20.000 mil podmorskiej żeglugi/XLV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł 20.000 mil podmorskiej żeglugi
Podtytuł Z 19 ilustracjami i okładką de Neuville'a
Data wydania 1928
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tytuł orygin. Vingt mille lieues sous les mers
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

XLV.

HEKATOMBA.

Sposób zimny zrazu a potem gorączkowy, w jaki kapitan opowiadał historję patrjotycznego statku, niespodziewana scena, której byłem świadkiem, ta nazwa Mściciel, której znaczenia nie mogłem nie pojmować, wszystko to głęboko przeniknęło mój umysł. Nie spuszczałem oczu z kapitana. Wyciągnął ręce ku morzu i rozpromienionym wzrokiem przypatrywał się kadłubowi chwalebnego okrętu. Być może, żem się nigdy dowiedzieć nie miał, kim jest ten kapitan Nemo, skąd pochodzi i do czego dąży — ale widziałem w nim coraz więcej człowieka obok uczonego. On i jego towarzysze zamknęli się w Nautilusie nie jako zwyczajne odludki, ale jako ludzie, pielęgnujący uczucie potwornej, a jednak podniosłej nienawiści, której czas nie mógł osłabić. Czy ta nienawiść czyhała jeszcze na sposobność wywarcia zemsty? Niedaleka przyszłość miała na to pytanie odpowiedzieć.
Nautilus uniósł się zwolna ku powierzchni morza; kształty Mściciela zacierały się coraz bardziej dla oka i wkrótce lekkie kołysanie się było znakiem, żeśmy wypłynęli już zupełnie na powierzchnię morza.
W tej chwili dał się słyszeć głuchy odgłos. Spojrzałem na kapitana — ani się ruszył.
— Kapitanie! — zawołałem.
Nie odpowiedział ani słówka.
Opuściłem go więc i wyszedłem na wierzch statku; Conseil i Kanadyjczyk już tam byli.
— Co to za łoskot! — zapytałem.
Spojrzałem w kierunku spostrzeżonego poprzednio statku. Zbliżył się już do Nautilusa, a widać było, że wzmacniał swoją parę. Sześć mil jeszcze oddzielało go od nas.
— To huk działa — odpowiedział Ned Land.
— Co to jest za okręt?
— Z układu żagli i wysokości masztów — odpowiedział Kanadyjczyk — na pewno wnoszę, że to okręt wojenny. Ah, żeby też uderzył na nas i zatopił, jeśli trzeba będzie, tego przeklętego Nautilusa.
— Co on zrobi Nautilusowi! — odrzekłem — przecież nie będzie go gonił pod powierzchnią fal! Czy ma do niego strzelać na dno morza?
Kanadyjczyk zmarszczył brwi, przymrużył oczy i, zaostrzywszy w ten sposób bystry swój wzrok, wpatrywał się przez pewien czas w okręt.
— Nie mogę rozpoznać, do jakiego kraju ten statek należy; nie wywiesił swej flagi. Ale zaręczam, że to jest statek wojenny, bo widzę długi znak (wimpel) przy głównym maszcie.
Może przez kwadrans przypatrywaliśmy się temu okrętowi, płynącemu prosto na nas. Nie przypuszczałem jednak, żeby z tego okrętu i w takiej odległości dojrzano nasz statek — tem mniej, żeby wiedziano o nim, że jest machiną podwodną.
Wkrótce Kanadyjczyk zapewnił mnie, że to jest wielki dwupokładowy pancernik wojenny, z ostrogą. Gęsty dym wydobywał się z dwu jego kominów; na przodzie nie było flagi, a z powodu odległości nie można było dojrzeć, jakiego koloru jest jego znak, wąski jak wstążeczka.
Pancernik zbliżał się szybko. Jeśli kapitan Nemo przypuści go blisko, to może znajdziemy jaką sposobność do ujścia z naszej niewoli.
— Panie — rzekł Ned Land niech tylko ten okręt zbliży się na milę, a rzucę się w morze i radzę panu to samo zrobić.
Nie odpowiedziałem na tę propozycję Kanadyjczyka i spoglądałem wciąż na okręt, coraz ogromniejszy dla nas w miarę, jak się zbliżał. Niech sobie będzie jaki chce: angielski, francuski, amerykański, rosyjski, turecki — przyjmie nas niezawodnie na pokład, byleśmy się ku niemu zbliżyli.
— Niech sobie pan przypomni — mówił Conseil — że umiemy przecież trochę pływać; niech się zdadzą na mnie, już ja im pomogę zbliżyć się do okrętu, jeśli się zgodzą na to, żeby płynąć za Nedem.
Miałem coś odpowiedzieć, gdy biały obłoczek wytrysnął z przodu okrętu, a w kilka sekund potem coś ciężkiego, spadającego blisko Nautilusa, obryzgało wodą tylny jego koniec. Za chwilę posłyszałem huk.
— Co to? strzelają do nas! — zawołałem.
— To jacyś dzielni ludzie — szepnął Kanadyjczyk.
— Widać, że nas nie biorą za rozbitków, którzy się przyczepili do szczątka statku.
— A to wybornie! — krzyknął Conseil, strzepując z siebie wodę, która wskutek nowej kuli bryznęła aż na niego. — Widać, że poznali narwala i do narwala strzelają.
— Ależ pewnie niezadługo spostrzegą, że to nie narwal, tylko ludzie — rzekłem.
— Kto wie, czy oni już tego nie spostrzegli i czy właśnie nie dlatego strzelają — odparł Kanadyjczyk, spoglądając na mnie.
Na te wyrazy rozjaśniło mi się w głowie. Tak, niezawodnie domyślili się, co to za jeden ten potwór podmorski. Ani wątpić, że przy spotkaniu się Nautilusa z Abrahamem Lincolnem, kiedy to Kanadyjczyk cisnął w niego oszczepem, kapitan Farragut poznał, że to nie narwal nadnaturalny, lecz daleko niebezpieczniejszy od niego statek podwodny. Niezawodnie więc szukano po wszystkich morzach straszliwego tego narzędzia zniszczenia.
Istotnie straszliwe, jeśli, jak można było przypuszczać, kapitan Nemo używał Nautilusa do wywierania zemsty. I w ową noc, kiedy to uwięził nas w kajucie na oceanie Indyjskim, musiał także uderzyć na jakiś statek. Ten człowiek, którego pochowano na cmentarzu koralowym, na dnie morskiem. był niezawodnie ofiarą uderzenia Nautilusa o tamten okręt. Tak, tak, niezawodnie — nie mogło to być nic innego! Wykryła się tedy część tajemniczego istnienia kapitana Nemo. Być może, że nie wiedziano, kto on jest; ale rządy sprzymierzyły się, by go ścigać, nie jako człowieka ekscentrycznego, ale jako nieprzyjaciela, który im nieubłaganą zaprzysiągł nienawiść.
Cała straszliwa przeszłość przedstawiła się memu umysłowi, i zrozumiałem, że na zbliżającym się okręcie znajdują się nie przyciele[1] nasi, ale wrogowie, którzy nie będą mieli dla nas miłosierdzia.
Tymczasem kule padały coraz gęściej dokoła. Niektóre uderzały prawie poziomo o powierzchnię wody i, odbijając się od niej podskokiem, zapadały w morze w odległości znacznej od pierwszego zetknięcia się z morzem. Żadna jednak kula nie trafiła Nautilusa.
Okręt nie dalej już był od nas jak o trzy mile;[2] pomimo gęstych z niego strzałów, kapitan Nemo nie wyszedł na pokład. A przecież, gdyby która z rzucanych na nas ogromnych kul stożkowatych, przebijających najgrubsze pancerze okrętowe, uderzyła w Nautilusa i w punkt nieszczęśliwy dla niego, zraniłaby go śmiertelnie.
— Do tysiąca szatanów! — zawołał wówczas Kanadyjczyk — spróbujmy się ratować! Dawajmy znaki, żeby wiedzieli przecie, że tu są ludzie.
I zaczął chustką machać w powietrzu. Ale ledwie zaczął, gdy go przygniotła ręka żelazna, i Kanadyjczyk, mimo swej ogromnej siły, upadł na pomost.
— Nędzniku! — zawołał kapitan — chcesz, żebym cię nadział na ostrogę Nautilusa wprzód, nim ją w ten okręt zapuszczę?
Strach było słuchać głosu kapitana, straszniej jeszcze patrzeć na niego! Blady był, bo cała krew zbiegła mu do serca, którego bicie chyba musiało ustać na chwilę. Źrenice ściągnęły mu się okropnie; już nie mówił, ale ryczał. Podawszy ciało naprzód, dławił ręką ramię Kanadyjczyka. Puścił go nakoniec i, zwracając się do okrętu wojennego, z którego kule padały wokoło, zawołał potężnym swym głosem:
— Więc ty wiesz, sługo nienawistnej przemocy, kto ja jestem! I ja nie potrzebuję widzieć twej flagi, żeby cię poznać. Czekaj! Pokażę ci moją!
I rozwinął na przodzie swego statku czarną banderę, taką samą, jaką zatknął na biegunie południowym.
W tej chwili jedna z kul uderzyła ukośnie w Nautilusa, nie zrobiwszy mu żadnej szkody, odbiła się od niego i, przelatując blisko kapitana, upadła w morze.
Kapitan Nemo wzruszył ramionami, a zwracając się do mnie — rzekł krótko:
— Zejdź pan i wy zejdźcie.
— Panie — zawołałem — więc pan uderzysz na ten okręt?
— Panie! zatopię go — była odpowiedź kapitana.
— Pan tego nie zechcesz zrobić! — odparłem.
— Zechcę zrobić i zrobię — rzekł kapitan zimno — nie waż się pan sądzić mego postępowania. Fatalność chce, byś pan zobaczył to, czego nie powinienbyś widzieć. Zaczepiono mnie, moja odpowiedź będzie straszna. Zejdź pan.
— Co to jest za okręt?
— Pan nie wiesz! tem lepiej; przynajmniej to jedno tajemnicą będzie dla was. Schodźcie!
Trzeba było być posłusznym. Z piętnastu majtków otaczało kapitana i z nieubłaganą nienawiścią patrzyli na zbliżający się statek. Widać było, że jednakowa chęć zemsty wszystkich przejmowała. Schodziłem z pokładu w chwili, gdy nowa kula otarła się o kadłub Nautilusa, a kapitan zawołał:
— Strzelaj, głupcze! Ciskaj bezpożytecznie swe kule! Nie unikniesz ostrogi Nautilusa! Ale nie w tem miejscu masz zginąć; twój kadłub nie skala schronienia, w którem spoczywają chwalebne szczątki Mściciela.
Poszedłem do kajuty; kapitan i jego pomocnik zostali na pokładzie, ale śruba wprowadzona została w ruch pośpieszny. Nautilus szybko się oddalał i wkrótce już kule z okrętu nie mogły go dosięgnąć. Wciąż jednak nas ścigał. Kapitan Nemo trzymał się w jednakowej od niego odległości.
Około czwartej popołudniu nie mogłem dać sobie rady z niepokoju i niecierpliwości i poszedłem ku głównym schodom. Wyjście na pokład otwarte było, więc wyjrzałem. Kapitan Nemo przechadzał się niespokojnie i patrzył niekiedy na okręt o jakie sześć mil odległy. W pośpiesznym swym biegu Nautilus wiódł za sobą okręt ku wschodowi. Czemuż go nie atakował? Może się wahał.
Chciałem jeszcze raz spróbować, czy mi się nie uda odwieść kapitana od jego zamiarów. Ale nakazał mi milczenie, mówiąc:
— Spełniam moje prawo, wykonywam sprawiedliwość. Jestem prześladowany, a tam jest prześladowca! Za jego to sprawą straciłem wszystko, com kochał i czcił: ojczyznę, żonę, dzieci, ojca i matkę, i braci — wszyscy zginęli! A tam jest wszystko, czego nienawidzę! Więc milcz!
Ostatni raz spojrzałem na okręt wojenny, wzmagający swą parę — i poszedłem do Neda i Conseila.
— Trzeba uciekać — zawołałem.
— Dobrze — odparł Kandyjczyk. — Co to jest za okręt?
— Nie wiem — odpowiedziałem — w każdym razie lepiej zginąć z nim razem, niż zostać wspólnikiem odwetu, którego słuszność nie jest nam wiadoma.
— I ja tak myślę — odparł zimno Ned Land. — Czekajmy, aż noc zapadnie.
Nadeszła wreszcie noc. Na naszym statku głębokie panowało milczenie. Z kompasu widziałem, że Nautilus nie zmienił swego kierunku; śruba jego tłukła o fale z jednakową zawsze szybkością. Płynął po powierzchni morza, kołysząc się lekko to w tę, to w ową stronę.
Postanowiliśmy, ja i moi towarzysze, uciec z Nautilusa wówczas, gdy okręt o tyle się do nas zbliży, że będą mogli znajdujący się na nim ludzie słyszeć nas lub widzieć — bo księżyc, mający jeszcze trzy dni do pełni, świecił wspaniale. Jeśli dostawszy się na pokład owego okrętu, nie zdołamy go uchronić od oczekującego go losu, przynajmniej uczynimy, co nam okoliczności będą nakazywały. Niejednokrotnie mi się zdawało, że Nautilus zabiera się do ataku; ale on tylko pozwalał przybliżyć się nieprzyjacielowi i znów śpiesznie uciekał.
Część już nocy przeszła bez żadnego wypadku. Szukaliśmy sposobności do wykonania naszego postanowienia, ale wobec wzruszenia, jakie nas przejmowało, bardzo mało mówiliśmy z sobą. Ned Land chciał się rzucić w morze, alem go powściągnął. Zdawało mi się, że Nautilus zechce uderzyć na ścigający go okręt na powierzchni — a wówczas ucieczka nasza nietylko możebna będzie, ale i łatwa.
Nad ranem około trzeciej, niespokojny o to, co zajdzie, wyszedłem na pokład.
Kapitan Nemo nie zeszedł z platformy; stał od przodu, przy swej fladze, powiewającej nad głową tego człowieka, wpatrującego się w okręt. Wzrok jego niesłychanie był natężony; wzrok ten zdawał się przyciągać okręt, obezwładniać go i prowadzić za Nautilusem, jakby ten ostatni był holownikiem.
Księżyc był wówczas na południku; Jowisz świecił na wschodzie. Wśród ciszy przyrody niebo i ocean zdawały się współubiegać o to, które z nich spokojniej się zachowa. Księżyc przeglądał się w morzu jak w najpiękniejszem zwierciadle. Patrząc na tę ciszę i na ten spokój głęboki żywiołów, porównywałem je w myśli z namiętnościami, ożywiającemi ludzi, płynących w owej chwili po gładkiej powierzchni morza, i drżenie mnie przenikało.
Okręt znajdował się o dwie mile od Nautilusa. Zbliżył się, płynąc ciągle za światłością fosforyczną, bijącą z naszego statku. Widziałem na okręcie jego latarnię zieloną, czerwoną i trzecią białą, zawieszoną na przodowym maszcie. W chwiejnym odblasku tych świateł widać było umasztowanie okrętu i buchające potężne ogniska pod jego kotłami. Snopy iskier, kawałki węgla rozżarzonego wyskakiwały z kominów okrętu i rozświecały atmosferę nad nim.
Do szóstej rano pozostałem na pokładzie Nautilusa. Kapitan Nemo nie zdawał się mnie widzieć. Okręt był od nas już tylko o półtorej mili: ze światłem dziennem wznowił do nas strzelanie. Widocznie zbliżała się chwila, w której Nautilus uderzy na przeciwnika; a wówczas ja i moi towarzysze opuścimy na zawsze tego człowieka, na którego nie śmiałem wydać wyroku.
Miałem właśnie zejść do wnętrza statku, żeby podzielić się myślami memi z Nedem i Conseilem, gdy porucznik wyszedł na pokład a z nim wielu żeglarzy. Kapitan Nemo, albo ich nie widział, albo nie chciał widzieć. Ludzie ci zaczęli niejako przygotowywać statek do walki; przygotowania te zaś były bardzo proste i nieliczne. Zdjęto balustradę drucianą, otaczającą platformę; klatki, w których się mieściła latarnia i sternik, zostały tak wsunięte w głąb statku, że prawie z niego nie wystawały. Powierzchnia tego długiego cygara żelaznego nie przedstawiała zatem nic, czemby się mógł o coś zaczepić.
Poszedłem do salonu. Nautilus trzymał się ciągle na powierzchni, światło poranne wciskało się w płynne wód warstwy. Niekiedy, przy pewnem kołysaniu się fal, szyby zalewała czerwona jasność wschodzącego słońca.
To wstawał straszny ów dzień 2-go czerwca.
O 5-tej loch[3] wskazywał, że Nautilus płynie wolniej. Widocznie pozwalał okrętowi zbliżyć się do siebie; zresztą i huk strzałów coraz wydatniej słyszeć się dawał. Kule orały otaczającą nasz statek wodę, wciskając się w nią z dziwnem jakiemś świstaniem!
— Moi przyjaciele — rzekłem — nadeszła chwila działania; uściśnijmy sobie ręce i oddajmy się boskiej opiece.
Ned Land był zdecydowany, Conseil spokojny, ja zaś podniecony nerwowo, zdolny zaledwie panować nad sobą.
Przeszliśmy do bibljoteki. W chwili, gdym otwierał drzwi, prowadzące ku głównym schodom, usłyszałem, że wyjście nazewnątrz zamykano nagle. Kanadyjczyk rzucił się ku schodom, alem go zatrzymał. Dobrze znany nam odgłos dał się słyszeć; to woda zapełniała zbiorniki statku. To też po chwili Nautilus zagłębił się na kilka metrów pod powierzchnię morza.
Za późno zatem było już brać się do tego, cośmy zamierzali. Nautilus nie myślał uderzyć na powierzchni, bo tam pancernik okryty był pancerzem nie do przebicia; chciał więc uderzyć na niego pod powierzchnią wody, gdzie skorupa żelazna nie osłaniała już ścian okrętu.
Byliśmy więc znów więźniami, świadkami z musu dramatu, który miał się rozegrać niezadługo. Zresztą nie stało czasu na rozważanie sytuacji. Zebrani w mojej kajucie, spoglądaliśmy w milczeniu jeden na drugiego. Ogarnęło mnie oburzenie, myśl przestała działać. Znajdowałem się w stanie tak przykrym, jak człowiek, oczekujący na chwilę strasznego wybuchu. Czekałem, nasłuchiwałem, żyłem tylko słuchem.
Szybkość Nautilusa wzmogła się widocznie. Nabierał rozpędu. Cały kadłub jego drżał, jak żywy.
Nagle krzyknąłem; poczułem uderzenie, choć stosunkowo lekkie — taka była niezmierna siła, wciskająca w okręt ostrogę Nautilusa. Słyszałem tarcie się i trzeszczenie. Nautilus, uniesiony potęgą rozpędu, przeszył cały okręt wpoprzek, jak igła płótno.
Nie mogłem już dłużej wytrzymać. Zrozpaczony, rozszalały, wybiegłem z mego pokoju i wpadłem do bibljoteki. Był tam kapitan Nemo. Niemy, chmurny, nieubłagany, patrzył przez szybę odsłoniętą od strony okrętu.
Ogromna masa zagłębiała się pod wodę, a Nautilus, aby być świadkiem tego konania okrętu, razem z nim zstępował w głębiny. Widziałem o dziesięć kroków ode mnie otwarty kadłub okrętu, słyszałem, jak woda wpadała w ten otwór z łoskotem grzmotu; patrzyłem na zatapiającą się podwójną linję dział i parapetów. Pomost zapełniony był uwijającemi się czarnemi postaciami.
Woda coraz wyżej wznosiła się, zalewała już pokład. Nieszczęśliwi wdrapywali się na drabiny masztowe, czepiali się żagli, wili się pochłaniani wodą. Było to mrowisko ludzkie, zalewane znienacka napływającem na nie morzem.
Jak sparaliżowany, zesztywniały z bólu, ze zjeżonemi włosami, z zapartym oddechem, oniemiały spoglądałem przez siebie. Nieprzeparta siła przykuwała mnie do szyby.
Ogromny okręt zagłębiał się zwolna, Nautilus z nim razem zapadał, jakby dla podpatrzenia wszystkich jego ruchów. Nagle nastąpił wybuch. Powietrze ścieśnione wysadziło pomost okrętu, jakby się ogień dostał do składu prochu. Wskutek tego wybuchu nastąpiło tak gwałtowne parcie wody, że odsunęło Nautilusa. Od tej chwili nieszczęsny okręt zagłębiał się już szybko. Zatapiały się jego drabiny, potem reje, obwieszone ratującymi się ludźmi, jak gronami, nakoniec wierzchołek wielkiego masztu. Wreszcie ta czarna masa zniknęła w głębinach i cała osada porwana została w otchłanie wirem, tworzącym się wokoło tej czeluści wodnej.
Spojrzałem na kapitana. Straszny ten wykonawca sprawiedliwości patrzył ciągle, jak prawdziwy archanioł nienawiści. Gdy się wszystko skończyło, zawrócił ku drzwiom swego pokoju i wszedł do niego. Patrzyłem za nim.
Na ścianie w głębi, pod portretami jego bohaterów, ujrzałem wizerunek kobiety młodej jeszcze i dwojga małych dzieci. Kapitan Nemo wpatrywał się w nie przez czas pewien, poczem wyciągnął ku nim ręce, ukląkł i wybuchnął łkaniem.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – przyjaciele.
  2. Widocznie jest tu ciągle mowa o milach morskich, których Francuzi i Anglicy liczą po 60 na jeden stopień geograficzny. Mila taka ma 1852 metry, albo łokci polskich 6482 i jest cztery razy mniejsza od mili geograficznej, niemieckiej, która bardzo mało co dłuższa jest od mili polskiej.
  3. Przyrząd, wskazujący szybkość ruchu okrętu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.