„Co ludzie powiedzą?..“
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | „Co ludzie powiedzą?..“ |
| Pochodzenie | Przez moje okno |
| Wydawca | „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o. |
| Data wyd. | 1922 |
| Druk | Drukarnia Udziałowa |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Dostrzegam, jak idzie do mnie jeszcze jedna, jeszcze jedna taka bardzo biedna istota.
Za chwilę stanie obok mego biurka i opuściwszy ręce zniechęcona, smutna, powtórzy mi to, co powtarzają ciągle jej duchowe siostry, powtórzy słowa beznadziejnej skargi na los, na swoje fatum, które ją od kołyski prześladuje.
— Proszę pani — powie mi prawie ze łzami w oczach — i co ja mam robić!... Ja chcę pracować. U nas w domu bieda, mnie rodzice nic nie mówią, ale ja czuję, że oni robią nadludzki wysiłek, aby nas wszystkich wyżywić i odziać. Mam już lat przeszło 20. Siedzę bezczynnie. Staram się, biegam, chodzę. Szukam posady. Wszędzie masy prośb, a miejsc niema... Zresztą, nie mam protekcji. Wzięłabym cobądź. Ach Boże! żeby choć dostać jakie dwadzieścia pięć guldenów miesięcznie!...
I powoli ośmielając się, opowiada całą swoją odysseję, to chodzenie z miejsca na miejsce, po dyrekcjach, to drżące, błagalne rozpoczęcie rozmowy z takim dygnitarzem, to poblednięcie nagłe, które się czuje po ściśnięciu serca, gdy znów się słyszy sakramentalne „narazie nie mam nic!“ Niema nic...
I rzeczywiście niema, bo petentek na każde miejsce bywa kilkanaście, czasem kilkadziesiąt, te, które mają wymagalne studja, egzamina, mają naturalnie pierwszy dostęp, a reszta...
Och! ta reszta, która się łudzi, łudzi ciągle, biega, prosi, och! te młode dziewczęta trawiące swoje wiosenne dni życia na ciągłych zawodach, które młode serca przepełniają rozpaczą, smutkiem zgnębionego starca, które druzgocą dusze, łamią energie, żłobią bruzdy na twarzach, z których łzy dławione krasę myją, jak jesienne deszcze spłukują ostatnie listki drżących od zimna astrów.
Bo dziewczęta te się zbudziły. One już nie umieją „śnić“ — o ptaszkach i kwiatkach. Im nie wolno być „Słonkiem“ i dziewczęciem o długich, jedwabnych kosach, które szczebiocąc, czeka na męża, a w antrakcie pisze „dzienniczek“ i kąpie kanarka. Te dziewczęta od dziecka wiedzą, ile kosztują buciki, w których chodziły do szkoły, one musiały często wypłakać książkę albo zeszyt, one zbierały po kątach ogarki świec, aby przy nich wykończyć zadanie, one często walką zdołały wyżebrać „jeszcze jedną klasę“ — one wiedzą, co to jest obuwie, do którego woda się nalewa i żakiecik podszyty wiatrem, one umieją atramentem zaczernić pobielałe palce rękawiczek — one znają całą nędzę, szarego, biednego życia i nie mając nigdy wiosny, nie rozkwitnąwszy nigdy w czarowne kwiaty, wpadają odrazu w zamierzch powszedniego istnienia, smagane nielitościwą ręką przeznaczenia, które pastwi się nad niemi z okrucieństwem potwora.
Nie mogły skończyć studjów, bo rodzice nie byli w stanie doprowadzić ich racjonalnego wykształcenia do jakiegoś pożytecznego celu. Rozświetlono im w głowach na tyle, że zbudzono w nich dusze. Reszty dokonała nędza, ta najsroższa szkoła, która kształci tak, że chyba trumna pozostaje celem i pragnieniem dla jej wychowanków i wychowanek.
— Niech czeka — może się z nią kto ożeni!... — mówi zrozpaczona matka — może się kto znajdzie!...
A dziewczyna nie chce czekać „może się kto znajdzie!“ — ale sama chciałaby coś przynieść do domu, chciałaby, już nie szukając żadnych wyższych celów, nie pragnąc być ani Kowalewską, ani panią Petit — mieć bodaj prawo do łyżki strawy, którą jeść musi codziennie. Bo w niej zbudziła się godność człowieka. Nie chce siedzieć na wystawie upokarzana i smutna, ściśnięta gorsetem, w zbyt ciasnych bucikach, jako panna na wydaniu.
Ona nie chce czekać, bo ten, kto czeka — traci. Musi wziąć to, co cię zjawi z brzegu. — A ona jeszcze zamglonemi oczyma, choć od przyszłości się czegoś spodziewa. Lecz czuje, że powinna przynieść coś do domu, jeżeli ma siedzieć bez oznaczonego terminu. Bo ojciec coraz starszy, matka coraz więcej z sił opada — rodzeństwo podrasta, wydatki się zwiększają. A często takie dziewczę jest sierotą — gdzieś przy rodzinie, przy siostrze zamężnej, przy ciotce...
Dość spojrzeć na nią, jak jej usta drżą, gdy o tem mówi, jak tam pod skórą twarzy przebiega coś, jakby płomień i gaśnie, jak ręce nerwowo mną wytartą mufkę, aby — zrozumieć, jaka to tragedja musi dziać się w duszy tego dziewczęcia, które mieszka „u swoich“ — a przecież jest gorzej, niż u obcych, bo gdy obca ręka pchnie moralnym nożem, to mniej zaboli, niż taka swoja ręka, taka bliska, taka rodzinna ręka.
Codziennie prawie przy mojem biurku zjawiają się takie dziewczęta, a jeśli nie one, to ich listy, pisane często przez łzy, pisane pod wpływem tak wielkiej rozpaczy, że od niej dusza omdlewa i wątpi — i za śmiercią ogląda się, jak za uwolnieniem i wielkiem, bezbrzeżnem szczęściem.
Przez moje okno — patrzę potem, jak odchodzą z głową spuszczoną, wlokąc za sobą zmęczone od chodzenia po piętrach nogi, takie młode — takie często ładne — a takie bezgranicznie smutne, jak smutne i blade są kwiaty, którym bez słońca istnieć kazano.
I jaka rada jest na to wszystko? Jaka rada, ażeby te dziewczęta nie rozpaczały, nie wątpiły, nie chodziły często głodne i źle odziane, nie kryły się po bramach, aby zatrzeć łzy, które odmowa wywoła — łzy, które gorącą strugą pod zrudziałą woalką płyną, a dziewczyna ręką za usta się chwyci, aby zdusić łkanie, „bo ludzie mogą zobaczyć i co pomyślą!“...
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Ludzie!...
Oto jest słowo, wielkie słowo, które sprawia dużo, bardzo dużo złego. Gdyby nie uważanie na owych „ludzi“ — może znalazłaby się tu jakaś niewielka rada na owo złe. Niewielka, mówię i tymczasowa, bo przyczyna złego leży bezwarunkowo w błędnym ustroju społecznym. Nie w mojej sile poprawiać ten ustrój. To przyjdzie samo, to przyjdzie tak, jak przychodzi dzień po nocy i tak, jak zmieniło się już tyle, zda się, nieporuszonych i silnych jak opoka fałszów i błędów, tak zmieni się i ten wadliwy rozkład pracy między mężczyzną i kobietą. Rodzice będą starali się tak samo dziewczynie, jak i chłopcu dać ów „fach“, dać ów „chleb“ w rękę, nie oglądając się na to, że to dziewczyna i że ją tam przecież kiedyś ktoś weźmie. Jeśli przyjdzie ten ktoś, tem lepiej — a jeśli nie zechce aby żona pracowała, to kobieta nic w życiu nie straci, mając na każdy wypadek możność zarobku i będąc zahartowana do walki. Ale to są czasy trochę od nas odległe. Narazie — chodzi tu o lwowskie panienki, które przychodzą do mnie i mówią: „może mi pani co poradzi“. Dobrze, — ja wam poradzę — ale w tej chwili musimy odłożyć na bok to sakramentalne pytanie: „co ludzie na to powiedzą“. Musicie śmiało, otwarcie stanąć do pracy. Musicie nie wstydzić się pracować. Ja nie mówię o tej pracy biurowej, o której każda z was marzy, jak o niedościgłym ideale. Ja mówię o drobnym przemyśle, który może wam zapewnić dochód, a uchronić was od przykrości, które kobieta tak często w biurze znosić musi. Niedawno umyślnie przechodząc, zaczęłam wstępować do sklepów. W jednej cukierni całe okno założone było prostemi pudełkami, obciągniętemi kretonem secessyjnym z powiązanemi kokardami z atłasowych wstążek. Tych pudełek leżało na oknie ze sto. Wiem, że paręset było jeszcze na składzie. Zapytany przezemnie właściciel odpowiedział mi, że te pudełka zmuszony był sprowadzić z Paryża, „bo tu nikt nie zechciałby ich robić“. A zrobienie takiego pudełka jest śmiesznie łatwe. W innym sklepie kazałam pokazać sobie abażury. Pokazano mi mały wybór tłómacząc się, iż abażury muszą lwowscy kupcy sprowadzać z Wiednia, bo tu nikt nie zrobi abażuru we Lwowie. W witrynkach fryzjerów leżą całe masy sprowadzanych z Wiednia i Paryża skórzanych papilotów, składających się z drucika, owiniętego bibułką i okrytego skórką. „Tego nikt tu nie potrafi zrobić“. I tak setki całe wymieniłabym drobiazgów, za które płaci się bardzo drogo, bo kupiec sprowadza je z Paryża albo z Wiednia, opłaca transport, a na miejscu, gdyby kobiety zajęły się wyrobem tych przedmiotów, o ile taniej wyniosłaby ich cena, któż bowiem robi te abażury, te pudełka, te poduszki, te parawaniki, te cache-pots, malowane na glinie patronowym sposobem, te ekrany te malowane ręcznie listowe papiery, te papiloty, te etażerki, poduszeczki do szpilek — kto ubiera lalki, kto robi roboty, kto tysiące drobiazgów, do codziennego użytku służących, wykonuje, jeśli nie kobiety i to kobiety często obarczone dziećmi i piorące bieliznę. Ale tam w Paryżu, w Wiedniu nikt się nie wstydzi pracować. Żona, córka urzędnika, profesora, doktora bez praktyki, adwokata beż klientów, idzie do sklepu, — proponuje swą pracę, targuje, potem sama przynosi, odbiera pieniądze. U nas „ludzie“ — ach! „co ludzie na to powiedzą“! Zdarzył mi się fakt, iż żona jednego z urzędników haftowała mi suknię. Haftowała artystycznie, a wstydziła się tak swojej pracy, jakby popełniała zbrodnię. Kryła się z swem nazwiskiem, po nocy odsyłała robotę. I gdy widziałam, jak ta niewolnica „ludzi“ wstydzi się, lęka, ażeby ktoś przypadkiem nie odkrył, że ona ręcznie pracuje, ogarniało mnie zdumienie i smutek. Dlaczego? Kogo się lęka? Ludzie, którzy mają tak mało rozumu, tak puste mają dusze, iż mogą szydzić z kobiety, że ona śmiało, odważnie z poświęceniem się, jak umie, jak potrafi, na życie zarabia? O tacy ludzie, to bardzo nędzny i mały gatunek ludzki, i to już wykopaliska, to jakieś mamuty, które za chińskim murem głupoty pleśnieją.
I na nich zważać — doprawdy zbytecznie!
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Dałam więc radę, która na pierwszy rzut oka wydaje się może niewykonalną. A jednak trochę dobrej woli, trochę walki ze samą sobą, z przesądem, i łzy oschną, blade twarzyczki nabiorą rumieńców, oczy przestaną zwracać się ku biurom, ku „telefonom“, „pocztom“, „bankom“, „administracjom“ — i innym celom. Wszak po ręcznej pracy zostanie jeszcze dużo czasu dla dopełnienia swego wykształcenia. Dusza młodego dziewczęcia nie straci nic ze swego uroku, gdy ręce będą zajęte pracą. Tylko nie należy się tej pracy wstydzić. Trzeba otwarcie, śmiało do niej przystąpić i chwycić ten drobny przemysł w opuszczone w zniechęceniu dłonie. To, co robią Francuzki i Niemki, niech robią polskie dziewczęta. A niema głupiej pracy. Każdą pracę można uczynić inteligentną, ustroić artyzmem, upiększyć ją własnym duchem. Przytem — to jest praca niezależna, można ją wykonywać do woli, zmieniać rodzaj, jeżeli się sprzykrzy. Zajęcia nie zabraknie, powtarzam raz jeszcze, wystarcza przejść się po sklepach, ażeby się przekonać, jak się wszystko we Lwowie „sprowadza“ z za granicy. I najszczęśliwszą będę, gdy przez moje okno zobaczę jedną, drugą, trzecią z moich „nieznajomych — znajomych“, jak iść będą, raźno, śmiało, wesoło do sklepów, odnosząc swoją pracę — i wiosna zakwitnie w ich sercu, wiosna zakwitnie w ich oczach, bo szlachetna i dobrze zrozumiana duma pokona fałszywą ambicję. Dziewczęta lwowskie pochwycą w swe drobne dłonie drobny przemysł, nie dadzą wysyłać pieniędzy z kraju, a te pieniądze zapewnią im spokój, łyżkę strawy, ciepłą odzież, rozrywkę, możność dalszego kształcenia się i pozwolą im czekać nie na tego „ktosia“, — który może się trafi, ale na tego, kogo one rozumnie sercem i rozumem wybiorą.