Akta kryminalne pod l. 113/Tom I/IX
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Akta kryminalne pod l. 113 |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Le Dossier nº 113 |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Do Vésinet są dwie drogi. Jedna na lewo ubita, starannie utrzymana, prowadzi do wsi, której nowy kościół pośród drzew przeziera; druga na prawo, świeżo wytknięta, trochę piaskiem pokryta, prowadzi do lasu.
Wzdłuż tej drugiej, która za lat pięć będzie ulicą, mało jest domów gustownie i porządnie zbudowanych; po większej części wznoszą się tam w pewnych od siebie odstępach wśród drzew sielankowe ustronia negocjantów paryskich przez zimę niezamieszkałe.
Na tem to rozdrożu około dziewiątej wieczorem, Prosper kazał stanąć dorożce, do której wsiadł z panem Verduretem na placu Palais-Royal. Dorożkarz zarobił sto franków. Konie były wycieńczone, ale przed pięcią minutami pan Verduret i Prosper postrzegli światło latarni od powozu, który nie był dalej jak pięćdziesiąt kroków przed nimi.
Wysiadłszy pierwej, pan Verduret podał dorożkarzowi bilet bankowy.
— Oto masz, — rzekł, — co ci przyobiecałem. Wstąpisz do pierwszego zajazdu, jaki znajdziesz po prawej ręce, wchodząc do wsi. Jeżeli za godzinę nie wrócimy, możesz odjechać do Paryża.
Dorożkarz dziękował bez końca, ale Prosper ani jego towarzysz tego nie słyszeli. Rzucili się, biegnąc prawie w pustą ulicę.
Niepogoda, której przy odjeździe tak się obawiał dorożkarz, była jeszcze gorszą. Deszcz lał strumieniem, a szalony wicher usiłował łamać czarne konary drzew, których trzaskanie równało się gromowym łoskotom.
Ciemność głęboka, nieprzejrzana, tem straszniej wyglądała przy odbłyskach w dali migającej latarni stacyjnej, którą rozhukany wiatr zdawało się że co chwila zagasi.
Już od pięciu minut pan Verduret z Prosperem biegli środkiem drogi zalanej i w kałużę zmienionej, gdy raptem kasjer zatrzymał się.
— Jużeśmy przybyli, — zawołał, — oto mieszkanie Raula!
Przed kratą żelazną, otaczającą odosobniony dom, stała dorożka, ta sama, którą pan Verduret z Prosperem z daleka widzieli.
Owinięty płaszczem woźnica siedział pochylony na koźle i zasnął już mimo wiatru i deszczu, oczekując na gości, których tu przywiózł.
Pan Verduret zbliżył się do powozu, i pociągając woźnicę za płaszcz, zawołał:
— Hej, przyjacielu!
— Jestem panie, jestem!...
Lecz skoro przy świetle latarni dostrzegł tych dwóch ludzi w tem opuszczonem miejscu, wyobraził sobie, że to złodzieje, czyhający na jego kieszeń, a kto wie — może i na życie, i przeląkł się bardzo.
— Już po mnie! — zawołał, wykręcając biczem, — jestem zamordowany.
— Cicho głupcze! — rzekł pan Verduret, — potrzebuję od ciebie jednego objaśnienia, za które zapłacę ci sto su. Czy przywiozłeś tu pewną panię w podeszłym wieku?
To zapytanie i obietnica pięciu franków, zamiast uspokoić dorożkarza, wprawiły go z przestrachu w przerażenie.
— Mówiłem wam już idźcie w swoją drogę; zmykajcie, bo inaczej na pomoc zawołam.
Pan Verduret cofnął się natychmiast.
— Oddalmy się, — szepnął do ucha Prosperowi, — to zwierzę może tak zrobić jak mówi, a skoro zbudzi uwagę, już po naszych projektach... Chodzi o to, żeby wejść niekoniecznie bramą.
Wtedy obaj poszli wzdłuż muru otaczającego ogród, szukając dogodnego miejsca do przeskoczenia.
Ale to nie było łatwem w ciemnościach; mur miał od dziesięciu do dwudziestu stóp wysokości. Na szczęście pan Verduret jest lekkim. Wybrał miejsce najdogodniejsze, odsądził się, rozpędził, i ogromnym skokiem, pomimo swej otyłości, potrafił zawiesić się na brzegu muru. Pomagając sobie następnie nogami, silnemi dłońmi wzniósł się wyżej, i nareszcie wsiadł na mur jak na konia.
Teraz przyszła kolej na Prospera, lecz ten, jakkolwiek dużo młodszy od swego towarzysza, nie posiadał tęgości jego nóg, i pan Verduret był zmuszonym nie tylko wciągnąć, ale i spuścić go na drugą stronę.
Gdy już byli w ogrodzie, pan Verduret zaczął rozpatrywać grunt...
Dom zamieszkany przez pana Lagors stoi pośród obszernego ogrodu. Jest wąski i wysoki, ma dwa piętra i strych.
W jednem z okien drugiego piętra świeciło się.
— Ty co znasz ten dom bywając tu tak często, czy nie mógłbyś mi powiedzieć, co to za pokój, w którym się świeci?
— Jest to pokój sypialny Raula.
— Bardzo dobrze. Teraz zróbmy przegląd innych pokoi. Co się znajduje na dole?
— Kuchnia, gospodarstwo, sala bilardowa i pokój jadalny.
— A na pierwszem piętrze?
— Salon przedzielony na dwa portjerą z materji i gabinet do pracy.
— A gdzież mieści się służba?
— Obecnie Raul nie ma jej wcale. Obsługuje go dwoje ludzi, mąż i żona z Vésinet, przychodzą zrana, a odchodzą po objedzie wieczorem.
Pan Verduret z radości zatarł sobie ręce.
— Kiedy tak wszystko idzie dobrze, — zawołał, — jeden szatan mógłby nam tylko przeszkodzić w podsłuchaniu tego o czem mówią Raul i ta osoba przybyła z Paryża o tej godzinie i w takiej porze... Chodźmy!
Prosper zawahał się; zamiar wydał mu się za śmiały.
— Ależ panie, — powiedział.
— To mi się podoba, — rzekł gruby jegomość drwiącym tonem, — i pocóż przybyliśmy aż tutaj? Czy sądzisz, że dla zabawy?
— Mogą nas odkryć.
— Cóż ztąd?... Za najmniejszym szmerem zdradzającym naszą obecność, wejdziesz pan z całą swobodą jak przyjaciel, który przybył odwiedzić przyjaciela, a drzwi zastał otworem.
Na nieszczęście drzwi, ciężkie dębowe, były zamknięte, pan Verduret wstrząsnął niemi, ale napróżno.
— Co za nierozwaga! — mruknął gniewnym tonem, — powinienem zawsze nosić z sobą moje instrumenta. Taki lichy zamek, którybym lada kluczem otworzył, a tu ani haczyka, ani nawet kawałka żelaza.
Widząc niepodobieństwo swoich usiłowań, odstąpił od drzwi i pobiegł do wszystkich okien, będących na dole. Niestety! wszystkie żaluzje były pospuszczane i dobrze przytwierdzone.
Pan Verduret był zdesperowany. Włóczył się koło domu, jak lis koło kurnika, wściekły, że nie może znaleźć otworu, przez któryby się przedarł.
Wrócił znów na miejsce w ogrodzie, zkąd najlepiej można było widzieć pokój oświetlony.
— Gdyby choć zajrzeć można! — rzekł. — Wiedzieć że tam, tam, — i wskazał ręką na okno, — jest rozwiązanie zagadki, i że oddzieleni jesteśmy od niej tylko trzydziestu lub czterdziestu stopniami tych dwóch piętr!...
Podszedł ku domowi i rozmyślał, jakimby sposobem wdrapać się po ślizgim murze.
— Ja muszę zobaczyć, — powtarzał, — i zobaczę.
Raptem Prosper jakby sobie coś przypominając, rzekł:
— Ależ pamiętam, że tu była jakaś drabina.
— I nic mi o tem nie mówisz! Gdzie jest?
— W głębi ogrodu pod drzewami.
Pobiegli oba i choć z trudnością, znaleźli drabinę leżącą pod murem. Porwali ją i w jednej chwili pod dom zanieśli.
Lecz przystawiwszy ujrzeli, że choćby ją trzymali najbardziej pionowo, z narażeniem się na złamanie karku, jeszcze była za krótka, brakowało bowiem że sześć stóp do okna, w którem się światło paliło.
— Nic z tego nie będzie! — rzekł Prosper zniechęcony.
— Właśnie że będzie! — zawołał tryumfująco pan Verduret.
Stanął na parę stóp od domu twarzą odwrócony od niego, porwał drabinę, podniósł ostrożnie do góry, oparł najniższy szczebel na swoich ramionach, drugi jej koniec umieściwszy jak mógł najwyżej. Złamał przeszkodę.
— A teraz, — rzekł do towarzysza, — wchodź!
Położenie Prospera byłe bolesne; doprowadzony do ostateczności, nie wahał się więcej. Radość przełamanej trudności, nadzieja tryumfu, dodawały mu sił i zwinności tak, że sam siebie nie poznał. Złapał bez wstrząśnienia za szczeble z odwrotnej strony drabiny, i rzucił się na nią pomimo że się trzęsła i chwiała pod jego ciężarem.
Lecz zaledwie miał czas zajrzeć oknem do środka, wydał krzyk, straszny krzyk, który zginął przy odgłosach burzy, a sam spuścił się, czyli raczej spadł na zmoczoną ziemię wołając:
— Nędznik! Nędznik!...
Szybko i z nadzwyczajną siłą zestawił pan Verduret ciężką drabinę na grunt i rzucił się do Prospera, sądząc że niebezpiecznie raniony.
— Co ci się stało? — pytał, — co ci jest?
Ale Prosper już się podniósł.
Pomimo ciężkiego upadku, chwila ta była dla niego tem strasznem przesileniem, w którem dusza wszechwładnie panuje nad ciałem, a ciało martwem jest na cierpienia.
— To jest, — odrzekł głosem ostrym i krótkim, — że Magdalena, czy słyszysz pan, Magdalena jest tam, w tym pokoju, sam na sam z Raulem.
Pan Verduret zmięszał się. Był człowiekiem nieomylnym, tymczasem wnioski jego zawiodły go.
Wiedział dobrze, ze u pana Lagorsa znajduje się kobieta, lecz podług jego domysłów i liściku, który mu Gypsy do kawiarni przysłała, sądził, że tą kobietą jest pani Fauvel.
— Czy się pan czasem nie mylisz? — zapytał.
— Nie panie, nie! ja bym nie mógł wziąć innej kobiety za Magdalenę. Pan coś ją słyszał wczoraj mówiącą, odpowiedz: czy mogłem spodziewać się tej nikczemnej zdrady? „Ona cię kocha, mówiłeś, ona cię kocha!“
Pan Verduret nic nie odrzekł. Rozbity tą omyłką, szukał jej powodów, a przenikliwy jego rozum zaczął je już pochwytywać.
— Więc to jest ta tajemnica, którą Nina odkryła? — ciągnął dalej Prosper. — Magdalena, ta czysta, szlachetna Magdalena, której jak własnej matce wierzyłem, jest kochanką tego fałszerza, co skradł imię, jakie nosi. A ja dobroduszny głupiec, byłem tego nędznika najlepszym przyjacielem. Jemu wypowiadałem wszystkie moje trwogi i nadzieje... a on był jej kochankiem!... Byłem igraszką ich schadzek, śmiali się zapewne z mojej śmiesznej miłości, z mego ślepego zaufania!...
Zatrzymał się, upadł pod gwałtownością wrażeń. Zdeptanie miłości własnej podwaja najstraszniejsze cierpienia. Pewność, że był tak niegodnie zdradzonym i oszukanym, wprawiła go w stan zupełnego odrętwienia.
— Dosyć już tych upokorzeń! — zawołał głosem niesłychanej wściekłości, — nie przyjdzie do tego, żebym nikczemnie schylił głowę pod krwawemi obelgami.
Byłby się rzucił do drzwi, lecz pan Verduret pomimo ciemności pilnował jego poruszeń; zatrzymał go.
— Co robisz?
— Chcę się zemścić! Ah, wybiję te drzwi! nie obawiam się już skandalu, ani hałasu, bo nie mam nic do stracenia! Chcę wejść do tego domu, nie jak złodziej cichaczem, lecz jak człowiek śmiertelnie dotknięty, który przychodzi żądać zadosyćuczynienia za doznaną obrazę!
— Ty tego nie zrobisz. Prosperze.
— A któż mi zabroni?
— Ja!
— Pan?... O, nie sądź! Ukazać się, zabić, samemu umrzeć nareszcie, oto wszystko, co chcę uczynić!
Gdyby nie żelazne dłonie pana Verdureta, Prosper byłby mu się wymknął. Nastąpiła krótka chwila walki między nimi, i pan Verduret zwyciężył.
— Jeżeli będziesz hałasował, — rzekł, — jeżeli obudzisz uwagę, na nic się nie zdadzą nadzieje.
— Nie ma dla mnie nadziei!
— Gdy się Raul opatrzy, ucieknie, a ty będziesz na zawsze zhańbiony.
— Nie dbam o to!
— Ale tu chodzi o mnie, nieszczęsny! ja przysiągłem że wykażę twoją niewinność. W twoim wieku można znaleźć miłość, ale odzyskać splamiony honor nigdy.
Zewnętrzne przeszkody nie istnieją w obec prawdziwej namiętności. Pan Verduret stojąc z Prosperem w deszcz, zmoczeni do nitki, po kolana w błocie, prowadzili namiętną dyskusję.
— Muszę się zemścić! — powtarzał Prosper uparcie, czepiając się tej myśli, — ja się muszę zemścić.
— To się mścij, kiedy koniecznie chcesz! — krzyknął pan Verduret w gniewie, — ale mścij się jak człowiek, a nie jak dziecko!
— Pan mnie obrażasz!
— Tak jest, powtarzam jak dziecko. Pocóż więc idziesz do tego domu? Czy masz broń? Nie. Rzucisz się na Raula, będziecie się bili? A przez ten czas Magdalena odjedzie, i cóż z tego? Jeszcze pytanie kto kogo zwycięży?
Prosper, którego przekonanie o jego bezsilności zwalczało, zamilkł.
— Broń wcale tu nie potrzebna! — mówił dalej pan Verduret, — szaleństwem byłoby zabijać człowieka, którego można zesłać na galery.
— Więc cóż mam zrobić?
— Trzeba czekać. Zemsta słodkim jest owocem gdy dojrzeje Prosper by przekonany. Pan Verduret zrozumiał to, i rzucił mu swój ostatni argument, najpewniejszy, który trzymał w rezerwie.
— Przytem, — dodał, — kto nam zaręczy, że Magdalena dla Raula tu przyjechała? Wszak mamy prze konanie, że robi z siebie poświęcenie! Być może, że wyższa wola, która nakazała jej oddalić ciebie, skłoniła ją do tego kroku dziś wieczorem...
Głos, który przemawia w duchu naszych najdroższych nadziei, zawsze trafia do przekonania. Jakkolwiek mało prawdopodobne, przypuszczenie to uderzyło Prospera.
W samej — rzeczy, mruknął, — bardzo być może!
— Latwoby się przekonać, gdybym mógł zobaczyć, dodał Verduret.
Prosper przez chwilkę nie odpowiedział.
— Czy mi pan przyrzekasz, — zapytał wreszcie, — że mi powiesz całą swoją myśl, całą prawdę, jakkolwiek przykrą by dla mnie była?
— Przysięgam ci na honor.
Wtedy Prosper z siłą, której się w sobie nie domyślał, porwał za drabinę, najniższy jej szczebel postawił sobie na ramionach, tak jak to zrobił pan Verduret.
— Wchodź pan! — zawołał.
W jednej minucie, lekko, zręcznie wdarł się pan Verduret na drabinę bez szelestu i stanął przy oknie.
Prosper prawdę mówił. Magdalena była tam, o takiej porze, sam na sam z Raulem de Lagors.
Nie zdejmowała, jak to pan Verduret zauważył, kapelusza ani płaszczyka.
Stojąc na środku pokoju bardzo żywo rozmawiała. Jej postawa, gesta, twarz, zdradzały żywe oburzenie, którego powstrzymać nie umiała, oraz źle ukrywaną wzgardę.
Raul siedział na niskim taborecie, trzymając kleszcze w ręku i poprawiał ogień na kominku. Od czasu do czasu podnosił ręce, wzruszając ramionami, co ma znaczyć u ludzi zrezygnowanych: „Nie na to nie poradzę.“ Pan Verduret oddałby chętnie pierścień drogocenny, który nosił na palcu, aby usłyszeć choćby tylko dziesięć słów z ich rozmowy; ale wiatr był tak gwałtowny, że wszystko zagłuszał, a obawiał się zbliżyć ucho do szyby, aby go nie postrzeżono.
— Widocznie jest to sprzeczka, — pomyślał, — ale to pewna, że nie miłosna sprzeczka.
Magdalena mówiła ciągle, światło od lampy stojącej na kominku padało na twarz. Lagorsa, na której odbijały się wrażenia tej sceny. Wstrząsał się z gniewu chwilami mimo zewnętrznego spokoju, albo silniej rozbijał głownie kleszczami, zapewne kiedy go w czem dotykała.
Magdalena zdesperowana zaczęła go prosić, składała ręce chyląc się, prawie padała na kolana.
Lagors odwrócił głowę. Rzadko odpowiadał i tylko półsłówkami.
Parę razy Magdalena wychodziła i znów wracała nie mogąc się zdecydować oddalić, nie wyprosiwszy łaski.
Nareszcie, znalazła zapewne dość silny argument, bo Raul zerwał się, otworzył kantorek stojący przy kominku, wyjął zwit papierów i podał jej.
— A to co! u djabła, — pomyślał pan Verduret, — w jaką oni grę grają? Czy jaka kompromitująca korespondencja, po którą panienka aż tu przyjechała?
Odebrawszy zwit papierów, Magdalena nie była jeszcze zadowoloną. Mówiła, nalegała, jakby prosząc o coś drugiego. Gdy Raul odmówił, ona rzuciła na stół papiery.
Te papiery szczególnie zajmowały pana Verdureta. Rozrzuciły się po stole i mógł im się dobrze przypatrzeć. Były w różnych kolorach, szare, zielone i różowe.
— Ależ ja się nie mylę, nie jestem ślepy, — pomyślał w duchu pan Verduret, — to są kwity lombardowe.
Magdalena przerzucała stos papierów, szukając. Wyjęła z nich trzy, które złożywszy, wsunęła do kieszeni, a inne ze wzgardą odsunęła.
Teraz już chciała odejść, wyrzekła jakieś słowo, po którem Raul wziął lampę, aby jej poświecić.
Pan Verduret nie potrzebował dłużej tu zostawać. Schodząc ostrożnie, pomrukiwał:
— Kwity lombardowe!... Cóż to za tajemnica niegodna zawiera się w tych papierach?
Przedewszystkiem należało usunąć drabinę.
Być może, że Raul odprowadziwszy Magdalenę, zechce wejść do ogrodu i zobaczy drabinę rysującą się pomimo ciemności na białem tle domu.
Pan Verduret z Prosperem spuścili ją spiesznie na ziemię, nie troszcząc się o krzewy, które nogami tratowali, i pobiegli stanąć w cieniu, w miejscu, zkąd mogli widzieć drzwi od domu i bramę wjazdową.
Prawie, jednocześnie Raul z Magdaleną zjawili się w przedsionku. Raul postawił lampę na ostatnim stopniu, podał rękę młodej dziewczynie, ale ona odepchnęła go gestem okazującym obrażoną dumę, co wlało w serce Prospera balsam radości.
Ta wzgarda nie oburzyła ani zdziwiła Raula; odpowiedział tylko gestem ironicznym, który oznaczał: „Jak ci się podoba!“
Odprowadził ją do bramy, otworzył i zamknął sam, poczem wszedł do domu prędkim krokiem, gdy powóz Magdaleny szybko się oddalił.
— Teraz, — rzekł Prosper, którego wątpliwość dręczyła, — przypomnij pan sobie, że obiecałeś prawdę mi wyjawić, jakakolwiek by ona była. Mów pan, nie obawiaj się, jestem dość silny.
— W takim razie, zachowaj siły na przyjęcie radości, mój przyjacielu. Nim miesiąc upłynie, gorzko pożałujesz nieuzasadnionych podejrzeń dzisiejszego wieczoru. Będziesz się wstydził, żeś posądził Magdalenę o miłość dla takiego Lagorsa.
— Jednak, panie, pozory!...
— Strzeż się pozorów. Na Boga! podejrzenie fałszywe czy prawdziwe jest zawsze na czemś oparte. Ale my tu nocować nie będziemy, ten twój łotr Raul widziałem, że zamknął bramę; trzeba będzie tą samą drogą wracać.
— A cóż będzie z drabiną?
— Gdzie jest, niech sobie leży; ponieważ nie możemy zatrzeć za sobą śladów, niechaj myślą, że to złodzieje.
Przeleźli znów przez mur. Zaledwie uszli z pięćdziesiąt kroków, posłyszeli jak ktoś bramę zamykał, następnie czyjeś kroki i wkrótce jakiś człowiek wyprzedził ich spiesząc na stacje. Gdy już był dość daleko, pan Verduret rzekł:
— To Raul. Józef, nasz dawny służący, opowie nam, że poszedł do Clamerana zdać sprawę z tej sceny. Gdyby przynajmniej byli tyle uprzejmi i mówili po francusku...
Szedł jakiś czas nic nie mówiąc, układając w głowie cały szereg wniosków.
— Po co, u djabła, Lagors, który lubi życie światowe, zabawy i grę, wybrał sobie ten dom odosobniony w Vésinet?
— Może dla tego, — odrzekł Prosper, — że ztąd o ćwierć mili znajduje się willa pana Fauvela nad brzegiem Sekwany.
— Na lato zgadzam się, ale na zimę?...
— Na zimę ma pokój w hotelu Louvre, a oprócz tego na każdą porę mieszkanie w samym Paryżu.
Nie dostatecznie to objaśniło pana Verdureta; zaczął iść pospiesznie.
— Dobrzeby było, — mruknął, — gdyby nasz dorożkarz czekał na nas jeszcze. Nie możemy odjechać tym pociągiem, bobyśmy się mogli spotkać z Raulem na stacji.
Chociaż minęła już godzina od czasu jak Prosper ze swym towarzyszem weszli na rozstajne drogi, dorożkarz, który ich tu przywiózł, był jeszcze w zajeździe wskazanym przez Verdureta.
Dorożkarz nie mógł oprzeć się pokusie; rozmieniwszy bilet stufrankowy, kazał sobie podać objad i dobrego wina, które mu wybornie smakowało. Ujrzawszy swoich dwóch panów był zachwycony. Nie będzie próżno wracał do Paryża. Tylko zdziwił się mocno widząc ich w takim stanie.
— Jak też panowie wyglądają! — zawołał.
Prosper powiedział mu, że szli odwiedzić jednego z przyjaciół, że się zbłąkali i wpadli w rów, jakby rowy znajdowały się w lasku Vésinet.
— A więc to tak! — rzekł dorożkarz.
Na pozór zadowolił się tem wyjaśnieniem. W gruncie zaś nie był dalekim od przekonania, że dwaj jego panowie próbowali, jeśli nie dokonali jakiego niecnego postępku.
Ostatnie to mniemanie musiało podzielać i kilku innych obecnych, niektórzy bowiem spoglądali na nich dziwnym wzrokiem.
Ale pan Verduret przerwał wszystkie komentarze.
— A co, czy jedziemy? — zapytał głosem rozkazującym.
— Natychmiast, panie! — odpowiedział dorożkarz, — zaraz się porachuję i hop na kozioł. Niech panowie tymczasem siadają.
Droga z powrotem była śmiertelnie długa i milcząca.
Prosper zrazu usiłował zawiązać rozmowę ze swoim dziwnym towarzyszem, ale gdy ten odpowiadał tylko pojedynczemi wyrazami. więc zamilkł przez miłość własną. Gniewało go, że ten człowiek wywiera na nim coraz bardziej wpływ panujący.
Fizyczne przyczyny wzmagały jeszcze jego przykrość. Był przeziębły, zlodowaciały do szpiku kości, czuł, że go opanowała jakaś bezwładność i myśli jego zasuwa mgła ciemna.
Jeśli potęga imaginacji nie ma granic, siły fizyczne są ograniczone. Po wysileniu następuje reakcja.
Zasunięty w kąt, nogi oparłszy na przedniem siedzeniu, pan Verduret zdawał się spać; nigdy jednak tak doskonale nie czuwał.
Niezadowolony był jak nie można bardziej. Wyprawa, która w myśli jego miała usunąć wszelkie wątpliwości, sprowadziła nowe komplikacje. Wszystkie szyki, jakie sobie ułożył, pomięszały się najokropniej.
Stan rzeczy był ten sam, lecz okoliczności się zmieniły. Nie mógł sie domyśleć co było przyczyną wspólności sprężyn, wspólnictwa moralnego lub materjalnego, oraz działania w jednym duchu tych czterech aktorów dramatu: pani Fauvel, Magdaleny, Raula i Clamerana.
I szukał w swym płodnym umyśle, który był encyklopedją przebiegów, czy nie znajdzie jakiej kombinacji, któraby go na jakie światełko zaprowadziła.
Północ wybiła, gdy stanęli przed hotelem Wielkiego Archanioła, i dopiero wtedy pan Verduret wyrwany z zadumania przypomniał sobie, że jeszcze objadu nie jadł.
Na szczęście pani Aleksandra czekała, i kolacja w mgnieniu oka stanęła na stole.
Mało powiedzieć, że była z usłużnością i szacunkiem dla swego gościa.
Prosper zauważył, że patrzyła na niego z pewnym rodzajem uwielbiania ze czcią połączonego.
Gdy pan Verduret skończył jeść, powstał.
— Jutro przez cały dzień nie zobaczysz mnie, — rzekł do Prospera, — lecz wieczorem o tej samej godzinie będę tu. Może mi się poszczęści i znajdę czego szukam na balu u panów Jandidier.
Prosper był zdumiony Jakto! Więc pan Verduret myślał znajdować się na balu wydanym przez najbogatszych bankierów stolicy! Dla tego zapewne posyłał po krawca.
— Pan jesteś zaproszony? — zapytał.
Coś nakształt uśmiechu przebiegło w mówiących oczach pana Verdureta.
— Nie jeszcze, — odrzekł, — lecz będę zaproszony.
O! jakżeż dziwnym jest umysł ludzki! Najboleśniejsze myśli snuły się po głowie Prospera; on jednak ze smutkiem obejrzawszy się po swym pokoju, i pomyślawszy o zamiarach pana Verdureta, westchnął:
— Jakiż on szczęśliwy! zobaczy jutro Magdalenę, piękniejszą niż kiedykolwiek w kostiumie damy honorowej.