Przejdź do zawartości

„Sztandar ze spódnicy” (Lorentowicz, 1934)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Jan Lorentowicz
Tytuł „Sztandar ze spódnicy”
Pochodzenie Kurjer Poranny, 1934, nr 84
Redaktor Jerzy Wiewiórski
Wydawca „Stołeczna Spółka Wydawnicza“ s. z o. o.
Data wyd. 1934
Druk Zakł. „ROTOFOT“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Jan Lorentowicz
„Sztandar ze spódnicy”



I.

 Pierwsze nowele Zapolskiej zyskały osobliwy rezonans, którego skalę odnaleźć można chyba w rezonansie dzisiejszej kampanji o „świadome macierzyństwo“ i „życie ułatwione“. W zdławionej przez zaborców działalności politycznej, ukazanie się zuchwałego, samorodnego talentu urastało łatwo do rozmiarów wielkiego wydarzenia, około którego tworzyła się natychmiast sensacyjna legenda. Tak się stało zwłaszcza po „Małaszce“ Zapolskiej, którą „Przegląd Tygodniowy“ wydrukował w r. 1884 po „Kurjerze Lwowskim“. W dobie literackiego panowania Sienkiewicza, Prusa, Orzeszkowej, jaskrawość Zapolskiej drażniła i gorszyła wszystkich świętoszków i obłudników. Adam Wiślicki w owe czasy był gorącym zwolennikiem naturalizmu, wydawał przy „Przeglądzie Tyg.“ pisma Zoli, więc nowele Zapolskiej przyjmował chętnie, płacąc... po dwie kopiejki od wiersza. Młoda, dwudziestoośmioletnia pisarka stała się przedmiotem szerokich zainteresowań personalnych. Skąd się wzięła? Jakie są szczegóły jej życiorysu?
 — Ustalono je łatwo:
 Urodziła się w pałacu magnackim, w Kiwircach, pod Łuckiem. Ojciec jej, Wincenty Korwin Piotrowski, człowiek wyjątkowo religijny, prowadził za młodu życie ascetyczne. Zbudował sobie w pałacu kaplicę, w której modlił się nieustannie. Matka, zaniepokojona tym stanem rzeczy, uprosiła raz jednego z sąsiadów, aby pojechał z jej synem do Warszawy, gwoli rozerwania go i wydobycia z monomanji religijnej. Wycieczka ta miała skutek nieprzewidziany: pan Wincenty poszedł z towarzyszem do Opery, zobaczył tam słynną ze swej piękności primabalerinę, Józefę Karską, zakochał się w niej z miejsca i wkrótce potem ją poślubił. Obrany marszałkiem szlachty wołyńskiej, p. Wincenty Piotrowski żył na wielkiej stopie. Oprócz Kiwirc, posiadał jeszcze Podhajce, utrzymywał mieszkanie w Warszawie, jakiś czas — we Lwowie, gdzie Gabrjela, pod opieką matki, uzupełniała swe domowe wykształcenie na pensji pani Horoszkiewiczowej. W r. 1878 wyszła za mąż, za syna ziemianina kresowego, Konstantego Śnieżko-Błockiego, porucznika gwardji rosyjskiej. W roku 1880 wystąpiła poraz pierwszy na scenie teatrzyku przy Tow. Dobroczynności, pod egidą M. Gawalewicza. To zdecydowało o jednym z dwóch kierunków jej przyszłej działalności artystycznej. W tym samym czasie zaczęła pisać. „Literaturze — mówi w swej autobiografji — poświęciłam się, próbując sił z nudów, jako „piękność warszawska“ — a potem odrzuciłam nudy i zrozumiałam, że w tem tkwi właściwe moje życie“. Po trzech latach Zapolska opuściła męża śród fatalnie skomplikowanych okoliczności, które stały się obfitym żerem dla zgłodniałej zawsze plotki warszawskiej. Wyjechała na jakiś czas do Wiednia. Ulegając naleganiom rodziców, powróciła do Warszawy. Rodzice niechętni byli jej zamiłowaniom scenicznym, nie wierzyli zapewne w jej talent aktorski. Przyszłość pokazała, że się nie mylili: Zapolska była aktorką drugorzędną, chociaż złudzenia w tej dziedzinie nigdy jej nie opuszczały: podobno kazała sobie włożyć pod głowę do trumny szarfy od wieńców, które otrzymywała na scenie. Rodzice, po jej powrocie z Wiednia, pragnęli ją skłonić do całkowitego poświęcenia się twórczości literackiej, ale o kierunku mniej jaskrawym, niż dotychczas. P. Piotrowski wyjednał swymi stosunkami, że Zapolską przyjęto do klasztoru Wizytek w charakterze pensjonarjuszki. Spodziewali się rodzice, że tą drogą odzyska równowagę i zejdzie z oczu plotkarzom warszawskim, którzy zbyt skwapliwie zajmowali się młodą aktorką i literatką. U Wizytek przebyła Zapolska cztery miesiące, aż pewnego dnia oświadczyła: „Chcą ze mnie zrobić nową Genowefę, ale — nic z tego“. Rzuciła klasztor, wyje chaławyjechała do Krakowa, wstąpiła do wędrownej trupy Woźniakowskiego, z którą jeździła po miastach prowincjonalnych wszystkich trzech zaborów.
 Z pobytu u Wizytek narodziło się później „Przedpiekle“, a tymczasem pisywała dalej nowele. Powstał z nich pierwszy jej zbiór p. t. „Akwarele“, wydany w r. 1885 przez Teodora Paprockiego. Ta pierwsza książka Zapolskiej zyskała rozgłos, jakiego nie oczekiwał nikt, a przedewszystkiem — sama autorka. Krytyka rzuciła się na „Akwarele“ w sposób niezwykle w ówczesnej atmosferze brutalny i gwałtowny. Nie dziwiono się zbytnio, że Publicola (pseudonim Włodzimierza Zagórskiego) zaczął w „Słowie“, w imię obrażonej cnoty, rąbać nowele Zapolskiej wielkiem szabliskiem, bo na szczęście to szablisko było drewniane a może nawet sklejone z „papier maché...“ Ale powodem długotrwałego skandalu literackiego stał się obszerny, zjadliwy artykuł w „Prawdzie“ (Nr. 35 z d. 29.8 188529.8.1885) p. t. „Sztandar ze spódnicy“, podpisany pseudonimem: Wiat. Artykuł ten (jak się potem okazało) napisał Jan Popławski, jeden z późniejszych twórców ideologji narodowodemokratycznej, który w owym czasie przebywał w Wiatce, dokąd go zesłano za działalność socjalistyczną. Popławski zmiażdżył „Akwarele“ z niewiarogodną pasją. „Rozmaite — pisał — Marje, Magdaleny, Elwiry, Maranthosy i t. d., cała ta wyjątkowa nędza literacka, to — wesołe i obdarzone dobrą pamięcią papużki, które powtarzają cudze myśli, cudze zdania, cudze obrazy, przedrzeźniając je w swym ptasim świergocie. W utworach tych nie znajdziesz nic nowego, nic żywego, żadnych spostrzeżeń, żadnych rysów kopjowanych z natury, ale jedynie oklepane ogólniki, przerobione aforyzmy, sto razy powtarzane szablony. Do tej kategorji należą „Akwarele“ p. Śnieżko-Zapolskiej“. Utrzymana w tym tonie analiza poszczególnych utworów zbioru, mogła była zaboleć młodą autorkę, ale nie wychodziła jeszcze z zakresu specyficznie pojmowanej „krytyki“. Popławski jednak nie poprzestał na tem: dotknął Zapolską osobiście. Nazwał ją „osobą romansową z rozkiełznaną wyobraźnią“, twierdził, że „we wszystkich prawie utworach p. Zapolska występuje sama jako bohaterka“, że w nowelach jej „widoczne są reminiscencje przeżytych uczuć i zdarzeń“. Wreszcie odważył się na zarzut bardzo ciężki: zapewnił, że „Małaszka jest nieudatną przeróbką rosyjskiej powieści, drukowanej w jednem z pism wychodzących w Charkowie“, zaś „obrazek Gdybyś ożyła jest przeróbką z francuskiego, przeróbką tak bliską do oryginału, że nudny formalista nazwałby ją plagiatem“. W zakończeniu Popławski wyjaśnia tytuł swego artykułu taką... wyszukaną „pointą:“ „Marta Orzeszkowej jest powieścią słabą, ale autorka podniosła w niej sztandar idei, około którego zgrupowali się jej zwolennicy; p. Zapolska, zamiast chorągwi, wywiesiła czerwoną spódnicę; pod takim znakiem odbywać się mogą tylko zapasy miłosne młodych byczków“.

II.

 Zapolska poznała te oskarżenia we Lwowie, gdzie była wówczas na występach. Ogłosiła w „Kurjerze Codziennym“ (Nr. 249 z d. 9.9 18859.9.1885) list, w którym, stwierdzając rzuconą na nią potwarz, pisze: „Autor artykułu „Sztandar ze spódnicy“ zarzuca mi kradzież literacką, pisząc o jakimś charkowskim dzienniku, w którym pierwotnie miała wychodzić nowela, służąca mi za wzór do „Małaszki“. Rosyjski język jest mi zupełnie obcy, więc z trudnością przyszłoby mi przeczytać kilka słów w tym języku. W każdym razie, pragnąc wyświecić istotny stan rzeczy, wzywam autora artykułu o złożenie w redakcji „Świtu“ pierwodruków dwóch zakwestjonowanych nowel, a to „Małaszki“ w języku rosyjskim i „Gdybyś ożyła“ w języku francuskim. Jeśli to uczyni do dni dziesięciu, sąd z osób kompetentnych, z zaproszonym przeze mnie, czcigodnym J. I. Kraszewskim na czele porówna oba utwory i wyda wyrok, którego ze spokojnem zupełnie sumieniem oczekiwać będę“.
 Popławski na wezwanie odpowiedzieć zaraz nie mógł, bo był jeszcze w Wiatce; Kraszewski zaś osadzony był w więzieniu w Magdeburgu. Do zamierzonego sądu honorowego nie doszło. Wydawca „Akwarel“ poradził Zapolskiej, aby wniosła skargę do sądu. Popławski, w odpowiedzi na list ogłoszony w „Kur. Codziennym“, nadesłał w dwa miesiące później „wyjaśnienie“ wydrukowane w „Prawdzie“ (Nr. 46 14.XI.1885), w którem wycofuje się zlekka z jednego zarzutu i mówi, że nie może „napewno twierdzić, czy „Małaszka“ jest rzeczywiście przeróbką z rosyjskiego, zarzut ten jednak w tej formie uczyniony został publicznie w prasie i autorka nie uważała za stosowne zbić go“. Natomiast wzmacnia swój drugi zarzut, oświadczając: „powiastka „Gdybyś ożyła“ jest co do treści w drobnych szczegółach nawet podobną do utworu Enaulta „Mademoiselle Galathée“, takie zaś przywłaszczenie cudzego pomysłu jest poprostu plagjatem, ja zaś przez grzeczność nazwałem go tylko przeróbką“. Popławski wrócił właśnie w tym czasie z zesłania, więc „Wyjaśnienie“ podpisał już swojem nazwiskiem. Był również na wstępnej rozprawie w sądzie pokoju (d. 7.XI.1885), gdzie wyznał, że jest autorem artykułu „Sztandar ze spódnicy“.
 Proces właściwy odbył się d. 9 kwietnia 1886 r. w drugim wydziale kryminalnym warszawskiego sądu okręgowego, pod przewodnictwem Timanowskiego. Rozprawa była istotną „cause célèbre“. Zapolska na sprawę nie przybyła, co jej niewątpliwie zaszkodziło w oczach sądu; dała pełnomocnictwo swemu adwoka towiadwokatowi, Antoniemu Pileckiemu. Oskarżenie skierowano nietylko przeciw Popławskiemu, ale i przeciw redaktorowi „Prawdy“, Aleksandrowi Świętochowskiemu. Obronę prowadził adwokat Szyff. Salę wypełnili po brzegi: literaci, dziennikarze oraz studenci Uniwersytetu, dla których Świętochowski był bożyszczem. Obowiązki tłomacza przysięgłego pełnił Franciszek Nowodworski, który jednocześnie ogłaszał w „Kurjerze Warszawskim“ przez trzy dni bardzo wyczerpujące sprawozdania z procesu. Popławski, w odpowiedzi na pytania, dlaczego tak późno dał swe „wyjaśnienie“ po liście Zapolskiej w „Kur. Codziennym“, oświadczył, że od r. 1878 zajęty był niemal ustawicznie podróżami, na koszt rządu, do różnych mniej lub więcej odległych miejscowości Cesarstwa („putieszestwował na kazionnyj szczot pa mienieje ili boleje atdalonnym gubernjam impierji“).
 Pilecki miał przed sobą przeciwników bardzo groźnych. Szyff szydził, ironizował i znęcał się nad Zapolską; Świętochowski zaś, który wysunął się na czoło rozprawy, wyniosłością swą i okrucieństwem zaimponował sędziom rosyjskim. Oto kilka ustępów z jego przemówienia: ...„Powieści p. Zapolskiej nie czytałem był wtedy. Zbyt jestem pracą zajęty, iż bym mógł czytać takie rzeczy. Dopiero teraz, gdy z ich powodu stałem się oskarżonym, przeczytałem je. Gdyby p. Popławski nie był stawił się dobrowolnie do sędziego pokoju, naturalnie przyjąłbym na siebie całą odpowiedzialność za artykuł. Lecz jeśli pierwotnie uczyniłbym to dla redakcyjnego honoru, to teraz uczyniłbym to z przekonania; ponieważ przeczytawszy owe „Akwarele“, nietylko nie mogę uznać winy w inkryminowanym artykule, ale przyznaję, że gdybym ja pisał tę krytykę, to napisałbym ją daleko ostrzej. Mowię to nie dla tego, iżbym się tem chciał bronić od kary, boć wiem, że są tu sprawozdawcy dzienników, którzy moje słowa podadzą do publicznej wiadomości. Wyrażam zatem swoje głębokie przekonanie o tych utworach. Jest to jedno nic; jest to fabrykat najmizerniejszy i najniedorzeczniejszy, i jeśli czego żałuję w tej sprawie, to chyba tego tylko, że mnie skazała na mękę i niesmak odczytania 280 stronic „Akwareli“. Są to rzeczy niemożliwe. Jest to walka z logiką i artyzmem na każdym kroku. I dopiero teraz rozumiem intencję skargi. To jest skarga małości, która gwałtem chce zostać wielką... Przed wydrukowaniem artykułu, ja sam go czytałem i nie znalazłem w nim nic obelżywego. Nie znalazł tam nic takiego i cenzor. Nie myślę bynajmniej zasłaniać się cenzurą od własnej odpowiedzialności. Aleć skoro cenzor artykuł puścił, to znaczy, że w nim nic ubliżającego autorce nie dostrzegł... Wielką obrazę widzi p. Zapolska w zarzucie przeróbki literackiej. Widocznie mniema, iż należy do wyjątkowo genjalnych osób. Tylko genjusz bowiem daje bryłę swego samorodnego złota, z którego talenty wyrabiają monetę i rozdają ją po całym świecie, a świat tem żyje. Talenty zaś takie, jak p. Zapolska, nie tworzą nic samodzielnie; ale to jej nie zbliża, bo nie może być czynem krzywdzącym to, co jest uprawnionym obecnie rodzajem literackim... W interesie literatury, który mi tu bardziej niż własny leży na sercu, proszę szanownych sędziów, iżby nam nie tworzyli niebezpiecznego precedensu dla ludzi, którzy, tak jak pani Z., zapragną skarżyć nie nasze istotne winy, lecz nasze surowe o nich sądy“.
 Do takich samych wniosków doszedł obrońca oskarżonych, adw. Szyff, który wyraził nadzieję, że wyrok „przekona p. Zapolską niewątpliwie, iż autorka średniego pokroju, chorująca na wielkość, nie może żądać od sądu uznania jej talentu“.
 Pilecki oskarżenie swe podtrzymywał słabo, bez talentu. Pozwolił obrońcy ominąć zarzut plagjatu ze strony J. Popławskiego.
 Sędziowie wydali orzeczenie następujące: „1) W inkryminowanych przez powódkę ustępach zamieszczonej w „Prawdzie“ recenzyi jej utworów nie przytoczono żadnych określonych faktów, któreby czci i sławie pani Śnieżko-Zapolskiej zaszkodzić mogły; 2) Zarówno owe oddzielne ustępy, jakoteż cały wogóle artykuł p. Popławskiego, pod względem swej formy, charakteru i treści nie zawierają żadnych danych, któreby stwierdzały, iż sprawozdawca rozgłosił jakiśkolwiekbądź fakt hańbiący, odnoszący się do prywatnego lub społecznego życia pani Śnieżko-Zapolskiej; 3) W danym razie cały inkryminowany artykuł — i co do swej istoty, i co do formy zewnętrznej — aczkolwiek napisany ostro i uszczypliwie, nie wykracza jednak poza szranki upowszechnionego sposobu krytyki literackiej; 4) Wytoczone przez panią Śnieżko-Zapolską dochodzenie karne o potwarz, nie tylko jest nieudowodnione, lecz nawet w zasadzie nie posiada tych cech prawnych, które stanowią istotę przestępstwa zagrożonego § 1535 kod. karnego, albowiem przeróbka literacka, o jakiej wspomniał p. Jan Popławski, nie stanowi czynu, przeciwnego zasadom honoru; 5) Wobec braku w czynach p. Jana Popławskiego cech tych przestępstw, które mu skarga prywatna przypisywała, upada też sama przez się kwestja odpowiedzialności redaktora „Prawdy“ p. Aleksandra Świętochowskiego“.
 Młodzież uniwersytecka, zgromadzona na sali, powitała ten wyrok oklaskami, na co przewodniczący oświadczył: „Sala sądowa — to nie teatr!“...

IIIIII.

 Proces ze Świętochowskim i Popławskim przegrała Zapolska w sądzie. Ale w opinji publicznej przegrana niebyła dowiedziona. Niektóre szczegóły obrony (zwłaszcza ze strony Świętochowskiego) budziły niesmak a nawet oburzenie. Szereg publicystów wystąpił z ostrą krytyką postępowania Świętochowskiego i z obroną Zapolskiej. Pierwszy atak rozpoczął dotychczasowy wydawca i przyjaciel Świętochowskiego, Adolf Dygasiński, który w „Wędrowcu“ (Nr. 15 z r. 1885) ogłosił art. p. t. „Literacki atak przed sądem“. Podkreślił on, że adw. SzyfSzyff, na udowodnienie, iż Zapolska przerobiła swój utwór „Gdybyś ożyła“, przedstawił... telegram od księgarza w Paryżu, donoszący, że oryginał „Mademoiselle Galathée“ Enaulta jest wyczerpany w handlu. Artykuł cały utrzymał Dygasiński w formie chłodnej ironji. „Pani Śnieżko-Zapolska — pisał — jest kobietą, a na kobiecie łatwo wywierać kwasy i gorycze własnego humoru. My, kapłani smaku dobrego, stróże czystej etyki, nie mając lepszego pola do popisu, wylewamy przy takiej okazji całe potoki frazesów o dobrych obyczajach. Bo jakże też ta p. Zapolska mogła gorszyć ludzi najcnotliwszych w koronie polskiej?... TrymfTryumf prawdy był tem zupełniejszy, że w sali rozległy się sute oklaski. Bo rozum, cnota i męstwo zawsze zwyciężają na tym padole płaczu. A kto przegrywa? Mierne siły, które genjuszom stwarzają nowe ograniczenia“.
 Znacznie ostrzej wystąpił w Kłosach“„Kłosach“ (22.IV.1886) były współpracownik „Prawdy“, Władysław Wścieklica, w artykule p. t. „Do światła“. I on również podkreślił jaskrawo, że Popławski, jako jedyny dowód plagjatu, przedstawił telegram od wydawcy książki Enaulta i — sam zeznał, iż nie widział na oczy gazety charkowskiej, w której miała być drukowana opowieść podobna do „Małaszki“. Pod adresem Świętochowskiego napisał, między innemi, taki ustęp: „Zabrawszy głos w sądzie, wysilił całą swoją pomysłowość na to, ażeby autorkę ośmieszyć i utwory jej zohydzić. Kiedym słuchał tych jego katowskich dowcipów ze wstydem, smutkiem i oburzeniem, szeptałem mimowoli — niemiecką nazwę takiego humoru“. Namiętną kampanję przeciw Świętochowskiemu wszczął również „Kurjer Warszawski“, zazwyczaj bardzo umiarkowany w swych sądach o ludziach. W trzech długich feljetonach (Nr. 112 b., Nr. 113 a i 121 z r. 1886) p. t. „W imię prawdy i moralności“ zanalizował tam cały proces Ludwik Straszewicz, również były współpracownik „Praw dy“„Prawdy“. Krzywdę Zapolskiej uwydatnił dobitnie. Jednocześnie usiłował zrewidować działalność publicystyczną Świętochowskiego. Przypomniał mu hasła jego z pierwszego „Liberum veto“ i zakończył artykuły swe takiemi słowy: „Ileż haseł i co się z niemi stało! Ileż czynów zaprzeczyło każdemu frazesowi, każdemu słowu! Ze wszystkich „cnót podwójnej buchalterji“ p. Świętochowski jedną rzeczywiście nie splamił się dotąd nigdy — ultramontanizmem. Bohaterzy i bohaterki naturalistycznych romansów, możecie jeszcze wyglądać biało przez porównanie, macie mniej „śmiałości“. Ecce homo veritatis!“ „Użył sobie“ także na Świętochowskim w swym zwykłym płaskim stylu Teodor Jeske-Choiński w tymże „Kur. Warszawskim“ (Nr. 136 a i Nr. 137 b. z r. 1886), który zsumował wszystkie ataki i oświetlił je po swojemu. Wreszcie ze słowami pociechy dla Zapolskiej wystąpiła w „Świcie“ (20.IV.1886) Ostoja, która zapewniła, że „pomimo wyroku sądu, p. Zapolska sprawy swojej za przegraną uważać nie powinna; jest jeszcze opinja publiczna, wcale nie prowadzona na pasku prasy, nietylko w kwestji sprawiedliwości, ale nawet w przyznawaniu autorskiego talentu“.
 Zbiorowy atak zrozumiał Świętochowski w sposób właściwy: skończyła się rozprawa sądowa, ale rozpoczął się istotny proces o krzywdę Zapolskiej wobec opinji publicznej. Wystąpił w „Prawdzie“ z dwoma artykułami: „Veto Meletusów“ (Nr. 16 z r. 1886) i „Szturm Meletusów“ (Nr. 18 z r. 1886). Artykuły te, pełne niebotycznej pychy i — talentu stanowią niejako szczytowy moment publicystyki „Posła Prawdy“. Nigdy nie był wymowniejszy, bardziej napastliwy, bezwzględny i okrutny, jak w tych pamfletowych glossach. Zmaltretował po kolei swych przeciwników, wyszydził ich, ośmieszył i obdarzył bez pardonu nazwami, które wyławiał skwapliwie Jeske-Choiński: błazny, miernoty, szczypawki, laseczniki, zaraźliwe krosty, Konrady skandalu, krzykliwe karły, świeże mucharki, liliputy, elegiści operowi, typy zuchwałych potwarców, cyniczni kłamcy, męty liberalizmu polskiego i t. d.
 Filozoficzny sens całej burzy prasowej usiłował wydobyć Spasowicz w „Kraju“ (27.IV.1886), gdzie między innemi napisał: „Z trzech oskarżycieli Sokratesa wymieniony został Meletos, lichy pisarz — rymotwórca. Ależ pisarków było i jest co niemiara; nie przez to przyłożył się Meletos do sądowego mordu nad Sokratesem, że pisał wiersze, ale, że partja, której służył, trzymała rząd i władzę w swoim ręku, i że oskarżenie miało miejsce w epoce gwałtownej restauracji. Wszystkie gwałtowne restauracje są do siebie podobne, ateńska w r. 399 przed Chrystusem była demokratyczna, a jednak ofiarą jej stał się Sokrates. Żaden z nowych obecnie żyjących literatów nie znajdował się w analogicznem położeniu, ani może marzyć, że się znajdować będzie. Wszyscy są równi z p. Świętochowskim w tem, że mają zupełnie jednaki przywilej bezpieczeństwa. Więc gdyby nie wzgląd, że Meletos był tylko lichym pisarzem, mógłby p. Świętochowski zastosować do siebie to miano, którem chciał napiętnować swoich przeciwników“.
 Przypuszczam, że ten wywód akademicki przeczytał Świętochowski, jako pogromca Meletusów, z pewną melancholją...
 A Popławski? — Podczas procesu nakrył go Świętochowski całkowicie swoim cieniem. Popławski dowodów plagiatu nie przedstawił ani wówczas, ani później. Wielki talent, który okazała w dalszej swej twórczości Zapolska, wiarę w możność takiego plagiatu poderwał ostatecznie. Popławski wyszedł z całej afery, jaką wywołał „Sztandarem ze spódnicy“ — bez szwanku. Miał tylko z powodu Zapolskiej drobną nieprzyjemność osobistą: ubliżył mu w „Dzienniku dla wszystkich“ H. Nagiel. Popławski wyzwał go na pojedynek. I tu nastąpił moment żałośnie grotestkowygroteskowy: ani jedna, ani druga ze stron nie miała pieniędzy na wypożyczenie pistoletów. Pojedynek odbył się dopiero w kilku tygodni po wyzwaniu i — zakończył się „bezkrwawo“...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Lorentowicz.