Akta kryminalne pod l. 113/Tom I/V
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Akta kryminalne pod l. 113 |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Le Dossier nº 113 |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Hotel pod Wielkim Archaniołem, schronienie panny Gypsy, jest najwspanialszym na całej ulicy św. Michała.
Kto płaci z góry za dwa tygodnie, doznaje tam poważania.
Właścicielka jego, pani Aleksandra, która była kobietą piękną, jest sobie teraz kobieta tęga, okrutnie skrępowana gorsetem, zawsze za pięknie ubrana, kochająca się w złotych łańcuchach, które kaskadami spadają po fałdach jej potężnej piersi.
Oko ma jeszcze żywe a zęby białe, ale niestety! nos czerwony. Ze wszystkich bowiem upodobań, a Bóg wie, ile ich miała w życiu nader rozmaitych, jedno jej pozostało. Oto lubi dobrze i obficie jadło zakrapiać.
Przepraszam! ubóstwia także swojego męża, i w chwili gdy pan Patrigent wracał z domu zdrowia, niecierpliwiła się mocno, że jej „poczciwota“ nie wracał na objad. Miała już sama siadać do stołu, gdy kelner krzyknął:
— Pan idzie.
I Fauferlot we własnej osobie ukazał się na progu.
Przed trzema laty Fanferlot utrzymywał potajemne biuro informacyjne; pani Aleksandra, modniarka bez koncesu potrzebowała mieć oko na kilka podejrzanych dłużniczek; ztąd pierwsze ich stosunki.
Jeżeli pobrali się na dobre w kościele i w kancelarji urzędnika stanu cywilnego, to dla tego, iż zdawało im się, że sakrament małżeński będzie jako chrztem, który zmaże ich przeszłość!
Od tej chwili Fanferlot odstąpił biuro swoje, i przeszedł do prefektury, gdzie już i poprzednio był uważanym, a pani Aleksandra wyrzekła się magazynu.
Zmasowawszy swoje zasiłki, wynajęli i umeblowali hotel pod Wielkim Archaniołem, gdzie przy dobrem powodzeniu zyskali respekt sąsiadów, którzy nie wiedzieli o stosunkach Fanferlota i o prefekturze policji.
Co tak późno powracasz. mój poczciwoto? — zawołała jejmość, kładąc łyżkę wazową, by powitać męża.
Ale mąż z roztargnieniem przyjmował pieszczoty żony.
— Jestem zmęczony jak pies; cały dzień grałem w bilard z Ewarystem, lokajem pana Fauvela, dałem mu wygrać ile tylko chciał, choć to fryc, który nie ma nawet wyobrażenia o tem, co jest dubla... do niczego! Poznałem się z nim onegdaj, a teraz jest już moim najlepszym przyjacielem. Jeżeli zechcę wejść do bankiera jako woźny na miejsce Antoniego, pewien jestem protekcji pana Ewarysta.
— Jakto, ty miałbyś być woźnym, ty?...
— Ha! jeśli potrzeba będzie koniecznie, żeby jaśniej rozpatrzyć się w domu pana Fauvela i zbliska przypatrzyć się osobom...
— Więc lokaj nic ci nie powiedział?
— Nic takiego, coby mi się przydać mogło, a jednak przewracałem go tak jak rękawiczkę. To człowiek, jakich mało, ten bankier. On nie ma żadnej wady, mówił mi Ewaryst, najmniejszej słabości, na którejby jego lokaj mógł choć dziesiątkę zarobić. Nie pali, nie pije, nie gra i nie ma znajomości kobiecych; słowem, święty! Pan miljonowy, a żyje skromnie jak episjer; szalenie kocha żonę, ubóstwia dzieci, przyjmuje u siebie często, ale rzadko wychodzi.
— Więc żonę ma młodą?
— Musi mieć przeszło lat czterdzieści.
Pani Aleksandra zamyśliła się chwilę.
— Czy pytałeś się o inne osoby z rodziny?
— Naturalnie. Jeden z synów jest oficerem nie wiem gdzie, nie mówmy o nim, to najmłodszy. Starszy, Lucjan, który mieszka przy rodzicach, to istna panna, taki skromny.
— A żona, a siostrzenica, o której mi mówiłeś?
— Ewaryst nic mi o nich nie mógł powiedzieć.
Pani Aleksandra ruszyła ramionami.
— Jeśliś nic nie znalazł, to pokazuje się, że nic nie ma. Na twojem miejscu wiesz cobym zrobiła?
— A co?
— Poszłabym poradzić się pana Lecoq.
Fanferlot na to nazwisko poskoczył, jakby mu kto z pistoletu nad uchem palnął.
— Piękna rada, — rzekł, — czy chcesz żebym miejsce stracił? Gdyby pan Lecoq chociaż domyślał się tego, co chciałem zrobić!...
— Kto mówi, żebyś mu wyjawiał swą tajemnicę; dość zapytać się o zdanie w sposób obojętny, zapamiętać to co on dobrego wymyśli i postąpić według jego sposobu widzenia.
Ajent bezpieczeństwa zdawał się ważyć przedłożenia swojej małżonki.
— Może ty masz i słuszność, — rzekł, — może pan Lecoq jest djabelnie cięty, i bardzo łatwo mnie odgadnie.
— Cięty! — odparła pani Aleksandra urażona, — cięty! to wy wszyscy z prefektury ciągłem powtarzaniem zrobiliście mu tę reputację.
— Wreszcie, — zakończył Fanferlot, — zobaczę, rozmyślę się, ale tymczasem co mówi ta dama?
Ta damą była Nina Gypsy.
Przenosząc się do hotelu pod Wielkim Archaniołem, biedna dziewczyna sądziła, że idzie za dobrą radą, i teraz nawet, gdy Fanferlot się nie pokazywał była przekonaną, że usłuchała przyjaciela Prospera. Otrzymawszy wezwanie pana Patrigenta, podziwiała zręczność policji, która w tak krótkim czasie odkryła jej schronienie, gdyż ona zamieszkała w hotelu pod przybranem nazwiskiem, a raczej pod prawdziwem: Palmyra Chocareille.
Zręcznie wypytana przez dawną modniarkę, oddała jej się z zaufaniem i opowiedziała całą swą historję.
Tym to sposobem małym kosztem, Fanferlot mógł ujść w oczach sędziego za ajenta wysokiej zręczności.
— Czy ona tam wciąż siedzi na górze? — pytał dalej Fanferlot.
— Wciąż... i nie domyśla się niczego. Ale wstrzymywać ją będzie coraz trudniej. Nie wiem co jej powiedział sędzia, lecz wróciła w okropnem rozdrażnieniu. Chciała pójść narobić hałasu u pana Fauvela. Niedawno w przystępie gniewu napisała list i dała go Janowi, by zaniósł na pocztę: ale wzięłam go, by tobie pokazać.
— Co! — przerwał Fanferlot, — masz list i nic mi o nim nie mówisz, a on może zawiera rozwiązanie zagadki? Dawajże mi go prędzej!
Na rozkaz męża dawna modniarka otworzyła szufladę i wydobywszy z niej list oddała mężowi.
— Masz, — rzekła, — ciesz się.
Jakoś na dawną służącę, Palmyra Chocareille, później Nina Gypsy wcale nie źle pisała.
Adres jej listu, wypisany pięknym angielskim charakterem, tak brzmiał:
„Do pana L. de Clameran, właściciela hamerni w hotelu Luwr. Dla doręczenia panu Raulowi de Lagors (bardzo pilno).“
— Ho! ho! — zawołał Fanferlot, pogwizdując przy tym wykrzykniku jak zwykle, gdy mu się zdaje, że trafia na jakiś trop, — ho! ho!...
— Czy ty go myślisz otworzyć? — zapytała pani Aleksandra.
— Trochę, — odrzekł Fanferlot, odczepiając kuwertę z zadziwiającą zręcznością.
Przeczytał, a pani Aleksandra przechyliła się na ramieniu swego poczciwca i czytała także:
„Prosper jest w więzieniu, oskarżony o kradzież, której nie popełnił, jestem pewną. Trzy dni temu jutem do pana pisała w tym przedmiocie...
— Hę! co! — przerwał Fanferlot, — ta sroka pisała, a ja nie widziałem jej listu!
— Ależ mój poczciwoto, ona mogła sama rzucić list na pocztę, gdy wychodziła na sądy.
— Zapewne, — rzekł Fanferlot nieco uspokojony.
Czytał więc dalej:
„... Pisałam do pana w tym przedmiocie, i nie mam odpowiedzi. Któż tedy przyjdzie na pomoc Prosperowi, jeśli go najlepsi przyjaciele opuszczają? Jeżeli pan ten list zostawisz bez odpowiedzi, będę się uważała za uwolnioną od dotrzymania obietnicy, o której pan wiesz, i bez skrupułu opowiem Prosperowi rozmowę, którą słyszałam między panem a panem de Clameran. Ale mogę liczyć na pana, nieprawdaż? Czekać więc będę na pana pod Wielkim Archaniołem pojutrze między dwunastą a czwartą popołudniu.
— I cóż? — zapytała pani Aleksandra, — co o tem mówisz?
Fanferlot wkładał delikatnie list do kuwerty, gdy drzwi, kantoru hotelowego otworzyły się nagle, a kelner po dwakroć świsnął:
— Pst! pst!
Fanferlot z cudowną szybkością znikł w ciemnym gabinecie dotykającym jadalnego pokoju.
Jeszcze nie zdążył drzwi zamknąć, gdy weszła Nina.
Przebóg! biedna dziewczyna zmieniła się bardzo. Zbladła, policzki jej zapadły, usta straciły wyzywający połysk, a oczy błyszczące fosforycznym ogniem, zaczerwienione od łez, okolone były czarną obwódką.
Zobaczywszy ją, pani Aleksandra nie mogła wstrzymać okrzyku zadziwienia.
— Jakto, kochana pani wychodzi?
— Muszę, moja pani, i przyszłam prosić panią, jeśliby kto przyszedł podczas mojej nieobecności, żeby poczekał.
— Ale gdzież pani idziesz, dobry Boże! o tej godzinie i do tego chora?
Gypsy zawahała się chwilę.
— O! proszę panią, — rzekła po chwili, — pani jesteś dla mnie tak dobrą, że mogę ci się zwierzyć; przeczytaj pani ten bilet, który posługacz miejski oddał mi dopiero.
— Jakto, — rzekła pani Aleksandra zdumiona, — posługacz! poszedł aż do pani?
— Cóż w tem dziwnego?
— O! nic, nic, — odrzekła eks-modniarka.
I zaczęła czytać tak głośno, aby ją słyszeć było można w gabinecie:
„Przyjaciel Prospera, który nie może ani przyjąć pani, ani pójść do niej, potrzebuje koniecznie z panią pomówić. Dziś wieczorem, to jest w poniedziałek, bądź pani z uderzeniem dziewiątej w biurze omnibusów naprzeciwko wieży św. Jakóba, a ten, który to pisze, zbliży się do pani i powie co ma do powiedzenia. Wskazuję pani umyślnie miejsce to na schadzkę, aby od umysłu jej odsunąć wszelką obawę.
— I pani idziesz na tę schadzkę! — zawołała pani Aleksandra.
— Oczywiście.
— Ależ to jest okropna nieroztropność, szaleństwo, to zasadzka!
— Ej, mniejsza o to! — przerwała Gypsy, — jestem już tak nieszczęśliwa, że niczego więcej się nie obawiam.
I nie chcąc słyszeć ani słowa więcej, wyszła.
Jeszcze Gypsy nie była na ulicy, kiedy Fanferlot wyskoczył ze swej kryjówki.
Słodki ajent zielony był ze złości, a klął jak opętany.
— Kroćset miljonów piorunów! — wrzasnął, — cóż to za dom ten pod Wielkim Archaniołem, w którym każdy przechadzać się może, jak po publicznym placu!
Dawna magazynierka skonfundowana i drżąca, nie wiedziała gdzie się podziać.
— Czy kto kiedy widział co podobnego! — krzyczał dalej ajent, — posługacz przyszedł i nikt go nie widział! Jakże on mógł wyjść tak pokryjomo. I ty, Aleksandro, kobieta inteligentna, jesteś lak prostoduszną, że wstrzymujesz tę żmiję od schadzki!...
— Ależ mój drogi...
— Jakto! nie pojmujesz, że ja pójdę za nią i dowiem się tego, co ona przed nami ukrywa. Dalej pomóż mi, potrzeba aby a mnie nie poznała.
I w kilku obrotach, Fanferlot włożywszy perukę i przyczepiwszy gęstą brodę, już nie był do siebie podobnym. Okrył się bluzą i przybrał wszystkie pozory jednego z tych niekoniecznie poczciwych rzemieślników, którzy szukają niby roboty, a proszą Boga, żeby jej nie znaleźli.
Gdy był już gotów, zapytała pani Aleksandra, zawsze pełna troskliwości swego poczciwotę:
— A masz-że kartę swoją i rączkę z ołowiem?
— Mam, mam! każ tymczasem rzucić na pocztę list tej dziewki do Clamerana, i... miej się na baczności.
I nie słuchając małżonki, która wołała za nim: — „Szczęśliwego powodzenia!“ — Fanferlot wyskoczył na ulicę.
Gypsy wyszła o dziesięć minut wcześniej, ale on prędko się z nią zrównał.
Fanferlot pędził drogą, którą miała iść Gypsy i doścignął ją w połowie mostu Change.
Szła krokiem nierównym, raz prędko, to znów wolniej, jak osoba niecierpliwie dążąca do celu, co wyszedłszy wcześniej, chce zużyć czas.
Na placu Chatelet przeszła się kilka razy, popatrzyła na afisze teatralne, posiedziała chwilę na ławeczce, nareszcie o trzy kwadranse na dziewiątą usiadła na ławeczce w biurze omnibusów.
W minutę po niej wszedł Fanferlot. Ale mimo przyprawionej brody obawiał się oczu Niny, usiadł więc w przeciwnej stronie biura w cieniu.
— Szczególniejsze miejsce na schadzkę, — pomyślał studjując Nine. — Ale kto ją mógł jej naznaczyć? Po ciekawości jaką czytam w jej oczach, po wyraźnym niepokoju, przysiągłbym, że nie wie kogo oczekuje!
Biuro pełne było ludzi. Co chwila urzędnicy obwoływali kierunek nadchodzących omnibusów. Wiele osób wchodziło i wychodziło żądając numerów, lub zmieniając kierunek drogi.
Co kto przybył, Gypsy drżała, a Fanferlot mówił do siebie:
— Czy to on?
Nareszcie gdy dziewiąta uderzyła na zegarze ratuszowym, wszedł ktoś, nie zapytał o nic, tylko zbliżył się prosto do Niny, skłonił się jej i usiadł przy niej.
Był to człowiek średniego wzrostu, dość gruby, z płowemi, gęstemi bokobrodami na rumianej twarzy. Z ubrania wyglądał na zamożnego negocjanta, nic wreszcie nie odznaczało jego osoby.
Fanterlotowi mało oczy z głowy nie wylazły, tak je wytrzeszczał.
— Ciebie, mój dobrodzieju, — pomyślał, — poznam wszędzie gdziekolwiek cię spotkam, i dziś nawet pójdę za tobą i dowiem się kto jesteś.
Na nieszczęście daremnie wytężał słuch, nie słyszał nic co nowo przybyły mówił z Niną. Co najwięcej, z pantominy i gry fizjognomji usiłował odgadnąć przedmiot ich rozmowy.
Najsampród, gdy gruby mężczyzna powitał Ninę, ona tak się zdziwiła, że bez najmniejszej wątpliwości musiała go po raz pierwszy widzieć. Potem, gdy usiadłszy, powiedział jej kilka słów, ona powstała w połowie z gestem przerażenia, jak gdyby chciała uciekać. Za jednem atoli jego spojrzeniem usiadła. Później w miarę jak gruby jegomość mówił, oblicze Gypsy wyrażało jakąś niespokojność. Odmawiała czegoś gestem, ale potem zdawała się ulegać jakiejś przekonywającej racji. Chwilę zbierało się jej na płacz, ale niebawem uśmiech oświecił piękną jej twarz. Nareszcie wyciągnęła rękę, jak gdyby dokonywała przysięgi.
Ale co to znaczyło? Fanferlot na swej ławce gryzł sobie palce.
Przemyśliwał, jakby tu zręczny manewr zrobić, aby zbliżyć się bez obudzenia podejrzeń, gdy gruby jegomość powstał, podał rękę Gypsy, która przyjęła ją bez ceremonii, i razem poszli ku drzwiom.
Zdawali się tak zajęci sobą, że Fanferlot nie widział w tem nic niestosownego, by iść za nimi dość blisko; mądra ostrożność, bo na bulwarach był tłok.
Doszedłszy do drzwi, postrzegł jak gruby jegomość i Gypsy przechodzili przez chodnik, zbliżyli się do doróżki nieopodal od biura omnibusów i wsiedli do niej.
— Doskonale! — mruknął Fauferlot, — już ich mam, teraz nie ma się czego spieszyć.
Podczas gdy dorożkarz zbierał lejce, ajent bezpieczeństwa szykował nogi, a gdy dorożka ruszyła, w trzech skokach siedział już za nią z postanowieniem jechać tak, choćby na koniec świata.
Jednakże przybywszy na bulwar św. Dyonizego, zaczął się zadychać i czuł lekki ból w boku; a w tem doróżka przebywszy bulwar, wpadła na przedmieście św. Marcina.
Lecz Fanferlot, który przez ośm lat łobuzował się po bruku paryskim, obfity jest w środki. Przyczepił się do resorów dorożki, podniósł się siłą pięści i wisiał niejako w powietrzu z nogami opartemi o osie tylnych kół. Nie było mu wprawdzie wygodnie, ale nie obawiał się, że go jadący prześcigną.
— Teraz, — rzekł do siebie, — pędźcie co koń wyskoczy.
Dorożkarz pędził w istocie, dobrym kłusem dotarł aż do starych rogatek, i stanąwszy przed winiarnią, zlazł z kozła na lampeczkę.
Ajent bezpieczeństwa opuścił swój niewygodny posterunek i wcisnąwszy się za drzwi, czekał na wyjście przybyłych, by pójść za ich śladem.
Ale po pieciu minutach jeszcze ich widać nie było.
— Co oni robią? — pomyślał ajent.
Zbliżył się bez wielkiej ostrożności.
O straszny zawodzie! doróżka była próżna.
Było to wiadro zimnej wody wylane na głowę Fanferlota. Zdawało się, że wrósł w ziemię, stanął słupem jak żona Lota.
Przyszedłszy nieco do siebie po kilku sekundach, wyzionął z tuzin przekleństw zdolnych zatrząść szybami całej okolicy.
— Okradli mnie! — wołał, — oszukali, zadrwili ze mnie! Ale ja im to odpłacę!
W jednej chwili giętki jego umysł przebiegł gamę wszystkich możliwych i niemożliwych przypadków.
— Oczywiście, — bakał, — ten jegomość i Gypsy weszli jednemi drzwiczkami, a wyszli drugiemi; manewr wiadomy. Ale jeżeli go użyli, to z obawy, aby kto nie szedł za nimi. Jeśli się tego obawiali, to pokazuje się, że mają nieczyste sumienie, a zatem...
Przerwał swój monolog, bo przyszło mu na myśl wypytać dorożkarza, który łatwo mógł coś wiedzieć.
Na nieszczęście dorożkarz, który był w bardzo złym humorze, nie chciał nic mówić, potrząsł nawet biczem w sposób nie bardzo uspokajający tak, że Fanferlot uznał za rzecz stosowną cofnąć się.
— Cóż to, czyżby i dorożkarz był w zmowie? — pomyślał.
Nie wiedział co dalej robić o tej godzinie. Żadna myśl do głowy mu nie przychodziła. Ze smutkiem wszedł na drogę prowadzącą na plac św. Michała, o wpół do dwunastej był u drzwi swego mieszkania.
— Czy mała wróciła? — zapytał na wstępie.
— Nie, lecz przynieśli tu dla niej dwa wielkie zawiniątka.
Delikatnie i ze szczególną zręcznością rozwinął Fanferlot oba zawinięcia.
Były tam trzy suknie perkalowe, grube trzewiki, bardzo skromne spodniczki i czepki płócienne.
Ajent nie posiadał się ze złości.
— A to mi dobre! — zawołał, — teraz będzie mi się przebierała; dalibóg, nic nie rozumiem!
Gdy Fanferlot schodził z przedmieścia św. Marcina, święcie przyrzekał sobie, że nic nie powie żonie o swej przygodzie.
Lecz przyszedłszy do domu i zastawszy świeże wypadki, które mu wszystkie jego jakie robił przypuszczenia pomięszały, czuł, że miłość własna spuściła z tonu.
Ajent opowiedział wszystko: swoje nadzieje tak bliskie rozwiązania, przygodę nadzwyczajną, podejrzenia! I długo jeszcze mąż z żoną rozmawiali, przetrząsając wypadek na wszystkie strony, szukając możliwego wytłumaczenia. Ułożyli sobie nie pójść spać aż wróci Gypsy, od której pani Aleksandra miała wyciągnąć jakie takie wyjaśnienie.
Lecz czy wróci?
Nareszcie wróciła po godzinie pierwszej, gdy małżonkowie już zwątpili mówiąc do siebie:
— Nie, już jej nie ujrzymy.
Na odgłos dzwonka, Fanferlot wsunął się do ciemnej alkowy, tylko pani Aleksandra została w hotelowym kantorze.
— Jesteś przecie, kochane dziecko! — zawołała, — czy ci się co nie przytrafiło? Byłam w śmiertelnym strachu!
— Dziękuję pani za jej przychylność, — odrzekła Gypsy, — czy nie przyniesiono tu co dla mnie?
Biedna Gypsy była inną jak przed odejściem; smutna bardzo lecz nie tak przybita. Po katastrofach dni poprzednich nabrała silnego i szlachetnego postanowienia, które się w jej postawie i oczach malowało.
— Oto są pakunki, które przyniesiono, — rzekła pani Aleksandra, — więc zapewne widziałaś się pani z przyjacielem pana Bertomy?
— Tak, pani, a nawet rady jego tak zmodyfikowały projekta, że jutro z żalem opuszczę wasz dom.
— Jutro? — zawołała dawna modniarka, — więc coś zaszło!
— O, nic takiego, coby was obchodzić mogło.
I zapaliwszy stoczek przy świetle gazowem, Gypsy oddaliła się, rzekłszy jej „dobranoc“ bardzo znacząco. — I cóż myślisz o tym jej powrocie, pani Aleksandro? — zapytał Fanferlot, wyszedłszy z kryjówki.
— Nie do uwierzenia! Ta mała pisze do pana Clamerana, by się z nim widzieć tu, i nie czeka na niego.
— Oczywiście nie ufa nam, wie kim jestem, — rzekł Fanferlot.
— Więc ją widać uwiadomił ów przyjaciel kasjera.
— Kto wie!... Owoż zaczynam wierzyć, że mam do czynienia z niepospolicie tęgimi złodziejami, zmiarkowali żem pochwycił ich ślad i chcą mnie stropić. Gdyby mi kto powiedział jutro, że ma gacha i ucieka z nim, nie zdziwiłbym się wcale.
— Nie zdaje mi się, — odrzekła pani Aleksandra, — ale słuchaj, ja wracam do tego, że powinieneś zaradzić się pana Lecoą.
Fanferlot zadumał się chwilę.
— Zgoda! — rzekł, — pójdę do niego, ale tak tylko, żeby sobie nic nie mieć do wyrzucenia, bo gdzie ja nie mogłem niczego dopatrzeć, tam i on nie dopatrzy.
Jakkolwiek straszny, ja go się nie lękam. Gdyby mu się podobało ubliżyć mnie, to umiałbym sobie z nim poradzić.
Mimo to ajent bezpieczeństwa źle spał tej nocy, a raczej nie spał wcale, więcej zajęty sprawą Bertomy, niż dramaturg sztuką, kiełkującą w mózgowiu.
O w pół do siódmej był już na nogach, bo trzeba wstać bardzo rano, by się zobaczyć z panem Lecoq, i posilony filiżanką kawy ze śmietanką, skierował się do mieszkania sławnego policjanta.
Oczywiście Fanferlot, zwany Wiewiórką, nie boi się naczelnika, jak go nazywają, bo wyszedł z pod Wielkiego Archanioła z głową do góry, z kapeluszem na bakier. Jednak gdy przybył na ulicę Montmartre, gdzie mieszka pan Lecoą, zuchowatość jego znacznie osłabła. Troszkę mu serce zabiło, jak wchodził w korytarz domu i zatrzymał się parę razy na schodach.
Przyszedłszy na trzecie piętro i stanąwszy przede drzwiami, ozdobionemi herbem sławnego ajenta — kogutem, symbolem czujności — stracił ducha i ledwie zdecydował się zadzwonić.
Służąca pana Lecoą, dawna aresztantka, budowy karabiniera, wierniejsza swemu panu jak pies, słowem Joasia, przyszła mu otworzyć.
— Aha! — zawołała postrzegając go, — dobrześ pan trafił, pani Wiewiórko, pan cię oczekuje.
Na tę wiadomość Fanferlot wielką uczuł chęć drapnąć. Dla czego on na niego czeka?...
Ale podczas jego wahania, Joasia wzięła go za rękę i wprowadziła do pokoju, mówiąc:
— A cóż to, pan chciałeś tam w ziemię wrosnąć? Proszę pana, pan pracuje w swoim gabinecie.
W obszernej komnacie, dziwnie umeblowanej, niby to biblioteka uczonego, niby siedziba aktora, siedział pisząc przed biurkiem ten sam mężczyzna w złotych okularach, który w galerji więzień rzekł do Prospera Bertomy: „Śmiało!“
Był to pan Lecoq w urzędowej powierzchowności.
Przy wnijściu Fanferlota, który zbliżał się w kornej postawie, z krzyżem w pałąk zwiniętym, podniósł z lekka głowę, położył pióro i rzekł:
— A, jesteś przecież, mój chłopcze! I cóż to, sprawa Bertomy coś nie postępuje?
— Jakto, — wybełkotał Fanferlot, — pan wiesz?...
— Wiem, że tak doskonale rzeczy zagmatwałeś, iż sam już nic nie widzisz, słowem, że poddałeś się.
— Ależ panie, to nie ja...
Pan Lecoq wstał i chodził po gabinecie. Nagle odwrócił się ku Fanferlotowi:
— I cóżbyś ty powiedział, panie Fanferlocie, — zapytał tonem ostrym i ironicznym, — o człowieku, nadużywającym zaufania tych, co go używają, o człowieku, który akurat tyle ukrywa, ile potrzeba do wprowadzenia w błąd władzy, który na rzecz swej głupiej próżności zdradza i dzieło sprawiedliwości i sprawę nieszczęśliwego więźnia?
Fanferlot przerażony cofnął się krokiem.
— Powiedziałbym, — jąkał, — powiedziałbym...
— Powiedziałbyś, że tego człowieka trzeba ukarać i wypędzić, i miałbyś słuszność. Im jakaś profesja mniej jest zacną, tem zacniejsi być powinni ludzie, którzy jej się oddają. Ty jednak zdrajcą jesteś. Aha, panie Wiewiórko, zachciało ci się ambicji i próbujesz policyjnej fantazji. Pozwalasz sprawiedliwości błąkać się po manowcach, a sam chodzisz w inną stronę. Trzeba być wyżłem sprytniejszym, niż waść, by polować bez strzelca i na swoją rękę.
— Ale panie, przysięgam...
— Milcz! Czy chcesz mnie przekonać, że wszystko powiedziałeś sędziemu, jak byłeś powinien? Dajno pokój, kiedy tu badają kasjera, ty na swoją rękę badasz bankiera, szpiegujesz go, wiążesz się z jego lokajem.
Czy pan Lecoq gniewał się na prawdę? Fanferlot, który zna go dobrze, wątpił trochę o tem, ale z tym djabelskim człowiekiem nie wiadomo nigdy czego się trzymać.
— I gdybyś jeszcze był zręcznym, — mówił dalej, — ale gdzietam! Chciałoby ci się być majstrem, a jesteś ledwie lichym czeladnikiem.
— Masz słuszność, panie naczelniku, — pisnął litośnie Fanferlot, ani myśląc już zaprzeczać. — Ale jak tu się wziąć do rzeczy w takiej sprawie, gdzie nie ma ani śladu, ani jednego dowodu, ani jednej wskazówki, nic, zgoła nic.
Pan Lecoq wzruszył ramionami.
— Głupi jesteś, jak sak. Wiedz o tem, że w dniu, w którym posłany byłeś z komisarzem policji dla poświadczenia kradzieży, nie powiem na pewno, ale bardzo prawdopodobnie trzymałeś w swoich szerokich a głupich rękach sposób dowiedzenia się, który klucz, czy bankiera, czy kasjera posłużył do spełnienia kradzieży.
— Naprzykład!...
— Chcesz dowodów? Zaraz. Pamiętasz tę kresę, którą dostrzegłeś wzdłuż skrzyni? Uderzyła cię ona, bo postrzegłszy ją, nie mogłeś powstrzymać się od wykrzyknika. Obejrzałeś ją starannie przez lupę, i mogłeś się przekonać, że była zupełnie świeża, tylko co zrobiona. Powiedziałeś wtedy sobie, i bardzo słusznie, że ta kresa odnosi się do chwili kradzieży. Czemżeż ona mogła być zrobioną? Oczywiście kluczem. Skoro tak, to trzeba było wziąć klucze od bankiera i od kasjera, i uważnie je zbadać. Jeden z nich musiał przecież na swej powierzchni zachować choć kilka atomów tej farby zielonej, jaką zwykle malują skrzynie żelazne.
Fanferlot słuchał tego wyjaśnienia z otwartą gębą. Przy ostatnich słowach uderzył się gwałtownie w głowę, wołając:
— O ja głupi!
— Rzeczywiście, — powtórzył pan Lecoq, — głupi do zadziwienia. Jakto, taka wskazówka włazi ci w ręce i ty ją porzucasz, nie wyciągając z niej żadnego wniosku? Tu jednak jest prawdziwy i jedyny punkt wyjścia dla dalszego śledztwa. Jeżeli ja wynajdę winnego, to dzięki będą tej kresie, a ja go wynajdę, ja chcę!
Zdaleka Fanferlot. zwany Wiewiórką, chętnie łatki przypina panu Lecoqowi, i znęca się nad nim, ale zbliska poddaje się wpływowi, jaki wywiera na wszystkich, co się doń zbliżają, ten człowiek nadzwyczajny.
Szczegóły tak dokładne, objaśnienia tak trafne, jakie usłyszał obecnie, wywracały wszystkie myśli Fanferlota. Jak i gdzie pan Lecoq mógł przyjść do tych szczegółów?
— Więc pan zajmowałeś się tą sprawą? — zapytał.
— Zapewne. Ale nie jestem nieomylnym, mogłem prześlepić jaką ważną wskazówkę. Siadaj — i powiedz mi wszystko co wiesz.
Z panem Lecoq nie można bawić się w dwuznaczniki, ani układać lisa. Fanferlot wypowiedział całą prawdę, co mu rzadko się zdarza. Jednak w końcu opowiadania ujął go skrupuł próżności i zamilczał o tem, jak wczoraj dał się zwieść pannie Gypsy i grubemu jegomości.
Na nieszczęście pan Lecoq nigdy nic nie wie w połowie.
— Zdaje mi się, panie Wiewiórko, że ty o czemś zapomniałeś. Dokąd to jechałeś za pustą dorożką krytą?
Fanferlot, wbrew swej powadze, zaczerwienił się po uszy i spuścił oczy ni mniej, ni więcej, tylko jak pensjonarka schwytana na psocie.
— Jakto, panie naczelniku, pan i to wiesz? Jak pan mogłeś?...
Ale w tej chwili wpadła mu jakaś myśl do głowy, zatrzymał się, podskoczył na krześle i zawołał:
— Jestem w domu!... Tym grubym jegomościa z rudemi bokobrodami, byłeś pan.
Zdziwienie Fanferlota nadawało jego fizjognomji wyraz tak szczególny, że pan Lecoq nie mógł wstrzymać się od śmiechu.
— Więc to pan byłeś tym grubym jegomościa, którego zajadałem oczami, i ja pana nie poznałem! Ah! coby to był z pana za aktor, gdybyś tylko chciał, ja także się przebrałem!
— I bardzo źle, mój chłopcze, muszę ci oddać tę sprawiedliwość. Myślisz, że aby być niepoznanym, dosyć jest gęstej brody i bluzy? A oko, gapiu, oko! Oko trzeba odmienić. W tem cała sztuka.
Ta teorja oka w przebraniu tłumaczy, dla czego pan Lecoq urzędowy, który mógłby o lepsze iść z ostrowidzem, nigdy nie chodzi po prefekturze policji bez złotych okularów.
— Więc pan, — mówił dalej Fanferlot, idąc za swą myślą, — pan wyspowiadałeś tę małą, z którą moja żona nie mogła trafić do końca? Pan już pewno wiesz, dla czego ona opuszcza Wielkiego Archanioła, dla czego nie czeka na pana Clamerana, dla czego kupiła sobie perkalowe suknie.
— Ona idzie za mojemi radami.
— W takim razie, westchnął ajent głęboko zniechęcony, — nic mi nie pozostaje, jak powiedzieć sobie; żem osioł.
— Nie, Wiewiórko, — odparł pan Lecoq z dobrocią, — nie, ty nie jesteś osioł. Źle tylko zrobiłeś, przedsiębiorąc rzeczy nad swoje siły. Czyś posunął sprawę na krok, odkąd chodzisz za nią? Nie. A to dla tego, że ty, nieporównany jako porucznik, nie masz zimnej krwi jenerała. Podaruję ci jeden aforyzm, zapamiętaj go, i weź go sobie za prawidło: Ten świetnieje w drugim rzędzie, którego nie znać w pierwszym.
Nigdy, nigdy Fanferlot nie widział naczelnika tak rozmownym i dobrotliwym. Widząc, że go wytropiono, obawiał się burzy, która, jak sądził, zwali go na ziemię, a tymczasem skończyło się na ulewie, która zaledwie zmoczyła mu głowę. Gniew pana Lecoqa rozchwiał się, jak te czarne chmury, które chwilami grożą widnokręgowi, ale ustępują przed pędem wiatru.
Małżonek jednak pani Aleksandry był niespokojny; obawiał się, czy ta zadziwiająca łaskawość nie ukrywa jakiej wstecznej myśli...
— Tym sposobem, — zapytał, — pan wiesz już kto jest przestępcą?
— Nie więcej jak ty, mój chłopcze, i kiedy ty masz już zdanie gotowe, ja jeszcze nie wiem, co myśleć. Zapewniasz mnie, że kasjer jest niewinnym, a bankier zbrodniarzem, ja zaś nie wiem, czy masz słuszność lub nie. Przyszedłszy po tobie, jestem dopiero u wstępu mojego śledztwa. Jedno tylko pewny jestem, mianowicie, że jest kresa na wieku od skrzyni. Z tego punktu wychodzę.
Tak rozmawiając, wziął pan Lecoq z biurka wielki papier zarysowany i rozwinięty.
Papier ten przedstawiał fotogram drzwi od skrzyni kasowej pana Fauvela.
Wszystkie szczegóły odbite były z najsubtelniejszą dokładnością. Można było rozpoznać pięć guzików ruchomych z wyrytemi głoskami i zamek. Rysa była przedziwnie uwydatnioną.
— Otóż jest nasza kresa. Idzie ona z góry na dół od otworu zamkowego, w przekątni, i zważaj dobrze, z lewej strony w prawą, czyli, że kończy się do strony drzwi, za któremi są kryte schody, wiodące do apartamentów bankiera. Bardzo głęboko przy zamku, kończy się zaledwie widzialną rysą.
— Tak, panie, widzę to doskonale.
— Ty, naturalnie, myślałeś, że ta kresa musiała być zrobioną przez sprawcę ubytku. Zobaczymy czy masz słuszność. Ot mam ja tu małą skrzynkę żelazną, malowaną na zielono jak kasa pana Fauvela. Weź-że klucz i spróbuj zarysować.
Nie odgadując celu, jaki sobie zamierzył naczelnik, ajent bezpieczeństwa wykonał jego zlecenie, drapiąc silnie po skrzyni końcem klucza.
— Do licha! — rzekł po dwóch czy trzech próbach, — tę farbę trudno zdrapać.
— Bardzo trudno, rzeczywiście, mój chłopcze, a tamta jest jeszcze tęższa, przekonałem się o tem. Więc ta kresa, którą widziałeś, nie mogła być dokonana drżącą ręką złodzieja, za dotknięciem klucza.
— Do pioruna! — zawołał zdziwiony Fanferlot, — ja byłbym nigdy na to nie wpadł. Prawdą, żeby tak zrysować skrzynię, trzeba było silnie nacisnąć.
— Tak, ale dla czego? Tak jak mnie widzisz, suszę sobie głowę od trzech dni, i wczoraj dopiero domyśliłem się. Rozważmy razem, czy moje domysły mają jakie prawdopodobieństwo, tak, iżby mogły stać się punktem wyjścia.
Pan Lecoq położył fotogram i poszedł ku drzwiom, które wychodziły z jego gabinetu do sypialni, i wyjąwszy z nich klucz, trzymał go w ręku.
— Pójdź tu, — rzekł do Fanferlota, — stań przy mnie, tak. Przypuśćmy, że ja chcę otworzyć te drzwi, a ty mi wzbraniasz. Jak widzisz, przykładam klucz do zamku. Jakiż wtedy będzie twój ruch?...
— Chwytam pana oburącz za rękę i żywo przyciągam do siebie, tak, abyś nie mógł wprowadzić klucza.
— Wybornie. Powtórzmy więc ten ruch. Raz, dwa, trzy...
Fanferlot puścił się, i klucz, który trzymał pan Lecoq, odparty od zamka, zsunął się wzdłuż drzwi i zarysował z góry na dół kresę jak najczystszą, dokładne powtórzenie tej, która figurowała na fotogramie.
— Oh, oh, oh! krzyknął małżonek pani Aleksandry na trzy różne tony.
I stał w kontemplacji przede drzwiami.
— Czy zaczynasz pojmować? — zapytał pan Lecoq.
— Ba! ależ dzieckoby to pojęło. A cóż to z pana za człowiek! Widzę tę scenę jak gdybym tam był. W chwili kradzieży stały przy kasie dwie osoby: jedna chciała zabrać bilety, druga wzbraniała. To jasne, przekonywujące, pewne...
Przyzwyczajony do wcale innych tryumfów, sławny policjant wielce się bawił zdumieniem i entuzjazmem ajenta.
— Otóż ty znowu się unosisz, — rzekł doń łagodnie, — bierzesz za rzecz pewną i dowiedzioną to, co może być przypadkowe, a co najwięcej prawdopodobne.
— Nie panie, nie! — zawołał Fanferlot, — taki człowiek jak pan, nie myli się; wątpliwość jest niepodobną.
— A więc wyciągnijże wnioski z naszego odkrycia.
— Najsamprzód to dowodzi, że węch mój mnie nie omylił, kasjer jest niewinny.
— Dla czego?
— Bo mogąc otwierać i zamykać kasę, kiedy mu się podoba, nie kradłby przy świadku.
— Dobrze rozumujesz. Ale na tej samej zasadzie niewinnym jest i bankier, zastanów się.
Fanferlot zastanowił się i całe ożywienie jego znikło.
— To prawda, — rzekł tonem zrozpaczonym, — to prawda. Co tu robić?
— Szukać trzeciego złoczyńcę, to jest tego, który otworzył kasę i zabrał bilety, i który śpi sobie spokojnie, podczas gdy drugich mają w podejrzeniu.
— Niepodobna, panie, niepodobna! Czyż nie mówiono panu, że tylko pan Fauvel i kasjer mieli klucze, z któremi się nie rozstawali?
— Przepraszam; w przededniu kradzieży bankier klucz swój zostawił w kantorku.
— Ależ kluczem samym nie otworzy, trzeba jeszcze wyrazu.
Pan Lecoq zniecierpliwiony ruszył ramionami.
— Jakiż to był wyraz? — zapytał.
— Gypsy.
— To jest imię przyjaciółki kasjera. Szukaj więc, mój chłopcze. W dniu, w którym wynajdziesz człowieka tak związanego z Prosperem, że mógłby domyśleć się związku imienia z kasą, i tak poufałego u pana Fauvela, że mógł wchodzić do jego sypialni, w dniu tym trafisz na istotnego przestępcę; zagadka będzie rozwiązaną.
Egoista, jak wszyscy wielcy artyści, pan Lecoq, nie miał ucznia i mieć nie chce. On pracuje sam. Nienawidzi współpracowników, nie chcąc dzielić ani radości tryumfów, ani goryczy porażki.
To też Fanferlot, który zna swego naczelnika, jak zły szeląg, nie mógł wyjść z podziwienia, że on daje rady, on, który zwykł dawać rozkazy.
Tak nawet był zaintrygowany, że mimo całego zakłopotania nie mógł się wstrzymać od wyrażenia swego podziwu.
— Musisz pan mieć w tej sprawie chyba jakiś ważny interes osobisty, żeś ją tak wystudjował.
Pan Lecoq zadrgał nerwowo, czego nie uważał ajent, potem brwi mu się ściągnęły, i ostrym tonem odpowiedział:
— Ciekawość jest twojem rzemiosłem, panie Wiewiórko, nie bądź jednak nazbyt ciekawym, rozumiesz mnie?
Fanferlot jął się usprawiedliwiać.
— Dobrze, dobrze! — przerwał pan Lecoq. — Ja chcę być głową, a ty będziesz ręką. Sam, z twojemi ideami, nigdybyś nie wynalazł winnego, we dwóch wynajdziemy go, albo ja nie jestem Lecoq!...
— O! wynajdziemy, skoro pan wziąłeś to na siebie.
— Tak. Wziąłem to na siebie i od czterech dni dowiedziałem się wiele rzeczy. Tylko pamiętaj to sobie: Mam powody, dla których nie chcę wyraźnie figurować w tej sprawie. Cokolwiekbądź zajdzie, zakazuję ci wymawiać moje nazwisko. Jeżeli nam się uda, potrzeba, aby powodzenie było przypisane tobie jednemu. A nadewszystko nie chciej wiedzieć więcej nad to, co powinieneś, poprzestać na wyjaśnieniach, jakie podoba mi się tobie udzielić.
Warunki te wcale nie rozgniewały ajenta bezpieczeństwa.
— Panie, — ozwał się, — będę dyskretnym.
— Liczę na to, mój chłopcze. Na początek weźmiesz ten fotogram skrzyni i zaniesiesz go sędziemu. Pan Patrigent, o ile wiem, jest także w wielkiej wątpliwości co do obwinionego. Wytłumaczysz mu, jakoby sam od siebie, to co ci pokazałem, powtórzysz mu moje doświadczenia, a wskazówki te, pewien jestem, skłonią go do wypuszczenia kasjera. Prosper musi być wolnym, abym mógł rozpocząć swoje operacje.
— Bardzo dobrze, panie. Ale czy mogę dać do zrozumienia, że mam podejrzenie na kogo innego, nie na kasjera, ani na pana Fauvela?
— Naturalnie. Sprawiedliwość nie powinna nie wiedzieć, że ty chodzisz za tym interesem. Pan Patrigent każę ci mieć oko na Prospera, więc mu odpowiedz, że go nie spuścisz z oka. A ja ci zaręczam, że on będzie w dobrych rękach.
— A jeżeli mnie zapyta o Ninę Gypsy?
Pan Lecoq zamyślił się chwilę i rzekł:
— Powiedz, że skłoniłeś ją w interesie Prospera, by się umieściła w jednym domu, gdzie ona uważa na kogoś, co ci jest podejrzanym.
Fanferlot uradowany, zwinął fotogram, wziął kapelusz i zabierał się do wyjścia. Pan Lecoą zatrzymał go.
— Nie skończyłem jeszcze, — rzekł. — Umiesz ty powozić i obchodzić się z końmi?
— Pytasz mnie pan jeszcze o to, mnie, dawnego masztalerza z cyrku?
— To prawda. A więc, jak cię tylko sędzia zwolni, wrócisz żywo do siebie, przebierzesz się za lokaja z dobrego domu i udasz się z tym oto listem do stręczyciela przy ulicy Delorme.
— Ależ panie...
— Nie ma żadnego ale, mój chłopcze. Ten stręczyciel przedstawi cię panu Clameran, który poszukuje lokaja, bo poprzedni opuścił go wczoraj wieczór.
— Wybacz mi pan, jeśli śmiem powiedzieć, że się mylisz; ale ten Clameran nie posiada wskazanych warunków, on nie jest przyjacielem kasjera.
— Znowu mi przeczysz, — rzekł pan Lecoq najsurowszym głosem; — rób co ci każę, i nie troszcz się o resztę. Pan Clameran nie jest przyjacielem Prospera, to prawda; ale jest przyjacielem i protektorem Raula de Lagors. Dla czego? Zkąd pochodzi zażyłość tych dwóch ludzi tak różnych wiekiem? Trzeba też się dowiedzieć, kto jest ten właściciel hamerni, który mieszka w Paryżu, i nie troszczy się o swoje piece. Taki figlarz co ulokował się w hotelu Luwr, w tłumie zmieniającym się nieustannie, trudny jest do nadzorowania. Przez ciebie będę miał oko w jego życiu. Ma on powóz, ty będziesz go woził, bardzo prędko więc poznasz jego stosunki i będziesz mógł zdać mi sprawę ze wszystkich jego kroków.
— Dobrze, panie naczelniku.
— Jeszcze słowo. Pan Clameran jest to szlachcic bardzo podejrzliwy. Ty będziesz mu przedstawiony pod nazwiskiem Józefa Dubois. Zapyta się ciebie o świadectwa. Oto są trzy, które okazują, że służyłeś u margrabiego de Sairmeuse, u hrabiego Commarin, a teraz odchodzisz z domu barona de Wortschen, który odjechał do Niemiec. Otwórz więc uszy, ubieraj się porządnie, i miej baczność na swoje ruchy. Służ dobrze, ale bez przesady. Nadewszystko nie przesadzaj w grzeczności, obudziłbyś podejrzenie.
— Bądź pan spokojny; ale gdzież mam chodzić z raportem?
— Ja będę cię odwiedzał codziennie. Aż do nowego rozkazu nie waż się tu nogą stąpić; mógłby cię kto śledzić. Gdyby zaszła jaka okoliczność nieprzewidziana, poszlij depeszę do twojej żony; ona mnie uprzedzi. Idź... i bądź roztropnym.
Zamknąwszy drzwi za Fanferlotem, pan Lecoq spiesznie przeszedł do sypialni.
W mgnieniu oka zrzucił przybory naczelnika biura, szeroki krawat, złote okulary, i zwrócił swobodę swym gęstym, kruczym włosom. Lecoq urzędowy znikł, ustępując miejsca prawdziwemu Lecoqowi, temu, którego nikt nie zna, który jest mężczyzną przystojnym, o czystem oku, wytwornej postaci.
Ale chwilę tylko był sam sobą. Usiadłszy przed gotowalnią, więcej obładowaną smarowidłami, płynami, farbami i proszkami, niż tualeta jakiej damy swobodnego życia, począł na nowo odbudowywać dzieło twórcy i układać sobie fizjognomję.
Pracował wolno, z nadzwyczajną ostrożnością manipulując pędzelkami; ale po godzinie ukończył jedno ze swych codziennych arcydzieł. Wstawszy, nie był już Lecoqem, ale tym grubym jegomością o rudych faworytach, którego nie poznał Fanferlot.
— No, — rzekł sam do siebie, rzucając ostatnie spojrzenie w zwierciadło, — nie zapomniałem niczego, prawie nic nie zostawiłem na grę przypadku, wszystkie moje nitki powiązane, mogę puścić się w drogę. Byle Wiewiórka nie tracił czasu!...
Ale Fanferlot zanadto był uszczęśliwiony, aby zmarnować choć minutę. Nie biegł, ale leciał do pałacu Sprawiedliwości.
Nareszcie i on będzie mógł z kolei dać dowód wysokiej przezorności.
I ani myślał powiedzieć sobie, że korzystać będzie z cudzej myśli. Zawsze to w najlepszej wierze dudek stroi się w pióra pawia.
Rezultat też nie zawiódł jego nadziei. Jeżeli sędzia nie powziął zupełnego i nieodwołalnego przekonania, zdziwił się jednak nie pomału trafnością pomysłu.
— To mnie istotnie przekonywa, — rzekł, żegnając Fanferlota, — przedstawię na radzie przychylne wnioski, i jutro prawdopodobnie kasjer będzie wypuszczony.
I w samej rzeczy zaczął pisać jeden z tych strasznych wyroków, które wracają oskarżonemu człowiekowi wolność, ale nie cześć; które mówią, że on nie jest przestępcą, ale nie powiadają, że jest niewinnym.
„Z uwagi na brak dowodów przekonywujących przeciwko obwinionemu Prosperowi Bertomy, ze względu na art. 128. Kodeksu postępowania karnego, oświadczamy, że jak na teraz nie ma powodu do dalszych badań wyżrzeczonego, i rozkazujemy, aby był wypuszczony z miejsca zamknięcia i t. d.“
Skończywszy pisać, sędzia rzekł do swego kancelisty:
— Otóż jeszcze jedna z tych zbrodni, w których sprawiedliwość nie może wyrzec ostatniego słowa. Jeszcze jedne akta do złożenia w archiwum sądu.
I własną ręką napisał na kopercie numer porządkowy: