Adolf/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Benjamin Constant
Tytuł Adolf
Data wydania 1930
Wydawnictwo Biblioteka Boya
Druk Drukarnia Współczesna
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. Adolphe
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX

Od pierwszej bytności nie pokazałem się u barona de T***. Jednego ranka, otrzymałem następujący bilecik:
„Rady, których panu udzieliłem, nie zasługiwały, aby się mścić za nie tak długą nieobecnością. Jakiekolwiek powziąłeś postanowienie w osobistych sprawach, niemniej jesteś synem mego najdroższego przyjaciela; zawsze będę z przyjemnością cieszył się pańskiem towarzystwem i bardzobym rad wprowadzić cię w kółko, które śmiem tuszyć, nie będzie dla ciebie bez uroku. Pozwól mi dodać, że, im bardziej pański tryb życia — którego nie chcę sądzić ani potępiać — może się wydać światu osobliwy, tem ważniejsze jest rozproszyć posądzenia, z pewnością nieuzasadnione, pokazując się między ludźmi“.
Życzliwość, jaką mi okazywał człowiek ze wszech miar czcigodny, przejęła mnie wdzięcznością. Odwiedziłem go niebawem: nie było mowy o Eleonorze. Baron zatrzymał mnie na obiedzie: tego dnia miał u siebie jedynie paru mężczyzn, wcale rozumnych i miłych. Zrazu, czułem się nieswojo, ale postanowiłem się przemóc; ożywiłem się, rozgadałem; starałem się błysnąć dowcipem i wiadomościami. Znalazłem w tryumfie tego rodzaju zadowolenie miłości własnej, którego nie kosztowałem oddawna: zadowolenie to pomnożyło moją sympatję do barona de T***.
Wizyty moje stały się częstsze. Baron powierzył mi parę prac, w związku z jego misją, z zakresu który odpowiadał memu uzdolnieniu. Eleonora była zrazu zdziwiona tym przewrotem; ale natrąciłem o przyjaźni barona dla mego ojca, o przyjemności, jaką mi sprawia to iż mogę osłodzić ojcu mą nieobecność, dostarczając bodaj pozorów iż zajmuję się czemś użytecznem. Biedna Eleonora (piszę to dziś z uczuciem wyrzutu) ucieszyła się szczerze tem iż zdawałem się spokojniejszy, i bez zbytnich utyskiwań zgodziła się wyrzec na większą część dnia mego towarzystwa. Baron znowuż, skorośmy się bardziej zbliżyli, zagadnął mnie o Eleonorę. Bezwarunkowym moim zamiarem było zawsze mówić o niej tylko dobrze, bezwiednie jednak zacząłem się wyrażać coraz lżejszym i niedbalszym tonem: to, zapomocą ogólników, zaznaczałem iż uznaję konieczność wydobycia się z tego stosunku; to ratowałem się żarcikami; śmiejąc się, mówiłem o kobietach, o trudnościach zerwania z niemi. Rozmowy te bawiły starego, zużytego dyplomatę, który przypominał sobie mglisto, iż za młodu również zdarzyło mu się cierpieć z przyczyny jakiejś miłostki. W ten sposób, przez to samo iż hodowałem w sobie tajone uczucie, oszukiwałem mniej lub więcej wszystkich: Eleonorę, ponieważ wiedziałem że baron chce mnie od niej oddalić i ukryłem to przed nią; pana de T***, ponieważ pozwalałem mu się spodziewać iż jestem gotów zerwać moje więzy. Ten fałsz był bardzo sprzeczny z moim charakterem, ale człowiek paczy swój charakter, z chwilą gdy ma w sercu bodaj jedną myśl, którą zmuszony jest nieustannie ukrywać.
Dotąd poznałem u barona jedynie kilka osób stanowiących jego ściślejsze towarzystwo. Jednego dnia, zaprosił mnie, abym został na wielkiej fecie, jaką wydał z powodu urodzin swego monarchy. „Poznasz, rzekł, najładniejsze kobiety z całej Polski; nie spotkasz, coprawda, tej którą kochasz; bardzo żałuję; ale istnieje rodzaj kobiet, które można widywać tylko u nich w domu“. Zdanie to dotknęło mnie nader przykro; nie rzekłem nic, ale wyrzucałem sobie w duchu, że nie bronię Eleonory, która byłaby mnie broniła tak żywo, gdyby mnie ktoś zaczepił w jej obecności.
Zgromadzenie było liczne; przyglądano mi się z uwagą. Słyszałem, jak, dokoła mnie, powtarzano pocichu nazwiska mego ojca, Eleonory, hrabiego de P***. Za mojem zbliżeniem, rozmowy milkły; skorom się oddalał, rozpoczynały się na nowo. Jasnem było, iż opowiadano sobie moją historję, i każdy z pewnością opowiadał ją na swój sposób. Położenie było nie do zniesienia, czoło pokryło mi się zimnym potem. Kolejno czerwieniałem i bladłem.
Baron spostrzegł me zakłopotanie. Podszedł do mnie, podwoił swą uprzejmość i względy, korzystał z każdej sposobności aby powiedzieć o mnie coś pochlebnego; powaga zaś jego osoby zmusiła niebawem innych, aby się odnosili do mnie z temi samemi względami
Skoro się wszyscy rozeszli, pan de T*** zatrzymał mnie: „Chciałbym, rzekł, jeszcze raz pomówić z tobą z szczerego serca. Czemu upierasz się trwać w położeniu, które jest dla ciebie męką? Komu tem oddajesz przysługę? Czy myślisz, że nikt nie wie, co się dzieje między tobą a Eleonorą? Cały świat zna tajemnicę waszych kwasów i udręczeń. Słabość twoja jest zbrodnią, tak samo jak twoja bezwzględność; przez szczyt niekonsekwencji nie dajesz nawet szczęścia tej, która czyni cię tak nieszczęśliwym“.
Słuchałem z uczuciem niewysłowionej przykrości. Baron pokazał mi kilka listów ojca. Świadczyły o zgryzocie większej jeszcze niż przypuszczałem. Uczułem się zachwiany. Myśl że przedłużam męczarnie Eleonory, pogłębiła jeszcze moje niezdecydowanie. Wreszcie, jakgdyby wszystko spiknęło się przeciw niej, gdy ja wahałem się jeszcze, ona sama porywczością swoją przyspieszyła mą decyzję. Byłem poza domem przez cały dzień: baron zatrzymał mnie po rozejściu się gości; zrobiła się noc. Oddano mi w obecności barona de T*** list Eleonory. Ujrzałem w oczach gospodarza rodzaj politowania nad mą niewolą. List Eleonory pełen był goryczy. „Jakto! rzekłem w duchu, nie mogę spędzić dnia swobodnie! ani godziny odetchnąć w spokoju? Tropi mnie wszędzie tak, jak ściga się niewolnika, aby go sprowadzić do swoich stóp!“ Wybuch mój był tem gwałtowniejszy, im bardziej czułem się słaby: „Tak, wykrzyknąłem, przyrzekam zerwać z Eleonorą, nie zawaham się sam jej tego oświadczyć; może pan z góry oznajmić to ojcu“.
To rzekłszy, wypadłem na ulicę. Słowa które wymówiłem już mi ciążyły; ledwie wierzyłem w przyrzeczenie dane przed chwilą.
Eleonora czekała mnie niecierpliwie. Dziwnym trafem, w czasie mej nieobecności, wspomniano jej po raz pierwszy o usiłowaniach, jakich dokłada baron de T***, aby mnie od niej oderwać. Powtórzono jej moje słowa, żarciki. Skoro w Eleonorze raz zbudziło się podejrzenie, zebrała w myśli rozmaite okoliczności, świadczące o jego prawdzie. Nagłe zbliżenie z człowiekiem którego przedtem nie odwiedzałem nigdy, zażyłość między baronem a moim ojcem, starczyły jej za nieodparte dowody. Niepokój Eleonory wzmógł się w ciągu kilku godzin tak bardzo, iż zastałem ją zupełnie przeświadczoną o mojej — jak to nazywała — przewrotności.
Przybyłem do pałacu, zdecydowany powiedzieć wszystko. I oto, zagadnięty wręcz przez Eleonorę, czyżby kto uwierzył? siliłem się jedynie rozproszyć jej podejrzenia. Zaprzeczyłem nawet, tak, zaprzeczyłem owego dnia temu, co miałem zamiar oznajmić jutro.
Było późno, pożegnałem ją; pilno mi było położyć się, aby zakończyć ten długi dzień; kiedy byłem zupełnie pewien iż wreszcie się zakończył, uczułem, na tę chwilę, olbrzymią ulgę.
Wstałem nazajutrz aż koło południa, jakgdybym, opóźniając moment naszego widzenia, opóźniał nieszczęsną chwilę.
Eleonora uspokoiła się przez noc, zarówno dzięki własnym refleksjom, jak dzięki moim wczorajszym słowom. Zaczęła mówić o jakichś osobistych sprawach, tonem ufności, świadczącym aż nadto, iż uważa nasze istnienia za nierozerwalnie złączone. Gdzie znaleźć wyrazy, któremibym miał odwagę zepchnąć ją w osamotnienie?
Czas upływał z przerażającą chyżością. Każda minuta pomnażała konieczność wyjaśnień. Z trzech dni które naznaczyłem, drugi bliski był już końca, pan de T*** oczekiwał mnie najdalej pojutrze. List do ojca już odszedł; i oto miałem chybić słowa, nie uczyniwszy najmniejszego wysiłku w tej mierze. Wychodziłem, wracałem, brałem za rękę Eleonorę, zaczynałem aby przerwać natychmiast; przyglądałem się biegowi słońca, które nachylało się ku skrajowi widnokręgu. Nadeszła noc, odwlokłem rzecz znowu. Jeden dzień mi pozostał; dość było i godziny.
Ten dzień minął tak jak i poprzedni. Napisałem do pana de T***, aby go jeszcze poprosić o zwłokę. Zgodnie z naturalnym popędem słabych charakterów, nagromadziłem w liście tysiąc argumentów, mających usprawiedliwić opóźnienie, wykazać, iż w niczem nie zmieniło ono moich postanowień i że, już w tej chwili, można uważać więzy łączące mnie z Eleonorą za zerwane nieodwołalnie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Benjamin Constant i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.