Adolf/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Benjamin Constant
Tytuł Adolf
Data wydania 1930
Wydawnictwo Biblioteka Boya
Druk Drukarnia Współczesna
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. Adolphe
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ II

Roztargniony, obojętny, znudzony, ledwie byłem świadom wrażenia które budziłem. Dzieliłem czas między studja które przerywałem często, projekty których nie spełniałem, przyjemności które mnie nie bawiły. Wreszcie, błaha na pozór okoliczność sprawiła ważny przewrót w mem usposobieniu.
Pewien młody człowiek, z którym żyłem dość blisko, zabiegał od kilku miesięcy o względy jednej z najmniej szarych kobiet z naszego kółka. Po długich staraniach, zdołał wreszcie pozyskać jej miłość; że zaś nie ukrywał mi wprzódy swych smutków i niedoli, czuł się w obowiązku podzielić i tryumfem: niepodobna odmalować jego uniesień i radości. Widok takiego szczęścia obudził we mnie żal, iż nie kosztowałem go jeszcze; nie zaznałem dotąd związku serc, któryby mógł schlebiać miłości własnej; miałem uczucie, że nowa przyszłość odsłania się mym oczom; nowa potrzeba zrodziła się w głębi mej duszy. Było w tej potrzebie wiele próżności, bezwątpienia, ale nie tylko próżność; było jej może mniej niż sam myślałem. Uczucia nasze są mętne i mieszane; składają się z mnóstwa różnorodnych wrażeń, umykających się obserwacji; słowo zaś, zawsze zbyt grube i ogólnikowe, może wprawdzie je zaznaczyć, ale nigdy określić.
Z domu ojca, wyniosłem, odnośnie do kobiet, dość niemoralny system. Ojciec, mimo iż ściśle przestrzegał form, pozwalał sobie nieraz odzywać się o sprawach miłości dość lekko; patrzał na nie jak na zabawkę, jeśli nie dozwoloną, to przynajmniej dość niewinną; jedynie małżeństwo brał poważnie. Wedle niego młody człowiek powinien się pilnie wystrzegać tego, co świat zowie szaleństwem, to znaczy trwałych węzłów z osobą nie równą mu majątkiem, urodzeniem i zewnętrznemi warunkami; pozatem, jak długo nie chodzi o małżeństwo, można każdą kobietę bez skrupułów brać a potem rzucać. Nieraz widziałem, jak uśmiechał się, niemal z uznaniem, słysząc parodję znanego wyrażenia: To taka mała przykrość dla nich, a tak wielka przyjemność dla nas!
Nie ocenia się dostatecznie, jak głębokie wrażenie czynią takie zdania w epoce pierwszej młodości. W wieku, gdy wszystkie sądy są jeszcze wątpliwe i chwiejne, dzieci patrzą ze zdumieniem, jak, w żartach którym cały świat przyklaskuje, wychowawcy ich przeczą wręcz najświętszym zasadom jakie im wpoili. Odtąd zasady te stają się w ich oczach banalnemi formułkami, które rodzice silą się powtarzać, ot, z obowiązku, jedynie zaś owe żarciki zawierają sekret życia.
Dręczony tą nieokreśloną tęsknotą, powtarzałem sobie: „chcę być kochany“. Spoglądałem dokoła; nie widziałem istoty zdolnej obudzić we mnie miłość, ani też zdolnej ją odczuwać. Radziłem się serca, skłonności: nie czułem w sobie żadnego sympatycznego odruchu. W tej dusznej rozterce zetknąłem się przypadkowo z hrabią de P***, czterdziestoletnim mężczyzną, moim powinowatym. Zaprosił mnie, abym go odwiedził. Nieszczęsne odwiedziny! Hrabia de P*** żył pod jednym dachem z kochanką, Polką, słynną z urody, jakkolwiek nie pierwszej już młodości. Kobieta ta, mimo swej dwuznacznej pozycji, okazała w wielu okolicznościach niepospolity charakter. Rodzina jej, dość znaczna w Polsce, straciła mienie w czasie zamieszek. Ojca ścigały wyroki; matka szukała schronienia we Francji i uwiozła z sobą córkę, którą, umierając, zostawiła bez oparcia. Hrabia de P*** rozkochał się w niej. Nigdy nie dowiedziałem się, w jaki sposób zaczął się ten związek, który, gdy po raz pierwszy ujrzałem Eleonorę, był już oddawna ustalony, uświęcony poniekąd. Czy rozpaczliwe położenie, czy też niedoświadczenie młodości wtrąciło ją w życie przeciwne jej wychowaniu, obyczajom i dumie, będącej wybitną cechą jej charakteru? To jedno było mi wiadome, jak zresztą było wiadome całemu światu, iż, gdy hrabia de P*** stracił niemal cały majątek a i wolność jego osobista była zagrożona, Eleonora dała mu takie dowody poświęcenia, odrzuciła z taką wzgardą najświetniejsze ofiary, podzieliła jego niebezpieczeństwa i ubóstwo z takiem oddaniem, nawet radością, iż najsurowsza cnota musiała skłonić czoło przed czystością jej pobudek i bezinteresownością. Jej to energji, odwadze, rozumowi, wszelkim ofiarom poniesionym bez utyskiwania, hrabia zawdzięczał, iż odzyskał część swego mienia. Obecnie, przybyli do D***, aby czuwać nad procesem, który mógł zupełnie przywrócić hrabiemu de P*** dawny dobrobyt, i mieli zamiar pozostać tam dwa lata.
Umysł Eleonory nie wyrastał ponad zwykłą miarę; ale sąd miała na ogół trafny, sposób zaś wyrażania, zawsze prosty, uderzał niekiedy szlachetnością i podniosłością uczuć. Miała wiele przesądów; ale wszystkie były w duchu sprzecznym jej interesom. Przywiązywała największą wagę do poprawności postępowania, właśnie dlatego, iż, wedle przyjętych zapatrywań, jej własne nie było poprawne. Była bardzo religijna, ponieważ religja surowo potępiała jej życie. Uchylała bezwzględnie w rozmowie wszystko co innym kobietom wydałoby się jedynie niewinnym żartem, gdyż obawiała się zawsze, iż położenie jej może w kimś zbudzić chętkę do mniej niewinnych swobód. Lubiła przyjmować jedynie ludzi najwyższego stanowiska i nieskazitelnych obyczajów, ponieważ kobiety, z któremi porównanie stanowiło ciągłą jej obawę, skupiają zazwyczaj towarzystwo dość mięszane, i, rezygnując rade nie rade z szacunku, szukają w stosunkach jedynie zabawy. Słowem, Eleonora była w nieustannej walce ze swym losem. Każdem słowem i każdym uczynkiem, protestowała, można rzec, przeciw roli jaką jej narzuciły okoliczności, że zaś czuła iż rzeczywistość mocniejsza jest od niej i że wysiłki nie zmieniają nic w jej położeniu, była bardzo nieszczęśliwa. Dwoje dzieci, które miała z hrabią de P***, wychowywała nadzwyczaj surowo. Można było niekiedy mniemać, iż tajemny bunt kojarzy się z namiętnem raczej niż tkliwem uczuciem, jakie im okazywała, i że bunt ten rodzi w niej jakby ślad niechęci. Kiedy ktoś, w najlepszej myśli, napomknął o pomyślnym rozwoju dzieci, o talentach jakie wróżą, o drodze życia jaką im przyjdzie obrać, Eleonora wyraźnie bladła na myśl, że kiedyś trzeba im będzie odsłonić ich urodzenie. Ale najlżejsze niebezpieczeństwo, godzinna rozłąka sprowadzała myśl jej ku dzieciom z trwogą, w której było coś z wyrzutu. Wówczas, pieszczotami swemi siliła się dać im szczęście, którego nie znajdowała w nich sama. Ta sprzeczność między uczuciami Eleonory a pozycją jaką zajmowała w świecie, czyniła usposobienie jej bardzo nierównem. Często popadała w zadumę i milczenie; to znów mówiła dużo i w podnieceniu. Ponieważ dręczyła ją ciągle jedna myśl, nigdy, nawet wśród najpotoczniejszej rozmowy, nie miała zupełnego spokoju. Ale, przez to samo właśnie, było w niej coś wybuchowego, niespodzianego, co czyniło ją bardziej zajmującą niżby może była nią z natury. Niezwykłość położenia zastępowała w niej oryginalność i polot myśli. Przyglądało się jej z zainteresowaniem i ciekawością, niby pięknej burzy.
Zjawiwszy się mym oczom w chwili gdy me serce potrzebowało miłości, próżność zaś tryumfów, Eleonora wydała mi się zdobyczą godną mnie. Co do niej, znajdowała widoczną przyjemność w towarzystwie człowieka różnego od tych których widywała dotąd. Kółko jej składało się z kilku przyjaciół lub krewnych kochanka, oraz ich żon. Wpływy i stanowisko hrabiego de P*** otwarły Eleonorze drzwi tych paru domów. Mężczyźni odznaczali się ubóstwem uczuć zarówno jak myśli; kobiety różniły się od mężów jedynie tem, iż mierność ich była bardziej niespokojna i ruchliwa, ponieważ nie miały, jak oni, owego spokoju będącego wynikiem regularnych zatrudnień i obowiązków. Lotniejszy żart, żywsza rozmowa, jakieś szczególne połączenie melancholji i humoru, ciekawości i zniechęcenia, zapału i ironji, uderzyły i pociągnęły ku mnie Eleonorę. Mówiła kilkoma językami, nieszczególnie co prawda, ale zawsze żywo, niekiedy z wdziękiem. Myśl jej jakgdyby przedzierała się wówczas przez zapory i wychodziła z tej walki bardziej powabna, naturalniejsza i szczersza; cudzoziemska mowa odświeża niejako myśl i uwalnia ją od tych banalnych zwrotów, które barwią ją naprzemian pospolitością i pretensją. Czytywaliśmy angielskich poetów; przechadzaliśmy się wspólnie. Często zachodziłem do niej rano; wracałem znowuż wieczór: poruszałem w rozmowie tysięczne przedmioty.
Miałem zamiar, w roli jakoby zimnego i bezstronnego obserwatora, zanalizować ściśle charakter jej i umysł; ale każde słowo wychodzące z jej ust było dla mnie obleczone niewytłumaczonym wdziękiem. Chęć podobania się jej, dając memu życiu nową podnietę, stroiła mi istnienie w nieznany przedtem sposób. Przypisywałem urokowi Eleonory wpływ ten, niemal magiczny: byłbym się nim sycił jeszcze doskonalej, gdyby nie zobowiązanie wobec siebie samego. Miłość własna wciskała się ciągle, niby trzecia osoba, między Eleonorę i mnie. Uważałem niejako za swój obowiązek iść czemprędzej do celu; nie poddawałem się tedy z pełną swobodą wrażeniom. Pilno mi było wejść na drogę wyznań, zdawało mi się bowiem, iż wystarczy przemówić, aby zwyciężyć. Nie sądziłem bym kochał Eleonorę; ale nie umiałbym się już pogodzić z myślą, iż mogę jej być obojętny. Zajmowała mnie bez przerwy: tworzyłem tysiączne projekty; wymyślałem tysiąc sposobów podboju, z tem zuchwalstwem niedoświadczenia, które nie wątpi o tryumfie, ponieważ niczego nie próbowało.
Mimo to, niezwyciężony lęk wstrzymywał mnie: słowa zamierały na ustach lub obracały się inaczej niż zamierzyłem. Przechodziłem wewnętrzną rozterkę: byłem wściekły na samego siebie.
Szukałem wreszcie rozumowania, dzięki któremu mógłbym, we własnych oczach wyjść z honorem z tej walki. Powtarzałam sobie, że nie trzeba naglić, że Eleonora zbyt mało przygotowana jest do takiego wyznania, że lepiej czekać jeszcze. Aby żyć w zgodzie z samym sobą, zawsze prawie zmieniamy własną słabość lub nieudolność w plany i systemy; to zadowala tę cząstkę nas, która jest, można powiedzieć, spektatorką drugiej cząstki.
Sytuacja przeciągała się. Każdego dnia naznaczałem dzień następny jako nieodmienną epokę stanowczych wyznań, i każde nazajutrz spływało jak i dzień poprzedni. Nieśmiałość opuszczała mnie z chwilą gdy rozstałem się z Eleonorą; odnajdywałem wówczas swoje bystre plany i głębokie kombinacje; ale, ledwie znalazłem się przy niej, stawałem się nanowo drżącym i pomięszanym. Ktokolwiek, w jej nieobecności, czytałby w mem sercu, wziąłby mnie za zimnego i nieczułego uwodziciela; ktokolwiekby mnie ujrzał przy jej boku, odgadłby młodego, nieśmiałego i dławiącego się miłością kochanka. Oba sądy byłyby zarówno mylne; niema zupełnej jedności w człowieku; prawie nigdy nie jest on ani zupełnie szczery, ani zupełnie przewrotny.
Przekonawszy się z tych wielokrotnie ponawianych doświadczeń, że nigdy nie będę miał odwagi przemówić, postanowiłem napisać. Walki, jakie oddawna staczałem z własnym charakterem, zniecierpliwienie płynące stąd iż nie mogłem go przemóc, niepewność powodzenia, wszystko to natchnęło mój list niepokojem, który bardzo podobny był do miłości. Rozgrzany zresztą własnym stylem, kończąc list, odczuwałem nieco tej namiętności, którą starałem się wyrazić z możliwą siłą.
Eleonora ujrzała w liście to, co w nim było w istocie; przelotną egzaltację o dziesięć lat młodszego chłopca, którego serce otwierało się nieznanym dotąd słodyczom, i który zasługiwał raczej na współczucie niż na gniew. Odpowiedziała z dobrocią, udzieliła życzliwych rad, ofiarowała szczerą przyjaźń, ale oświadczyła, iż, do powrotu hrabiego, nie może mnie widywać.
Odpowiedź ta wstrząsnęła mną. Wyobraźnia, podrażniona przeszkodą, owładnęła całem mem istnieniem. Przed godziną czerpałem chlubę w udawaniu miłości; naraz, zdało mi się iż odczuwam ją w całej pełni. Pobiegłem do Eleonory; powiedziano mi, że wyszła. Napisałem znów do niej; błagałem aby mi użyczyła ostatniego widzenia; odmalowałem w rozdzierających słowach rozpacz, złowrogie zamiary zbudzone jej okrucieństwem. Cały dzień napróżno czekałem odpowiedzi. Moje niewysłowione męki koiła jedynie myśl, iż nazajutrz pokonam wszystkie trudności aby dotrzeć do Eleonory i mówić z nią. Wieczorem przyniesiono mi kilka słów od niej: ton listu był łagodny. Zdawało mi się, iż spostrzegam w nim odcień żalu i smutku; ale trwała w postanowieniu. Stawiłem się znowuż nazajutrz w jej domu. Wyjechała na wieś; służba nie wiedziała dokąd. Nie było nawet sposobu przesłania jej listu.
Stałem długi czas jak martwy, nie wyobrażając już sobie żadnej możliwości odszukania Eleonory. Sam byłem zdumiony głębią mego cierpienia. Pamięć odtwarzała mi chwile, w których powiadałem sobie iż dążę jeno do podboju, że jest to poprostu próba, której mógłbym tak sam poniechać bez zbytniej przykrości. Nie pojmowałem wprost gwałtownej, niepohamowanej boleści, jaka rozdzierała me serce. Wiele dni upłynęło w ten sposób. Byłem niezdolny zarówno do rozrywki jak do pracy. Błądziłem bezustanku pod oknami Eleonory. Przechadzałam się po mieście, jakgdybym spodziewał się ją spotkać na zakręcie każdej ulicy. Pewnego ranka, w czasie tych przechadzek bez celu, w których starałem się zdławić niepokój fizycznem utrudzeniem, spostrzegłem powóz hrabiego, wracającego z podróży. Poznał mnie, kazał zatrzymać konie. Po kilku zdawkowych frazesach, wspomniałem, kryjąc wzruszenie, o nagłym wyjeździe Eleonory. „Tak, odparł, przyjaciółce jej, o kilka mil stąd, zdarzył się jakiś przykry wypadek; to obudziło w Eleonorze chęć aby jej pospieszyć z pociechą. Wyjechała, nie spytawszy mnie o zdanie. Jestto osoba która zawsze rządzi się uczuciem i której dusza, wciąż czynna, znajduje niemal odpoczynek w poświęceniu. Ale obecność jej jest mi zanadto potrzebna; napiszę: wróci z pewnością za kilka dni“.
Zapewnienie to uspokoiło mnie; uczułem iż boleść moja słabnie. Pierwszy raz, od chwili wyjazdu Eleonory, zdołałem odetchnąć swobodniejszą piersią. Powrót nastąpił mniej rychło niż się spodziewał hrabia. Wróciłam do zwyczajnego trybu, męczarnie które przeszedłem zaczynały się rozpraszać, kiedy, po kilku tygodniach, pan de P*** zaszedł mnie uprzedzić, że Eleonora przybywa tegoż dnia wieczorem. Ponieważ zależało mu bardzo, aby jej zapewnić w życiu towarzyskiem miejsce na jakie zasługiwał jej charakter a z którego spychało ją jej położenie, zaprosił na wieczerzę kilka kobiet, krewnych i przyjaciółek, utrzymujących stosunki z Eleonorą.
Wspomnienia moje ocknęły się, zrazu mętne, potem żywsze, wmięszała się i miłość własna. Czułem się zakłopotany, upokorzony, na myśl, iż mam spotkać kobietę, która obeszła się ze mną jak z dzieckiem. Zdawało mi się, że widzę jak za mojem zjawieniem uśmiecha się iż krótka nieobecność ostudziła zapały młodej głowy; odgadywałem w tym uśmiechu niby lekceważenie. Stopniowo, uczucia moje obudziły się. Tegoż samego dnia, wstając rano, nie myślałem już o Eleonorze; w godzinę po otrzymaniu wiadomości o jej przybyciu, obraz jej błądził przed memi oczyma, królował w sercu: czułem gorączkowy lęk że jej nie zobaczę.
Nie wychodziłem z domu cały dzień; zamknąłem się, można powiedzieć, w ukryciu; drżałem iż najmniejszy krok może udaremnić nasze spotkanie. Nie było wszakże nic prostszego i pewniejszego: ale pragnąłem tego widzenia z takim żarem, iż tem samem zdawało mi się niemożliwe. Niecierpliwość pożerała mnie: co chwila spoglądałem na zegarek. Musiałem otworzyć okno dla zaczerpnięcia oddechu: krew krążąca w żyłach paliła mnie.
Wreszcie, usłyszałem, jak zegar wybił godzinę o której miałem się udać do hrabiego. Niecierpliwość moja zmieniła się nagle w nieśmiałość; ubierałem się wolno, nie było mi już śpieszno: tak bardzo obawiałem się iż oczekiwanie moje spotka się z zawodem, tak żywo odczuwałem mękę jaka mnie może czeka, iż byłbym się chętnie zgodził odwlec chwilę spotkania.
Było dość późno, kiedy wszedłem w dom pana de P***. Ujrzałem Eleonorę w salonie; nie śmiałem podejść, zdawało mi się że wszyscy mają oczy we mnie wlepione. Skryłem się w kącie, w gromadce rozmawiających mężczyzn. Stamtąd przyglądałem się Eleonorze; zdawała mi się lekko zmieniona, była bledsza niż zazwyczaj. Hrabia spostrzegł mnie w tem ukryciu; podszedł i zaprowadził mnie do Eleonory. „Przedstawiam ci, rzekł śmiejąc się, kogoś, kogo twój niespodziany wyjazd najbardziej zaskoczył“. Eleonora rozmawiała właśnie z sąsiadką; skoro mnie ujrzała, słowa zamarły jej na ustach; patrzała na mnie zmięszana; ja byłem zmięszany niemniej od niej.
Zewsząd otaczali nas ludzie: zwróciłem się do Eleonory z paroma obojętnemi pytaniami. Zachowaliśmy oboje pozorny spokój. Oznajmiono wieczerzę: ofiarowałem Eleonorze ramię; nie mogła odmówić. „Jeżeli mi pani nie przyrzeknie, rzekłem prowadząc ją do stołu, przyjąć mnie jutro o jedenastej, wyjeżdżam natychmiast, opuszczam kraj, ojca, rodzinę, zrywam wszystkie więzy, wyrzekam się wszystkich obowiązków; idę, mniejsza o to gdzie, zakończyć najrychlej to życie, które pani podoba się zatruwać. — Adolfie!“ — odparła: wahała się. Uczyniłem ruch, jakgdyby chcąc się oddalić. Nie wiem, co rysy moje wyrażały w tej chwili, ale nigdy nie doświadczyłem równie gwałtownego wzruszenia. Eleonora spojrzała na mnie. Groza połączona z tkliwością malowała się na jej twarzy. „Niech pan przyjdzie jutro, rzekła, ale zaklinam...“ Tuż za nami szło kilka osób, nie mogła dokończyć zdania. Przycisnąłem ramieniem jej rękę; siedliśmy do stołu.
Chciałem siąść koło Eleonory, ale gospodarz domu postanowił inaczej: posadzono mnie prawie naprzeciw niej. Z początku zdawała się zamyślona. Ilekroć ktoś zwrócił się do niej, odpowiadała ze słodyczą, ale niebawem popadała w zadumę. Któraś z przyjaciółek, uderzona jej milczeniem i przygnębieniem, spytała, czy nie jest chora. „Nieszczególnie się miewałam w ostatnich czasach, odparła, i teraz jeszcze czuję się wyczerpana“. Pragnąłem wywrzeć na Eleonorze ujmujące wrażenie; chciałem, okazując się miłym i dowcipnym, usposobić ją korzystnie i przygotować do jutrzejszego widzenia. Próbowałem tedy na tysiąc sposobów przykuć jej uwagę. Sprowadziłem rozmowę na przedmioty o których wiedziałem że ją interesują: sąsiedzi wmięszali się; obecność jej działała na mnie podniecająco; osiągnąłem to, iż zaczęła mnie słuchać. Niebawem, na jej twarzy zaigrał uśmiech; uczułem z tego powodu taką radość, spojrzenia moje wyraziły taką wdzięczność, iż nie mogło jej to nie wzruszyć. Smutek i zaduma Eleonory rozproszyły się; nie opierała się już tajemnemu czarowi, jaki rozlewał w jej duszy widok szczęścia którego była źródłem; kiedyśmy wstawali od stołu, serca nasze były w tak doskonałej harmonji, jak gdybyśmy się nigdy nie rozłączali. „Widzisz, Eleonoro, rzekłem, prowadząc ją znów do salonu, masz w swem ręku całe me istnienie; i cóż pani zrobiłem, abyś je chciała dowolnie zatruwać?“



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Benjamin Constant i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.