Adolf/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Benjamin Constant
Tytuł Adolf
Data wydania 1930
Wydawnictwo Biblioteka Boya
Druk Drukarnia Współczesna
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. Adolphe
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV

Czarze miłości! któż zdołałby cię odmalować? To przekonanie, iż znaleźliśmy istotę, którą natura przeznaczyła dla nas; ta światłość, nagle rozlana w życiu i zdającą się nam tłumaczyć jego tajemnicę, to zolbrzymienie wartości najdrobniejszych wydarzeń, te szybkie godziny, których szczegóły umykają się wspomnieniu przez samą ich słodycz i zostawiają w duszy jedynie smugę szczęścia, ta pusta wesołość, wplatająca się niekiedy bez przyczyny w nieustanne roztkliwienie, tyle rozkoszy w obecności i tyle nadziei w rozłące, oderwanie od pospolitych trosk, wyższość nad wszystkiem co nas otacza, ta pewność iż odtąd świat nie może nas dosięgnąć w naszej sferze, to wzajemne porozumienie, które odgaduje każdą myśl i odpowiada każdemu wzruszeniu; — czarze miłości, kto cię doświadczył, nie zdoła cię opisać!
Pan de P*** zmuszony był, z powodu pilnych spraw, wyjechać na sześć tygodni. Spędziłem ten czas niemal bez przerwy u Eleonory. Przywiązanie jej zdawało się wzrastać o całe poświęcenie jakie dla mnie uczyniła. Nie zdarzyło mi się odejść, aby nie próbowała mnie zatrzymać. Kiedy wychodziłem, pytała kiedy wrócę. Dwie godziny rozłąki były jej nie do zniesienia. Z pełną niepokoju ścisłością oznaczała chwilę mego powrotu. Poddawałem się temu z radością, byłem wdzięczny, szczęśliwy z uczucia jakie mi okazywała. Tok życia społecznego nie da się wszakże naginać samowładnie do naszych pragnień. Ciężyło mi niekiedy, iż wszystkie moje kroki były oznaczone z góry, wszystkie chwile niejako policzone. Trzeba mi było śpieszyć się z każdą sprawą, zerwać większą część stosunków. Nie wiedziałem co odpowiedzieć znajomym, kiedy mi proponowano jaką rozrywkę, której w zwyczajnych warunkach nie miałbym powodu odrzucać. Nie żałowałem przy boku Eleonory uciech do których nigdy nie miałem wiele upodobania, ale rad byłbym, aby mi pozwoliła wyrzec się ich bardziej własnowolnie. Więcej dawałoby mi słodyczy wracać do niej z własnego popędu, bez przymusu pamiętania że godzina nadeszła, że Eleonora oczekuje mnie z niepokojem. Byłbym wolał, aby myśl o jej przykrości nie łączyła się z obrazem szczęścia jakiego miałem kosztować za powrotem. Eleonora była bezwątpienia żywą rozkoszą mego istnienia, ale nie była już celem: stała się więzami. Obawiałem się zresztą narazić ją. Moja ustawiczna obecność musiała dziwić służbę, dzieci: lękałem się iż zaczną nas śledzić. Drżałem z obawy, by nie zmącić jej egzystencji. Czułem, że nie możemy się połączyć na zawsze i że mym świętym obowiązkiem jest szanować jej spokój; z zapewnieniami tedy mej miłości mięszały się rady aż nazbyt tchnące rozsądkiem. Ale, im więcej udzielałem tych rad, tem mniej Eleonora była skłonna ich słuchać. Równocześnie obawiałem się nad wszystko sprawić jej przykrość. Z chwilą gdy widziałem na twarzy Eleonory wyraz cierpienia, wola jej stawała się moją: czułem się dobrze jedynie wtedy, kiedy ona była szczęśliwa. Skoro, mocą perswazyj, osiągnąłem to iż mogłem ją opuścić na czas niedługi, obraz przykrości jaką jej sprawiłem szedł za mną wszędzie. Ogarniała mnie gorączka wyrzutów, która zdwajała się z każdą minutą i w końcu stawała się nie do zniesienia; spieszyłem do Eleonory, znajdując słodycz w tej myśli iż pocieszę ją i ukoję. Ale, w miarę jak zbliżałem się do jej domu, brało we mnie górę uczucie buntu przeciw tej tyranji. Eleonora była gwałtowna. Sądzę, iż nikogo jeszcze nie kochała tak jak mnie. W poprzednich związkach, serce jej odczuwało ucisk przykrej zależności; ze mną czuła się najzupełniej swobodna, ponieważ panowała między nami doskonała równość; podniosła się we własnych oczach przez miłość wolną od wszelkiej rachuby, interesu; wiedziała, iż jestem przeświadczony o tem, że kocha mnie jedynie dla mnie samego. Ale z tej zupełnej swobody wynikało, iż nie krępowała się ze mną; gdy ja wracałem do jej stóp zniecierpliwiony iż wracam wcześniej niżbym pragnął, zastawałem ją smutną lub podrażnioną. Zdala od niej, męczyłem się dwie godziny myślą iż ona cierpi bezemnie; męczyłem się dwie godziny przy niej, nim zdołałem ją ułagodzić.
Mimo to, nie byłem nieszczęśliwy; mówiłem sobie, że słodko jest być przedmiotem miłości nawet tak wymagającej; czułem, że jestem dobrym momentem jej życia; szczęście jej było mi potrzebne i nawzajem wiedziałem że jestem potrzebny dla jej szczęścia.
Zresztą, nieokreślona myśl, iż, z natury rzeczy, związek ten nie może być trwały, myśl smutna z wielu względów, działała na mnie kojąco w napadach znużenia lub niecierpliwości. Węzły łączące Eleonorę z hrabią de P***, niestosunek naszego wieku, położenia, wyjazd mój, który opóźniły rozmaite okoliczności, ale którego termin był bliski, wszystkie te względy skłaniały mnie ku temu, aby dawać i brać możliwie najwięcej szczęścia: czując się pewnym lat, nie targowałem się o chwile.
Hrabia powrócił. Niebawem, zaczął podejrzewać stosunki moje z Eleonorą. Z każdym dniem przyjmował mnie z bardziej chłodną i posępną twarzą. Przedstawiałem żywo Eleonorze niebezpieczeństwo na jakie się naraża; błagałem aby mi pozwoliła przerwać na kilka dni odwiedziny, przywodziłem jej na oczy reputację, stanowisko, dzieci. Słuchała długo w milczeniu; blada była jak śmierć. „W taki czy inny sposób, rzekła wreszcie, i tak pojedziesz niedługo; nie uprzedzajmy chwili; nie kłopocz się o mnie. Korzystajmy z dni, z godzin, to wszystko czego pragnę. Jakieś przeczucie mówi mi, Adolfie, że umrę w twoich ramionach“.
Żyliśmy tedy w dalszym ciągu jak poprzednio, ja wciąż niespokojny, Eleonora smutna, hrabia milczący i chmurny. Wreszcie, list, którego oczekiwałem, nadszedł: ojciec nakazywał mi powrót. Zaniosłem list Eleonorze. „Już! wykrzyknęła: nie sądziłam, aby tak prędko“. Następnie, zalewając się łzami, wzięła mnie za rękę i rzekła: „Adolfie, widzisz że nie mogę żyć bez ciebie; nie wiem, co będzie ze mną w przyszłości, ale zaklinam cię, nie jedź jeszcze: znajdź pozór jakiś aby zostać. Poproś ojca, niech ci przedłuży pobyt jeszcze na pół roku. Pół roku, czyż to tak długo?“ Chciałem perswadować: ale płakała tak gorzko, tak drżała, rysy jej wyrażały tak rozdzierające cierpienie, że nie byłem zdolny mówić dalej. Rzuciłem się do jej stóp, tuliłem ją, upewniłem o mej miłości i wyszedłem aby napisać do ojca. Napisałem w istocie, z przejęciem zrodzonem z bólu Eleonory. Przytoczyłem tysiąc powodów; wyraziłam chęć prowadzenia w D*** pewnych studjów, których niepodobna mi kończyć w Getyndze. W chwili gdy nadawałem list na poczcie, szczerze i gorąco pragnąłem uzyskać pozwolenie.
Wróciłem wieczór. Eleonora siedziała na sofie, hrabia koło kominka, daleko od niej; dzieci skupiły się w kącie, spłoszone. Na twarzy ich widniał ów wyraz zdziwienia, właściwego dzieciom, skoro czują w powietrzu coś, czego przyczyny nie umieją odgadnąć. Oznajmiłem Eleonorze gestem, iż uczyniłem to, czego żądała. Błysk radości zapłonął w jej oczach, ale zgasł niebawem. Nie mówiliśmy nic; milczenie stawało się kłopotliwem. „Mówiono mi, rzekł wreszcie hrabia, że pan masz zamiar wyjechać“. Odparłem, iż nic mi nie wiadomo o tem. „Zdaje mi się, podjął, iż, w pańskim wieku, nie powinno się nadto zwlekać z wyborem drogi życia; zresztą, dodał patrząc na Eleonorę, może nie wszyscy tutaj podzielają moje zdanie“.
Odpowiedź ojca nadeszła niebawem. Otwierając list, drżałem na myśl o cierpieniu jakie sprawiłaby Eleonorze odmowa. Zdawało mi się nawet, iż podzieliłbym jej ból w całej pełni; ale, skorom przeczytał przyzwolenie którego ojciec mi udzielał, wszystkie ujemne strony dłuższego pobytu nastręczyły się równocześnie moim myślom. „Jeszcze pół roku skrępowania i przymusu! wykrzyknąłem; pół roku, przez które mam obrażać znanego człowieka w odpłatę okazanej przyjaźni; wystawiać na niebezpieczeństwo kobietę którą kocham; narażać ją na to, iż może postradać jedyną pozycję zapewniającą jej spokój i szacunek świata; oszukiwać ojca: i poco? aby nie spojrzeć w oczy chwili cierpienia, które, wcześniej lub później, jest nieuniknione! Czyż nie kosztujemy tego cierpienia codzień, cząstkowo, kropla po kropli? Czynię tylko krzywdę Eleonorze; uczucie moje, takie jakiem jest obecnie, nie może jej zadowolić. Poświęcam się dla niej nie mogąc dać jej szczęścia; ja zaś sam żyję tutaj bez celu, bez swobody, niemając jednej chwili wolnej, nie mogąc odetchnąć godziny w spokoju“. Przejęty temi myślami, wszedłem do pokoju Eleonory. Zastałem ją samą. „Zostaję jeszcze pół roku, — rzekłem. — Oznajmia mi pan to bardzo sucho. — Wyznaję, iż lękam się dla nas obojga następstw tej odwłoki. — Zdaje mi się, iż, co się pana tyczy, nie mogą one być zbyt niebezpieczne. — Wiesz dobrze, Eleonoro, że nie myśl o sobie zwykła mnie najbardziej zaprzątać. — Z pewnością też nie szczęście drugich“. Rozmowa stawała się burzliwą. Eleonora odczuła boleśnie moje skrupuły, w chwili gdy powinienem był dzielić jej radość; ja miałem do niej żal za tryumf jaki odniosła. Doszło do gwałtownej sceny. Wybuchnęliśmy wzajemnemi wyrzutami. Eleonora winiła mnie że ją oszukałem; była dla mnie jedynie przelotną zachcianką; odjąłem jej przywiązanie hrabiego; wciągnąłem ją, w oczach świata, w dwuznaczną sytuację, z której całe życie starała się wydobyć. Mnie oburzyło, iż obraca przeciw mnie to, co uczyniłem jedynie przez uległość i przez obawę jej przykrości. Wypomniałem jej przymus, bezczynność w której trawię młodość, despotyzm dławiący całe moje życie. Naraz ujrzałem, iż Eleonora zalewa się łzami; urwałem, zacząłem się cofać, wypierać tego co powiedziałem, tłumaczyć. Uściskaliśmy się; ale pierwszy cios był zadany, pierwsza zapora przebyta. Wymówiliśmy oboje słowa nie do naprawienia; mogliśmy milczeć, ale nie mogliśmy ich zapomnieć. Są rzeczy, których długo się nie mówi, ale, skoro raz padły, powtarza się je bezustanku.
Żyliśmy tak cztery miesiące, w stosunku wymuszonym, czasami serdecznym, nigdy zupełnie swobodnym, czerpiąc zeń niekiedy rozkosz, ale nie znajdując już uroku. Jednakże Eleonory nie oddalało to odemnie. Po najżywszych utarczkach, była tak stęskniona mego widoku, naznaczała tak pilnie godzinę schadzki, jakgdyby związek nasz był najbardziej równy i tkliwy. Często przychodziło mi na myśl, iż właśnie moje zachowanie utrzymuje Eleonorę w tym nastroju. Gdybym ją kochał tak jak ona mnie, byłaby spokojniejsza i sama zastanawiałaby się nad niebezpieczeństwem. Ale cały rozsądek płynął ze mnie; ona nie liczyła się z poświęceniami, ponieważ cały wysiłek zużywała na to, aby mnie skłonić do ich przyjęcia; nie miała czasu ochłonąć, ponieważ jedyną jej troską było to, aby mnie zachować. Ponownie oznaczona epoka wyjazdu zbliżała się; na myśl o tem, doświadczałem wraz przyjemności i żalu: uczucia podobnego temu, jakiego doznaje człowiek, który bolesną operacją ma okupić pewne uleczenie.
Jednego rana, Eleonora wezwała mnie do siebie, „Hrabia, rzekła, zabrania mi przyjmować cię: nie mam zamiaru usłuchać tego brutalnego zakazu. Towarzyszyłam temu człowiekowi na wygnanie, ocaliłam jego mienie; byłam mu wierną pomocą w każdej sprawie. Może się obejść dziś bezemnie; ja nie mogę żyć bez ciebie“. Łatwo zgadnąć, jakich zaklęć użyłem, aby ją odwrócić od zamiaru, wprost nie mieszczącego mi się w głowie. Wspomniałem o opinji. „Opinja! odparła: nigdy nie była dla mnie sprawiedliwa. Wypełniałam dziesięć lat obowiązki, lepiej niż którakolwiek żona; mimo to, opinja odmawiała mi stanowiska na które zasługuję“. Przypomniałem jej dzieci. „To są dzieci pana de P***. Uznał je i będzie miał pieczę o nie. Będzie dla nich tylko szczęściem zapomnieć matkę, z którą mogły dzielić jedynie wstyd“. Zdwoiłem błagania. „Słuchaj, rzekła, jeżeli zerwę z hrabią, czy ty zerwiesz ze mną? Zerwiesz? powtórzyła, chwytając mnie za ramię, z gwałtownością która przyprawiła mnie o drżenie. — Nie, oczywiście, nie, odparłem; im będziesz nieszczęśliwsza, tem bardziej będę ci oddany. Ale rozważ... — Wszystko rozważyłam, przewała. Za chwilę wróci; odejdź i już się tu nie pokazuj“.
Spędziłem resztę dnia w nieopisanej męczarni. Dwa dni upłynęły bez żadnej wiadomości. Gnębiło mnie, iż nie wiem nic o losie Eleonory, gnębiło mnie nawet że jej nie widzę; zdziwiony byłem przykrością jaką mi sprawiał ten brak. Mimo to, pragnąłem, aby odstąpiła od tak groźnego dla niej postanowienia. Zaczynałem już żywić tę nadzieję, kiedy jakaś kobieta doręczyła mi bilecik; Eleonora prosiła, bym ją odwiedził na wskazanej ulicy, we wskazanym domu, na trzeciem piętrze. Pobiegłem, nie tracąc jeszcze nadziei, iż, nie mogąc mnie przyjąć w domu pana de P***, pragnie, ostatni raz, widzieć się ze mną gdzieindziej. Zastałem ją w pełni przygotowań do stałego pobytu. Podeszła do mnie, z błyskiem zadowolenia wraz i nieśmiałości, starając się wyczytać w oczach moje wrażenia. „Wszystko zerwane, rzekła; jestem wolna. Mam, z osobistego majątku, siedmdziesiąt pięć ludwików renty: to dla mnie dosyć. Zostajesz tu jeszcze sześć tygodni. Skoro odjedziesz, zdołam może pośpieszyć za tobą; może ty będziesz mnie odwiedzał“. I, jakgdyby się lękała odpowiedzi, zapuściła się w mnóstwo drobnych szczegółów, tyczących jej projektu. Na tysiąc sposobów starała się przekonać mnie, że jest szczęśliwa; że nie poświęciła mi niczego; że postanowienie które powzięła odpowiada jej, niezależnie od mej osoby. Było widocznem, iż zadaje sobie gwałt, i że ledwie wierzy w to co mówi. Ogłuszała się swojemi słowami, z obawy usłyszenia moich; przedłużała gorączkowo swe wywody, aby opóźnić chwilę, w której moje refleksje ściągną ją z obłoków. Nie mogłem znaleźć w sercu dość siły, aby się sprzeciwiać. Przyjąłem poświęcenie, podziękowałem za nie; rzekłem iż czuję się szczęśliwy. Rzekłem o wiele więcej jeszcze, ręcząc iż zawsze pragnąłem, aby jakieś nieodwołalne wydarzenie nałożyło mi obowiązek nierozstawania się z nią nigdy; przypisałem moje wahanie delikatności, która broniła mi przyjąć ofiarę burzącą jej egzystencję. Słowem, jedyną mą myślą było wygnać precz od niej wszelką przykrość, obawę, żal, wszelką niepewność co do moich uczuć. W chwili gdy mówiłem, nie widziałem nic ponad ten cel i byłem szczery w tem com przyrzekł.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Benjamin Constant i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.