana de Lagors, prosząc go, aby tu przybył, a on odpisał, że będzie.
— Jakto! — zawołał Prosper w roztargnieniu, — pan możesz przypuszczać...
— O! ja nie przypuszczam. Ja muszę tylko widzieć tego młodzieńca. A nawet mam w głowie i zaraz przedstawię ci maleńki planik rozmowy...
Uderzenie dzwonka przerwało mowę Verduretowi.
— Do licha! otóż i on; już po moim planie! Gdzie ja mogę się skryć, ażeby widzieć i słyszeć?
— Tam, w moim pokoju, zostaw pan drzwi otwarte i spuść portjerę.
Dzwonek uderzył drugi raz.
— Zaraz zaraz! — krzyknął kasjer.
— Na życie twe, Prosperze, zaklinam cię, — rzekł Verduret tonem zdolnym wpoić przekonanie w umysł najprzeciwniejszy; — na życie twe zaklinam cię, ani słowa przed tym człowiekiem o twych projektach i o mnie. Dla niego bądź zniechęconym, słabym, wahającym.
I znikł. Prosper poszedł otworzyć drzwi.
Portret pana de Lagors odmalowany przez przyjaciela nie był za pochlebny. Rzadko, by szczęśliwsza fizjognomja oprawiała szlachetniejszy wyraz charakteru.
Raul liczył lat dwadzieścia cztery, a wyglądał na dwadzieścia. Średniego wzrostu, kształty miał przedziwne. Gęste ciemne włosy kędzierzyły mu się z natury nad czołem rozumnem. Szczerość i odwaga błyszczały w wielkich oczach błękitnych.
W progu zaraz rzucił się na szyję kasjera.
— Biedny mój przyjacielu! — zawołał ściskając mu ręce, — biedny Prosperze!...
Jednakże pod temi czułemi demonstracjami przebijał się jakiś przymus, który, jeżeli uszedł przed wzrokiem kasjera, dostrzeżonym musiał być przez Verdureta.
Usiadłszy w salonie, mówił Raul:
— List twój przejął mnie straszną boleścią Przeraziłem się. Powiedziałem sobie: czy on zmysły postradał? Porzuciłem więc wszystko i przybiegłem.
Prosper zaledwie słyszał, myśląc o tym liście, którego nie pisał. Co tam pisano w jego imieniu? Kto jest ten człowiek, którego on pomoc przyjął?
— Miałżebyś tracić moc duszy? — mówił dalej Raul. — Po co? W naszym wieku czas jeszcze rozpocząć życie na nowo. Masz tylu przyjaciół. Jeżeli przyszedłem, to dla tego by ci powiedzieć: Licz na mnie! Jestem bogaty, połowa mego majątku do ciebie należy.
Ta wspaniałomyślna ofiara, uczyniona w tej chwili z najszlachetniejszą prostotą, głęboko rozrzewniła Prospera.
— Dziękuję ci, Raulu, — odrzekł głosem wzruszonym, — dziękuje! Na nieszczęście wszystkie, z całej ziemi pieniądze na nicby mi się w tej chwili nie zdały.
— Jakto? Jakież więc są twe zamiary? Czy zostaniesz w Paryżu?
— Nie wiem, mój przyjacielu, nie mam projektu, nie czuję głowy.
— Powiedziałem ci, — rzekł Raul, — trzeba życie rozpocząć na nowo. Wybacz mej szczerości, ale mnie dyktuje ją przyjaźń; dopóki ta kradzież tajemnicza nie będzie wyjaśnioną, niepodobna ci pozostawać w Paryżu.
— A jeśli ona nie wyjaśni się nigdy?
— Tem bardziej powinieneś dać się zapomnieć. Przed godziną rozmawiałem o tobie z Clameranem; jesteś niesprawiedliwym względem niego, bo on dobrze ci życzy. Na miejscu Prospera, mówił on do mnie, starałbym się zrobić majątek bądź co bądź, wyjechałbym do Ameryki, zbogacił się i wrócił zgnieść mojemi miljonami tych, co mnie mieli w podejrzeniu.
Rada ta odurzała miłość własną Prospera. Nie przeciwstawił jej żadnego zarzutu. Słowa nieznajomego, który podsłuchiwał w tej chwili, przyszły mu na myśl.
— I cóż? — nalegał Raul.
— Namyślę się, — szepnął kasjer, — zobaczę... chciałbym wiedzieć co mówi pan Fauvel.
— Mój wuj?... Wszak wiesz, że odkąd odmówiłem propozycji uczynionej mi przez niego, bym wszedł do jego biura, poróżniliśmy się prawie z sobą. Z miesiąc już nie byłem u niego, ale wiem co się tam dzieje.
— Przez kogo?
— Przez twojego protegowanego, młodego Cavaillona. Wuj mój od tej sprawy jest, zdaje się, bardziej jeszcze pognębiony niż ty. Zaledwie zajrzy do biura, wygląda jak z krzyża zdjęty.
— A pani Fauvel, a... — kasjer zachwiał się, — a panna Magdalena?
— O, — odpowiedział Raul tonem lekkim, — ciotka jak zwykle pobożna; daje na mszę na intencję przestępcy. Co zaś do mojej pięknej, a lodowatej kuzynki, ona nie umiałaby zajmować się pospolitemi szczegółami, ona cała zajęta przygotowaniami na bal kostiumowy, który pojutrze dają panowie Jandidier. Wykryła ona, jak mi mówiła jedna z jej przyjaciółek, jakąś genialną szwaczkę, nieznaną, która szyje dla niej kostium damy dworu Katarzyny Medicis, a ma to być arcydzieło.
Jest rzeczą pewną, że sam nadmiar cierpienia usypiając myśl, sprowadza rodzaj bezwładności. Prosper cierpiał okropnie, ale ten cios ostatni dobił go.
— Magdaleno! — westchnął, — Magdaleno!...
Pan de Lagors udał, że nie słyszy tego wykrzyknika; wstał.
— Muszę cię opuścić, mój Prosperze, — rzekł, — w sobotę będę się widział z temi paniami na balu, i dam ci wiadomość. Tymczasem bądź mężnym i pamiętaj, że bądź co bądź możesz liczyć na mnie.
Raul uścisnął raz jeszcze rękę Prospera nim odszedł. Musiał być już na ulicy, a nieszczęśliwy kasjer stał jeszcze na tem samem miejscu, nieruchomy, znękany.
Dopiero z tych ponurych rozmyślań wydarł go drwiący głos człowieka o rudych faworytach, który stanął przed nim.
— Otóż to są przyjaciele! — rzekł Verduret.
— Tak! — odrzekł gorąco Prosper. — A jednak, słyszałeś pan, ofiarował mi połowę majątku.
Verduret wzruszył ramionami z miną politowania.
— To bardzo licho z jego strony, — rzekł. — Kiedy się tak rozpędził, czemuż ci nie ofiarował już całego majątku? Te ofiary do niczego nie obowiązują. Jestem jednak pewien, że ten piękny chłopiec dałby chętnie ślicznych dziesięć biletów po tysiąc franków, byle się mógł od ciebie oddzielić oceanem.
— On panie, a to dla czego?
— Kto wie, może dla tej samej racji, dla której zwracał bardzo uwagę twoją na to, że od miesiąca nie postał w domu swego wuja...
— Ależ to rzecz pewna, zaręczam panu.
— Naturalnie, — odpowiedział Verduret tonem dobrodusznej ironji. — Ale, — dodał poważnie, — dość o tym pięknym chłopcu, mam już jego miarę, to dla mnie dosyć! Teraz, jeśli łaska, przebierzesz się i pójdziesz ze mną do pana Fauvela.
Ta propozycja wywołała w Prosperze gniew oburzenia.
— Nigdy! — krzyknął z nadzwyczajną gwałtownością. — Nie, nigdy! Nie zdołam przenieść na sobie widzenia się z tym nędznikiem.
Ten opór wcale nie zdziwił Verdureta.
— Ja to rozumiem, — rzekł, — i mam cię za wytłumaczonego; lecz spodziewam się, że zmienisz zdanie. Tak, jak chciałem widzieć pana de Lagors, chcę zobaczyć pana Fauvela, i tak być musi, czy słyszysz pan? Czy jesteś tak słabym, że nie możesz powstrzymać się przez pięć minut? Ja pójdę z tobą, i będę uchodził za twego kuzyna, nie będziesz potrzebował nic mówić.
— Jeśli tego koniecznie potrzeba, — powiedział Prosper. — Jeśli pan tego chcesz...
— Tak jest, żądam tego. Miejmyż do pioruna trochę siły i zaufania w sobie! Dalej, prędko, przebierz się trochę; już jest późno, jeść mi się chce, będziemy śniadać w drodze, rozmawiając.
Zaledwo Prosper miał czas przejść do sypialnego pokoju, gdy znów zadzwoniono do mieszkania.
Verduret poszedł otworzyć. Był to odźwierny. Przyniósł sporą plikę papieru zapieczętowanego.
— Oto jest list, — rzekł, — który dzisiejszego rana do pana Bertomy przyniesiono. Byłem tak wzruszony, ujrzawszy pana Prospera, żem zapomniał doręczyć mu go. Ale w każdym razie, nieprawdaż panie, że to dziwny list?
W rzeczy samej tak było. Adres nie był ręką pisany, lecz ułożony z drukowanych liter, starannie wyciętych z książki lub jakiego dziennika i poprzylepianych na kopercie.
— Oh! — zawołał Verduret, — cóż to jest?
I zwracając się do odźwiernego, — rzekł
— Usiądź tu na chwilę, mój przyjacielu, rzekł, — ja zaraz powrócę.
Zostawił odźwiernego w jadalnym pokoju, sam przeszedł do salonu, drzwi za sobą starannie zamknąwszy. Prosper już się tu znajdował; usłyszawszy dzwonek, następnie rozmowę, przyszedł dowiedzieć się co się stało.
— Oto, co przyniesiono do ciebie, — rzekł Verduret.
I bez ceremonji rozerwał kopertę.
Wyleciały dwie paczki biletów bankowych; przeliczywszy dowiedział się, że było ich dziesięć.
Prosper stał się purpurowym.
— Co to ma znaczyć? — zawołał.
— Zaraz się dowiemy, — odrzekł pan Verduret, — jest tu bilecik dołączony.
Bilecik, równie jak adres, ułożony był z liter i wyrazów drukowanych, wyciętych i poprzylepianych.
Był krótki, lecz wyraźny:
„Mój drogi Prosperze! Przyjaciel, który zna całą okropność twego położenia, przyseła ci ten zasiłek. Jest serce, wiedz o tem, które podzielało wszystkie twoje cierpienia. Wyjedź, opuść Francję, jesteś młody, przyszłość do ciebie należy. Odjeżdżaj i bodaj te pieniądze szczęście ci przyniosły.“
W miarę, jak człowiek z rudemi faworytami czytał głośno, gniew Prospera wzmagał się. Szalony gniew, gdyż nie wiedział jak sobie wytłumaczyć wypadki po sobie następujące, i czuł, że mu się w głowie miesza.
— Więc wszyscy chcą żebym odjechał, — zawołał, — więc to jest spisek!
Verduret powstrzymał uśmiech zadowolenia.
— Nareszcie! — rzekł, — otwierasz oczy, zaczynasz pojmować. Tak, moje dziecię, są ludzie, którzy cię nienawidzą za złe, jakie ci wyrządzili; tak jest, są tacy, dla których obecność twoja w Paryżu byłaby ustawiczną groźbą, i którzy chcą za jakąbądź cenę abyś się ztąd wydalił.
— Lecz któż oni są ci ludzie, powiedz mi panie? Powiedz, kto śmie przysełać mi te pieniądze?
Przyjaciel pana Bertomy potrząsł smutnie głową.
— Gdybym to wiedział, mój drogi Prosperze, — odrzekł, — moje zadanie jużby było skończone, gdyż wiedziałbym, kto popełnił kradzież, o którą cię posądzono. Lecz będziemy poszukiwać.
Mam nareszcie wskazówkę, która wcześniej lub później stanie się zarzutem oskarżającym. Dotąd tylko miałem domysły, mniej więcej prawdopodobne, teraz mam fakt, który dowodzi że się nie myliłem. Byłem w ciemnościach, teraz mam światełko, które mnie poprowadzi.
Pan Verduret, ten człowiek mający trywialną postać, pospolite obejście komisanta kupieckiego, zdobywał się gdy chciał na gęsta nakazujące, które imponują duszom słabym i władają chorowitemi umysłami.
Słuchając go, Prosper doznawał pewnego uspokojenia i czuł budzącą się nadzieję w sobie.
— Idzie o to, — ciągnął dalej pan Verduret, — żeby zrobić użytek ze wskazówki, jaką nam daje nieostrożność naszych nieprzyjaciół. Zacznijmy od wybadania odźwiernego.
Otworzył drzwi i zawołał:
— Hej! przyjacielu, chodź no tu, proszę cię!
Odźwierny, człowiek bardzo grzeczny, zbliżył się gniotąc czapkę, niezmiernie zaintrygowany powagą, jaką nadawał sobie ten nieznajomy u lokatora.
— Kto ci oddał ten list? — zapytał Verduret.
— Posługacz miejski, który mi powiedział, że za drogę już mu zapłacono.
— Czy znasz go?
— Jego tylko jednego. To ten co staje przy winnym sklepie na ulicy Pigolle.
— Pójdź-no po niego.
Gdy odźwierny popędził cwałem do miasta, pan Verduret wydobył z kieszeni pugilares i wpatrywał się z kolei to w bilety bankowe rozrzucone na stole, to w jakąś stronicę w pugilaresie, zapełnioną cyframi.
Po ukończonem badaniu rzekł tonem zdecydowanym:
— Te bilety nie są przysłane przez autora kradzieży.
— Tak pan sądzisz?
— Jestem przekonany, chybaby złodziej ten obdarzony był przebiegłością i przezornością nadzwyczajną. Co pewna i dowiedziona, to, że żaden z tych biletów tysiąc-frankowych nie wchodził w skład skradzionych w kasie 350.000 franków.
— Jednakże, — nadmienił Prosper, który nie mógł sobie wytłumaczyć pewności swego protektora, — jednakże...
— Nie ma-jednakże; mam tu numer porządkowy wszystkich biletów.
— Jakto, kiedy ja sam nie miałem?
— Ale miał bank, mój przyjacielu, i to udało się bardzo szczęśliwie. Kiedy się kto zajmuje jaką sprawą, powinien wszystko przewidzieć i niczego nie pominąć. To nie jest ekskuzą dla człowieka rozumnego, kiedy strzeliwszy bąka, powie: do licha, to mi nie przyszło do głowy! Mnie bank zaraz do głowy przyszedł.
Jeżeli Prosper zrazu wzdrygał się powierzyć los swój przyjacielowi swego ojca, to wstręt jego niknął coraz bardziej.
Zaczynał rozumieć, że sam jeden, zaledwie władnący sobą, kierujący się natchnieniami swego niedoświadczania, nigdyby nie nabył cierpliwej przenikliwości tego szczególnego człowieka.
Ten mówił dalej sam do siebie, jak gdyby zgoła nie wiedział o obecności Prospera:
— A zatem kiedy te pieniądze nie przyszły od złodzieja, więc oczywiście przyszły od kogo innego, co był przy kasie w chwili kradzieży, co nie mógł jej zapobiedz, a teraz sumienie go gryzie. Prawdopodobieństwo przy kradzieży wskazane przez kresę, zamienia się teraz w niezbitą pewność. Ergo, miałem słuszność.
Kasjer słuchał ze wszystkich sił, zmuszając imaginację swą do zrozumienia tego monologu, którego nie śmiał przerwać.
— Szukajmy, — mówił dalej pan Verduret, — szukajmy, kto może być tą drugą osobą, którą sumienie gryzie, a która jednak nie śmiała nic odkryć.
Wziął list, i bardzo wolno, po trzy i cztery kroć odczytywał i skandował frazesy, ważąc wszystkie wyrazy.
— Widocznie, — mówił, — ale to bardzo widocznie, list ten ułożyła kobieta. Nigdy mężczyzna, chcąc oddać przysługę mężczyźnie i posyłając mu pieniądze, nie użyłby tego wyrazu: zasiłek, który jest bardzo ubliżającym. Mężczyzna napisałby: pożyczkę, drobnostkę, ale nigdy zasiłek. Kobieta tylko nieświadoma głupich drażliwostek męskich, mogła uważać znaczenie tego wyrazu za całkiem odpowiednie myśli. Co się zaś tyczy tego frazesu: „Jest serce i t. d.,“ tylko kobieta mogła się nań zdobyć.
Tym razem Prosper mógł iść za biegiem indukcji swego protektora.
— Sądzę, że się pan mylisz, — rzekł, — żadna kobieta nie może być wmięszana w tę sprawę.
Pan Verduret nie uważał na ten zarzut. Może go nie słyszał, może nie chciał zdania swego poddawać pod dyskusję.
— Teraz, — mówił dalej, — postarajmy się odkryć, zkąd zostały wycięte wyrazy składające ten list.
Zbliżył się do okna i zaczął studjować poprzylepiane na nim głoski, ze skrupulatną uwagą jakiegoś uczonego na us, który usiłuje wyczytać stary, na poły zatarty rękopism.
— Drobne czcionki, — mówił, — bardzo delikatne, bardzo czyste, druk nadzwyczaj staranny, papier dość cienki i mocno satynowany. Wyrazy więc te nie były wycięte ani z dziennika, ani nawet z książki powieściowej. Ja jednak widziałem ten druk, znam go. Didot często go używa, inni także.
Zatrzymał się, usta przez pół otworzył, źrenica mu się rozszerzyła, cała jego dusza skoncentrowała się w usiłowaniu wydobycia z pamięci jedynego szczegółu.
W tem uderzył się w czoło.
— Mam już — zawołał, — mam że też ja tego od razu nie poznałem! Wszystkie te litery wycięte są z modlitewnika. A wreszcie zobaczymy, jest sposób sprawdzenia.
Wtedy delikatnie, końcem języka, wilgocąc kilka wyrazów naklejonych na papier, gdy klej już się dostatecznie odwilżył, wziął szpilkę i zaczął je powoli zdejmować. Na odwrotnej stronie jednego wyrazu wydrukowany był łaciński wyraz: Deus.
— Ha! ha! — zawołał z lekkim uśmiechem zadowolenia, — odgadłem. Gdyby Ojciec Tabaret, który wykrył zabójcę wdowej Lerouge był tu, cieszyłby się ze mnie. Ale co się stało z uszkodzonym modlitewnikiem? Czy go spalono? Nie, bo książka oprawna nie pali się łatwo, mógłby, kto nadejść tymczasem. Rzucono go w kąt.
Pan Verduret zamilkł; odźwierny wrócił, prowadząc posługacza z rogu ulicy Pigolle.
— A! w samą porę przychodzisz, mój chłopcze, — rzekł gruby jegomość z najszczerszą miną.
I okazując mu kopertę listu, zapytał:
— Czy przypominasz sobie, że dziś rano przyniosłeś tu ten list?...
— Doskonale, proszę pana, tem bardziej że mi utkwił w oczach ten adres; rzadko kiedy można taki zobaczyć, nieprawda?
— Jestem zupełnie twego zdania. A kto ci go dał, mężczyzna czy kobieta?
— Nie, panie, to posługacz.
Odpowiedź ta, która mocno ubawiła odźwiernego, nie wywołała nawet uśmiechu na twarzy Verdureta.
— Posługacz, — rzekł, — a czy znasz tego kolegę?
— Nigdy go nie widziałem.
— Jak on wygląda?
— Taki ni wielki, ni mały, ubrany był w kurtkę z ciemnozielonego aksamitu, miał blachę na piersiach.
— Do licha mój chłopcze, to rysopis bardzo ogólny, wszyscy posługacze mniej więcej tak samo wyglądają. A może ci ten kolega powiedział, od kogo przyjął ten list?
— Nie, panie. Powiedział mi tylko, kładnąc mi w rękę dziesięć su: Masz zanieść to na ulicę Chaptal, pod 1. 39, dał mi to jakiś stangret na bulwarze... Dziesięć su! jestem pewien, żem na nie zarobił.
Odpowiedź ta zdawała się dekoncertować pana Verdureta. Tyle ostrożności przedsięwziętych dla doręczenia tego listu Prosperowi, niepokoiło go i psuło mu szyki.
— A czy poznałbyś tego posługacza?
— O, niezawodnie! gdybym go zobaczył.
— Uważaj więc. Ile ci przynosi dziennie twoje zatrudnienie?
— Na pewno nie wiem, ale mam bardzo dobrą stację; zawsze będzie ośm do dziesięciu franków.
— Dobrze więc, mój chłopcze, będę ci płacił dziesięć franków dziennie, nie więcej tylko za przechadzkę, to jest za wyszukanie tego twojego kolegi. Co wieczór, około godziny ósmej, przychodzić będziesz do hotelu pod Wielkim Archaniołem, na ulicę św. Michała, zdasz mi sprawę i weźmiesz pieniądze. Zapytasz się tam o pana Verduret. Jeżeli znajdziesz tego posługacza, dostaniesz pięćdziesiąt franków. Czy zgadzasz się na ten układ?
— Jeszczeby też, z największą chęcią, panie.
— Nie trać więc ani minuty i w drogę!
Choć nieświadomy planu pana Verdureta, Prosper zaczął sobie tłumaczyć znaczenie jego poszukiwań. Życie jego niejako zależało od powodzenia, a jednak zapominał o tem przed podziwem, w jaki wprawiała go żywość tego pomocnika, którego zostawił mu ojciec; jego zimna krew, pewność jego indukcji, płodność obserwacji, szybkość działania.
— A więc pan obstajesz przy tem, — zapytał go po odejściu posługacza, — że w tem mojem zdarzeniu jest ręka kobiety?
— Jak najmocniej. Jest w tem kobieta i do tego nabożna, w każdym razie kobieta, która miała przynajmniej dwa modlitewniki, skoro dla napisania do ciebie zepsuła jeden.
— I masz pan jaką nadzieję wynaleźć ją?
— Powiedz wielką nadzieję, mój kochany Prosperze, dzięki temu, że posiadam sposoby czynienia bezpośrednich poszukiwań, z których jeden natychmiast zużytkuję.
Usiadł przy tych ostatnich słowach i szybko nakreślił kilka wierszy na kawałku papieru, który wsunął w kieszeń od kamizelki.
— Jestżeś gotów, — zapytał, — do wyjścia dla odwiedzenia pana Fauvela Dobrze. Chodźmy więc, zarobiliśmy na śniadanie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.