Ajil

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Czycz
Tytuł Ajil
Data wydania 1967
Wydawnictwo Wydawnictwo Literackie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


AJIL
Ta zima trwała długo i spotykając się wieczorami musieliśmy chodzić dość szybko bo był mróz i prawie zawsze wiatr a gdy padał śnieg czy nawet czasem deszcz przemakały nam buty i zawsze szybko zawsze było nam zimno i mówiliśmy że może jutro lub pojutrze będzie cieplej może będzie słońce ta wiosna musi kiedyś wreszcie nadejść, mówiliśmy sobie na dobranoc, ta nasza wiosna, na dobranoc, — była dobrą uczennicą a potem już mniej i matka zakazała jej wychodzić wieczorami z domu i wreszcie biła ją ale ona gdy ją o to pytałem mówiła że to tylko wymysł jej siostry od której to wiedziałem że matka ją bije bo się jednak nadal spotykaliśmy i miała ją dać do pracy w sklepie koniec ze szkołą, to chyba usuniesz jest głupkowate, spotykając się wieczorami najpierw raz w tygodniu a potem codziennie, co mam usuwać gdy mnie rozrzewnia, — i pamiętam też że już ta wiosna nadeszła, topniał śnieg schły drogi tego miasteczka otoczonego lasami i polany były już trochę nagrzane i leżeliśmy na zdjętych płaszczach i szyje już nie okręcone szalami, zrzucaliśmy z siebie te krępujące szmaty, i zobaczyłem i chyba po raz pierwszy wyraźniej jej włosy, długie o rudawym połysku, i pomyślałem że są jak gorączkowe kiedyś widzenia alchemików zmierzających do uzyskania złota —, tak, i ona cała, — lecz głównie pamiętam ten mróz i wiatr i uliczki jak wyciosane w przybrudzonym lodzie i bladawe w wieczorze pola za miastem, pola co jakby dęły w nas tym tnącym po oczach śniegiem, i że musieliśmy chodzić szybko.

Udało mi się znaleźć Lilę, to dobrze, ją bo kogóż, bo ileż ja ich, ileż chociażby znałem to nie mówmy ile miałem, musiałem zawsze liczyć raczej na, na dobre serce którejś, czy na kaprys, jakież sam już mój wygląd mógł zapowiadać wspaniałe dary, tak, na serce kurwy, a na jakież inne kto i kiedy gdy liczy ale sobie dekoruje i zresztą co mnie obchodzą jeszcze oni, na te wakacje wyjeżdżam nieco wcześniej, a jeżeli ona rzeczywiście nie skorzysta, — któryż to dzień czy noc, to może i efektowne ale tu się nie trzyma kupy jest dzień i wiesz który, niedziela ten świąteczny, i mam jeszcze czas, rozjaśniane zielenie, oho, zielenie, i biegł przez te polany tak niedawno w ciszach i jasnościach a teraz
Gdy podeszła z drugą z którą się znałem i prosiła o coś, zapomniałem o co, chciała pożyczyć jakąś książkę nie udawaj że ci się we łbie już wszystko zmąciło a co będziesz udawał gdy dojdziesz do zmąconego naprawdę, gdy podeszła przypomniałem sobie nagle lato, byłem tam z Lilą w tym rojowisku nad stawem w lesie za miastem, gdy wychodziłem z wody potrąciła mnie jakaś przebiegając zrobiła to umyślnie byłem pewien i postanowiłem ją zapamiętać wydała mi się ładna i w tym zaczepieniu mnie obiecująca ale gdy potem wracałem z Lilą z krzaków jej już tam nie było, i wkrótce zapomniałem, i teraz gdy ona stała przede mną byłem zły że tak bo przegapiłem, że teraz to gdzież z nią można, w lesie już leżał śnieg; — i w tym śniegu i mrozie który się zaraz zaczął spotykałem się z nią codziennie, gdzież z nią można a potem były tylko te śnieżne brodzenia i gdzież z nią można znikło jak cień w tych białościach zdawałem się cudownie srebrnieć aby się potem rozlśnić jeszcze drogocenniej było mi srebrzyście wszystkim były tylko te śnieżne brodzenia jakbym nagle został bohaterem jakiejś bajki o królowej śniegu, bajki dla zabawiania dzieci
Zielenie, kwiecień, tak, april, prima aprilis, april is the cruellest month[1], otóż poezja, o, to jest jak powrót na ojczyzny łono, no popatrz powrót, ale pozwólmy sobie bo i ona — poezja — włóczyła mnie po tych śniegach, była królową tej bajki, — i z jak już daleka ona ze mną aż dotąd, Sztuki Piękne, Profesor Sztuk Pięknych, siwy nędzarz który łaził po torach kolejowych zbierał drobne kawałki węgla, Tata-laga krzyczeli chłopaki i rzucali za nim kamieniami on się złościł gonił ich czasem, trudno było wyobrazić sobie lepszą zabawę a ja nie brałem w niej udziału, nad siwym i pewnie zawszonym łbem tego zramolałego dziadygi zwidywała mi się aureola jak nad świętym, choć nie przesadzajmy, i wdrapując się, tak, pamiętam, później, na oświetloną skalną ścianę gdy czasem i w nocy się pracowało wyobrażałem sobie myślałem że wstępuję na stopnie amfiteatru zamiast myśleć o zajęciu miejsca gdzie by nie trzeba było się narobić za bardzo a zarobić, treserzy dam ja wam tego tak ze mnie zrobionego matoła, i ona była wie jak ją ocenił od razu nawet ten tępy Inżynier lecz jakaś Beatrycze lub Julia, sztuki piękne — mówił kierownik kamieniołomu mój szef pokazując mi zdjęcia nagich dziw swoich kochanek — o ta sztuka z tą grzywą ta jest szczególnie piękna, ale nie przesadzajmy, gdy jesień obryzgiwała deszczem i błotem i one przemykały i te piękne i wśród nich oczywiście te jakieś Julie, zmywane ich malowidła i pudry i czerwone lub sine nosy i jak szczury przemykały blisko murów, ten widok z którego tyle pogody, i kurwy potrafią weselić; pocałuj mnie w julię ośle — raz mi powiedziała jedna, potrafią i wszystkie bym pocałował w julię, i niech do końca pozostanę w tym błocie i opluwają deszcze lub tnące po oczach śniegi i ostatnie co ma być niech będzie tylko lodowaty dreszcz; i do skóry tak młodej, kiedy się ciepliło i przejaśniało, ale nie przesadzajmy, i błoto przebijały zielenie, i nie przesadzajmy z cwaniactwem topniały te powłoki nikły razem ze śniegiem i błotem te co mówiłeś są wreszcie na niedopuszczanie żadnego zwidzenia i bez żalu wypinam się nie będzie już we mnie grasować, i przebijają je zielenie, tak, moje dziecko, powróć, powracałeś na ojczyzny łono, do zielonej to odsłaniało cię do skóry jakiejś młodej, do bardzo młodej jak bardzo bywało di do płaczu gdy w jakimś momencie filmu widziałeś scenę bywało ci do płaczu nad jej uczestnikami roześmianą radosną, i żeby te dni przemijały jak najszybciej, cruellest,
do bardzo młodej, gwałtownie w jakiejś chwili zedrzeć i ją, tak odsłonić do, do czerwonego, tak, diabła, poczekaj, mixing memory
and desire, — Lilę, lecz powiedziała dziękuję za ofertę ale nie skorzystam, zapewniłem ją że jednak przyjdę do niej wieczorem, znalazłem cię teraz znajdę i potem — pomyślałem — przyjdę zaraz jak skończę z całym tamtym, było południe miałem czas, przeznaczyłem go na kontemplowanie, i na obmyślenie efektownego zakończenia bo bez słowa trzasnąć raz i drugi w mordę wydało mi się zbyt romantyczne, po jakiejś godzinie kontemplowania przyszło mi na myśl ale jeszcze żaden zamiar że gdyby tak z tej historyjki jakieś wzruszające opowiadanie była ładna i zakończenie ciekawe zacząłem się cofać w jej początek i środek i dalej a może nawet scenariusz filmowy cofałem się dla sprawdzenia czy ładna i rzeczywiście i spostrzegłem że wszędzie się w tym cofaniu rozrzewniam
i jeszcze te sarny taka dodatkowa ozdoba gdy już i tak byłem ozdobiony, w całej mojej znowu zieloności, której tym razem nie starałem się nawet tłumić raczej ją podsycałem i jakby rozświeciły się naraz wszystkie dławione dotąd wiosny wszystkie moje przymykane w nich oczy jakby się we mnie otwarły co za iluminacje a był dopiero początek dopiero się zapowiadało początek powiedzmy tej jasności do której się zbliżałem rozlśnić jeszcze drogocenniej stałem powiedzmy na jej brzegu, złotym brzegu; długo w gwiaździstą orkiestrę nocy, zapamiętaj tę frazę jest udana
Szare skrzydła pracy dobrze że zostały wymyślone te nie do wzlatywania ale opadania i to z takim wysiłkiem jakbyś ogromnie wzlatywał nie opadał, dobrze, skrzydła w kolorze błota i niech nie przebijają go żadne zielenie i fruńmy
To spotkanie nie różniło się w moim przynajmniej odczuwaniu od tych paru już podświeconych wiosną spotkań poprzednich a jeszcze te sarny parę saren przebiegło blisko nas i bez pośpiechu i stanęliśmy był słodki ten obrazek różowiejący wieczór my przytuleni do siebie na skraju lasu i wolno oddalające się sarny i jeszcze nawet miałem dnia następnego przyjść do niej i już przed południem bo ten następny dzień był świąteczny że matki nie będzie w domu a zresztą matka już się uspokoiła i jakże cieplutko zrobiło mi się z tej nagle roli prawie już narzeczonego i wracałem do domu w nastroju jakimś modlitewnym i długo siedziałem potem przy oknie zapatrzony powiedzmy zasłuchany w gwiaździstą orkiestrę nocy, zapamiętałem, tę frazę, a potem zasnąłem spokojnie i różowo, a to już się skończyło, — Marzenie Miłosne co sobie raz coś takie zanotowałem usiłując zresztą zrymować lecz bezskutecznie, otóż byłem tam proroczy, — i zresztą byłem doceniany: nieszkodliwy idiota, stwierdzenie to miało jednak braki lecz i takim należało się cieszyć, kabotynem też, radowała mnie zawsze przenikliwość tych stworzeń, uboga ale nie wymagajmy, gdzieś im czasem dzwoni nie wiedzą gdzie lecz dobrze że jednak, bo nie tu że ja stałem przed tym lustrem, że będę stał, mówię to proroczo, tak i czy nie żal ci utracić takiego fenomena, zobaczyłem twoje zęby, i że nie będziesz od razu mówić wiem też proroczo, jak wiedziałem i w tamtym notowałem bez radości i ze słabą nadzieją że jednak tak nie będzie, zobaczyłem teraz te jej zęby tak właśnie zobaczyłem czerwono, uśmiechnęła się: ach jesteś już, głos też był w nagłej, można by rzec w nagłej a niespodziewanej, choć spodziewanej harmonii z tymi zębami, wystarczyło a ona chciała mi coś jeszcze powiedzieć i umówiliśmy się na wieczór bo nadeszła matka, powiedzieć co już wiedziałem, gdy niedawno w ślepocie odrzucałem te od jakiegoś czasu podejrzenia to teraz, jeżeli tu co kawałek ma być tak głupkowato i uważasz że lepiej iż głupkowato bo odpowiednio czyli adekwatnie do tego całego to wyraźniej podkreślaj tę głupkowatość, gdy niedawno w ślepocie to teraz już nie mógłbym narzekać że mi ciemno, jasno nawet za bardzo bo nie tylko daleko w tył ale, i powiedz o lęku powiedz jak bałeś się to może nieefektowne tutaj lecz pomijając też czy adekwatne, w tył ale i nieco w przód to już za bardzo bo po cóż mi te wybiegania ale nie gardźmy i wybiegłem, było mi jasno lecz najpierw bez wyraźnego zabarwienia,
jak bałeś się że to się skończy i bałeś się czy naprawdę jest a co było na pewno to ten lęk cała ta zima był głównie on i coraz się w tobie wzbijał rozszerzał by w końcu wypełnić cię tak szczelnie że mało już było prócz niego czy to naprawdę jest i lęk największy może gdy właśnie wiedziałeś że jest i coraz się wzbija jak zwolniony rozciągnięty na dni wybuch co wzmógł się w tych podświeconych już wiosną gwałtownie i że cóż będzie po nim wszystko unicestwiał, i mam to już poza sobą i cały lęk,
jasno lecz najpierw bez wyraźnego zabarwienia i wybiegłem sobie dość spokojnie,
czy może też że unicestwi siebie bo i jakimż szczytem miał być tego zenit czybyś go nie nazwał runięciem w doliny, w jedną i jednoznaczną tę znaną o oślizłych zboczach, formułując już na pewno adekwatnie, i już jest poza mną,
i wybiegłem sobie dość spokojnie, że może będą ciężkie te pierwsze jak nie dni to godziny ta noc zwłaszcza, miałem pieniądze odkładane ze stypendiów na wyjazd z nią gdzieś na wakacje i kupiłem wódkę i udało mi się znaleźć Lilę,
ten jak czytałem gdzieś podróżnik czy alpinista zobaczył coś błyszczącego wysoko u szczytu skalnej ściany olbrzymi brylant lub bryła złota pomyślał nie miał wątpliwości, a to była okazało się szczelina w skale przez którą przeświecało słońce, zwykła szpara,
znaleźć Lilę, powiedziała dziękuję za ofertę, ale znalazłem ją przedtem znajdę i teraz, bądź spokojny
Żaden najpierw zamiar aż nagle, bo to bezbarwne jasno zaczynało nabierać kolorów, niepokojących, już mi się zaczynało zabarwiać i bardzo niedobrze, choć jeszcze nie za silnie i wystarczy powiedziałem sobie odwrócić się trochę w jakieś zajęcie, szare skrzydła pracy, dobrze, i zacząłem to frunięcie właśnie w tych powiedzmy obszarach skoro już w nich latała jakaś moja myśl, zacząłem: Ta zima trwała długo i spotykając się wieczorami, i że się w tym cofaniu rozrzewniam jak pamiętałem był raz film, nie wiodło im się najpierw, żadnych prawie radości a nawet perypetie, no właśnie perypetie, ale wreszcie topniały te cienie i były sceny przejaśnione, jasne polany w leśnych ostępach, albo brzeg jeziora, przejaśnione już i wtedy ona zabija się jadąc do niego na motocyklu albo jadą razem czy też uderzona, tak, ugodzona kamieniem, jacyś ciemni ludzie obrzucili ją kamieniami a on jest blisko i nie wie albo nawet widzi i biegnie tam ale nie może dobiec nie obroni jej gdy dobiega jest już po wszystkim i pokazana jest jego twarz, lepiej by pokazali jego tyłek, a nawet nie bo miał tę swoją maskę wystarczająco głupią i dupowatą, i zaraz potem pokazane jest jak biegnie znowu i zdaje się nie wolniej niż przed chwilą choć trzyma teraz w ramionach jej trupa, otóż ta moc którą nas obdarza miłość, albo i bez trupa, biegnie w każdym razie przez te polany albo brzeg jeziora te miejsca tak niedawno w ciszach i jasnościach a teraz drzewa zginane wichurą albo mroczne i kotłujące się jezioro czy nawet morze i chmury zwieszone nisko i poszarpane i czarne, to już scena końcowa, biegnie w tym wzburzeniu całej przyrody w tym jej straszliwym można by powiedzieć łkaniu, że się rozrzewniam sam i może bym rozrzewnił, nadeszła ta wiosna polany nagrzane leżeliśmy na zdjętych płaszczach, do szlochu sięgającego aż w przyrodę po czubki rozszalałych drzew lub fal jeziora czy morza i chmury rozdarte, frunąłem szybko, pamiętaj że to są tylko takie notatki do rozwinięcia i usuniesz wszystko co się tu wepchnęło niepotrzebnie, przez te miejsca tak niedawno, na przykład to słowo co ma być na zakończenie jest dość świńskie nieliterackie nigdzie przecież takiego nie czytałeś albo i zostawisz będzie oryginalniej rzecz będzie taka bardziej odkrywcza, przepisałem z tego wszystkiego jakieś półtorej strony, że dam jej, zaraz przepiszę, że dam jej tę kartkę zanim zacznę recytację, recytację kawałka przepisanego też do tej kartki niech pozna jak to ja proroczo, recytację na zakończenie tego z nią i zarazem tej com ją sobie naszkicował wzruszającej opowieści, takie zakończenie mi w tym frunięciu przyszło na myśl, uczyłem się go powtarzałem te słowa stojąc przed lustrem, zaraz stanę przed tym lustrem, dla dobrania właściwej interpretacji, miny pozy głosu, w znoszonej marynarce i starej koszuli i raptem zobaczyłem w lustrze żałosnego pajaca, lecz rozrzewnię i kończmy już mało czasu, pomysł mi się jednak dość podobał, wiedząc co ona ma mi powiedzieć wiedziałem też że nie zacznie od razu, trochę ją przecież znałem, kończmy;
tak, wszystko odbyło się według moich przewidywań, planu, dałem jej tę kartkę, niech to sobie potem przeczyta, powiedziałem, że wzruszony naszą miłością zawarłem tam całe tej miłości oślepiające światło, był piękny wiosenny wieczór i z maską która ze studiów przed lustrem wydała mi się najodpowiedniejsza na tego rodzaju uroczystość zacząłem recytację: — a teraz mów, no miałaś mi przecież coś powiedzieć; co? potem?, to ja ci powiem już teraz: mam cię w dupie, wypierdalaj.
Po czubki rozszalałych drzew.


Tak, odbyło się według, może by jednak naostrzyć tę siekierę, nie, lepsza tępa, wtorek, noc,
noc, boli mnie trochę ramię i, co się pcha w myślenie czy widzenie, godzina trzecia lub czwarta, pcha się jeszcze ale
a głos mi się trochę załamał, i na pewno zdupowaciała mi ta tak starannie przygotowana maska, poza tym jednak, i poza tymi drzewami,
zginane nie wichurą lecz siekierą, czwartek czy piątek świt, poza tym odbyło się, odpisuję ze ściany zanotowane może przedwczoraj, odbyło się według przewidywań i planu i ona nim się odwróciła podniosła ręce do oczu czy czoła czy w ogóle do twarzy i zrobiło mi się powiedziałbym promiennie było też i to przewidziane


Ale nie przeze mnie. Jak nie mój był cały plan; nic; jak cała ta zimowa, tak, jasno mi teraz już o wiele dalej w tył, tam gdzie zaczynałem się orientować, więc trzeba go oślepić i niech zapomni i przyznaję udało się ślepy i nic nie pamiętający już w tych śniegach nie mówiąc o topnieniu i zieleniach, lecz teraz: Hej służba! Bracia, do korda! Zdrada panowie!
nie, nie jest zaciszniej w struganiu wariata, kto mówił że ten rodzaj wygłupiania się, otóż i mądrość jakąś wiedzę chciałem mieć od zwyczajnych durniów, noc, godzina nie wiem,
bo bardziej durnie niż kłamcy, lecz mówiłem biedacy czy było mi ich żal byłem wrażliwy, byłem, odsłonię im was, nie zasługują, rozumiemy się, ale chcę wam odpłacić, tak, mówię do was hypnotyzerzy, obojętne jak ze mną jest, to już nie było przewidziane, obojętne jak jest nie lubię długów, oślepić i zapomni i na wszelki wypadek pogrążyć potem jeszcze głębiej w czymś już ostatecznie, a to już było przeliczenie, dopóki jestem i obojętne jak jestem pamiętam o odpłacie, któryż to dzień,
zginane nie wichurą lecz siekierą, więc trochę inaczej niż, i czy ona naprawdę chce się ze mną widzieć próba więc jeszcze zawrócenia mnie w tę
dziś niedziela chyba, druga czy już trzecia, nie mogę odpisać ze ściany, niewyraźnie, aha że oprócz tamtego lęku było ciężkie męczyło i nieraz zrywałem się w nocy i całkiem jak teraz nie mogłem zasnąć i jeszcze lęk że ja nie jestem już ja już jakbym umarł przeniósł się w zaświaty bo mi się przecież to wszystko tak mnie wypełniające zdawało chwilami jak właśnie z zaświatów czy snu było dręczące wszystko co było i dręczące że nagle może nie być ten sen w którym jest źle i chcesz się zbudzić i jest źle w lęku że właśnie sen i się zbudzisz ciężkie że już nic bardziej a więc teraz jest najwyżej to samo a lęków czy to jest czy nie jest czy nie będzie nie masz już żadnych, kiedyż to zebrało mi się na refleksje tego rodzaju,
trochę mniej duszno, blisko chyba świt, ale wczoraj wyszedłem też koło południa i musiałem spotkać tego, czy przedwczoraj, chodziłeś z nią to wiesz mówił czy nawet powiedział chodzisz, a nawet leżę z nią i z nią wstaję jest jak powiedział,
po papierosy i coś na sen, wiosna jest nagle jaskrawa, duszno, otwarte okna, hypnotyzerzy, tak, oni, ale spokojnie, zastanowić się może czy zawsze posługiwali się aż takimi, on też się zastanawiał Inżynier w cara jego mać marniał chodzisz z nią to wiesz czy ją jest łatwo i jak się zabierać nie rypałem już tak długo że prawie nie pamiętam zastanowiłem się że co ci szkodzi powiedzieć mi jak z nią, ze szczerą nadzieją że go pouczę, całkiem bez ironii, gdybyż był trochę bardziej rozgarnięty, trochę, jak ci ujeżdżający nowe samochody i nowe dziwy, mam pretensje o to posłużenie się aż takim matołem, ale czy nie wyglądało że jestem jeszcze większym więc nie powinienem mieć urazy, widzę dziwy z cyckami jak dzwony gołe biegną przez rzednący szybko brzozowy lasek i klepią się po wypiętych zadach, lasek może być i sosnowy czy inne w stylu pastorale dekoracyjki lecz najlepiej białe brzózki różowo oświetlone wiosną, pojawiało mi się to i dawniej, obrazek scenka frywolna którą się pamięta, jest nawet gdy już nie widać nic i słyszy się tylko galopadę i klaskanie, Inżynier leżał rozebrany w lesie nad stawem, obok niego ona, powiedział mi gdzie będą, i może nawet żebym też przyszedł bo ona chce się z tobą zobaczyć powiedział, ale gdybym nie natknął się na tę i skwapliwie nie skorzystał z jej opuszczenia na tę niekurwę nie składa się tak pięknie mogłaby zresztą być kurwą najwyżej dla pijanych kolejarzy zauważyłem że mają jakby upodobanie do szpetoty opuszczenia w ogrodach to ładne w ogrodach wiosny musiała mi sama zaproponować ten staw bo chyba nie ja, opuszczenie do opuszczenia jest nawet więcej niż ich suma i może lepiej że nie przyszła albo ja pomyliłem godziny, ale znalazłem się tam wobec nich tak głupio sam po cóż mi to było, miałem więc jeszcze troskę więc jeszcze nie najgorzej, nie tyle drzewa co raczej żerdzie podreperuję nimi matce płot wali się już od dawna więc potrzebuję nie sądźcie że to dalej wy, wlazłem tam od razu na nich, nad stawem tym samym ta jedność miejsca coś z antycznej tragedii, ten olejek do opalania jest najlepszy kto to mówił ja czy ona czy ten łysawy osioł blond, nie wszedłem pod drzewo gdy się zaczął deszcz nie chciało mi się lub zapomniałem bo lunął nagle i zrobiło mi się zimno i może jakbym znów szedł przez te śniegi, te tak niedawno, no, te śniegi, a oni myśleli że się popisuję lub chcę ich rozczulić, przeziębisz się matka będzie mieć zmartwienie powiedział on czy ta julia, matka osiołkowie mówiłem kiedyś biedacy czy było mi ich żal, rozpalmy mu ognisko szkoda chłopaka dodał, nauczono mnie cenić dowcip ale kto wie czy on nie miał tego zamiaru naprawdę, szkoda mi było ciebie Inżynierze żal mi było z nimi wszystkimi chyba i takich byłem wrażliwy i nawet zwierząt uważałem niech się nie krzywdzi, poszli w głąb lasu po te jak powiedzieli suche gałęzie na ognisko, deszcz przechodził i w słońcu już czerwieniejącym zalśniły młode liście, pomyślałem o ścieżkach w lesie że są wilgotne i jak z gumy i o polanach że czyste i lekko dymiące i że ten opar jest tam ciepły, nad stawem był potem szary, księżyc przesunął się niskim łukiem nad lasem i było ciemno gdy wracałem, może powróciły chmury, żadnej gwiazdy, świecą tylko nikłe lampki umieszczone po bokach gmachu, — albo ponad nim, to jest świątynia Salomona, lecz przypomina budowle greckie widzę białe kolumny i trójkątny zarys tympanonu, równocześnie jestem zmuszony do wmówienia sobie że to jest gmach parlamentu państwa Izrael, ależ oczywiście gmach parlamentu państwa Izrael, spostrzegam teraz przed gmachem kobietę siedzi zwrócona do niego plecami w białym szalu czy płótnie i wiem że ma mówić coś bardzo ważnego, ale policja wypędza ją poza granice Izraela na drogę prowadzącą do Azji, granice mają formę usypiska lub niskiego że chyba można by przeskoczyć lecz ostrego pasemka gór barwy fioletowo-zielonej szarawej zresztą i zakrzywiają się łukowato po bokach gmachu, droga do Azji jest szeroka i prostopadła do czoła budynku i kobieta oddala się tą drogą idzie powoli i chyba świecą jeszcze lampki i na moment wzbiera we mnie coś jak wzruszenie lecz teraz mówię kurwa tak czy inaczej i wiadomo co ważnego one mają do powiedzenia, szmata mówię jeszcze gdy jestem na tych schodach i poza mną jest morze stara szmata przybrana w jakby komunijne biele oto czym jeszcze próbuje się mnie rozrzewniać, — poza mną morze a tutaj most z którego schodzę szerokimi betonowymi stopniami, niżej jest krótka równina ze strzępami spłowiałych trawników i płatami piaszczystej ziemi, przed wielkim miastem, letnia noc i nad bliskimi już murami domów jest czysty śpiew kobiecy, tak, głos jest wzniesiony jakby ponad mną i miastem, i chcę zapamiętać tę chwilę i jednocześnie usiłuję sobie przypomnieć wrażenie z jakiegoś już pobytu w tym mieście czy nad pobliskim morzem gdzie chyba płakałem patrząc na odpływające statki miałem zdaje się mundur marynarza i młoda kobieta w spodniach i obcisłej bluzce śmiejąc się przechodziła blisko brzegiem plaży, na skraju miasta w mroku stoją działa nie mogę ich dostrzec ale widzę światła ich reflektorów oświetlają domy drugiego miasta już poza granicami tego państwa i słyszę huk tych dział i po każdym huku upadania tamtych domów, są to oczywiście tylko próby celowania lecz myślę że i tamto państwo zaraz zacznie próby podobne i uciekam ale i te działa na skraju tego miasta po nagłym uciszeniu zaczynają się odwracać i widzę rozchylające się i opadające ku ziemi smugi ich reflektorów szybko zbliżają się do mnie z dwu stron jak ostrza nożyc przede mną jest już most i nagle wiem że obok jest mój dom chcę tam dobiec, — to jest most kolejowy a równocześnie jest dworzec włóczyłem się przez chwilę po peronie i potem siedzę trzymając w ręce jakieś brudnoniebieskie tabliczki z masy plastycznej mają wytłaczane nazwy miast i godzinę odjazdu pociągu, choć nie wyłącznie miast i zauważam że na wszystkich tabliczkach stacją wyjściową jest Izrael przypatruję się jednej z nich czytam 8,20 IZRAEL — i nazwa tamtej wsi blisko stawu, — wreszcie mój dom, noc, jestem w pokoju sam i ktoś puka do drzwi, oho znam to, drzwi są wprawdzie zamknięte na klucz nie ruszając się powtarzam sobie że są dobrze zamknięte, one jednak zawsze otwierają się same i widzę coś jak upiora rzuca się na mnie lecz przerażenie trwa krótko zaraz tracę przytomność, trzeba by jednak sprawdzić czy dobrze zamknięte podchodzę chwytam za klamkę no oczywiście natychmiast się otwierają, ale za nimi stoi teraz tylko matka, spostrzegam równocześnie w oknie duży płat śniegu topniejąc opada wzdłuż szyby dodatkowa ilustracja pojmuję niejasno wpuszczając matkę, która jest jakaś inna bardzo zmęczona i chyba wystraszona jakby uciekała przed kimś lub czymś nie mówi mi tego ale ja wiem, ma gorączkę i równocześnie wiem że zaraz umrze, coś mówi nie wiem co, od dawna nie udało mi się zapłakać lecz uświadamiam sobie że teraz mógłbym, jednak nie płaczę postanawiam łzy zachować na pogrzeb obawiam się że gdybym teraz sobie popłakał to potem bym znowu nie mógł, matka ciągle coś mówi nie wiem co bo zajęty jestem tymi rozważaniami, ciągle coś mówi, zastanawiam się dlaczego tak koniecznie chcę płakać na jej pogrzebie, — skrzydła samolotu nie smugi reflektorów lecz skrzydła samolotu wbitego nagle w mój pokój drżałem kiedyś pod każdym chyba przelotem samolotów zwłaszcza nocnym myśląc o tym drżałem zanim zaraz wybuchnie jestem w niego wpychany już w pierwszych językach ognia żar i ból zmieszany z przerażeniem i jednak ponad tym przenikająca mnie całego rozkosz
Ten sposób ogrzewania, awiacyjny, nie miałem nigdy pieniędzy aby się przelecieć czy chciałem choćby na moment znaleźć się w samolocie a teraz jakieś dawne pragnienia się spełniają i tak płomiennie i za darmo, ale nie muszę mówić gdzie ja to teraz mam, te sztuczki hypnotyzerów, dalszy ciąg, czuję jeszcze swąd od tego lotu i jakbym jeszcze się żarzył i świecił przygrzali dobrze bo niedawno w tamtych zadymkach było mi zimno więc żebym nie narzekał, i gdzie mnie teraz z tym wszystkim możecie całować, z czymkolwiek jeszcze, a dalszy ciąg mam również ja dla was, za troskę o mnie, tak, dług wdzięczności, to dziecko już zupełnie niepotrzebne, odsłonię im was tak że zaświecicie wyraźniej jeszcze płomienniej niż ja w tym samolocie cała wasza działalność ta zabawa zasadza się na tym że nie wiedzą o was podświecę was bardziej niż wy mnie tym samolotem, o, tą zimą też, czuję jeszcze, no dobrze pobawię się i tym dzieckiem najgorzej jest się opierać wygląda jakby przyniesione od sąsiadów, ale nagle go nie ma, słusznie bo i tak na nic, zaczynamy więc, Hypnoza jak wiadomo, albo inaczej zaczniemy od tego że byłem Bogiem uświadomiłem sobie, zaczęliście mnie myślę od tego, ale już dokończenie było jest będzie moje, byłem Bogiem, oho więc jednak, choć już nie dziecko, dobrze, mogę się też przejść, szedłem lub czekałem na nią na drogach może mniej wymyślnych, lecz przez to właśnie bardziej jeszcze, czekam na nią ona zeszła w dół tą drogą opadającą ku zachodowi albo ulicą domy się zmieniały czy nawet znikały i były tylko trawniki z kępami jałowca lub szeregami uli no w wieczorze w szarym matowym powietrzu, pomyślałem że ona już tu nie wróci lecz będzie szła drogą równoległą do tej i gdy przeszedłem tam widzę tłum ludzi idących w górę i mam pewność że ona będzie wśród nich i wszedłem za nimi do dużej sali czy kościoła bo wszyscy zwróceni są w jednym kierunku lecz trudno się przecisnąć do miejsca gdzie powinien być ołtarz, sami myślę mężczyźni ale mogłem się mylić jest coraz ciemniej, choć stała z paroma mężczyznami tylko gdy ją spostrzegłem, i zabierając się do wyjścia mówi jeszcze coś do nich i wychodzi za mną z ociąganiem, miałem ją zapytać co to wszystko znaczy i dlaczego nie przyszła na tamtą drogę lecz ona zaczyna mówić sama, że chodzi tu na próby recytacji czy śpiewu, i mówi jeszcze, coś niezrozumiałego, i uśmiechając się zaczęła uciekać tą drogą w dół, niezbyt szybko i wiem że ją dogonię, ona odwracając się jest ciągle uśmiechnięta, nie drwiąco to raczej chęć skłonienia mnie do przyspieszenia kroków do biegu chciała bym za nią biegł, zobaczyłem z nią jakąś drugą biegły trzymając się za ręce obie ubrane są w szaropopielate długie spódnice i chustki zakrywające włosy i szyje droga ucięta jest szeroką szosą i one biegną nią w kierunku drogi na której przedtem czekałem, jest jakaś murowana brama lub tylko dwa wysokie ceglane filary bez sklepienia i chyba gdy one wbiegając na szosę za jednym z nich znikały zobaczyłem niskie słońce miałem biec pomyślałem że zaraz je dogonię lecz szedłem powoli nie wiem dlaczego szedłem bardzo wolno i potem stoję przed bramą patrząc na cegły jakby rozżarzane słońcem, — zaraz, ona miała mi, miałaś mi wyjaśnić, nie trzeba zresztą, to ja mogę powiem ci jaki to kościół i ten tłum sterczących tych sztywniejących tych dla ciebie i te deklamacje czy śpiewy do jakiego jest boga to oratorium; lecz zostawmy zostawmy ją tym modłom i pamiętaj o hypnotyzerach, tak, wracajmy — byłem Stwórcą, Bogiem Ojcem, uświadomiłem sobie, to ze mnie powiększał się świat, i wszechświat, istoty jakieś są o ile ja chciałem, nie ma rośliny nie ma rzeki jeżeli nie przeszła przeze mnie, i barwy i dźwięki i kształty i rasy i ilości i epoki i formy i przeze mnie przechodził nie kończący się orszak powstawań i śmierci każde oczy każde pochylenie i rozszerzałem lub pomniejszałem do innych niż gdyby były odczuwane granic i wyznaczałem ruch i miejsca w ruchu, powiedziałem tam na Akademii gdzie byłem jak mogłem uważać dla zabawy a najwyżej dla obserwowania zajęć paru moich przecież stworzeń by się zorientować czy godni byli zaistnienia i w tym celu naśladując ich czynności które uznałem wreszcie za nieszkodliwe ale mogliby się zająć czymś choć trochę poważniejszym trzeba było im powiedzieć najpierw kim jestem że Bogiem Stwórcą wszystko to powiedziałem im wybuchnęli śmiechem który mnie zdumiał bo jakkolwiek było znam znałem ich to czym są i co mają to całkiem nie do śmiechu mogłem ich unicestwić jak stworzyłem ale ten śmiech mnie nie gniewał zdumiewał, naśladując ich czynności i zbliżając się do ich pragnień złych pragnień stwierdziłem obojętne czy Bóg Ojciec ich Stworzyciel ale miałem dla nich uczucia przyjazne i dla nich zrezygnowałem potem mogłem sobie powiedzieć dla nich rezygnuję ze swojej boskości dla już zupełnie zbliżenia z nimi Mistrz Cierpienia dla nich i wysiłek żeby być już całkiem zrozumianym ta rozprawa którą zacząłem wtedy pisać, złe pragnienia drogi tylko do zawodów pokażę wam drogi do spełnień czy spełnienia pragnień nie nazwiesz szczęściem zauważ zacząłem tę rozprawę zauważ moje dziecko że pragnienie choćby posiadania nowych butów może się spełnić pragnienie cierpienia spełni się zawsze i to nawet tak jak nie mógłbyś sobie zamarzyć, gdy mi się przypomniało iż ktoś twierdził że cierpienie jest chyba jedyną rzeczą czystą zacząłem przeglądać Xięgi aby sprawdzić kto był tak dowcipny i jak to motywował Dzieła ich filozofów, ich śmiech mnie wtedy zdumiał a teraz zdumiało że mógł że cokolwiek u nich mogło mnie jeszcze zdumieć teraz mi się rozjaśniało zrozumiałem że nie trzeba zrozumieć nie trzeba próbować, no jeszcze zrozumiałem, o tych Xięgach kto by nawet powiedział że przez nie i jeden stracony włos nikomu nie odrósł nie zazielenił się uschły liść ten by jeszcze mówił z mroczących dymów, zrozumiałem a więc sam jeszcze mówiłem z tych dymów należało je usunąć, kto im wmówił i są w lęku i są zadręczani w usiłowaniach połapania się w czymś usiłowaniach objęcia tego lub tamtego tak zwanym rozumem tym tłumieniem w sobie idioty tak wspaniale rozległego skąd im przyszło w tak rozległą świetlistość wpychać te skwierczące i dymiące lampki, mówiłem ciągnąc tamtą rozprawę już w kierunku nieco zmienionym biedacy przestańcie tłumić i ograniczać i krępować w sobie idiotę tak świetnie rozległego i on obejmie spokojnie wszystko co was trwoży co przechodzi pojęcie spokojnie i lekko i nic nie zdumiewa i niech wchodzi wszystko co zechce niczemu już nie trzeba się opierać w białej pogodzie bezgranicznie otwarty na wszystko, mówiłem to jeszcze ze skwierczeń i dymów nazywanych rozumem i samo to że jeszcze mówiłem ale już w rozjaśnianiu już Wielki W Idiocie świadomy go w sobie i rozpętujący, król nad nieświadomymi go i krępującymi nad zwyczajnie małymi zwyczajnymi i w nim błysło mi rozwidnienie to właśnie i oto wiem skąd w tobie niebożę dymią te lampki i cokolwiek w tobie i wokół ciebie to rozwidnienie było już ogromnie idiotyczne otóż właśnie Wielkim Idiotą objąłem hypnotyzerów prawie już Wielkim należało tylko wygasić w nim drobne skwierczenia i wygaszałem i było już mogłem uważać było w ostatnim i nikłym poruszeniu dymów podeszła do mnie z drugą z którą się, — myślałem że to dziecko zabrali a tu znowu go widzę, dobrze, w białej pogodzie nie opierać się niczemu, ale dlaczegóż leży na podłodze biedactwo, podszedłem patrzę a ono się do mnie śmieje, za szeroko jednak i pomyślałem że taki śmiech może wreszcie rozerwać twarz i odciąć tę górną część głowy od reszty, i rzeczywiście, lecz gdy ta część głowy zaczęła się już odchylać w tył szczelina śmiechu schodziła w stronę tułowia poszerzając się ciągle i kiedy głowa z szyją i kawałkami bark jest już odcięta i myślę że to nie będzie mogło się poruszać kiedy z pewnym zresztą współczuciem tak myślę głowa podnosi się i w pozycji pionowej przechylając się na boki zbliża się do mnie popatrz mówię sobie popatrz a jednak może chodzić, kolebiąc zbliża się do mnie coraz bardziej, zastanawiam się czy wypada to odkopnąć a jednocześnie boję się że mogłoby mnie ugryźć w nogę, zresztą zaraz leży już obok, i ciało jest całe, i dorosłe, leży nieruchomo, w ciemnym ubraniu, schylam się a ubranie jest jak na wycinanych z kartonu lalkach których ubieranie polegało na nakładaniu wycinanych również z kartonu poszczególnych części stroju może w dzieciństwie czułem się nieco dziewczynką bawiłem się takimi lalkami, schylam się podnoszę sztywny płat marynarki ze spodniami, następnie koszuli, skóry, pod zdjętą warstwą mięśni są jeszcze inne, dwie lub cztery, wszystkie leżały na sobie luźno, nie ma nic wilgotnego czy lepkiego, płaty podobne do filcu i podobne do siebie zróżnicowane głównie w kolorach, są chłodne, i jest lekki i nieokreślony choć przykry trochę zapach, po zdjęciu ostatniej warstwy podnoszę żółty ciepły jeszcze drut, był wzdłuż całego ciała, wiem że wszystkie zdjęte warstwy były mniej ważne, drut jest dość gruby i podwójny czy potrójny nie jest jednak skręcony a tylko w pewnych miejscach są sploty największy splot jest w miejscu głowy gdzie drut jest również zaczerwieniony, cały jest jak ze złota i myślę że musi dobrze przewodzić prąd elektryczny zastanawiam się do czego mógłbym go użyć, jest w dalszym ciągu ciepły stawiam go w kącie szafy mówiąc sobie zwyczajny drut widzisz co zostaje ecce homo co zostaje zwyczajny drut i zastanawiasz się nie wiesz do czego co mógłbyś z niego zrobić,
zastanawiasz się, nie, nie jest tak źle, wygląda że nieco zasypiam siedząc albo nie śpię leżąc ale może mam taki zwyczaj a nie że jest ze mną źle i możecie sobie darować to podpychanie mi natychmiast tych obrazków i mam się zastanawiać i to nad jakimś drutem nie jest ze mną aż tak źle i gdzie mnie możecie z tym całować i nie opieram się włączam do frunięcia też ten drut bardziej mi pomoc niż przeszkoda włączam do odsłaniania was szeroko otwarty na cokolwiek a i te drzewa niech będzie że mi niepotrzebne że to tylko taniec w waszych podgrywaniach nie upieram się te raczej żerdzie drzewu grubszemu od uda nie da rady nawet silny, jestem słaby i dam sobie z tobą radę cacusiu powiedziałem, różowiejący wieczór my przytuleni do siebie, bajeczka dla dzieci, ale nie mogę sobie dać z tym rady, podeszła do mnie, jakże pragnę przytulić się do kogoś w tej chwili lub jakaś dłoń w mojej czy choćby mówić i blisko czyjeś oczy, nie, odejdźcie, ośle nie istnieją powiedziałeś, powiedziałem, nie istnieją, nim się odwróciła nim odeszła podniosła ręce do oczu było mi promiennie to również było przewidziane, jakże pragnę
a wiesz spotykamy się jeszcze, lecz nie chodzimy po słońcu, i ona ma włosy ciemne przedtem je rozjaśniałam powiedziała, chodzimy wzdłuż północnej ściany lasu patrząc na miasto co różowiejąc ciemnieje musimy tam wrócić nim wzejdzie księżyc, nigdy nie mówimy o tym, przedtem je rozjaśniałam a teraz takie wydają mi się ładniejsze mówi lecz jest inaczej światło jakiekolwiek ale nigdy nie mówimy o hypnotyzerach największą moc mają w świetle, księżyc lecz przede wszystkim słońce jest ich lampą o straszliwej mocy hypnotycznej kiedyś zaszliśmy chyba za daleko był już skraj lasu a może wiatr rozchylił drzewa i w tej smudze światła jej włosy były też ciemne ale pod nimi czy to był brzeg ziemi wchodzącej w słońce uderzyła mnie złotawa i kipiąca różowość i kości twarzy przebiły się i zaczęły mnie wznosić w jakąś ogromność te jaskrawe zbocza i krawędzie i czy nie zachwiałem się nie mogąc wydobyć z siebie krzyku, zatrzymało mnie mgnienie cienia drzewa się zwarły, nie chodzimy w świetle, ciągle północna ściana lasu i znam każdą nierówność tamtej ścieżki każdy kamień i każdy korzeń i nie patrząc w górę wiem gdzie musimy przechodzić szybko i nie patrząc na siebie bo tam jest trochę jaśniej, mówimy mało patrzymy na ciemnienie miasta gdzie spędziliśmy zimę ale nie mówimy o niej i nie mówimy a i nie myślimy o tym co było później o zimie jednak myślimy, cisza w której chodzimy pełna jest śniegu, prószenia lub śniegu jakby powstrzymanego i nie ma wiatru włosy są odkryte i nieruchome a drzewa jak zakrzepłe czy wykute w żelazie, to i uważne patrzenie na miasto jest nieco męczące i może powinno być trochę inaczej, coś więcej, i bez tego wrażenia że wokół nas jest jakby czyhanie, ale i tak jest dużo i nie trzeba nam nic więcej, ona to też powtarza, właściwie mówimy do siebie tylko to, ale jednak, no tak ona nie jest zupełnie zadowolona, może więc głupia nie przychodzić, tak to chyba wczoraj powiedziała że za mało o nią dbam, może i prawda ale dlaczegóż ona pozwala malować mnie farbami co gdy wychodzę na powietrze zaraz zapalają się i z trzaskami które mogłyby być choć trochę inaczej zrytmizowane,
było przewidziane lecz potem nie znalazłem Lili należało przewidzieć przede wszystkim to, nie znalazłem nigdzie nie spotkałem już Lili żaden najobłędniej oJuliały nie szukałby tej swojej wmisteriającej z taką płomienną gorączką z jaką ja szukałem wtedy kurwy, przewidziane ale nie przeze mnie, chwyciłem siekierę było już po północy i źle i pobiegłem do lasu że w tym frunięciu mi się poprawi i wybiję ci z głowy tę Beatrycze czy Julię cacusiu, ale nie mogę jej nie widzieć nie mogę o niej nie myśleć
widzieć z nogami rozkraczonymi i łapa w jej włosach i jej wargi te i tamte rozepchnięte i łapa przesuwana pod plecami wargi rozepchnięte i przywarte i ruchy ten zestrojony rytm ten rytm wolno i coraz szybciej i znowu wolniejący ten rytm oto muzyka chór wznoszący się opadający chór czerwonawy jakby cały był z warg tych i tamtych i z przywierań ja co nie mogłem znieść że ktoś z nią mówi nawet że na nią z bliska patrzy ja teraz i we futrach z diabłów nie może być bardziej gorąco czy tędy jest wejście do piekła chór w kolorze tak w diablim poczekaj bo diabły miesza mi się były obdzierane ze skóry czy tędy to wejście którego szukałem nie może być bardziej gorąco lecz fruń śpiewaj dalej łącz z chórem łącz swoje wargi do tamtych śpiewam ogarniany tą muzyką zostało jeszcze i nie zapominam ogarniany czerwono pręgowany tymi rytmami i biała pogoda w której wtedy
w której szukałem wejścia do piekła widziałem w białej pogodzie pomijam oferty burdeli na Marsie tłumy zasłuchane w te oferty któregoś dnia strajk władców powiedzmy premierów domagających się podwyżki płac reagowano na to raczej mimicznie choć szefa jednego państwa znaleziono na dworcu kolejowym leżał na betonie peronu w pozycji embrionalnej jakiś mały i przykryty poranną gazetą pomijam wiele jeszcze wiele z działalności hypnotyzerów zmąciły mnie nieco te futra sprzedawano pojąłem futra z diabłów nie miały żadnych szwów a leżały jak ulane i żar bijący z kudłów i zresztą jeden cyniczny oprawca zachwalając swój towar krzyczał futra ze zbuntowanych aniołów pijany i wpółprzytomny inni woleli zalewać się w domu zbijali na tych futrach majątki tajemnica była cenna zalewali się w domu gdzie najwyżej mało pojmujące dzieci lecz przechodząc raz obok bawiącej się gromadki słyszałem wierszyk którym się wyliczały Szedłem sobie raz przez piekło o mój Boże ależ ciepło dzieci niewątpliwie tych oprawców a więc znaleziono wejście do piekła brakowało jeszcze tego i zmąciło mnie nieco poruszyło chciałem i ja znaleźć to wejście musiało jednak być doskonale zamaskowane straciłem trochę czasu lecz oddawałem się temu bez przesadnego zapału targnięty najpierw współczuciem dla obdzieranych ze skóry diabłów a też że miałem wbijane w głowę iż dobrze jest zajmować się tu czymś wyraźnie konstruktywnym a jeszcze lepiej gdy i wiekopomnym otóż jak mówię i mnie dosięgali jeszcze hypnotyzerzy, dzień kończy się prawie upalnie napiłem się wody a papieros jeszcze bardziej piecze w język i gardło gdy wstawałem pojawiło mi się przed oczami parę białych ruchomych punkcików które znam nie pomagały zasnąć, hypnotyzerów wreszcie w jakimś momencie zaczynano może wyczuwać zauważałem w twarzach jakby czaił się popłoch hypnotyzerzy orientowano się są wszędzie są wśród nich wyczuwano orientowano się niejasno o ile w ogóle lecz widziałem w pociągach autobusach na dworcach i ulicach głowy opuszczone lub oczy w dół czy w bok lub przymykane i widziałem tylko powieki jakby próbowano się bronić, zobaczyłem też nie tylko przymykane czy w bok, ten dzień już tutaj tam mi się matka za bardzo już przyglądała gdybym rozmawiał z nią zaczęłaby się na pewno pytać przestałem z nią rozmawiać jeszcze chyba w dzieciństwie może bym z ojcem miał o czym ale zmiotło go zanim mogłem zastanawiać i orientować się kto to jest czemu jestem z nim i czemu leje mnie czy nadrywa uszy ten właśnie a nie którykolwiek inny z całej ich zgrai myślę że w każdym razie miałbym mu coś do powiedzenia matkę choć lała mnie nie gorzej widziałem jeszcze obojętniej że nawet już nie pierwsza lepsza tej płci ale wybrana gdzieś z największej odległości ode mnie i to mnie wreszcie cieszyło że jakbym jej nigdy.nie miał myślałem nieraz że tak samo jak z tą kobietą mógłbym gdy się już musi z kimś lub z czymś być mógłbym z kozą czy krową i że to byłoby jeszcze lepiej nie podpychałyby mi się żadne jak nieraz dawniej bywało rojenia o jakimś porozumieniu czy więzi czy bliskości ale czasem trochę jej współczułem jej życie wydawało mi się wyjątkowo zaropiałe zastanawiałem się co ją przy nim trzyma bo chyba nie ja łącz swoje wargi do tamtych i zaśpiewałem też o matce i równie wyczerpująco o ojcu w tej muzyce ten śpiew całkiem chyba na miejscu zaczęłaby mnie na pewno wypytywać gdy tak w nocy nie spałem lub wychodziłem ale wystarczyły mi nawet te jej spojrzenia te obmacujące jak wszystkich ich wyjechałem nocnym pociągiem liczyłem że będzie całkiem pusty a potem musiałem jednak stać przy drzwiach z twarzą w oknie wolałbym już wprost szczekania ich psów myślę że wyjechałem od nich wszystkich, i myślałem że wyjeżdżam też od tego, upalnie a więc czy lato,
ogarniany tą muzyką a nie snem siekiera była tępa to lepiej bo bardziej męczyło dam sobie z tobą radę cacusiu powiedziałem nie zaśniesz po tym drzewie to pójdziesz po następne i jeszcze i druga noc trzecia do zmęczenia co miało szczelnie wypełnić i gdy już nogi za bardzo mi się chwiały żeby iść i trochę zawracało w głowie brałem kartkę lub na ścianie przy łóżku notuj mówiłem sobie co się pcha w widzenie czy myślenie będziesz się z tego może już za parę dni śmiał i trzecia noc czwarta i jednak skupiaj też myśli na tym staraj się dobrze składać zdania to ma być wysiłek dalej gdy drzew na dziś masz dość czwarta noc piąta do zmęczenia co miało szczelnie wypełnić że wreszcie nic prócz niego noc piąta szósta szedłem o świcie po papierosy ta postać wynędzniała i na wykrzywiających się przy każdym kroku nogach i z licem pobladłym że tylko zanosić się od śmiechu przesuwająca się razem z najrańszymi promykami wzdłuż niskich domów tamtego miasteczka to byłem ja
o świcie a jednak zaczynali już łazić już ich poderwało gdzieś się im spieszyło i przechodząc obmacywali mnie tymi swoimi spode łba ślepiami przyczajonymi jak ich psy te kuzyny hien
po papierosy i coś na sen tyżeś to ty mój mistrzu dlaczego tak blady i coś na sen na wódkę już mi brakowało jak to był luminal to chyba dla niemowląt a gdy tak myślałem musiałem zapominać o hypnotyzerach po przełknięciu tego niby luminalu żadna senność a wstępowały we mnie zdawało się siły konia i znowu chwytałem siekierę w jakiejś chwili w noc tam w lesie widziałem że jestem na ścieżce czy polanie pamiętanej z niedawnych spotkań i cisz co już po zimie nadeszły i jasności i siadałem tam czekając co zacznie mi się jeszcze wyrabiać lecz nic już gdyby nawet mogło więcej to nie z jakichś tam miejsc a ze mnie gdziekolwiek jestem i na nic wyjechałem stamtąd może byś spróbował wyjechać z siebie już zaraz przy pierwszym drzewie pojawiały mi się przed oczami białe punkciki lub ciemne niczego nie przysłaniały niechby przyprószyły mnie w zasypianiu z koszulą przyklejoną do pleców z nogami które mi drżały drętwiała ręka oparty o ścianę zapalałem jeszcze papierosa głęboko się zaciągałem i zataczając się szedłem do łóżka i nie zasypiałem i od nowa gdy z notowań też mnie na sen nie brało siekiera i las tak marnie pilnują tych swoich jak nazywają zielonych płuc i cennych surowców zdarzało się liczyłem tam na spotkanie siekiera wystarczyłaby mi tępa a nikogo jakbym w końcu miał znieść pod dom cały ten las od nowa siekiera i drzewa i papierosy i miałem chwilami idąc lub gdy stałem wrażenie jakbym się przechylał czy opadał to trochę trwoży nie wiem czemu a gdy udawało mi się zasnąć wchodziłem w jakby dławiące krajobrazy albo obrazy ciężkie od bezsensu i w też męczące ucieczki lub pagonie i czasem czułem że są śnione i chciałem się z nich zbudzić a do czego zlany potem zrywałem się i choć one czasem jakby jeszcze przez chwilę trwały ogarniało mnie zaraz to tutaj do czego się przebudzić wolałbym pozostać już tam
pozostać już tam choć mieszało mi się gdzie jestem naprawdę a gdzie snem i gdzie siadam na łóżku i poruszam głową jak pokazywany raz na kronice filmowej niedźwiedź polarny w ogrodzie zoologicznym stał na bloku sztucznego lodu i pewnie patrząc na przyglądających mu się z bliska ludzi poruszał łbem w prawo i lewo nieustannie i nie tylko łbem w tym jakby zdumieniu też i przodem ciała obroty w prawo i lewo w prawo i lewo dałem sobie po paru nocach spokój z tymi drzewami ona nie tkwiła mi w mięśniach rąk czy nóg wróciłem do frunięcia wyłącznie rejonami gdzie jaśniała gdzie była coraz większy i większy płomień
wzniesiony rozszerzany tam przez hypnotyzerów nie mogę nie widzieć jej kolan gołych zadartych i całej w tych rytmach w tych rytmach i tak mi w nich jest do pląsów nie było jeszcze muzyki tak porywającej zginały waliły się w niej drzewa bo to był jednak to dalej był taniec w podgrywaniach hypnotyzerów na nic czepianie się jakiegoś płotu dalej pląsałem w ich podgrywaniach a więc za wszystkie ja teraz za wszystkie ich kantyleny i trąby teraz zagram ja im za trąby i za tę Julię i pienia słowicze i chóry i piszczałki za wszystkie moje w nich podrygi za wszystkie za tę nawet żałosną postać przesuwającą się w najrańszych promykach powiedziałem Wielki W Idiocie wszystko usuwane żadnych dymów i skwierczeń i kolorków Rozprzestrzeniony W Pusto rozjaśnienie i jeszcze rozjaśnienie rozprzestrzeniony Rozwarty W Nic to tam trafiać będą podgrywania jakiekolwiek w nic oni wiedzieli byłoby głupstwo że się im wymyka jeden mają miliony tych biedaków lecz że może odkryć ich objąć tym rozprzestrzenieniem tak jasnym więc go nieco ściemnimy a potrącały mnie jeszcze ich podgrywania pomijam futra z diabłów i wiele i że któregoś
za resztę forsy może by kupić wór kaszy pójdę chyba z rana i tym zatkaj udław się to ścierwo któremu oprócz wszystkich dotąd zachciewań chce się jeszcze chwilami żreć zatkałbym raz na zawsze żeby miało dość i tego jak zachciewań tamtych daj napęd temu bydlęciu i niech cię wlecze dalej i znów ryknęło Naprzód! i jedziemy w nieznane a duch niech ponad nim ogromnie wzlata od ściany do ściany i pod sufit a może i z metr wyżej jak grzywa tego konia poczekaj bo wzlatywało się i w gwiazdy konia czy osła i nie za bardzo w nieznane i niechbym lepiej z niego spadł wreszcie gdy mnie tak wlecze po tylu już nocach jest nadzieja że się udławi tym świństwem zanim go w worze braknie jedziemy
i że któregoś dnia zwrócili mnie w gwiazdy nawet i ja z paru wstępnych ustaleń jak to że jądra gwiazd a też planet nie są skupiskami masy ona gęstnieje w kierunkach zewnętrznych nieco się potem na samych powierzchniach rozrzedzając a jądra są jej rozrzedzeniem prawie w próżnię o kształcie wrzecionowatym z wierzchołkami w biegunach lub w biegunach pierwotnych u pewnych mas zastygłych ja wzniosłem się w te ciała niebieskie lub zarywałem się w głąb Ziemi i w głębie tych ciał i w ich ruchy i układy by rozbić całe systemy błędnych widzeń moich pobratymców co też się wznosili lub zarywali po całe systemy błąkań przez wieki też zwracani i błąkanie z błąkania cóż by innego i pomijam też to i jeszcze wiele i że w końcu w tym wszystkim były rzeczy naprawdę nieprawdopodobne były zielone liście nieruchome domy wiatr deszcz chodnik pomnik uśmiechy kobiet jakaś rzeka miała łagodne chłodne fale pomijam nie dbam teraz o to lecz że wystarczyło tak mało i prosto gdy ja tak bardzo byłem już pewien w sobie Wielkiego Idioty a kopcące lampki ciągle jeszcze skwierczały we mnie dymy barwione jeszcze czuciami dęły w białą pogodę byłem jej tak pewien a tu proste podstawienie mi dziwy tak pewien Wielkiego Idioty jak okazał się gorzej nawet niż zwyczajnym jak gorzej niż przeciętna była ta dziwa gdybyż przynajmniej lecz żadna boska piękność gatunek kategoria trzecia ale tresura wyobraźni Beatrycze Julia czy i zmysłów ta Sztuki Piękne tresura wreszcie wiem ma sens ta w gruncie rzeczy straszliwa ta praca potrzebna im hypnotyzerom podniosły się w tej we mnie Julii wszystkie przytajone dymy i kolorki rozsnuły ją w całą tak już zdawało się nie do zmącenia białą pogodę gęstym i lepkim oparem do każdego zakątka i jeszcze bardziej teraz gdy nie ma oni to przewidzieli i podgrywajcie uderzajcie teraz wszystko już trafi cokolwiek będzie już trafi we mnie gdziekolwiek celować wszędzie gęsto od niej i kolorowo i lepko i chwytliwie teraz gdy nie ma jej nie ma tam poza mną o ile była o ile to było gdzieś jeszcze poza moimi dymami i barwieniami
nie, przecież wiem wiem było nie mogę zapomnieć było mówiłem niemożliwe lecz droga nie zapadała się czy rozwiewała gdy szedłem trzeszczał śnieg pod butami i pokryte lodem schody na moście kolejowym dotykałem poręczy śnieg chłodził mi palce były te same drzewa po nocy następował dzień było zimno wyraźnie i długo wszystko za długo jak na widzenie senne dotykałem czoła mówiłem nie ma niemożliwe gdy już ją spostrzegałem i gdy stała obok i zwyczajne były jej słowa i uśmiech, zwyczajne cóż jest zwyczajne cóż drzewa lód cóż jest istniała ona była początek i w śniegu wstawały żywe liście podnosiły się upały w stających się stronach świata wschodziło powietrze i w jego błękitnych pełganiach jakbym myślałem szedł w głąb stwarzającego mnie Boga a ona miała drobne ręce i było jej zimno a teraz, gdy cofa się cały ten wschód i mógłbym powiedzieć wprawiono we mnie rozpadanie się Stwarzającego to wszystko w jakichż przestrzeniach że tak cicho ale momenty jakiejś też jakbym to ja rozkoszy unicestwiania chyba jakbym ginął i tym odchodzeniem niszczył i gdy jest błaganie o ocalenie to jest skierowane do mnie a ona tak rozszerzona wielka coraz, no dość już tej humorystyki jak na jeden raz
obejrzyj sobie może zachód słońca bo jest właśnie, słońca mówiłem że ich lampa ale teraz już co jest o cóż się teraz bać, powiem mów powiedz słońce złoci zmęczenie tych wojsk idących w taką czerwień wejdzie w nią i tamten ich szczątek cirrus, w czerwień jak bywa kolor gorączki w której zasypia się łatwo w łóżku lub gdy siedzisz przy oknie, łatwo i nigdy powiem te jej ciemniejące smużenia wygaszają w tobie światła nie powrócisz do oczu które może smagać śnieg albo rozbłyski, nigdy już pomyślę pomyśl mówię i rośliny wiotkie i chłodne wzejdą w zasypianie i kładzie się we mnie sen liść za liściem mów szeleść i jest i nie było i nie wiem i nigdy, ryba wyplusnęła w spokojnej zatoce i rozchodzą uciszają się fale


i większość tych słów, tych i przedtem i jeszcze gdy będą, a ty nie wiesz które, dyktują ci hypnotyzerzy


A więc niech działają; pomyślałem że wiem o nich i stąd jest będzie rozporządzanie sobą już sam sobą ale zaraz nie wiedziałem co z tym robić zaraz zwrócił się ja jest był też on zwrócił się do mnie z pytaniami odpowiedz myślę on jesteś ty odpowiedz mu dobrze ma ten jakiś jeszcze czas przed sobą i gdy się pyta to widać chce w nim jeszcze być odpowiadaj a przecież nie wiem gdzie i jak i po co nie potrzebujesz okazuje się mówi mi ja-on nie potrzebujesz siebie to był już wyrzut no daj mi spokój mówię kiedyś może wiedziałem gdzie i po co lub wydawało mi się i mogłeś mi się marzyć z tym zupełnym władaniem sobą a teraz się odczep nie wiem i nie staram się wiedzieć, tak, oni, hypnotyzerzy, o nich wiem i wystarczy, niech oni cię gdzieś popchną, niech mię oni, tu lub tam, gdybym nawet miał ten ich niepojęty zapał, co za religia ich w tym ożywia, lecz i to niech cię nie obchodzi, daj sobie spokój, i ani przeszkadzać ani próbuj się im opierać niech najszerzej i najswobodniej działają odczep się ode mnie a ich interesuje ten twój jakiś jeszcze czas chcesz sobie w nim jeszcze pobyć niech ci go wypełniają oni a może mi powiesz co teraz co w nim jest co zostało o co by mi chodziło no co jest, tak, zostaw im.


Zresztą nie miałem na to czasu, moja wtedy harówa polegała i na myśleniu a ono całe mi się nagle wypełniało tamtym, świetnie srebrniało w tamtych śniegach, była wtedy najbardziej na to niedobra pora, spróbuj gdy jesteś dziadem przerwać choć na chwilę harówę źle wszystko już źle szło już całkiem nędzarsko, to było nazbyt jak na mnie arystokratyczne, miał rację ten ich wielki wkładając tego rodzaju sprawy w książęta czy wodzów czy podobnych panów, różnie im się rozwijały ale się rozwijały oni je mieli mogli mieć i niektórzy czas ich jaśnienia i zresztą czy rozwinięte w tragedie nie były wspaniałe, rozwinięte w te brunatne nieco lecz dalej słońca, a co nędzarz może mieć i w co mu się to może rozwijać jakie mu wstaną słońca z jego błot, jedyne co może mieć gdy mu się coś takie przytrafi lub zwidzi to pragnienie żeby to najprędzej przepadło, nędzarzom pozostawiał role szubrawców i komediantów, budzić odrazę lub śmiech, role obwiesi rabusiów sług żołdaków grabarzy i muzykantów kurduplów i błaznów, ale mam teraz mam czas wreszcie wypiąłem się na wszystko był to gest prawdziwie arystokratyczny, bo i zaczęło się ze mną gdy tamto przepadło wyrabiać całkiem arystokratycznie, i też arystokratycznie sobie na to pozwoliłem nie wsadziłem przed tym łba w swoje błoto nie wróciłem plunąłem w nie, — recytacja; rola; błazen; do końca; the rest is laughter; nie twój śmiech lecz z ciebie; w to sobie teraz wsadź ten swój czas.
Zagwizdałem sobie przed chwilą, jedno stare tango, i zrobiło mi się zrobiło mi się jakby to powiedzieć smutno podchodziły do mnie jakieś z młodości rojenia gdym tak gwizdał to tango które sobie nagle przypomniałem zawsze miałem słabość do tang grał to tango dawno na akordeonie taki jeden z tamtego czasu staliśmy tak z dziesięć metrów od domu mojej matki metrów z trawnikiem i dwoma drzewami staliśmy pod jednym z tych drzew to tango które sobie też gdy on grał przypomniałem słyszałem z radia gdy byłem młody bardziej jeszcze i przypomniałem rojenia słodkie wtedy a w przypomnieniu podchodziły do mnie rozdzierające, i tym właśnie wypięknione, tak teraz to podeszło do mnie wzmożone tym wypięknieniem podwójnie, to zdaje się tak w skrzypcach tony pięknieją te same gdy powtarzane w miarę upływu czasu gdy powracają, więc trzeba jakiś czas żyć żeby miało co powracać i tak wzmożone i zbiera się coraz więcej tego do rozdzierających powracań do tych powiedziałbym nabierań głębokości tonów przez wiele stopni rozpiękniających wewnętrznie w miarę upływu czasu człowiek wewnętrznie pięknieje pomijam bydlaków wyjątkowych nie wiem jak u takich nie jestem mocny w zoologii wewnętrznie pięknieje gdy zewnętrznie szpetnieje, więc by śmierć ta ostateczna najwyższa szpetota zewnętrzna była wewnętrznym wypięknieniem najwyższym, bywało nieraz że pragnąłem zobaczyć ich bo siebie w śmierci widywałem zobaczyć ich wszystkich i już nie w wyobraźni jak siebie tłumy powtórzmy zamienione w czerwone morze ugasić w nim pragnienie, więc by wyglądało że pragnienie najwyższego ich piękna czyżbym więc był estetą
ale zdaje się chodziło mi o coś innego i o coś innego jeszcze w tym drugim innym, i jeszcze gdym sam siebie gdym przechodził wiele różnych śmierci ale to już inna sprawa i powiedz też że to cię obsiadało i może miałeś do tego słabość jak do tang a nie opierałeś się temu i wiodło cię a jakiś cel że o coś ci w tym chodzi mogłeś sobie zmyślać, ale nie w chwilach tego, i myśleć też że w śmierci przeleci im przez głowę — ten to był geniusz tak jest jak on powiedział, i myślę teraz że to najpiękniej zyskać uznanie u tych co są już w wypięknieniu najwyższym a na pewno w czymś co jest największe jak myślę nie od teraz i że największym jest uznanie owej genialności w mówieniu o największym uzyskane u będących już w tym największym, ale myśleć tak mogłem nie w tamtych chwilach, co do chwil zresztą to teraz jest — nie — już przeszła — chwila tanga.

Nie trzeba nic nadzwyczajnego, postawmy dwoje naprzeciw siebie, tak i kogoś naprzeciw jakiejś rzeczy jakiejś czynności gdy to jest mu pierwsze, nie musi zdarzyć się nic nadzwyczajnego, tak jemu z tym jak gdy ci dwoje widują się w jakimś niech będzie sierpniu, dłoń na dłoni mocniej zaciśnie się w jakiejś chwili zetkną spojrzenia na jakiś moment przyspieszą się trochę oddechy, jakiś dzień z tych kilku lub kilkunastu jakaś chwila niech jest dla nich złotawa powiedzmy jakaś hora aurea, w którą oni jak i w żaden z tych dni nie wkładają nawet całej swojej namiętności czy zapatrzenia, i nawet ich myśli są chwilami nie tam wybiegają w inne miejsca i może ku innym gdzieś z wyobrażań dłoniom oczom i tak dalej i może im się tam spieszyć, do być może też jakichś rzeczy jakichś czynności co się wydają im ważniejsze, gna ich też może choć nie musi nie muszą to być durnie co tak sądzą ku jakimś już wielkim sprawom na drodze ku którym te dni są im zawadą są szczegółem dość barwnym ale niewygodnym i zabierającym za dużo czasu na tej drodze w Wielkie, i robisz to coś ważniejsze czy zaledwie zacząłeś i nagle widzisz że przeszły lata i nagle zobaczą oni którzy wtedy widzieli tamto dość zwyczajnym i spieszyło im się w Inne i rozeszli się któregoś dnia bez powodów prawie prócz tych, może i z myślą że nie na zawsze że wrócą może a teraz było nie w porę bo czekały ich jakieś Sprawy jakieś Pierwsze dla nich i pilne, zobaczą że tamto było wszystko widzisz że lata przeszły i nic się nie działo cóż w nich miałeś zobaczą gdzieś pod koniec życia czy zobaczy któreś z nich że cokolwiek po tamtym było już nic prócz trudu czy i męki nieraz i lęków wszystko poza tamtym były puste miejsca w które wchodził już tylko ten potwór —
przerażający, i nie rozbłyskująco, to dalekie od świetności grozy której można nawet pragnąć, on podchodzi szczynowato i popierdując, i kłapiąc bezzębnymi lub sztucznymi szczękami co mi je ma wetknąć w moje, i swój oklapły tyłek w mój, i niekiedy już słyszę w moich krokach jakieś jego człapnięcie w moich flakach burknięcie jakiegoś już jego flaka czuję w moich oddechach jakiś jego cuchnący poświst, i wetknąć mi swój wydęty bandzioch w mój brzuch i swój zasrany tak absolutnie już gnojowaty strach w moje lęki, ten pięćdziesięcio- sześćdziesięcio- ten już i czterdziestoletni, ten rozklekotaniec ten kutas oklapły obraz własnego kutasa co mu oklapł i tak zostanie, obraz najwyższego cynizmu i sam najwyższy cynizm wszystko tak osrane, i że się sam sobą nie przerazi nie wstrząśnie i od tego wstrząśnięcia nie rozpadnie ten otępialec, tak osrane tak zbezczeszczone wszystko on wszystko twoje ma oblepić sobą, ty wiesz co masz z nim zrobić, zanim będziesz jeszcze ty ta nie już on, zanim cię zacznie cuchnąco oklejać sobą, i tak gówniano swoim gównianym strachem, już ja go przyjmę wlezie on we mnie wleziesz we mnie ty grzybie sparszywiały już ja ci siebie dam spiesz się ty wredny pokrzywiony łysy skurwelu
— chyba że mi w tym pomogą, że mi to załatwią, i jeszcze przedtem zanim ja będę musiał, że załatwią mnie zanim ja będę musiał załatwić tego już potwora, do tego to oni są zdolni, i większy mają zapał niż może ja będę miał, byłaby więc w końcu cenna ta ich zdolność —
też do ciebie która tego sprzed paru dni wieczoru w światłach jakiejś reklamy tak popatrzyłaś na mnie ty młoda rozkwitająca popatrzyłaś na mnie już nawet nie ze wstrętem lecz jak na coś nie ze świata w którym ty jesteś, lepiej byś spróbowała dojrzeć we mnie siebie zobaczyć jak w lustrze przydałoby ci się oswoić to w sobie, i zobaczyć siebie jeszcze dalej niż ja teraz jestem ja widzę cię dalej przyjdzie też do ciebie dalej niż ja teraz jestem, gdy to wydaje aż się nie ze świata w którym ty jesteś, ja widzę cię jak powiedziałem już potwora, jest ze świata w którym ty jesteś i lepiej już gdybyś popatrzyła na mnie ze wstrętem, lepiej dla ciebie, a gdy wydaje ci się daleko jest blisko
jak już potwór jest ta z kiosku gdziem kupował papierosy, i nawet taka musi mnie liznąć — strasznie pan źle wygląda mówi mi choć jest wieczór i miejsce dość ciemne i jeszcze myślałem że jest już wpółślepa ta poczwara mówi mi to z tym grymasem litości co jest nic inne jak pogarda i uciecha z możliwości pogardzania tak łatwej w tym wypadku i bezkarnej — i uciecha też że oto jest coś nad czym można w swojej nędzy mieć jeszcze górę i z tej góry pochylić się brać sobie to coś do zabawy brać do przymacywań — przechodzi od tego od tej ich litości dreszcz lub pomieszany z gorącem dygot i właśnie rozdygotany gdy mi ta ropucha tak mówi pytam to pani mnie zna zamiast powiedzieć jej ty wiedźmo co cię obchodzi wyglądam jak mi się podoba a tobie się wydaje że z nas dwojga to właśnie ja i wyłącznie ja wyglądam strasznie ty stara purchawo, i to jest może najpotworniejsze że potwór sam swojego wyglądu nie widzi strasznym i potwornym, obserwuję pana od jakiegoś czasu odpowiada mi ta pukwa, obserwujesz mnie i nie tylko ty,
i obserwuję też ja was i już od dawna —

Radio było włączone bo na przykład chciałem się dowiedzieć która godzina czy i zapomniałem że jest włączone robię coś i wtedy z tego radia wypływa lub lepiej powiem wschodzi bo promiennie jakiś kawałek znany mi lub po raz pierwszy ta muzyka wświeca we mnie jakąś powiedziałbym słoneczną krainę, chciałbym tam pobyć tę chwilę trwania tej muzyki lecz przyszła nie w porę bo robię coś i mam skończyć i przeszkodziła mi może już w tym kończeniu, wyłączam więc radio i pospiesznie kończę, i zaraz włączam radio — a tam tej muzyki już nie ma, — jak się talk dobrze rozejrzeć to wszędzie metafory, i może wszystko jest kupa metafor, ale metafor czego, i byłyby to metafory metafor, sam jesteś też metaforą, do tych wszystkich, a jak jeszcze nie tak uniwersalną to potwór już na pewno
byłby tą wszechobejmującą — jak cała ta — ta ich filozofia — nędzna poezja — produkowana na ogół przez już potwory — więc to produkt czegoś już na kształt metafory myśli — jak i to nazwanie go miłością mądrości — może nazwać siebie miłośnikiem głupoty kto poważnie brał te kierunki tej poezji co mają podrywać czy zwracać w światło czy prowadzić gdzieś tam w jasne, jak też byłoby już coś gdyby jej kierunki przeciwne mogły wbić kogoś choć o centymetr głębiej czy bardziej zaciemnić niż już jest, gdyby ona cokolwiek mogła, więc bawcie się dzieci ale dlaczego z takim strojeniem min i hałasowaniem, miłością mądrości, bo jakaś niemetaforyczna miłość jakaś żywa już się im skończyła, potworom, mądrości, to już trupie uciechy, blade zimne i pełne robactwa co się roi we łbie, — a ty liczysz jeszcze na inne że ci się jeszcze nie skończyły; to się może przechyliłeś trochę za bardzo w kierunku miłowania wszystkiego oprócz mądrości —

Może mam od jakiegoś już czasu gorączkę i wydaje się raz większą raz mniejszą to może jakieś przeziębienie i kiedy mam większą wyglądam trochę lepiej i mogę wyjść nie czekając zupełnego ściemnienia ale nieraz już po przebyciu schodów zawracałem sprzed samej bramy bo i jest mi też po jakimś przypływie gorąca trochę nawet zimno i nie wyglądam wtedy lepiej, poczekam ściemnienia.

Kupa metafor czy odbić, jedno w drugim, krótsze czasowo w dłuższym i na odwrót i tak też przestrzennie i tak dalej, w gruncie rzeczy to pewnie jest coś jedno powielone w różnych echach, i może rozszczepieniach, jedno to było chyba gdzieś w Początku, tam, kupę kolorów można tutaj doprowadzić najdalej do trzech podstawowych tak oni mają tutaj te trzy oddziaływania te trzy pola i ani rusz z tym dalej uchwycić to czymś jednym zunifikować, cofnąć się trzeba, na Początku było światło, później się ciemniło rozłaziło rozwielało z czasem częściowo organiczniało i tak dalej i mąciło i w tym wszystkim tak megametaforyzowało, cofnąć do Początku, do plazmy, już wywoływanej już sztucznie uzyskiwanej co jest uzyskiwaniem jakby tego stanu początkowego, doskonale, tam właśnie im szukać tego jednolitego, to jedno to proste i uniwersalne to jak chcą równanie stoi tam tak jasno że i wpółślepi zobaczą, ja już zobaczyłem, też Boga w Trójcy Świętej Jedynego zobaczą tam, w plazmie, i wszystko co jeszcze chcą zobaczyć a nawet czego nie chcą czego chcenie jeszcze im nie przychodzi, niech ją tylko uzyskają na czas nieco dłuższy potrzebny im do zobaczenia, albo na większą przestrzeń, co już eksperymentowano, na przestrzeń obejmującą ich, zobaczą wprawdzie już nie oczami, jednakże gdy światło jest podstawowym elementem widzenia to przekształceni cali w ten element będą poniekąd cali samym widzeniem jest chyba najdoskonalszy ten sposób zobaczenia.

Dzisiaj — czy już nad ranem, i przez cały dzień, lub po południu, do wieczora, do teraz, i nie wiem czemu, i skąd — byłem bliski płaczu, nabrzmiewało to we mnie łagodnie, obejmowało że użyję tego określenia z tkliwych rojeń które jaśnieją ramionami dodam tulącymi to wystarczy, tak mnie właśnie tkliwie i tuląco obejmowało, zastanawiam się skąd przyszło, nie mogę sobie przypomnieć, nic nie znajduję, chyba że, może to, ten dym, poleciała mi do oka smużka dymu z papierosa i stanęła mi w tym oku łza, i czy już stąd z samej myśli o płaczu którą mi podsunęła ta łza, czy może też zobaczyłem siebie daleko z pierwszym moim papierosem co mi tak załzawiał oczy, i zobaczyłem wyraźnie całą przestrzeń pomiędzy tamtym papierosem a tym, tę przestrzeń i wszystko w niej i siebie tam idącego do teraz, płacz podchodzi chyba zawsze z tej przestrzeni.

Cokolwiek innego mówić byłaby to tylko poezja pobaw się ale te gierki słowne i inne sposoby bzdurzenia są najwyżej jak ćwiartka wódki po której się na chwilę zmąca we łbie cokolwiek więc bzdurzyć śmierć jest czymś największym i wszystko wszystko pod słońcem i nawet ze słońcem i nawet pod wszystkimi i ze wszystkimi słońcami wszystko co ktoś widział ogromne jest przy niej małe, po wielu usiłowaniach i dążeniach i trudach i przechodziły lata on nie ma już sił a mieć nadzieję po tym wszystkim co robił i szło na nic to mieć zmącone we łbie jak dureń lub pijany a on jest właśnie trzeźwy więc tą resztką sił a lat zostały mu też resztki i wszystkiego nic lub marne resztki tą resztką dokona tego w czym wszystko gdyby i nawet wszystko do czego dążył powiodło mu się byłoby małe i wszystkie osiągnięcia i posiadania innych którym się wiodło on za tym jednym zamachem dokona więcej niż cokolwiek mógłby on i ktokolwiek w całych gdyby jeszcze miał latach i siłach i powodzeniu i tak dalej; taka kombinacja jest możliwa; i może wystarczyć; gdyby niczego innego już nie było.

Wkrótce wszystkie diabły odarte ze skóry same będą skakać po swoim piekle jak języki ogni, ogni co parzą głównie same siebie, i z tamtego czasu przypominam sobie też — całka okrężna z Kdl cosinus alfa równa się zero; to dobre na pracę nie tylko w polu elektrostatycznym czy magnetycznym czy grawitacyjnym — podobne na pracę też w tych polach — to i na pracę gdziekolwiek i jakąkolwiek i na wszystko zresztą co ma cechy jakiegoś ruchu jakiegoś działania i zresztą są tu te ruchy wszystkie i działania w tych polach i dochodzi każdy tam skąd wyszedł, tak można sobie naukowym poświecić niekiedy w życie.

Ktoś kto był blisko i obojętne czy przyjaźnie czy przeciwnie nawet i mówiłeś niech zdechnie niech go wreszcie coś zmiecie zmarł, potem wielokrotnie myślisz o nim i jest jakiś wieczór stoisz u skrzyżowania pewnych ulic i jakbyś czekał na niego bo wydaje ci się że tu właśnie zaraz nadejdzie podbiegniesz rzucisz mu się w ramiona i jeszcze po miesiącach czy latach w jakimś śnie tak właśnie spotykasz się z nim że on umarł wydaje ci się w tym śnie czymś śnionym kiedyś choć mimo że go widzisz nie opuszcza cię myśl że on jednak umarł jest ci drogi jeżeli nawet przedtem był ci daleki do tego, widzieć ich wszystkich tak właśnie, z przesunięcia się w czas w którym ich wszystkich już nie ma już dawno umarli a tylko na chwilę jawią ci się jak w śnie w którym też zresztą wiesz że dawno umarli, wszystkich bo nawet ktoś drogi gdyby był to w tym czasie jak nigdy przedtem i pomińmy to, tak ich widzieć to otworzyć oczy sentymentalne powiedzmy jeszcze możliwa tkliwość dla każdego.

Usłyszałem kroki na schodach, to było chyba przedwczoraj, no dobrze, słyszę też kroki na dole, i głosy i inne, i czasami świst samolotów albo samolot lecący w nocy i coś mi to przypomina, i glosy i słyszę też inne i dalsze brzmienia gdy tu siedzę, koncert w który się chwilami wsłuchuję całkiem beznamiętnie i bezmyślnie prócz najwyżej jednej myśli że niech to wszystko będzie daleko ode mnie i coraz dalej, ale jednak trochę się ożywiłem gdy usłyszałem pukanie w moje drzwi, nie ożywiaj się bo gdy już oni do ciebie się zbliżają — był to taki z elektrowni wyłączyć mi prąd bo nie płacone — i odtąd noce mam ciemne — gdy oni się zbliżają to z wszystkimi możliwymi zamiarami prócz ożywiania cię, z najdalszymi od tego, już cię oni ożywią, wiesz to nie od przedwczoraj i wyłączenie światła co zresztą widzi mi się też metafora to jeszcze najłagodniejszy ze wszystkich jakich się możesz od nich spodziewać i nawet powinieneś być im wdzięczny że tym razem tylko taki ten dar.

I jednakże jest ten lekki ucisk to dławienie w gardle tak gdzieś na wysokości obojczyków —, jakbym sobie nagle przypomniał tamto jakby zamajaczyło mi gdzieś daleko w śniegach, i że było jakby nagle przypomniane i tak słabo zajaśniał tamten śnieg pomyślałem że tak już przeszło w spokojne w jakieś jak bardzo dawne, i gdy tak myślałem uczułem ten ucisk, — w którym się jest — raptem to poczułem — jest się jakby podniesionym, to jakby ktoś nędzny w tłumie raptem tych obok widział trochę z góry i z jakiejś świetności, lepiej to powiem świętości, to dławiące staje się jakieś jak uświęcające, aureolujące powiedzmy, tak, mistyka bez mistyfikacji, naprawdę się czuje nagle to jakieś podniesienie nie trzeba sobie wmawiać, i jest w tym wpółbłogo nawet, stan taki przypominam sobie a jeszcze podsuwa mi się jakaś w tak zwanym odmiennym stanie która przeżywa go patetycznie ten stan co nazywają też błogosławionym o to mi tu idzie jest w tym i ta błogość ale dlaczego ordynarnie spłycam kurewstwem ten stan przypominam sobie z pierwszej komunii co był z wmówień i był w rubinach i złocie monstrancji i ołtarza i muzyce organów i duszne tak właśnie dławiące wonie kadzideł i ich dymy w światłach witraży wznosiły mnie w tę jakąś niebiańskość, a ten teraz bez żadnych takich sztafaży i wznosi nie gorzej, powiedzmy sobie ból — tu przypominając sobie tamto twierdzenie o tej czystości czegoś takiego nie wiem czy istotnie czyste ale na pewno wznoszące trochę w te jakieś rejony nawet bym powiedział przeczyste i gdy się zastanawiam czy też oczyszczające myślę że w każdym razie wpromieniowujące coś w tym rodzaju — ból więc ale zamiast przybijający jest raptem czuje się jak wznoszący i tym jakby nawet drogi, to tak chyba święci męczennicy —
ale tak nie czuję tego już teraz lecz tak czułem i tak sobie mówiłem chyba wczoraj jechałem tramwajem był późny wieczór czy już gdym czekał na ten tramwaj i w jakiejś chwili było jakbym — lecz uporządkujmy to — muszę stąd wychodzić bo mi się chwilami wydaje że jestem zamurowany w tych ścianach to trudno znieść lecz wyjść mogę gdy ciemnieje lub się jeszcze nie za bardzo rozwidnia — o świcie zresztą jest ich mniej choć i wtedy muszę zawsze się już natknąć na kogoś i musi mnie obmacać przechodząc spuszczam głowę ale to mu nie przeszkadza — nigdy nie wyglądałem za dobrze ale teraz całkiem już wyjątkowo i to ich pociąga też całkiem już wyjątkowo i pobladłem czy i pożółkłem — lepiej by pomyślał każdy z nich o swojej takiej bladości przychodzi taka lub podobna na każdego — odkryłem w tych wędrówkach ulice trochę pustawe jakieś boczne czy i peryferyjne i mniej oświetlone niż inne lecz nie całkiem ciemne — wyłączyć mi światło tak o mnie pomyśleli ale nie tak żeby powyłączać trochę tych świateł na ulicach odnoszę wrażenie że pomyśleli o mnie jeszcze tak żeby pozapalać dużo nowych świateł na ulicach i w tramwajach — znalazłem się tego chyba wczorajszego wieczoru trochę za daleko i nagle było mi dość słabo na chwilę tak mi jakoś pociemniało w oczach i wydało mi się że na nogach będzie mi trudno wrócić doszedłem do przystanku tramwajowego dość ciemnego na szczęście i czekałem na jakiś mniej oświetlony lub najlepiej z popsutym oświetleniem — bo i na skutek jeszcze pewnych uszkodzeń mojej maski najwyraźniej biorą mnie w dodatku za syfilityka i to w tym już stadium najbardziej ich fascynującym i odstępują ode mnie tak z metr nie dalej i z tej odległości szczerzą na mnie swoje ślepia odstąpcie ode mnie dalej — jechały same jasno oświetlone tramwaje stałem tam oparty o mur jakiegoś domu i w pewnej chwili było jakbym tam czekał na kogoś takie jakieś mi przyszło uczucie — tak mi się chyba przypomniało tamto i jeszcze tkwiłem w tym jadąc już tramwajem i zapomniałem stojąc zresztą jak zawsze na pomoście z twarzą odwróconą od ich hienowatych ślepiów zapomniałem na chwilę o nich na chwilę tych wznoszeń zaczęły mi się chyba w tym tramwaju — którym na skutek może tych mistyczności zajechałem za daleko znów na drugi koniec miasta — tam już się nie potrafiłem zdecydować wsiąść w tramwaj i wracałem na nogach.

Wracając któregoś świtu znad rzeki natknąłem się na te skrzynie z butelkami mleka przed jakimś mleczarskim sklepem rozejrzałem się nie było w pobliżu nikogo wziąłem dwie te butelki przychodziłem tam w następne świty stały tam te skrzynie prawie za każdym razem.

Gdy się spóźnię i brama już zamknięta ta noc przede mną wydaje mi się dłuższa niż nawet gdym nie mógł zasnąć lecz jest lato te noce są ciepłe i w nocy nie spotykam już prawie nikogo i najlepiej byłoby mi wychodzić na noc lecz na moje teraz siły to za długo idę czasem gdy się tak spóźnię nad rzekę tam czekam rana chwilami wpół drzemiąc na jakimś wyblakłym trawniku co w dzień jest chyba ich plażą, moje plażowania pod księżycem czy gwiazdami lub ciemnym niebem, z których pewne sądziłem pozostaną we mnie długo, i moje w nich myśli, które już teraz trudno mi pozbierać, i zresztą po co,

po co to wszystko po co to było to było myśl o tym co jest teraz, co jest, jest popołudnie, i chyba poniedziałek bo była wczoraj niedziela łatwo niedzielę poznać po nich inaczej się ruszają,
pamiętam w takie słoneczne poranki niedzielne kiedym
Słyszę w nocy czasem bicie zegara z wieży jakiegoś kościoła słyszałem przed chwilą jest więc parę minut po czwartej.
Wtorek, wieczór, czy środa.
Jest widno, dzień, pogodny.
Ciemno, godzina pierwsza, słyszałem.
Jasno, godzina jakaś południowa.
Tak gdzieś dziewiąta wieczorem.
Jaśnieje, godzina trzecia.
Godzina może ósma.
Godzina.
Przed chwilą syk zapałki, dym z papierosa
dym z papierosa wznosi się wąsko i prosto, a wyżej w skrętach
w skrętach spokojnych rozwiewanych potem trochę nierówno i, dym z papierosa, popiół posuwa się za prążkiem żaru, rozwiewanych trochę nierówno, nic dalej
czysto, lekkość, zaraz PMT sport 20 papierosów b/u 210305, ruch ręki, i zginanych i prostowanych palców, impregnowane bystrzyckie zakłady żółte słońce w czerwonym tle przemysłu zapałczanego 64 zapałki cena 24 gr, jeżeli postanowiłeś, palców drobnych drobnej ręki, notować, rączki, nie przerywać, aha zdaje mi się, nie, co postanowiłem, a, zaraz, nie przerywać, zaraz zaraz, kiedyś
te rączki, ale tak jakby mi to ktoś opowiadał jakby opowiada, kiedyś bardzo mnie denerwowały i wstyd że jak u dziewczynki i lekkie i ani chwycić dobrze ani uderzyć i prawie każdy mógł mi wlać i wiedział widząc te paluszki starałem się je chować za siebie lub w kieszenie wiedział i lał czemuż by nie, jakby mi to ktoś, potem czasem i ja lałem ale te rączki nie przestawały mnie denerwować, nic dalej, nie, jeszcze, szczególnie gdy się witając podawałem jakiejś a ona miała taką że moja rączka w jej jakby ginęła, co dalej, nie widzę poza sobą nic prócz tych rączek najmniejsze co mnie martwiło, jakby mi ktoś opowiada, najmniejsze, więc co jeszcze co jeszcze, dalej cicho żadnych zarysów, a tutaj tutaj co tutaj
płaszcz, rudy, wisi na gwoździu, wbitym w ścianę, niedopałki na podłodze, i na stole, stół, postrzępiona kołdra, ubity dzban, był lampą, pamiętam albo tak myślę, wygięcie oparcia krzesła połysk, połysk lakieru ołówka, pisze z lekkim sykiem, łóżko, żelazne, z odrapanym lakierem, drzwi, szarobiałe, odrapane, może nie pamiętam ale tak myślę był lampą, drobne rączki, ciociu, skąd to ciociu, powiedz coś, powiem, trawy, co trawy, trawy są wysokie i trochę niewyraźne
mucha, brzęk muchy, dwóch, na parapecie okna, chędożą się, no
aha, ale on, jakby, jakby go nie było, nie, jest, ale jakiż, jakiż łagodny jakby ostatecznie łagodny, prędko jakieś obrazy pomagały zawsze pamiętam albo tak myślę nogi, nogi odsłaniane od kolan w górę szybciej szybciej ściągnięte szmaty i teraz, teraz to się rozwiera, widzisz no widzisz jak się, wyciągnij go na wierzch i, i jeszcze jeszcze obrazy i zdyszania no dyszenie jak zachłyśnięcie gdy, i jeszcze i, i gówno, gówno, na nic, to i, to i ty, bladych patronie Romeów, tak długo ze mną wiernie i nagle wyrzekasz się mnie Onanie, długo, co długo, i ten, ten Romeo, aa, zaraz, wiem, talk, zaraz to sobie, nie
wzniosłem rękę, przed siebie, i widziałem ją wyraźnie, ale trochę za daleko, teraz do czoła, nie jest gorące, lecz daleko, oddalanie oddalanie jest jak odjęta ode mnie ręka tam daleko noga but sznurówki, i nieruchomość nieruchome daleko, czy fala cofająca się cofająca się wysysający odpływ, żeby choć ból
dym wznosi się wąsko, i prosto, potem w skrętach, rozwiewanych, albo chwilami równych łagodnych, nie wiem co
nie wiem co jeszcze, jeszcze czy będzie jeszcze czy może być będzie, czy jest
och, nie, ale, ależ to, tak, tak, nirwana, ta właśnie co gdzieś tam jak chyba słyszałeś ta niebiańska szczytność otóż, otóż osiągnąłeś ją i, i nie w niebie a zupełnie na ziemi, jak się wydaje
nirwana nirwana krzyknąłem, ale jakby nie słysząc, krzyknę jeszcze, krzyknąłem nie słysząc, echo jednak powinno zdaje się, powinno mieć kształt zielonkawo jarzącego się kłęba, oświetlającego ten, ten gong w chwili gdy w niego uderza
ten gong
sucho, sucho puszyste, albo
6, 8, a więc jakiś, ruch, słyszę, i jakbym pamiętał, 10, 12, skąd, 14, 16, nie mój to inny głos, powoli i wyraźnie choć cicho, i ciszej i mniej wyraźnie i
cicho, i nic dalej
mucha, brzęk, dwie, i trzecia, i jeszcze dwie, poczekaj poczekaj, jest, wiem, nie opowiadane lecz wyraźnie pamiętam, kiedy się chędożyły pamiętam wtem na pewno przypominam sobie lubiłem je klapnąć, nie żebym zazdrościł ale bęc i już o dwie mniej, o dwie, pojedyncze rzadko udawało mi się trafić lecz taką parkę łatwo
ale też zazdrościłem, tak, przypominam sobie, i podniecały mnie, muszki, no, przy kuchennym piecu, stałem, pełno ich łaziło po kaflach i blasze nie całkiem ostygłej, o słońca zachodzie, chędożyły się co moment, dość regularnie, tłukłem je mniej regularnie bo od czasu do czasu chciałem to widzieć, stałem oparty o ten piec, wiosną a może wczesną jesienią, tak dobijałem do wieczora, dobijałem jak statek do portu, port marynarze wiem powoli, kolejno stopniowo powraca powracam wiem, blacha, blacha pieca sięgała mi akurat do kroku i tam się ocierałem, podniecały, i zazdrościłem im, o słońca zachodzie różowym i złotym, do wieczora do nocy, jak statek do portu, dobijałem w tych podmuchach albo bryzie mówiąc językiem marynarzy, takie mi się pod różowy i złoty koniec dnia zdarzały podróże takie przygody, mówiąc językiem marynarzy, chędożyły się i zazdrościłem im i, o zachodzie cichnąco promienistym, e
o, jest, i zdecydowanie, ból, i jaki
o, co za ból, głowa jakby zaraz miała trzeszczeć bo jest jak przed pęknięciem nie pamiętam nigdy tak rozsadzanej, i równocześnie jak w rozgrzanych filcowych pierścieniach wciskanych mi na skronie i oczy któż to, o, szarawe ciemno, rozjaśnienie, ciemno, pierścienie węglowo ciche, i jeden dwa, i teraz już kilka płatów przesuwa się od lewej skroni w prawo i trochę w górę, owalne, ich fiolet szarawo świeci, w środku otwory obrzeżone żółtym jarzeniem, o brzegach nierównych jak całe te płaty, całe też obrzeżone tym żółtym jarzeniem, przesuwają się szeregiem, zatrzymują się ruszają znowu, co za ból
szlifowanie blachy, lśnienie lśnienie, szlif kości, czy i mózgu, jakieś białe wyprężające się konstrukcje
nie trzeszczy, ciągle nie pęka, pierścienie, nie, teraz przesunięcia, któż, palce niezbyt szybko przesuwają się w górę pomieszanie ciepła i szronu to wypręża, wydłużające wyprężania, wyżej wyżej poza oczy i czoło poza wytężone w górę włosy; Azagez przedziera się przez węglowe włókienka nie zapalając ich, Azagez o skórze z pożaru, ależ będziemy mieć upały, lecz mówi ktoś inny i nie tutaj — olejek do opalania marki AZAGEZ, ktoś nie tutaj to chyba nadchodzi ten sprzedawca piekielnych futer; Azagez stał schylony pod wzniesionymi ogniem swoimi łukami brwiowymi, ależ będziemy piać w upale co


Tak wyraźnie, nie ma żadnych gdy jeszcze na czym były przysłonięcia, i jak na wszystkim poza mną tak przede mną, światło rażące, — modlitwy w takiej chwili wszystkie byłyby o odwagę, albo się wierzy w Boga albo się nim zostaje stwierdziłem w jakimś momencie mojego kiedyś jak powiedziałem okresu boskości, do tego lub tamtego Boga do jakiegokolwiek jeszcze, błaganie go najpierw żeby zaistniał, tak wszystko odsłonięte, nie stałem dotąd chyba nigdy w takiej chwili, o odwagę, gdy już nie o te przysłonięcia.


Ale nie powiedziałem ci jeszcze, że na przykład gdzieś pod koniec sierpnia czy czerwca w stawaniu się wieczoru, kiedy barwy jakby wilgotnieją i tężeją, wieczoru i powietrza tak czystego że zdaje się wyprężone w tę swoją głęboką przejrzystość i każdy spóźniony przelot ptaka zostawiłby na nim rysę każdy w gwałtowniejszym ruchu paznokieć jak ranią go zapalane już czerwone światła niknącego samochodu na dalekiej szosie gdy jesteś za miastem, i gwałtowny ruch jakikolwiek jakikolwiek głos, których chcesz bo ten wieczór jest właśnie na porysowanie jest pod paznokcie albo zęby i głos w chichocie lub krzyku jest pod zęby naprzeciw zębów i niech rozdzierają go wargi do swojej krwi, poczekaj można by pomyśleć że taki wariat gdy się rodził to rozdzierając pazurami lub przegryzając brzuch matki, nienawidzę psów, chciałem powiedzieć ta oparzelina nie była rozdzierana klęsła wezbrane schodziło spokojnie zwyczajnym ujściem klęska w noc w dzień mogłem się oddawać zajęciom jak inne stworzenia, gdy była rozdzierana to gdzieś daleko ode mnie przypuszczałem pulsowania ukazywanej krwi, Titina och Titina, jest to inwokacja, powtórz, powtarzam jest to inwokacja, zwracanie się częstokroć uroczyste do, zwrot, powtórz, zwrot, powtarzam, w tył zwrot, w tył, a więc rankiem jeździłem na Akademię albo udajesz się do innych zajęć a wieczorem powracasz i poziewując patrzysz w okno albo nie patrzysz w okno, pulsowania ukazywanej krwi, udajesz się jeszcze czasem o zmierzchu na rynek miasteczka potem wracałem do domu kładłem się spać potem wstawałem i idziesz czy jedziesz potem powracasz, na rynku czy pod Pałacem Dożów czy pod Tower Bridge czy Arc de Triomphe spotykałem parę ruchomych manekinów mobile nazwa tego rodzaju rzeźb parę lub tysiąc obojętne tych samych co od rana pod niebem czy dachem i kurwy nie z powołania dopiero pośpiech w ubieraniu lub odwracaniu się do snu jedyne ruchy szczere mniej więcej własne mobile nazwa tego rodzaju form przestrzennych, coś mi się czasem gdy stałem lub szedłem przez któryś w zmierzchaniu czy ranku czy popołudniu dzień czerwca czy sierpnia czy kwietnia zdawało i klęsł każdy taki wytężony w ukazanie jakiegoś wreszcie pulsowania czas zsuwał się ze mną jak daremnie przywdziany świetny strój, było ukazywane widywałem lub wiedziałem że jest lub że musi było daleko ode mnie wszystko ciągle daleko tak zupełnie obok i mija cię lekko, rok i znowu rok i będzie, wykruszone zęby zdarte paznokcie bezkrwiste wargi, daremne tak że mogłeś dać je psom, starzy ogrodnicy wróżą długą i pogodną jesień, i sam jesteś mobil wśród mobili kurwy nawet nie z powołania, przepraszam cię mamo nie mogę inaczej w tym skurwiałym, powiedziałbyś lepiej mamusiu lepszy efekt ty bydlaku co robisz sobie zabawę jeszcze z matki, wcale nie zabawę lecz naprawdę to mnie tu złapało jest bydlakiem kto by w to wątpił i uważał że zabawę, mamusiu rzeczywiście chyba lepszy efekt i zaraz powiem, w tym skurwiałym i tak beznamiętnie a więc najbardziej cynicznie w tym świecie tak dalekim od rojących ci się pobożnych błękitów i bieli skąd ci tu one wyrosły mamusiu te kwiatuszki strzępki puchu a w tym ogrodzie taki wiatr, mówię do twojej kiedyś dobrej mi strony bo inne masz takie że nienawidziłem ich jak psów, lecz gdyby któryś z osiołków czepiał się nawet takiej byłbym go zabił zajmijcie się swoimi psami, nie mogłem inaczej dobranoc mamo, daleko ciągle obok i mija cię tak lekko
i gdy ta julia gdy wreszcie przeze mnie gdy szła i jak wojna i mówiłem niemożliwe tu w mobilach i gdzie ja sam już mobilejący w mobilach i to wprawionych w tła i ruchy takie że zdumiałby się gdyby to wyraźnie zobaczył nawet wariat co absurdalne i najdziksze światy ma w sobie oswojone miałem już poza sobą zdumienia ona szła przeze mnie jedynym mówiłem niemożliwe miałem poza sobą w białej pogodzie ona wsączała się w nią gorejącą plamą szła jak wojna jak pewien marcowy czy lutowy dzień wojny który pamiętam, wyraźnie w krwi, gdy ona
albo mi się zdawała zdawało gdy stałem lub szedłem przez któryś w zmierzchaniu dzień grudnia gdy szedłem przez wiele w zmierzchaniu dni i śniegów i stopniały, Titina och Titina, jest to inwokacja, powtórz, powtarzam jest to inwokacja powtarzam powtórz zajmijcie się swoimi inwokacja powtórz dobranoc jest to powtarzam, tym sposobem mógłbyś dużo napisać coś może całkiem wielkiego, właśnie trwam w tym zamiarze jest jak było w słońcu faraonów każdy moment od razu mija w starożytność wczoraj jest przed wiekami trwam jak tam trwałem i dość mocnego dalej w zamiarze poruszenia mobili było kłamstwem cokolwiek o tym inaczej gdy mówiłem noce bez snu noce i dni co szły ku mnie jak upiory to dręczyła mnie niepewność czy dość mocne poruszyć mobile do rozdziawionych ich gęb do zdumiałego: ależ zapieprzył ależ dał w dupę skurczybyk,
tak właśnie i gdyby jeszcze dał w dupę wprost im bo pieją swój zachwyt tym donośniej im bardziej są robieni w gówno, dla których myślałem tak wiele pisałem rozprawy dla których o bracia i nieraz współczująco żałowałem że ich w sobie w końcu zdmuchnąłem, pieją tym donośniej a więc może by spróbować, co że ja tu przed nimi tak do naga głupstwo to takie pozory jakby upokorzenia powinni się dobrze bawić, tą szmatą, czy się dostatecznie obnażyłeś, a wtedy widząc to wszystko powoli ślepł, tą szmatą utkaną przez nich, i utkaną nimi samymi, gdy jestem z nich, jak powiedziano mi zaraz na początku zanim jeszcze ja mogłem coś w tej sprawie bo może syn szczura albo królika może bym wolał już tę świadomość mówiono mi co innego uczono mnie byłem uczniem pojętnym by wreszcie w tej Julii przepływała moja krew poza mną żywiła ten fantom uchodziło tak ze mnie życie którym on się karmił i rozrastał ten fantom, i teraz
teraz nie ma już w nim żadnej mojej kropli krwi no popatrz tak szybko a myślałem że
aha a któż to powiedział że go próbuję straszyć który z nich nazwał mnie czerwonym diabłem mnie tak niedawno Romea, chcą ugryźć a nie wiedzą jak a chcą mają przecież powody — próbowałem otworzyć im oczy i tak współczująco myślałem o nich biedacy, a rzeczywiście no tak zabiłem przecież człowieka, powtórzmy bo oni lubią celebrowanie swojego rodzaju, a więc człowieka, może barana, nie pamiętam wiem tylko że świeczka gasła po każdym strzale i brakło mi zapałek i strzelałem w ciemność aż ucichło rzężenie takie niesmaczne i krztusiłem się już dymem było duszno w tej piwnicy, barana chyba jak myślę,
śmiejesz się, ty bucu, to ciebie tam zatłukłem nie istniejesz, nie istniejecie, tak, jestem więc Bogiem i zdmuchnąłem was, chyba żebym zatęsknił kiedy za spluwaniem, a tak bo co,
bo co — to inwokacja, powtórz, jest to inwokacja, a prawda Titina och, ale nie powiedziałem ci jeszcze że na przykład, tamta zima stopniała w słońcu faraonów, że na przykład gdzieś pod koniec sierpnia, to serce ciągle jeszcze bije w piersi już czarnej od miliona białych słońc co w niej gasły ogromnej w obejmowaniu ich wszystkich mnożonych przez czas w galaktyki, czy czerwca w stawaniu się wieczoru przepraszam cię mamo dobranoc powoli ślepł wieczoru kiedy barwy tak czystego że każdy spóźniony


ale powinno przejść, pamiętam przecież, choć nie bywało aż tak, odrętwiający, nawet poruszyć nogą nawet na myśl że mógłbym zakaszleć, strach odrętwiający, ołówek wypadł mi przed chwilą z takim stukiem, bałem się po niego ruszyć, siedzę teraz na podłodze boję się stołu i ścian i łóżka i krzesła i okna i z tak straszliwego metalu klamka u drzwi, spróbuj się podnieść, nie, spróbuj jednak, o nie wódź na pokuszenie przechodziłem ołówek się potoczył przechodziłem obok lustra zachciało mi się tam popatrzyć czy widziałeś kiedy upiora i tak nagle i gdy drzwi zamknięte i dwa metry przed sobą odskoczyłem stuk kroków musiał mi podnieść włosy są pewnie jeszcze wzniesione nie chcę sprawdzać podłoga skrzypnęła to poraziło mnie jak wystrzał i upadłem na tyłek, i siedzę, śmierć gdy też myślałem ale by chyba uspokajało boję się siebie swojego istnienia i jak to razem narasta swojego ciała i swojego strachu, czy i o pieniądzach wykluczyłem śmierć z głodu a te ich darmowe zupki których by pies nawet najnędzniejszy wyżebrywać te pomyje jak chodziłem tam jeszcze kiedyż to było chyba jeszcze w maju i papierosy i zbierać resztki chleba i kiedy przyjdziesz na Akademię mówi pracuję w domu mówię a czy dostajesz jeszcze stypendium te obmacywania mnie jeszcze tą ich troską, swojego ciała i swojego strachu i narasta narasta i aż jakby łaskotanie takie brutalne o dajmy spokój jakże tak można, zabić może to należało zrobić ale gdy jeszcze nie tak bardzo cuchnęło trupem, i tchórzem, tak, jedno jest z drugiego, o trudno ukryć boję się, czy samo tchórzostwo może mieć siłę aż taką czy samo potrafi zatrzymywać lecz nie mogę się skupić zastanowić ciało i strach przed nim i strach przed jeszcze większym strachem nagle na mnie mrowiem łaskotań prawie, zrzucić uwolnić się o nie można już dłużej dość wszystkiego dość za wiele, a czy samo tchórzostwo lecz nie mogę skupić o jak czarownie się boję łaskotanie o h-ha dajmy już ależ się co będzie mówię co teraz będzie, zgasł mi papieros trzeba by sięgnąć tam po zapałki wstań, o nie wódź, jak wystrzał i klapnąłem na tyłek i myślę tak już tu trwać
to, to włosy, potworne, coś martwe wrośnięte w moją głowę tak silnie nie mogę zerwać utkwione w żywym, od początku życie tu tak dotykalnie wychylało się w martwe w śmierć, to strzygłeś czesałeś śmierć tak długo by wreszcie a oni
co mi się jeszcze oni czy już nie dość ale może ten strach nie tylko z samego mnie no więc chodźcie podejdźcie bliżej bandyci co jeszcze mi
wiesz oni hodują psy chodziłem przecież do nich czasem drzwi nieraz zdawało się otwierał mi pies i gdy rzucał się na mnie odciągali go ze śmiechem który był jak mówienie widzisz gdybyśmy chcieli, ze śmiechem w krórym połyskiwały zęby jak ich psów gdy przytrzymywane warczały, w tych zadymkach i mrozach dwa lub trzy a przynajmniej ten jeden dzień był pogodny i ona chciała przejechać się saniami stały przed dworcem kolejowym przytuleni do siebie będziemy słuchać dzwonków które lubiła wybraliśmy może najładniejsze koń w uprzęży miał dużo tych dzwonków lśniły w złotym popołudniu rozlśniewałem się i ja pojechaliśmy za miasto śnieg potem zaczął różowieć dzwonki i skrzypienie dyszla słyszałem jak muzykę w kolorze pewnych kwiatów nie znam ich nazwy widziałem na słonecznym zboczu lasu wściekłe ujadanie psów gdy wracaliśmy przez jakąś wieś wypadały z każdego chyba domu biegły za nami i już żadnych innych dźwięków już do końca tylko charkot i wściekłe ujadanie, hodują psy kłamie gdyby kto mówił że wzruszająca wierność łeb ufnie na kolanach nie o jakieś tkliwości idzie o kły i ujadanie wściekłość i kły, i psy chodzą po pokojach lub wylegują się na dywanach lub czasem w jakichś mieszkaniach nie widziałem ich były ukryte ciche i starając się trzymać blisko drzwi którymi wszedłem i rozglądając się myślałem ta szafa jej drzwi są lekko przymknięte ta kotara to łóżko z kapą sięgającą podłogi ten przyległy pokój te oczy tych ludzi te ich uśmiechy,
czy tylko tchórzem, ale poczekajże cuchnie lecz nie im, i trupem bo czują go chyba również i podchodzą i nie powinieneś ich zawieść, a gdyby, a gdyby ten jak widywałem na przykład na szynach kolejowych czy tramwajowych a wokół oni ta sama zgraja — a więc czy było im jeszcze za mało — lecz w wojnie czy w pewnych jej bocznych nawach gdy którzy byli mroczył im widowisko strach o siebie tu nic im nie zmąca odbioru — gdyby się taki poskładał w kupę wstał z tych szyn i powiedział excuse me może mi kto z państwa pożyczy półtora złotego na dziesięć sportów ależ by było z oczarowania rozczarowanie lecz nie próbuj nie widziałem nigdy żaden z tych pokawałkowanych nie zdobył się na taki wobec nich cynizm oni zrezygnowali przecież z kin z teatrów z uczonych dociekań z dziejowych misji z popisywań z lizań z łóżkowych ujeżdżań przestało im się tam spieszyć zatrzymało ich to tutaj piękniejsze nieporównywalne i pamiętaj też że oni chcą jeszcze kiedy jest możliwe a wiedzą kiedy gdy sobie to wypracowują tkliwie wzruszać ty masz się skończyć lecz przedtem oni muszą mieć tę świadomość że przedtem byłeś aż do ogłupienia z nędzy i strachu oni chcą się użalić okazać tak zwane serce okażcie swoim psom rozdarte jak mówią współczujące okażcie psom za wzruszającą wierność i jestem tak pewien wtedy ich łez że aż mnie samemu stają w oczach na myśl że są tak przygotowane, i wzbierające już coraz niecierpliwiej łzy bezwzględne żądające spiesz się,
zaraz, bo te wozy, czy z jakiego przypomnienia czy śpię albo się upiłem ale czym, skąd wyjechały i czy dla mnie i czy ja i ten cyrk nie wiem nawet czy to cyrk i wozy są nie całkiem wozami, i trochę inne niż mógłbym przypuszczać widzę ich ściany i dachy płaskie jak ściany widzę chwilami duże skrzynie podobne do cyrkowych wozów, w kolorach nie jaskrawych lecz pomalowane z wyczuciem z jakimś smakiem, powtarzam to sobie mówię że ze smakiem kiedy już siedzę w tej wydłużonej izbie czy sieni, widowisko myślę ale myślę też o menażerii niepotrzebnie bo widowisko będzie zdaje się normalne, choć jednak uporczywie ta myśl że w skrzyniach jest coś, jest coś interesującego i wystarczyłoby otworzyć po jednym ich boku i jeszcze myśl o jakiejś wystawie technicznej może wystawie narzędzi, teraz gwizd i nie mam pewności czy na zaczęcie przedstawienia i nawet gdy wciągają do izby nagie ciało nie wiem czy już się zaczęło gwizd trwa nadal trochę taki jak gdy przesuwa się coś ciężkiego po polerowanej płycie betonowej to ciało jest przesuwane właśnie szybko wleczone ciągnięte za nogi tak tak stąd gwizd to ciało skórę ma pewnie zgrubiałą twardą i wyszlifowaną, jest żywe i ten człowiek choć nie widzę u niego żadnych ani cech męskich ani piersi jest mam skądś świadomość dorosły trochę może mały, to jest jakiś słyszę teraz jego głos wysoki głos prawie dziecka jakiś duży karzeł, krzyczy rzuca się tych ciągnących go widzę nadal dość niewyraźnie może mało zwracają moją uwagę w kącie jest ławka i coś jeszcze a może tylko parę desek pozostawiają go na nich krzyk przechodzi w kwilenie jakiś jeszcze ruch ręki ruch nogi i zdaje się zasypiać kwilenie jest coraz cichsze, i znowu gwizd i krzyk wleczone jest następne ciało i znowu, w krzyku jest nuta złości, złości może jak u dzieci odrywanych od zabawy lub złość czy niezadowolenie zwierzęcia gdy gdzieś stało i nagle jest zmuszane do zmiany miejsca zmuszane ciągnięciem za uszy lub ogon a i biciem jest wleczone wreszcie, są mięsiste bez wyraźnej sprężystości lecz i żadnej wiotkości mięso nabite ciężkie, i zmęczone, skóra jest napięta i ciemna i myślę o skórze Indian, i brudna, patrzę na jedno z leżących plecy uda i ramiona są ciemnopopielate od brudu i myślę o kurzu na podłodze czy betonie tutaj w tej izbie i na korytarzach klatkach schodowych podwórkach może ulicach przez które to było wleczone, leżą obok siebie na wznak nogami zwrócone do mnie, jakaś noga jest podniesiona jakaś jeszcze się trochę porusza obok są nogi rozwarte, wszystko to nie ma w kroczach owłosienia i widzę lecz dlaczegóż gdy ciągle trudno mi to kojarzyć z jakąś płcią widzę przynajmniej w tych zwróconych wprost ku mnie wargi sromowe trochę jakby obrzękłe i dość świeżą różowość w ich rozchyleniu, to, to był najwyżej początek widowiska i teraz ruszają wozy i wiem że są już otwarte lecz znajdują się jeszcze po drugiej stronie a otwarte są na zewnątrz po drugiej stronie kręgu zakreślanego już biegiem lam czy antylop zwierzęta biegną szeregiem białe z sinymi lub ostro błękitnymi krążkami krążki są lekko wydłużone w formę elips są tak podobne zresztą do obwódek wokół oczu że każdy jest jak zarys oka przysłoniętego białą powieką zwierzęta w pewnych momentach wyglądają jak wycięte z papieru nie wolno przekroczyć kręgu który zakreślają nie wolno wejść do wewnątrz choć jest myśl głównie o linii kręgu nie wolno mówię sobie i może myślę o karze straszliwa mówię no tak wiem straszliwa nie mniej zbliżam się do tej linii zwierzęta nie obejmują całego kręgu zakreślają go tylko biegiem jest ich kilka lub kilkanaście zbliżam się i nagle spostrzegam że jestem już w środku że właściwie podchodzę od strony już wewnętrznej ale linia jest o krok a zwierząt jeszcze tu nie ma i będę mógł wyjść one biegną dość wolno spokojnie lekko z pewną gracją z elegancją lecz spiesz się są już blisko stanąłeś na linii a one są blisko, strach i jednocześnie wpatrzenie się w pięknie wzniesioną głowę w krążki na długiej szyi i wokół ciemnych łagodnie spokojnych oczu, nagły ból jeżeli był zagłuszył go strach, i strach teraz jeszcze więc jestem a śmierć wydawała się tak wyraźna, jestem chyba, tak, i nawet słyszę, słyszałem ktoś pukał, drzwi są zamknięte, to oni
widzisz są już tutaj przez cały czas wiem że są przechodzą tam na ulicach placach słychać ich kroki ich głosy śmiechy są poza tymi ścianami nie dbający obojętni, pozornie, a teraz są tutaj myślą że to już czas i nie trzeba udawać czekali dostatecznie długo owoc dojrzał sądzą a długotrwała troskliwość ma prawo żądać owoców natychmiast gdy dojrzeją, szelest jakiś teraz o, o gdybym, cóż, cóż to świstek jakiś list cóż, aha że gdy nie zostanie wciągnięty rozumiem i rozczaruję was jednak ogrodnicy straszliwa żmija wkradła się do sadu rzekł Litwin biada o biada Wam nadobne kwiatki sięgnijmy, a więc to, to tak, w tym szaleństwie jest a może może w ogóle nie tak głupie jak bym, Jak stwierdza administracja domu nie korzysta pan z przydzielonego mu mieszkania i wobec powyższego a także z uwagi na konieczność opalania mieszkania w dniach zimnych wzywa się pana do natychmiastowego zamieszkania lub do oddania mieszkania równocześnie wzywa się pana do uregulowania należnych zaległości czynszowych w wypadku niezastosowania się do treści niniejszego pisma zostanie wniesiony do sądu, sąd co oni jeszcze oni mają jeszcze to zapomniałeś sąd Sąd idzie proszę wstać słyszysz Sąd wstań no wstawaj
zaraz wstanę, przychodzi mi też na myśl roi mi się że leżałem szedłem a ich jest tak dużo i pędzących i mnie się spieszyło czasu wydawało mi się mam mało lecz gdy zostałem popchnięty czy się sam wywróciłem nie chciało mi się podnieść pozostanę w tym błocie i niech opluwają zapomniałem gdzie mi się spieszyło jesień czy było lato nie widzę śniegu nogi dziewczyn głęboko odsłonięte ale może taka moda nogi i wyżej lub że się podniosłem trochę czy zapadłem jeszcze głębiej że w jakiejś zadymce mówiłem jest tylko to że jesteśmy razem i miejsce gdzie jesteśmy i nie ma więcej, otóż są i zaraz wstanę przychodzi mi na myśl roi mi się że leżałem na drodze gdy oni pędzili na jakiej drodze dokąd wstanę kopniaki mi już nie służą że mistrz cierpienia lecz ból mnie wreszcie nie rozszerzał myślałem może powiększyć się przynajmniej w tym a tu nagle to ograniczające otępienie chciałem powiedzieć mocniej przyjacielu mocniej bucu ale on też jest w ograniczeniu byłeś kopany może i w głowę że zachciewało ci się jakiejś powiększającej ciągłości że w ogóle ci się zachciewało roi mi się Bóg Ojciec hypnotyzerzy czy i zima ale nie daj się wciągać w dymy idiota doskonały nie daj się i nie ma i bałem się i przechodzi jakby przyszło na myśl, było mi tej zimy jakoś srebrzyście myśl że to świecenie może się skończyć trwożyła mnie a teraz już go nie ma, i nawet żadnych wzruszających przypomnień majaczeje mi coś daleko jak przeczytane ta zima trwała długo nie miałem pieniędzy żeby inaczej i czytałem wieczorami coś mdłe i głupawe wieczorami najpierw codziennie a potem raz w tygodniu musieliśmy szybko wchodzić do łóżka bo był mróz a czasem i wiatr przewiewał pokój nie paliłem w piecu nie wytrzyma tu nawet pięciu minut i albo się zaraz wyniesie albo udawania zaczniemy gdy będzie już w łóżku niech nadejdzie wreszcie wiosna myślałem potem i zdmuchnie pozór tę gierkę którą dobrze że ona podjęła powód do pchania się tak blisko siebie w jaskrawym mocnym słońcu nie będzie mogła powiedzieć że jest jej zimno jak gdy raz i drugi zapaliłem już w piecu poczekajmy powtarzałem sobie czując że wreszcie i ona mnie ma dość gdy rękami w moich gdzieś włosach czy po brzuchu czy plecach wiedziałem że myślami błądzi po jakichś innych któregoś dnia nie przyjdzie i może już dzisiaj lecz pukanie do drzwi otwierałem jej mówiłem myślałem że nie przyjdziesz bałem się że nie przyjdziesz dodawałem pospiesznie a ona się uśmiechała zdając się tym uśmiechem mówić właśnie naprawdę bałeś się że nie przyjdę nie masz i ty nikogo nowego czy nie czekałeś tu na mnie to że ciągle jeszcze przychodziła że nie ma żadnego innego samca a zdawałem sobie sprawę że ja jestem dość marnym było już tak żałosne ona z tym co rok temu widziałem tak byś mógł zacząć tę opowiastkę mówię mu tamtemu daleko całkiem poza mną jakiegoż to misterium kurtynkę że rozerwie ktoś inny że pierwszy znajdzie się w tych tam mistycznych głębinach mógłbyś wkrótce d ty ponurkować odwróciłeś się w galop od tego zamiast spokojnie odczekać pierwszy czy dziesiąty miałbyś to samo widziałem tak misteryjnie widziałem przenikające mnie niebo na myśl że będę ją miał niebo złote przychodziła teraz z tym do mnie jak po prośbie ja jej tam mam coś wsunąć bo nie chce nikt ja to przyjmuję od ciebie bo nie chce nikt słyszałem prawie tę równoczesną jej myśl było tak rozpaczliwie francowate tak byś mógł a może właśnie może dopiero wtedy może wtedy byś trochę zdrętwiał więc lepiej byś ogolił się umył przyczesał wyczyścił buty pożyczył forsy kupił jaki kwiatek zaniósł jej i powiedział dziękuję ci że nie było dalej i zatrzymałaś się w mojej pamięci tylko promieniejąco kwiat który ci daję gdyby zawsze był tylko w rozkwitaniu a z Inżynierem czy innym penisem życzę ci dużo radości chędożcie się zdrowo ja miałem od ciebie tę tylko w rozświecaniu część oszczędziłaś mi włażenia w drugą w ten twój dalszy ciąg niech brnie już inny niech brnie po same po zadarte w górę pięty to w słońcu faraonów daleko i daremnie i tak nawet czepiać się obsuwa się też to jak piórko a myślałem tak mocne i na zawsze myślałem wtedy że mnie na zawsze ogarnie zbieram teraz przerzucam w pamięci jakieś śniegi dogrzebuję się li żadnych dogrzebałem się nawet tak dawno ten Ikar gołębie wzbijając się jakby i mnie podrywały patrzyłem za nimi i owiewało mnie powietrze lotu ich skrzydła jakby rozpinały się po moich bokach a i tulenie ich potem do twarzy gładzenie skrzydeł to było dotykalne niebo wysokość patrzyłem w ten poranek w górę wydawało mi się że gdzieś latają i zobaczyłem je białe równo lecące zobaczyłem te samoloty jak moje gołębie bomba rozwaliła szopę z gołębnikiem i wokół tego dołu wiatr rozwlekał po śniegu pióra sterczał z ziemi kawałek skrzydła jakby tutaj pomyślałem spadł Ikar schwytałem i zabiłem gołębie które jeszcze zostały one bo nie dałbym rady zabić nieba a przecież to tam mogły rozpinać się jakieś skrzydła ta sama zgraja gdy ty czepiasz się a nie ma zawsze kiedy nie ma już nic są oni mają już dojście ze wszystkich stron nic za mną nic przede mną ale czy tego nie pragnąłem wlokło się za mną tyle i teraz oczyszczenie taka dziewiczość czy narodziny jakby nic jeszcze we mnie nie było tylko że już jednych narodzin było mi za wiele i jednego rozprawiczenia wtargnęło we mnie tyle tych penisów razem z ich oprawami tymi tam Juliami kto tam?, ja, kto?, no wiesz przecież, wiem wysłannik, przyszedłem bo, wiem, co z tobą słychać?, wiem, co mówisz? otwórz, stój! kto idzie?!, stój bo strzelam? czy jesteś pijany? otwórz wreszcie te drzwi mam forsę idziemy się napić otwieraj, stój, już popiłeś prześpij się przyjdę może później cześć na razie, wiem przyjdziesz przyjdziecie już czas doczekali się sądzą i kończmy przedstawienie kończmy proszę wstać kto idzie stój rozzielenione gałęzie topól
nieruchomieje teraz ten ptak chyba jastrząb widzę przez gałęzie topól za oknem zatrzymał się lecz trzepoce skrzydłami jak daje się znaki dłonią komuś oddalającemu się myślałem już że nic nie będzie mnie żegnać żadnych gestów i teraz to mnie nagle roztkliwia i może zapłaczę spróbuję jeżeli będzie czas jeżeli będzie stój kto ze swoimi ślepiami i podnieconymi oddechami i ze swoimi tam piętro niżej l’amour l’amour radio piętro niżej dziwa kurewsko chrypiącym głosem śpiewa o miłości słowa wymawiane jakby nie przy pomocy języka lecz łechtaczki to jest ich hymn ich bojowa pieśń przygotuj się i jak się to łączy w czarnej od tylu słońc powtórzyć chciałem dwa lub jeden dzień powoli ślepł nie pamiętam dlaczego powtórzyć gałęzie stały jeszcze bezlistne w zimnym świetle poranka mówiłem każda tak świecąca jakby w nich lęgnął się dzień lub dwa ciągle jeszcze w ogromnej nie pamiętam co chciałem powtórzyć mnożonych w galaktyki jeden jak się to wszystko łączy i jakże pędzi lub dwa dni w oknie lub w górskim poranku nie byłem nigdy w górach i zostaw te światła i zatarte pragnienia psom i jakże pędzi ten pociąg nie przypuszczałem że można odjeżdżać w takim pędzie zatarte co pragnąłem nic przypomnieć dojrzały całkiem już zostaw lecz właściwie co się stało no cóż się! hej! cóż się stało! ale kiedy to wrzeszczysz odpowiada ci śmiech i okrzyki tak blisko już tak blisko owoców natychmiast gdy dojrzeją i ze swoimi psami lecz ogrodnicy straszliwa żmija kiedy to mówisz odpowiada ci śmiech wkradła się do sadu było mi srebrzyście było mi a teraz i gdyby nawet samo nic i wracam do idioty biada wam nadobne kwiatki i okrzyki i jakże pędzi i dudni wyskoczyć wyskoczyć dobranoc i okrzyki gdy mówisz poznałem wczoraj gdy mówisz popatrz na swoje uda na swoje ramiona są jeszcze dość silne włosy mają nie zmieniony kolor straszliwa żmija poznałem wczoraj miłą kurwę jest to zwyczajne kłamstwo śmiech i okrzyki no więc kłamstwo jak i tamto było jak wszystko jest okłamanie sam jestem kłamstwo tak kłamstwo i gdybyż jakieś wymyślne ale kłamstwo jakby od niechcenia jak rzuca się czasem w rozmowie bez dbania czy się kto nabierze na to czy nie i bez żadnych w tym kierunku starań a ja się nabrałem okrzyki i nawet oklaski stój kłamstwo więc się też nabieracie o nadobne kwiatki wszystko jest, miłą kurwę i mam się z nią zaraz spotkać i myjąc się przed wyjściem oglądam swoje genitalia popatrz Romeo wszystko jeszcze w porządku oklaski i śmiechy dołączam się choć moment jest zdaje się patetyczny dołączam się do śmiechu popatrz wszystko jeszcze w porządku vive l’amour przez gałęzie topól lecz kto mówi i o jakim pożegnaniu poznałem wczoraj topól za oknem wytężonych w niebo jak religie mówiłem sobie to w chwilach elegijnych usiłowałem może wierzyć lub wierzyć że jakoś będzie jakoś będzie dość wszystko kłamstwo w niebo napięte lub się cofa tak prędko albo za długo topole na pełganiach rozgrzanego powietrza patrz tam lub na rękę lub nie niech w tobie jak najmniej jak najmniej i dalej i spokojnie spokojnie wszystko jest



— Jest aktywny.

— Rzuca się i nie mogę go dobrze pchnąć a mógłby mi moją
— jest jeszcze aktywny. Miałam cię o coś
— moją szpadę
— szpadę?
— Też mógłbym powiedzieć ci: moja złota. Nie zapominaj że jestem nie tylko teraz ale i tam gdzie były tylko zęby i pazury i najwyżej kamienie i tam gdzie są promienie i dalej
— przepraszam cię Laorze *.
— Szpadę; to podstawienie mi wystarcza i lubię elegancję lekkość
— mówił „śpiew” i wydaje mi się w podobnym znaczeniu jakaś „muzyka”
— a, to rzeczy ozdobne

— na uszy
— widywałam u nich na uszach takie świecidełka nazywają je chyba kolczyki
— to podobne; świecidełka; brzmienia i współbrzmienia następujące w pewnym porządku a też
— po co?
— One nam ich podprowadzają.

— Trudno ci pojąć ale oddziaływują na nich. Takie więc jeszcze jedno z rodzaju zaproszeń do tańca.
— Pod pchnięcia?
— Twoje wargi czerwienione krwią; dopóki takie są do ciebie całej harmonijne będą podprowadzani.

Dialog ten to preludium. Mój znajomy mówił mi jak pracował raz nad koncertem, czy — mówiąc ściślej — nad czymś chyba w rodzaju suity, zdaje się na flet; to wymaga skupienia a noce są cichsze; o ile naprawdę są cichsze — matka jego śpiąc często chrapała, i zresztą to był drugi powód że pracował właśnie nocą, nie mógł w tym chrapaniu zasnąć przesypiał się w ciągu dnia, — a więc istniały obawy. Tak; i czekał przez chwilę, że może ucichnie to z przyległego pokoju charkotanie z pogwizdem, uderzyło w zaczęte już całkiem dobrze pierwsze takty utworu, czekał i wreszcie trzasnął wiekiem fortepianu i ucichło, i gdy jakoś zebrał rozpierzchłe dźwięki znowu charkotanie i pogwizd, i już tak: charkot i pogwizd, trzask wiekiem fortepianu, zbieranie rozpierzchłych dźwięków,
— był to więc — przerwałem mu — dialog.
— A wiesz do czego on mnie doprowadzał?
— Wiem.
— Gdy kto zabija matkę podnosi się wielki zgiełk
— brzmienia i współbrzmienia; zgiełk odpowiednio odbierany jest też muzyką, a szło ci właśnie o muzykę. Ale jeszcze nie to miałem na myśli mówiąc że wiem; doprowadzał cię do polifonii, ten dialog; był muzyczny. Ewentualny potem zgiełk byłby, przyznaję, polifonią bogatszą. Tak, muzyczny —
jak i ten mój z nim. On już nie żyje. Jego matka też; w miesiąc lub dwa po nim
„Nie zapominaj że jestem nie tylko tutaj ale i tam i dalej.”
Dialog preludyjny.

————————

* Laor jest duży, w szarostalowym kolorze. Ajol namalowany jest pasemkami czerwieni. „Tu Laor zabija Ajola” powiedział mi ten chłopiec, i „Malowałem to dość dawno już nie jest mi potrzebne jak ci się podoba możesz sobie wziąć.”
Ten chłopiec, którego ojciec był moim znajomym, to dziecko zna dopiero parę liter, może te były dla niego najprostsze, a może te brzmienia i nauczył się ich liter — LAOR AJOL; bo obydwie postacie są na tym obrazku podpisane — z boków, wzdłuż postaci, nieudolnymi i trochę rozlanymi (że AJOL można odczytać też AJIL — zdrobniale, czy imię jakby żeńskie?) blokowymi literami.
Laor jedną rękę ma swobodnie opuszczoną; w drugiej, wyprostowanej i wzniesionej wysoko w bok, trzyma pionowo w dół rodzaj — zresztą nie szpady — miecza; wbija go w sam czubek głowy Ajola, który siedzi. Loar jest w pozycji frontalnej i widać jego szeroki uśmiech. W pozycji frontalnej jest też Ajol; więc jeden na drugiego zdaje się nie patrzeć a przed siebie. Gdy czasem oglądałem portrety kobieta stamtąd — odnosiłem wrażenie — patrzyła na mnie, mężczyzna gdzieś dalej, przed siebie, chyba że byłem akurat kobietą, co mi się
zdarzało, wtedy patrzył na mnie. Ajol ma ręce szeroko rozrzucone w bok, i, siedząc, ma podobnie rozrzucone nogi; trochę to wygląda jakby tak upadł, tak rozrzucając ręce i nogi, już pod tym mieczem. I również — jak Laor — śmieje się; taki chichot w przyciętych trochę wargach.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł April is the cruellest month — cytat z poematu T.S. Eliota „Ziemia jałowa“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Czycz.