Przejdź do zawartości

Akta kryminalne pod l. 113/Tom I/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Akta kryminalne pod l. 113
Wydawca Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów"
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Dossier nº 113
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

Jeżeli jest jaki człowiek na świecie, któregoby żaden wypadek nie wzruszył, któryby ciągle trzymał się na ostrożności przeciw kłamstwu pozorów, który zdolnymby był wszystko przypuścić i wszystko sobie wytłumaczyć — to niezawodnie jest nim komisarz policji paryskiej.
Kiedy sędzia, z wysokości trybunału, stosuje do przedstawionych mu czynów artykuły kodeksu, komisarz policji bada i śledzi wszystkie ohydne fakta, których prawo dosięgnąć nie może. Jest to urzędowy powiernik szczegółów hańby, zbrodni domowych, bezwstydu tolerowanego.
Kiedy wstępował do służby, może miał jeszcze jakie złudzenia; po roku nie ma ani jednego.
Jeśli nie pogardził stanowczo rodem ludzkim, to tylko dla tego, że często obok ohydy, uchodzącej bezkarnie, odkrył wysoką szlachetność nie wynagrodzoną; że jeśli spostrzega bezwstydnych łotrów, kradnących poważanie publiczne, pociesza się, myśląc o nieznanych i skromnych bohaterach, których udało mu się napotkać.
Tylekroć omyliły go przewidywania, że popadł ztąd w najzupełniejszy sceptycyzm. Nie wierzy on w nic, ani w dobre, ani w złe absolutne, ani w cnotę; ani w występek.
Z musu przychodzi on do tego smutnego wniosku, że ludzi nie ma, tylko wypadki.
Uprzedzony przez woźnego, komisarz policji niebawem wszedł do biura spokojnie, obojętnie.
Za nim ukazał się człowiek małego wzrostu, cały ubrany czarno, w czarnej chustce na szyi, podwiązującej zaledwie widzialny kołnierzyk.
Bankier zaledwie kiwnął mu głową.
— Zapewne pan wiesz, — począł, — jak smutne okoliczności zmuszają mnie uciec się do pańskiej pomocy?
— Chodzi tu podobno o kradzież.
— Tak panie. Chodzi tu o kradzież ohydną, niewytłumaczoną, którą spełniono w tem właśnie miejscu, gdzie stoimy, w tej kasie otwartej przed panem, od której tylko mój kasjer, — tu ukazał Prospera, — ma klucz i zna tajemniczy wyraz.
Oświadczenie to zdawało się wyprowadzać nieszczęśliwego kasjera z pewnego osłupienia.
— Przepraszam pana komisarza, — rzekł głosem zgasłym, — ten klucz i wyraz są także w ręku pana bankiera.
— Oczywiście, rozumie się.
Tym sposobem od pierwszych słów komisarz już wiedział na jakim gruncie stoi.
Oczywiście, dwaj ci ludzie oskarżali się nawzajem. Z zeznań ich wynikało nawet, że jeden tylko mógł być winnym.
A jeden był naczelnikiem domu bankowego bardzo znakomitego, drugi prostym kasjerem. Jeden był panem, drugi sługą.
Ale komisarz policji zanadto nawykł do ukrywania wrażeń, by się wydać z tem co myślał. Nie drgnął ani jeden muskuł w jego fizjognomii.
Przybrał tylko większą powagę, i kolejno wpatrywał się w obu, jak gdyby z ich postawy i ruchów chciał wydobyć korzystną dla siebie wskazówkę.
Prosper był wciąż bardzo bladym i niesłychanie przygnębionym; siedział jak nie żywy na krześle, a ręce bezwładnie wisiały wzdłuż ciała.
Bankier przeciwnie, stał czerwony, ożywiony, z okiem iskrzącem, odzywający się z nadzwyczajną gwałtownością.
— A ważność straty jest ogromna, — mówił, — skradziono mi sumę, która stanowić może majątek, 350.000 franków. Kradzież ta mogła mieć dla mnie bardzo zgubne następstwa. Są chwile, w których dla braku takiej sumy, kredyt najwalniejszego banku może się zachwiać.
— Zapewne w dniu wypłaty...
— Właśnie, panie, na dzisiejszy dzień przypadała mi znaczna wyplata.
— Czy tak?...
Nie można było nie zrozumieć intonacji komisarza; pierwsze podejrzenie przesunęło się po jego umyśle. Bankier zrozumiał je, zadrżał i spiesznie dodał:
— Dopełniłem moich zobowiązań, ale ceną ofiary bardzo dotkliwej. Dodać winienem, że gdyby rozkazy moje były ściśle wypełnione, suma ta nie znajdowałaby się w kasie.
— Jakto?
— Ja nie lubię zostawiać w domu przez noc grubej sumy. Kasjer mój miał polecenie czekać zawsze do ostatniej chwili, by posłać po odpowiednie fundusze, które złożone są w banku francuzkim. Zakazałem mu wyraźnie, by nic w kasie na wieczór nie zostawiał.
— Słyszysz pan? — rzekł komisarz do Prospera.
— Tak, panie; wszystko co mówi pan Fauvel, jest najdokładniejszą prawdą.
W skutek tego wyjaśnienia podejrzenie komisarza zaczęło się rozpraszać.
— Z tem wszystkiem, — rzekł, — kradzież została spełnioną. Przez kogo? Czy złodziej przybył z zewnątrz?
Bankier za wahał się chwilę.
— Nie sądzę, — odpowiedział nareszcie.
— A ja, — oświadczył Prosper, — jestem pewien, że nie.
Komisarz policji z góry przewidywał te odpowiedzi kiwał na nie. Ale nie zdawało mu się na czasie, by z nich natychmiast wyciągać następstwa.
— Jednakże, — wtrącił, — trzeba na wszystko uważać.
I zwracając się do człowieka, który mu towarzyszył:
— Zobacz no, panie Fanferlot, — rzekł, — czy nie wykryjesz jakiej wskazówki, co uszła uwagi tych panów.
Pan Fanferlot, zwany Wiewiórka, zawdzięcza zadziwiającej zwinności ów przydomek, którym się chlubi. Przy słabej i szczupłej powierzchowności, wbrew stalowym mięśnion, kto by go widział zapiętego pod szyję w czarny surdut, wziąłby go za szóstego pomocnika komorniczego. Fizjognomia jego jest jedną z tych, co niepokoją. Nos ma obrzydliwie zadarty, wargi wąskie, a oczy małe, okrągłe, nadzwyczaj ruchliwe.
Od pięciu lat pracując w policji, Fanferlot płonie chęcią odznaczenia się, zrobienia sobie imienia; to człek ambitny. Niestety! wciąż mu zbywało na sposobności, czy na talencie.
Już przedtem, nim komisarz doń przemówił, zajrzał we wszystkie kąty, rozpatrzył drzwi, obejrzał zamknięcia, zbadał okienko i przetrząsł popioły na kominku.
— Trudno zdaje mi się, by tu obcy mógł się dostać.
Kręcił się naokoło izby.
— Czy te drzwi, — zapytał, — zamykają się na noc?
— Zawsze na klucz.
— A kto ma ten klucz?
— Woźny, któremu oddaję go co wieczór przy odejściu, — odpowiedział Prosper.
Który to woźny, — dodał pan Fauvel, — śpi w przedpokoju na łóżku szlabanowem, co się rozkłada na noc, a składa na dzień?
— Czy on tu jest? — zapytał komisarz.
— Jest panie, — odpowiedział bankier.
Otworzył natychmiast drzwi i zawołał:
— Anzelm!
Człowiek ten, wierności doświadczonej, od lat dziesięciu był w służbie pana Fauvel. Nie mógł uledz podejrzeniu i wiedział o tem; ale myśl kradzieży jest straszliwa, to też drżał wchodząc, jak liść.
— Czy ty spałeś tej nocy w sąsiednim pokoju? — zapytał go komisarz policji.
— Spałem panie, jak zwykle.
— O której godzinie poszedłeś spać.
— Około w pół do jedenastej; wieczór byłem tam podle, w kawiarni, z lokajem wielmożnego pana.
— I nie słyszałeś żadnego szelestu tej nocy?
— Nie, a przecież mam sen tak lekki, że jak pan czasem zchodzi do kasy, gdy śpię, budzi mnie odgłos jego kroków.
— Więc pan Fauvel często przychodzi nocą do kasy?
— Przeciwnie, bardzo rzadko.
— Czy zchodził ostatniej nocy?
— Nie panie, jestem najpewniejszy, bom prawie nie zamykał oczu, dzięki kawie, którą piłem z lokajem.
— Dobrze, mój kochany, — rzekł komisarz, — możesz odejść.
Po odejściu Anzelma, Fanferlot prowadził dalej swe poszukiwania. Otworzył drzwi od schodków prowadzących do pomieszkania bankiera.
— Gdzie prowadzą te schodki? — zapytał.
— Do mojego gabinetu, — odpowiedział pan Fauvel.
— Wszak tu mnie wprowadzono gdym przybył, — rzekł komisarz.
— Tak jest.
— Obciąłbym obejrzeć ten gabinet, — oświadczył Fanferlot, muszę zbadać to wejście.
— Nic łatwiejszego, — odparł żywo pan Fauvel; — proszę panów, pójdź i ty, Prosperze.
Osobny gabinet pana Andrzeja Fauvela składa się z dwóch pokojów. Naprzód idzie salon do przyjmowania gości, bardzo bogato przystrojony, za nim pracownia, której całe umeblowanie stanowi ogromne biurko, kilka krzeseł wybitych skórą, a po obu stronach kominka etażerki.
Dwie te komnaty mają troje drzwi: jedne od krytych schodków, drugie prowadzą do sypialni bankiera, trzecie wychodzą do przedsionku, dotykając schodów głównych, i temi to ostatniemi drzwiami wprowadzają się klienci i odwiedzający.
Jednym rzutem oka ogarnął Fanferlot cały inwentarz pracowni. Zachmurzył się, jak człowiek, który spodziewał się znaleźć jakąś wskazówkę, a nie znalazł nic.
— Zobaczymy z drugiej strony.
I w tej chwili przeszedł do salonu gościnnego, za nim postępował bankier z komisarzem.
Prosper pozostał sam w pracowni.
Jakkolwiek straszny panował nieporządek w jego myślach, nie mógł wszakże nie pojmować, że położenie jego pogorszało się co chwila.
Wywołał on dobrowolnie i przyjął walkę z pryncypałem, walka się rozpoczęła, i teraz nie zależało już od jego woli przerwać ją, lub wstrzymać jej następstwa.
Będą więc pasować się bez wytchnienia, używając wszelkiej broni, póki jeden z nich nie padnie, utratą czci płacąc przegranę.
Któż będzie niewinnym w oczach sprawiedliwości?
Niestety! Biedny komisant czuł nierówność sił, pognębiało go to uczucie niższości.
Nigdy, nigdy nie sądził, by jego pryncypał urzeczywistnił swe groźby. Bo przecież w takim procesie, jaki miał nastąpić, pan Fauvel ryzykował tyleż, a stracie mógł daleko więcej niż jego komisant.
Siedząc w krześle przy kominku, zagłębiał się w najczarniejszych myślach, gdy drzwi od sypialni bankiera skrzypnęły.
Młoda, dziwnie piękna dziewica ukazała się w nich.
Była ona wysoka, smagła, a ranny szlafroczek, ściśnięty sznurem jedwabnym w pasie, odznaczał całe bogactwo jej kształtów. Przy ciemnych włosach i oku wielkiem, głębokiem, cera jej była matowa i jednostajna, jak kwiatu białej kamelji. Piękne jej czarne włosy jeszcze nie uporządkowane, wybiegały z pod szyldkretowego grzebienia, który je powstrzymywał, w gęstych zwojach spadające na szyję cudnie utoczoną.
Była to owa siostrzenica pana Andrzeja Fauvela, o której przed chwilą wspomniał Prosperowi: Magdalena.
Spostrzegłszy Prospera w tym gabinecie, w którym prawdopodobnie spodziewała się zastać wuja samego, nie mogła powstrzymać okrzyku zadziwienia.
Prosper zerwał się na to, jakby dotknięty prądem elektrycznym. Oczy jego zupełnie zagasłe, błysnęły natychmiast życiem, jak gdyby spostrzegł posłankę nadziei.
— Magdaleno! — zawołał, — Magdaleno!
Dziewica zarumieniła się jak róża. Chciała odejść, postąpiła nawet krokiem w tył, ale gdy Prosper zbliżył się ku niej, jakieś uczucie silniejsze nad wolę wzięło górę, i podała mu rękę, którą on ujął i ścisnął z poszanowaniem.
Stali tak wobec siebie nieporuszeni, przejęci takiem wzruszeniem, że oboje spuścili głowę, obawiając się spojrzeć sobie w oczy. Mieli sobie tyle do powiedzenia, że nie wiedząc od czego zacząć milczeli.
Nareszcie Magdalena szepnęła zaledwie dosłyszanym głosem:
— To ty, Prosperze, ty!
Wyrazy te przerwały urok. Kasjer wypuścił tę białą rączkę, którą trzymał w dłoni, i odpowiedział tonem pełnym goryczy:
— Tak, to ja, Prosper, towarzysz twych lat dziecinnych, dziś podejrzany, oskarżony o najpodlejszą, o najbezwstydniejszą kradzież; Prosper, którego twój wuj oddał w ręce sprawiedliwości, i który nim ten dzień upłynie, będzie aresztowanym i wtrąconym do więzienia...
Magdalena przeraziła się okropnie, oczy jej błysły głębokiem politowaniem.
— Wielki Boże! — zawołała, — co ty mówisz?
— Jakto, więc pani nic nie wiesz? Czyż ci twoja ciotka i kuzynowie nic nie powiedzieli?
— Nic. Brata mojego zaledwie widziałam dziś rano, a ciotka jest tak cierpiąca, że aż przyszłam zawiadomić wuja. Ależ, na miłość boską, powiedz mi pan, co się stało?
Kasjer zawahał się. Miał może zamiar serce swe otworzyć przed Magdaleną, odsłonić jej najmniejsze myśli, ale jakieś wspomnienie przeszłości, które przebiegło mu po głowie, zmroziło jego zaufanie. Potrząsł smutnie głową i rzekł:
— Dziękuję pani za ten dowód zajęcia, ostatni może, jaki od ciebie otrzymam; ale pozwól mi, że zamilczawszy, oszczędzę ci zmartwienia, a sobie tej boleści, jakiejbym doznać musiał, rumieniąc się przed tobą.
Magdalena przerwała mu gestem rozkazującym.
— Niestety! — odparł kasjer, — dowiesz się pani zbyt wcześnie o mojem nieszczęściu i wstydzie, a wtedy, tak, wtedy radować się będziesz z tego, coś uczyniła!
Ona chciała nalegać; zamiast rozkazywać, prosiła, ale postanowienie Prospera było niezłomne.
— Wuj pani, — dodał, — jest obok wraz z komisarzem i ajentem policyjnym, niebawem wrócą tu; na Boga! oddal się pani, by cię nie zobaczyli...
Mówiąc to odciągał ją ku drzwiom, mimo lekkiego z jej strony oporu, i nareszcie zdołał drzwi za nią zatrzasnąć.
Stało się to w porę, gdyż komisarz z panem Fauvelem wracali. Oglądali oni salon gościnny, badali schody główne i nie mogli słyszeć nic z tego, co działo się w gabinecie.
Ale słyszał za nich Fanfelot.
Ten nieoszacowany wyżeł nie spuszczał z oczu kasjera. Powiedział sobie: On sądzić się będzie samotnym, więc twarz jego mówić będzie, przejmę jaki uśmiech, jakieś mrugnięcie oczu, które mnie oświeci.
Zostawiając więc pana Fauvela i komisarza przy ich zajęciach, wziął się do zamierzonej obserwacji. Widział, jak drzwi się otwierały i jak weszła Magdalena; nie uronił ani jednego poruszenia, ani jednego wyrazu z całej tej raptownej sceny, jaka odbyła się między dziewicą a Prosperem.
Scena ta była wprawdzie nic nie znacząca, z każdego frazesu można było się domyślać jakiejś umyślnej przerwy; ale Fanferlot ma dosyć biegłości, by uzupełnić wszystkie domyślniki.
Dotąd miał tylko podejrzenie; ale było to zawsze podejrzenie, coś, hipoteza, punkt wyjścia.
Zdawało mu się nawet, że w przeszłości tych ludzi, których nie znał, widzi jakiś dramat.
Bo jeżeli komisarz policji jest sceptykiem, ajent policji jest znów dogmatykiem: on wierzy w złe.
— Oto jak się rzecz ma, — pomyślał, — młodzieniec kocha tę pannę, a że przystojny, więc musi być wzajem kochanym. Miłość ta musiała być nie na rękę bankierowi, to łatwo zrozumieć; a nie wiedząc, jakby tu w sposób godziwy pozbyć się niewczesnego oblubieńca, wymyślił to oskarżenie o kradzież, które jest dosyć dowcipnem.
Owoż, w myśli Fanferlota, bankier poprostu okradł się sam, a niewinny kasjer padł ofiarą najbezczelniejszej zasadzki.
Ale to przekonanie ajenta bezpieczeństwa, jak na teraz przynajmniej, nie mogło poprawić interesu Prospera.
Fanferlot ambitny, żądny reputacji adept, był mocno zdecydowany schować swe domysły dla siebie.
— Niech sobie tam drudzy idą gdzie i jak chcą, a ja pójdę w swoją stronę. Później, dzięki nieustannemu śledzeniu, cierpliwym badaniom, zgromadzę żywioły do świetnego wyroku kary, zdemaskuję łotra.
Słowem, był promieniejący. Znalazł nareszcie tę długo poszukiwaną zbrodnię, która miała uczynić go sławnym. Niczego tam nie brakło, ani ohydnych okoliczności, ani tajemnicy, ani żywiołu romantycznego, który uosabiał się w Prosperze i Magdalenie.
Powodzenie było trudnem, prawie niepodobnem, ale Fanferlot, zwany Wiewiórką, pełen jest ufności w siebie i swój śledczy geniusz.
Tymczasem rewizja pierwszego piętra już się skończyła, i wszyscy zeszli do biura Prospera.
Komisarz policji, tak spokojny przy wejściu, chmurniał co raz bardziej. Zbliżała się chwila przedsięwzięcia jakiegoś stanowczego kroku, a on wciąż się wahał, było to widocznem.
— Widzicie panowie sami, — zaczął, — nasze poszukiwania stwierdziły pierwsze nasze mniemanie.
Pan Fauvel i kasjer potwierdzili znakiem.
— A ty, panie Fanferlot, co o tem sądzisz?
Ajent bezpieczeństwa nic nie odpowiedział.
Zajęty studjowaniem przez lupę zamku od skrzyni, dawał on widoczne oznaki zadziwienia. Musiał zapewne wpaść na jakieś nadzwyczajnie ważne odkrycie.
Pod wrażeniem, widocznie podobnej myśli, pan Fauvel, Prosper i komisarz policji powstali żywo i otoczyli ajenta bezpieczeństwa.
— Czy znalazłeś pan jaką wskazówkę? — zapytał bankier.
Fanferlot odwrócił się z miną niezadowoloną. Wyrzucał sobie, że nie umiał dość ukryć swych wrażeń.
— O, — rzekł niedbale, — bardzo to mała rzecz, o której się przekonałem.
— Jednakże chcielibyśmy wiedzieć... — nalegał Prosper.
— Poprostu nabyłem przekonania, że ta skrzynia była bardzo niedawno otwarta, czy zamknięta, tego już nie wiem, ale jedno z dwojga, z pewną gwałtownością i ogromnym pospiechem.
— A to jakim sposobem? — zapytał komisarz policji, który stał się wielce uważnym.
— O, proszę pana, tu na wieku, uważa pan tę rysę, która idzie od zamka?
Komisarz wziął lupę z rąk ajenta, nachylił się, i z kolei zaczął badać skrzynię długo i uważnie. Istotnie dostrzedz można było wybornie lekką rysę, która wydarła warstwę werniksu wzdłuż na dwanaście do piętnastu centymetrów.
— Widzę, — rzekł komisarz, — ale czegoż to dowodzi?
— O! nie dowodzi niczego, — odparł Fanferlot, — właśnie to mówiłem.
Tak, Fanferlot istotnie mówił to, ale myślał co innego.
Ta rysa, świeża bez zaprzeczenia, miała dla niego znaczenie, którego nie odgadywali drudzy, widział on w niej potwierdzenie swych domysłów. Mówił sobie, że kasjer choćby był zabierał miliony, nie miał żadnego powodu spieszyć się. (Wiecej książek É. Gaboriau do pobrania bezpłatnie na Wikiźródłach). Bankier przeciwnie, zchodząc w nocy na kocich łapach, by nie zbudzić śpiącego obok człowieka, idąc dla zabrania własnej swej kasy, miał tysiączne przyczyny drżeć, spieszyć się, wyrywać raptownie klucz, który przesuwając się obok zamka, zadrapał werniks.
Postanowiwszy sam jeden rozmotać zagmatwany kłębek tej sprawy, ajent bezpieczeństwa musiał dla siebie zachować swe wnioski, tak samo, jak zamilczał o podchwyconem widzeniu się Magdaleny z Prosperem.
— Na zakończenie, dodał, — zwracając się do komisarza policji, — oświadczam, że nikt obcy nie mógł tu wejść. Ta kasa jest zresztą dotknięta. Na ruchomych guzikach nie ma śladów żadnego podejrzanego nacisku. Mogę zapewnić, że nie próbowano żadnego wyłamującego narzędzia, wytrycha nie wprowadzano. Ci co ją otworzyli, znali wyraz i mieli klucz.
Tak wyraźne zapewnienie człowieka biegłego położyło koniec wahaniom komisarza policji.
— Tak to rozumiem, — odezwał się, — pozostaje mi tylko prosić pana Fauvela o chwilę rozmowy.
— Jestem na pańskie rozkazy, — odpowiedział bankier.
Prosper zrozumiał; położył z afektacją kapelusz swój na stole, jawnie, jakby dla pokazania, że nie ma zamiaru oddalać się, i przeszedł do innego biura.
Fanferlot również wyszedł; ale komisarz miał czas dać mu znak niewidzialny dla innych, na który tamten odpowiedział.
Znak ten wyrażał: Odpowiadasz mi za tego człowieka.
Ajent bezpieczeństwa nie potrzebował bynajmniej tej zachęty, by uważać pilnie. Podejrzenie jego zbyt było nieokreślone, a chęć powodzenia tak wielką, że nie mógł tracić ani na chwilę z oczu Prospera i zaprzestać go badać.
Dla tego też wszedłszy do biura tuż za kasjerem, usiadł w głębi, w cieniu na ławeczce, zdawał się wyczekiwać wygodnej pozycji, odwracał się w tę i ową stronę, ziewał aż do rozwalenia szczęk, i nakoniec zamknął oczy.
Prosper zaś usiadł przed biurkiem jednego z nieobecnych chwilowo kolegów. Inni płonęli chęcią dowiedzenia się o rezultacie ogólnej rewizji, najwyższa ciekawość błyszczała w ich oczach, pytać jednak nie śmieli.
Nie mogąc wszakże wytrzymać, młody Cavaillon, obrońca kasjera, zarezykował.
— I cóż? — zapytał.
Prosper ruszył ramionami.
— Nic nie wiadomo, — odpowiedział.
Byłaż to pewność niewinności, przekonanie o bezkarności, niedbałość o skutki? Ale komisanci zauważyli nie bez głębokiego zdumienia, że kasjer wrócił do swej dawnej postawy, do tej jakiejś lodowatej wyższości, która trzyma ludzi w pewnym odstępie, i która narobiła mu tylu nieprzyjaciół w domu.
Z całego wzruszenia tak wielkiego przed chwilą, że aż litość brała, nie pozostało na nim żadnych innych śladów, tylko większa bladość, ciemniejszy obwód koło zaczerwienionych oczu, i bezład włosów jeszcze wilgotnych z potu przerażenia.
Nigdyby obcy człowiek wchodząc nie przypuścił, że ten młodzieniec, który tam siedzi, bawiąc się machinalnie ołówkiem, zostaje pod grozą oskarżenia o kradzież, i ma być za chwilę aresztowanym.
Wkrótce jednak przestał bawić się ołówkiem; przysunął ćwiartkę papieru i spiesznie skreślił na niej kilka wierszy.
— Aha! — pomyślał Fanferlot, zwany „Wiewiórką,“ którego wzrok i słuch funkcjonowały cudownie, mimo snu głębokiego; — aha! spisują się poufne zwierzenia; dowiemy się przecież czegoś pewniejszego.
Napisawszy ten krótki list, Prosper złożył go starannie, redukując go do najdrobniejszej objętości, i ukradkiem rzuciwszy okiem na ajenta bezpieczeństwa, który wciąż w swoim kącie spał nieporuszony, rzucił go Cavaillonowi z tym jednym wyrazem!
— Gypsy!
Wszystko to wykonane było z tak zimną krwią, tak spiesznie i z tak rzadką zręcznością, że Fanferlot, sam znawca i zwolennik, wpadł w podziwienie, zmięszał się, a nawet zaniepokoił.
— Do djabła! — pomyślał, — jak na niewinnego, to ten mój młodzieniaszek ma więcej szyku i wprawy, niż niejeden z moich starych klientów. Co to może edukacja!
Tak jest; winny czy niewinny, Prosper musiał być obdarzony potężną energją, by udawać ten niezamącony spokój i zachować taką przytomność umysłu; bo zkądinąd, w tej chwili los jego, przyszłość, cześć, życie nawet stało w zawieszeniu. A on miał lat trzydzieści!...
Przed przystąpieniem do działania, czy to w skutek bardzo naturalnych względów, czy w nadziei wydobycia jakiegoś światełka w poufalszej rozmowie, komisarz policji uznał za rzecz konieczną uprzedzić bankiera.
— Wątpliwości już nie może być żadnej, — rzekł skoro zostali sami, — ten młodzieniec okradł pana. Uchybiłbym moim obowiązkom, gdybym się tymczasem nie upewnił co do jego osoby; sąd albo go później wypuści, albo zatrzyma nadal w więzieniu.
Oświadczenie to nadzwyczajnie wzruszyło bankiera.
— Biedny Prosper! — szepnął z westchnieniem.
A widząc zdziwienie komisarza, dodał:
— Dotąd miałem najzupełniejszą wiarę w jego uczciwość; byłbym mu bez wahania powierzył cały majątek. Padałem prawie na kolana, by z niego wydobyć przyznanie się do chwilowego obłąkania, obiecując mu, że przebaczę i zapomnę: nie mogłem go poruszyć. Kochałem go, i teraz nawet mimo kłopotów i upokorzeń, jakie przewiduję, nie mogę go nienawidzieć.
Komisarz zdawał się nie rozumieć.
— Jakto, upokorzeń? — zapytał.
— Panie, — wtrącił żywo bankier, — czyż sprawiedliwość nie powinna być i nie jest jedną dla wszystkich? Że ja jestem naczelnikiem domu, a on tylko komisantem, czyż idzie zatem, aby mnie zawierzono na słowo? Czemużbym ja sam nie miał się okraść? Znamy podobne przykłady. Żądają odemnie wskazania faktów; obowiązany będę przedstawić sędziemu dokładnie położenie mojego domu, wyjaśnić stan interesów, odsłonić tajemnicę i mechanizm moich działań.
— Być może, w samej rzeczy zażądają od pana pewnych wyjaśnień, ale znana powszechnie zacność pańska...
— Przebóg! ależ i on był zacnym młodzieńcem. Na kogoż padłoby podejrzenie, gdybym ja nie mógł był istotnie dziś zrealizować tej sumy, gdyby na szczęście majątek mój nie przenosił pasywów przynajmniej o trzy miljony?...
Dla każdego człowieka z sercem sama myśl, możliwość, pozór podejrzenia, jest okropnem cierpieniem; bankier cierpiał, komisarz postrzegł to.
— Bądź pan spokojny, — powiedział, — przed tygodniem sprawiedliwość zgromadzi dostateczne dowody dla uzasadnienia winy tego nieszczęsnego, którego teraz możemy już przywołać.
Prosper wezwany, wrócił z Fanferlotem, którego zaledwie zbudzono; bez żadnego drżenia, ze wszystkiemi pozorami najzupełniejszej nieczułości usłyszał zawiadomienie, że jest aresztowany.
Odpowiedział wprost bez żadnej przesady:
— Przysięgam, że jestem niewinny!
Pan Fauvel daleko więcej zmięszany niż jego kasjer, próbował jeszcze raz.
— Czas jeszcze, moje dziecko! — zawołał, — w imię Boga, rozmyśl się!...
Prosper jakby go nie słyszał. Wydobył z kieszeni klucz, który położył na kominku.
— Oto jest, panie, klucz od kasy. Mam nadzieję, że kiedyś przekonasz się pan, iż nic ci nie wziąłem; bodajby to pańskie przekonanie nie przyszło zapóżno.
Następnie gdy wszyscy milczeli, dodał:
— Nim odejdę, zdaję tu książki, papiery, rachunki temu, który mnie będzie zastępował. Winienem panu nadto oświadczyć, że prócz skradzionych 350.000 franków, zostawiam w kasie deficyt.
Deficyt!... Okropne to słowo w ustach kasjera, rozbiło się jak petarda w uszach słuchających Prospera.
Oświadczenie jego wreszcie musiało być rozmaicie zrozumiane.
— Deficyt! — pomyślał komisarz policji, — jakżeż tu po tem wszystkiem wątpić jeszcze o postępku tego młodzieńca? Nim okradł kasę na grubo, zasilał się tymczasem drobnemi nadużyciami.
— Deficyt! — pomyślał ajent bezpieczeństwa, — toż możnaby przysiądz za niewinność tego chłopca. Gdyby się dopuścił kradzieży, toż dla uniknienia posądzeń, przedewszystkiem zwróciłby drobiazgi, które sobie poprzednio przywłaszczył.
Objaśnienie jakie dał Prosper, znacznie zmodyfikowało ważność i znaczenie tego faktu.
— Brak w mojej kasie trzech tysięcy pięćset franków, — ciągnął dalej, — które tak oto się rozkładają: dwa tysiące wziąłem ja sam na rachunek mej pensji, tysiąc pięćset forszusowałem kolegom. Dziś mamy ostatni dzień miesiąca, jutro ma się wypłacać pensja, a zatem...
— Byłeś pan upoważniony, — zapytał surowo komisarz, — do czerpania z kasy w miarę swych potrzeb i forszusowania kolegom?
— Nie, ale jest niezawodna, że pan Fauvel nie byłby mi odmówił pozwolenia do zobowiązania kolegów. To co uczyniłem praktykuje się wszędzie; poszedłem poprostu za przykładem mojego poprzednika.
Bankier aprobował gestem.
— Co się tyczy mojej osoby, — mówił dalej kasjer, — miałem poniekąd prawo, które sobie sam przypisałem, gdyż wszystkie moje oszczędności, to jest około piętnastu tysięcy franków, złożyłem w domu tutejszym.
— Tak jest rzeczywiście, — potwierdził bankier. — Pan Bertomy ma u mnie co najmniej taką sumę.
Po załatwieniu tego ostatniego szczegółu, komisarz uważał misję swą za skończoną, na tem też protokół zamknięto. Oświadczył więc, że odchodzi, i rozkazał kasjerowi udać się za sobą.
Chwila ta, w której wybucha brutalna rzeczywistość, w której człowiek czuje, że przestaje należeć do siebie, że utrącą wolność, jest chwilą okropną!
Na to straszne wezwanie: „Proszę z sobą!“ które otwiera niejako mury więzienne, najzimniejsi i najtwardsi słabną, zalewają się łzami, żebrzą łaski.
Prosper nie utracił nic z tej wystudjowanej obojętności, która komisarzowi policji wydała się nadzwyczajną bezczelnością.
Zwolna, tak spokojnie i swobodnie, jak gdyby chodziło o jakie śniadanie w mieście, wziął na siebie paletot, poprawił włosy, włożył rękawiczki i rzekł:
— Jestem gotów iść z panem.
Komisarz policji zamknął portfel i skłonił się panu Fauvelowi.
— Chodźmy! — rzekł.
I wyszedł, a bankier za oddalającymi się spoglądał w ponurym smutku, z oczyma mokremi od łez, które zaledwie wstrzymywał.
— O mój Boże! — szepnął, — czemuż mi nie skradziono dwa razy tyle, i czemuż nie wolno mi szanować jeszcze mojego biednego Prospera i mieć go przy sobie jak dawniej!
Fanferlot, człowiek wiecznie otwartego ucha, posłyszał i zanotował sobie ten frazes, a łatwy do podejrzeń, zbyt skłonny do przypisywania bliźnim zapasu chytrości równego swemu, nie wahał się mniemać, że frazes ten wymierzony był na jego intencję.
Pozostał ostatni w biurze pod pozorem odszukania parasola, którego nie wziął z sobą, i odchodził z wyrachowaną powolnością, powtarzając kilkakrotnie, że wróci dowiedzieć się, czy odszukano parasol.
Z porządku rzeczy do niego należało mieć baczność na Prospera i odprowadzić go; ale w chwili odejścia, zbliżył się do komisarza policji, i dla dobra sprawy zażądał i otrzymał pozwolenie swobodnego działania.
Bilet napisany przez Prospera, ten bilet, który czuł w kieszeni Cavaillona, chodził mu po głowie. Nawet gdy z ogólnej kancelarji wrócił do kasy, pozostawił drzwi niedomknięte, końcem oka dawał baczność i gotów był rzucić się za najmniejszem poruszeniem młodego komisanta.
Dostać ten dowód pisany, który musiał być ważnym, zdawać się mogło rzeczą nader łatwą. A jaki na to sposób? Poprostu aresztować Cavaillona, zastraszyć go, kazać mu oddać bilet, a w ostatnim razie wydrzeć mu go. Ajent bezpieczeństwa przez chwilę myślał tak postąpić.
Tak; ale do czego prowadzi ten wybuch? Do niczego, a przynajmniej rezultat byłby niezupełny i wątpliwy.
Fanferlot był pewny, że ten bilet przeznaczonym był nie dla młodego komisanta, ale dla osoby trzeciej. Czyż Cavaillon pod naciskiem da poznać tę osobę, która mogła wcale nie nazywać się tak, jak wymówił kasjer: Gypsy? A w najlepszym razie, gdyby coś i mówił, czy mówiłby prawdę?
Po dojrzałym namyśle, ajent bezpieczeństwa w swej policyjnej mądrości postanowił, że byłoby dzieciństwem zdobywać tajemnicę, którą można przejąć. Uważać na Cavaillona, śledzić go, schwytać na gorącym uczynku, tak, by się nie mógł wyprzeć, było to igraszką.
Przy tem postępowanie takie odpowiadało więcej charakterowi urzędnika z ulicy Jerozolimskiej, który jest łagodnym i cichym z natury, a z profesji nie lubi hałasu, wrzawy, wybuchu, wszystkiego słowem, co zakrawa na gwałt.
Fanferlot wyszedł do przedsionka z gotowym już zamiarem. Tam wybadał zręcznie woźnego, zadał mu kilka na pozór mało znaczących pytań, po których nabył pewności, że dom pana Fauvela nie ma wyjścia na ulicy Victoria, i że komisanci wchodzą i wychodzą bramą od ulicy Provence. Odtąd zadanie, które powziął, nie przedstawiało już żadnej trudności. Szybko przeszedł na drugą stronę ulicy i stanął na przeciwko bramy.
Wyborne to było miejsce do robienia obserwacji. Widział ztąd nie tylko wchodzących i wychodzących z domu bankiera, ale mając dolne okno przed sobą, mógł stanąwszy na palcach, dojrzeć Cavaillona pochylonego nad biurkiem.
Długi czas zostawał w bramie. Lecz ileż-to razy cierpliwemu Fanferlowi zdarzyło się dla mniej ważnej sprawy stać na czatach dnie i noce?
Przy tem wcale się nie nudził. Zgłębiał wartość swoich odkryć, szanował je i jak owa wieśniaczka z garnkiem mleka na sprzedaż, budował świetną przyszłość dla siebie na fundamentach tego planu.
Nareszcie około pierwszej godziny, ajent bezpieczeństwa ujrzał, jak Cavaillon wstał, przebrał się do wyjścia w miasto i wziął za kapelusz.
— Wybornie! — rzekł, — nasz Merkury wychodzi: baczność!
W rzeczy samej, w chwilę potem Cavaillon zjawił się w bramie domu. Zanim wyszedł, spojrzał na prawo i na lewo; zawahał się.
— Czyżby się czego obawiał? — pomyślał Fanferlot.
Tak nie było. Młody komisant mając interes do załatwienia, a nie chcąc, aby jego nieobecność była postrzeżoną, namyślał się jaką drogę wybrać, żeby się sprawić jak najkrócej.
Zdecydował się nareszcie. Poszedł na przedmieście Montmartre, ztamtąd na ulicę Notre-Dame-de-Lorette. Szedł prędko nie troszcząc się wcale co o nim powiedzą potrącani przechodnie; ajent bezpieczeństwa z trudnością za nim zdążał.
Gdy już był na ulicy Chaptal, Cavaillon zatrzymał się i wszedł do domu pod 1. 39.
Zaledwie zrobił parę kroków w korytarzu, poczuł się schwyconym za ramię, a odwróciwszy się raptem, spotkał się z Fanferlotem oko w oko.
Poznał go natychmiast, zbladł, cofnął się, szukając oczami miejsca do ucieczki.
Lecz ajent bezpieczeństwa przewidział to; zagrodził mu sobą odwrót. Cavaillon czuł się schwytanym.
— Czego pan chcesz odemnie? — zawołał drżącym ze strachu głosem.
Co najwięcej Fanferlota, zwanego Wiewiórką, odznacza pośród kolegów, to jego nadzwyczajna łagodność i uprzejmość.
Nawet ze swymi klientami jest grzecznym, traktuje ich z największą oględnością, zachowując wszystkie drobiazgowe formy przyzwoitości nawet wtedy, gdy ich chwyta i wiąże.
— Chciej pan, — rzekł, — wybaczyć mojej śmiałości, że się łaskawego pana zapytam o pewne maleńkie objaśnienie....
— Mnie o objaśnienie?
— Tak jest, kochany panie, pana Eugeniusza Cavaillon.
— Ależ ja pana nie znam.
— Oh! przeciwnie; widziałeś mnie pan dziś rano. Idzie tu zresztą o małą drobnostkę, może pan zechcesz podać mi rękę i wyjść na chwilę ze mną, za co panu będę mocno obowiązany.
Cóż było robić? Cavaillon podał mu rękę i wyszli razem.
Ulica Chaptal nie jest jedną z tych dróg hałaśliwych i pełnych ruchu, gdzie powozy stanowią dla pieszych ustawiczne niebezpieczeństwo. Jest tam kilka tylko sklepów, a od rogu ulicy Fontaine, zajętej przez aptekę, aż do ulicy Leonie ciągnie się długi mur przebity tu i owdzie maleńkiemi okienkami oświetlającemi pracownie stolarskie.
Jest to jedna z tych ulic, na których rozmawiać można swobodnie, nie zstępując co chwila z chodnika; więc Fanferlot i Cavaillon mogli swobodnie prowadzić dyskurs.
— Rzecz chodzi o to, kochany panie, — rzekł ajent bezpieczeństwa: — pan Prosper Bertomy rzucił panu dziś rano bardzo zręcznie bilecik.
Cavaillon przeczuwał, że będzie badany o ten bilecik; usiłował więc przygotować się i mieć się na baczności.
— Mylisz się pan, — odrzekł czerwieniejąc po same uszy.
— Przepraszam! przykroby mi było to udowadniać panu, ale ja zwykle pewien jestem tego, co mówię.
— Zapewniam pana, że Prosper nic mi nie dał.
— Bądź pan łaskaw nie zaprzeczać, — nalegał Fanferlot. Zmuszasz mnie do przekonania cię, iż czterej koledzy widzieli, jak Prosper rzucił ci bilecik napisany ołówkiem, bardzo drobno zwinięty.
Młody komisant zrozumiał, iż na nicby się nie zdało stawiać zaprzeczenie człowiekowi tak doskonale świadomemu; zmienił wiec system.
— Niech i tak będzie, — rzekł, — odebrałem bilet od Prospera, ale że on był pisany do mnie samego, więc po przeczytaniu podarłem go i szczątki rzuciłem w ogień.
Mogło to być prawdą. Obawiał się tego Fanferlot, ale zkąd pewność? Przypomniał sobie, że najprostsze podstępy są częstokroć najskuteczniejsze, ufny więc w swą szczęśliwą gwiazdę, rzekł na wszelki wypadek:
— Pozwolę sobie zwrócić pana uwagę, że w tem jest niedokładność bilet ten został ci powierzonym dla wręczenia go osobie Gypsy.
Rozpaczliwy gest Cavaillona dał znać ajentowi, że się nie myli; odetchnął.
— Przysięgam panu... — począł młodzieniec.
— Nie przysięgaj pan, — przerwał Fanferlot, — przysięgi wszelkie na nic się nie zdały. Pan nie tylko, że nie podarłeś tego biletu, ale wszedłeś do tego domu, by go oddać komu należy i masz go w kieszeni.
— Nie, panie, nie!...
Fanferlot nie zważając na zaprzeczenie, mówił dalej słodkim głosem:
— I będziesz tyle uprzejmym, że pokażesz mi ten bilet, mam mocne przekonanie... Wierz mi pan, że gdyby nie gwałtowna konieczność...
— Nigdy! — odparł Cavaillon.
A sądząc, że nadeszła właściwa chwila, szarpnął się, by wyrwać ramię z pod rąk Fanferlota i uciec.
Ale pokuszenie było daremne. Fanferlot jest równie silny jak słodki.
— Ostrożnie, byś sobie krzywdy nie zrobił, mój młody panie, — rzekł urzędnik prefektury, — wierzaj mi, pokaz ten bilet.
— Nie mam go!
— Cóż robić! Zmuszasz mnie do przykrych ostateczności. Czy wiesz co nastąpi w skutek twego uporu? Zawołam dwóch policjantów, którzy wezmą cię pod ręce i zaprowadzą do komisarza policji, a tam będzie mi bardzo bolesno zrewidować cię mimo woli. Wierzaj mi pan, sprawisz mi tem zmartwienie.
Cayaillon był szczerze oddany Prosperowi, ale widział jak na dłoni, ze upór nie doprowadzi do niczego, że nie będzie miał nawet czasu zniszczyć corpus delicti.
Oddać bilet w takim razie nie było zdradą; zrezygnował się więc, przeklinając swą bezwładność, płacząc prawie z gniewu.
— Pan masz przewagę siły, ustępuję ci, — rzekł smutno.
W tej samej chwili wydobył z pugilaresa nieszczęsny bilet i oddał go ajentowi.
Ręce Fanferlota drżały z radości gdy odwijał papier; jednakże wierny swym obyczajom drobiazgowej grzeczności, po otwarciu listu skłonił się Cavaillonowi, mówiąc:
— Pozwolisz pan, nieprawdaż? Przykro mi, że jestem niedyskretny.
Nareszcie zaczął czytać:

„Kochana Nino!

„Jeżeli mnie kochasz, to natychmiast, bez chwili namysłu, uczyń to o co cię proszę. Gdy odbierzesz ten list, zabierz wszystko co w domu jest twoją własnością — co się zowie wszystko — i umieść się w jakim lokalu umeblowanym na drugim końcu Paryża. Nie pokazuj się, kryj się jak możesz. Od twego posłuszeństwa może życie moje zawisło. Jestem oskarżony o znaczną kradzież, mam być aresztowanym. W kantorku powinno być około pięćset franków, weź je. Zostaw swój adres Cavaillonowi, który wytłumaczy ci to, czego ja ci powiedzieć nie mogę. Bądź dobrej myśli; do widzenia wkrótce.

Prosper.“

Gdyby Cavaillon był mniej przerażony, byłby mógł dostrzedz na twarzy ajenta bezpieczeństwa wszystkie oznaki rozczarowania.
Fanferlot łudził się nadzieją, że dostanie do rąk jaki ważny dokument, a kto wie, może nawet dowód niezbity niewinności lub winy Prospera. Natomiast otrzymał bilecik miłosny człowieka, który mniej zajmuje się sobą, niż ukochaną kobietą.
Daremnie łamał sobie głowę, nie znajdował w tym liście nic stanowczego, nic, z czegoby wyprowadzić można jakiś wniosek, nie dowodził on niczego, ani za, ani przeciw temu, kto go pisał.
Wyrazy, „co się zwie wszystko,“ były wprawdzie podkreślone, ale można je było tłumaczyć w wieloraki sposób!...
Z tem wszystkiem ajent bezpieczeństwa uznał za właściwe zapytać:
— Ta panna Nina Gypsy, to zapewne przyjaciółka pana Bertomy?
— Tak.
— Aha! i ona mieszka tam pod 1. 39?
— Wiesz pan o tem dobrze, skoro widziałeś mnie tam wchodzącego.
— Rzeczywiście, domyślałem się, kochany panie. A powiedz mi też, czy mieszkanie wynajęte jest na jej imię?
— Nie, na imię Prospera.
— Wybornie! A na którem piętrze, jeśli łaska?
— Na pierwszem.
Fanferlot złożył starannie bilecik napowrót i schował go do kieszeni.
— Stokrotne dzięki panu, — rzekł, — za jego objaśnienie; nawzajem, jeżeli pan chcesz, mogę mu oszczędzić drogi do niej.
— Panie...
— Tak jest; za pozwoleniem pańskiem ja sam oddam ten bilecik pannie Ninie Gypsy.
Cavaillon próbował uporu, chciał dysputować, ale Fanferlot spieszył się, przerwał więc jego obserwacje, mówiąc:
— Ośmielam się dać panu jedną radę, która zdaje mi się dobrą. Gdybym był na pańskiem miejscu, wróciłbym spokojnie do biura i nie mięszałbym się nic, zgoła nic do tej sprawy.
— Ależ panie, Prosper był moim protektorem, wydobył mnie z nędzy, on jest moim przyjacielem.
— Tem bardziej powinieneś pan być spokojnym, Czy możesz mu usłużyć? Nie, wszak prawda? Owoż powiem panu, że możesz mu szkodzić. Wiadomo, że pan masz z nim zażyłe stosunki, czyż kto nie zauważy pańskiej nieobecności? Jak pan się będziesz ruszał i próbował środków, które do niczego nie doprowadzą, czy to nie będzie wytłumaczone na szkodę?
— Panie, Prosper jest niewinny, mam najświętsze przekonanie.
Takie było właśnie zdanie i Fanferlota, ale nie chciał wydawać się ze swą tajemną myślą; jednak dla przyszłych swych poszukiwań musiał wmówić w młodego komisanta największą roztropność i dyskrecję. Chciałby go prosić, aby zamilczał o tem co zaszło między nimi, ale nie śmiał.
— To co pan mówisz, jest bardzo prawdopodobne, i życzę tego panu Bertomy, jak również i panu; bo gdyby on okazał się winnym, toby i pana niepokojono, bo byliście w zażyłości koleżeńskiej, a kto wie, możeby pana posądzono i o udział w przestępstwie.
Cavaillon spuścił głowę; był przybity.
— Tak panie, wierzaj mi, — ciągnął dalej Fanferlot, — wracaj do swoich czynności... A mnie niech będzie wolno pożegnać pana.
Biedny chłopiec usłuchał. Wolnym krokiem, z węzbranem sercem wszedł na ulicę Notre-Dame-de-Loretto. Pytał sam siebie, co może zrobić dla Prospera, jak ma uprzedzić Gypsy; a przedewszystkiem jak się pomścić na szkaradnym ajencie, który go tak okropnie poniżył.
Jak tylko Cavaillon znikł na zakręcie ulicy, Fanferlot wszedł do domu, oznajmił odźwiernemu, że ma interes do pana Prospera Bertomy, wszedł na piętro i zadzwonił.
Służący, chłopiec mniej więcej piętnastoletni, w wykwintnej liberji, otworzył drzwi.
— Panna Nina Gypsy? — zapytał?
Mały groom zawahał się; co widząc Fanferlot, pokazał list.
— Polecił mi pan Bertomy oddać ten bilet pani i czekać na jej odpowiedź.
— To wejdź pan, uprzedzę panią.
Imię Bertomy sprawiło skutek, Fanferlot wprowadzonym został do małego saloniku elegancko urządzonego. Potrójne firanki wisiały u okien, portiery u wszystkich drzwi. Świetny dywan zaścielał posadzkę.
— Proszę, — pomyślał ajent bezpieczeństwa, — nasz kasjer pięknie sobie mieszka.
Ale nie miał czasu rozpatrywać się w całym inwentarzu; jedna z portier uchyliła się, i weszła Nina Gypsy.
Jest to, a raczej była podówczas bardzo młoda niewiasta, delikatna, brunetka, a raczej śniada jak kwarteronka z Hawanny; a ręce i nóżki były jak u dziecka.
Długie rzęsy jedwabne przyciemniały zbyt żywy blask jej czarnych, wielkich oczu; wargi jej nieco grube, uśmiechały się po nad zębami bielszemi niż kocie, a były to zęby cienkie, świecące, perliste i tak ostre, że mogłyby zgruchotać dziesięć tęgich sukcesji.
Nie była jeszcze zupełnie ubrana, zarzuciła tylko od zimna szeroki kaftan aksamitny, którego otworami sypały się fale koronek przyczepionych do rannego ubrania. Ale wyszła już z pod ręki fryzjera lub zręcznej pokojówki. Włosy jej były skędzierzone na przodzie około czoła, spięte wstążeczkami z czerwonego aksamitu i zarzucone w wysoki pęk na wierzch głowy ku szyi.
Była w tem ubraniu prześliczną, piękność jej zuchwała i wyzywająca zmięszała i olśniła zrazu Fanferlota.
— Daj go katu! — pomyślał, przypomniawszy sobie szlachetną i surową piękność Magdaleny, którą widział przed kilką godzinami, — nasz kasjer ma dobry gust... ma dobry gust.
Gdy tak rozmyślał łamiąc sobie głowę od czego zacząć, Gypsy mierzyła go pogardliwym wzrokiem, zdumiała, że widzi w swym salonie obdartego niezgrabę, z kapeluszem pogiętym i otłuszczonym.
Mając wierzycieli, szukała w pamięci, który z nich może mieć tak podrzędną powierzchowność, albo przynajmniej który z nich pozwala sobie przysyłać jakiegoś chłystka, co śmie zabłocone obuwie ocierać o szlachetną wełnę jej dywanów.
Po takim egzaminie:
— Czego pan żądasz? — zapytała nakoniec zmuszając powieki do mrugnięcia najbardziej impertynenckiego.
Kto inny na miejscu Fanferlota byłby do głębi oburzony tem spojrzeniem i tym tonem; on zaś tyle tylko zwrócił uwagi, ile mu było potrzeba do schwycenia kilka rysów charakteru młodej niewiasty.
— Ona wcale nie jest dobrą, nie! — pomyślał, — i bez najmniejszego wychowania.
Spóźnił się z odpowiedzią, pani Nina tupnęła nogą niecierpliwie.
— Mówże pan, — powtórzyła, — czego chcesz?
— Polecono mi, szanowna pani, — rzekł najsłabszym i najuprzejmiejszym głosem, — oddać ci bilecik od pana Bertomy.
— Od Prospera!... Więc go pan znasz?
— Mam zaszczyt, a nawet, jeśli mi wolno tak się wyrazić, jestem jego przyjacielem.
— Panie!... — syknęła Gypsy, urażona w miłości własnej.
Fanferlot nie raczył zwrócić uwagi na ten obrażający wykrzyknik. On jest dumny; pogarda spływa po nim jak deszcz po tłustym kirysie.
— Jestem jego przyjacielem, — powtórzył, — a pewien jestem, że dziś mało ludzi odważyłoby się głośno przyjaźń swą ku niemu wyjawić.
Ajent bezpieczeństwa wyrażał się z tak mocnem przekonaniem, że uderzyło panią Gypsy.
— Nigdy nie umiałam rozwiązywać zagadek, — rzekła sucho, — racz mi pan wytłumaczyć co to znaczy?
Urzędnik prefektury wydobył zwolna z kieszeni list odebrany Cavaillonowi, i podając go Ninie, rzekł:
— Czytaj pani.
Oczywiście, nie przewidywała ona nic smutnego. Chociaż wzrok miała najwyborniejszy, ale rozwijając list, włożyła na nos śliczny binokl.
Jednym rzutem oka przeczytała cała treść.
Zrazu zbladła, potem zaczerwieniła się, dreszcz nerwowy przebiegł ją od stóp do głowy; nogi zachwiały się pod nią. Fanferlot sądząc, że upadnie, wyciagnął ręce, by ją podtrzymać.
Zbytek ostrożności! Gypsy była jedną z tych kobiet, których leniwa opieszałość zakrywa szatańską energie; są to kruche istoty, których siła oporu nie ma granic; są to kotki delikatnością i wdziękiem, kotki mianowicie nerwami i tęgością muskułów.
Zawrót sprawiony uderzeniem maczugi trwał tyle co błyskawica. Zachwiała się, ale nie upadła. Powstała silniejszą, porwała za rękę ajenta prefektury, i drobną swą rączką ściskając mu ją do złamania kości.
— Wytłumacz się pan! — zawołała, — co to ma znaczyć? Pan wiesz, co mi ten list oznajmia?
Jakkolwiek odważny, jakkolwiek codzień staje w oczy łotrom najniebezpieczniejszym, Fanferlot prawie uląkł się gniewu Niny.
— Niestety! — wyjąknął.
— Prosper ma być aresztowany, oskarżają go o kradzież?...
— Tak; utrzymują, że wziął z kasy 350.000 franków.
— To niepodobna! — zawołała młoda kobieta, — to potwarz, głupstwo!
Puściła rękę Fanferlota, a gniew jej podobny do złości zepsutego dziecka, rozpryskiwał się w gorączkowych gestach. Zapomniała o pięknym kaftanie aksamitnym i wspaniałych koronkach, które darłaby niemiłosiernie.
— Prosper miałby popełnić kradzież — mówiła, nie; to byłoby zbyt głupio! Po co on miałby kraść? Czyż on nie posiada ogromnego majątku?...
— Kiedyż właśnie, piękna damo. — odparł Fanterlot, utrzymują, że pan Bertomy nie jest bogatym, że nie ma na życie nic, prócz pobieranej pensji.
Odpowiedź ta zdawała się mieszać wszystkie myśli Niny.
— Jednakże, — rzekła, — widziałam zawsze dużo pieniędzy. Jeśli nie jest bogatym... to...
Nie śmiała skończyć, ale oczy jej spotkały się ze wzrokiem Fanferlota; zrozumieli się.
Spojrzenie Gypsy zdawało się mówić:
— To on musiał chyba kraść dla mnie, dla mojego zbytku, dla moich zachceń?
— Być może... — odpowiedział wzrok Fanferlota.
Ale w dziesięć sekund wróciła młodej kobiecie pierwotna rozwaga. Pierzchło zwątpienie, które na chwilę umysł jej skrzydłem swem dotknęło.
— Nie! — zawołała. — Na nieszczęście Prosper nigdyby nic dla mnie nie ukradł. Można to pojąć, by kasjer czerpał pełną ręką z kasy powierzonej jego czci, dla kobiety, którą kocha; ale Prosper nie kochał mnie, nie kochał mnie nigdy!
— Ach! piękna pani! — protestował grzeczny i uprzejmy Fanferlot, — pani nie myślisz tego co mówisz.
Nina smutnie potrząsła głową; łza z trudnością powstrzymywana, zasłoniła połysk jej pięknych oczu.
— Tak myślę, — odpowiedziała, i tak jest. On gotów biedz w ślad za mojemi fantazjami, powiesz pan? To niczego nie dowodzi. Kiedy powiadam, że mnie nie kocha, jestem o tem głęboko przekonana, oh! znam ja się na tem. Raz tylko w życiu kochana byłam przez człowieka z sercem, i to co cierpię od roku, uczy mnie pojmować, jak go nieszczęśliwym uczyniłam. Ja niczem nie jestem w życiu Prospera, zaledwie przygodą...
— Więc dla czego...
— A tak! — przerwała Gypsy, — dla czego? Będziesz pan bardzo rozumny, jeśli mi na to odpowiesz. Rok już jak napróżno szukam odpowiedzi na to straszne dla mnie zapytanie, a jestem przecie kobietą!.. Ale chciejże pan odgadnąć myśl człowieka tak panującego nad sobą, że z tego co mu się dzieje w sercu, nic nie wybłyska na oko. Badałam go jak tylko kobieta może badać mężczyznę, od którego los jej zawisł; daremne usiłowanie! On jest dobry, miły, ale żadnego doń przystępu. Myślałby kto, że jest słaby, nieprawda. Ten człowiek o płowych włosach, to pręt stalowy umalowany na trzcinę.
Uniesiona gwałtownością swych uczuć, Nina odkrywała całe wnętrze swej duszy. Nie taiła się przed człowiekiem nieznajomym wprawdzie, ale który uchodził w jej mniemaniu za przyjaciela Prospera.
Fanferlot radował się wewnętrznie ze swego powodzenia i zręczności. Trzeba tylko kobiety na to, by odmalować portret wiarogodny. W jednej chwili egzaltacji ona dała mu najszacowniejsze objaśnienie, wiedział teraz z kim ma do czynienia, co przy śledztwie jest głównym warunkiem.
— Ale powiadają, — wtrącił, — że pan Bertomy lubi grać w karty, a gra prowadzi daleko.
Gypsy ruszyła ramionami.
— Prawda, on gra, — odpowiedziała. — Widziałam, jak bez najmniejszego wzruszenia wygrywał i przegrywał znaczne sumy. On gra, ale nie jest szulerem. On gra, ale tak samo jak chodzi na kolacje, jak się upija, jak wyprawia różne szaleństwa; bez pociągu, bez namiętności, bez upodobania. On mnie czasami przeraża; zdaje mi się, że on włóczy ciało w którem duszy już nie ma. O, nie jestem ja szczęśliwa, bądź pan pewien. Ja widziałam w nim zawsze tylko głęboką obojętność, tak wielką, że często ona zakrawała na rozpacz. I czyż ten człowiek dopuściłby się kradzieży! Co znowu! Wiesz pan co, nikt mi nie wybije z głowy, że w życiu tego człowieka musi być coś strasznego, jakieś wielkie nieszczęście, nie wiem co, ale jest coś.
— I nigdy nie wspomniał pani o swojej przeszłości.
— On?.. Czyż pan nie słyszałeś com powiedziała? Wszak mówię panu, że on mnie nie kocha!
Nina potroszę rozczuliła się. Płacz ją zdjął, i łzy obfite spływały w cichości po jej licu.
Była to tylko chwila rozpaczy. Niebawem podniosła się na duchu, pod wpływem najszlachetniejszych przedsięwzięć.
— Ale ja go kocham, ja! — zawołała, — i moją rzeczą uratować go. Ach! rozmówię się z jego pryncypałem, tym nędznikiem, który śmie go oskarżać, przemówię do sędziów i do wszystkich. Jego aresztowano, a ja dowiodę, że on jest niewinny. Pójdź pan ze mną, a przyrzekam ci, że nim dzień upłynie, on będzie wolnym, albo ja zostanę z nim w więzieniu.
Projekt Gypsy był chwalebny, zapewne, i natchniony uczuciami nader szlachetnemi; na nieszczęście nie był praktycznym.
Zkądinąd sprzeciwiał się on intencjom Fanferlota.
Jakkolwiek zdecydowany sam na wszystkie trudności i korzyści śledztwa, Fanferlot doskonale rozumiał, że spotkanie się Niny z sędzią instrukcyjnym jest nieuniknione. Prędzej czy później musi ona stanąć do indagacji, i dla tego właśnie nie życzył sobie, aby się ukazała z własnego popędu. Zamierzył ukazać ją w chwili, kiedy uzna to za stosowne, aby sobie na wszelki przypadek i bez zaprzeczenia przypisać zasługę tego odkrycia.
To też najsamprzód sumiennie usiłował uspokoić uniesienia młodej kobiety. Sądził, że nie trudno mu przyjdzie wykazać jej, iż najmniejszy krok uczyniony w interesie Prospera, będzie istnem szaleństwem.
— Co pani na tem zyskasz? — rzekł, — nic. Nie masz pani, zaręczam, najmniejszego widoku powodzenia; narazisz się okropnie. Kto wie, czy sprawiedliwość nie zechce widzieć w pani wspólniczki pana Bertomy?
Ale te niepokojące widoki, które powstrzymały Cavaillona i w tak głupi sposób wydarły mu list, którego mógł doskonale bronić, podnieciły tylko entuzjazm Gypsy.
Bo mężczyzna oblicza, a kobieta idzie za głosem serca. Tam gdzie najpoświęceńszy przyjaciel waha się i cofa, kobieta idzie schyliwszy głowę, nie pomna na rezultaty.
— Co mi znaczy niebezpieczeństwo! — zawołała. — Nie wierzę w nie, ale jeśli istnieje, tem lepiej, nada ono pewną za sługę przedsięwzięciu bardzo naturalnemu. Jestem pewną niewinności Prospera, a gdyby on, co niepodobna, był winnym, a wiec niech i ja dzielę los, jaki mu zgotowany!
Naleganie Gypsy stawało się niepokojącem. Zarzuciła spiesznie na ramiona wielki szal kaszmirowy, włożyła kapelusz, i tak ubrana w kaftanie i pantoflach oświadczyła, że gotową jest do wyjścia, gotową do rozprawy ze wszystkimi sędziami w Paryżu.
— Czy idziesz pan ze mną, — pytała z gorączkową niecierpliwością, — idziesz pan?
Fanferlot ani myślał się zdecydować. Szczęściem miał on kilka strzałów za pasem.
Ponieważ osobiste względy za nic ważyła sobie Gypsy, postanowił tedy przemówić w imię interesu Prospera.
— Jestem na pani usługi, — odpowiedział, — i owszem, chodźmy. Tylko, dopóki czas, pozwól mi pani powiedzieć, że prawdopodobnie wyświadczymy panu Bertomy najgorszą przysługę.
— A to jakim sposobem?
— Takim, że wbrew jego instrukcjom, zamierzamy przedsięwzięcie, którego on przewidywać nie może, po tem co do pani napisał.
Młoda kobieta spojrzała z gestem zuchwałej dumy; ona nie powątpiewała o niczem.
— Są ludzie, których trzeba ratować mimo ich woli i wiedzy. Ja znam Prospera, on dałby się zamordować bez walki. bez wymówienia jednego słowa; on zdolny opuścić się przez niedbalstwo, przez zwątpienie...
— Przepraszam kochaną panię, przepraszam! — przerwał ajent bezpieczeństwa. — Pan Bertomy właśnie nie wydaje mi się tak apatycznym, jak pani utrzymuje. Przeciwnie, zdaje mi się, że już osnuł plan swej obrony. A kto wie, czy pani ukazując się, gdy on właśnie zaleca się ukrywać, nie skrzyżujesz jego najlepszych środków usprawiedliwienia?
Gypsy spóźniła się z odpowiedzią. Rozważała ważność zarzutów Fanferlota.
— Ja jednakże nie mogę zostawać bezczynną, — odparła, — nie próbować czemkolwiek przyłożyć się do jego ratunku. Czyż pan nie pojmujesz, że ja tu stoję jak na rozpalonych węglach?
Było widocznem, że jeżeli Fanferlot nie przekonał jej stanowczo, zachwiał wszelako jej postanowieniem. Urzędnik prefektury czuł górę, a ta pewność, nadając większą swobodę jego umysłowi, nadała zarazem więcej powagi jego wymowie.
— Kochana pani, — rzekł, — masz bardzo łatwy sposób dla przyjścia w pomoc ukochanemu człowiekowi.
— Jaki, proszę pana?...
— Bądź mu posłuszną, moje dziecię, ojcowsko wyrzekł Fanferlot.
Gypsy oczekiwała wcale innej rady.
— Być posłuszną, — szepneła, być posłuszną!...
— Jest to pani obowiązkiem. — mówił dalej Fanferlot poważnie i zgodnością, — świętym obowiązkiem.
Wahała się jeszcze; on wziął ze stołu list Prospera i dodał:
— Jakto, pan Bertomy w chwili strasznej, w chwili gdy ma być uwięzionym, pisze do pani, kreśląc ci sposób postępowania, a ty chcesz udaremnić tę rozumną ostrożność? Cóż on ci pisze? Przeczytajmy razem ten bilecik, który jest niejako testamentem jego wolności. Powiada pani: „Jeśli mnie kochasz, zrób o co proszę...“ A pani nie chcesz zrobić? Powiada nadto: „Idzie tu o moje życie...“ Więc go pani nie kochasz? Nie rozumiesz-że tego, nieszczęśliwe dziecię, że zaklinając cię, byś uciekła, skryła się, pan Bertomy ma jakieś powody ważne, konieczne, groźne?...
Fanferlot już stawając na progu mieszkania aresztowanego kasjera, powody te zrozumiał; ale jeśli ich dotąd nie przytoczył, to dla tego tylko, że zachowywał je na później tak, jak dobry jenerał zachowuje swoje rezerwy, by zdecydować zwycięztwo.
Gypsy była aż nadto pojętną, by je odgadnąć.
— Powody!... — zaczęła, — więc Prosper chciałby zataić nasz związek...
Zamyśliła się chwilę, ale wkrótce przejrzawszy jaśniej, zawołała:
— Tak, teraz rozumiem! Że też od razu mi to nie przyszło do głowy. Rzeczywiście, moja tu obecność od roku, byłaby przeciw niemu argumentem obciążającym. Sporządzonoby inwentarz wszystkiego co moje; suknie, koronki, klejnoty i zbytek mój poczytanoby mu za zbrodnię. Zapytanoby go, zkąd wziął pieniądze na to, by zadość uczynić wszystkim moim życzeniom.
Ajent bezpieczeństwa spuścił głowę na znak potwierdzenia.
— Tak jest w istocie.
— A więc trzeba uciekać, tak, uciekać co tchu! Kto wie, czy już policja nie jest uprzedzoną, czy kto ztamtąd lada chwila nie nadejdzie.
— O, — odrzekł Fanferlot tonem najnaturalniejszym, — masz pani dość czasu. Policja nie jest ani tak zręczną, ani tak żwawą.
— Nic to nie szkodzi!...
I pozostawiając w salonie ajenta bezpieczeństwa, Nina wpadła do sypialni, wołając na pokojówkę, kucharkę i grooma, rozkazała wypróżnić szuflady i szafy, zapakować jakbądź w tłumoki wszystko, co do niej należało, a nadewszystko spieszyć się, spieszyć na gwałt!
Sama dawała przykład zwinności i energii, gdy nagła myśl zwróciła ją ku Fanferlotowi.
— Będę gotowa za chwilę i wyprowadzę się; ale gdzie tu pójść?
— A czy pan Bertomy nie wskazuje pani? Na drugi koniec Paryża, do domu umeblowanego, do hotelu.
— Nie znam żadnego.
Urzędnik prefektury zdawał się namyślać. Zadawał sobie trud nie mały, by ukryć radość, która mimo wszelkich usiłowań, błyskała w jego małych, okrągłych oczach.
— Znam ci ja jeden hotel, — ale może się pani nie podoba. Jużciż w nim nie tak wykwintnie jak tu.
— A byłoby mi tam dobrze?
— Za mojem poleceniem traktowanoby tam panią jak jaką królowę, a nadewszystko, że byłabyś dobrze ukrytą...
— Gdzież to?
— Z tamtej strony Sekwany, ulica św. Michała, hotel pod Wielkim Archaniołem, utrzymywany przez panią Aleksandrę...
Gypsy nigdy się długo nie namyślała.
— Oto papier i pióro, napisz pan kilka słów do tej pani.
Za chwilę oddał jej list.
— Za pomocą tych trzech wierszy, — rzekł, — zrobisz pani z pani Aleksandry wszystko, co zechcesz.
— Dobrze. A teraz jak dać znać Cavaillonowi o mojem nowem mieszkaniu? Wszak on miał mi oddać list od Prospera...
— Nie mógł przyjść, kochana pani, — przerwał ajent bezpieczeństwa, — ale ja zaraz będę się z nim widział i powiem mu, gdzie panią może znaleźć.
Gypsy chciała posłać po powóz, ale Fanferlot udając, że mu spieszno, ofiarował się spełnić to zlecenie. Dobry to był pretekst wysunięcia się.
Wreszcie jakoś mu się szczęściło tego dnia. Fiaker jakby umyślnie zbliżał się przed dom, zatrzymał go.
— Zaczekasz tu, — rzekł do woźnicy, wyliczywszy mu swe tytuły, na jedną młodą panię, brunetkę, która zejdzie z góry z walizami. Jeżeli każę ci wieźć się na ulicę św. Michała, to trzaśnij z bicza, a jeżeli gdzie indziej, to zejdź z kozła, nim ruszysz, jak gdyby dla poprawienia czegoś przy powozie; ja będę stał tak, abym mógł widzieć i słyszeć.
Jakoż przeszedł na drugą stronę i udał się do handlu winnego. Szumiało mu w głowie to wszystko, o czem się dowiedział, i sam już nie wiedząc co o tem sądzić, potrzebował zaprowadzić porządek w swych myślach.
Nie zdążył, bo ostry trzask z bicza rozległ się po ulicy; Gypsy pędziła pod Wielkiego Archanioła.
— Tę przynajmniej, chwała Bogu, mam w ręku! — zawołał żywo Fanferlot.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.