Adolf/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Benjamin Constant
Tytuł Adolf
Data wydania 1930
Wydawnictwo Biblioteka Boya
Druk Drukarnia Współczesna
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. Adolphe
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ I

Skończyłem w dwudziestym drugim roku życia studja w Getyndze. Zamiarem mego ojca, ministra przy Elektorze ***, było, abym zwiedził najważniejsze kraje w Europie. Chciał mnie następnie powołać do siebie, zatrudnić w urzędzie pod swoim kierunkiem, i przygotować bym kiedyś objął po nim następstwo. Mimo nader płochego życia, zdołałem, dzięki dość wytrwałej pracy, osiągnąć rezultaty wyróżniające mnie z pośród towarzyszy, i, dzięki temu, obudzić w ojcu nadzieje, prawdopodobnie znacznie przesadzone, co do mej przyszłości.
Nadzieje te uczyniły go bardzo pobłażliwym na wiele błędów jakie popełniłem. Nie dopuścił nigdy, aby ich następstwa dały mi się we znaki. Zawsze spełniał, niekiedy uprzedzał żądania moje w tej mierze.
Nieszczęściem, postępowanie to miało za źródło raczej szlachetność i hojność niż tkliwsze uczucie. Uznawałem głęboko prawa ojca do mej wdzięczności i szacunku: ale nie było między nami nigdy poufalszego zbliżenia. Miał on w usposobieniu pewien rys nieuchwytnej ironji, która mnie mroziła. Byłem wówczas aż nadto skłonny iść za pędem owych naiwnych i szalonych marzeń, które wyrzucają duszę poza sferę pospolitości i budzą w niej wzgardę dla wszystkiego co ją otacza. Znajdowałem w ojcu nie cenzora, ale zimnego i i kostycznego widza, który zrazu uśmiechał się z politowaniem, następnie zaś, zniecierpliwiony, rychło kończył rozmowę. Nie przypominam sobie, abyśmy, w owych ośmnastu pierwszych latach, mówili z sobą bodaj godzinę jednym ciągiem. Listy, które pisywał, były serdeczne, pełne roztropnych i tkliwych rad, ale skoro tylko znaleźliśmy się razem, natychmiast odczuwałem w ojcu jakiś przymus, którego nie umiałem sobie wytłumaczyć i który działał na mnie w przykry sposób. Nie wiedziałem jeszcze co to nieśmiałość, owo czające się w duszy cierpienie, które prześladuje nas do późnego wieku, dławi w sercu najgłębsze wzruszenia, mrozi słowa na ustach, zniekształca wszystko co chcemy powiedzieć, i nie pozwala się wyrazić inaczej niż zapomocą ogólników lub ironji: jakgdybyśmy się chcieli zemścić na własnych uczuciach za ten ból iż nie możemy ich objawić! Nie wiedziałem, iż, nawet wobec syna, ojciec mój był nieśmiały, i że często, po długiem oczekiwaniu wylewów mej czułości, które znów we mnie dławiła jego rzekoma oziębłość, opuszczał mnie z wilgotnemi oczyma i skarżył się przed innymi na mój brak serca.
To skrępowanie w stosunku do ojca miało wielki wpływ na rozwój mego charakteru. Równie nieśmiały jak on, ale, jako młodszy, bardziej podległy wzruszeniom, przyzwyczaiłem się zamykać wszystko w sobie, tworzyć plany jedynie na własną rękę, liczyć wyłącznie na siebie, uważać rady, życzliwość, pomoc, nawet obecność drugich, za skrępowanie i przeszkodę. Nauczyłem się nigdy nie mówić o tem co mnie zajmuje; znosiłem rozmowę jedynie jako przykrą konieczność, a wówczas ożywiałem ją nieustannem dowcipkowaniem, które czyniło mi przymus mniej nużącym i pomagało ukryć prawdziwe myśli. Stąd pewien brak swobody, jaki dziś jeszcze przyjaciele mają mi za złe, oraz trudność rozmawiania poważnie, jaką zaledwie mogę przezwyciężyć. Równocześnie wynikło stąd żarliwe pragnienie niezależności, bunt przeciw więzom jakie wyczuwałem dokoła, niezwalczona obawa nałożenia sobie nowych. Czułem się dobrze tylko sam. Usposobienie to zostało mi do dziś dnia; tak dalece, iż w lada okolicznościach, kiedy mi trzeba wybierać, towarzystwo ludzkie nuży mnie i naturalnym mym pędem jest uciekać przed niem, aby się skupić w spokoju i samotności. Nie był to zresztą egoizm tak głęboki, jak możnaby wnosić z tego opisu: mimo iż wszystko obchodziło mnie jedynie przezemnie, własna osoba obchodziła mnie dość słabo. Posiadałem w sercu zasób czułości, którego sam nie byłem dobrze świadom, ale który, nie znajdując pokarmu, odrywał mnie raz po raz od wszystkiego co mnie mogło zainteresować. Obojętność tę spotęgowała we mnie jeszcze myśl o śmierci. Myśl ta opanowała mnie bardzo młodo; nigdy nie mogłem pojąć, iż ludzie potrafią ją w sobie tak łatwo zagłuszyć. Mając lat siedmnaście, patrzałem na śmierć starszej kobiety, której umysł, równie niepospolity jak oryginalny, zaczął na mnie wywierać silny wpływ. W zaraniu życia kobieta ta rzuciła się, jak tyle innych, ku światu, którego nie znała, z poczuciem wielkiej siły duszy i niecodziennych w istocie zdatności. Nie umiała się nagiąć do sztucznych, lecz koniecznych warunków świata; nadzieje jej — rzecz aż nazbyt częsta — załamały się, młodość minęła bez szczęścia: wreszcie nadeszła starość, nie zdoławszy jej wszakże ugiąć. Posiadłość jej sąsiadowała z naszym majątkiem; tam żyła, zgorzkniała i zamknięta w sobie, mając za całą deskę ratunku swój rozum i analizując wszystko rozumem. Blisko przez rok, w paśmie naszych niewyczerpanych rozmów, oglądaliśmy życie we wszystkich jego postaciach, a śmierć jako kres wszystkiego: i oto, nagadawszy się z nią tyle o śmierci, ujrzałem, jak śmierć ugodziła ją w moich oczach.
Wydarzenie to napełniło mnie poczuciem niepewności losów, i wtrąciło w jakąś zadumę, nie opuszczającą mnie nigdy. Z poezyj, najchętniej czytałem ustępy, przypominające znikomość ludzkiego życia. Uważałem, iż żaden cel nie jest wart wysiłku. Dziwna rzecz, iż uczucie to osłabło, w miarę jak brzemię lat zaczęło mnie przygniatać. Byłożby to dlatego, iż nadzieja jest z natury swojej czemś niepewnem, i że, skoro jej nie stanie naszemu życiu, staje się ono twardszem, lecz bardziej rzeczywistem? Byłożby to stąd, iż życie staje się bardziej realnem w miarę jak złudzenia gasną, tak jak wierzchołek skał lepiej rysuje się na horyzoncie, kiedy chmury się rozproszą?
Opuściwszy Getyngę, udałem się do miasteczka w D***. Miasto to było rezydencją księcia, który, jak większość niemieckich książąt, władał dobrotliwie szczupłem państewkiem, opiekował się światłymi ludźmi którzy się tam osiedlili, zostawiając wszystkim poglądom zupełną swobodę. Mimo to, zasklepiony, mocą dawnego obyczaju, w towarzystwie dworaków, skupiał tem samem koło siebie ludzi przeważnie nieznaczących lub miernych. Przyjęto mnie na dworze z ciekawością, jaką nieodzownie budzi każdy obcy, rozrywający zaklęte koło monotonji i etykiety. Przez kilka miesięcy nie zauważyłem nic, coby mnie uderzyło. Byłem wdzięczny za uprzejmość z jaką mnie podejmowano; ale, naprzemian, to nieśmiałość nie pozwoliła mi z niej korzystać, to znów znużenie tym jałowym zgiełkiem kazało mi przekładać samotność nad mdłe uciechy towarzystwa. Nie żywiłem niechęci do nikogo, ale mało kto mnie interesował; otóż, obojętność uraża ludzi; przypisują ją uprzedzeniu, lub chęci zwrócenia na siebie uwagi; nie chcą wierzyć, aby poprostu można się nudzić w ich towarzystwie. Niekiedy starałem się zdławić nudę; zamykałem się w upartym lakonizmie: milczenie moje brano za wzgardę. Kiedyindziej, znużony własnem odosobnieniem, wpadałam w sztuczną wesołość, a dowcip mój, raz pobudzony, ponosił mnie poza wszelkie granice. Wyciągałem na jaw, w ciągu jednego dnia, śmiesznostki, którym przyglądałem się w milczeniu przez miesiąc. Świadkowie tych moich niespodzianych i mimowolnych wynurzeń nie czuli się niemi bynajmniej zaszczyceni, i słusznie; rodziła je tylko potrzeba wyładowania się a nie zaufanie. W rozmowach z ową kobietą która pierwsza kształtowała mój umysł, nabrałem niezwyciężonego wstrętu do komunałów i dogmatycznych formułek. Skoro ujrzałem radą z siebie miernotę ujeżdżającą na niezłomnych i świętych zasadach moralności, konwenansu lub religji — rzeczy które tak snadnie stawia się w jednej linji — czułem chęć opozycji: nie z przekonania, ale ponieważ niecierpliwiła mnie tak ciężka i nieugięta pewność. Jakiś instynkt ostrzegał mnie zresztą, aby się strzec owych ogólników, niedopuszczających wyjątków i odcieni. Głupcy czynią ze swych moralnych pojęć zbitą i niepodzielną masę, iżby się najmniej stykała z uczynkami i zostawiała im swobodę w szczegółach.
Postępowanie to zyskało mi niebawem opinję wątpliwego charakteru, złośliwości, szyderstwa. Sarkazmy moje wzięto za objaw wrodzonej złości; żarty — za zamach na wszystko co jest najczcigodniejszego. Ci, z których ośmieliłem się szydzić, uważali za najwygodniejsze zespolić swą sprawę z zasadami, które, ich zdaniem, podgryzałem; że zaś, mimowoli, udało mi się nieraz zabawić jednych kosztem drugich, wszyscy zjednoczyli się przeciw mnie. Dobywając na jaw ich śmiesznostki, stałem się niejako winnym zdrady zaufania; możnaby rzec, iż, okazując się mym oczom w istotnej postaci, zobowiązali mnie temsamem do milczenia: ju zaś nie poczuwałem się do tak uciążliwego zobowiązania. Oni znajdowali przyjemność w tem aby być sobą, ja w tem, aby ich obserwować i opisywać; to, co oni nazywali perfidją, wydawało mi się jedynie bardzo niewinnem i nawskroś legalnem odszkodowaniem.
Nie pragnę bynajmniej usprawiedliwiać się tutaj: wyzbyłem się oddawna tego płochego i łatwego zwyczaju, będącego cechą pewnej naiwności. Chcę rzec poprostu (i to raczej dla innych niż dla siebie, wyzwolonego już obecnie od świata), iż trzeba czasu, aby przyzwyczaić się do ludzkiego gatunku, takiego jakim czynią go interes, tchórzostwo, próżność i obłuda. Młodzieńcze zdumienie na widok tak sztucznego i wymęczonego społeczeństwa, świadczy raczej o prostocie serca, niż o złośliwości. Społeczeństwo zresztą nie ma się czego obawiać: ciąży na nas tak bardzo, jego tajemny wpływ jest tak potężny, iż niebawem urabia nas na powszechną modłę. Dziwimy się wówczas jedynie dawnemu zdziwieniu, i czujemy się dobrze w nowej postaci, tak jak, po jakimś czasie, oddychamy swobodnie w przepełnionej sali, gdy wchodząc oddychaliśmy jedynie z wysiłkiem.
Jeżeli niektórzy ludzie zdołają uniknąć tego powszechnego losu, chowają w głębi duszy tajemny wstręt; spostrzegają w większości śmiesznostek zarodki przywar: nie żartują już z nich, ponieważ miejsce szyderstwa zastępuje wzgarda, wzgarda zaś jest niema. Tak więc, w światku który stanowił moje otoczenie, charakter mój budził nieokreślony niepokój. Nie można było mi nic zarzucić; nie można było nawet odmówić mi pewnej szlachetności, zapału; ale powiadano, że jestem człowiek niemoralny, niepewny: dwa przydomki, szczęśliwie wynalezione na to, aby kazać się domyślać jakichś faktów których się nie zna i podsuwać to czego się nie wie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Benjamin Constant i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.