Przejdź do zawartości

Akta kryminalne pod l. 113/Tom I/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Akta kryminalne pod l. 113
Wydawca Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów"
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Dossier nº 113
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.

Kiedy tak na wszystkie strony roztrząsano życie Prospera, on tymczasem siedział w więzieniu odosobnionem.
Dwa pierwsze dni nie wydały mu się tak długiemi.
Na mocne naleganie dano mu papieru kilka arkuszy ponumerowanych, z których miał się wyrachować, i pisał z pewną zaciekłością rozmaite plany obrony i argumenta usprawiedliwiające.
Trzeciego dnia zaczął się niepokoić nie widząc nikogo prócz skazanych, którzy używani są do posług dla trzymanych „w$ odosobnieniu^ i dozorcy, który mu przynosił posiłek.
— Czyż mnie już nie będą badać? — zapytywał za każdym razem.
— Przyjdzie i na pana kolej, — odpowiadał jednostajnie dozorca.
Czas mijał, a nieszczęśliwy dręczony torturami odosobnienia, które łamie najenergiczniejsze temperamenta, wpadł w najczarniejszą rozpacz.
— Czyż ja tu na zawsze zostanę? — wołał.
Nie, nie zapomniano o nim, bo w poniedziałek zrana o godzinie, w której dozorcy nigdy nie wchodzili, posłyszał skrzypnięcie zamku.
Porwał się z miejsca i poskoczył ku drzwiom.
Ale na widok człowieka o siwych włosach, którego zobaczył na progu, stanął jakby piorunem rażony.
— Ojcze mój! — wyjąknął, — ojcze mój!...
— Tak, ojciec twój...
Po pierwszem przerażeniu, uczucie niezmiernej radości ogarnęło Prospera.
Bo to, bądź co bądź, ojciec jest zawsze przyjacielem, na którego rachować można. W godzinach strasznych, kiedy zabraknie wszelkiej podpory, przychodzi na myśl ten człowiek, na którym opieraliśmy się będąc dzieckiem; i wtedy nawet gdy on nic nie może, obecność jego wzmacnia, jak widok wszechwładnego obrońcy.
Bez namysłu, popchnięty chęcią najczulszego wylania, Prosper otworzył ramiona, jakby miał rzucić się ojcu na szyję.
Pan Bertomy zimno go odepchnął.
— Oddal się, — wyrzekł rozkazująco.
Wszedł wtedy do izdebki, której drzwi zawarły się. Ojciec i syn stanęli naprzeciw siebie. Prosper złamany i zgnębiony; pan Bertomy gniewny i groźny.
— I ty, ojcze! — zawołał, i ty nawet sądzisz mnie winnym!
— Oszczędź sobie i mnie bez wstydnej komedji, przerwał pan Bertomy, wiem wszystko.
— Ja niewinny jestem, ojcze mój, przysięgam ci na świętą pamięć matki.
— Nieszczęsny krzyknął pan Bertomy, nie bluźń! nie bluźń!
Zdjęło go niepowstrzymane rozrzewnienie, di odał głosem słabym, prawie niezrozumiałym:
— Matka twoja umarła, Prosperze, i nie myślałem, że przyjdzie chwila, w której błogosławić będę Bogu za to, że mi ją zabrał. Twoja zbrodnia byłaby ja zabiła.
— Ty zabijasz mnie, ojcze, i to w chwili, gdy potrzebuję całego męstwa, w chwili, gdy padam ofiarą najbezecniejszej machinacji.
— Ofiarą! — zawołał pan Bertomy, ofiarą!... To znaczy, że posądzasz o hańbę człowieka najzacniejszego, który opiekował się tobą, który cię darzył dobrodziejstwy, który dał ci świetne stanowisko i przygotowywał przyszłość nadspodziewaną. Dość, żeś go okradł, nie zpotwarzaj go jeszcze!
— Przez litość, ojcze! pozwól mi powiedzieć!
— Co! może będziesz przeczył dobroci swego pryncypała? Byłeś przecie tak pewnym przychylności jego, że raz napisałeś do mnie, bym przygotował się na podróż do Paryża, ażeby prosić pana Fauvela o rękę jego siostrzenicy. Czyż to było kłamstwem?
— Nie, — odparł Prosper głosem stłumionym, — nie...
— Jest temu rok; kochałeś Magdalenę wtedy, tak przynajmniej pisałeś do mnie...
— Ależ ja ją kocham i teraz więcej niż kiedykolwiek; nigdy nie przestawałem ją kochać.
Pan Bertomy zrobił gest pogardliwej litości.
— Doprawdy! — zawołał. — A myśl o czystej i ukochanej dziewicy nie powstrzymała cię na progu rozpusty? Kochałeś ją!... Jakże więc śmiałeś, bezwstydny, pokazywać się jej po odejściu z hańbiącego towarzystwa w jakie się wdałeś?
— W imię Boga, ojcze! pozwól-że mi powiedzieć, przez jaką fatalność Magdalena...
— Dosyć, dosyć. Wiem wszystko, powiedziałem. Jam się widział wczoraj z twoim pryncypałem. Dziś byłem u sędziego i jego to dobroci zawdzięczam, że mogłem dojść aż tu. Czy wiesz o tem, że musiałem dać się rewidować, rozebrać prawie, aby wejść tutaj. Sądzono, że ci przynoszę broń jaką.
Prosper nie próbował już walczyć. Upadł zrozpaczony na taburet więzienny.
— Widziałem twój apartament i zrozumiałem twoją zbrodnię. Widziałem jedwabne osłony u każdych drzwi, i obrazy w złoconych ramach na każdej ścianie. U mojego ojca ściany były wapnem bielone i jeden tylko fotel był w całym domu, dla matki mojej. Naszym zbytkiem była uczciwość nasza. Ty pierwszy w rodzinie naszej nasprawiałeś sobie perskich dywanów; prawda i to, że ty jesteś pierwszym złodziejem, jaki zjawił się w naszej rodzinie!
Na tę ostatnią zniewagę krew nabiegła do twarzy Prospera, ale nie ruszył się z miejsca.
— Ale teraz potrzeba zbytku, — mówił dalej pan Bertomy, unosząc się brzmieniem słów własnych, — potrzeba zbytku jakimbądź kosztem. Potrzeba zalecać się kobietom, które noszą atłasowe pantofle, podszywane puchem łabędzim, jak te, na które nadeptałem przy twojem łóżku; potrzeba sług w liberji. Więc potrzeba kraść! I przyszło do tego, że dziś bankier nie ma komu powierzyć klucza od kasy. I co rana jakaś niespodziewana kradzież obrzuca błotem uczciwe rodziny...
Pan Bertomy przerwał nagle; postrzegł syna w takim stanie, iż nie mógł słyszeć co ojciec mówi.
— Dajmy pokój temu, — dodał, — nieprzyszedłem tu by ci czynić wyrzuty; przyszedłem by ocalić, jeśli można, choć cokolwiek ze czci naszej, by nie dopuścić, aby nazwisko twoje wydrukowano w gazetach sądowych między nazwiskami złodziejów i zbójców. Powstań i słuchaj mnie.
Na głos nakazujący ojca, Prosper powstał. Tyle raptownych ciosów kolejno spadających, sprowadziło go do tego stanu dzikiej nieczułości, w której nieszczęsny człowiek nie ma się już czego obawiać.
— Przedewszystkiem, — począł pan Bertomy, — ile ci jeszcze zostało z trzech kroć pięćdziesięciu tysięcy franków, które ukradłeś?
— Jeszcze raz powtarzam, mój ojcze, — odpowiedział nieszczęsny głosem straszliwej rezygnacji, — jeszcze raz powtarzam: jestem niewinny!
— Zgoda, spodziewałem się tej odpowiedzi. Tedy rodzina nasza wynagrodzi szkodę wyrządzoną przez ciebie Fauvelowi.
— Jakto! co mówisz, ojcze?
— Szwagier twój dowiedziawszy się o twej zbrodni, przyniósł mi posag twej siostry: siedmdziesiąt tysięcy franków. Ja z mej strony zdołałem zebrać sto czterdzieści tysięcy. Czyni to razem dwieście dziesięć tysięcy franków, które mam przy sobie, i odniosę je panu Fauvelowi.
Ta groźba wywiodła Prospera z pognębienia.
— Nie uczynisz tego, ojcze! — zawołał z tłumioną gwałtownością.
— Uczynię to dziś jeszcze. Na resztę sumy pan Fauvel poczeka. Emerytura moja wynosi tysiąc pięćset franków, mogę żyć za pięćset, mam jeszcze dość siły, by zająć się jakim obowiązkiem; ze swej strony szwagier twój...
Pan Bertomy zatrzymał się, przerażony wyrazem fizjognomji Prospera. Gniew graniczący z szaleństwem skurczył jego rysy; oczy zgasłe przed chwilą, rzucały błyskawice.
— Nie masz prawa, ojcze! — zawołał, — nie, nie masz prawa postępować w ten sposób. Wolno ci mi nie wierzyć, ale nie wolno ci czynić kroku, który byłby przyznaniem i zgubą moją. Kto ci zaręczył, że ja winny jestem? Jakto? Gdy sprawiedliwość waha się, ty ojcze wątpisz, i niemiłosierniejszy od sprawiedliwości, potępiasz mnie, nie wysłuchawszy.
— Spełnię mój obowiązek.
— To znaczy, że kiedy ja stoję nad przepaścią, ty w nią mnie wtrącasz. I toż to, ojcze, nazywasz obowiązkiem? Jakto, więc stojąc między obcymi ludźmi, którzy mnie oskarżają, i mną, wahasz się, ojcze? Dla czego? Czy dla tego, że jestem twoim synem? Cześć nasza jest narażona, nie przeczę; toż tem bardziej należy mnie wesprzeć, dopomódz do jej obrony i ocalenia.
Prosper umiał trafić na ton, który zprowadza zwątpienie w głębi sumienia i zachwiewa najmocniejsze przekonania. Wzruszył się pan Bertomy.
— Jednakże, — szepnął, — wszystko cię oskarża.
— Ah! bo nie wiesz, mój ojcze, że ja raz musiałem uciekać od Magdaleny... musiałem... Byłem zrozpaczony, chciałem się ogłuszyć. Szukałem zapomnienia, znalazłem obmierzłość i hańbę. O Magdaleno!...
Rozrzewnił się; ale wkrótce rozpoczął z wzrastającą gwałtownością:
— Wszystko jest przeciwko mnie, mniejsza o to! będę umiał się usprawiedliwić, lub zginę w tej walce. Sprawiedliwość ludzka jest ułomną; niewinny nawet, mogę być skazanym; dobrze, poddam się ukaraniu, ale przecież wyjść można z kryminału...
— Nieszczęśliwy, co ty mówisz?
— Mówię, ojcze, że teraz jestem innym człowiekiem. Życie moje ma teraz cel — zemstę. Jestem ofiarą podłej machinacji. Dopóki mi jedna kropla krwi w żyłach pozostanie, ścigać będę jej sprawcę. A ja go znajdę, on musi odpokutować za moje męczarnie. Ten pocisk wypad! z domu Fauvelów, tam go trzeba szukać.
— Miarkuj się, — rzekł pan Bertomy, — gniew cię zaślepia!...
— Tak, rozumiem cię, ojcze, będziesz mi wysławiał uczciwość pana Andrzeja Fauvela, powiesz mi, że wszystkie cnoty schroniły się na łono tej patrjarchalnej rodziny. A co wiesz o tem ojcze? Czyż to pierwszy raz piękne pozory osłaniałyby najbrudniejsze tajemnice? Dla czegóż to Magdalena jednego dnia nagle zakazała mi myśleć o sobie? Dla czego wygnała mnie, chociaż przez tan rozdział ona cierpi zarówno ze mną, chociaż kocha mnie jeszcze, rozumiesz mnie, ojcze? kocha mnie, jestem pewny, miałem na to dowód...
Godzina wyznaczona panu Bertomy dla widzenia się z synem upłynęła, dozorca przyszedł zawiadomić go o tem.
Rozmaite uczucia rozdzierały serce tego nieszczęsnego ojca, i odejmowały mu możność rozmyślania.
Gdyby jednak Prosper mówił prawdę! Jakżeżby później wyrzucał sobie, że się przyczynił do jego nieszczęścia, i tak już ogromnego. A zkąd pewność, że on nie mówił prawdy?
Głos tego syna, z którego tak długo był dumnym, zbudził w nim całą rodzicielską czułość, gwałtem powstrzymywaną. A choćby i był winnym nawet większej jeszcze zbrodni, niemniej jednak był jego synem.
Z oblicza jego pierzchła surowość, w oczach błysnęły łzy, gotowe wytrysnąć.
Chciał wyjść odważny i zagniewany jak wszedł, nie mógł się zdobyć na tę okrutną odwagę. Serce jego roztajało, otworzył ramiona i przycisnął syna do serca.
— O mój synu! — westchnął odchodząc, — bodajbyś powiedział prawdę!...
Prosper odniósł zwycięztwo, przekonał prawie ojca o swej niewinności. Ale nie długo cieszył się swojem zwycięztwem.
Drzwi izdebki otworzyły się niebawem po zamknięciu, i głos dozorcy, jak pierwszy raz, zawołał:
— Proszę pana do indagacji!
Trzeba było być posłusznym.
Ale krok jego nie był takim, jak dni poprzednich, zupełna przemiana zaszła w nim. Szedł z czołem podniesionem, krokiem pewnym, i ogień postanowienia świecił w jego oczach.
Znał już teraz drogę i wyprzedzał nieco milicjanta, który mu towarzyszył.
Przechodząc przez niską salę, w której przebywają ajenci i straż policyjna, spotkał się z tym samym panem w okularach złotych, który przedtem w sali wstępnej tak długo weń się wpatrywał.
— Śmiało, panie Prosperze Bertomy! — rzekł do niego ten pan, — jeżeli jesteś niewinnym, znajdziesz pomoc.
Prosper zdziwiony zatrzymał się, szukał odpowiedzi, ale wyzywający znikł tymczasem.
— Kto jest ten pan? — zapytał milicjanta.
— Jakto, pan go nie znasz? — zapytał milicjant tonem głębokiego zdziwienia, — przecież to jest pan Lecoq, z wydziału bezpieczeństwa.
— Któż to taki ten Lecoq?
— Mógłbyś pan bezpiecznie powiedzieć: „pan Lecoq,“ — rzekł milicjant nieco obrażony, — toby ci nie skaleczyło języka. Pan Lecoq jest człowiek, którego nikt nie obałamuci i który wie wszystko, co wiedzieć chce. Gdyby go panu dano zamiast tego słodkiego durnia, Fanferlota, interes twój byłby już dawno zregulowany. Z nim nie ma długich ceregieli. Ale on zdaje się, jakby pana znał?
— Nie widziałem go nigdy, póki mnie tu nie przyprowadzono.
— Przysiądzby na to nie można, bo widzisz pan, nikt nie może się pochwalić, by znał prawdziwą twarz pana Lecoq’ua. Dziś jest tem, jutro czem innem, raz brunet, drugi raz blondyn, czasem zupełnie młody, to znów tak stary, że możnaby mu dać sto lat. Ot i mnie samego durzy jak chce. Gadam z jakimś nieznajomym, paf! a to on. Ktokolwiekbądź może być nim. Gdyby mi kto powiedział, ze pan nim jesteś, odpowiedziałbym: Bardzo być może. O, on może się pochwalić, że wszystko zrobi ze swego ciała.
Milicjant długoby jeszcze prawił legendę o panu Lecoq, ale przybył z więźniem do galerji sędziów instrukcyjnych.

Na ten raz Prosper nie czekał na skromnej ławie dębowej; przeciwnie, sędzia go oczekiwał.
Rzeczywiście pan Patrigent, jako głęboki badacz poruszeń duszy ludzkiej, pozwolił na widzenie się pana Bertomy z synem.
Pewnym był, że między ojcem, człowiekiem surowej prawości, a synem oskarżonym o kradzież, zajdzie scena opłakana, rozdzierająca, i liczył, że ta scena złamie Prospera.
Powiedział sobie, że natychmiast potem zawezwie obwinionego, że ten przyjdzie do niego z nerwami drgającemi strasznem wzruszeniem, i że on tym sposobem wydrze prawdę wśród jego zmięszania i rozpaczy.
Nie mało tedy zdziwiła go postawa kasjera, postawa spokojna, bez sztywności, dumna i pewna, bez impertynencji i wyzywania.
— I cóż, — zapytał go od razu, — namyśliłeś się pan?
— Nie będąc winnym, panie, nie miałem nad czem się namyślać.
— A, widzę, że izba więzienna nie dała panu dobrej rady. Zapomniałeś pan, że trzeba przedewszystkiem szczerości i żalu, by wzbudzić pobłażanie sędziów.
— Ja nie potrzebuję, panie, ani pobłażania, ani łaski.
Pan Patrigent nie mógł powstrzymać gestu niezadowolenia. Zamilkł na chwilę, potem od razu rzekł:
— Cóżbyś mi pan odpowiedział, gdybym go zapytał, co się stało z temi 350.000 franków?
Prosper smutnie potrząsł głową.
— Gdyby to można wiedzieć, — odpowiedział prosto, — ja byłbym w domu, nie tu.
Pospolity sposób, używany przez sędziego instrukcyjnego, udaje się bardzo często. Ale tu z obwinionym, tak panującym nad sobą, nie miał wcale widoków powodzenia. Spróbował go jednak sędzia na wszelki wypadek.
— Więc trzymasz się swego pierwszego systematu? Wciąż oskarżasz swego pryncypała?...
— Jego, albo kogo innego.
— Przepraszam, jego tylko, bo on jeden wiedział wyraz. Czy miał jaki interes w okradzeniu samego siebie?
— Szukałem, ale nie mogłem znaleźć.
— A więc! — wyrzekł surowo sędzia, — ja powiem, jaki ty miałeś interes w okradzeniu go.
Pan Patrigent mówił jako człowiek pewny siebie, ale pewność jego było tylko pozorną.
Przygotował się uderzyć ostatnim ciosem maczugi na obwinionego, który przyjdzie doń chwiejący się; widok spokoju i determinacji widocznie połamał mu szyki.
— Czy chcesz pan, — zapytał tonem, w którym czuć było zakłopotanie, — czy możesz mi powiedzieć, wiele wydałeś wciągu ostatniego roku?
Prosper nie potrzebował ani namysłu, ani rachuby.
— Mogę, — odpowiedział bez wahania. — Okoliczności były tego rodzaju, że musiałem zaprowadzić wielki ład w moim nieładzie; wydałem około 50.000 franków.
— A zkąd je wziąłeś?
— Najsamprzód, panie, miałem 12.000 franków ze spadku po mej matce. Otrzymałem od pana Fauvela jako płacę, wraz z procentami od zysków 14.000 franków. Wygrałem na giełdzie około 8.000. Resztę pożyczyłem, ale oddać mogę każdego czasu, bo mam u pana Fauvela własnych 15.000 franków.
Rachunek był czysty, jasny, łatwy do sprawdzenia, musiał więc być dokładnym.
— Któż to panu pożyczył pieniędzy?
— Pan Raul de Lagors.
Świadek ten, który wyjechał wpodróż w sam dzień kradzieży, nie mógł być przesłuchanym. Musiał więc pan Patrigent, na ten raz przynajmniej, poprzestać na zeznaniu samego Prospera.
— Dobrze, nie będę nastawał na ten punkt. Powiedz mi pan, dla czego mimo wyraźnego rozkazu pryncypała, posłałeś po pieniądze do banku w przeddzień, a nie w sam dzień wypłaty?
— Dla tego, że pan Clameran dał mi znać, iż będzie dlań bardzo przyjemnie, a nawet pożytecznie mieć te pieniądze zaraz zrana; zaświadczy te, jeżeli go pan wezwiesz. Zkadinąd przypuszczałem, że przyjdę późno do biura.
— Czy pan Clameran jest pańskim przyjacielem?
— Bynajmniej, czułem nawet doń wstręt, którego nic nie usprawiedliwia, wyznaję to; ale on żyje w ścisłych stosunkach z przyjacielem moim, panem de Lagors.
Dosyć długo, póki kancelista Sigault nie napisał odpowiedzi obwinionego, pan Patrigent myślał, jaka to scena zajść mogła miedzy panem Bertomy i jego synem, że widzi Prospera tak zmienionym.
— A proszę mi powiedzieć, — zapytał ów sędzia, jak pan przepędziłeś wieczór przed tym wypadkiem?
— Po wyjściu z biura, o godzinie piątej, siadłem na kolej w Saint-Germain i udałem się do Vésinet, do wiejskiego mieszkania pana Raula de Lagors. Zawiozłem mu 15.000 franków, których odemnie żądał, i które, nie zastawszy go, oddałem jego służącemu.
— Czy mówiono panu, że pan de Lagors miał wyjechać?
— Nie, panie, nie wiem nawet, że go nie ma w Paryżu.
— Bardzo dobrze. A wyszedłszy od niego, co pan robiłeś?
— Wróciłem do Paryża i poszedłem na objad do restauracji ze znajomym.
— A potem?
Prosper zawahał się.
— Milczysz pan, — rzekł sędzia, — a wiec ja panu powiem, jakeś spędził późniejszy czas... Wróciłeś do swego mieszkania, przy ulicy Chaptal, ubrałeś się i udałeś na wieczór, który wydawała jedna z tych kobiet, co się zwą artystkami dramatycznemi i zniesławiają teatr, w którym występują, które miewają po trzysta franków pensji, a utrzymują powozy i konie, słowem udałeś się pan do panny Wilson.
— Prawda, panie.
— Tam grają w grube gry hazardowne.
— Czasami.
— Wreszcie pan nawykłeś do takich zebrań. A czy nie byłeś zamieszany w skandaliczną awanturę, jaka miała miejsce u jednej z kobiet tego rodzaju, zwanej Crescenzi?
— To jest, byłem wezwany za świadka, bo istotnie byłem świadkiem kradzieży.
— W samej rzeczy, gra prowadzi do kradzieży. A u panny Wilson czy nie przegrałeś pan 1.800 franków?
— Przepraszam, tylko 1.100.
— Niech i tak będzie. Zapłaciłeś zrana tysiąc biletem bankowym.
— Tak jest.
— Dalej, pozostało 500 franków w pańskim kantorku, a gdy pana aresztowano, miałeś w kaletce 400 franków. Czyli razem, w ciągu dwudziestu czterech godzin 4.500 franków.
Prosper nie był zbity z tropu, ale zdumiały. Nie znając potężnych środków śledczych, jakiemi włada sądownictwo paryzkie, pytał się, jakim sposobem w tak krótkim czasie sędzia mógł być tak dokładnie oświadomionym.
— Wiadomości pańskie, — rzekł, — są zupełnie dokładne.
— Zkąd miałeś pan te pieniądze, gdy w przededniu jeszcze tak ich zabrakło, że odmówiłeś wypłaty bardzo niewielkiej należytości?
— W dniu tym, panie, o którym pan mówisz, sprzedałem przez pośrednictwo jednego ajenta giełdowego kilka weksli za 3.000 franków, nadto wziąłem z kasy jako zaliczkę na pensję 2.000 franków. Nic ukrywać nie potrzebuję.
Dosyć, że obwiniony miał odpowiedź na wszystko... Pan Patrigent musiał szukać innego punktu ataku. — Gdy pan nic nie potrzebujesz, — rzekł pokazując list, — to poco rzucałeś tajemniczo ten bilecik jednemu ze swych kolegów?
— Myślałem, — wybąknął, — chciałem...
— Chciałeś pan ukryć swoją przyjaciółkę.
— Tak, panie, prawda! Wiedziałem, że kto tak jak ja oskarżony jest o zbrodnię, to wszystkie słabości, wszystkie wyskoki walczą przeciw niemu straszliwie.
— To jest, zrozumiałeś pan, że obecność kobiety w twojem mieszkaniu obciąża oskarżenie...
— Cóż panie, jestem młody...
— Dosyć!... sprawiedliwość może wybaczyć chwilowe ohydy, ale nie może zamknąć oczy na te gorszące związki, które są ciągiem naigrawaniem się z moralności publicznej. Człowiek, który tak mało ma szacunku dla siebie, że mu stosunek niezbędny jest z kobietą zgubioną, nie wznosi jej do siebie, ale sam zniża się do niej...
— Panie!...
— Wszak pan zapewne wiesz, kto jest ta kobieta, której nadałeś imię, jakie nosiła czcigodna twoja matka?
— Panna Gypsy była nauczycielką gdy ją poznałem, urodziła się w Porto i przybyła do Francji z pewną rodziną portugalską.
Sędzia wzruszył ramionami.
— Jej imię nie jest Gypsy, — rzekł, — nigdy nie była nauczycielką i nie urodziła się w Portugalji.
Prosper chciał protestować, ale sędzia nakazał mu milczenie. Przewracał on ogromne akta rozłożone na stole.
— Aha, mam! — zawołał, — słuchaj pan. „Palmyra Chocareille, urodzona w Paryżu roku 1840, z ojca Jakóba Chocareille, żałobnika, i żony jego Karoliny Piedlent.“
Obwiniony zrobił gest zniecierpliwienia. Nie pojmował, że w chwili tej właśnie sędzia chciał mu dać poznać, iż nic nie uchodzi przed wiedzą policji.
— „Palmyra Chocareille, — czytał dalej, — w dwunastym roku życia oddaną była na naukę do szewca damskiego, i była tam do lat szesnastu. Przez rok brak o niej wiadomości. W siedmnastym roku przyjęła służbę u małżonków Dombas, utrzymujących sklep przy ulicy św. Dyonizego, i bawiła tam trzy miesiące. W tym samym roku, 1857, miała siedm lub ośm miejsc. W roku 1859 sprzykrzywszy sobie służbę, weszła za pannę do sklepu z wachlarzami na przecznicy Choiseul.“
Czytając, sędzia obserwował Prospera i szukał na jego twarzy wrażeń, wywołanych temi wiadomościami.
— „W końcu roku 1858, — czytał dalej, — Palmyra Chocareille przyjmuje służbę u jakiejś pani Nunès i wyjeżdża z nią do Lizbony. Jak długo bawiła w Portugalji, co tam robiła? raporty moje o tem milczą. Co pewna, to to, że w roku 1861 wróciła do Paryża i tu skazaną została przez trybunał departamentu Sekwany na trzy miesiące więzienia za pobicie i pokaleczenie. Aha, i z Portugalji przywiozła imię: Nina Gypsy.“
— Ależ panie sędzio, — próbował Prosper, — zapewniam pana...
— Tak, rozumiem. Historja ta jest mniej romantyczną, zapewne niż ta, którą panu przedtem opowiadano, ale ma tę zasługę, że jest prawdziwą. Tracimy z oczu Palmyrę Chocareille, zwaną Gypsy, po wyjściu jej z więzienia. Ale znajdujemy ją w sześć miesięcy potem, w stosunkach z pewnym ajentem kupieckim, nazwiskiem Caldas, który ujęty jej wdziękami, najął jej mieszkanie niedaleko placu Bastylji. Mieszkała z nim i nosiła jego nazwisko, gdy porzuciwszy go, poznała się z panem. Czy pan słyszałeś co o tym Caldasie?
— Nigdy nic.
— Biedak ten tak kochał tę istotę, że dowiedziawszy się, iż go opuściła, omało nie zwarjował. Był to zdaje się człowiek energiczny, i przysiągł publicznie, że zabije człowieka, który mu porwał kochankę. I wszystko mówi za tem, że musiał sam sobie życie odebrać. Co pewna to to, że wkrótce po odejściu Palmyry, sprzedał meble i znikł. Wszystkie usiłowania dla odkrycia jego śladów były bezskuteczne.
Sędzia zatrzymał się chwilę, jakby chcąc dać Prosperowi czas do namysłu, potem niby skandując wyrazy, dodał:
— Oto jest kobieta, którą uczyniłeś swoją towarzyszką, dla której dopuściłeś się kradzieży!
I teraz jeszcze, źle obsłużony przez niezupełne doniesienie Fanferlota, pan Patrigent chybił celu.
Spodziewał się, że wydrze z piersi Prospera okrzyk namiętności zranionej do żywego; bynajmniej! młodzieniec pozostał obojętnym. Ze wszystkiego co przeczytał sędzia, zapamiętał on tylko imię biednego ajenta kupieckiego, który sobie życie odebrał, Caldasa.
— Przyznaj pan przynajmniej, — nalegał sędzia, — że ta kobieta cię zgubiła.
— Nie mogę przyznać, bo tak nie jest.
— Ona jednak była powodem twoich największych wydatków. I oto, — sędzia wyjął z aktów rachunek, — w jednym miesiącu, w grudniu roku zeszłego, zapłaciłeś pan za nią krawcowi Van-Klopen za dwie suknie codzienne 900 franków, za suknię wieczorną 700 franków, za domino obszyte koronkami 400 franków.
— Wszystkie te pieniądze zapłaciłem dobrowolnie, zimno i bez uniesienia.
Pan Patrigent ruszył ramionami.
— Zaprzeczasz pan oczywistości, — rzekł. — Zaprzeczasz również, że nie dla tej kobiety porzuciłeś kilkoletnie zwyczaje i przestałeś wieczorami bywać u państwa Fauvel.
— To nie dla niej, panie sędzio, upewniam.
— A więc dla czego zaprzestałeś bywać w domu, gdzie widocznie starałeś się o rękę panny, którą mogłeś był pozyskać? Pan Fauvel mówił mi o tem, a ty nawet pisałeś do ojca.
— Miałem powody, których powiedzieć nie mogę, — odrzekł Prosper głosem drżącym.
Sędzia odetchnął. Znalazł przecie słabą stronę w zbroi przeciwnika.
— Czyżby cię sama panna Magdalena oddaliła? — zapytał.
Prosper milczał. Widocznie był nadzwyczaj wstrząśnięty.
— Mów pan, — nalegał sędzia, — uprzedzam cię, że okoliczność ta jest jedną z najważniejszych w sprawie.
— Na jakiekolwiek niebezpieczeństwo narażałoby mnie milczenie, zamilczeć muszę.
— Bądź pan ostrożny, — rzekł sędzia, — sprawiedliwość nie daje się ująć skrupułami delikatności.
Pan Patrigent zamilkł. Oczekiwał odpowiedzi; nie przyszła.
— Opierasz się pan, dobrze, idźmy dalej. Od roku, jak powiadasz, wydałeś 50.000 franków. Raporty mówią 70.000, ale bierzmy pańską cyfrę. Środki pańskie wyczerpały się, kredytu nie masz, dalej w ten sposób żyć nie mogłeś, cóżeś więc zamierzał, na co liczyłeś?
— Nie miałem, panie sędzio żadnego projektu, powiedziałem sobie: jak będzie tak będzie, a potem...
— Zaczerpnę w kasie, nieprawdaż?
— Eh, panie! — zawołał Prosper, — nie siedziałbym tu, gdybym był winny. Nie głupi byłbym wracać do biura, byłbym uciekł.
Pan Patrigent nie mógł powstrzymać uśmiechu zadowolenia.
— Otóż to argument, — rzekł, — na który oczekiwałem. Właśnie, że nie uciekając, pozostając na miejscu, by stawić czoło burzy, dowodzisz pan znajomości rzeczy. Nie jeden już świeży proces nauczył niewiernych kasjerów, że ucieczka za granicę jest nędznym środkiem. Wagon bieży prędko po kolei żelaznej, ale telegraf elektryczny jeszcze prędzej, Belgja jest o dwa kroki. W Londynie znaleźć można złodzieja francuskiego we czterdzieści ośm godzin przez abonament. Nawet Ameryka przestała być schronieniem bezpiecznem. Jako roztropny i świadomy, pozostałeś pan mówiąc sobie: „Mogę się wykręcić, a w najgorszym razie, po trzech lub pięciu latach zamknięcia, odnajdę fortunę moją.“ Niejedenby poświęcił pięć lat życia za 350.000 franków.
— Ależ, panie, gdybym tak rachował jak pan przypuszczasz, nie poprzestawałbym na 350.000 franków, ale przy okazji ukradłbym był miljon.
— O! — zawołał pan Patrigent, nie zawsze można czekać.
Prosper namyślał się, a skurczenie rysów świadczyło o wysileniu myśli.
— Panie, — rzekł nareszcie, — jest jeden szczegół, o którym w pomięszaniu mojem zapomniałem, a teraz przychodzi mi na myśl i może dopomódz do mego usprawiedliwienia.
— Wytłumacz się pan.
— Woźny, który chodził po pieniądze do banku, przyniósł mi je w chwili, kiedy na niego tylko oczekiwałem, by wyjść z biura. Jestem pewien, tak... jestem pewny, że bilety bankowe chowałem przy nim. Ach... jeśli on zauważył! W każdym razie ja wyszedłem z biura przed nim.
— Dobrze, odrzekł pan Patrigent, — woźny ten będzie przesłuchany. Teraz odprowadzą pana do izby, a wierzaj mi, rozmyśl się.
To raptowne oddalenie obwinionego wynikło ztąd, że ten nowy fakt, tak nagle objawiony, zaniepokoił sędziego. Zeznanie woźnego mogło mieć ważne następstwa. Cóż myśleć, gdyby ten człowiek zeznał, że widział jak kasjer zamykał bilety i wyszedł. Byłoż niepodobnem, że on wcześnie ujęty był przez Prospera?
Gdy obwiniony odszedł, sędzia zapytał kancelistę:
— Powiedz mi, Sigault, ten woźny, o którym mówi obżałoway, ten Antoni, wszak to ten sam, który nie stawił się do zeznania, w skutek wydanego mu świadectwa lekarskiego, że jest chory.
— Ten sam, panie.
— Gdzie on mieszka?
— On już nie jest w domu, panie sędzio, jak mi mówił Fanferlot. Rana jest dość ciężką i może go długo trzymać w łóżku, więc kazał się zawieźć do szpitalu Dubois.
— A więc pojadę go wybadać dziś jeszcze, natychmiast. Zabierz z sobą co potrzeba i poszlij po doróżkę.
Kawał drogi jest od pałacu Sprawiedliwości do szpitala Dubois, ale dorożkarz pana Patrigenta, zachęcony obietnicą sowitego wynagrodzenia, umiał wprawić chude bieguny w bieg koni rasowych.
Czy Antoni będzie w stanie odpowiedzieć? To była kwestja?
Ale przełożony domu zdrowia wkrótce upewnił pod tym względem sędziego.
Nieszczęśliwy woźny upadł i złamał sobie kolano, cierpiał okropnie, ale miał wszelką przytomność.
— Jeśli tak, to proszę pana, — rzekł sędzia, — by mnie raczył zaprowadzić do tego człowieka, którego muszę wybadać, ale trzeba, jeśli można, by nikt nie słyszał jego zeznania.
— O! nikt nie wejdzie, — odrzekł przełożony, — leży w pokoju o czterech łóżkach, to prawda, ale zostaje sam jeden.
— Bardzo dobrze! Idźmyż więc.
Widząc wchodzącego sędziego instrukcyjnego z wysokim chudym młodzieńcem trzymającym papiery, Antoni, który nie z jednego pieca chleb jadł, domyślał się o co chodzi.
— Aha! — zawołał, — pan zapewne przychodzi w interesie pana Bertomy.
— Nieinaczej.
Pan Patrigent stanął przy łóżku chorego, a Sigault urządził papiery swe przy stoliku.
Gdy woźny odpowiedział na wszystkie zwykłe zapytania, a mianowicie oświadczył, że nazywa się Antoni Poche, ma lat czterdzieści, rodem z Cadujac i jest kawalerem.
— Mój przyjacielu, — rzekł sędzia, — czy czujesz się w stanie odpowiedzieć na pytania sądowe?
— Zupełnie, panie sędzio.
— Wszak to ty chodziłeś w dniu 27. lutego po pieniądze do banku w ilości 350.000 franków, które zostały skradzione?
— Ja, panie.
— O której godzinie wróciłeś?
— Dosyć późno; miałem jeszcze interes w biurze Kredytu Ruchomego, wyszedłszy z banku, musiała być dobrze piąta, gdy wróciłem do domu.
— Czy nie pamiętasz co robił pan Bertomy, gdy mu oddałeś pieniądze? Nie spiesz się z odpowiedzią, zbierz dobrze wspomnienia.
— Niech pan poczeka... najpierw przeliczył bilety, rozdzielił je na cztery paczki, które zamknął w kasie, a potem... zamknął kasę, a potem... zdaje mi się, tak, nie mylę się, tak jest, potem wyszedł.
Te ostatnie słowa wymówił tak żywo, że zapominając o kolanie poruszył się i krzyknął.
— Czy pewnym jesteś tego co mówisz? — zapytał sędzia.
Uroczysty ton sędziego przestraszył niejako woźnego.
— Pewnym! — odpowiedział z niejakiem wahaniem, — uważa pan, to jest, dałbym sobie za to głowę uciąć, ale więcej trudno.
Niepodobieństwem było wydrzeć zeń dokładniejsze zeznanie. Przeląkł się, widział się już skompromitowanym, o byle co byłby się cofnął.
Ale wrażenie zostawił, i pan Patrigent wychodząc, rzekł do kancelisty:
— To rzecz ważna! bardzo ważna!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.