Akta kryminalne pod l. 113/Tom I/I
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Akta kryminalne pod l. 113 |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Le Dossier nº 113 |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Dom bankowy Andrzeja Fauvela, położony przy ulicy Provence, jest jednym z najznaczniejszych, i ze względu na liczny skład osobisty, ma pozór jakby jakiegoś ministerstwa.
Na dole mieszczą się biura, a okna wychodzące na ulicę opatrzone są tak silnemi i gęstemi kratami, że odstręczają wszelkie pokuszenia.
Szerokie drzwi szklanne prowadzą do obszernego przedsionka, w którym od rana do wieczora stoi trzech lub czterech woźnych.
Na prawo, sale do przyjmowania interesantów, za niemi sionka prowadząca do okienka kasy głównej.
Biura korespondencji i buchalterji ogólnej znajdują się na lewo.
W głębi spostrzegamy mały dziedzińczyk oszklony, na który wychodzi siedm czy ośm okienek, zwykle niepotrzebnych, a otwieranych jedynie podczas pewnych wypłat.
Gabinet pana Andrzeja Fauvela jest na pierwszem piętrze, w końcu pięknych jego apartamentów.
Gabinet ten łączy się bezpośrednio z kancelarją małemi schodkami, które prowadzą wprost do izby zajmowanej przez kasjera głównego.
Izba ta, którą w całym domu nazywają kasą, jest doskonale zabezpieczoną od wszelkiego najścia, istna niejako cytadela, opatrzona jak jaki Monitor.
Drzwi obite grubą blachą, nawet otworu kominowego broni żelazna krata.
Tam to znajduje się, wparta w mur, skrzynia kasowa, jeden z tych potężnych, a fantastycznych sprzętów, tak dziwnych dla biedaka, którego cały majątek wygodnie mieści się w szczupłej sakiewce.
Arcydzieło fabryki Bequeta, skrzynia ta ma dwa metry wysokości a półtora metra szerokości. Cała z lanego żelaza, ściany ma potrójne, a we wnętrzu znajdują się osobne przedziały na wypadki pożaru.
Maleńki kluczyk otwiera ten sprzęt; bo też do otwarcia go, klucz jest rzeczą najmniejszą. Pięć ruchomych guzików stalowych, na których wyryte są wszystkie głoski abecadła, stanowią główną siłę dowcipnego i potężnego zamku. Przed włożeniem doń klucza, trzeba ułożyć głoski na guzikach w taki porządek, w jakim stały przy zamknięciu.
To też u pana Fauvela, jak i wszędzie, zamykają kasę wyrazem, który się zmienia po pewnym czasie.
Wyraz ten wiadomy jest samemu tylko naczelnikowi domu i kasjerowi.
Z takim sprzętem, choćby kto posiadał więcej kosztowności, niż książę Brunszwicki, może spać jak zabity.
Jedno tylko zachodzi niebezpieczeństwo, to jest, gdyby zapomniano wyrazu, który odpowiada niby zaklęciu Sezama z powieści wschodniej.
Z tem wszystkiem, w dniu 28. lutego komisanci domu bankierskiego przybyli do biura jak zwyczajnie.
O wpół do dziesiątej każdy siedział przy robocie, gdy mężczyzna już nie młody, mocno ciemnego włosa, postawy marsowej, w żałobne ubrany suknie, ukazał się w biurze sąsiadującem z kasą, w którem pracowało pięciu do sześciu komisantów.
Oświadczył, iż chce mówić z kasjerem głównym.
Odpowiedziano mu, że kasjer jeszcze nie nadszedł, i że kasa otwiera się dopiero o godzinie dziesiątej, jak o tem oznajmia wielka karta wywieszona w przedsionku.
Odpowiedź ta zdawała się mocno dekoncertować przybyłego.
— Sądziłem, — rzekł tonem suchym i nieco impertynenckim, — że będę tu miał z kim mówić, porozumiawszy się wczoraj jeszcze z panem Fauvelem. Jestem margrabia Ludwik de Clameran. właściciel hamerni w Oloron; przychodzę wycofać 300.000 franków powierzonych temu domowi przez mego brata, którego jestem spadkobiercą. Dziwna rzecz, że nie wydano rozkazów...
Ani tytuł, ani racje przytoczone przez urodzonego właściciela hamerni nie zaimponowały komisantom.
— Kasjera nie ma jeszcze, a do nas to nie należy.
— Więc proszę zaprowadzić mnie do pana Fauvela.
Wahali się nieco, ale młody jeden komisant nazwiskiem Cavaillon, który pisał przy oknie, zabrał głos:
— O tej godzinie pan Fauvel zawsze wychodzi do miasta.
— Przyjdę więc później, — rzekł margrabia.
I wyszedł nie skłoniwszy się, nie dotknąwszy nawet ręką kapelusza.
— Nie bardzo grzeczny klient, — rzekł młody Cavaillon; — ale coś mu się nie wiedzie, bo właśnie Prosper nadchodzi.
Kasjer główny, Prosper Bertomy, jest to wysoki trzydziestoletni mężczyzna, oczu niebieskich, włosów płowych, starannie i według ostatniej mody ubrany.
Nieźle by wcale wyglądał, gdyby nie przesadzał angielskiej powierzchowności, czyniąc się zimnym i sztywnym aż do zbytku, i gdyby fizjognomii swej, z natury uśmiechliwej, nie psuł pozorem zbytniego zadowolenia z siebie.
— A, jesteś pan przecie! — zawołał Cavaillon, — już się tu o pana pytano.
— Kto? czy nie pewien właściciel hamerni?
— Właśnie.
— No, to on powróci. Wiedząc, że dziś przybędę później, jużem się wczoraj urządził.
Prosper otworzył swą izbę rozmawiając, i wszedł zamykając drzwi za sobą.
— Otóż to mi kasjer, — odezwał się jeden z oficjalistów; — ten sobie krwi nie psuje. Pryncypał zrobił mu ze dwadzieścia scen za to, że się spóźnia, a on dba o to jak o wiatr, co wieje.
— Ma słuszność, kiedy pomimo to pryncypał daje mu wszystko czego zażąda.
— A wreszcie jakżeby on mógł przyjść wcześniej; prowadzi życie piekielne, noce przepędza Bóg wie gdzie i jak. Uważaliście, że dziś wygląda jakby go z trumny wyjęto?
— Grał pewnie w karty, jak w przeszłym miesiącu; dowiedziałem się od Couturiera, że za jednem posiedzeniem przegrał tysiąc pięćset franków.
— Ale pomimo to robota dobrze idzie, — przerwał Cavaillon.
— Gdybyś ty był na jego miejscu...
I zatrzymał się. Drzwi od izby kasowej otworzyły się, i kasjer wyszedł krokiem chwiejnym.
— Okradziono mnie! — wyjąkał.
Oblicze Prospera, jego głos chrypliwy, drżenie całego ciała, wyrażało takie cierpienie, że wszyscy oficjaliści razem porwali się z miejsca i przybiegli do niego.
Upadł prawie w ich ramiona, nie mógł się utrzymać, osłabł, trzeba go było posadzić.
Koledzy otoczyli go i wypytywali wszyscy razem:
— Okradziono? jak? kto?
Prosper powoli przychodził do siebie.
— Zabrano wszystko, co miałem w kasie.
— Wszystko?
— Tak, trzy paczki po sto biletów tysiąc-frankowych i jednę z pięćdziesięcią biletami. Wszystkie cztery paczki były zawinięte w jeden papier i związane razem.
Wieść o kradzieży piorunem rozbiegła się po całym domu; ciekawi przybiegli ze wszystkich stron; biuro przepełniło się.
— Jakżeż, — rzekł do Prospera młody Cavaillon, — więc odbito kasę?
— Nie; kasa nienaruszona.
— A zatem...
— A zatem nie mniej faktem jest, że wczoraj miałem 350.000 franków, a dziś nie mam nic.
Wszyscy umilkli; jeden tylko stary oficjalista nie podzielał ogólnej konsternacji.
— Nie trać-że głowy, panie Bertomy, — rzekł, — czy czasem pryncypał nie rozrządził tą sumą.
Nieszczęśliwy kasjer powstał od razu; przyczepił się do tej myśli.
— A tak! — zawołał, — w samej rzeczy. To zapewne on...
Potem zamyślił się.
— Nie, — dodał tonem głębokiego zwątpienia, — to niepodobna. Nigdy jeszcze, od lat pięciu jak jestem kasjerem, pan Fauvel nie otwierał kasy bezemnie. Potrzebował kilka razy gotówki, a czekał na mnie, lub przysyłał po mnie, i nigdy grosza nie tknął bezemnie.
— Mniejsza o to, — wtrącił Cavaillon, — zawsze lepiej zawiadomić go niż rozpaczać z góry.
Ale pan Fauvel był już zawiadomiony. Jeden z woźnych pobiegł na górę i opowiedział wszystko co zaszło.
W chwili gdy Cavaillon radził go uwiadomić, ukazał się pan Fauvel.
Jest-to mężczyzna około lat pięćdziesięciu, średniego wzrostu, włosów szpakowatych. Dość otyły, lekko przychylony jak wszyscy gorliwi robotnicy, i chodząc, ma zwyczaj udawać eleganta.
Nigdy żadnym czynem nie zaparł wyrazu dobroci rozlanej na obliczu. Czoło jego otwarte, oko żywe i szczere, usta rumiane i czerstwe. Urodzony w okolicach Aix, przy ożywieniu, zatrąca z lekka akcentem prowanckim, który nadaje szczególną barwę jego dowcipowi — bo jest w samej rzeczy dowcipnym.
Wzruszyła go wieść przyniesiona przez woźnego, gdyż zazwyczaj dość rumiany, zbladł widocznie.
— O czem to ja dowiaduję się? — zapytał komisantów, którzy z uszanowaniem rozstępowali się przed nim, — co się stało?
Głos pana Fauvela wrócił kasjerowi sztuczną energję wielkich przesileń; chwila stanowcza i groźna nadeszła; powstał i zbliżył się do pryncypała.
— Panie, — rozpoczął, — mając na dzień dzisiejszy naznaczoną wypłatę, o której pan wiesz, posłałem wczoraj do banku po 350.000 franków.
— Dla czego wczoraj? — przerwał bankier. — Zdaje mi się, że ze sto razy polecałem panu czekać, aż do dnia następnego.
— Wiem panie, że źle zrobiłem i złe się stało. Wczoraj wieczorem schowałem tę sumę, która znikła, a jednak kasa nie jest naruszoną.
— Ależ co się panu dzieje? To bajki! Pan oszalałeś!
Kilka tych słów zniszczyło wszelką nadzieję, ale sama groza położenia nadawała Prosperowi nie zimną krew obmyślonego postanowienia, ale wtrąciła go w jakąś bezmyślną obojętność, która następuje po niespodziewanej katastrofie.
— Nie oszalałem na nieszczęście, nie mówię bajek, mówię to co jest.
Ta spokojność w podobnej chwili z dawała się oburzać pana Fauvela. Ujął Prospera za rękę i silnie nim wstrząsając:
— Mów pan! — zawołał, — mów! kto otworzył kasę?
— Nie mogę wiedzieć.
— Wszak tylko ja i pan wiemy wyraz, my dwaj tylko mamy klucz!
Było to formalnem oskarżeniem, tak przynajmniej zrozumieli to świadkowie.
Mimo to przerażający spokój kasjera nie ustał. Wycofał rękę z uścisku pryncypała, i rzekł zwolna:
— Tak jest panie, chyba tylko ja mogłem zabrać te pieniądze...
— Nieszczęsny!
Prosper cofnął się i uparcie patrząc w oczy panu Fauvelowi, dodał:
— Albo pan!
Bankier poruszył się groźnie; nie wiadomo co byłoby nastąpiło, gdyby przy drzwiach prowadzących do przedsionka nie usłyszano głośnej rozmowy.
Jakiś klient usiłował wejść, mimo przedstawień woźnych, i istotnie wszedł. Byłto to margrabia de Clameran.
Wszyscy komisanci zebrani w biurze stali nieruchomi, zlodowaciali; milczenie było głębokie, uroczyste.
Widocznem było, że jakaś ważna kwestja, kwestja życia lub śmierci rozstrzygała się między wszystkimi tymi ludźmi.
Właściciel hamerni nic nie chciał widzieć. Zbliżył się, zawsze z głową nakrytą i równie impertynenckim tonem rzekł:
— Już po dziesiątej, panowie.
Nikt nie odpowiedział, i pan Clameran miał mówić dalej, gdy wtem postrzegł bankiera, którego dotąd nie widział. Podszedł przeto ku niemu.
— Nareszcie znajduję pana, i to bardzo w porę. Już byłem tu raz dzisiaj, ale kasa nie była otwarta, kasjer jeszcze nie nadszedł, a pan byłeś w mieście.
— Przepraszam pana, byłem w moim gabinecie.
— Jednak mnie objaśniono inaczej, i oto ten pan oświadczył mi, że pan jesteś nieobecnym.
I palcem wskazał Cavaillona.
— Ale mniejsza o to, — dodał, — wracam i znowu nie tylko powiadają mi, że kasa zamknięta, ale nadto nie puszczają mnie do biura. Musiałem się przedrzeć, i pytam pana, czy mogę odebrać moją sumę, czy nie?
Pan Fauvel słuchał drżąc od gniewu, blednąc i czerwieniejąc na przemian, jednak panował nad sobą.
— Byłbym panu obowiązany za maleńką zwłokę, — rzekł głosem głuchym.
— Zdaje mi się, że mi pan oświadczyłeś...
— Tak, wczoraj. Ale dziś rano, w tej chwili, dowiaduję się, żem się stał ofiarą kradzieży 350.000 franków.
Pan Clameran skłonił się ironicznie.
— A czy długo mam czekać? — zapytał.
— Tyle czasu ile potrzeba przejść do banku.
I odwracając się od właściciela hamerni, pan Fauvel podszedł ku kasjerowi.
— Przygotuj pan pokwitowanie, — rzekł do niego; — poszlij czemprędzej wziąć z banku sumy rozporządzalne.
Prosper nie ruszył się z miejsca.
— Słyszałeś pan? — powtórzył bankier, tłumiąc wybuch.
Kasjer zadrżał, jakby dopiero ze snu zbudzony.
— Próżno posyłać, — odpowiedział zimno, — należytość pana hrabiego wynosi trzykroć sto tysięcy franków, a w banku mamy zaledwie sto.
Przysiądz by można, że pan Clameran oczekiwał tylko na tę odpowiedź, bo szepnął:
— Naturalnie...
Wymówił tylko jeden wyraz; ale jego głos, giest, i fizjognomia wyraźnie mówiły:
— Komedja wybornie odegrana, ale zawsze to tylko komedja, znam się na tem.
Niestety! podczas gdy właściciel hamerni w tak brutalny sposób wyrażał swoją opinię, komisanci po odpowiedzi Prospera nie wiedzieli co myśleć.
Bo też podówczas Paryż był widownią szczególnych wypadków finansowych. Gorączka spekulacji zachwiała stare a potężne domy. Widywano ludzi zacnych i dumnych, którzy od drzwi do drzwi chodzili kołatać o pomoc i ratunek.
Kredyt, ów rzadki ptak spokoju i ciszy, wahał się długo nim spoczął, a gotów był ulecieć za najmniejszym podejrzanym szelestem.
Więc też ta myśl komedji z góry ułożonej między bankierem a płatnikiem, mogła śmiało zajrzeć do głowy ludzi, jeśli nie uprzedzonych, to przynajmniej łatwo zgadujących wypadki, które dozwalając zyskać na czasie, mogą zapewnić ratunek.
Pan Fauvel miał doświadczenia dosyć, by odgadnąć wrażenie wywołane słowami Prospera; czytał on w oczach wszystkich zwątpienie nader dlań bolesne.
— O, bądź pan spokojny, — rzekł żywo do1 pana Clamerana, — dom mój ma inne środki, chciej być cierpliwym, wracam natychmiast.
Wyszedł, udał się do gabinetu, i w pięć minut wrócił, trzymając w ręku list i kupę weksli.
— Prędzej, Couturier! — zawołał na jednego z komisantów, — każ zaprządz do powozu, i jedź z tym panem do Rotschilda. Oddasz ten list i papiery, a w zamian otrzymasz trzykroć sto tysięcy franków, które wręczysz temu panu.
Niezadowolenie właściciela hamerni było widocznem, chciał niejako przepraszać za swe niegrzeczne obejście.
— Wierzajcie mi, panowie, — zaczął, — iż nie miałem wcale zamiaru ubliżenia wam. Od lat tylu jesteśmy z sobą w stosunkach a nigdy przecież...
— Dosyć, panie, — przerwał bankier, — na nic mi się nie zdadzą pańskie przeprosiny. W interesach nie ma przyjaciół, ani znajomości. Jeśli winien jestem, a nie mogę wypłacić, a pan jesteś... nalegającym, to bardzo sprawiedliwie, jesteś pan w prawie. Idź pan teraz z moim komisantem, a on panu wypłaci należną sumę.
Następnie odwracając się do komisantów, których ciekawość ściągnęła, powiedział:
— A wy panowie, wróćcie do roboty.
W jednej chwili wypróżnił się pokój, poprzedzający kasę. Zostali tylko sami komisanci, którzy w nim pracowali, i ci, siedząc przy biurkach, schyleni nad papierem, zdawali się pogrążeni w swojem zatrudnieniu.
Jeszcze pod wpływem nagłych przejść, które po sobie nastąpiły, pan Andrzej Fauvel przechadzał się wzdłuż i wszerz, mocno wzburzony, wydając od czasu do czasu głuche westchnienie.
Prosper zaś stał ciągle oparty o okno. Blady, nieruchomy, z osłupiałym wrokiem, zdawało się, że postradał władzę myślenia.
Nareszcie, po długiem milczeniu, bankier zatrzymał się przed Prosperem; powziął coś stanowczego.
— Musimy wreszcie o tem pogadać, — rzekł, — idź do swego pokoju.
Kasjer usłuchał, słowa nie odrzekłszy, a bankier wszedł za nim, starannie drzwi za sobą zamknąwszy.
Nic nie oznaczało najścia zbrodniarzy w tym domu. Wszystko było na swojem miejscu; żaden papierek nie poruszony.
Kasa żelazna była otwarta, a na wyższej półce leżało kilka rulonów złota, zapomnianych lub wzgardzonych przez złodziei.
Pan Fauvel, nic nie oglądając, wziął krzesło, usiadł, wskazując również miejsce swemu kasjerowi. Był już panem siebie, a fizjognomia jego przybrała znów zwyczajny wyraz.
— Teraz, gdy jesteśmy sami, Prosperze, — zaczął, — czy nie masz mi nic do powiedzenia?
Kasjer zadrżał, jak gdyby go to pytanie zadziwiło.
— Nic, panie, — odrzekł, — nad to, co już powiedziałem.
— Jakto! nic... Obstajesz więc ciągle przy tej śmiesznej i nielogicznej bajeczce, w którą nikt nie uwierzy. Ależ to szaleństwo! Zaufaj mi i wierzaj, że tu jest twe ocalenie. Jestem twoim zwierzchnikiem, to prawda, ale jestem także, a raczej jestem przedewszystkiem twoim przyjacielem, twoim najlepszym przyjacielem. Nigdy nie zapomnę, jak piętnaście lat temu twój ojciec powierzył mi ciebie, i że od tego czasu najzupełniej zadowalałeś mnie swoją dobrą i uczciwą pracą. Tak jest. Piętnaście to już lat, jak jesteś u mnie. Wtedy zaledwie zaczynałem karjerę, i ty patrzałeś, jak fortuna moja wzrastała — ziarnko do ziarnka, cegiełka do cegiełki. I w miarę, jak się sam bogaciłem, starałem się polepszać twoje położenie, bo jakkolwiek tak młody jeszcze, jesteś najdawniejszym z moich urzędników. Przy każdej sposobności podwyższałem twoją płacę.
Nigdy jeszcze bankier nie mówił do Prospera głosem tak słodkim, tak ojcowskim. Głębokie zdziwienie malowało się na jego twarzy.
— Powiedz, — mówił dalej pan Fauvel, — czyż zawsze nie byłem jakby twoim ojcem? Od pierwszego dnia mój dom był dla ciebie otwartym; chciałem, aby moja rodzina twoją była. Długo żyłeś jakby syn mój własny, razem z moimi synami i moją siostrzenicą Magdaleną. Ale sprzykrzyło ci się to szczęśliwe życie. Jednego dnia, rok temu właśnie, zacząłeś nas unikać, i odtąd...
Wspomnienie tej przeszłości przez bankiera wzmiankowanej, stanęło w całej pełni przed umysłem nieszczęśliwego kasjera; rozrzewniał się potroszę, i nakoniec rozpłynął się we łzach, rękami twarz zasłaniając.
— Ojcu wszystko można powiedzieć, — mówił dalej pan Fauvel, którego wzruszenie Prospera przejęło, — nic się nie obawiaj. Ojciec nie obiecuje ci przebaczenia, tylko zapomnienie. Czyż to ja nie wiem o tych strasznych pokusach, jakie otaczają młodego człowieka w mieście takiem, jak Paryż? Bywają one tak wielkie, że rozbijają najsilniejsze, najuczciwsze charaktery. Są chwile obłąkania, szału, w których człowiek postępuje jak szaleniec, jak zbrodniarz, nie będąc w stanie zdać sobie sprawy ze swoich czynów. Mów więc Prosperze, mów...
— A więc, cóż pan chcesz żebym mówił?
— Prawdę. Głęboko uczciwy człowiek upaść może, ale podnosi się z upadku i odkupuje swą winę. Powiedz więc: Tak panie, byłem porwany, olśniony, widok złota, które przerzucałem, pomięszał mi rozum, jestem młody, mam pewne namiętności!...
— Jakto! ja, — wyszeptał Prosper, — ja?...
— Biedne dziecię, — smutno wyrzekł bankier, — sądzisz więc, że od czasu, jak opuściłeś nasze ognisko, nie świadomy jestem twojego życia? Czy nie rozumiesz tego, że wszyscy twoi koledzy zazdroszczą ci, i ci nie łatwo wybaczą te dwadzieścia tysięcy franków, które zarabiasz przez rok. O każdym twym wybryku zawsze zawiadamiał mnie list bezimienny. Mógłbym ci wyliczyć, wiele nocy strawiłeś na kartach, jakie przegrałeś sumy. O, zawiść ma bystry wzrok i delikatne ucho. Wiem, ile są warte nikczemne denuncjacje, ale musiałem zasięgać wiadomości. Wszak to słuszna, bym wiedział, jak żyje człowiek, któremu powierzyłem mienie moje i cześć.
Prosper próbował zaprzeczać.
— Tak jest, cześć moją, — z naciskiem wyrzekł pan Fauvel, głosem, który w skutek uczucia doznanego upokorzenia, mocniej zadźwięczał. — Tak jest, bo czyż kredyt mój nie mógł być dziś zachwianym przez tego człowieka? Czy wiesz, ile mnie kosztować będzie suma, którą wypłacą panu de Clameran? A wszak ja mogłem nie mieć tych weksli, które tylko co poświęciłem z wielką stratą, wszak ty nie wiedziałeś, że je posiadam?...
Bankier zatrzymał się, jak gdyby oczekując wyznania, które nie nastąpiło.
— Dalej Prosperze, śmiało, nabierz ducha!... Ja odejdę, a ty raz jeszcze przejrzyj kasę. Ręczę, że w zatrwożeniu nie przeszukałeś dobrze... Powrócę wieczorem, i pewien jestem, że w ciągu dnia odszukasz jeśli nie całe 350.000 franków, to choć większą część tej sumy... i ani ty, ani ja jutro już nie będziemy pamiętali tego smutnego zdarzenia.
Pan Fauvel wstał, i już się zabierał do wyjścia, gdy Prosper wziął go za rękę.
— Szlachetność pańska jest daremną, — rzekł gorzko, — nic nie wziąwszy, nic nie mogę oddać... Przeszukałem dobrze, bilety bankowe ktoś skradł.
— Ależ kto, szaleńcze! kto?
— Na wszystko, co mam najświętszego na ziemi przysięgam, że nie ja.
Krew napłynęła do czoła bankiera.
— Nędzniku! — zagrzmiał, — co ty mówisz? Więc to ja?
Prosper opuścił głowę i nic nie odpowiedział.
— Więc to tak! — wołał pan Fauvel nie mogąc się już powstrzymać, — ty śmiesz!... Dobrze więc, panie Prosperze Bertomy, między tobą i mną rozstrzygnie sprawiedliwość. Bóg mi świadkiem, że uczyniłem wszystko, com mógł, by cię uratować. Sobie więc tylko przypisz winę tego, co się stanie. Prosiłem komisarza policji, aby tu zszedł; pewnie czeka mnie już w moim gabinecie; mamże posłać po niego?
Prosper zrobił giest straszliwej rezygnacji, jak człowiek, który zdaje się na wolę losu, i stłumionym rzekł głosem:
— Dobrze!
Bankier stał przy drzwiach, otworzył je, i rzuciwszy jeszcze ostatnie spojrzenie na kasjera, zawołał do woźnego:
— Anzelmie, proś pana komisarza, aby raczył zejść!