Przejdź do zawartości

Akta kryminalne pod l. 113/Tom I/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Akta kryminalne pod l. 113
Wydawca Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów"
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Dossier nº 113
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.

W chwili, gdy Nina Gypsy jechała schronić się do hotelu Wielkiego Archanioła, wskazanego jej przez Fanferlota, zwanego Wiewiórką, Prosper Bertomy odstawiony został do prefektury policji.
Od chwili gdy zapanował nad sobą i wrócił do zwykłego sobie trybu, już go zimna krew ani na chwilę nie opuszczała.
Daremnie otaczający go ludzie, obserwatorowie dowcipni, śledzili jakiejś słabości w jego oczach, jakiegoś wątpliwego wyrazu w jego fizjognomii: trafiali na marmur.
Możnaby nawet sądzić, że był nieczułym na swe położenie, gdyby nie bolesne uciśnienie serca, w tłumionych odzywające się westchnieniach, gdyby nie krople potu, spływające po skroni, które świadczyły o strasznem cierpieniu.
U komisarza policji, gdzie bawił przeszło dwie godziny, nim otrzymano względem niego instrukcje, rozmawiał z dwoma pilnującymi go policjantami.
Około południa, będąc dotąd na czczo, uczuł potrzebę posiłku. Przyniesiono mu śniadanie z sąsiedniej restauracji, które zjadł z niezłym apetytem i wypił prawie całą butelkę wina.
Przez ten czas z dziesięciu ajentów i różnych urzędników prefektury, którzy co rano udają się z interesami do komisarzy policyjnych, przypatrywali się ciekawie jego zachowaniu. Wszyscy byli jednego zdania, które sformułowali mniej więcej w tych słowach:
— To jakiś niepospolicie tęgi urwis.
Albo też:
— To szpaczek nadto spokojny, by go można wypuścić bez szkody dla innych.
Gdy mu powiedziano, że dorożka czeka przed domem, powstał żywo; ale przed wyjściem prosił, aby mu pozwolono zapalić cygaro.
Przed bramą urzędu komisarza policji, siada zwykle kwiaciarka. Kupił u niej bukiet fiołków.
Ta kobieta, domyślając się, że jest aresztowanym, rzekła doń niby na znak podziękowania:
— Szczęśliwego powodzenia, mój biedny panie!
Na co on, jakby wzruszony tym małym dowodem zainteresowania się, odpowiedział:
— Dziękuję ci, poczciwa kobieto, ale mi się już dawno nie powodzi.
Czas był prześliczny, dzień wiosenny w całem znaczeniu. Przez cały czas jazdy Prosper zaglądał w okienko, skarżąc się z uśmiechem, że musi przy takiem słońcu iść do więzienia, kiedy byłoby tak przyjemnie na dworze.
— To szczególna rzecz nawet, — odezwał się, — nigdym jeszcze nie miał tak wielkiej ochoty do przechadzki.
Jeden z jego strażników, tęgi i rumiany chłop, odpowiedział na to głośnym śmiechem, mówiąc:
— Bardzo naturalnie!
W kancelarji, podczas formalności wpisowych, Prosper odpowiadał wyniośle i pogardliwie na czynione mu zapytania z urzędu.
Ale gdy mu kazano wydobyć wszystko z kieszeni, a następnie przystąpiono do rewizji, błysk oburzenia przeszedł po jego oczach, potem łza gorąca spłynęła i uschła na płomiennem obliczu. Była to tylko błyskawica. Potem stał już nieruchomie i zimno, gdy z dołu do góry brutalne ręce przebiegały po nim, by przekonać się, czy nie ma przy sobie czego podejrzanego.
Poszukiwania byłyby może posunięte dalej i przybrały jeszcze bardziej poniżającą formę, gdyby nie interwencja jakiegoś jegomości w pewnym wieku, dystyngowanej powierzchowności, w białej chustce na szyi i złotych okularach, który grzał się przy piecu, i w tem miejscu zdawał się być jakby u siebie.
Na widok Prospera, który wchodził z ajentami, zdziwił się on i doznał jakiegoś wzruszenia; postąpił nawet, jak gdyby chciał coś do niego przemówić, ale dał pokój.
Jakkolwiek pomięszany, nie mógł Prosper nie zauważyć, że ten człowiek wciąż się w niego wpatrywał.
Czy był mu znajomy? Daremnie szukał w pamięci, nie mógł go sobie przypomnieć.
Człowiek ten mający minę naczelnika biura, był nie kto inny, tylko ów sławny urzędnik z prefektury policji, pan Lecoq.
Gdy ajenci przetrząsnąwszy kieszenie Prospera, zabierali się zdjąć mu buty, w których pilnik, lub jaka broń mogła się znajdować, pan Lecoq gestem ich zatrzymał, mówiąc:
— Dosyć tego!
Ajenci usłuchali. Po ukończeniu tych formalności, zaprowadzono nieszczęśliwego kasjera do ciasnej izby, drzwi opatrzone mnóstwem kluczów i zamków zatrzasnęły się za nim; odetchnął przecież, bo był sam.
Sądził, że jest sam, a zapomniał, że więzienie tem jest dla obwinionego, czem mikroskop entomologa dla nędznego robaka. Nie wiedział, że mury mają uszy, okienka oczy wciąż otwarte.
Był tak pewnym, że jest sam, iż duma jego we łzach się rozpłynęła, przestał być niewzruszonym. Gniew długo tłumiony zawrzał i stał się strasznym, jak pożar, gdy się przedrze do wyschniętych materjałów.
Uniósł się gwałtownie, krzyczał, wyrzucając ze siebie złorzeczenia i bluźnierstwa. W przystępie szalonej wściekłości rzucał się, jak w klatce dzikie zwierzę, i pokrwawił sobie o mur pięście.
Bo Prosper Bertomy nie był tem, czem się być wydawał.
Wyniosły ten i poprawnej rasy gentleman, panicz lodowaty, miał przecie gorące namiętności i ognisty temperament.
Raz, gdy miał już lat dwadzieścia cztery, ambicja się w nim rozbudziła. Widząc swe życzenia ścieśnione, rozglądając się po bogaczach, dla których pieniądz był rószczką czarodziejską z tysiąc i jednej nocy, pozazdrościł im losu.
Wyszukiwał on źródeł i punktu wyjścia tych bogatych przywódców wielkich przedsiębiorstw finansowych, i przekonał się, że oni w początkach mieli po największej części mniej niż on.
Jakim więc sposobem wznieśli się? Siłą energii, inteligencji i śmiałości. Dla nich myśl twórcza była tem, czem cudowna lampa w rękach Aladyna.
Poprzysiągł naśladować ich i wynieść się jak oni.
Od tej chwili siłą woli, nie tak powszechnie rzadką, jak sądzimy, nakazał milczenie wszystkim swoim instynktom. Przeistoczył nie charakter swój, ale zewnętrzne jego objawy.
I usiłowania jego nie były stracone. Ludzie mieli wiarę w jego charakter i zdolności. Ci co go znali, mówili:
— On zajdzie daleko!...
I on to siedział w więzieniu, oskarżony o kradzież, czyli po prostu — zgubiony!
Bo nie łudził się Prosper. Wiedział doskonale, że winny, czy niewinny, człowiek podejrzany naznaczony jest piętnem tak niezatartem, jak głoski wyryte rozpalonem żelazem na ramieniu złoczyńcy.
Cóż odtąd znaczy walka? Na co zdał się tryumf, który nie zmywa hańby?
Gdy stróż nocny przyniósł mu wieczorny posiłek, zastał go rozciągniętego na łóżku, z głową schowaną w poduszkę, plączącego gorącemi łzami.
Oh! już nie mógł jeść, odkąd był sam. Opanowało go nieprzezwyciężone omdlenie i złamana wola rozpierzchła się we mgle ciemnej.
Nadeszła noc, długa, straszna, i po raz pierwszy w życiu liczył godziny jedynie krokami zmieniającej się warty. Cierpiał okrutnie.
Nad ranem ujął go sen, i spał jeszcze, gdy głos dozorcy zabrzmiał w izdebce:
— Proszę pana do indagacji!
Zerwał się jednym skokiem, miał być nareszcie badany.
— Chodźmy! — rzekł, nie troszcząc się o nieład w ubraniu.
Po drodze powiedział mu dozorca:
— Masz pan szczęście, będziesz miał do czynienia z bardzo uczciwym człowiekiem.
Dozorca miał wielką słuszność.
Obdarzony znakomitą przezornością, nie ugięty, beznamiętny, obcy również wszelkiej fałszywej litości, jak i surowości zbytecznej, pan Patrigent posiada w wysokim stopniu wszelkie przymioty, jakich wymaga delikatne i trudne powołanie sędziego instrukcyjnego.
Brak mu może tej gorączkowej działalności, czasami potrzebnej, by trafić prędko i dokładnie, ale posiada za to potężną cierpliwość, której nic znużyć nie potrafi.
Do jego też to gabinetu przeszły sprawy, setne lata roztrząsane, śledztwa przerwane w drodze procedury niezupełne.
Taki jest obraz człowieka, do którego zaprowadzono Prospera; prowadzono go drogą bardzo krętą.
Szedł najsamprzód długim korytarzem, przebył salę pełną żandarmów paryzkich, zszedł ze schodów, przecisnął się przez rodzaj podziemia, następnie wstępował po wąskich i spadzistych schodach, które końca nie miały.
Nareszcie dostał się do długiej wąskiej galerji, o niskim suficie, na którą wychodziło mnóstwo drzwi numerowanych.
Dozorca nieszczęśliwego kasjera zatrzymał go przed jednemi z tych drzwi.
— Przyszliśmy, — rzekł, — tu się pański los rozstrzygnie.
Na tę uwagę dozorcy, wypowiedzianą tonem głębokiego politowania, dreszcz przebiegł biednego Prospera.
Tak jednak było; tam, za temi drzwiami znajdował się człowiek, który miał go badać. Od jego odpowiedzi zależeć będzie jego uwolnienie, albo też areszt zamieni się na więzienie stałe.
Zbierając całą swą odwagę, już Prosper kładł rękę na klamkę, gdy dozorca zatrzymał go.
— O, jeszcze nie zaraz! — zawołał, — tam nie można wchodzić byle jako; siadaj pan, zawołają cię, gdy przyjdzie kolej.
Nieszczęśliwy usiadł, a dozorca zajął obok niego miejsce.
Nic bardziej posępnego, straszliwego, nad tę stację w ponurej galerji sędziów instrukcyjnych.
Od końca do końca ściany przymocowana jest prosta deska dębowa, zczerniona od codziennego użytku. Mimowoli przychodzi na myśl, że na tej ławce od lat dziesięciu siadali wszyscy podejrzani, wszyscy złodzieje, wszyscy zbójcy departamentu Sekwany.
Bo prędzej czy później, fatalnym biegiem, jak pomyje do kanału, spływa zbrodnia do tej strasznej galerji, której drzwi jedne wychodzą do więzień kryminalnych, drugie na estradę rusztowania. Tam to jest miejsce, w którem, jak się trywialnie, ale energicznie wyraził jeden z prezesów, jest wielka pralnia wszystkich brudów Paryża.
Galerja w chwili przybycia Prospera była bardzo ożywioną. Cała niemal ława była zajęta. Obok niego usiadł, niemal łokciami dotykając go, jakiś człowiek w łachmanach, ze złowrogiem obliczem.
Przed każdemi drzwiami, po za któremi siedział sędzia instrukcyjny, stały gromady świadków, rozmawiając zcicha. Co chwila przybywali żandarmi, których ostrogi dźwięczały po kamiennej posadzce, przyprowadzali oni lub odprowadzali więźniów. Czasami, po nad cichy szmer wybiegał jakiś jęk, i jakaś kobieta, matka lub siostra uwięzionego, niosła chustkę do oczu. W przerwach otwierały się i zamykały drzwi, a głos woźnego podawał imię albo numer.
Ten widok, to hańbiące dotknięcie, ta atmosfera duszna, przepełniona dziwnemi wyziewy, dławiła Prospera, gdy jakiś staruszek, czarno ubrany z godłami urzędu, zawołał:
— Prosper Bertomy!
Nieszczęśliwy zerwał się, i sam nie wiedząc jak, wszedł do gabinetu sędziego.
Z razu jakby olsnął. Wychodził z mroku, drzwiami, na prost których znajdowało się okno, szeroko rozlewające wspaniałe i jaskrawe światło dokoła.
Ten pokój, jak wszystkie tego rodzaju, niczem się nie odznaczał. Była to po prostu pracownia urzędnicza.
Wyklejony skromnym papierem ciemno-zielonego koloru, miał na podłodze lichy jakiś dywanik, w czarne wzory, pospolitego gustu.
Naprzeciw drzwi stoi wielkie biuro, zapchane protokołami, po za któremi siedzi sędzia, trochę w cieniu, twarzą zwrócony do tych, którzy wchodzą, w ten sposób, że sam nie będąc z razu przez nich dostrzeżonym, może badać w pełnem świetle świadków i oskarżonych. Przy małym stoliku na prawo siedzi kancelista, nieodzowny pomocnik sędziego.
Prosper tych szczegółów nie uważał. Wzrok jego padł na urzędnika, a w miarę, jak mu się przypatrywał, musiał przyznać, że dozorca prawdę mówił.
Twarz pana Patrigent nieregularnych rysów, otoczona krótkiemi, rudemi faworytami, o żywych i dowcipnych oczach, które ją ożywiały, tchnęła samą dobrocią, uspokajała, pociągając od pierwszego wejrzenia.
— Siadaj pan, — rzekł do Prospera.
Tern przyjemniejszą była ta grzeczność dla oskarżonego, gdyż sądził, iż go będą ze wzgardą traktować. Uważał to za dobrą wróżbę, i uczuł się pokrzepionym na umyśle.
Pan Patrigent dał znak kanceliście.
— Zaczynamy, Sigault, uważaj.
I zwracając się do Prospera, zapytał:
— Jak się pan nazywasz?
— August Prosper Bertomy.
— Wiek pana?
— Piątego maja skończę trzydzieści pięć lat.
— Czem się pan trudnisz?
— Jestem, a raczej byłem, kasjerem w bankierskim domu Andrzeja Fauvela.
Sędzia przerwał, zaglądając po objaśnienia do leżącej obok książeczki. Prosper śledził jego ruchy i robił sobie nadzieję, że człowiek tak mało uprzedzony względem niego, nie będzie go trzymał w więzieniu.
Pan Patrigent prowadził dalej badanie:
— Gdzie pan mieszkasz?
— Od lat czterech przy ulicy Chaptal, liczba 39. Dawniej na bulwarach Batignolles, pod liczbą 7.
— Gdzieś się pan rodził?
— W Beaucaire, departamencie Gard.
— Masz pan jeszcze rodziców?
— Matka mi umarła dwa lata temu, ale ojciec żyje.
— Czy mieszka w Paryżu?
— Nie panie, mieszka w Beaucaire razem z siostrą, która jest za inżynierem kanału południowego.
Na ostatnie pytania odpowiadał Prosper nadzwyczajnie zmięszany. Są chwile w życiu, w których wspomnienie rodziny dodaje odwagi i pociesza, ale są i takie, w których człowiek chciałby sam być na świecie i stać się podrzutkiem.
Pan Patrigent zauważał to wzruszenie oskarżonego i zapisał je sobie.
— A czem się pański ojciec trudni?
— Był konduktorem dróg i mostów, następnie urzędnikiem przy kanale południowym, jak mój szwagier; teraz pobiera emeryturę.
Nastała chwila milczenia. Sędzia posunął w ten sposób swój fotel, że choć się zdawało, iż ma głowę odwróconą, nie tracił żadnego z wrażeń, jakie się na twarzy Prospera malowały.
— A więc! — zawołał raptem, — oskarżony pan jesteś o kradzież 350.000 franków u swego pryncypała.
Chociaż Prosper miał czas przez dwadzieścia cztery godzin oswoić się z myślą tego oskarżenia, jednak w ten sposób wypowiedziane, tak go zmieszało, iż nie mógł słowa przemówić.
— Co pan na to odpowiesz? — nalegał sędzia.
— Jestem niewinny, panie, przysięgam, że jestem niewinny!
— Daj Boże, — rzekł pan Patrigent, — i możesz pan być pewnym, że się postaram wyświecić pańską niewinność. Czy pan masz co powiedzieć na swą obronę, może jakie dowody?
— Cóż panu powiem, kiedy sam nie rozumiem jak się to stać mogło! Mogę tylko przytoczyć moje przeszłe życie...
Sędzia przerwał Prosperowi gestem, mówiąc:
— Kradzież była popełniona w takich okolicznościach, że posądzenie pada tylko na pana Fauvela i na pana. Czy podejrzewasz pan jeszcze kogo?
— Nie, panie, Mówisz pan, że jesteś niewinnym, winnym więc jest pan Fauvel?
Prosper nic nie odrzekł.
— Czy masz pan jaki powód sądzić, że pański pryncypał sam się okradł? Powiedz pan.
A że oskarżony milczał ciągle, rzekł sędzia:
— Zdaje mi się, że pan potrzebujesz jeszcze się namyśleć. Posłuchaj pan pytań, które mój kancelista przeczyta, poczem odprowadzą pana znów do więzienia.
Prosper zbladł. Ostatni promyk nadziei zagasł dla niego. Nie słyszał co mu Sigault czytał, i podpisał bezwiednie.
Tak się chwiał wychodząc z gabinetu sędziego, że go dozorca musiał podtrzymywać.
— Jakoś źle idzie, — rzekł do niego ten człowiek, — lecz proszę pana, trzeba być mężnym.
Prosper wróciwszy do swej izdebki, nie czuł się wcale przy męstwie; natomiast gniew, nienawiść ogarnęły jego serce.
Ułożył sobie, że się rozmówi z sędzią, wypowie swoją obronę, wyświetli niewinność, to wszystko mu się nie udało. Gorzko sobie wyrzucał, że się dał uwieść pozorem dobroci i łagodności.
— Co za ironia! — zawołał, — więc to ma być śledztwo?
W rzeczy samej, nie było to śledztwo, lecz zwyczajna formalność.
Pan Patrigent kazał zawołać Prospera dla dopełnienia przepisu artykułu 93. kodeksu karnego, który mówi: „każdy obwiniony i dostawiony do więzienia, ma być badanym w przeciągu dwudziestu czterech godzin najpóźniej.“
Lecz niepodobna, aby w dwudziestu czterech godzinach, w podobnej sprawie, przy braku dowodów, jakichbądź wskazówek nawet, mógł sędzia instrukcyjny zgromadzić materjały dla wyprowadzenia śledztwa.
Dla przełamania upartej obrony posądzonego, który zamyka się w zaprzeczeniu jak w fortecy, potrzeba broni. Tę broń właśnie gotował pan Patrigent.
Gdyby Prosper był pozostał godzinę jeszcze w galerji, byłby zobaczył, jak ten sam woźny, przez którego on był wywołanym, wyszedł z gabinetu sędziego i krzyknął:
— Numer 3!
Świadkiem, który miał liczbę 3, i siedział na ławie czekając kolei, był Andrzej Fauvel.
Bankier zmienił się do nie poznania.
O ile w biurze zdawał się ożywiony najżyczliwszemi chęciami, o tyle wszedłszy do sędziego, zdawał się oburzonym przeciw swemu kasjerowi. Namysł, który razem z uspokojeniem zwykle sprowadza skłonność do przebaczenia, w nim zrodził tylko gniew i chęć pomsty.
Zaledwie zadano mu pytania, nieodłączne od wszelkiej indagacji, powstał przeciw Prosperowi z najgwałtowniejszem oskarżeniem.
Aż pan Patrigent musiał mu nakazać milczenie, zwracając jego uwagę, ile winien samemu sobie, jakiekolwiek byłyby nawet winy jego komisanta.
Przed chwilą tak łatwy z posadzonym, sędzia obecnie stawał się uważnym i niespokojnym. Bo też badanie Prospera było tylko formalnością, poświadczeniem wiadomego już przestępstwa. Teraz należało wyszukać faktów dodatkowych, szczegółów; zgrupować okoliczności na pozór małoznaczne, by z nich wywnioskować przekonanie.
— Idźmy porządkiem, — rzekł sędzia do pana Fauvela, — i na ten raz ogranicz się pan do odpowiedzi na moje zapytania. Czy wątpiłeś kiedy o uczciwości swego kasjera?
— Wprawdzie nie, jednakże były powody mogące mnie zaniepokoić.
— Jakież to powody, proszę pana?
— Pan Bertomy, mój kasjer, grał w karty, przepędzał noce po knajpach, rozmaitemi czasy dowiadywałem się, że przegrywał znaczne pieniądze. Miewał złe znajomości. Raz, z jednym z klientów mego domu, panem de Clameran, wdał się w skandaliczną sprawę przy grze w karty, i sprawa ta zaczęła u kobiety, skończyła się w sądzie policji poprawczej.
Długo jeszcze bankier straszliwie obciążał Prospera. Nareszcie zatrzymał się.
— Wyznaj pan, — rzekł sędzia, — że postąpiłeś bardzo nieroztropnie, nie powiadam występnie, iż śmiałeś kasę powierzyć takiemu człowiekowi.
— Ależ panie, — odparł bankier, — Prosper nie zawsze był takim. Aż do przeszłego roku był on wzorem ludzi swego wieku. Przyjęty do mego domu, wchodził niejako w skład mojej rodziny, wszystkie wieczory przepędzał z nami, był serdecznym przyjacielem starszego syna mojego. Lucjana. Potem naraz, z dnia na dzień zaprzestał odwiedzin i jużeśmy go wcale nie widywali. Jednakże miałem wszelkie powody mniemać, że się zakochał w siostrzenicy mojej, Magdalenie.
Pan Patrigent zmarszczył w pewien sposób brwi, co zawsze u niego w takich razach znaczyło, że wpada na pewną poszlakę.
— A czy to czasem nie to uczucie spowodowało jego oddalenie się? — zapytał.
— A to dla czego? — odrzekł bankier głosem mocno zdziwionym. — Ja byłbym mu najchętniej oddał rękę Magdaleny, i szczerze mówiąc przypuszczałem, że on mnie o nią poprosi. Siostrzenica moja byłaby dla niego wyborną partją, niespodziewaną; ona jest bardzo ładna i będzie miała pół miliona posagu.
— Więc pan nie domyślasz się żadnego powodu takiego z jego strony postępowania?
Bankier zdawał się wyszukiwać.
— Stanowczo żadnego, — odpowiedział. — Zawsze przypuszczam, że Prosper dał się sprowadzić z prawej drogi jednemu młodzieńcowi, którego w tym czasie poznał u mnie, panu Raulowi de Lagors.
— Aha!... a cóż to za młodzieniec?
— Krewny mojej żony, przyjemny chłopiec, dowcipny, dobrze wychowany, trochę wietrznik. ale dość bogaty, by płacić za swe wietrznictwa.
Sędzia zdawał się już nie słuchać; zapisał sobie nazwisko Lagorsa w swej książeczce, w końcu już dosyć długiej listy nazwisk.
— Przystąpmy teraz dorzeczy. — odezwał się. — Pan jesteś pewnym, że nikt z domowych nie popełnił tej kradzieży?
— Jestem materjalnie pewny.
— Klucz pan nigdy z ręki nie wypuszczałeś?
— Przynajmniej bardzo rzadko; a gdy go nie miałem przy sobie, kładłem go w szufladę do biurka, które stoi w mojej sypialni.
— Gdzie on był tej nocy, kiedy popełniono kradzież?
— W biurku.
— A zatem...
— Przepraszam pana sędziego, — przerwał pan Fauvel, — pozwól pan sobie objaśnić, że przy takiej skrzyni jak moja, klucz nic nie znaczy. Przedewszystkiem trzeba wiedzieć wyraz, na który ustawia się pięć guzików ruchomych. Znając wyraz, można w ostatnim razie otworzyć i bez klucza, ale bez wyrazu...
— I wyrazu tego nikomu pan nie powiedziałeś?
— Nikomu w świecie! I niech mi pan wierzy, że częstokroć byłbym i sam w kłopocie, gdyby mi kto kazał powiedzieć, na jaki wyraz nastawiona jest skrzynia. Prosper często go zmieniał, uprzedzał mnie, a ja niekiedy zapominałem.
— Czy zapomniałeś go pan przed kradzieżą?
— Nie, wyraz zmieniony był w przeddzień a szczególność jego uderzyła mnie.
— Jakiż to był wyraz?
— Gypsy. — G, y, p, s, y, — rozszczególniał bankier dyktując ortografję.
I ten wyraz zapisał pan Patrigent.
— Jeszcze jedno pytanie, — rzekł, — czy pan byłeś w domu w przeddzień kradzieży?
— Nie, panie. Byłem na objedzie u jednego z moich przyjaciół i tam przepędziłem wieczór. Gdym wrócił do siebie około godziny pierwszej, żona już spała, i ja też położyłem się niebawem.
— I nie wiedziałeś pan jaka suma znajdowała się w kasie?
— Nie. Stosownie do moich wyraźnych rozkazów, mogłem sądzić, że tam znajduje się jakaś nieznaczna gotówka; oświadczyłem to panu komisarzowi, co pan Bertomy przyznał.
— Tak jest istotnie, protokół świadczy o tem.
Patrigent zamilkł. Dla niego wszystko zawierało się w tym fakcie: „Bankier nie wiedział, że w kasie znajdują się 350.000 franków, a pan Bertomy uchybił swej powinności podnosząc je z banku,“ a zatem wniosek łatwy do wyprowadzenia.
Widząc, że indagacja ustała, bankier sądził, że może nareszcie wypowiedzieć wszystko, co mu na sercu leżało.
— Ja, panie sędzio, w opinii własnej staję, zdaje mi się, po nad wszystkiemi podejrzeniami, a jednak nie będę spokojny, dopóki przestępstwo mego kasjera nie będzie dokładnie uzasadnione. Potwarz chętnie czepia się ludzi, którzy wyszli zwycięzko; ja mogę być narażony na potwarz. Przeszło trzykroć sto tysięcy franków jest to kapitał, o który i najbogatszy mógłby się pokusić. Byłbym panu bardzo wdzięczny, gdybyś kazał zbadać stan interesów mojego domu; badanie to stwierdziłoby, że ja nie mogłem mieć żadnego widoku w okradzeniu siebie samego, bo powodzenie moich interesów...
— Dosyć tego, panie.
Rzeczywiście było tego dosyć. Pan Patrigent powziął już potrzebne wiadomości, i wiedział tak dobrze jak sam bankier, jak trzymać ma o stanie jego interesów.
Dał mu do podpisania protokół indagacyjny i odprowadził go aż do drzwi swojego gabinetu, rzadka grzeczność z jego strony.
Gdy pan Fauvel odszedł, kancelista Sigault pozwolił sobie jednej uwagi.
— A to djable ciemna sprawa, — rzekł. — Jeśli kasjer jest zręczny i twardy, trudno go będzie, zdaje mi się, przekonać.
— Być może, — odpowiedział sędzia, — ale zobaczmy innych świadków.
Tym, który miał nr. 4, nie był kto inny tylko starszy syn pana Fauvela, Lucjan.
Młody ten chłopiec, wysoki i przystojny, lat około dwudziestu dwóch, opowiedział, że go z Prosperem łączy stosunek przyjaźni, i że go zawsze uważał jako człowieka uczciwego, niezdolnego popełnić nawet niedelikatności.
Oświadczył, iż dotychczas ani pojmuje jakim sposobem i w skutek jakich fatalnych okoliczności, Prosper przywiedziony został do popełnienia kradzieży. Uważał on wprawdzie, że Prosper gra w karty, ale nie tak znowu jak głoszą. Nie widział, by Prosper wydawał nad swoje dochody.
W przedmiocie kuzynki swej Magdaleny odpowiedział:
— Zawsze mi się zdawało, że Prosper zakochany był w Magdalenie, i do wczoraj sądziłem, że się z nią ożeni, wiedząc dobrze, iż ojciec mój nie będzie się sprzeciwiał temu małżeństwu. Zawsze cofnięcie się Prospera przypisywałem poróżnieniu z moją kuzynką, ale mniemałem, że oni się lada dzień pogodzą.
Wiadomości te jeszcze lepiej objaśniły sędziego o przeszłości kasjera, niż te, które dostrzegł pan Fauvel; ale na oko nie dawały żadnej wskazówki w obecnych przypuszczeniach.
Lucjan podpisał zeznanie i odszedł.
Przyszła kolej na Cavaillona.
Młody chłopiec stanąwszy przed sędzią, był w stanie godnym pożałowania.
Gdy w przeddzień pod wielkim sekretem opowiedział jednemu ze swych przyjaciół, młodemu adwokatowi, zajście swoje z ajentem bezpieczeństwa, adwokat ten obelżywie żartował z jego tchórzostwa. Opanowała go zgryzota straszliwa i całą noc wyrzucał sobie, że zgubił Prospera. Tę miał przynajmniej zasługę, że usiłował naprawić to, co nazywał ze swej strony zdradą.
Nie oskarżał on właściwie pana Fauvela, ale oświadczył śmiało, że jest przyjacielem Prospera, że jest względem niego obowiązany, i że zaręcza za jego niewinność, jak za swoją własną.
Na nieszczęście, nie tylko nie miał żadnych dowodów na potwierdzenie swych oświadczeń, ale nadto, entuzjastyczne wyrażenie przyjaźni odejmowało wiele wartości jego zeznaniom.
Po Cavaillonie sześciu lub ośmiu komisantów domu Fauvela przed filowało kolejno przez gabinet sędziego; ale ich zeznania były prawie wszystkie nic nieznaczące.
Jeden z nich jednakże podał szczegół, który sędzia zanotował. Utrzymywał on, że Prosper spekulował na giełdzie przez pośrednictwo pana Raula de Lagors, i wygrał znaczną sumę.
Już było po piątej godzinie, gdy lista świadków wezwanych na dzień dzisiejszy wyczerpała się. Ale zadanie pana Patrigenta nie doszło jeszcze do końca. Zadzwonił na woźnego i rzekł!
— Ruszaj mi natychmiast po Fanferlota.
Ajent bezpieczeństwa nie zaraz stanął na rozkaz sędziego.
Spotkawszy w galerji jednego z swych kolegów, czuł się obowiązanym do grzeczności, i woźny musiał chodzić po niego do sąsiedniego szynku.
— Odkądźże to waść każesz na siebie czekać? — zapytał go surowo sędzia u wnijścia.
Fanferlot, który wszedł kłaniając się aż do ziemi, schylił się jeszcze niżej. Pomimo uśmiechniętej twarzy, dręczyło go mnóstwo niespokojności. Chcąc sam wyśledzić sprawę tej kradzieży, musiał grać podwójną rolę, którą można było odkryć. Między kozłem sprawiedliwości, a kapustą ambicji własnej, narażał się na smutne wypadki, z których najmniejszym byłaby utrata miejsca.
— Miałem wiele do roboty, — odpowiedział tłumacząc się, — darmo czasu nie straciłem.
I zaraz też począł zdawać sprawę z swych czynności. Nie bez ambarasu jednak, mówił bowiem z wielką ostrożnością, oddzielając to co miał powiedzieć, albo też zamilczeć. Tym sposobem wyjawił zdarzenie z listem Cavaillona, oddał nawet sędziemu ten list, który skradł Ninie, ale o Magdalenie ani słówka nie pisnął. Natomiast o Prosperze i pani Gypsy podawał mnóstwo szczegółów biograficznych zaczerpniętych tu i owdzie.
W miarę jak postępował w swem opowiadaniu, pan Patrigent utwierdzał się w swych przekonaniach.
— Oczywiście, szepnął, — ten młody człowiek jest winnym.
Pozbierawszy wszystkie wiadomości, sędzia odprawił ajenta, dając mu rozmaite zlecenia i wyznaczając mu audjencje nazajutrz.
— Nadewszystko — rzekł w końcu, — nie trać z oczu tej, Gypsy; ona musi wiedzieć gdzie są pieniądze, i może nas naprowadzić na ślad.
Fanferlot uśmiechnął się złośliwie.
— Pan sędzia może być spokojnym, — rzekł, — ta pani jest w dobrych rękach.
Pozostawszy sam, choć wieczór już zapadł, pan Patrigent przedsięwziął wiele jeszcze środków, które miały dostarczyć mu zeznań.
Sprawa ta uczepiła się jego głowy, drażniła go i przyciągała razem. Upatrywał w niej wiele punktów ciemnych i tajemniczych, które przysiągł sobie wyświecić.
Nazajutrz wcześniej niż zwykle był już w swym gabinecie. Przysłuchiwał tego dnia panią Gypsy, przywołał raz jeszcze Cavaillona i posłał po pana Fauvela. I podobną czynność rozwijał przez dni następne.
Dwaj tylko z przyzwanych świadków nie stawili się.
Pierwszym był woźny posyłany przez Prospera do banku, był on mocno chory z potłuczenia.
Drugim był pan Raul do Lagors.
Ale mimo ich nieobecności, akta sprawy Prospera rosły, i w następny poniedziałek, to jest w pięć dni po kradzieży, panu Patrigentowi zdawało się, że ma dostateczną liczbę dowodów moralnych dla pognębienia obwinionego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.