Adonais/Przedmowa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Percy Bysshe Shelley
Tytuł Adonais
Podtytuł Elegia na śmierć Jana Keatsa, autora «Hyperiona», «Endymiona» etc.
Pochodzenie Poeci angielscy
Wydawca Księgarnia H. Antenberga
Data wyd. 1907
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jan Kasprowicz
Źródło Skany na Commons
Inne Cały poemat
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
PRZEDMOWA.

Φάρμαϰον ἦλδε, Βίων, ποτί σόν στόμα, φάρμαϰον εἶδες.
Πῶς τευ τοῖς χείλεσσι ποτέδραμε, ϰοὐϰ έγλυϰάνϑη;
Τίς δὲ βροτὀς τοσσοῦτον ἀνάμερος, ἢ ϰεράσαι τοι,
Ἤ δοῦναι λαλέοντι τὀ φάρμαϰον; ἔϰφυγεν ᾠδάν.

Moschus, Epitaph. Bion.

Do londyńskiego wydania niniejszego poematu pragnę dołączyć kilka uwag krytycznych, dotyczących opłakiwanego w nim przedmiotu, o ile ma prawo być zaliczonym w poczet najwznioślejszych geniuszów, będących ozdobą naszego wieku.
Znany mój wstręt do tych ciasnych zasad smaku, na których wzorowaną była większa część jego poematów, co najmniej świadczy o tem, że jestem sędzią bezstronnym. Uważam fragment «Hyperiona» za utwór, któremu nie dorówna żaden inny z utworów, jakie w tych samych napisano czasach.
Jan Keats umarł w Rzymie, na suchoty, w dwudziestym czwartym roku życia, dnia 27. grudnia 1820. i pochowany został na romantycznym i samotnym cmentarzu protestantów tego miasta, u stóp piramidy, będacej grobem Cestiusza, w pobliżu murów i baszt, obecnie rozpadłych, a które ongi okalały Rzym starożytny.
Cmentarz jest wśród otoczenia ruin miejscem otwartem, w zimie pokrytem fiołkami i stokrotkami.
Możnaby się nieomal zakochać w Śmierci na myśl, że zwłoki nasze na tak uroczem spoczną miejscu.
Duch opłakiwanej istoty, której pamięci te niegodne poświęciłem wiersze, był niemniej delikatnym i wiotkim, jak pięknym; gdzie zaś istnieje obfitość robactwa, cóż dziwnego, że robak kwiecie młode podgryzł jeszcze w zawiązku?
Surowa krytyka jego «Endymiona», wydrukowana w «Quarterly Rewiew», wpłynęła w sposób najgwałtowniejszy na jego umysł wrażliwy, a spowodowane przez nią wstrząśnienie skończyło się tem, że pękło mu w płucach jedno z naczyń krwionośnych; szybko wywiązały się suchoty, a późniejsze ze strony krytyków sprawiedliwszych uznanie prawdziwej wielkości sił jego ducha nie zdołało uleczyć już blizny, tak lekkomyślnie zadanej. Możnaby słusznie powiedzieć, że nieszczęśliwi ci ludzie nie wiedzą, co czynią. Rozsiewają obelgi i plotki, nie zważając wcale, azali grot zatruty nie ugodzi w serce, stwardniałe od mnogości otrzymanych razów, albo, jak u Keatsa, z przenikliwszej stworzone materyi.
Jeden z ich wspólników należy, jak to wiem z pewnością, do najpodlejszych i najbardziej zasad pozbawionych oszczerców.
Co do «Endymiona», był-li to poemat, z którym, jakiekolwiek posiada on wady, można się było obejść pogardliwie tym ludziom, którzy najrozmaitszymi stopniami pochwał i penegiryków sławili «Parysa», «Kobietę», «Opowieść syryjską» i panią Lefanu i p. Barret i pana Howarda Paynea i cały długi szereg niemniej znakomitych nicości?
Sąż-to ci sami ludzie, którzy w swej sprzedajnej dobroduszności odważyli się porównać wielebnego o. Milmana z lordem Byronem?
Jakimże to oni w danym wypadku dławili się komarem, połknąwszy poprzednio wszystkie owe wielbłądy?
Na którąż to na wiarołomstwie pochwyconą kobietę odważa się pierwszy między temi rozpustnikami rzucić swój kamień zgorszenia?
Nieszczęsny! ty, jeden z najpodlejszych, zeszpeciłeś najhaniebniej jeden z najszlachetniejszych okazów dzieła bożego!
I to ci może służyć za wymówkę, że, będąc mordercą, przemawiałeś tylko sztyletami, ale nie użyłeś żadnego.
Okoliczności, towarzyszących ostatniej chwili życia biednego Keatsa, nie znałem, gdy Elegia gotową była do druku.
Opowiadano mi, że ranę, którą czuły jego duch otrzymał od krytyka «Endymiona», do najwyższego rozjętrzyło stopnia gorzkie uczucie niewdzięcznością opłacanych dobrodziejstw; nieszczęśliwego wygwizdali nie jako ze sceny życia zarówno ci, dla których dobra zmarnował pierwiosnki swego geniuszu, jak i ci, których szczodrze obsypał swem mieniem i których swoją darzył opieką.
Do Rzymu towarzyszył mu i podczas ostatniej choroby czuwał nad nim p. Severn, młody, jak najświetniejsze nadzieje rokujący artysta, który, jak mi mówiono, prawie własne naraził życie i wszystkie swe poświęcił widoki, aby niezmordowanie czuwać nad umierającym przyjacielem.
Gdybym był wiedział o okolicznościach tych przed ukończeniem poematu, byłbym może uległ był pokusie i do tej słabej daniny oklasku dołączył nagrodę trwalszą, tę mianowicie, jaką człowiek cnotliwy znajduje we wspomnieniu o pobudkach, które nim kierowały.
P. Severn może się obejść bez nagrody z «materyi, z której sny powstają».
Postępowanie jego złote rokuje mu powodzenie w przyszłej jego karyerze, niechaj niezgasły duch sławnego jego przyjaciela ożywia utwory jego ołówka i niechaj od zapomnienia zbawia jego nazwisko.

Shelley.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Percy Bysshe Shelley i tłumacza: Jan Kasprowicz.