Żywot i sprawy Pełki/Część czwarta

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Żywot i sprawy JMPana Medarda z Gołczwi Pełki
Podtytuł z notat familijnych spisane
Część czwarta
Wydawca Księgarnia T. z o. p.
Data wydania 1931
Druk Drukarnia T. z o. p.
Miejsce wyd. Pelplin
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CZĘŚĆ IV.

Płynęły tak lata. Król Jan obrany został, rycerstwo prawie z konia nie zsiadało dla Turka. Szczęściło się orężowi i Rzeczpospolita trochę odetchnąć mogła, bo ją było komu piersią zasłonić.
Nierychło przyszło do koronacji — czekał na nią król, czekała więcej może królowa, przeciw której koronowaniu odzywały się różne głosy, a byli i tacy, co dopuścić nie chcieli — czekały zwłoki dwóch królów, bo się i Janowi Kazimierzowi na wygnaniu zmarło, a ciało jego i Michała leżało bez pogrzebu. Sobieski chciał zarobić na tę koronę, którą miał włożyć na skronie. Nieustannie stało wojsko na granicach, a ten, który już elektem był i panem się zwał, w nędznych chatach nawspół z żołnierzem zimy spędzał lub razem z nim, jak prosty szlachcic, zapominając, że wodzem był, upędzał się za niewiernymi.
I nie było też innego środka utrzymania zmęczonej szlachty na koniach i w ciągłej wojnie, tylko z nią razem zażywając tego samego niewczasu, głodu i chłodu, dając przykład na sobie jak się kraju bronić powinno. Zarobił też Sobieski na tak wielką miłość u rycerstwa, iż z nim i za nim szło, nie licząc nieprzyjaciela, nie pytając czy w dziesięćkroć liczniejszym był, bo wiedziało, iż go znał, a zawsze wiedział jak sobie począć.
A była w tradycji tego rodu walka z pogany, i Jan jeszcze zamłodu do Stambułu i do krajów tureckich z Markiem jeździł, aby się ludzi tych uczył, a nauczył się ich języka i obyczaju, i natury, i charakteru, że wiedział jak zażyć, czem straszyć, jak pokonać.
Wyprawiano nań tych, co największej sławy nabyli i z męstwa słynęli, żaden mu nie sprostał. Z małą rycerstwa garścią szedł, a w rękach mu rosła, bo był wodzem takim, że i serca dodawał, i męstwa użyć umiał. Naostatek już mu się korona dla skroni należała, o którąby może sam nie dbał, ale pięknej Marysieńce, co się już była z królów francuskich wywieść potrafiła, chodziło o nią wielce, i nastawała na wodza, aby się z nim wspólnie na Wawelu w diademie pokazać. A umiała co chciała dokazać. Na dzień 2 lutego, więc w dzień imienia Marji, naznaczono koronację (1676). Gruchnęła o tem wiadomość po kraju całym, a kto tylko mógł, chciało mu się tam być i widzieć, czego mało czyim oczom dano oglądać — dwa pogrzeby królewskie i nowego pana uwieńczenie.
Na wsi pobytem znudzona pani pisarzowa, gdy jej o tem znać dano, zerwała się, oświadczając, iż na koronacji musi być. Ani się matka temu mogła sprzeciwić, bo sama była równie ciekawa.
Jakoś około świąt Bożego Narodzenia, które „Godami“ naówczas zwano — zaczęły się przygotowania. Pisarzowa znajdowała, iż jej tyle rzeczy brakło, iżby się wcale na tak wielkim świecie pokazać jak należało nie mogła. A że do Krakowa już zatem jechać nie było co myśleć, bo tam ludzi zawczasu było pełno, a z Warszawą dla męża, który tam przebywał, rozbrat uczynić musiała Jadwiga, więc do Lwowa po tę nową wyprawę jechać postanowiono.
Cały arkusz papieru był zapisany tem wszystkiem, czego nieodzownie jejmość potrzebowała. Były tam i forboty, i bramowania, i atłasy i aksamity, i wszelkie białogłowskie ochędóstwo, wedle ówczesnej mody. Chciała pisarzowa tak się pokazać i wystąpić, aby oczy obrócić i wielbicieli za sobą ciągnąć, bo bez nich żyć nie mogła. Podczaszyna już się była wyleczyła wiekiem z tej zalotności, którą córce ze krwią oddała, i skłaniała się więcej ku dewocji, stając się pobożniejszą coraz, Jadwiga zaś światu wcale nie chciała tak rychło dać za wygraną, choć trzydzieści i kilka lat miała w metryce. Wyglądała mimo to piękna bardzo i prawie niezmienioną, od czasu jak się z mężem rozstała... Nie miała utrapień żadnych, strzegła się płaczu, który oczy psuje; gniewu, który płeć ciemną czyni; zbytniego wzruszenia, które twarz wykrzywia... i tak szczęśliwie wdzięki zachowując, mogła się pochlubić, iżby jej dwudziestu pięciu lat nie dał, ktoby dawniej nie znał i nie wiedział, jakich już losów doznawała.
Sanną w tym roku Pan Bóg pobłogosławił taką, iż się można było śmiało w dłuższą puścić podróż, nie oglądając na koła.
Drugiego dnia świąt wyjechały obie panie z Przyborowa, przodem komornik jejmości z otrokami i jako stanowniczy, aby gospody były po drodze opatrzone... Przebyły więc tę drogę ani się spostrzegły, ani niewygody doświadczywszy. Pani ekspodczaszyna, która się chętniej tym tytułem zwała, niż nowem swem nazwiskiem, wybierając się do Lwowa, zamówiła sobie dworek u panów Żeleńskich, z któremi miała znajomość — aby nie potrzebować gospody. Stanęły więc wygodnie i zaraz nazajutrz zabierały się do sklepów, gdy starsza jejmość, która teraz była bardzo pobożna, namówiła córkę, ażeby rozpocząć dawnym obyczajem od kościoła, i zawiozła ją do Bernardynów.
Godzina była poranna, osób mało, cisza... i spokój... msza święta właśnie wychodzić miała u bocznego ołtarza św. Antoniego, do którego podczaszyna miała wielkie nabożeństwo. Zakrystjan zapalił świece, a braciszek bernardyński wyszedł, niosąc ampułki i przechodził kościół powoli, gdy stukaniem trepek jego o posadzkę obudzona Jadwiga podniosła oczy...
Zaledwie spojrzała nań, wstrzęsła się cała, napół chwyciła ławki, jakby wstać chciała, i z ust jej wyrwał się wykrzyk stłumiony. Głos ten doszedł snadź uszu idącego z ampułkami braciszka, gdyż i on obejrzał się obłąkanym wzrokiem, zobaczył Jadwigę, zachwiał się i tacka z ampułkami na posadzkę upadła.
W tym laiku bernardyńskim z ogoloną głową, odzianym grubym habitem, pani Jadwiga poznała, nie wierząc oczom swoim, Medarda Pełkę. On także snadź przerażony zrazu jej widokiem, zawstydzony potem wrażeniem, jakie uczyniła na nim, zbierał teraz potłuczone szkła szczątki i, drżąc, odnosił je do zakrystji co najśpieszniej, poczem się już nie ukazał.
Pani ekspodczaszyna miała też czas poznać Pełkę, i dziwne jakieś uczucie nią owładło... zarumieniła się, zacisnęła dłonie, spojrzały na siebie z córką...
Pisarzowa siedziała z brwiami ściągniętemi, nawpół gniewna, wpół zamyślona, nie mogąc ani książki otworzyć, ani się modlić. W miejscu braciszka, zakrystjan wyniósł ampułki do ołtarza, zasygnowano i ksiądz wyszedł ze mszą.
Czyli się obie panie modlić mogły i jak, tego powiedzieć nie umiemy. Czytana msza nie trwała długo... Pomodliwszy się chwilę jeszcze, Jadwiga zdawała się namyślać i walczyć z sobą, i nim ją matka powstrzymać mogła, wstawszy, skierowała się wprost do zakrystji. Ekspodczaszyna, zdziwiona tą determinacją córki, nie miała czasu temu zapobiec.
Jadwiga wsunęła się żywo do zakrystji, w której ksiądz, tylko co ze mszy powracający, klęczał, modląc się, a drugi się właśnie do ołtarza ubierał... Oprócz zakrystjana nikogo tu więcej nie było.
Do niego więc zwróciła się przybyła pani, prosząc o widzenie się z braciszkiem, którego przed chwilą spostrzegła w kościele. Zakrystjan milcząco przyjął prośbę i datek, który ją popierał, i ostatecznie uczynił uwagę — iż trzeba było iść do parlatorjum i prosić o pozwolenie u ks. gwardjana. Śmiała pisarzowa nie dała się tem zrazić i kazała prowadzić poza klauzurą do wskazanego jej miejsca. Zakrystjan, na którego mocno nalegała, obiecując mu nagrodę, pośpieszył, kazał na siebie czekać dosyć długo i wrócił zmieszany z odpowiedzią, iż w tej chwili... niepodobna było znaleźć owego braciszka.
Pisarzowa usiadła na ławce i prosiła o ks. gwardjana.
Po dobrym kwadransie oczekiwania wszedł ksiądz pięknej postawy, słusznego wzrostu, poważny, i zbliżył się do pani pisarzowej, pytając, czegoby sobie życzyła?
— Ojcze gwardjanie, — żywo poczęła pisarzowa — chcę widzieć laika, którego w kościele przechodzącego zobaczyłam... jest to dawny sąsiad nasz, znajomy, człowiek, dla którego mam obowiązki... muszę go widzieć koniecznie.
Przez jakiś czas milczał ks. gwardjan, niby odpowiedzi szukając...
— Przebaczycie mi, — rzekł wkońcu — ale muszę odpowiedzieć jako mnich... i z kapłańską szczerością. Ludzie, którzy w tych murach szukają spokoju i przychodzą poświęcić się służbie Bożej, nie rozrządzają sobą. Uczą się oni posłuszeństwa — nie wolno im nikogo widzieć, z nikim mówić, dopóki zwierzchność nie dozwoli...
— Więc ks. gwardjana o pozwolenie proszę... — poprawiła się pisarzowa.
Ksiądz spojrzał na ożywioną i niecierpliwą kobietę i spytał poważnie:
— A nie zakłócicież mu spokoju? zważcie! Przypominać świat temu, co go chce porzucić — nie jestże to utrudnić mu wyrzeczenie się jego? Odżyją dawne sentymenta... żale, i cierpieć musi. Nie lepiejżeby wam wyrzec się przyjemności małej, a jemu oszczędzić bólu wielkiego?...
— A! nie sądzę, — przerwała Jadwiga — żeby widzenie się ze starą znajomą...
Nie dokończyła, gdy gwardjan, ukłoniwszy się zlekka, odszedł... i po kilku minutach powrócił.
— W tej chwili — rzekł — niepodobieństwem jest, aby przyszedł, bo go wysłano na miasto... niepodobieństwo... bardzo żałuję...
O. gwardjan był mocno zmieszany, pisarzowa gniewna, z oczu jej to było można wyczytać.
— Ks. gwardjanie, — odezwała się — gdyby od poważnej osoby duchownej obrazić co mogło, czułabym się taką odprawą dotknięta mocno.
— A więc otwarcie acani dobrodziejce powiedzieć muszę, — odezwał się gwardjan — iż osoba żądana sama sobie nie życzy tego...
To mówiąc, zlekka ruszył ramionami.
— Raczże mu powiedzieć, mój ojcze, — przerwała pisarzowa — iż ta, która się z nim widzieć życzy... ma obowiązek koniecznie mówić z nim, i od tego nie odstąpi...
Zkolei o. gwardjan był prawie oburzony taką natrętnością, zawahał się, czy ma iść z tem poselstwem, spojrzał na panią pisarzową... która, nienawykła do tego, aby się jej sprzeciwiano, poruszała się na ławce niespokojna.
— Przecież szatanem-kusicielem nie jestem! — zawołała — a to pięknie! żeby też nie chciał wynijść do mnie! to nie może być...
Tych słów domawiała, gdy przez drzwi, któremi gwardjan chciał wyjść, wsunął się nagle wzruszony i jakby panem siebie nie będąc, Pełka...
Okrutnie zmieniony, wychudły, blady, zachował dawną piękność rysów twarzy szlachetnych, lecz pobyt w klasztorze, walka wewnętrzna, którą odbywał — cierpienia ducha uczyniły go innym człowiekiem. Coś pozostało z rycerza pod habitem, ale znikła owa buta szlachecka; szedł, jakby zgnieciony suknią, którą dźwigał.. nawpół obłąkany, z załamanemi rękami... kilka kroków posunął się naprzód i stanął.
Jadwiga wstała i pobiegła ku niemu, jakby się lękała, ażeby jej nie uciekł. Stojący obok gwardjan, który był świadkiem rozmowy, znikł jej z oczu.
— Co się wam stało? — zawołała — co to jest? waćpan oszalałeś chyba! wam, wam do klasztoru iść? cóż to? czyście kogo zabili?
— Nie, pani pisarzowo, — odparł, spuszczając oczy Pełka — nie zabiłem nikogo od tego czasu, jakem drugiego jej męża zgładził ze świata... ale we mnie zabiłaś waćpani wiarę we wszystkie ludzkie sentymenta... i wszelką nadzieję... Nie było co na świecie robić...
Westchnął.
— Chciałem spróbować, czy tu nie znajdę spokoju!
— Aleć waćpan mnie przysiągł, a ja się domagam, abyś był rycerzem moim do zgonu i nie zwalniam go z przysięgi. Dałeś mi waszmość słowo! — poczęła pisarzowa.
Pełka zdziwiony na nią patrzał.
— Ja waćpana potrzebuję, a waszmość jesteś nie swój, ale mój! — dodała, nogą uderzając o posadzkę.
Gwardjanowi wydawało się to tak jakoś niezrozumiałem i nieprzyzwoitem, iż postąpił naprzód parę kroków...
— Za pozwoleniem, — odezwał się — wstępując do nowicjatu, zaręczyłeś nam, że jesteś wolny, żeś nie ślubował...
Pełka był zmieszany mocno.
— Ojcze gwardjanie, — rzekł cicho — pozwólcie mi dokończyć rozmowy z panią pisarzową... wytłumaczę się z tego...
Piękna Jadwiga mówić już nawet nie chciała, taki ją gniew ogarniał.
— Co się waszmości stało? — wołała. — Do klasztoru! wam! a to skończenie świata! Piękny z was mnich będzie... Samże się rozmyśl... to jeszcze szczęście, żem ja przypadkiem go zobaczyła, ażeby wyrwać stąd... Ani klasztor dla was, ani wy dla niego! Zrzućcie mi zaraz ten habit...
Pełka milczał; ile razy chciał się odezwać, coś mu się zdawało krępować usta i spojrzenie na gwardjana onieśmielało. Gwardjan spoglądał chmurno i poruszał się niespokojny...
— To coś niewidzianego, taka scena w klasztorze bracie Serafinie... Jeśli wam zbawienie wasze miłe — idźcie stąd... nie słuchajcie... Mieliście dobre natchnienie nie wychodzić, trzeba go było słuchać...
I zwrócił się ku pisarzowej.
— Co pani czynisz? — zawołał wzruszony — na sumieniu mieć go będziesz! A czyż to się godzi?
— Miałabym go na sumieniu, gdyby tu został! to właśnie! — przerwała pisarzowa. — Dlategom tu przyszła. To nie jest powołanie klasztorne, ale fantazja i bałamuctwo... Coś mu się przyśniło... a gdyby na wojnę zatrąbiono, nie wytrzymałby w murach...
Słuchaj mnie, Pełka, — dodała — ja waćpanu dobrze życzę, waszmość jesteś na świecie potrzebny królowi jmości, dzieciom siostry, w ostatku mnie, która w nikim obrony nie mam... Ja gonię i szukam was... ja jestem prześladowana... ten człowiek...
Pełka podniósł głowę nagle i oczy mu się zaiskrzyły, począł drżeć... Gwardjan, dostrzegłszy to, wziął go za rękę, a pisarzowa położyła swoją na habicie, jakby zamierzała nie puszczać.
— Miły Pełko mój, — dodawała po chwili — ja nie mam nikogo oprócz was, ja nawet rachowałam...
— Ale cóż ja mogę? — zapytał Medard.
— Co? obronić mnie od napaści! Mnie chcą porwać i osadzić w klasztorze... zamknąć... ja umrę... ja z nim żyć nie będę!
Gwardjan był oburzony tak, iż się uniósł.
— A! dosyć tego! — krzyknął — to miejsce poświęcone... to klasztor... tuż ściana kościelna... Cóż to jest? oszalałaś waćpani! Gdybyś nie wiem kim była, musisz mi stąd natychmiast wynijść — dłużej nie ścierpię tego skandalu...
Bracie Serafinie — dodał z gniewem... — do celi, na kolana i pokutę! natychmiast... krzyżem leżeć...
Pełka stał nieporuszony, pisarzowa też ustępować nie myślała.
— Bezbożna niewiasto, — począł gwardjan — ustąp mi natychmiast, wzywam, żądam, rozkazuję, jam tu gospodarz...
Ręką począł zmieszany zwierzchnik posuwać Pełkę ku drzwiom, lecz znalazł w nim opór... On stał jak wryty, nie mogąc czy nie chcąc się ruszyć — walcząc jeszcze z sobą.
Pisarzowej oczy się iskrzyły.
— Waćpan natychmiast wyjdziesz ze mną, — odezwała się do Pełki, nie spoglądając na gwardjana — gwałtem go tu zatrzymać nie mogą przecie... to nie dla was miejsce...
— Miejcie litość nade mną — odezwał się Pełka, ręce łamiąc. — Już mi się dusza uspokajać zaczęła! Poco ciągniecie mnie w świat, w którym nigdy szczęśliwym być nie mogę.
Jeszcze krótką chwilę wahał się Pełka, potem nagle westchnienie mu się ciężkie wyrwało z piersi, schylił się gwardjanowi do ręki, którą on mu cofnął i rzekł zawstydzonym, ledwie dosłyszanym głosem:
— To darmo, ojcze, iść muszę...
Przełożony cofnął się, zakrywając oczy... kilka kroków zrobił ku ścianie i, nie odzywając się słowem, upadł na ławę z wyrazem bólu na twarzy...
Pisarzowa patrzała ciągle na Pełkę; obawiała się snadź, aby się jeszcze nie cofnął. Potem rozmyśliwszy się, zbliżyła i żywo poczęła mu szeptać na ucho... Gradem sypały się słowa, oczy iskrzyły... mówiła i mówiła, i dokończyć nie mogła. Wreszcie nie spojrzawszy już na gwardjana, wymknęła się z parlatorjum, szukając drogi do zakrystji. Tu już zastała matkę, która, nie doczekawszy się jej w kościele, biegła szukać niespokojna... Pisarzowa, obawiając się wymówek i rozmowy, pociągnęła ją za sobą z kościoła do kolebki...
Ledwie szła za nią zagniewana matka i zaledwie też siadłszy do sań, gdy wybuchnęła.
— Szaleństwo cię ogarnęło! — krzyknęła — co to było? poszłaś szukać Pełki! Co ci ten Pełka? obcy... Jeszcze on na naszej drodze... już się kapturem okrył, a ta go jakby naumyślnie z niego dobywa... oszalała!
— Zrobiłam, com była powinna... nie chcę, aby w klasztorze się zakopał — nie chcę... To był jedyny człowiek, na którego pomoc rachować mogłam; z Pacem lada chwila przyjdzie do rozprawy... ja go potrzebuję, a ten mi śmie iść do nowicjatu! na to nie pozwolę...
Widząc ją tak poruszoną matka z gniewu zamilkła... Znała ona nadto Jadwigę, ażeby w takiej chwili próbować miała ją przekonywać. Zwykle dawała się jej wynurzyć, nim zwolna zaczęła nawracać. I tym razem ujęła ją tylko za rękę i szepnęła na ucho:
— Jadwisiu... przyjdź do siebie... co ci jest?
Tak przerywanemi słowy, odzywając się tylko do siebie, dostały się wreszcie do dworku...
Pełka, pozostawszy w parlatorjum, przykląkł przed gwardjanem, pocałował go w rękę i prędko wyszedł do swej celi. Nie było tu nic do zabrania... odzież jaką przyniósł z sobą, chcąc być wolnym od pokusy wdziania jej napowrót, oddać kazał ubogim; musiał więc w starym habicie wynijść z klasztoru i skierował się ku furcie...
Tu go ks. furtjan chciał powstrzymać, snadź z polecenia przełożonego, ale Pełka zlekka rękę jego odepchnął i na ulicę wyszedł. Nie wiedział zrazu dokąd się uda, a z tą suknią, jaką na sobie miał, niełatwo było dać radę; nie przypomniał też sobie nikogo znajomego we Lwowie, dopóki mu na myśl nie przyszedł Kryszkowski, który tu, z córką bogatego Ormianina zaswatawszy się, siedział, czekając wesela... Do tego więc, dopytując przechodzących ludzi wojskowych, śpieszył Pełka, lecz w parę dopiero godzin wyszukać go potrafił. Jakiemś szczęściem znalazł go w domu... Na widok Pełki, o którego losie Kryszkowski wcale nie wiedział, choć Pełka o nim wypadkiem posłyszał — stary wojak, mający być teraz młodym mężem, stanął osłupiały.
— A cóż to jest? — zawołał — Pełka? ty? Pełka? w habicie? Sądny dzień! co ci! oszalałeś!
Medard ścisnął go za rękę.
— Nic, — rzekł — miałem trochę rozumu właśnie, ale mi to odebrano — i przybywam do was habit zrzucić. Taka dola. Darmo się przeznaczeniu opierać...
— Ale jakżeś ty go wdział? — pytał Kryszkowski, wpadając na tęż myśl co pisarzowa — zabiłeś kogo? czy co? pokutę chciałeś odbywać?
— Słuchaj, — przerwał Pełka — jakeś mi druh, nie pytaj, nie gadaj, nie dziwuj się, a pomóż... Odzieży mi dasz, póki swej mieć nie będę...
— A cóż ze łbem ogolonym zrobisz? — rzekł Kryszkowski. — Będziesz musiał rekolekcje odbywać, aż ci włosy odrosną...
Pełka napisał natychmiast do Jadwigi i chłopca z listem wyprawił.
W godzinę może powrócił z kartką pani pisarzowej, na której stało:
„Tegom się spodziewała po waścinym rozumie i sercu. Kilka dni zabawimy tutaj z jejmością panią matką — poczem do Krakowa na koronację jedziemy, gdzie żebyś waszmość był, choćby bez wąsów, mocno nakazuję — a bądź mi wdzięczen, iż od obrazy Pana Boga wyratowałam go, boś na mnicha stworzonym nie był jako żywo.“
A w przypisku dodała:
„I żeby mi się moja kokarda znalazła, bo jak jej mi waszmość nie pokażesz, na oczy go widzieć nie chcę.“
Drugiego dnia sam Kryszkowski w wielkim sekrecie habit gwardjanowi odniósł.






Od owej spalenizny szwedzkiej i oblężenia Kraków dziwnie się dźwignął rychło i wspanialej prawie, niżeli był przed nieszczęsnym pożarem.
Kościoły, klasztory, pałace, dwory wstawały z gruzów, odmłodzone, świeże, piękniejsze... Wszystkim się to wydawało szczególnym Opatrzności darem, iż stawało ubogim zakonom na gmachy prawie nowe, że na świątynie pańskie nie zabrakło obfitych ofiar, a szlachetka, która pałace i dwory miała, powróciła na popieliska z pośpiechem się znowu budować... Nie było prawie śladu zniszczenia, chociaż liczne po niem wspomnienia zostały i powieści.
Stara stolica miała jeszcze przywilej ten, iż tu się zmarli chowali królowie, a obrani koronowali. Kolebką ich była i grobem. Na oba obrzędy odzywał się jeden Zygmuntowski dzwon stary — poważnym jękiem wiekuistej tęsknoty. Na Jana III czekały tu dwie królewskie trumny: Kazimierzowska przywieziona z Francji, Michałowa ze Lwowa... Stary obyczaj łączył żałobny obrzęd z weselnym, aby nowo uwieńczonemu wieczność przypominał, dla której miał pracować...
Zawczasu już zewsząd się zbiegały tłumy dla widzenia wspaniałej koronacji królewskiej, tak długo odwlekanej. Dawno już Rzeczpospolita nie widziała takiej wspaniałości, takich dworów, tak pięknego doboru rycerstwa, tak wesołych twarzy i humorów. Po smętnem panowaniu Michała, z którym kraj cierpiał rozdwojony, szarpiąc się w sieci intryg poplątanej, która mu siły odejmowała — teraźniejsze zwiastowało się zwycięstwy i blaskiem...
Sobieski, niedawno szlachcic dobrego rodu, stał o to, aby do korony przyszedł, jak na elekta przystało. Jeszcze za panowania Kazimierza dwór jego był niemal najświetniejszym z pańskich dworów; okazałości tej wymagała piękna Marysieńka, chociaż oszczędność przy niej zalecała, lubiał ją Sobieski, zmuszał do niej wysoki stopień, jaki zajmował w Rzeczypospolitej. Rosła ona razem ze szczęściem oręża i sławą hetmana, a gdy Jabłonowski postawił go, jako kandydata do tronu, gdy głosy szlachty pozyskał zwycięzca Turków, należało mu otoczyć się jak najświetniejszym dworem, aby nie przypominać poprzednika, który go nie miał wcale, na którego ubogą wyprawę składać się musiała cała Rzeczpospolita...
Było więc na co patrzeć, gdy Sobieskiego orszak wjeżdżał do Krakowa, z ową liczbą nieskończoną sług, koni, kolebek, wozów i azjatyckim przepychem, jakiego wojna z Turkami uczyła.
Jedne za drugiemi następowały wjazdy panów a senatorów i rycerstwa, które przy koronacji pana otaczać miało. Przesadzali się możni w przepychu i liczbie dworów... Znaczniejszych witało miasto, akademja, cechy — bito we dzwony i lud napełniał ciasne ulice, aby się lepiej przypatrzyć przodującym państwu mężom wielkich imion i sławy.
Żaden ze wspaniałych orszaków Lubomirskich, Jabłonowskich, Potockich nie dorównywał wszakże królewskiemu, który zwiększał wybór rycerstwa, a nawet pobrani w wojnach niewolnicy tureccy, Arabowie, murzyni, wielbłądy i tysiące koni najpiękniejszych naówczas w kraju.
Wśród powszechnego wesela wszakże miał król dwa trudne do rozwiązania węzły które zadzierzgnął wypadek i zła wola ludzi.
W przededniu koronacji pomiędzy prymasem a biskupem krakowskim powstał spór nie o precedencję, lecz o atrybucje. Obaj oni mieli za sobą różne prejudykata, żaden ustępować nie chciał, i ledwie się udało przejednać dwóch draźliwych o przywileje dostojeństwa prałatów — podziałem między nich obrzędów... pogrzebowych. Trudniejszem zdawało się zapobieżenie, by nieprzyjaciele królowej, którym koronowanie jej razem z małżonkiem zdawało się niewłaściwem, nie okazali publicznie swej niechęci dla niej. Można się było spodziewać głośnego nawet protestu w kościele, kiedy go Kazimierzowi nie oszczędził ów możny pan, czasu przysięgi uroczystej we Lwowie na poprawę włościan doli. Musiano zawczasu myśleć, aby nie dać się podnieść głosom i zatruć chwili triumfu...
Pełka, któremu despotyczna wola pani pisarzowej naznaczyła Kraków na spotkanie — ledwie miał czas dać znać do Gołczwi Gabrykowi, ażeby z dworem i wozami przybywał. Tu, gdzie już się prawie tak rychłej wieści nie spodziewano, radość była wielka. I Laskowscy oboje, i poczciwy Gabryk, który z rozpaczy już się żenić zamyślał, ucieszyli się wiadomością o Medardzie, a wyprawa poszła tak raźnie i prędko, iż nim włosy odrosły na głowie Pełce, miał już znowu przy sobie wiernego sługę, ulubione konie i wszystko, czego do wystąpienia potrzebował.
Trafiło się, iż do Krakowa przyszło mu wjeżdżać właśnie z królem razem. Sobieski go zdala zobaczył i posłał komornika, aby mu się zaraz stawił.
Pojechał więc Pełka na zamek, pamiętny mu jeszcze z czasów Kazimierza, aby króla powitać. Docisnąć się było trudno, i podwórza a komnaty cale teraz inaczej wyglądały. Dobry czas upłynął, nim się Medard posłuchania doczekał. Gdy go król postrzegł, przyszedł z uśmiechem do niego.
— Na miły Bóg! gdzieżeś mi się waszmość zadziewał, że o nim na świecie słychu nie było? Coś robił?
Zarumieniony Pełka musiał kłamać i powiedział, że chorzał.
— To i na twarzy znać, — dodał król — ale przecież siły wróciły?
A tuś mi, mój Janino, potrzebny — odezwał się, do okna ciągnąc — i położył mu rękę na ramieniu.
Lepszy z waćpana rycerz niżeli dworak, — mówił z uśmiechem — a no, krwią połączeni jesteśmy, dlatego się do niego odezwę w delikatnej sprawie...
Janino mój, nieprzyjaciół mam i zazdrosnych, gardziłbym nimi, gdyby o mnie szło, lecz na królowę jejmość się zasadzili, bo wiedzą, że tem mi dojedliby najmocniej. Grożą mi, że w kościele nagłos koronowaniu zaprzeczą, zaprotestują i nie dopuszczą... Nie ustąpimy przed postrachem ani ja, ani ona — lecz sromu dla domu trzeba uniknąć. Któż mi w kościele utrzyma ład, aby nie dać burdy zrobić?...
Ja na waści rachuję — dodał król.
Namyślał się Pełka, niebardzo siebie będąc pewien, lecz odmówić panu nie było można. Litość brała, patrząc na niepokój jego!
Już się to zaczynało układać, jakby w kościele ustawić dozorców przy tych, coby śmieli oznaki dawać nieukontentowaniu — gdy Pełka, któremu przypadła część w dozorze... dowiedział się o przybyciu pani pisarzowej.
Posłała doń natychmiast, szukając po całem mieście, bo się dowiedziała, że pan pisarz był także w Krakowie.
Jako Pac, należał on do tych, co najwięcej sarkali przeciwko Sobieskiemu, naśladując hetmana litewskiego, który dobosza powiesić kazał za to, że rozkazu króla usłuchał, nie czekając, aby go hetman potwierdził. Zrazu próbował zgody Pac i przypochlebiał się elektowi; gdy to nie szło, wrócił się do swojego obozu i z Pacami okoniem stawał przeciw Sobieskiemu.
Zbiegały się tu dwa dziwne urzędy, jakie przychodziło spełniać Pełce: król mu pana pisarza i jego stronnictwa kazał pilnować, a jejmość też zaklinała, aby go miał na oku, lękając się jakiejś napaści.
Sam temu podołać nie mógł Pełka, bo szpiegować niemal należało pana pisarza, a on się doń zbliżyć nawet nie miał powodu ani zręczności.
Jadwiga trzy razy na dzień dawała znać o jakichś z ulicy chwyconych plotkach, że ją siłą chce mąż porwać i wywieźć gdzieś na wieś, do zamku jakiegoś na Litwie, to, że ją osadzi w klasztorze. Król ze swej strony instrukcje dawał i przytomności wymagał, tak, że się rozerwać było trudno, a odmówić niepodobna.
Przyszedł tedy na myśl Pełce ów usłużny a wielce zręczny Lejbuś, który mu niegdyś w wyprawie na Śląsk towarzyszył. Rzadko się dawniej szlachcic obszedł bez żyda. Słano tedy Gabryka na wzwiady, czyby Lejby owego znaleźć kędy nie można. Drugiego dnia zjawił się — „quantum mutatus ab illo!“ poważny kupiec, okrągły już, wybielały, w żupanie atłasowym, w czapce aksamitnej, z laską wysoką w ręku, w którym zwinnego pomocnika swego ledwie mógł poznać Pełka.
Z przekupnia był to dziś kupiec bogaty i hurtownym handlem zajęty. Z wielką radością trzęsąc czapeczką swą aksamitną i kłaniając się do ziemi, przywitał swojego pana... Zaczęły się wzajemne rozpytywania i opowiadania... Lejbuś miał ośmioro dzieci pełnych nadziei. Jeden z synów kształcił się już na rabina, drugi miał do handlu powołanie, córka starsza była zamężna. Mimowolnie westchnął Pełka, przypominając ubiegłe lata, których żywą metryką był ów Lejbuś.
— Miałem myśl, — rzekł Pełka — prosić was o jedną usługę, ale widzę, że mi się jej pono teraz podjąć nie zechcesz...
— Dlaczego? — spytał żyd, usta wykrzywiając dziwnie — dlaczego? Po starej znajomości usłużę, w czem mogę, a można mi powiedzieć, co trzeba... pewno nie zdradzę...
Westchnąwszy, począł mu się skarżyć Pełka na frasunek, jaki miał z pisarzem. Słuchał Lejba uważnie.
— To jest delikatna sprawa, bo tu trzeba być z tym panem dobrze i jego zdradzić dla jegomości — rzekł żyd...
Trudne to nie jest, bo nasi panowie, co w sercu mają, z tem się wygadają łatwo, nieproszeni, ale — delikatne! delikatne! — mówił, zamyślając się Lejba. — Ja tam przystęp znajdę przez towary... przez drugich ludzi... ale...
Nie chciał się narażać widocznie Lejba, nie przyrzekał pomocy, lecz nie odmówił jej — wziął do namysłu.
Drugiego dnia przyszedł sam. Od niego dowiedział się Pełka, iż w kościele na czas koronacji istotnie zmowa była, żeby, jeśli jej przeszkodzić nie będzie można, zatruć ją przynajmniej jawną oznaką niechęci. Dwa, czy trzy nazwiska wymienił pocichu.
O żonie swej mało pono myślał pisarz, chociaż się na nią często odgrażał. Dowiedzieć się o jego zamiarach względem niej było trudno...
Gdy nadszedł dzień 2 lutego, musiał Pełka zająć takie miejsce w kościele, aby się nieopodal od pana pisarza znajdował, bo on miał jakoby dać znak pierwszy mruczenia i sykania, którem królowej dokuczyć chciano...
Oprócz Pełki, z pięćdziesięciu dworzan i szlachty królowi przyjaznej rozstawionych było po kościele całym, aby zatamować znanych z nieprzyjaznego usposobienia...
Wśród tego obrzędu uroczystego... który się zdawał cały naród łączyć przy tronie... grały skryte namiętności i zemsty pragnienia...
Ukazał się król blady i wzruszony, a obok niego Marja Kazimiera, jak marmur biała, ale z wyrazem energji na twarzy, który jej piękności, dojrzałej już szczególny nadawał charakter. Postawę oboje mieli królewską... choć Jan w tym dniu korzył się przed Królem królów na duchu i czuł jego sługą, królowa zaś zwycięstwem wywalczonem, choćby je jeszcze przypłacić miała publiczną obelgą, dumna była, i dumniejsza od małżonka...
W milczeniu stały tłumy ściśnięte pod sklepieniami wawelskiego tumu.
Pełka w całej zbroi, w lamparciej skórze, w kolczudze, której równą nikt się nie pochwalił, bo na jej misternych kółkach wypisany był cały psalm Dawidowy... stanął obok pana pisarza. Zmierzyli się tedy oczyma, i pan Pac innego chciał miejsca szukać. Ścisk mu nie dozwolił się oddalić, a Pełka też bądź co bądź w miarę, jak się posuwać chciał, krok w krok cisnął się za nim.
Prymas rozpoczął modlitwy i oboje królestwo na purpurowych poklękli poduszkach, gdy Pac, zmieniwszy wreszcie stanowisko — ujrzał znowu Pełkę obok siebie. Lice mu się zarumieniło; próbował cofnąć się nieco, i to mu się udało, ale Pełka był tuż.
Naówczas pan pisarz, nie zważając na miejsce święte, ani na chwilę uroczystą, odezwał się z gniewem do niego:
— Szczególna rzecz — to nieproszone towarzystwo... Przestrzegam waszmości, iż mi ono nie czyni przyjemności.
— Ani mnie, — zawołał Pełka — lecz zmuszony jestem stać tu, a nikt mi nie wzbroni zająć miejsca, jakie mi się podoba...
— Przepraszam, — odezwał się Pac, (podnosząc głos, bo księża śpiewać zaczęli) — ja waszmości życzę... obrać sobie inne...
— Jest to tylko jedną więcej pobudką, abym uczynił to, czego sam chcę, bom słuchać nie zwykł...
— Waszmość mi w kościele chcesz burdę zrobić?
— Nie winienem, bo jej nie zaczynałem, — rzekł Pełka — a no, i tu chybić sobie nie dam.
Pochylił się nieco bliżej ucha pana Paca i dodał:
— Sobie — ani nikomu! Rozumie pan pisarz! nikomu!
Spojrzał groźno Pac, ale spotkał wejrzenie równie ostre i gniewne.
Wtem prymas wziął z ołtarza dwie korony... królowa wstępowała zwolna po stopniach tronu, aby zasiąść po lewej ręce króla; Pac i jego adherenci, którzy się właśnie na tę chwilę gotowali, poczęli sobie dawać znaki, pisarz zapomniał o Pełce i oczy, uwagę, całą swą postawę zwrócił ku ołtarzowi i tronom... cichy najprzód szmer dał się słyszeć w kościele, przebiegł ponad głowami tłumu... i zdawał się rosnąć. Pełka położył rękę na ramieniu Pacowi i szepnął mu do ucha:
— Jeśli waszmość ośmielisz się odezwać i dać znak, by ludzie jego mruknęli przeciw królowej, nie zważając na kościół, usta mu żelazną rękawicą zatulę...
Pac był zmuszony odwrócić się. Niespodziana ta napaść zmieszała go widocznie...
— O umowie dobrze wiem, — dodał Pełka — ale nie radzę jej spełniać... Nikt się tu już odzywać nie ma prawa... Dlatego stoję przy waszmości, abym mu nie dał uczynić krzywdy majestatowi pana naszego...
Szmer i sykanie, które było się rozpoczęło odzywać w różnych stronach kościoła, ustało na chwilę, Pac zdawał się namyślać; rycerska postawa sąsiada wrażała mu obawę... Nie odpowiedział nic, i oczyma osłupiałemi powiódł po kościele, wśród którego rozsypani spiskowi czekali znaku...
Właśnie prymas, w rękach niosąc korony, zbliżał się do króla i królowej, gdy powtórnie szmer i sykanie słyszeć się dało; Pac nie odważył się mruknąć, gdyż Pełka, coraz bliżej stając, cisnął go sobą i patrzał groźnie... W innych stronach kościoła zapobieżono również odezwaniu się niechętnych. Gdzie niegdzie nieśmiałe syczenie ozwało się i umilkło natychmiast stłumione.
Obrzęd koronacyjny się kończył. Zamierzony objaw przeciw Marji Kazimierze spełzł na niczem. Pac stał milczący, namyślając się i czując, że spór z Pełką nie może się skończyć bez spotkania...
Właśnie sklepienia rozlegały się rozpoczętem „Te Deum“, gdy pisarz zwrócił się do obojętnie już i nieco dalej stojącego Pełki...
— Czekam przyjaciół waćpana... — rzekł — aby się umówić o czas i miejsce...
— Nie potrzebujemy ich — odparł Pełka. — Jutro rano w lesie bielańskim na was czekam...
Poczem odwrócił się i nie zważał już na Paca, który do swoich przeszedłszy, stał pomieszany przez ciąg dalszy obrzędu.
Z kościoła wprost Pełka pojechał do pani pisarzowej. Matka, która go niecierpiała, nie mogła teraz sprzeciwić się już córce i wymóc na niej, aby go nie przyjmowała; okazywała mu tylko niechęć swoją w ten sposób, iż nigdy się nie pokazywała, gdy przybywał, a córkę starała się jak najgorzej dlań usposobić.
I teraz cofnęła się do swojego pokoju, a Jadwigę zostawiła samą.
Pełka chmurny i znękany wsunął się na próg i stanął, patrząc na piękną panią, która w stroju, jaki miała w kościele, okryta klejnotami, wyświeżona, z pogodnem czołem — przeglądała się właśnie w zwierciadle, lubując sobą.
Ujrzawszy Pełkę, uśmiechnęła mu się, nie zmieniając postawy i poprawiając trochę poplątanych włosów...
— Jak mnie znajdujesz? — szepnęła, nie witając się — mów, otwarcie...
— Jak zawsze, cudnie piękną, zachwycającą, czarodziejską, — rzekł Pełka, wzdychając — ale od was należy, jak od prawdziwej czarownicy, uciekać... Cóż z piękności waszej ludziom? oczom pociecha — sercom męczarnia! Cóż z tej piękności, kiedy ona wam służy tylko... a dla drugich nieszczęściem jest?
— A czegoż kobieta wymagać może więcej nad to, by była uwielbiana? — rzekła Jadwiga.
— Zawsze być uwielbianą, a samej nie kochać nigdy?
Pisarzowa z uwagą wpatrywała się w koronkę swoich rękawów, ruszyła ramionami ślicznemi, które wiek trochę zaokrąglił, nie odejmując im posągowych kształtów.
— Zaczynasz być nudnym — rzekła zimno.
— Spojrzała też pani w kościele na swego męża, bom właśnie miał nieprzyjemność być przy nim?
Wielkiemi oczyma popatrzyła na mówiącego piękna pani.
— Ani was, ani pisarza nie widziałam...
— Musiałem się w kościele z nim kłócić — odezwał się Pełka.
— O mnie? o mnie? — żywo pochwyciła Jadwiga.
— Niestety! jeszcze nie, chociaż to na jedno wychodzi — rzekł Medard. — Mam dziwne szczęście, będę się musiał znowu potykać z drugim mężem pani!
I rozśmiał się sucho a smutno.
Jadwiga przystąpiła doń żywo, składając ręce jak do modlitwy.
— Czyż to może być? Będziecie się potykali? Waćpan z nim? Mój Boże! i waćpan go zabijesz?...
Na to naiwne pytanie Pełka odpowiedział półuśmiechem.
— Albo on mnie — dokończył.
— A! to jużbym wolała, żebyś mnie od niego uwolnił, boby mi was było szkoda.
Skłonił się Pełka.
— Przypuśćmy, — dodał — żeś pani pisarzowa wolna... cóż dalej?
Jadwiga spuściła główkę, wzrok jej zwolna podnosił się na Pełkę, jakby go chciała zbadać. Zawahała się i nie śmiała pono powiedzieć całej swej myśli.
— Nie mówmy o tem, — szepnęła — to się nie godzi... Jedno tylko wiem, że wasby mi bardzo żal było, gdybyś miał nawet być draśnięty... Mówię prawdę, pan jeden, choć czasem nudny bywasz, kochasz mnie szczerze i wytrwale, i jesteś mi wierny, na was rachować mogę... żalby mi was było i źle bez was.
Nie były to bardzo czułe wyrazy a jednak pierwszy raz w życiu z jej ust usłyszane, uczyniły na Pełce takie wrażenie, że już nic więcej nie pragnął. Przykląkł na jedno kolano przed nią, podała mu rękę do pocałowania... wstał pijany...
Jadwiga zamyślona małemi krokami przechadzała się po pokoju.
— Ale mówże mi, jak do kłótni z panem pisarzem przyszło? w kościele? czyż to podobna?
— Wiedziałem oddawna, że przeciwko koronacji był spisek uknuty. Musiałem go pilnować, zagrozić mu, i zmusiłem go do milczenia.
— Słyszałam mruczenie... ale ono prędko ustało... — przerwała Jadwiga. — Mówże mi, mów, jak to było?[1] on wyzwał was na rękę? wy jego? Będziecie się więc bili?
— Musimy, bośmy oba się starli na słowa... Pisarz mi darować tego nie może, ani ja jemu... Jutro się spotkamy...
— Jutro...
Jadwiga uderzyła się w czoło rączką i wybiegła do drugiego pokoju, ażeby ważną tą nowiną podzielić się z matką.
Wtem, jakby coś sobie przypomniawszy, piękna pani rzuciła.
— Zapomniałam, — rzekła — dziś na zamku będę, waszmość także... Proszę być stróżem moim... Mówią mi, że pisarz miał myśl w ulicy napaść powóz mój i porwać mnie. Ludzie zbrojni, ale ja na nich się spuścić nie mogę. Choć dziś zapewne nic nie przedsięweźmie, zawsze ostrożność potrzebna. To do was należy...
Wydawszy te rozkazy tonem królowej, wyszła do matki; Pełka wrócił do domu. O przyjaciół na dzień jutrzejszy nie było mu trudno, znalazł ich tu bardzo wielu, między innymi Wielikańca, który się był z bogatą wdową ożenił i znowu pańsko występował, Rożańskiego, Kryszkowskiego i kilku Lublinian...
Zjawił się tu i ów nieszczęsny Piotrowski, który taką odegrał rolę na elekcji Michała, lecz znacznie podupadły na fantazji. Smutny był, małomówny i najdłuższe rozmowy kończył wszystkie jednakową aryngą, powtarzając z akcentem szczególnym: „Kiep świat“. Poszło mu to w nałóg tak, że mimo miodopłynnej swady nie prosił go nikt, aby występował z oracjami, bo i oracje nawet zamykał tem swojem: „Kiep świat — Dixi“.
Miał więc tylko trudność wyboru Pełka, i pojechał zamówić Rożańskiego, jako najwierniejszego z druhów, a Wielikańca jako najdoświadczeńszego z rębaczów. Obaj chętnie przystali, a ostatni się uradował niezmiernie, bo bez siekaniny długo obejść się nie umiał.
Rożański uścisnął Pełkę i rzekł cicho:
— Kochanie moje, Pełko miły, wszystko to dla tej nieszczęsnej Ewy, twej kusicielki czynisz. Kiedyż temu koniec będzie? Kiedyż zestarzejesz i rozumu nabierzesz? Plunąłbyś i postarał się sobie o żonę, toby ci to szaleństwo odeszło... To baba bez serca...
Nie słuchając tych uwag, odjechał Medard przygotować się do jutrzejszego spotkania. Zima była ostra, mróz tęgi, śniegu dosyć i pora nieszczególna do takiej sprawy. Dla konia i dla człowieka niewygodnie było w mróz i smagający wicher wyjeżdżać, toczyć po zaspach i bić się na gołoledzi, która wszędzie leżała pod niemi od ostatniego tajania.
Konia trzeba było kuć na ostro, broń opatrzyć dobrze, aby nie spaliła. Cały wieczór zeszedł na gawędzie i przygotowaniach. A że dodnia wyjeżdżać mieli miejsce opatrzyć na Bielanach, Wielikaniec i Rożański, z zamku powróciwszy, nocowali na gospodzie u Pełki. Było jeszcze kilku i nie uszło na sucho, lecz nikt nad miarę nie wypił.
Gdy się na brzask zbierać zaczęło, mróz wziął większy i dzień wróżył się pogodny. Przeżegnawszy się tedy, ruszyli ku Bielanom w milczeniu. Pomimo nocnej biesiady nikt jakoś wesoły nie był, wszyscy ciężkie serca mieli. Medard jechał posępny, bo mu się koń parę razy pomimo ostrego okucia potknął, a naówczas uważano to za złą wróżbę. Wielikaniec ziewał i żegnał się, Rożański, nie dospawszy, na siodle drzemał.
Tak dobili się do lasu, gdzie między dwiema górami w zaciszu miejsce się wybrało dobre i niezbyt śniegiem zasypane, gołoledzi też nie było, tylko miękki grunt, liśćmi pokryty.
Na drodze postawiono czaty, aby przejeżdżającym wskazały, gdzie na nich oczekiwano.
W pół godziny może ukazał się orszak pana pisarza, który dla inparycji szlachcicowi wziął z sobą kniazia Ogińskiego i Kołłupajłę, Radziwiłłów dworaka, człeka wielce poważanego, który szablą, i językiem zarówno dzielnie władał, a pokaźny był, że za senatora go zdala wziął, kto nie znał.
Na placu już, gdy się powitano, nie było rozmowy żadnej ku zgodzie, bo nikt nie sądził, aby się do niej ichmość oba skłonili.
Pisarz, iż w cudzoziemskim stroju chadzał, szabli nie miał, tylko, zamiast szpady, mieczyk prosty nie do rzeczy, na który ramionami ruszając, śmieli się Wielikaniec i Rożański. Zato pistoletami doskonałemi, na oko nawet rzadkiej piękności, przeciwnika przechodził, który miał tureckie sadzone, to prawda, lecz nie tak misternie wyrobione do celnego strzału.
Rozstąpili się tedy najprzód na dobrą stację i na dany znak poczęli jechać przeciwko sobie. Po Pacu, gdy się do pistoletu wziął, zaraz poznać było można, iż choć strój nosił ladajaki i pludry ze wstążkami, ale z bronią się znał bardzo dobrze...
Strzelać było wolno każdemu wedle upodobania. Trzymając się na celu, jechali tak długo, z oka się wzajemnie nie spuszczając... Pełka pierwszy wypalił i pióra z kapelusza pana Paca posypały się, a tuż i ów strzelił...
Oba chcieli zaraz za drugie chwycić pistolety, gdy Pełka pochylił się, wtył chybnął, i z konia padać począł. Dopiero zobaczyli przyjaciele, że ranny był, i zaczęli krzyczeć: — Stój! stój!
Ano Pac mierzył, nie bacząc, i drugi raz do już słaniającego się wypalił, a jeszcze mu bezbronnemu płaszcz przebił kulą.
Byłby może z zajadłości wielkiej znęcał się bardziej jeszcze, bo się do mieczyka rwał, gdy Wielikaniec krzyknął, że mu w łeb wypali, jeśli się ruszy.
Wszczęła się kłótnia straszna, gdyż w pomoc Pacowi przypadli Ogiński i Kołłupajło; z Wielikańcem jednak żartować nie było można, bo i krzyczał za dwóch i czterech się nie zląkł. Jedni dowodzili, że obalonego nieprzyjaciela godziło się choćby dobić, drudzy, rycerskiem prawem, krew sądzili dostateczną na zmycie urazy...
Pełka tymczasem, z konia się zsunąwszy na ziemię, leżał na łokciu sparty. Strzelony był w biodro i kulę miał w sobie, a cierpiał okrutnie. Nie pisnąwszy jednak, wkońcu omdlał i na śniegu się położył. Była wpogotowiu kolebka z Gabrykiem... która na uboczu stała.
Wielikaniec spędził wkońcu Paca, wyżarłszy się z nim i jego kompanami... i pozostali sami. Rożański rozpaczał i ręce łamał, bo krew uchodziła okrutnie, a nie wiedzieli, co czynić było i nic innego nie zostawało, tylko go do Krakowa wieźć, a szukać lekarza przy akademji, któryby umiał kulę wyjąć i taką ranę opatrzyć.
Na płaszczu zaniesiono do kolebki Medarda, który ocucony kazał ranę zawiązać i choć słabym głosem drugim otuchy oddawał.
Krótka ta droga z Bielan do Krakowa jadącym noga za nogą wydała się niezmiernie długą, co chwila też trzeba się było mijać z tłumami, które to z Krakowa, to do Krakowa płynęły. Gabryk pobiegł przodem, aby lekarza znaleźć i co rychlej go przywieźć, choćby jeszcze na pole.
Lecz, że to był właśnie dzień tej uroczystości, gdy król na Skałkę szedł świętemu patronowi siebie i państwo oddawać w opiekę, i całe miasto jeszcze w nieładzie było strasznym, tak że nikogo w miejscu znaleźć niepodobna było, miał Pełka czas dojechać na gospodę, nim się doktór Ławrycki znalazł, który z chodzenia około ran na owe czasy sławny był. Opowiadano o nim dziwy, jakoby z prostego chłopa na naukę poszedłszy i na trupach rozmaite tajemne czyniąc eksperymenty, do takiej doszedł doskonałości, iż na człowieka spojrzawszy, wiedział odrazu, co się w nim działo. Złem okiem patrzano na niego z powodu tego świętokradzkiego znęcania się nad ciałami umarłych, czego on się zapierał — pewna jednak rzecz, iż czasu bitew na pobojowiska się wkradał nawet, żeby nieboszczyków dostać i nad nimi te swe odbywać praktyki.
Był to człowiek niepokaźny, brudny, choć święceń nie miał, noszący się po duchownemu. Ledwie się przywitawszy, do rany poszedł, rozwiązał ją i kuli domacywać się zaczął, mówiąc, że to jest pierwsza rzecz. Siedziała ona z drugiej strony tak pod samą skórą, że ją ręką mógł poczuć. A tu, nie pytając nikogo, ciął, i kula wypadła na ziemię. Dopiero tego dokonawszy, odezwał się, iż kula nic nie naruszyła, bo ją jakaś łaska Boska prowadziła między kości i żyły tak, że nic jej nadwerężyć nie dała.
— Rana, furda, mosanie, — rzekł — obmyć ją, zawiązać, a da Bóg zdrowe ciało, za kilka tygodni zarośnie i zgoi się...
Dano worek dukatów doktorowi, aby przychodził opatrywać... a Pełce spoczynek nakazano...
Dopiero Rożańskiemu kazał iść, aby pisarzowej oznajmił, co się stało... czego on zrazu niebardzo się podejmował, lecz wkońcu spełnić musiał przyjaciela żądanie.
Gdy do dworku się zjawił Rożański, znany już pisarzowej od wyprawy na Branibórz, wybiegła przeciwko niemu bardzo strwożona, ręce łamiąc.
— Gdzie Pełka? co się stało?
Myślał Rożański, iż to z wielkiej czułości pochodziło, gdy zaraz dokończyła.
— W samą porę dał się zabić, gdy ja się nie mam kim posłużyć!
— Nie zabity — odparł Rożański.
— A czemuż go nie widzę tu?
— Bo ranny i ciężko postrzelony...
Zaczęła się tedy rozpytywać, narzekając na niezręczność Pełki i na nieszczęście swoje. Rożański miał do niej żal wielki za Pełkę, chwycił więc tę zręczność, żeby z serca zrzucić, co na niem leżało.
— Jestem zdawna przyjacielem Medarda, — rzekł — więc mam prawo odezwać się otwarcie. Ten człowiek przez was ginie, starzeje, marnieje. Ożenić się nie myśli, nie wiedzieć, na co czekając, ród na nim poczciwy zejdzie... Niech go waćpani od siebie odpędzi, i z głowy mu niedorzeczne amory wybije...
Pisarzowa odwróciła się gniewnie.
— Toś mi waszmość dobry ze swojemi naukami! — rzekła — alboż ja mu to każę kochać, albo go też trzymam przy sobie? a zdaje mi się, że piękniej dla niego słynąć z takiej wiernej miłości, niż na gospodarstwie siąść i na wsi się zakopać z lada szlachcianką!
Rożański osłupiał, skinęła mu głową, musiał iść, i na tem się skończyło.




Wackowi Rożańskiemu z głowy tego ani z serca nikt wybić nie mógł, żeby przyjaciela nie ratował. Siedział u jego łóżka dzień i noc, starając się nawrócić na lepszą drogę i na życie rozumniejsze. Padało to zrazu jak groch na ścianę, lecz zwolna jednak na Pełce wrażenie czyniło, powtarzając się codziennie. Z różnych beczek ów przyjaciel argumenta swe czerpał, to z prawa Boskiego, to z ludzkich obyczajów, naostatek z życia pani pisarzowej, które najlepszych mogło dostarczyć. Bo gdy Pełka jeszcze leżał obwiązany, liżąc się po strzale pisarza, w mieście opowiadali wszyscy, jak Jadwiga książątko francuskie, zakochane w niej, bałamuciła, szukając z tego chluby, iż mu głowę zawracała.
Rozjeżdżali się wszyscy z Krakowa, nagliła ekspodczaszyna córkę, aby i ona do domu powracała, nie chciała jednak, zwlekając zdaje się dlatego, by doczekała ozdrowienia Pełki i pod jego opieką podróż odbyła. Mówiono bowiem, że mąż na drodze zasadzkę miał uczynić, aby ją przemocą odzyskać.
W ostatku pisarzowa, nie mogąc doczekać się, czego chciała, gdy doktora namówiono, aby jej oznajmił, że Pełka i za pół roku ruszyć się nie będzie mógł, postanowiła do domu jechać, wziąwszy za Anioła Stróża niejakiego Charlęskiego, dzielnego człeka, dobrego żołnierza, ale kobieciarza takiego, że go każda na pasku wodziła, która chciała.
Jak tylko się o wyjeździe dowiedział Rożański, nastawał zaraz na przyjaciela, aby z nim do domu jechał, pókiby zupełnie zdrów nie był. Zgodził się Pełka na to, doktor pozwolił, w maście, plastry i wody różne opatrzywszy na na drogę... Ruszyli tedy ostatkami sanny i stanęli na miejscu szczęśliwie.
Rachował na to Wacek, iż przypatrzywszy się domowemu jego pożyciu, które było bardzo zacne i szczęśliwe, wesołym dzieciakom, dobrej żonie, spokojowi i wczasom, jakich zażywali oboje, poweźmie Pełka ochoty także ich skosztować. W sąsiedztwie o dwie mile od Rożańskich mieszkał bardzo zamożny szlachcic, a zwał się Kmicicem.
Szlachta to była stara jak Kmitowie, i od nich nie gorsza, drudzy powiadali, iż jednego z nimi gniazda. Achacy Kmicic mąż był dawniej rycerski, dziś już podeszlejszego wieku, powagi wielkiej, uczony też dosyć, wielki ksiąg miłośnik i zawołany rolnik a gospodarz.
Ożeniwszy się późno z Elżbietą Morską, miał z nią jedną tylko córkę, imieniem także Elżbietę, dla której cały się wylał i poświęcił po stracie ukochanej żony. Wyrosła mu też Elżusia na śliczne cacko a osobliwszy klejnot, który w ludziach podziwienie obudzał. Była bowiem i piękną, i rozumną, i wielkiego serca i miłosierdzia niewiastą. Ona już w domu ojcowskim wszystkiem władała, rządziła, ojcu dopomagając, życie mu słodząc i sama nie pragnąc więcej nic nad to szczęście, jakiego doznawała.
Rożański sam, że zawsze do niewiast miał słabość wielką, przed panną Elżbietą Kmicicówną padał niemal jak przed świętą, za co go ojciec wojski Kmicic serdecznie kochał. Dwa te dwory były z sobą w przyjaźni wielkiej a nierozerwalnej, bo i Julja, żona Wacka, ową Elżusię kochała jak siostrę.
Nieraz z panem wojskim rozmawiając i sławiąc przyjaciela Pełkę z urody, z charakteru, z cnoty rycerskiej, z serca wielkiego, bolał nad jego losem Wacek, a przychodziło mu na myśl, z czem się nie taił, żeby go z Elżusią swatać i żenić.
Stary pan Achacy śmiał się, głową potrząsał i mawiał:
— Trzebaby zobaczyć... Elżusia, jak wam wiadomo, niełatwa do wyboru, ja też jej musu nie uczynię. Gdyby się sobie wzajem podobali, a czemużbym nie miał dla niej takiego kawalera pragnąć?
Pełkę jednak ściągnąć było trudno, a powiedzieć mu o pannie nie śmiał Wacek, boby tem całą sprawę popsuł. Ufał w to, że gdy ją zobaczy, pozna, sam się pokocha i o Jadwidze nieszczęsnej zapomni. Wiózł go więc do siebie nie bez myśli, a stanąwszy w domu szczęśliwie, najprzód go w samym dworze wygodnie umieścił, wyniósłszy się dla niego do oficyny. Żona też, która mężowi zawsze rada była uczynić, czego zapragnął, postarała się, aby choremu na niczem nie zbywało. Ani we własnym domu Pełce lepiej być nie mogło; wszelako wzdychał i tęsknił. A choć go dzieciaki bawiły szczebiotaniem, i szczęśliwe życie Rożańskich obudzało w nim może pragnienie ożenienia, nie myślał o innem, tylko o owej Jadwisi, którą się kochać upierał.
W ostatnie dni postu przybywszy tutaj, doczekali tak Wielkiejnocy i wczesnej wiosny, a tymczasem Pełka chodzić już potrosze zaczynał. Na drugi dzień świąt zaprosił Rożański wojskiego z córką, gdzie i innej szlachty się zjechało.
Medard mógł się już ubrać jak należy, a miał poddostatkiem w czem wystąpić, i takich sukien, które rzadko gdzie widzieć było, bo się w tem kochał i na to nie żałował. Ostatnia choroba trochę mu rumieńca odjęła, lecz go nie zestarzyła. Znać po nim było, iż burzliwe lata przepłynął, lecz i niejednegoby młodszego przesadził. Rysy twarzy męskie, szlachetne, regularne, choć smutkiem były obleczone, miały wzrok dobroci, która ku sobie pociąga.
Na ten dzień, że się gości spodziewano i do kościoła miał po raz pierwszy iść Panu Bogu za ocalenie swe dziękować, Pełka się przybrał paradnie. Miał na sobie żupanik z tkaniny perskiej, w której się wszystkie kolory tęczy i złoto, i srebro, i purpura mieszały na drobną mozaikę przedziwnej piękności. Na wierzch żupana pas wschodni na tle białem, wyrabiany złotem, i kontusz czarny z aksamitu, ze sznurami złotemi.
W takim stroju, gdy wyszedł do kościoła lekką delję podbitą tumakami, z węgierska skrojoną, na ramiona wziąwszy dla chłodu, którego mu się lekarz wystrzegać kazał, zbiegali się ludzie patrzeć nań.
Takim go pierwszy raz w kościółku zobaczyła Elżusia Kmicicówna, która z wojskim wprost przybyła na nabożeństwo. Elżusia też ubrana była bardzo smakownie, bez tych fryzur, jakich naówczas używano, bez francuskiego wciętego gorseta, obyczajem domowych w jubce aksamitnej z sobolem i sukni czarnej atłasowej, bo kolor ten bardzo lubiła. Była blondynka urodziwa, silna, postawy dziwnie pięknej, oczu łagodnych, niebieskich, włosa złocistego, biała jak alabaster, słowem, królewna.
Choćby sto panien było, nie mogła Elżusia oczu na siebie nie zwrócić — i pan Medard zaraz ją też spostrzegł w kościele, a równo pewnie zastanowił go ojciec siwy, rumiany i dziwnie piękny, choć stary człowiek... Ten po staroświecku się nosił, zawsze od śmierci żony czarno.
Gdy po nabożeństwie z kościoła się wysypali goście, idąc pieszo ku dworowi, bo dzień był słoneczny i choć chłodny ale piękny, zaraz, wziąwszy pod rękę Pełkę, poprowadził go Rożański poznajomić z gośćmi swymi, nie poczynając jednak od wojskiego.
Gdy kolej na nich przyszła, a szedł wojski sam, córkę prowadząc, rzekł gospodarz:
— Szanownemu wojskiemu i pannie Elżbiecie przyprowadzam najlepszego przyjaciela mego, o którym częstokroć im wspominałem, tak jak jemu mówiłem o wojskim i pięknej córce jego; mam więc nadzieję, iż tu się łatwo i szczęśliwie zawiąże dobra znajomość. Łasce państwa polecam brata.
Panna Elżbieta, nie mówiąc nic, skłoniła się, a wojski powitał go długim i pięknym komplementem. Złożyło się tak, że szli potem z sobą aż do dworu, a czy to dzień wiosenny, czy powrót do zdrowia, czy wesołość ogólna, tak jakoś na Pełkę wpłynęło, że się jak nigdy rozgadał ochoczo i raźnie. Nie zabrakło mu o czem mówić, bo wiele świata widział i ludzi, a gdy chciał, wymowny był i miły.
Podobał się więc i z postawy, i z mowy, i z obejścia skromnego wielce ojcu i córce. Poznajomili się łatwo, snadź nawet piękność panny Elżbiety wrażenie uczyniła na nim, bo z niej oka nie spuszczał.
Tak szczęśliwy widząc początek, Rożański się już nie wdawał w nic, aby nie popsuł sprawy. Piękna Elżusia wcale nie myślała ani ciągnąć Pełki, ani mu się przypodobywać, dlatego może większy urok dlań miała. Było panien urodziwych, córek szlacheckich dosyć, a jedna, co najgorzej, pięknością Jadwigę i twarzą przypominająca bardzo, przecież Pełka nie okazał nawet, żeby się na tem poznał. Wesół był, rozmowny, a gdy o swych podróżach począł, wszyscy go w milczeniu słuchali, bo się okazało, że czasu służby cesarskiej aż do Niderlandów i Hiszpanji się zabłąkał... Przygody mu się też trafiały dziwne, które pięknie opowiadać umiał...
Zabawiano się dopóźna, bo Rożański i jego żona sami też do skoków byli ochoczy. Sprowadzono więc skrzypki i młodzież poszła w tany. Pełka, jako nigdy nie był zapalonym tancerzem, tak teraz dla przepisu lekarza i resztek dolegliwości od Pacowskiej kuli poskoczyć nie mógł, przeszedł tylko parę razy polskiego i ze starszymi gwarzył.
Wojski który jeszcze dawniejsze czasy pamiętał, a znał ludzi mnóstwo, rozgawędził się także; kieliszek wytrawnego wina, wyedukowanego w Polsce, nie mógł zaszkodzić choćby umierającemu, zabawiano się więc przystojnie i wesoło.
Nadedniem dopiero rozjeżdżać się goście zaczęli, a Pełka razem z gospodarzem do kolasy wojskiego i córkę odprowadził, żegnając jakby dawnych a dobrych znajomych, przyczem wojski, co się z nim był już poprzyjaźnił, odezwał się:
— A odwiedźcie też nas, bo to o miedzę... abyśmy dzisiejszych rozmów dokończyć mogli...
Skłonił się Pełka... a konie ruszyły...
Gdy nazajutrz, spocząwszy nieco, do nowych gości wyjść było potrzeba, bo we święta ich tu nie brakło, — gospodarz rad był, Pełkę zobaczywszy, wybadać, jak mu się też wczorajsi ludzie podobali. Lecz że podejrzenia na siebie ściągnąć był nierad, jakby mu pannę forytował — boby to sprawę popsuło — nie zaraz się mógł czegoś dowiedzieć, Pełka wogóle chwalił sobie dzień wczorajszy i wszystkich wogóle, wojskiego wielce wynosił, o córce ani wspomniał...
Zagadnęła go potem gospodyni, jak mu się też podobała — na chwilę się zaciął, a potem rzekł:
— Zda się tak dobra, jak jest piękna, co w niewieście wielka rzecz, bo rzadko wdzięk chodzi z dobrocią.
Z tego wniósł Rożański, że mu snadź niegodziwa pisarzowa już się przecie naprzykrzyła, i wróżył dobrze... ale milczał...
Trzeciego dnia pojechali całym dworem do Kmiciców. — Nie był to dom pański, przecie w nim starego i możnego rodu posiadłość poznał każdy. Wojny go jakoś prawdziwym cudem oszczędzały, ostał się więc modrzewiowy dom na podmurowaniu, osobliwszej struktury, z podsieniami dokoła i gankami kilku, z dachem wysokim, na którym gałki mosiężne i chorągiewki blaszane osobliwie wyglądały.
We wnętrzu też było na co patrzeć, bo wojski był człek ciekawy i po świecie wiele rzeczy zebrał, znosząc do domu. Więc pięknych starych zbroi, a sprzętu, a szaf, a szkatuł, a puzder sadzonych, a zegarów kosztownych, co dni i miesiące i nowie pokazywały, a ksiąg też niemało się znajdowało.
Zjechało się kilka osób z sąsiedztwa z powinszowaniami, przybył bernardyn, wesoły bardzo człek, o. Opuncjusz z Krakowa... osobliwego imienia, ale i charakteru niemniej szczególnego, bo filozof był, jakich mało.
Gdy więc po jajku siedli w osób dwadzieścia z domowymi do stołu, to się wszystkim twarze śmiały, aż miło. Jakimś trafem Pełkę honorując, że był obcy, a pierwszy raz był w tym domu, posadzono go przy pannie Elżusi. Musiał ją tedy zabawiać na co się skarżyć nie mógł.
Parę razy przypadkiem się ich oczy cale spokojnie spotkały i wzajem się nie unikały... Poznajomili się tedy z sobą czasu długiego obiadu lepiej, niż pierwszym razem, bo jeść tego, co podawano, sposobu nie było i służba misy stawiała, a brała prawie nietknięte, tyle ich tam nagotowano. Rozpytywała panna o kraje obce, o wojny tureckie, o dwór cesarski i wojska... a widać było, że jej wiele rzeczy, zwykle kobietom niewiadomych, obcemi nie były...
Po obiedzie, że czas był dziwnie ciepły, młodzież się podniosła sztuki dokazywać z łukami, z szablami a z końmi i Pełkaby był też nie dał się wyprzedzić, ale słowo z niego wziął Rożański, że lekarza słuchając, spokojnie się zachowa.
Wziął go wojski z sobą, różne rzeczy osobliwe wskazując, których dom był pełen, i ze starszymi na gawędę, gdzie o. Opuncjusz też trafnemi gadkami ich zabawiał...
Chciał już potem pan Medard koniecznie do Gołczwi powracać, lecz oboje Rożańscy puścić go nie mogli, i tak modlili a zaklinali, iż do Zielonych Świąt go wstrzymali.
Znowu tedy wojski z córką przybył w odwiedziny, a że stosunki obu dworów były ciągłe, widywano się więc co dni parę, spotykano w kościele, a coraz bliższa zawierała znajomość...
Panna była baczna na siebie, nie okazywała Pełce swej dla niego przyjaźni, lecz i nie stroniła od niego, a przed ojcem przyznać się miała, iż pan Medard się jej dosyć podobał.
Ten też, choć żadnego zamiaru nie zdawał się mieć, towarzystwo wojskiego i dom jego, i pannę polubił widocznie, i najweselszy był, gdy się z nimi znajdował.
Rożański już prawie na triumf dzwonił, czekając tylko chwili, gdy sprawę zagai, ale razem dobrze jej dojrzeć dając, aby zawczasu porwawszy się, nie spłoszyć. Gdy mu się tedy zdawało, że Pełka w pannie zakochany, bo i wzdychał, i smutniał, i humory mienił, i trzpiotał się dla niej, jednego wieczora, sam na sam z nim będąc, ozwie się:
— Medardzie kochany, co myślisz o Elżusi? Jakaby to z niej dla ciebie była żona!
— Zapewne! — westchnął Pełka, gdyby — gdyby gdyby i gdyby?...
— Jakież to troiste „gdyby“ stoi ci na przeszkodzie?
— Gdybym ja śmiał, gdyby ona chciała i gdyby pan Bóg pozwolił... A no, z tego trojga nie może być nic.
— Dlaczego?
— Bo ja dla niej za stary i sterany, i djabeł mi w sercu inną żagwią piecze... jeszczem nie zapomniał o tamtej — bo ona nie może chcieć po drugich kości ogryzać — a Pan Bóg nie dopuści, aby czysty kwiatek w zbrukane dostał się ręce.
Począł się śmiać Rożański.
— Piękna to cnota, pokora, — rzekł — ale nie trzeba jej mieć nadto, bo śmieszna. Aniś ty taki stary, ani ona taka wybredna, a Pan Bóg pobłogosławiłby, gdybyś zamiast o cudzej żonie myśleć, własną dostał. Jużby też czas — dodał — rozum mieć, nie powiem, znasz mnie, szalałem za kobietami, alem się i ja wyszumiał. Patrzeć na nie lubię, a pokusy już we mnie nie rodzą.
— A wiesz, dlaczegoś wyszumiał? — zapytał Pełka — boś szalał za „kobietami“, nie za „kobietą“. Gdyby cię jedna w różowe schwyciła pazurki, byłoby po tobie.
— Nie, rzekł Rożański — zwłaszcza, gdyby owe pazurki niejednego już wprzódy ściskały... Powtarzam ci tedy, i dla rodu, i dla spokoju, i dla błogosławieństwa Bożego ustatkuj się, ożeń, a podziękujesz mi.
— A no, to nie może być! — zawołał Pełka. — Gdybym ja panny chciał, ona mnie nie zechce.
— Któż ci to powiedział?
— Rozum.
— A ja, choć się nim nie chwalę, — mówił przyjaciel — daję ci słowo, że cię z nią ożenię. Tylko mi musisz przyrzec uroczyście, iż się tamtego starego grzechu wyprzesz i odżegnasz od pokusy....
Pełka nie odpowiedział nic, tylko wzdychał.
— Jakże ty możesz, bracie, wymagać po mnie, abym do reszty duszę zgubił, przysięgając na to, czego dotrzymać nie mogę? Albo ja wiem, czyją sprawą i siłą ta kobieta władzę ma taką nade mną, że mnie od ołtarza mogła oderwać, że na skinienie jej lecę, oczy zamknąwszy... że nigdy pewien być nie mogę, co uczynię... bo sobą nie władnę...
Zrozumiejże ty to, kiedy możesz, i wytłumacz mi, dlaczego ja to czynię, gdy mi nigdy nic nie przyrzekła i żadnej nie dawała nadziei...
— Najlepiej siebie opisałeś sam, — przerwał Rożański — toć prosto „demencja“ jest i szał... Dopóki byłeś młodszy, krewkość to tłumaczyć mogła — ależ dziś? Jedna zresztą rada na to: ożenić się i dać słowo, że o niej myśleć, mówić ani się jej widzieć nie będzie. I jeszcze powtórzę: ożenić się, najlepszym egzorcyzmem będzie błogosławieństwo kapłańskie i serce dobrej żony, a już na świecie całym lepszej od Elżusi nie znajdziesz.
— Człecze, a maszże ty sumienie chcieć ją wydawać za mnie? — a godziż się to? — albobym ja uczciwym był, gdybym ją na ofiarę święcił? Toć sumienie wymaga, abym, sięgając po jej rękę, wyznał jej, com zacz za grzesznik — zechceż ona takiego człowieka poślubić! Puste rzeczy!
— Ej! co do spowiedzi przed panną — odezwał się Rożański — bez tejby się obeszło. Alboż ty myślisz, że o twej historji ludzie nie wiedzą, że o niej wróble na dachach nie śpiewają? Panna ją pewnie zna, jeśli nie z dodatkami jeszcze... przecież od ciebie nie stroni, ani ci wstrętu nie okazuje...
Tego dnia nie mówili więcej. Pełka spowiedź odbył; dopiero tedy po niej zeszli się znów z Rożańskim, który, go wyściskawszy, powiada:
— A cóż? mam w dziewosłęby jechać?
— Nie godzi się: — szepnął cicho i smutnie Pełka — mówiłem z sumieniem... nie jest czyste. Wiesz, Rożański, com w sobie znalazł?... Oto, gdy mi na myśl przyjdzie tylko, iż ślubując drugiej, tamtej się wyrzec muszę, mróz mnie przechodzi. Okazuje się, że ja wciąż na śmierć pana pisarza, sam o tem nie wiedząc, rachowałem i rachuję.
— A myśliszże, iżby ona za ciebie poszła? — spytał Rożański. — Pamiętaj, że to Pociejówna, a za Pacem była, że to się państwa nawąchało całe życie, że ona jeszcze może sobie senatora złapać...
— Na ten raz — cicho rzekł Pełka — inaczejby było pono. Mam tę determinację, gdyby owdowiała, napaść, porwać, gwałtu się dopuścić, a ślub z nią wziąć.
— I nieszczęście też z nią poślubić! a toć ją znasz! — mówił Rożański.
Nie przeczę, biedębym miał... a no... a no... aby ta godzina szczęścia, na którą się cały żywot czekało.
Znowu tedy marnie poszła rozmowa i rozeszli się z niczem, ale Rożański uparty tegoż dnia ją na nowo rozpoczął.
— Pełko, duszo moja — jedźmy do Elżusi...
Jak go tedy jął molestować, a męczyć, a przekonywać, a namawiać, a gniewem Boskim straszyć, skończyło się na tem, iż Pełka zgodził się krok uczynić do wojskiego, szczerze mu wyznając wszystko.
Przez żonę wiedział Rożański, iż panna wcale nie była przeciwko Pełce i wolała go nad innych. Wojski się nie krył, iż go sobie życzył. Medard też przyznawał się do tego, iż panna mu wielce się podobała, że chwilami przy niej o wszystkiem zapominał.
Stanęło tedy na tem, aby się jeszcze zbliżyć starał, a Rożański brał resztę na siebie.
Triumfował też Wacek, jakby Tatara w niewolę wziął, a przechwalał się, iż u Pana Boga nawet zasługę sobie zyszcze za to, że takiego człowieka ze szpon szatańskich wyrwał i na porządnego ziemianina wykierował.
Nie uległo bowiem już wątpliwości, iż się wszystko złoży jak najszczęśliwiej i pan Pełka do Gołczwi z małżonką wyjedzie, a o nieszczęsnej owej Syrenie zapomni.
Zdało się bowiem już nawet, że się jej całkiem z pamięci pozbył, bo ani o niej kiedy wspominał, ani wzdychał, ani się dowiadywał, co się z nią stało. A Rożański, choć może co wiedział, milczał, i tak się rzeczy wiodły do szczęśliwego końca.
Rożański go jak mógł przyśpieszał, aby przyjaciela związać, żeby się już mu wyrwać nie mógł. Przygotowany był stary wojski, przeczuwała Elżusia swaty i przed Zielonemi Świątkami wybrali się uroczyście prosić o rękę panny.






Dzień był naznaczony, ale znając Pełkę, nie chciał o nim zawczasu dawać znać Rożański. Najlepsze konie do wozu przygotowano, bo jeszcze Pełce dłuższej podróży konno wzbraniano. Rożański się wygolił i wystroił, a wyglądał jak krew z mlekiem, wąsa pokręcając, gdyby za młodszych czasów. Pełka się też poszedł odziewać...

Wydobył Gabryk, co tylko było najlepszego do wyboru: pasy, spinki, guzy, kołpaki, kity... Aż, gdy się w kufrach i tłumokach grzebać zaczęto, wypadła na ziemię spłowiała owa wstążka, którą mu niegdyś trzpiot Jadwisia rzuciła z ganku. Już ją był złożył „ad acta“ Pełka, nie chcąc sobie przypominać, co dla niej wycierpiał, gdy oto, jakby naumyślnie w tej stanowczej godzinie, znalazła mu się pod nogami.
Zapłoniony cały podniósł ją prędko i łzy mu w oczach stanęły. Tknęło go to, iż jakby przeznaczenie samo przypominało mu przysięgę, wyrzucając wiarołomstwo — i dobyło ją najaw umyślnie.
Zadrżał, zawahał się — jużby był może nazad rzeczy pakować zaczął... a strułby się tem na dzień cały — i nie umiał ust otworzyć, gdyby Rożański, jak przeczuciem tknięty, nie nadszedł. Wstyd mu było tej wstążki i schował ją szybko za kontusz... udając, że suknie wybiera.
— Nie do rzeczy dzień wybraliśmy, — odezwał się Wacek, wchodząc z kalendarzem w ręku — dopierom się rozpatrzył, że dwoiście „feralis“, bo i numer niedobry, i na starym księżycu i konstelacje nie do małżeństwa... Bóg widzi, że jednej godzinybym rad was skojarzyć i że niebardzo w te brednie astrologiczne wierzę — a no — na twej skórze próbować nie chcę. A nuż!
Pełka odetchnął i niemal wesoło się odezwał:
— Więc dziś nie jedziemy!
— A no, nie! Za trzy dni nów, liczba wypadnie doskonała i konstelacja wyborna, więc dopiero za trzy dni.
— Gabryk, pochowaj rzeczy! — zawołał wesoło Pełka i uściskał przyjaciela.
Sługa spojrzał na pana smutnie i zabrał się do składania garderoby. Gawędzili tedy o astrologach i kalendarzach, i o przepowiedniach Cunitzij Janowi Kazimierzowi, i o horoskopie Jana III — gdy przed domem zaturkotało.
Rożański wyjrzał.
— Zupełnie obce konie, uprząż, ludzie, ba i gość — rzekł — nie wiem, ktoby to mógł być, chyba szlachcic, co się w kraju nieznanym zabłąkał i do brata jak w dym... trzeba iść gospodarskie pełnić obowiązki.
Wyszedł tedy, lecz nie upłynął i kwadrans, gdy z owym gościem, wiodąc go pod rękę, powrócił. Pełka poznał w nim towarzysza broni z Krakowa.
Był to niejaki Zboiński, którego nazywano zbójem, jedyny człek do szabli i do ochoty, który choć parę wsi miał, nigdy domu nie zagrzał, a powodów tylko szukał żeby od komina do komina dla dobrej myśli się ciągać. Lubiono go bardzo, bo i tańcował, i przyśpiewywał, i w szable się ciął, i do zabawy myśli poddawał — jak nikt. Gdzie on był, tam się już o gości gospodarz nie miał co troszczyć — dał im rady. Złoty człek, choć go do rany przyłóż, ale krzykacz i zawalidroga, i próżniak, że go w tem nikt nie przesadził. Żonę doma miał, przecież się rad zalecał, szczególniej do wdów, i do takich, których mężów widać nie było. Ale to tam w tem pono więcej pozorów niż rzeczy bywało... aby się pośmiać i podurzyć. Kiedy ludzi ubawić chciał, to się do najstarszych babuniek przysiadał i koperczaki do nich stroił, aż którą rozruszał. Zboiński albo był na wojnie, lub na wozie i po świecie, do domu przyjeżdżał konie odmienić, pieniędzy wziąć, czeladź nieposłuszną wychłostać, a trzeciego dnia ruszał znów dalej.
Ściskali się tedy wszyscy trzej jako starzy towarzysze, przypominając czasy pana Czarnieckiego i krakowskie biedy, i Szwedów. Pełka go od tych czasów nie widział, pytania się więc sypały bezliku.
— A no, spodziewam się, — rzekł Zboiński — że ci, miły Medardzie, choróbsko to odeszło, coś je miał, że od wzdychania za jakąś tam jejmościanką mało ci piersi nie pękały.
— Tak to jest, — odezwał się Rożański — iż pono do rozumu przychodzi, ale dopiero teraz i to zażywszy dla niej biedy niemałej. My go tu żenimy.
— Dopiero teraz! — rozśmiał się Zbój — tom i ja wczas jeśli nie na wesele, to na zrękowiny przybył.
Poprowadził gospodarz gościa do żony, zostawiając Pełce czas, aby się odziewał. Tu mu dopiero opowiedział wszystko o Medardzie, i jaką z nim biedę miał, póki go nie nakłonił do ożenienia.
— Za kogóż to jego umiłowana znowu poszła? — zapytał Zboiński.
— Ostatnio jest za Pacem pisarzem, chociaż z nim nie żyje, bo się z sobą pogodzić nie mogli.
— Za Pacem... pisarzem! — ozwał się Zboiński — ale czyż pewna?
— Niezawodna rzecz! Widziałem ich oboje czasu koronacji, ona od niego jak od wilka uciekała. Obawiała się do domu sama potem odjechać, aby jej gdzie na drodze nie porwał i do klasztoru nie wsadził, bo się z tem odgrażał.
— To się już teraz nie ma nieboraczka czego lękać — szepnął Zboiński, uśmiechając się.
— Albo co? — zapytał przestraszony Rożański.
— Może lepiej, żebym zmilczał! — rzekł gość.
— Nie, przede mną mów wszystko!
— Pac nie żyje, — dodał Zboiński pocichu — mówią, że się grzybów objadł, drudzy prawią węgorza, wody popił i w kilka godzin go nie stało!
Rożański w ręce uderzył tak silnie, iż stoliki zatrzęsły.
— Co ty mówisz?...
— Szczerą prawdę: pan pisarz od tygodnia nie żyje... Wypadkiem się dowiedziałem o tem. Jejmość tedy owdowiała...
— Człowiecze! jeśliż ci Bóg i zbawienie miłe, zawołał Wacek — milcz i pary nie puść, bo żadna siła ludzka Pełki nie wstrzyma, gdy się o tem dowie, poleci na złamanie karku do niej, a uchowaj Boże ona za niego pójdzie, to zgubiony człowiek, zamęczy go! Tu ja mu swatam taką, co go szczęśliwym uczynić jedna może, rozumną, dobrą, bogatą i piękną. Gdy się ożeni — darmo, wtedy już nie pomyśli o niej... ale dziś jeszcze, choć już w dziewosłęby mieliśmy jechać, zerwałby mi się w mgnieniu oka... Więc milczeć.
— Będę milczał! — rzekł Zboiński — patrzajcie tylko, aby się którędy indziej nie dobyła ta wiadomość, a ze zrękowinami trzeba śpieszyć, to i ja skorzystam.
Wiadomość ta oboje państwa Rożańskich mocno zmieszała, aż posmutnieli. Choć o Pacu mało tu kto wiedzieć mógł, a o pisarzowej jeszcze mniej, naówczas znali się wszyscy i obnoszono wiadomości po dworach. Łacno się więc ktoś mógł wygadać. Zafrasował się Rożański. — A no, co robić! wola Boża.
O Zboińskiego nie było się co bać, miał co rozpowiadać i bez tego. Bawili się cały dzień jak najprzedziwniej i uchmielili jak rzadko. Rożański oko miał na przybywających, i to nawet przewidział, iż ludziom, gdyby kto z listem jakim przybył, sobie naprzód znać kazał dawać.
Drugiego dnia siedzieli przy wieczerzy, gdy stary domowy Rożańskich piwniczy panu jakieś znaki dawać począł bardzo misternie, tak że go aż nastraszył. Wacek się zerwał od stołu pod jakimś pozorem, wypadł do niego do kredensu.
— Co ci to?
— Za panem Pełką dworzanin pisarzowej, goniąc wszędzie, aż tu się przystawił.
Rożański za głowę się chwycił.
— Trzeba było powiedzieć, że go tu niema i nie było.
— Ludzi poznał, a tak mu pilno i tak się dobija, że go powstrzymać nie można.
— Słuchaj, Pawle, — zawołał Rożański — rób co chcesz, a jego spój i zamknij spać, i konia mu schowaj, Gabrykowi powiedz, żeby mi się o nim wspomnieć nie ważył... Weź piwa, miodu, wódki, wina, co chcesz, a człeka mi spój, by ręką ani nogą nie ruszył.
— A jak gęgnie? — spytał ostrożnie Paweł.
— Gdzieś ty słyszał, żeby od tego człowiek przepadł! Wyśpi się i będzie zdrów...
Wydawszy ten rozkaz, Rożański powrócił, nie dając znać po sobie, żeby go co bardzo obeszło. Jedna żona z twarzy poznała, iż się niezwykłego coś święciło.
Że Paweł do takich spraw był jedyny, Wacek jadł spokojnie, gdy go znowu chrząkającego usłyszał. Nie wypadało mu już po raz drugi tak wychodzić, zmyślił więc, że sam do piwnicy po wino musi ruszyć, i wstał. W kredensie Paweł mu na ucho rzekł, że dworzanin do ust nic wziąć nie chce, póki poselstwa nie spełni, i ani go można namówić, by spoczął.
Rożańskiego, choć był napozór ciężki i nieobrotny, w ważnych wypadkach nigdy nie odstępowała przytomność; zręcznie łgnąć nic go nie kosztowało. Pobiegł więc coś poszeptać z jejmością, a Pełkę na ucho poprosił, by w miejsce jego Zboińskiego zabawiał, bo musiał na chwilę odejść, gdyż na wsi ludzie pobili się i trzeba ich było godzić.
Wyrwawszy się tedy z Pawłem, poszedł do przybudówki, w której ostawiony piwem, ba i winem, siedział dworzanin pani pisarzowej... Chłopak był młody, raźny i z oczu mu spryt patrzał. Rozumie się, że szlachcic.
Przywitał się z nim gospodarz wesoło...
— Domyślam się, z czem tu waszmość do nas przybyłeś, pewnie po pana Pełkę, bo i my tutaj wiemy, że panu pisarzowi się zmarło... to go wdowa wzywa... ani chybi? Masz waszmość listy?
— Listu żadnego nie dano, — rzekł dworzanin — ustne mam polecenie, abym jednej godziny nie tracąc, wyszukał pana Pełkę i wnet go z sobą zabrał...
— Ale go tu niema! — zawołał spokojnie Rożański.
— Jakto niema! ludzi i konie widziałem...
— Bo ci są, tylko Pełka na tydzień odjechał stąd o mil sześć na łowy...
Niedowierzająco spojrzał młody chłopak, ale Rożański poważnie mówił, nie godziło się nie wierzyć.
— Dokąd?
— Mil sześć w bory ku Niepołomicom...
— Do kogo?
— Do Maciszewskich, do Zdun...
Dworzanin się ruszył, jakby wnet jechać chciał... Nie wstrzymywał go Rożański.
— Cóż myślicie? — dodał — posłaćby po niego?
— Nie, ja sam pojadę...
— Jak wola, ino wam przewodnika dam, bobyście nie trafili sami...
— A! panie! a język od czego?
— Śpieszniej będzie, gdy człeka weźmiecie... anobyście może spoczęli? zjedli i napili się?...
Nie odmówił posłany, więc Pawła odkomenderował do niego gospodarz, a sam po parobczaka do stajni zbiegł, najroztropniejszego wybrawszy. Szło mu o to, aby się nie wygadał, żeby go błędnie poprowadził i jak najdłużej z nim się włóczył.
Chłopcu więc jak łopatą w głowę kładł, co miał mówić, co czynić, jak prowadzić, w jaki sposób kłamać i bałamucić.
— Już mi to Pan Bóg przebaczy, — rzekł do siebie — innej rady niema.
Gabrykowi po drodze, że był człowiek dobrze swemu panu życzący, Rożański wytłumaczył wszystko, aby go nie wydał, i kazał milczeć. Sam co rychlej powrócił do wieczerzy, aby tu koniecznie zatrzymać Pełkę, by się nie ukazał i nie wyszedł, pókiby dworzanin nie odjechał...
Wszystko to, choć z wielkim pośpiechem i łap cap zrobiwszy, szczęśliwie do skutku wyprawę dworzanina doprowadził. Dopiero, gdy już za bramą i za wsią był, o czem Paweł mu szepnął, — Pełkę mógł z niewoli wypuścić i już na niego nie zważać.
Trzeciego dnia wespoły ze Zboińskim do Kmiciców z paradą w dziewosłęby jechali, a że dzień był bardzo piękny i Pełka zdrowym się czuł, nie chciał inaczej, tylko konno, utrzymując, że kolasą albo wozem zajeżdżać mężczyźnie po pannę wstyd było. Dobrał mu Gabryk spokojnego bułanka, który tak nosił, że na siodleby szklanka wody, stojąc, się nie rozlała, a łagodny był, że lejca prawie nie potrzebował i rześki, że się bez ostrogi obszedł. Słowem, koń dla dziecka, dla kobiety i dla żołnierza na wojnę. Dzień był wiosenny, śliczny, wesołość w powietrzu, drzewa w młodych sukienkach, niebo w lazurowej szacie... i humory ichmościów też różowe były.
Pół drogi ujechali szczęśliwie. Gdy na gościńcu Rożański, który miał oczy krogulcze, zoczył jezdnego... i poznał w nim, choć mało nie o ćwierć mili, dworzanina pani pisarzowej, który powracał ze Zdun... Jechali groblą... nie było kędy z drogi mu zjechać...
— Oczywiste nasłanie Boże, — odezwał się do siebie w duchu Rożański — rozstąp się ziemio! niema jak radzić.
Co chwila się utrapiony ów poseł przybliżał... Szczęściem z grobli przez łąkę szła drożyna, w lasy, jeszcze w porę nimby ich tamten mógł rozpoznać, skierował się nią Rożański między krzaki łozowe, obiecując bliżej przeprowadzić. Pojechali gęsiego, Rożański przodem, za nim Pełka i wkońcu Zboiński, taką utrapioną, mokrą a grząską ścieżyną nad rowem, że konie po pęciny zapadały.
— Zasmarujemy się hę! — zawołał Pełka — a ja swemu koniowi kopyta umyślnie kazałem szwarcować...
— A no już darmo! wleźliśmy, jedźmy — dodał Rożański — nie spodziewałem się, aby tak mokro być miało.
Tym sposobem szczęśliwie wyminęli dworzanina, a no na tem nie było dosyć... Gdy się trochę z grzęzawicy wydobyli, Rożański Pełkę puścił przodem i zwrócił się do Zboińskiego, szepnąwszy mu:
— Zmyśl, co chcesz, do domu wracaj i posłańca pisarzowej włodarzowi każ do ciupy zasadzić. Innej niema rady. Dać mu w bród wszystkiego i konie pochować.
Zboiński zrozumiał od pół słowa... Nuż się tedy skarżyć, że mu w kościach łamanie przyszło, które na wiosnę miewał, że go kędyś wiatr niedobry zawiać musiał.
Rożański mu dowodził, iż wkońcu się przetrzęsłszy pozdrowieje — a no tamten chorego doskonale udawał, i rychło pożegnawszy ich, do domu nawrócił. Tknęło coś Pełkę.
— Co mu jest? — rzekł — to jakaś sprawa nieczysta? ja tego nie rozumiem. Nie wierzę w tę chorobę...
— A cóżby miało być? — śmiał się Rożański — co ci w głowie? Juści nie do Julki w umizgi powrócił, bo wie, że onaby go wyśmiała, a jabym mu kości pogruchotał.
Zmilkł tedy Pełka i jechał dalej. W istocie drożyna, którą się wzięli, zamiast zbliżyć ich, zmusiła dobre pół godziny nałożyć. Dobywając się napowrót na gościniec, musieli rów przeskakiwać i obryzgali się błotem, aż Medard w rozpacz popadł, jak przed panną stanie.
— Ale, bo ty, Wacku, wszystkiemu winien jesteś z twoją prościejszą drogą...
— Ani słowa, już łaj i karz... stało się, uszy stulę...
Ukazał się tedy dwór i Pełka nieco rozweselał, popędzili kłusem, do ganku rozpędzili co konie wyrwały i osadzili je w miejscu. Wojski był na wschodkach i witał.
— Dzięki Bogu już nasz chory harcuje, — rzekł — to mu niewiele brak...
— Pierwszym raz konia dosiadł, aby się progom waszym pokłonić — dodał Pełka...
Rożańskiemu chciało się co najprędzej zawiązać węzełka.
— A nie z samym pokłonem do kolan waszych przychodzimy, — zawołał w pięknej pozyturze — ale z prośbą, którą ja, jako uproszony przyjaciel z serca do waszej miłości zanoszę. Pan Medard Pełka nie mógł obojętnem okiem patrzeć długo na niewysłowione przymioty i cnoty czcigodnej córy pana wojskiego, z afektem przybywa i respektem, aby tego szczęścia dostąpił, byście mu w niej dozgonnego dali towarzysza, którego we czci i miłości chować i strzec, tak on sam jak i ja za niego, najsolenniej się obowiązujemy.
Pełka do kolan się staremu kłaniał, który go, za ramiona ująwszy, podnosił rozczulony, a na słowo się jeszcze zebrać nie mógł. Rzekł tedy Medard:
— Nie mam tej prezumpcji, ażebym godnym był przedziwnego skarbu, o który śmiem zanieść „praeces“ do p. wojskiego... znam to najlepiej do siebie, iż nie godzien go jestem, lecz jeśli respektem i afektem nagrodzić można, co w splendorze nie dostaje, pewnie dług należny spłacę...
Wojski, mocno poruszony, wahał się z odpowiedzią, a po krótkiem milczeniu rzekł zwolna:
— Zawszem był tego zdania, iż rodziców rzeczą nad losem dzieci czuwać i przestrzegać, ale gwałtu ich sercu czynić nie powinni; przetoż i ja woli Elżusi hamować nie będę i do jej decyzji oddaję prośbę zaszczytną dla nas p. Pełki... Co do mnie, chętnem sercem przystanę i pobłogosławię... Niech Elżusia sama dekretuje w sprawie. Zatrzymajcież się tu, proszę, — dodał — abyśmy jej nieprzygotowanej nie wzięli; pójdę do niej, opowiem wszystko, niech pomyśli i Ducha Świętego wezwie na pomoc, a co [2]jej do serca poda... „fiat“...
W pół godziny wojski powrócił, nie dając znać po sobie, co przynosił... Zagadał obojętnie, Rożański o pozwolenie poprosił, aby jemu, jako przyjacielowi i dziewosłębowi, z panną wprzódy mówić było wolno... Na co że nastąpiła zgoda, ruszył zaraz w głąb domu, Pełkę z wojskim zostawiając sam na sam.
Panna Elżusia stała w oknie zamyślona, z rękami jak do modlitwy złożonemi, gdy Rożański, prawdziwy przyjaciel i adorator jej wielki, wszedł wpół uśmiechnięty, napół smutny. Coś mu w sumieniu było niedobrze — i dlatego się chciał z panną sam na sam rozmówić... Elżusia blada była, ale napozór spokojna.
Złożył przed nią ręce, jak winowajca Rożański.
— Pani, pani moja, — zawołał — wiesz najlepiej, że nade mnie i żonę moją przyjaciół szczerszych nie masz. Życzę Pełce, jak bratu, jednakbym mu nie chciał szczęścia dać kosztem waszym. Znam go, że jest człek poczciwy, serca gorącego, mężny, stateczny... zdało mi się, iż na towarzysza dla was caleby się przydał... Jechałem z tem, przybyłem i oto staję przed wami z niepewnością wielką... Znasz jego historję, kto wie, co w nim jeszcze tchnie... Nie będę taił nic; nie wie o tem, że ta kobieta świeżo owdowiała i już za nim śle, aby się nim wysługiwać, a potem go popchnąć: ruszaj w kąt, miotło!...
Posłańca zamknąłem, nie dopuściwszy do niego; ale chcecież wy go ratować i możnaż was na to narażać, abyście swój miły spokój na niepewną szalę kładli?....
— A! żal mi go — wyrwało się Elżusi — i uczyniłabym, co w mocy mej, aby go ratować, lecz czyż podołam temu? On ma tamten afekt głębiej w sercu, a dla mnie jeśli go cokolwiek uczuł.. czyż ja na moc jego rachować mogę?
— Nie będę kłamał: — odezwał się Rożański — gotujesz sobie pani wielką troskę i nie jedną, ale triumf pewny. Jeśli choć cokolwiek afektu dlań masz... toć my u twego boku staniemy i nie dopuścimy zguby...
Na wspomnienie o afekcie zarumieniła się panna Elżbieta.
— A jeśli mi go ona od ołtarza odbierze! — zawołała — i srom uczyni...
— Nie dopuszczaj Boże! — zawołał Rożański — znam człowieka, dopóki nie przysiągł, może się wahać, gdy słowo da, dotrzyma, choćby go życie kosztować miało... a że poznawszy was bliżej, o tamtem utrapieniu zapomni... na to przysięgam! bo niema człowieka na świecie, coby panny Elżbiety nie ocenił i nie umiłował..
— Ręczyliście mi za jego serce i sumienie, — odezwała się Elżbieta — jednego żądam: nie opuszczajcie mnie, a pomóżcie... niech się stanie, co Bóg przeznaczył.
Rożański możeby inaczej nie dziękował, gdyby sam się jej oświadczywszy, dobre słowo otrzymał, że aż na kolana padł i w ręce całował, a Elżusia się rozpłakała. Szedł tedy, a raczej biegł po Pełkę i razem z wojskim przyszli do panny, która z powagą wielką ich przyjęła. W krótkich słowach oświadczył się z afektem Pełka i w niewielu mu Elżusia odpowiedziała, poczem ojcu do kolan przypadli, który, płacząc, błogosławił, a Pełka, rękę narzeczonej ucałowawszy, przyjacielowi na szyję się rzucił...
Tak się wszystko szczęśliwie skończyło, i Rożański, pot z czoła ocierając, oddychał. Pełka się do Elżusi przysiadł... a że i ojciec i przyjaciel radzi byli, aby się z sobą coraz lepiej poznawali, zszedłszy do drugiej izby umyślnie, zostawili ich sam na sam...
Jak tylko to zobaczyła córka wojskiego, wstała z krzesła... i ku oknu idąc, stanęła we wgłębieniu jego, Pełkę wiodąc za sobą...
— Było wolą Bożą, — rzekła — abyśmy sobie ślubowali... bez niej nie miałabym może odwagi oddać ręki waszmości... wiedząc i znając dobrze, iż długo afekt zachowywałeś dla innej. Nie stanęliśmy jeszcze przy ołtarzu, czas rozmyślić się. Słabąż ja jestem niewiastą, ale nie miałam matki, chował mnie ojciec po męsku, ani mi na odwadze zbywa... Powzięłam i szacunek dla waszmości, i politowanie nad jego dolą; zgodziłam się być mu towarzyszką wierną, lecz wymagać będę i zaufania i afektu... Jeżeli w jakimkolwiek wypadku znowu waszmością owładnie wola tej kobiety, a ulegać jej masz, jeśli słabym się czujesz i nieszczęśliwą mnie uczynić chcesz... jeszcze pora się rozejść. Towarzyszką waszmości wierną będę, ale obrazy sobie uczynić nie dopuszczę... To wam wprzód wiedzieć przyszło...
Medard osłupiał, słysząc ją z taką szczerością zagadującą go o przyszłość, — nie wiedząc, co odpowiedzieć, pochylił się jej do kolan, jakby o miłosierdzie prosząc.
— Mam najmocniejsze postanowienie... — rzekł — ani lekceważę przysięgi, którą się zwiążę... ano... pani i królowo moja... sam siebie nie znam... sam za siebie nie ręczę. Ty mnie ratuj i wybaw z rąk nieczystej siły... bom przekonany, że taką jest... i dlatego się jej lękam... Ale ufam, że sakrament moc jej zniszczy i złamie, a że serce moje oddałem wam... Bóg widzi... Tam, jeśli co zostało, coby ciągnęło, chyba sprośna krewkość ludzka... Sam byłem słaby, przy tobie silnym być muszę...
Elżusia słuchała niestrwożona...
— A gdyby — zawołała — dziś ci przynieśli wiadomość, że owdowiała i że po was śle, a chce, abyście przybywali...
Pełki oczy zaiskrzyły się chwilowo... zadrżał.
— Nie, — zawołał — dopókim przy was i z wami, nie lękam się tej kobiety... Wy mnie od niej uratujecie...
— Dałby to Bóg! — westchnęła Elżusia.
Elżusia znikła na chwilę, a gdy wróciła, poszedł Pełka, domagając się od niej, aby pozwoliła ślub przyśpieszyć. I na to nastąpiła zgoda, więc z Rożańskim razem na wojskiego nalegać poczęli, by nie zwlekał. Wedle obyczaju chciał stary i przygotować się do wesela, i wyprawę, choć dawno już ją zgromadził, jeszcze dopełnić... i krewnych pospraszać — pokonano go jednak prośbami, a że panna się nie sprzeciwiała, posłano po indult do Krakowa, nie zwłócząc.
Całą powrotną drogę Pełka milczał, lecz z twarzy i słów, które mu wyrywali towarzysze, znać było, iż o szczęściu przyszłem marzył. Zdał się innym człowiekiem...
— Rożański, miły bracie, — zawołał, zbliżając się do dworu — nie było druha jak ty i nie będzie. Tyś mnie rozumu nauczył i szczęście dał... niech Bóg ci to za mnie odda, bo ja całem życiem nie zawdzięczę...
— Miodem mnie smarujesz, Medardzie... a no, nie uczyń ze mnie sobie wroga... bo, gdybyś, uchowaj Boże, oszalał znowu, a ta cię szatanica obałamuciła, a krzywda się stała Elżusi... którą jak siostrę kocham — tak mi Boże dopomóż, nie miałbyś straszniejszego nieprzyjaciela i prześladowcy nade mnie.
Rożański dojeżdżał do dworu z trwogą, lękając się, czy krzyku zakneblowanego dworzanina nie posłyszy — cicho jednak było zupełnie. Paweł stary w ganku stał i po łysinie się gładził, czegoś zafrasowany... Z oczu mu patrzało, iż było coś nowego, co głośno się nie powiadało... Zawołał go z sobą do izby Rożański.
— A co tam? — spytał.
— Pan się gniewać będziesz niechybnie — szepnął stary. — Dworzanin zbiegł...
— Gdzie? jak?
— Ano, związanego rzucili do ciupy, nikomu nie przyszło na myśl kołkiem ją podeprzeć, kiedy leżał jak kloc... O zmroku poszedł włodarz zobaczyć, czy się od knebla nie udusi, a tego już nie było... Sznury porozgryzał, czy.. Bóg go wie, z ciupy się wysmyknął, konia swego dopadł i ani wiadomo, jak uszedł...
Wpadł Rożański w ogromny gniew na włodarza, na ludzi; ale po czasie i daremnie. Badanie na miejscu dowodziło, iż sznury potargał w istocie, a ze drzwiami nie miał kłopotu. Ciupa na ustroniu, krzakami obrosła, niczyich oczu nie ściągała; koń osobno stał w gościnnej stajni... Chcieli pogoń posyłać, lecz wprędce się spostrzegli, iż byłaby daremna.
U wieczerzy wypito zdrowie narzeczonych ochoczo... i wszyscy się spać rozeszli...
Mieszkanie Pełki było dotąd w samym dworze — okna wychodziły na ogród. Gabryk sypiał w przedpokoju... Po północy już każdy w swoją stronę się udał i Pełka, choć spać nie myślał, bo miał wiele z sobą do pomówienia, legł, czując się zmęczonym mocno.
Noc była księżycowa, prześliczna, a w drzewach słowiki na wyścigi się popisywały... Otworzył więc okno i tak w dumach o losie swym odpoczywał...
Już we dworze się wszystko uspokoiło i cisza panowała wielka, gdy w oknie postrzegł Pełka zdziwiony, jakby cień mary, która mignęła, stanęła i pochyliła się ku izbie.
Pierwszą jego myślą było, iż z niego żarty stroją... gdy cień ów sykać zaczął...
Najmężniejsi rycerze owych czasów na nocne zjawiska byli dość wrażliwi. Chodziły jeszcze naonczas dusze czyścowe po świecie, zjawiały się widma i upiory. Pełka więc rozpoczął od krzyża świętego i formuły: Wszelki duch Pana Boga chwali!
— Panie rotmistrzu, jam nie duch! — ozwał się stłumiony głos od okna.
Wielce zdziwiony porwał się Pełka, poznawszy głos Żaby, dworzanina pani pisarzowej.
— Coś za jeden?
— Żaba! Żaba! czy mnie pan nie przypominasz?
— A cóż ty tu u kaduka robisz po nocy?
— Za was cierpię... — westchnął przez okno, wskazując pośpiesznie, dworzanin...
— Co to jest? co się stało? jakeś się tu dostał? — powtarzał przelękniony Pełka — mów...
— O! jest o czem gadać, jeśli pan o niczem nie wiesz... — dodał Żaba.
— O czemże mam wiedzieć?
— Jam tu życia niepewien, idźmy na ogród, powiem wszystko...
W głowie się pomieścić nie mogło Medardowi, co się z tym człowiekiem działo; narzucił więc co prędzej opończę na ramiona i, otworzywszy drzwi do sieni, pocichu razem z Żabą wyszedł do ogrodu. Tu żywej duszy nie było, oprócz śpiewających słowików... posunęli się szpalerem, milcząc, ku końcowi ogrodu...
Żaba śpieszył, jakby go co pędziło, znać na nim jeszcze strach było...
We dworze wszyscy spali... mogli więc bezpiecznie, siadłszy na ławie, rozmawiać, niepodsłuchiwani.




— Przebyłem ja tu dobrą łaźnię! — wzdychając, zawołał Żaba — i gdyby nie to, że dla naszej pani pisarzowej, jak ona każe i popatrzy na człowieka temi oczami, co to nawskroś przebijają, radby każdy i w ogień i w wodę, — rzuciłbym już wszystko i do domu uciekał...
Przed kilku dniami nadeszła do nas wiadomość, że pan pisarz umarł...
Na te słowa Pełka się zerwał z ławy, stanął i załamał ręce...
— Pisarz umarł! Jadwiga wolna! Jezu mój miły... pisarz umarł!!
— Świeć mu Panie nad duszą — ale też czas było, bo gdyby dłużej pożył, paniby nasza z nudów chyba nie wyżyła. Trzeciego dnia wołają mnie do pani... Stała w czarnej sukni, jak królowa... a! spojrzała na mnie...
— Rozumiesz, ty Ropucho, — odezwała się, przezywając mnie, jak to u niej we zwyczaju — siadaj na koń, jedź sobie, gdzie chcesz, rób, co ci się podoba, ażebyś mi tu Pełkę przywiózł, chceszli, bym ci była łaskawą, a nie — to mi się na oczy nie pokazuj więcej. — Co mu mam powiedzieć? — spytałem. — Powiedz, że pan pisarz nie żyje, że ja sama, wdowa, sierota, opuszczona, i że mu nakazuję aby mi tu natychmiast się stawił. — Chciałem spytać i począłem już — A gdzie go szukać? — Na końcu języka! — odpowiedziała mi — masz pięćdziesiąt bitych talarów na drogę, żeby mi cię za pół godziny we dworze nie było... bo poślę Wiercińskiego...
I tyle wszystkiego, kwadrans jechałem, nie wiedząc, dokąd, szukaj wiatru w polu. Ale to już niema co powiadać, jakem pana szukał... Przybyłem tu do Rożańskich...
— Kiedy? — zapytał Pełka...
— A! dni cztery czy pięć temu.. Przyjmują mnie ni tak, ni owak. Widzę wasze konie i ludzi, cieszę się. Wychodzi sam pan Rożański i powiada, żeście pojechali do Zdun, gdzieś w lasy niepołomickie, na łowy... Na łowy o wiośnie... coś mi się to nie zdało, a no! co było robić? Dali mi przewodnika do Zdun pojechałem.
— Alem ja tu był! — przerwał Pełka z oburzeniem.
— Otóż to... jeno mi do was dać dostąpić nie chciano... Chłop, zdrajca, jak mnie począł po puszczy wodzić, małom życiem nie przypłacił, okłamał mnie i drapnął. Ledwie z wielką biedą, dowąchawszy się, że tu sprawa nieczysta, ja nazad tu... przybywam dziś... pytam o was? niema. Wyjechał... Konia mi zaraz odebrali. Dalej szlachcic jakiś nadjeżdża, ludzi ściągnęli, dawaj do mnie, i wiązać... Broniłem się i ludzim pociął.
— Ale za cóż wiązać! — krzyknął Pełka — za co wiązać... jak to może być?
— Chcieli mnie do was nie dopuścić. Myślałem, że ducha wyzionę. Siła złego, tylu drabów na jednego, rozbroili mnie, oszarpali, związali jak zbója i rzucili do ciupy...
— To nie może być! gdzie? tu? dziś? — wołał Pełka... — Gospodarza nie było! kto się ośmielił?...
— Ej! — przerwał Żaba — nie było gospodarza, ale były rozkazy... Dosyć, żem się godzin kilka w ciupie przemęczył z kneblem w gębie... alem wkońcu jedną rękę, choć skórę odarłszy, z pęt wyrwał, a za nią poszła reszta... Głupcy, ciupy za mną na zamek nie spuścili nawet, tak byli powrozów pewni... Wysunąłem się im, jak węgorz, dopadłem konia i w nogi... Dopatrzyłem w krzakach, jakeście ichmoście wracali, i postanowiłem, choć życie stawić, a do was się z poselstwem dostać.
Pełka stał milczący, gniewny i niemal oszalały... pierś mu się podnosiła jak kamieniem zgnieciona — myślał i walczył z sobą...
— Co to panie rozmyślać — dodał dworzanin — na koń siadać i ruszać... póki te niepoczciwe intryganty nie zwietrzą. Ja już wiem wszystko, oni tu was łapią do jakiejś dziewuchy, a niema na świecie takiej, choćby najmłodszą i najpiękniejszą była, któraby pani naszej była warta. Żeby ona mnie wolała, — mówił Żaba z uniesieniem — z niebabym chyba do piekła za nią skoczył... Ja pana nie puszczę... na koń i ruszajmy...
Pełka nic jeszcze nie odpowiedział, oczy sobie zakrył dłońmi i trzęsło go chwilami jakby febrą, a chodził i miotał się... to głowę na piersi zwieszając, to ją ku niebu podnosząc.
Dworzanin ciągle swoje prawił.
— Panie rotmistrzu, to niema co myśleć i wzdychać... na koń i jechać...
— Matka tam jest! — powtórzył, jakby do siebie sam Pełka...
— Ależ pan widzisz, że ona przeciw matce nawet po was śle, toż to znaczy, że ona nic nie będzie mogła przeciw wam. Namęczyłeś się pan dla niej dosyć, życie całe, wiedzą o tem wszyscy, a gdy pora przyszła zapłatę wziąć — ważysz pan jeszcze, co poczynać... Już ona niedarmo was tam woła...
Ruszył się Pełka, nic nie mówiąc, jakby już do konia, a Żaba za nim, lecz prędko stanął i ręce załamał.
— Nie, — rzekł — tak nie mogę.
— A... rotmistrzu! mnie i siebie gubisz razem — zawołał, rzucając się do niego, Żaba... — na rany Pańskie jedźmy... a toż wdowa sama... sierota...
Zechcesz pan powracać... wrócisz... ale jej odmówić...
— Trzeba doczekać gospodarza, aż wstanie, by się z nim rozmówić, jak należy, i pozwać do ratunku...
Jak złodziej uciekać nie myślę...
Gdy to mówił, zaszeleściało w krzakach i okryty opończą wyszedł z nich na światło księżycowe Rożański.
Obaj rozmawiający przestraszyli się zrazu, a Pełka z gniewem powstał przeciw niemu.
— Wziąłeś mnie waszmość, widzę, w kuratelę — zawołał — jak człowieka z rozumu obranego! Ślicznych się ja tu dowiaduję rzeczy... tom już niewolny, ale waszmości poddany... kiedy do mnie posłańców nie puszczacie.
— Hamuj się, Pełko! — rzekł spokojnie Rożański — com uczynił, za to przed Bogiem, ludźmi i tobą odpowiadam. Gwałt popełniłem, nie przeczę, dla dobra twojego, dla przyjaźni mej. A katby mi kazał dla innego się męczyć, krwawić i głowę rozbijać. Ja cię znam, jesteś poczciw, tak słaby jesteś... baba utrapieniec, co z tylu już krew i życie wyssała.
— Hej! ty się to hamuj ze słowami, bo to tu nie przelewki, ani wyrazu więcej na panią pisarzową — zagrzmiał Pełka. — O moją i tego człowieka krzywdę upomnę się, bo i to płazem przejść nie może, a teraz... bywajcie mi zdrowi...
Rożański, widząc go ruszającego z miejsca, choć czuł, że w pasji jest, rzucił mu się na szyję.
— Medardzie miły, bracie drogi, — krzyknął w uniesieniu — bij mię i zabij, na zgubę cię nie puszczę...
Chwilę zdawało się, że się za ramiona pochwycą, lecz Pełkę zmogło to uczucie gorące, z jakiem Rożański go objął... prawie płacząc... Wyrwał mu się z uścisku i stanął jak wryty.
— Pełko miły, przyjacielu! przypomnij sobie, żeś dziś przysięgał, żeś słowo dał, że uczciwym ludziom uczciwością swą ręczyłeś za siebie i za nas! Na rany Pańskie... odpraw tego człowieka! nie gub się! Co pomyśli ta kobieta, co ten starzec! Co spadnie na moją głowę, co na waszą duszę! Godziż się z kobiety takiej żart stroić! dlatego, aby się w jakieś tam oczy popatrzyć!
Pełka słuchał go i widocznie miękł, sam się doń przybliżył i począł go niemal, łkając, ściskać...
— Bóg ci zapłać! uratowałeś mnie... Masz słuszność! nie godzi się... nie godzi...
Żaba ręce załamał... Rożański, korzystając z usposobienia przyjaciela, postąpił ku niemu.
— Panie Żabo, — rzekł — za krzywdę swą chcesz pomsty, dam ci ją — stanę ci do wybitej... chcesz grzywień, zapłacę... a teraz jedź... jedź, póki... póki ci wrota stoją otworem.
— Jedź... jedź na Boga zaklinam, jedź!
Stał dworzanin zmieszany, spoglądając ku Pełce. Wiedział, że tu już pono niewiele uczynić może... a przecie nie śpieszył ustępować.
— Co mam pani powiedzieć? — odezwał się cicho do Medarda.
Ten milczał długo, nakoniec, postąpiwszy krok, rzekł z wysileniem:
— Powiedz jej waszmość, żem póty jej służył, póki wolny byłem, dziś już nie jestem. Słowo dałem, ślub za kilka dni. Życzę pani pisarzowej szczęścia wszelkiego, a no stawić się... nie mogę...
Dworzanin zawrócił się w krzaki, dumnie głową pokiwał, patrząc na Medarda, i zniknął.
Zostali się sam na sam. Medard ledwie na nogach się trzymał. Poprowadził go na ławę Rożański i siedli na niej razem.
— Uspokój się, — rzekł — uspokój, sprawa szczęśliwie skończona, nikt o niej wiedzieć nie będzie, ja ci za złe nie mam słów twych, bom o nich zapomniał... Jeszcze dreszcz po mnie chodzi! Gdyby Opatrzność mnie tu nie zesłała... mielibyśmy dopiero tragedję jutro! O Boże litościwy! ale Opatrzność nad wami i nade mną czuwała... Teraz ja was nie opuszczę, aż po ślubie, a gdy Elżusię poznasz i zbliżysz się do niej — już się ja o was nie zlęknę. Pełka siedział ponury; odniósł wprawdzie zwycięstwo nad sobą, lecz go ono wiele kosztowało.
— Rożański, bracie mój, — rzekł, kończąc rozmowę i ściskając go — nie sobiem winien, ale wam, żem uczciwym został. Niech ci to Bóg na dzieciach nagrodzi.
Żaba szedł powoli do konia, którego był za ogrodem do płotu przywiązał, a idąc klął co wlazło i pięścią się odgrażał zdaleka ku Rożańskiemu.
Jak tu było do jejmości powrócić, potłuczonemu, odartemu i z takim poselstwa skutkiem? jak się było bodaj przyznać do takiej niezdarności?...
Żaba pomyślał, że mu się spać godzi, a bodaj nad ranem z gospodarzem rozmówić o swoją krzywdę. Nie było też czego tak bardzo śpieszyć do pisarzowej z raportem. Zajechał tedy do żyda, do gospody, kazał sobie siana posłać, piwa zagrzać i spać legnął.
Poznano w nim zaraz szlachcica, o którym już po całej wsi było gadanie wielkie, arendarz więc jak świt, posłał cichaczem do dworu dać znać, że u niego nocuje. Paweł obudził z tem Rożańskiego, który kitel płócienny wziąwszy i szablę przypasawszy, poszedł do karczmy.
Żaba jeszcze spał, musiał więc gospodarz, na przyźbie siadłszy, poczekać, aż się przebudzi, bo czuł, że mu się po tej biedzie choć sen należał. Gdy się nareszcie na nogi zerwał i wiadro wody kazawszy sobie przynieść, wyszorował... Rożański wszedł na próg.
— Bez rankoru — rzekł spokojnie, wąsa kręcąc. — Waszmość swoją sprawę uczciwie i gorliwie spełniłeś, jam czynił, com był powinien. Żal mi szczerze, żem zacnego, jak wy, młodzieńca turbować musiał. Ale, co chcecie? chodzi to po ludziach! Ja Pełkę kocham i od podłości go bronię a od zguby; radbym przecie, żebyś i waszmość ode mnie z raną na sercu nie odjeżdżał. Młodym waszmość jesteś i niedoświadczonym: przyjm dobrą radę, szukaj sobie lepszego pana, niż wasza pisarzowa, bo duszę zgubisz...
— Nic mi po waszmościnych radach, — odparł Żaba — już ja sobie mam nadzieję i sam rady dać, przy pomocy Bożej. A co do pisarzowej, tam się ja pono na oczy pokazać nie mogę, więc pewnie, że innego dworu szukać będę.
— Nie miejcież rankoru do mnie, — rzekł Rożański — jeśli szabli chcesz, gotówem, a na co się to waszmości zda? Ja się biję dobrze i obetnę, choć młodszym jesteś i silniejszym... Krzywdęm waszmości uczynił i na ciele, i na kieszeni, pędź do dworu, wyliżesz się, a sto talarów bitych na drogę dam z braterskiego serca...
Żabie, który się był przez tę drogę wyekspensował, wcale nie od rzeczy były owe talary. Podał rękę Rożańskiemu.
— Jak mi Bóg miły, — rzekł — z waszmości i przyjaciel, jakich mało, i człek, który z ludźmi obejść się umie. Co się stało... puśćmy w zapomnienie; a kiedyście na mnie łaskawi... nie odrzucam... Pojadę do dworu.
— Bóg zapłać — dawałem sto talarów, pas dam lity w dodatku, żebyś miał ode mnie na pamiątkę... Chodźmy pieszo, konia sprowadzić każę...
Tak tedy poszli razem. Żaba, choć napozór przejednany, miał jednak myśl, z którą się nie wydawał.
— Co to szkodzi? — rzekł w duchu — do dworu pójdę, może znajdę zręczność z Pełką pomówić... któż wie jeszcze, co będzie?...
Zdziwił się Pełka, dowiedziawszy od Gabryka, iż Żaba we dworze pozostał, a bodaj do obiadu miał przyjść. Niebardzo mu to miłe było, bo się sam siebie obawiał. Z rana Zboiński jednać się poszedł z dworzaninem, i dopiero, gdy na stole już misy były, Pełka przybywającego Żabę zobaczył. Za stołem poili go na załatanie przykrych wspomnień, i humor się wziął dobry. Wstawszy, o koniach wszczęła się gawęda, i jak to zwykle bywało, harce w podwórzu.
Wyprowadzono różne, posiadano, toczono niemi, bo Żaba był jeździec doskonały, i znał się na wierzchowcach... A że się wszyscy końmi zajęli mocno, bo to sprawa serdeczna, i niedarmo Skarga szlachtę gromił za przywiązanie zbytnie do „kobylego syna“ — niewiele zważano na Pełkę i na Żabę, który umiał ze zręczności korzystać. Poszli Zboiński z Rożańskim na wyścigi po grobli.
— Hej, panie rotmistrzu, — rzekł, zbliżając się doń Żaba — co się stało, trudno odrabiać. Żenicie się, daj Boże szczęśliwie... nie powiem nic, tylko że mi się serce ściska nad losem naszej pani! Wszyscyśmy na to patrzali, cały o tem świat wie, że ona nigdy do nikogo przywiązania nie miała, tylko do was, w nikim takiej wiary, jak w was. Żeby nie matka, dawnoby ona była żoną waszą...
— I ja tak myślę — rzekł Pełka, wzdychając.
— Teraz tylkoby ją przyjść i wziąć, sama się wam prosiła...
— A no, matka jest...
— Ale to już nie to, co bywało! — rzekł Żaba: — straciła wiele buty, poszedłszy za Cyrulskiego. Teraz tylko płacze i modli się, Boga za stare grzechy przepraszając. Zato pisarzowa śmielsza i ma swoją wolę w domu! Już nie bez przyczyny wołała was do siebie... boć przecie nie na obronę... nic jej nie grozi.. Ale serce przemówiło...
Pełka usta zagryzł...
— A! gdybyście ją widzieli jak wygląda! — mówił Żaba z uśmiechem. — Ja jakem żyw piękniejszej nie widziałem kobiety... Nie starzeje, nie więdnieje, tylko zdaje się rozkwita coraz. Drugiej takiej niema na świecie.
— To prawda! — cicho westchnął Pełka.
Powracający Rożański ze Zboińskim nie dali mówić więcej, gospodarz przypomniał poniewczasie, iż tam niebezpiecznego Żabę zostawił, rad był kusiciela przepędzić. Jakoż na widok jego dworzanin z ganku zeskoczył i do koni zaraz poszedł...
Po wieczerzy... rozeszli się wszyscy skoro. Rożański worek z talarami zabrał i do oficyny poszedł. Tu złożył je na stole przy Żabie.
— Com przyrzekł, przynoszę, — rzekł — wyleż się waszmość jak należy, jutro takim chłódkiem jedź... Pełka mi smutny, waszmość mu tę czarownicę przypominacie, zejdźcie lepiej z oczu... człek się uspokoi.
Nie było już sposobu do Pełki przystąpić. Zdrajca Rożański, który o niebieskiej kokardzie wiedział, a Gabryka za sobą miał, odkradł ową spłowiałą wstążkę, obwinął ją pięknie w papier, opieczętował i przez sługę Żabie odesłał, z tem, iż pan rotmistrz Pełka prosił o wręczenie obsigilatu tego pani pisarzowej. Dworzaninowi było to na rękę, iż przynajmniej do powrotu miał powód. Nazajutrz rano, nim słońce przygrzewać zaczęło, już na gościńcu był.
W drodze nie marudził, tak że trzeciego dnia, nocami nadrabiając, przyjechał do rezydencji. Ale do pani nie było mu pilno. Przybył wieczorem i oznajmywać o sobie nawet nie dał, myśląc do rana odwlec sprawę z poselstwa.
Ale go już fraucymer najrzał, bo pan Żaba tam miał dobre przyjaciółki, i nie upłynęła godzina, gdy pani wiedziała, a marszałek przyszedł, aby się Żaba zaraz stawił.
Godzina była szara... Jejmość chodziła niecierpliwie po sali.
Gdy się ukazał Żaba, pobiegła ku niemu niecierpliwa, i dumnie zawołała:
— Cóżto? sam? coś zrobił? gdzie byłeś? mów!
Tupała nogą z niecierpliwości.
— Jakże to może być! mówiłam ci, żebyś mi nie powracał sam! mów...
Żaba milczał, dobył nareszcie zbiedzonego głosu.
— A pani! — rzekł — dobrze, żem życie wyniósł stamtąd.
— Cóżeś to na Tatara jeździł?
— Gorzej, bom i w niewoli był, i zbity... i z niczem przybywam.
— Widziałeś go?
— A jakże.
— Głowę straciłeś chyba! a no mów!
Żaba nie był wielkim mówcą, jednak chodziło mu o skórę, żeby łask nie utracił, umiał więc przedstawić sprawę swoją w takich kolorach, jakich mu było potrzeba... Gdy doszedł do tego, że Pełka po zaręczynach i żeni się lada dzień, a potem papier wręczył, pisarzowa rozerwała go, pobiegła do okna, zobaczyła wstążkę i krzyknęła:
— Podły! nikczemny! zdrajca!...
Usłyszawszy krzyk, wbiegła matka przestraszona; to upamiętało pisarzową natychmiast, dała znak stojącemu u drzwi Żabie, zręcznie schowała papier za siebie i odezwała się ze śmiechem, że ją pająk nastraszył, bo pająków w istocie nie znosiła.
Matka znała nadto dobrze córkę, żeby się pająkiem uwieść dała. Jakkolwiek wyprawa Żaby była sekretną, domyślała się jej dawno. Na dworze miała ona swe potajemne związki, swe z fraucymerem stosunki i ludzi, co jej służyli. Powrót Żaby obudził podejrzenia.
Modląc się i wzdychając mało nie do północy, tak przedumała stara pani, nie dowierzając temu, ażeby Pełka miał takie szczęście odrzucać... Prawdę rzekłszy, niedobrze w sercu córki czytała: Była li to miłość czy fantazja? Czy chciała go mieć jako wygodnego służkę bez płacy, czy w istocie w sercu jej się co kryło?...
Jak się tu było dobadać?
Nazajutrz, gdy się spotkały, wlepiła oczy matka w pisarzową i znalazła ją smutną, chmurną, a gniewną...
— Co tobie jest? — spytała — jużci tego głupiego wczorajszego pająka czas było zapomnieć — czyś niezdrowa?
Jadwiga ramionami ruszyła — nie odpowiedziała nic.
— Bardzo mi frasobliwą wyglądasz, — ozwała się troskliwa matka — a nie dziwuję się temu. Źle kobiecie wdową być, a ty jeszcze nie pozbywszy się tego trutnia, byłaś nią za jego życia... A no, teraz wybierz już sobie sama, kogo chcesz... ja się nie sprzeciwię...
Bystro spojrzała Jadwiga na matkę.
— Nie mam kogo wybierać! — westchnęła.
— To ci się śni! — przerwała matka — pojedziemy na sejm... roić się będą ludzie koło ciebie. Wyglądasz, gdyby róża... o adoratorów ci nie będzie trudno...
— Wszyscy oni, ilu ich znałam, ilu ich było, ilu się kochało, a matunia najlepiej wiesz, że niemało... złamanego szeląga nie warci...
— Choć aby jeden musiał być lepszy...
Pisarzowa znowu spojrzała bystro, jakby matkę badając — i zmilczała.
Nie było sposobu z niej nic dobyć. Strach brał matkę, bo z taką tajemnicą walka była niełatwa. Wolała dobyć nawierzch ukrytego nieprzyjaciela.
— Ten nienawistny mi Pełka — dodała — toż przecie się niby kochał...
— Tyle wart, co i drudzy! — wybuchnęła, brew marszcząc, Jadwiga. — Przyznaję się, długom mu wierzyła, choć ten, choć jeden — a no i ten zdrajca!
— Dać bo mu pokój: — przerwała Cyrulska — to już stary człek... a wartogłów... Trzy razy mu cię z przed nosa ludzie wzięli.
Jadwiga się wstrząsła...
— Powiem prawdę — zawołała, jakby nie mogąc się wstrzymać — dla niego jednego miałam trochę serca, ale go dziś nienawidzę!!
— Cóżeś to się o nim dowiedziała? — niby obojętnie zapytała matka.
— Niewarto i mówić, — pośpiesznie rzuciła Jadwiga — żeni się, właśnie teraz się żeni!
— A to chwała Bogu, że się sobie żeni, — odezwała się wkońcu Cyrulska — przynajmniej go już nie zobaczymy... mnie on kością w gardle siedział. Szlachcina jakiś, a piął się o senatorskie dziecko... Dojadł mi, dojadł... a jeśli kto winien, że się małżeństwa nie wiodły, to on... Śpieszyłam się, żeby mu drogę zagrodzić.
— Tak i mnie do szczęścia! — ponuro odezwała się Jadwiga.
— Co ci się dzieje?
— Sama nie wiem, co się dzieje ze mną! — ofuknęła córka — to wiem, że mi się płakać chce, myśląc, iż go nie zobaczę, że mi go inna zabrała, że mnie znienawidził i wzgardził mną.
— Co ty pleciesz!... — zawołała Cyrulska zkolei... — Takiego bałamuctwam się nie spodziewała, to już chyba opętanie! choć egzorcyzmy czytać nad tobą.
Z godzinę trwała rozmowa. Wyszła z niej Cyrulska oburzona i zmieszana. Jedno ją to pocieszało, że Pełka się ożenił, i że to przejść musi, a córka łatwo go teraz zapomni.
Wieczorem kazała wołać Żaby pani pisarzowa, matkę odprawiwszy.
— Kiedy się miał żenić? — zapytała.
Żaba dobrze nie wiedział, lecz słyszał, że dopiero za dni kilka, gdy papiery przyjdą z Krakowa...
Pochodziła jejmość po sali.
— Daleko to stąd?
Żabie się zimno zrobiło. Począł liczyć mile... Drogi kawał był spory...
Co ona sobie myśli? gotowa jeszcze raz mnie wyprawić na zęby Rożańskiego...
Wypytawszy tak o podróż, o noclegi, o gościńce... odprawiła go pisarzowa, zawołano marszałka i koniuszego...
Jejmość zapragnęła jechać do Krakowa, jak powiedziała, ale sama jedna i lekko, bez dworu... Chciała, aby nazajutrz dodnia wszystko było gotowe, ludzie, kolebka, konie...
Doniesiono o tem natychmiast matce, której to nie w smak poszło. Przytoczyła się do córki.
— A to co ja słyszę! — odezwała się z progu — do Krakowa? jutro? nie powiedziawszy mi słowa? Cóż się stało? Od kiedyż to ja tu obcą jestem?
— Ja muszę... — odparła chłodno Jadwiga — muszę...
— Cóż to jest?
— Pilna sprawa...
— Dla mnie zakryta?
— Tak! — po namyśle odezwała się córka.
— Dlaczego?
— Nie jestem dzieckiem... niech mi matka woli nie krępuje...
Dotąd cierpliwa pani eks-podczaszyna wybuchła:
— Myślisz, że ja nic nie rozumiem!
Poczęła się śmiać.
— W głowie ci się przewróciło. Dość już ludzie na nas plotą i czernią, chce ci się nowych nieprzyjaciół i jadu... Myślisz swojego tego Pełkę od ołtarza oderwać, może na to, aby sukcedował rotmistrz po pisarzu... Ja na to nie pozwolę! ja tego szaleństwa nie dopuszczę!
Zawrzała kłótnia, jakiej jeszcze nigdy nie było, zapomniała się matka, uniosła córka... Zagroziła pisarzowa wyjazdem, nie wstrzymywała jej druga.
Wszystkie panny z fraucymeru, drżąc, podsłuchiwały pode drzwiami... aż Jadwiga, osłabłszy, się rozpłakała...
Poczęły się tedy pieszczoty i przejednywania, żale i tłumaczenia, a mimo to oświadczyła Cyrulska, iż do Horbowa odjedzie.
— Rządź się sobie i rób, co chcesz! ja się do niczego nie mieszam...
Z tem się rozeszły... późno w noc...
Stara wróciła do izby i nie kładąc się już spać, posłała do stajni po swych ludzi, aby w godzinę do drogi byli gotowi... W całym domu popłoch i zamieszanie było największe...
Nazajutrz rano, gdy pani pisarzowa, ze zwykłą sobie despotycznością, konie kazała zaprzęgać, a cała służba latała, aby co rychlej zadość uczynić jej rozkazom — już oddawna pani Cyrulskiej nie było.
I córka i wszyscy w domu przekonani byli najmocniej, że wyruszyła rozgniewana do Horbowa, to też się o to jak najmniej troszczono. Stało się wszakże, czego nikt przewidzieć nie mógł. Stara jechała, śpiesząc, by córkę do Rożańskich wyprzedzić. Żaba wszystko wyśpiewał, co do pokierowania się w drodze potrzebne było... Sypiąc pieniędzmi i umiejąc ludźmi się posługiwać, matka, nim wyjechała, urządziła tak wszystko, ażeby córka nietylko jej wyprzedzić, lecz nawet dopędzić nie mogła. Przeczuła bowiem dobrze, iż córka dla przeszkodzenia nienawistnemu małżeństwu poleci do Pełki, choćby go od ołtarza odciągnąć miała... Była tego pewną... nie mogła się omylić i nie myliła się też wcale.
Pisarzowa w istocie powzięła zuchwałą myśl stawić się osobiście tam, gdzie przez posła nic się jej uczynić nie udało.
Rożański triumfował już, oczekując tylko na indult i papiery, aby państwa młodych do ołtarza poprowadzić.
Z dnia na dzień opóźniali się posłańcy, wyprawiono za pierwszymi drugich... bo i Wacek czuł, że „periculum in mora“.
Woził codzień Pełkę do narzeczonej i miał tę pociechę, iż przy niej widział go odrodzonym, wesołym, szczęśliwym, zapominającym o starych szałach i o niezdrowych amorach (było to znane nam już wyrażenie Rożańskiego). Lecz cóż? zaledwie od Kmiciców wyjechali, a Medard sam pozostał z myślami, wpadał w melancholję i chodził jak z krzyża zdjęty. Wacek, szpiegując go, słyszał pociemku nocą do ranka niemal przechadzającego się po izbie i wzdychającego, aż litość brała.
Indulty jak nie przybywały, tak nie przybywały, a Rożański głowę tracił... Był już nawet w pertraktacjach z plebanem o to, aby się bez nich obejść można. Lecz ksiądz rygorysta zgodzić się na to nie chciał, chociaż nie byłby srodze karany, bo istotnych przeszkód nie było, a o formę tylko chodziło.
Rożański pędził codziennie Medarda do Elżusi, a sam, gdy jechać nie mógł, siadał w ganku i tych posłańców, jak kania dżdżu, czekał, oczy wypatrując na gościniec.
Gdy raz tak siedzi zadumany, wąsa kręcąc, iż go mało nie wyrwie... od gospody nadbiegł z wielkim pośpiechem arendarz. Zoczywszy pana w ganku, zdaleka czapkę zdjął i szybko się przybliżył. Zwykle rozmowy prowadził, stojąc w pewnej odległości, tym razem po przywitaniu, wschody całe przebiegł i do jaśnie wielmożnego ucha pańskiego się pochylił, oznajmując, iż jakaś pani stoi z powozem na gościńcu przy gospodzie i pilno się z nim widzieć żąda.
— A czemuż nie zajedzie do dworu? — zapytał Rożański.
— Ona prosi, żeby jasny pan sam do niej się fatygował... bo bardzo pilny ma interes.
Próbował Rożański dopytać, jak ta pani wyglądała, i dowiedział się tylko, że była niemłoda, a otyła — a jak żyd się wyrażał, kiedyś musiała być cale nieszpetna...
Rożańskiego to tknęło, nie opowiadając się więc żonie, zwłaszcza, że do gospody wcale nie było daleko, poszedł razem z arendarzem. Zaraz ze dworu widać już było kolebkę wpół obłoconą, napół opyloną i ludzi koło niej się krzątających. Ciekawością gnany, przyśpieszył kroku... O kilka kroków był od kolasy, gdy głowę z niej wyglądającą ujrzał i, poznawszy nieszczęsną Cyrulską, o mało się nie cofnął.
Ta go już ręką co najżywiej powoływała ku sobie...
Z marsem na czole, kwaśny, zbliżył się ku niej pan Rożański, witając ją zimno...
Stara jejmość, kazawszy sobie rękę dworzaninowi podać, wysiadła, odeszła kroków kilkanaście od ludzi, aby rozmowy słyszeć nie mogli, i niedługo myśląc, odwróciwszy się do Rożańskiego, zawołała:
— Chcesz waszmość przyjaciela ożenić? no — to śpiesz się... ta warjatka, Panie Boże, odpuść... moja córka... już tu panie jedzie, by małżeństwu przeszkodzić, a ja małom szyi nie skręciła, śpiesząc przed nią, aby wam oznajmić... chcecie li być cali... żeńcie prędzej.
Usłyszawszy to, Rożański osłupiał zrazu.
— Ale!
— Czy to waszmość nie rozumiesz? — przerwała mu Cyrulska — ja nie dla miłości tego utrapionego Pełki waszego tu przybywam... niechby mu szatan karku nakręcił... ale mi córki żal, i nie chcę, by na nią gadano....
— Indultów nie mamy; — odezwał się Rożański — gdyby i były nawet dziś, toż przecie ślubu tak dać im nie można, boby ludzie nie wiedzieli, co myśleć, do czego pośpiech taki...
Rożański miał o kilka staj folwarczek... z małym dworkiem; do niego więc jął zapraszać, jeśliby w bliskości pozostać chciała pani Cyrulska, która ze zmęczenia zgodziła się tu odpocząć. Sam wypytawszy, kiedy się mniej więcej spodziewać można przybycia pisarzowej, co najprędzej do dworu pośpieszył.
Szczęściem siedział tu jeszcze Zboiński, człek do rady i na zły raz nieopłacony.
Wybierał się właśnie na ryby z dworskimi, gdy dopadł Rożański, pod rękę chwycił i odwiódł na stronę.
— Alboś ty przyjaciel mnie i Pełce, lub nie; bez ciebie się tu nie obejdzie; chcesz mi pomóc?
— Całą duszą.
— Orzech twardy do zgryzienia...
— Ale i zęby niczego! — uśmiechnął się Zboiński — mów a rąb bez obwijania.
— Licho babę niesie, żeby ślubowi Pełki przeszkodzić. Nie udało się jej przez posła, wybrała się sama... Matka, która Pełki nienawidzi, nadjechała tu z przestrogą. Jeśli pisarzowa pośpieszy przed ślubem, Pełka ją zobaczy, przepadło wszystko... a mnie choć się powiesić.
— Ale cóż ja na to poradzę?...
Babę na drodze wstrzymać musimy i zasekwestrować, póki się ślub nie odbędzie...
Bierz ludzi — koni, ile chcesz... ja nie mogę sam... w niewolę wziąć i nie puszczać, dopóki nie dam znać!
Zboiński począł się śmiać.
— Ale się tobie z tej gorącej przyjaźni i aprehensji w głowie przewróciło! Rożański, kochanie moje, to gwałt na publicznej drodze.
— Ty mi to mówisz! albo to ja tego nie wiem? — zawołał Rożański zniecierpliwiony — przecież się jej nic nie stanie... Zniecierpliwi się, nałaje i po wszystkiem... Gdy my się ze ślubem ułatwimy, niechaj przybywa, ja się jej wówczas nie boję.
Zboińskiemu było to nie na rękę i nie w smak walka z kobietą, awantura na gościńcu, a nuż dwór pisarzowej porwie się do szabel i pistoletów, nuż do kul przyjdzie i do utarczki... kryminalna sprawa!
— Opamiętaj się no, pogadajmy spokojnie mój Rożański — rzekł, prowadząc do ławy w ganku...
— Ale tu czasu niema! — krzyknął Rożański — każda chwila droga, baba może na Kmiciców na dwór najechać!
Załamał ręce Zboiński i chodził — okrutnie mu się nie chciało.
— Tu innej rady niema — dodał Wacek. — Nie chcesz, siadam na koń i lecę po dwóch Borowskich i ich wyślę, ci mi nie odmówią, a swoje zrobię. Przecież gwałtu żadnego nie trzeba... Jejmość nastraszyć lada czem — powiedzieć bodaj, że od granicy tureckiej polem aż tu mór przyszedł i ludzie jak muchy padają, a nie puścić jej pod tym pozorem.
Jak zaczął tak Zboińskiego ze wszech stron zachodzić, a zaklinać na co miał najdroższego, w końcu go skruszył.
— Jadę, — rzekł — dziej się wola twoja! a no, pamiętaj, że gdy się co niedobrego stanie, nie spada na mnie... Ludzi daj i koni co najwięcej, co najrychlej, i drogę wskaż. Co robić! muszę, to jadę.
Zaczął go tedy Rożański ściskać i całować, i wnet po włodarza, po ludzi, po czeladź, konie... We dworze i na pięćdziesięciu siodeł i żelaza się znalazło... Wrzawa, zgiełk, rwetes okrutny zawieruszył w jednej chwili dworem i wioską... Zboiński się w pół zbroiczki odziewał i jak dowódca już na koniu siedział. Za nim zbierana drużyna, ludzie po większej części, którzy jako ciury i czeladź już za wojskami chodzili, a z orężem i rozkazem obejść się umieli. Wyglądało to niepokaźnie, koń nie był doborowy, rynsztunek łatany, odzież jaką kto miał, a co oręż, o tem już i mówić niema co... Zboińskiemu wstyd było takiemu oddziałowi dowodzić, a no ciągle powtarzał, iż się Cygan dla przyjaźni dał obwiesić — takoż i on.
Mimo nagromadzonych umyślnie przeszkód i po drodze zwłok bezliku, niecierpliwa wdówka zbliżała się z ludźmi swoimi, sporząc i nagląc do celu podróży... Więcej jednak niż o dwadzieścia cztery godziny wyprzedziła ją matka, tak że Zboiński, śpieszno jadąc ze swymi ludźmi, po karczmach wszystkich języka biorąc, późno w nocy dopiero z orszakiem jej się spotkał.
Było dobrze po północy, gdy dobiwszy się do ogromnego karczmiska na skraju lasu i zmusiwszy, aby mu otworzono — zobaczył w niem tabór ludzi i koni, których zaraz policzył, a po Żabie poznał, do kogo należeli. Nie było ich nawet dziesiątka...
Swoimi Zboiński tak rozporządził, że ich piętnastu na łące pod karczmą, z końmi posiodłanemi, którym tylko popręg popuszczono, nocowało — a samoszóst do gospody się włamał prawie siłą, bo go puszczać nie chciano. Mimo zgody, Żaba do niego ząb miał, nie mógł mu zapomnieć, że go wiązać kazał. Narzuciwszy opończę na ramiona, wstał z posłania kwaśny i powitawszy, chciał się go koniecznie z gospody zbyć, że miejsca w niej nie było.
— Musimy się jako tako pomieścić — odparł Zboiński — to darmo, noc chłodna i rosa okrutna, a mnie jeszcze febra dokucza.
— Dokądże to? — zapytał Żaba.
— A wy? — odparł Zboiński...
— My?... my... a no, w Krakowskie... — zawołał Żaba.
— Toście się dobrze wybrali! my stamtąd uciekamy...
— Albo co?
— E! czyż nic nie wiecie?
— Cóż się stało? — spytał Żaba...
— Mór, mór straszny — wzdychając, począł, i minę płaczliwą czyniąc Zboiński.
— Od kiedyż?...
— Dni temu dziesięć, a co się w różne strony nie rozbiegło, to wszystko popadało... dwory i miasta pustkami stoją, na Śląsko, do Węgier, gdzie kto mógł, uszedł...
Żaba słuchał, uszom nie wierząc.
— Gdzież? skąd?
— Z wiatrem jakoś od Turka przyszło, — mówił z wielką powagą Zboiński — klęski takiej u nas jeszcze nie bywało... Wczoraj zdrowi wszyscy... nazajutrz wionie i we wsi tylko trupy leżą...
— Ależ... to nie może być, toćby już po świecie słychać było?
— Tają tę klęskę, żeby ludu nie straszyć... — rzekł, zsiadając z konia, Zboiński. — Zmiłujcie się, nie jedźcie...
Gdy tak gwarzyli, ze drzwi izby osobnej głowy kobiece się powysuwały, nasłuchując... Pisarzowa ciągle niespokojna wstała i przyodziała się... bo już i na brzask rychło się brać miało.
Zawołano na Żabę; ten wystraszony pobiegł do pani i zaraz jej wyśpiewał wszystko; nie powiedział tylko przez zapomnienie, skąd Zboińskiego znał i gdzie go widział.
— Prosić go do mnie! — odezwała się wdowa... — jużci mi tego powtórzyć nie odmówi.
Gdy Zboiński wszedł i popatrzył na nią, dopiero Pełki szaleństwo zrozumiał. Jejmość wprawdzie wiadomością o morze była przestraszona, lecz zobaczywszy rycersko przybranego mężczyznę, który przed jej pięknością osłupiał, nie mogła być na to obojętną i uśmiechnęła mu się mimowoli.
— Coś mi mój dworzanin poplótł, a no zrozumieć trudno — odezwała się tym głosem wdzięcznym, który brzmiał jak piosenka bez serca... Czyście sobie z niego żartowali? Mór u nas? w Krakowskiem? niechże na Ukrainie, na Kresach, na Rusi, ale tu, i skądże, gdy o nim słychać nie było.
Zboiński do swej komedji miał się czas przygotować: westchnął i smutną bardzo przybrał postać.
— Istna prawda, — odezwał się — że mór jest straszny... niektóre okolice zupełnie opustoszały... po dworach ludzie, co się nie rozpierzchli — wymarli.
Pisarzowa ręce załamała.
— Gdzie? w której stronie?
Zboiński umyślnie okolicę wybrał najbliższą Rożańskich. Pisarzowa pobladła...
— Lecz z dworów powinni się byli do Krakowa salwować...
— Tak też uczynili, o ile wiem, Kmicicowie, Rożańscy, Borowscy i wielu innych...
— Rożańscy? wszyscy?...
Dziś tam żywej duszy we dworze niema, w Krakowie wszyscy. Powietrze idzie istnie jako powietrze, jako burza... ale przechodzi rychło...
Nie wiedziała, co mówić pisarzowa... Zboiński stał i patrzał w nią jak w tęczę...
— Jeśli już tak źle jest, — odezwała się — a dała mi Opatrzność waszmościa tu spotkać, kobiecie pomocy i rady nie odmówisz. Jechałam właśnie w tamtą stronę — co mam począć?
— Hm, — odezwał się Zboiński, choć mu serce miękło i kobiety żal być poczynał — hm, najlepiej tu w lesie biedę przesiedzieć, bo w lasach tylko od powietrza ludzie wolni. Mór idzie jak płomień szybko, lecz przechodzi też prędko.
— A do Krakowa droga wolna? — zapytała pisarzowa.
— Któż to wie? anibym radził się puszczać.
Zniecierpliwiona wdówka poczęła pantofelkami stukać po podłodze, załamała ręce, nie wiedziała, co czynić.
Zboińskiemu i żal jej było nieco, i śmiech go brał pusty, że mu się z tym morem tak powiodło. Właśnie gdy nieostrożnie się sobie sam uśmiechał, z pod spuszczonych powiek pięknej pani padło zukosa wejrzenie, postrzegła uśmiech — i obudził w niej niedowierzanie.
Sama historja dość już i tak była nieprawdopodobna. Zboiński w tejże chwili przybrał postawę i minę zafrasowaną, ale już było po czasie. Pisarzowa poczynała wietrzyć zdradę.
Napadła go tedy gradem zdradliwych zapytań. Skąd jechał? kogo znał? i dobyła wiadomości, że z Rożańskimi był dobrze.
To jeszcze bardziej w podejrzeniu ją utwierdziło.
— A dokądże się Rożańscy udali? — zapytała.
— Pewnie do Krakowa, — rzekł Zboiński — tyle wiem, że tam w okolicy wesele miało być, które przyśpieszono, odbyto „privatissime“, i wszyscy się rozpierzchli.
— Czyje wesele? — spytała wdowa.
— Jeśli się nie mylę, rotmistrza Pełki z Kmicicówną.
— Ależ się ono jeszcze odbyć nie mogło! — niecierpliwie zawołała kobieta.
— Jakto nie mogło, gdy się odbyło? — potwierdził Zboiński — niemal świadkiem byłem; a że oboje państwo młode na moje oczy widziałem, na to pani poprzysiąc mogę.
Spojrzał na panią pisarzową, na której twarzy nie dostrzegł najmniejszej zmiany, bo zwróciła się trochę ku oknu, aby wzruszenie ukryć, a gdy znowu wzrok rzuciła na niego, była całkiem spokojna.
W istocie podejrzenie się jej wzmogło, a instynkt jej jakiś szeptał, że Zboiński kłamał; przypuszczała już, iż wysłany być musiał, ażeby ją powstrzymać.
Lecz któżby o jej przybywaniu miał oznajmić? tego pojąć nie mogła.
Zakręciwszy się po izdebce, skłoniła się szlachcicowi, żegnając, a Zboiński, który się dłuższego badania spodziewał, wyszedł nieco zawiedziony.
W chwilę potem jejmość Żabę wezwać kazała... i stał posłuszny w progu.
— Ropucho! — zawołała pocichu — ma ten szlachcic z sobą ludzi?
— Jest ich z pięciu...
— Spój mi zaraz którego z nich i dobądź z niego prawdy... Ten człowiek kłamie... Dowiedz się, skąd jadą? dokąd? o powietrzu tem! Rozumiesz? prędko... Konie mieć w pogotowiu...
Żaba był dosyć zręczny, lecz to mu nie poszło łatwo, człowieka oderwać z pod oczu Zboińskiego nie miał środka...
Chodził wkoło i nierychło sobie dobrał jednego z nosem czerwieńszym, do którego poszedł w ciche konkury. Zwolna go odciągnął nieznacznie do izby szynkowej, a tu już nie szczędząc nic, kazał miodu dać, szepnąwszy Żydowi, aby co najmocniejszego ma, stawił..
Człek był nieobrotny... rozespany... opowiadania owego o powietrzu nie słyszał, nie wiedział o niczem. Kłamać ani myślał, ani umiał. Gdy go Żaba przyparł o ów mór straszny, ramionami ruszył i rzekł, że o nim nic nie wie.
— Jakże nie wiecie, gdy od niego uciekacie?
— Co wam paneńku się śni — rzekł rozdobruchany chłopek — już my was raz wiązali, a toby pono drugi raz należało... Gdzie kto o morze słyszał?
Śmiać się począł. Żaba dopiero w nim rozpoznał jednego z tych, co go do ciupy wrzucali...
— Skądżeście? od Rożańskich?
— A juścić! — rzekł naiwnie chłop — toć was zaraz poznałem...
— Cóż u was słychać?
— Co ma być? do weseliska się przyrządzają...
Nie pytając dłużej, aby podejrzeń nie ściągnąć, Żaba się wymknął i pobiegł do pisarzowej z raportem.
Na pierwsze usłyszane wyrazy natychmiast konie kazała zaprzęgać.
Zboiński stał, gdy się to działo i domyślił się, że się musiało wydać kłamstwo. Nie było już rady... wysłał człowieka i ludziom z łąki kazał przybywać, a karczmę dokoła obsadzić. Tych, których miał w środku, rozłożył tak, aby wrót pilnowali i kołami je podparli.
Zaprzęgano kolebki.
— Co to robicie? — spytał spokojnie Zboiński.
— Myślimy jechać! — rzekł Żaba.
— Dajcie temu pokój, — odezwał się szlachcic — ja wam pod mór ruszyć się nie dam.
Roześmiał się dworzanin.
— Wolne żarty...
— To nie żarty wcale, — mówił Zboiński — ja was stąd nie puszczę...
— Widzisz pan, — począł Żaba — niechno się pan obliczy, to trochę będzie trudno... Nas tu mało nie dziesiątek, a ichmościów sześciu, i gdyby na odwrót było, my sobie gwałtu uczynić nie damy.
— Wyjrzyjże-no, panie bracie, trochę przez szpary od ścian, — śmiejąc się, rzekł Zboiński — przekonacie się, że ja na wiatr nie mówię nic... Prawda, że nas tu sześciu, a no poza karczmą też trocha jest.
Żaba pobladł, lecz sądząc, że go tak straszy na żarty, pobiegł i oko przyłożył do wrót... Za wrotami stało rzędem kilkunastu konnych i zbrojnych ludzi.
— Cóż to ma znaczyć? — zawołał.
— Jużem wam mówił, — odezwał się Zboiński — darmo konie zaprzęgać, nie pojedziecie.
— Dlaczego?
— A no — mór!
Zboiński sam się z tego rozśmiał, co mówił.
Żaba zgłupiał, rzucił się do izby, w której była pani. Nie broniono mu. A tuż drzwi się otwarły naoścież, i pani pisarzowa wybiegła z oczyma zapalonemi wprost na Zboińskiego.
— Słuchaj waszmość, — zawołała — czy mi wytłumaczysz, co to jest? Prawisz o morze? Ludzie mówią, iż z karczmy puścić ich nie chcesz? Coś za jeden? jakiem prawem?
Na te żywo, jak grad, sypiące się słowa Zboiński miał czas namyślić się z odpowiedzią.
— Wierzysz pani czy nie, iż mór jest, do woli jej to zostawiam, ale mi kazano w tamte strony nie puszczać ludzi — i nie puszczę.
— Kto kazał? kto śmiał? — krzyknęła pisarzowa.
— Z urzędu... — rzekł zimno Zboiński.
Gdy to mówił i wyplątywał się jak mógł i umiał pisarzowa patrzała nań, badała, twarz się jej mieniła, naostatek skinęła, aby za nią do izby szedł, i drzwi za nim zatrzasnęła.
Ze wzruszenia z początku mówić nie mogła, aż ochłonąwszy.
— Czy mnie waszmość masz za dziecko? czy za obraną z rozumu? — rzekła wkońcu. — Dosyćby było tego trefnego dworowania, mów mi waszmość prawdę, co to znaczy? com ja waćpanu winna?
Zmieszał się szlachcic.
— Mnie nic, a nic — rzekł — ale... zrządzenie jest takie... Konjunktury, wypadki, iż pani pisarzowa musi albo tu posiedzieć lub do domu pod moją strażą powracać, a dalej jechać, tam gdzie było jej zamiarem... nie dopuszczę. Nie moja to rzecz tłumaczyć jak, co, czemu, dlaczego, przez kogo, jam tu poseł... żołnierz... o niczem nie wiem, a co mi polecono, spełniam, i pani dalej nie puszczę.
— Cóż waćpana do tego zmusza? — zapytała pisarzowa.
— Konjunktury... — przebąknął Zboiński — okoliczności, wypadki... to rzecz mojego sumienia!
— I jakże długo mi tu asindziej siedzieć każesz? — zapytała pisarzowa, tłumiąc niecierpliwość.
— To się... okaże — rzekł, chrząkając zakłopotany Zboiński — nic nie wiem.
— Jestem więc na gładkiej drodze wzięta w niewolę?
— W niewolę? nie, boć do domu nikt wracać nie broni...
Zdawała się zupełnie udobruchana i zaczynała wypadek w żarty obracać.
— Jak się pan nazywasz? — dodała, patrząc mu w oczy.
— Zboiński... — odparł szlachcic, kłaniając się.
— Widywałam Zboińskich z Kostrowca i znałam panią łowczynę...
— Stryjenką mi jest — rzekł Zboiński.
— Siadaj pan... proszę...
Zboiński, sam nie wiedząc, co z sobą zrobić, siadł na brzeżku żydowskiego stołka, ale w duchu mówił sobie: — O! o! baba udaje obojętną — coś bardzo łaskawa, trzeba się mieć na ostrożności.
— Czyś pan służył wojskowo?
— A jakże, pisarzowo dobrodziejko, a jakże! i długo dosyć.
— Zaraz to znać z postawy... bo hreczkosieje inaczej wyglądają... Jesteś pan żonaty?
— Dotąd jeszcze nie.
Pisarzowa gryzła w ustach koniec wachlarza, który ze stołu podjęła, a nie mogła się nigdy obejść bez tego sprzętu, tak że przy łóżku na stoliku wachlarz kładła.
— I dlaczegożeś się pan nie ożenił?
— Ha! no... konjunktury — odparł niezbyt wymowny Zboiński — przeznaczenie...
Pisarzowa się uśmiechnęła.
— Więc będziemy we dwoje pokutowali w tem karczmisku? — odezwała się.
Zboiński ramionami ruszył.
— Wiesz waćpan, że tu oszaleć można.
— Cóż ja na to poradzę? możeby pani do domu pojechała?
— Nie mogę — odezwała, namyślając się, pisarzowa — muszę w tamte strony! ale.. słuchaj, panie Zboiński, wam się wszystkim w głowie chyba pomieszało.
Zapytany spojrzał i milczał.
— Widzę, że wy mnie podejrzewacie chyba, jakobym małżeństwu waszego przyjaciela Pełki z Kmicicówną przeszkodzić chciała? nieprawdaż?
Zboiński bał się wygadać, rozśmiał się i głową kiwnął.
— Ale to się wam uroiło! poszaleliście, ilu was jest! — zawołała pisarzowa. — Cóżto? miałabym się za nim tak ubiegać? Wszakże ja i matka pozbyliśmy się go tyle razy, iż wkońcu trzeba być... obranym z rozumu, aby mnie o to posądzać! Patrzajcie waszmość na mnie, panie Zboiński...
Obróciła mu się dokoła.
— Czy kobieta taka jak ja... majętna, wdowa po Pacu... co także znaczy coś... może za takim Pełką latać, jak szalona i awantury dla niego czynić? Powiedz sam?
— Ale ja nic nie wiem! — zawołał Zboiński.
— Nie kłam mi waszmość! Wiesz, nabechtali ci niedorzeczności, dałeś się obałamucić i pojechałeś mnie wziąć do aresztu, póki ksiądz mu ślubu nie da!
Zboiński się śmiał, pisarzowa mu pomagała, śmiali się tedy na cały głos oboje, tak, że w sieniach karczemnych aż słychać było.
— Widzę, że z waćpanem sobie rady nie dam, — dodała pisarzowa — trzeba ulec przemocy... Tupnęła nóżką... A no! trzeba kazać obiad gotować.
Skinęła głową na pożegnanie. Zboiński wyszedł zamyślony.
Ranek był bardzo piękny... wysunął się więc z karczmy dla obejrzenia ludzi stojących dokoła na straży. Wszystko było w porządku. Czeladź jego, przy koniach stojąc, przekąsywała i piwem się posilała.
Obszedł ich wszystkich, pocichu dając rozkazy, aby z karczmy nikomu wyjść ani wyjeżdżać nie dawano. U drzwi postawił podwójne straże, u okien po jednym człowieku, potem przeszedłszy się wzdłuż i wszerz karczmy i odetchnąwszy świeżem powietrzem, powoli do środka powrócił.
Sprawa mu szła wprawdzie dotąd dobrze, ale w niej nie smakował. Okrutne nudy obiecywały się w przyszłości, gdyby to pilnowanie jejmości potrwać miało, a prawdę rzekłszy, mogło ono się przedłużać... dniami i tygodniami. Zboiński aż ciarki uczuł chodzące po skórze...
Słońce podnosiło się wysoko... Żaba przyszedł prosić Zboińskiego na obiad do pisarzowej. Zrazu się namyślał, lecz poszedł wkońcu.
— Jużciż mnie nie struje — rzekł w duchu.
W izdebce małej na żydowskim stoliczku nakryte było na dwie osoby...
— Kiedy musimy już tu rekolekcje razem odbywać, nie chcę, byś waszmość z głodu umarł — odezwała się pisarzowa... — W domubym lepiej przyjęła, tu muszę się podzielić podróżnym zapasem. Przynajmniej waszmość o suchym chlebie nie będziesz... Jak nie stanie co jeść, to waszmość mnie będziesz musiał żywić...
Śmiała się, mówiąc to, i zaprosiła do stoliczka. Obiad był niewytworny, na polewkę gramatyka z cukrem, potem kawał pekelflejszu gotowanego do chrzanu, potrawka z kury... i omlecik...
Na głodny ząb wydawało się to delicjonalne... Ponieważ dla dworu była wina baryłka w wozie, dano węgrzyna lekkiego, ale pieprzykowatego, który się pił jak woda. Sama pani pisarzowa dolewała.
Człowiek głodny do sytego wcale nie jest podobny. Zboiński czuł się odrodzonym, serca mu przybyło, zwłaszcza od doskonałego pekelflejszu...
Zmiótł go talerz ogromny...
Dawszy mu się posilić, pisarzowa poczęła rozmowę.
— Wiesz waszmość co — rzekła — ja ci tu tak nie wytrzymam w tym zaduchu karczemnym... Nie nawykłam do zamknięcia, dusi mnie ono... Gdybym waszmości dała słowo, że nie wyjdę... toćbyś mi dał choć przejść się po świeżem powietrzu?
Zboiński znalazł to naturalnem bardzo.
— A dlaczegóż nie? — ja z panią pisarzową pójdę sam...
— Ale dajże mi waćpan pokój! ja ze stróżem chodzić nie myślę. Jeśli pójdę, to sama...
— Jużcić pieszo mi nie umknie — rzekł w duchu Zboiński i zamilkł...
Przyniesiono drugi gąsiorek wina... zaczynało się robić gorąco, a wino to dziwnie chłodziło. Zboiński pił, bo się wcale nie obawiał, żeby to mu mogło zaszkodzić. Baraszkowali bardzo wesoło... Trwało to niemal do wieczora... Wieczorem pożegnała go pisarzowa skinieniem głowy, i gdy już wychodził, odwołała...
— Zmiłujże się, poślij z moim człowiekiem którego ze swoich ludzi do miasteczka; trzeba coś do jedzenia przywieźć, bo się zagłodzimy, a tegobyś i waszmość nie chciał.
— Kogoż pani pisarzowa komenderuje?
— Żaba pojedzie...
— To niech jedzie i sam — dodał Zboiński... ja mu nie przeczę... mnie to nic nie obchodzi, dam rozkaz, aby go puszczono... Ale dziś późno, możeby jutro rano?
— Jutro będzie poniewczasie, bo u mnie zapasu niema, ludzie głodni... trzeba go wyprawić, jak tylko będzie gotów...
Zboiński już ani słowa nie rzekł i do izby karczemnej wszedł, gdzie dla spoczynku siana sobie nasłać kazał... Nie myślał się jednak wcale kłaść, ani rozbierać, tylko nieco kości rozprostować...
Ledwie nieco spoczął, gdy Żaba, odziany jak do drogi, wszedł do izby.
— Proszę-no pana, — odezwał się — obiecałeś pan, że mnie wypuszczą, a tu ludzie wasi mówią, iż mają rozkaz nikogo nie puścić z karczmy.
Wstał Zboiński sam, ale trochę zły, poszedł do drzwi, nakazał ludziom, pokazując Żabę, ażeby go, gdy jechać zechce, bez przeszkody wypuścili, a sam na swoje siano powrócił.
Wkrótce też usłyszał, jak konia wyprowadzono za karczmę i jak na nim dworzanin do miasteczka pokłusował... Nie spał Zboiński, bo był człek czujny, ale drzemał... słyszał każdy ruch w karczmie, każde konia parsknięcie... Kilka razy nocą wstał obejrzeć swoje straże... Wszystko było w porządku. Nadedniem więc głębokim snem usnął. W karczmie było jak w ulu...
Gdy się obudził, Żydzi kręcili się koło niego, szwargocąc i śmiejąc się, a co dziwniejsza, Żaba stał nieopodal, pijąc piwo grzane, choć go powracającego Zboiński nie słyszał.
— Dobry dzień panu! — odezwał się Żaba.
— A jak się tam waszmości podróżowało? — zapytał, oczy przecierając, Zboiński.
— Mnie! — ruszył ramionami Żaba.
— Kiedyś wrócił?
— E! zachcieliście — nie jeździłem...
— Jakto? przecież słyszałem, gdy wam konia wyprowadzono...
Zaśmiał się Żaba.
— Tak! konia dla mnie wyprowadzono, to prawda, ale ja na nim nie pojechałem...
— Cóż się stało?
Żaba w boki się wziął i przysiadł...
— Pisarzowa na nim pojechała! Cha! cha! pisarzowa! pisarzowa!
Równemi nogami porwał się Zboiński, myśląc, że z niego żartują, i poleciał do izby gościnnej. Tam sługa tylko jedna siedziała i śmiała się też do rozpuku...
Pisarzowa znikła... Zboiński włosy sobie z głowy rwał...
— O tom głupi! — wołał — o tom głupi!...
Chciał się mścić na ludziach i Żabie, bo się rozsierdził okrutnie, lecz pomiarkował wprędce, że się to nie godziło. Przyszło mu na myśl dopędzać i pędzić zbiegłą. Huknął: Na koń! na koń!...
Więc co żyło do siodeł, on też na szkapę i w cwał nazad gościńcem...
Żaba stał we wrotach, za boki się trzymał, powychodzili Żydzi i żydzięta, i sługi... a po lesie śmiech się rozlegał... Cała czereda Zboińskiego znikła z oczu.
Dopiero, gdy dobre pół godziny minęło... Żaba wrota pozamykał i konie zaprzęgać kazał...
Kto w nocy na miejscu Żaby wyjechał, Bogu tylko było wiadomo; to pewna, że pisarzowa, ukryta w małej izdebce u Żyda, fortelem tym pozbywszy się straży, siadła do powozu i kazała bocznemi drogami pośpieszać...
— Choćby konie popadały! — zawołała do Żaby. — Ropucho! gnać! póki sił stanie!






U państwa Kmiciców świątecznie dwór wyglądał. Przy wiosennej drzew odzieży i mnóstwie kwiatów tej roku pory strojny stary dworzec szlachecki jakoś się młodzieńczo uśmiechał.
Mnóstwo gości sproszonych było na ten dzień weselny, wojski chciał jedynemu dziecięciu sprawić wesele, któreby ludzie pamiętali, więc najdalszych koligatów listami pościągał, przyjaciół i naokół sąsiadów, i dobrych znajomych.
Ksiądz kanonik Znamirowski z Krakowa, przyjaciel domu, na którego imię (z asystencją proboszcza) indult był wydany, przybył dla pobłogosławienia nowożeńcom. Muzyka zawczasu przywieziona, moździerze do wiwatów stały za dworem... nic nie brakło... Goście się zjeżdżali jeden po drugim, a wojski w ganku witał, po rękach jejmoście całował i szlachtę w objęcia brał...
Pełen był dom, pełen ganek, pełen dziedziniec. „Praeter propter“, pan młody z orszakiem swym miał się stawić około południa, razem z Rożańskim i innymi przyjaciółmi. Dzień sprzyjał, bo choć chmurki białe pływały po turkusowych niebiosach... to chyba, aby oko zabawić, tak były leciuchne i przejrzyste...
Na gawędkach o tem i owem czas schodził. Tymczasem pani podkomorzyna, zastępująca miejsce matki przy pannie Elżbiecie, ubierała ją do ślubu ze zwykłemi obrzędy... a panny druchny kręciły się, starając każda choć szpilkę wpiąć do stroju panny młodej...
Na zegarze gdańskim wybiło pół do dwunastej. Wojski się na zegar popatrzał — pana młodego już w tej porze się spodziewał, ale tyle rzeczy jest na taki dzień do zrobienia i pamiętania, iż spóźnić się nieco — nie nowina... Powinien był lada chwila przyjechać...
Przodem też oznajmując go, nadbiegł przy kolasie żony Rożański, który kawalkatę pana młodego na wyruszeniu z miejsca zostawił, tak, iż w krótkim czasie powinna była i ona się przystawić...
Dwunasta wybiła — pana młodego nie było jeszcze. Wojski się krzywił... i namarszczył.
— Wacku, serce moje, czy mu się co nie stało? jakże może być, aby go do tej pory nie było? Przecież wie, że się na taki dzień spóźnić nie można...
Wysłano kuchtę na dach, żeby na gościniec spojrzał — na gościńcu było pusto, żywej duszy. Wacek się zżymał.
— Ani chybi z koniem bieda, bo dobrał szatana, nie konia, chcąc się z nim popisać... Trzeba człowieka pchnąć, niech choć na stępaku przybywa — byle raz już był...
Wyrostek Rożańskiego, najlepszego z koni wziąwszy, cwałem ruszył... zakurzyło się tylko po nim na drodze... Wojski chodził niespokojny, kryjąc w sobie niepokój wielki i trochę gniewu.
Rachowano kwadranse i minuty. Rożańskiego tknęło coś w serce... wysunął się cichaczem ze dworu, konia sobie kazał dać, i nie zważając, że miał suknie od parady, pogonił sam.
Wybiło pół do pierwszej — nikogo, pierwsza — ani słychu; a już do drugiej gdy dochodziło, całe towarzystwo stało w ganku i szeptano sobie na ucho najrozmaitsze domysły...
Na gościńcu pokazał się nareszcie jeździec — sam jeden... Zdala poznano Rożańskiego. Jechał koniowi cugle puściwszy, tak, że z postawy poznać było łatwo, iż coś z sobą złego wiózł. Nie spieszył wcale...
Gdy się do dziedzińca zbliżał, a twarz zobaczył, wojski struchlał i przeżegnał się. Rożański zsiadł i szedł, zataczając się i ocierając pot z czoła...
— Cóż się stało? na Boga!... co się stało z panem młodym?...
Wahał się długo z odpowiedzią Wacek, wargi mu się trzęsły...
Załamał ręce.
— Przepowiedziałem, — zawołał — jakbym widział. Koń niesworny uląkł mu się w samych wrotach i rzucił nim o słup, tak że ze zranioną głową padł o ziemię, ledwie się go docucono... Leży nieprzytomny...
Załamał ręce wojski, lament wielki po całym rozszedł się dworze...
— Wyjdzie on z tego, — rzekł Rożański strapiony — jak już nie z jednego złego razu powstał zdrów i cały, lecz srodze przyboleje...
Zmieniło się tedy wesele, w najcięższy smutek i niepokój. Do panny młodej wysłano Rożańską, aby jej ostrożnie, całej prawdy nie mówiąc, oznajmiła, co się stało... Rożański wybierał się napowrót do chorego, ale jakoś nie śpieszył. Chodził przybity, ręce załamawszy, a ktoby go nie znał, mógłby ten jego żal wielki wziąć za gniew, tak dziwnie twarz się jego zmieniła...
Kazał sobie, trochę poczekawszy, do kolasy zaprzęgać... żonę zostawując, lecz ta mu się gwałtem prosiła jechać aby chorego pilnować. Ruszyli z przede dworu.
Rożański rzucił się w głąb kolebki.
— Niechże prędzej jadą! — odezwała się żona.
Wacek ramionami ruszył.
— A poco? poco? — mruknął.
— Jakto zabity? o mój Boże! — krzyknęła żona.
— Wolałbym, by zabity był! — pięść ściśnioną podnosząc, ozwał się głosem stłumionym Rożański. — Waćpani nie wiesz nic. Kłamać musiałem... kłamać... Jego niema! uciekł!...
Zboińskiemu się ta małpa wyrwała i w samą porę przybiegła...
— Kto? pisarzowa?
— Któżby miał być? Ludzie mi powiadają, że się był tylko co odział i miał na koń siadać, by jechać, gdy kolebka stanęła u ogrodu i chłopak przybiegł do Pełki, że do niego ktoś z pilnym interesem przybył na dwa słowa...
Wyszedł, słyszę, ledwie czapkę wziąwszy, na dwa słowa — i nie wrócił...
— Cóż się z nim stało? pojechał z nią?
— A juściż! jak był, tak siadł do kolebki — i po wszystkiem.
Rożańska sobie oczy zakryła i zaczęła płakać.
— Niechże ginie, kiedy chce! Wyrzekam się go! znać nie chcę! niech przepada! Nigdy sobie nie daruję, żem wojskiego i Elżusię na to naraził...
Rożańskiego opowiadanie prawdziwe było, lecz niedokładne; w istocie pani pisarzowa zdążyła na porę, aby się o zaprzedaną sobie duszę upomnieć. Na widok jej Pełka, który się najmniej spodziewał, by się jeszcze mógł z nią spotkać — chciał zrazu uciekać... krzyknęła nań i zatrzymała... musiał przyjść drżący... Nie było ani wymówek, ani długiej rozmowy, kazano mu na stopniu kolebki stanąć, gniewna pisarzowa przemówiła doń ledwie i konie ruszyły...
Pełka zniknął...
Dojechawszy do domu, Rożański, którego febra chwyciła, w łóżko się położył... mając tylko tyle pamięci, by do folwarku posłać oznajmić pani Cyrulskiej, co się stało. Małą i w niej miał nadzieję — nie szło mu już o wyrwanie Pełki ze szpon tej kobiety, boby go Kmicicowie nie chcieli — ale pozbyć się był rad załogi i wszelkich z tym domem stosunków...
Dostawszy wiadomość o córce, matka w jednej chwili konie zaprzęgać kazała. Namarszczyła się groźnie, lecz widać nie wyrzekła się nadziei, znając dobrze córkę, iż małżeństwu przeszkodzić potrafi.
— Ślub nie tak łatwo wziąć! — rzekła do siebie — a no, zobaczymy...
Kazała tedy jechać do Krakowa... Tam teraz na dewocji mieszkał, nagle wyrzekłszy się świata, pan łowczy Godziemba, któremu się cała Korona dziwowała, iż z obieżyświata nagle stał się tak pobożnym, że z kościoła wychodził dopiero, gdy go zamykano. Widywano go klęczącego w ławce po całych godzinach i wzdychającego tak, że się nań ludzie oglądali. Niekiedy nawet krzyżem legiwał, nie podkładając nic na zimnej posadzce.
Jejmość, która wolała Cyrulskiego nad niego, rachując na dawne amory i niewygasającą nigdy ich pamięć, umyślnie udała się do Krakowa, aby go użyć do spełnienia swych myśli.
Pospieszać kazała, a że konie były wypoczęły, drogi niezłe, dni długie, stanęli drugiego dnia rano w starej stolicy.
Wiedząc już o obyczajach nowych łowczego, jejmość zarzuciła kwef, wypocząwszy, i poszła do oo. jezuitów, gdzie zaraz w ławeczce klęczącego zobaczyła Godziembę. Nabożeństwo snać było już ukończone, kościół pusty, dwóch dziadków mruczało w kruchcie, jedna babka tułała się od ołtarza do ołtarza... Godziemba klęczał z oczyma zamkniętemi szczelnie i rękami złożonemi.
Uśmiechnęła się Cyrulska, uklękła, pomodliła się, i westchnąwszy ciężko, parę razy w piersi się mocno uderzywszy, wstała. Dotknęła zlekka rąk Godziemby... otworzył oczy powoli, wlepił je w przybyłą, i jakby przerażony zerwał się z ławy, żegnając.
Zdawał się ducha złego odżegnywać.
— Chodź waćpan, panie łowczy... chodź zaraz...
Po głosie dopiero rozpoznawszy, iż nie czcze widmo, ale żywa przeszłość grzeszna stała przed nim, łowczy, zrezygnowawszy, westchnął, ukląkł, ziemię pocałował, i powstawszy, nic nie mówiąc, poszedł posłuszny za panią Cyrulską. Ona też bardzo pobożnie westchnęła na progu, i dopiero w ulicę się dostawszy, poczęła rozmowę z niewolnikiem.
— Waćpan wiesz, że ja tu umyślnie po niego przybyłam?
— Pani dobrodziejko! a cóżby to znowu stać się miało, żebym ja miał na co być jej potrzebnym! Wyrzekłem się świata i jego marności... biedny jestem pokutnik...
— Pokutuj, pokutuj, nie mam nic przeciwko temu — mówiła Cyrulska — ani na pokuszenie go myślę narażać... ale starym przyjaciołom służyć i Pan Bóg nakazuje...
Skłonił się łowczy. Tak doszli do gospody... Polewka została zadysponowana, a gospodyni drzwi zamknąwszy, stanęła przed Godziembą w postaci tragicznej.
— Wiesz, — zawołała — że Jadwiga znowu owdowiała...
— Mój Boże! — krzyknął łowczy — co za los nieszczęśliwy!
— Gdzież znowu! żyć z nim było niepodobna... łotr był z pod ciemnej gwiazdy... Chwała Bogu — przerwała Cyrulska — ale rozumu nie ma...
Wystaw sobie, kochany łowczy, jak tylko to mężysko zmarło, nie miała nic pilniejszego nad to, by zaraz posłać po tego nieszczęsnego Pełkę, do którego ma słabość, a za którego ja jej nie dam wyjść...
— Hm, — odparł łowczy, pamiętny dobrych stosunków i obfitego stołu — to człowiek w gruncie niezły i bardzo majętny.
— Nie chcę jego majątku i jego, — gniewnie obruszyła się jejmość — niecierpię go, nie będzie nigdy mężem mojej córki... Ona sama nie wie, co czyni... W głowie jej świta!
Otóż ja do waszmości przybyłam, radź i ratuj...
— Ja? ja? — cofając się, wykrzyknął łowczy — ale ja nie mogę, ani umiem, jam teraz w Bogu zatopiony... i wyrzekłem się świata!
— Gadaj sobie, co chcesz, grzechu nie wymagam od ciebie, rozumu też, tylko posłuszeństwa. Słuchaj — dodała, przybliżając się Cyrulska — Jadwisia młoda, piękna jeszcze jak róża... bogata, miła... szaleć tylko za nią... Takich wdówek na całą Koronę dwóch nie znajdziecie... Trzeba mi dla niej męża... ale z dobrem imieniem, postawnego, do rzeczy... Dwóch, trzech wesołych konkurentów musisz mi przywieźć. Ja ją znam. Pełka nie Pełka, jak nowych ludzi zobaczy, będzie się zalecała, aby im głowy pozawracać, pójdzie Pełka w kąt, a ja w tem, że ją wydam za innego.
Godziemba, słuchając, głową kręcił.
— To będzie trudno trochę, poradzę się z ks. rektorem... a no... jakoś to będzie... Nie chciałbym Pełce przeszkadzać do szczęścia... lecz snadź przeznaczenie takie...
— O tem nie zapominaj, że trzeba, aby byli ludzie żwawi, weseli i do zakochania łatwi... Posępnych i mruków mi nie prowadź, to się na nic nie przydało...
— Rozumiem, — dodał łowczy — dwóch mam...
— Jacy?
— Jeden ubogi Firlej, mam podejrzenie, że nie prawdziwy, ale trochę podfałszowany, a no! imię jest, a szlachectwa dobywać nie wolno.
— A drugi? — pytała Cyrulska.
— Drugi też niezgorszy... nawet kniaź...
— Jużeśmy jednego próbowali... — przerwała stara.
— Ten w innym gatunku zowie się Kozika... majętności ma na Ukrainie bardzo znaczne, to jest ziemi szmat wielki, a no, bez ludzi...
— A jak wygląda?
— Z chłopska to prawda, lecz z rezonem... duży, czerwony, wesół, niebardzo gładki, ale śmiały Kozak... Fantazja wielka, natura gorąca... i do żeniaczki skłonność ma mocną.
— Żeby miała w czem wybierać, jeszcze ze dwóch miej w zapasie — szepnęła Cyrulska — a przybywaj mi prędko...
Łowczy dał znak głową, iż spełni rozkazy; wygadali się obszernie i długo, brał za czapkę kilka razy, lecz odejść jakoś nie mógł. Siadł około Cyrulskiej blisko, gniotąc w ręku kołpaczek wytarty.
— Wszystko to, mościa dobrodziejko, dobrze... ale „nervus rerum“... tego mi braknie...
Odchrząknął.
— Na to zszedłem — dodał — włóczyło się po świecie, ludzie oszukiwali... i grosza przy duszy nie mam. Jakże ja pojadę?
Markotno było Cyrulskiej, dobyła jednak woreczka z kieszeni, którą miała u boku, i kilkanaście talarów odliczywszy, wcisnęła je łowczemu, który jej rękę ucałował.
— A żebyś mi się duchem przystawił! — rzekła. — Ja jutro jadę wprost i czekać będę. Rozumie się, iż o mnie, żeśmy się z sobą widzieli, ani pisnąć.
— Rozumie się — żegnając, szepnął łowczy — samo z siebie...
Nazajutrz rano jejmość już była w drodze do córki.
Przybycie jej, równie jak wyjazd, niebardzo Jadwigę wzruszyło.
Matka wprost poszła spocząć do swoich pokojów, a pilno też jej było rozpytać u domowników, co się działo z Pełką i jak się z nim obchodziła pisarzowa... Zaledwie dowiedziawszy się o przybyciu starej pani, jak ją zwano, fraucymer z raportami pośpieszył... Opowiedziała Strzemeszanka, iż pan Pełka przybył z jejmością, ale tak, jakby koniuszego przy niej urząd sprawował, albo marszałka dworu, iż go Jadwiga często łajała, wyśmiewała i posługiwała się nim, ale o niczem więcej słychać nie było.
Chodził nieboraczysko jak w pługu, najszczęśliwszy, że ją widywał codziennie, że mu się w coraz nowych sukniach admirować kazała, że z nią do stołu zasiadał i że gospodarstwa, domu i porządku w nim pilnował.
Pani pisarzowa, gdy na rozmowę przybywał, trzymała go u drzwi, zdaleka, i nie szczędziła ostrych słów, jakby go na pokutę sprowadziła. Co tam między nimi były za umowy, o tem nikt nie wiedział, lecz zaręczała Strzemeszanka, że pewnie więcej nie było nic nad to, na co ludzie patrzali. Chciała mieć w nim wiernego sługę, niewolnika i urzędowego wielbiciela.
W tem wszystkiem, co Strzemeszanka opowiadała, tak się dobrze charakter Jadwigi malował, iż matka musiała wierzyć powieści, którąby mogła posądzać o zmyślenie w chęci przypodobania się starej pani.
Jadwiga nie pośpieszyła bardzo na przywitanie matki, przewidując, że jej scenę za Pełkę zrobi.
Cyrulska postanowiła nie powiedzieć i słowa, obrachowawszy się, że drażniąc, może gorsze wywołać skutki. Jadwiga więc napróżno wybuchu oczekiwała, a chcąc raz przebyć spodziewaną burzę, sama ją postanowiła wywołać.
— Pełka jest tu — rzekła.
— A wiem — sucho odezwała się matka.
— Nie dałam mu się ożenić... nie mogłam na to pozwolić...
Cyrulska, ramionami tylko ruszywszy, nic nie odpowiedziała.
— Ja wiem, że matka go nie lubi, ale to człowiek posłuszny i dobry... A! żeby matusia wiedziała! jak pies mi w oczy patrzy... a tak się kocha, tak się kocha, że omdlewa... ja niby nie widzę nic. Dobrze mu tak! niech się męczy, poco się chcieć było żenić? O! będzie miał dobrą pokutę!...
Wyczekawszy chwilę i widząc, że matka na to nie mówi nic, Jadwiga zamilkła, ukłoniła się i poszła.
Trudno to tam zrozumieć serce człowieka. Na Pełkę patrzali wszyscy z ciekawością niezmierną, począwszy od pisarzowej, nikt nie mógł odgadnąć, co on w sobie myślał. Posłuszny był, ale ponury i smutny, i chwilami strasznie mu z oczu błyskało. Gdy na swą jejmość patrzał, rozpromieniała mu się twarz, oczy jaśniały, rozpogadzało czoło, człowiek się robił jakby inny... czasem unosił się i prawił jej strzeliste afekta, to znowu milczał ponuro.
Pani pisarzowa postępowała sobie z nim prawie bez litości — robić musiał wszystko, co kazała, we dworze, poza dworem, w stajniach, na polu... a gdy się co nie po woli stało, nie zbywało na gorzkich wyrzutach...
Pełka znosił, bo mu to opłacała, występując w coraz nowym stroju, coraz nowej fryzurze, wymalowana, wyfiokowana, uśmiechnięta zalotnica, aby głowę dla niej do reszty postradał. Gdy wszedł, a u progu pokornie stanął, a poczęła mu się zwijać i wykręcać, patrząc po wszystkich zwierciadłach i muskając i wdzięcząc, — poglądała tylko zukosa, jakie to na nim czyniło wrażenie, i śmiała się, patrząc, jak się biedaczysko roztapiał cały w tej kontemplacji.
Do pierwszego obiadu, gdy Cyrulska przyszła i oko w oko spotkała się z Pełką, zmierzyli się oboje wzrokiem nienawiści pełnym. Starsza pani uśmiechnęła się szydersko, jakby rzec chciała: — Nie mów-no jeszcze hoc, boś nie przeskoczył!
Pełka zdawał się wyzywać ją — ale słowa się do siebie nie odezwali...
Szło już potem życie swym trybem. Nie przeszkadzała córce pani Cyrulska w rozmowach jej z Pełką, choć pode drzwiami bywała, niewiele zważała na rotmistrza... i zdawała się obojętną. Kilka dni tak upłynęło, gdy jednego wieczora... Żaba wbiegł, oznajmując gości...
Kto, co, jak? jeszcze nie wiedział, tego tylko był pewien, że ich było kilku, i że się w gospodzie myli z pyłu i przebierali... Nikogo z nich nie poznano... Matka spostrzegła, iż Jadwidze wiadomość ta prawdziwą sprawiła przyjemność, pobiegła co najprędzej do swej gotowalni, zawołała Strzemeszankę i poczęła się opinać, smarować, wyświeżać, przeglądając się w zwierciadłach. Ożywiła się, rozweseliła, wstąpiło w nią młode życie, nuciła z radości...
Nim nadjechali zapowiedziani ichmościowie, była już w sali, i tak się usadowiła, jakby o niczem nie wiedziała i na nikogo nie oczekiwała.
Po dobrej pół godzinie nadciągnął orszak zapowiedziany: przodem łowczy Godziemba na wozie, bo już sobie z koniem rady dać nie mógł; za nim Firlej z węgierska cudacko przystrojony, piękny chłop i dziarska postać, kołpak wysoki z kitą białą; potem Kozika poważniejszy, szerokich ramion, olbrzym niemal, ogorzały, czerwony, w delji, guzy nasadzane turkusami, ręka w bok, koniem zamiatał pod sobą jak piórkiem; wreszcie dla trójki jeszcze dobrany przez Godziembę Litwin Pokubiata, mały człowieczek, z twarzy ładny, zręczny, zwinny, śmiejący się, który wzrostu sobie dodawał ogromnym kołpakiem i suknią krótko obciętą. Koło niego też było suto i kapiąco od złota...
Pełka nie nadążył prędzej, aż się to wszystko już do sali wtoczyło, a łowczy ich prezentował obu jejmościom, bo i matka się stawiła na czas...
Patrzał tedy chmurno na ten najazd od progu Medard, jednego tylko poznawszy łowczego, a nie pojmując, poco on ich tu tylu naprowadził.
Gdy ichmoście posiadali, łowczy nie bez konfuzji, która się na jego twarzy wydawała, zoczył dopiero stojącego zdala Pełkę i zbliżył się ku niemu.
Ten go marsem powitał.
— Skądżeś się tu wziął? co cię przyniosło? — mruknął Pełka... — co to za kawalkata i czereda ichmościów waćpanu towarzyszy? Na wojnę czy na wesele jedziecie? Myślałem, żeś waść w klasztorze zaszył, jak mi mówiono. Cóż tu robisz?
— Wypadkiem jestem! wypadkiem — łykając ślinę, spluwając i trąc czoło, odrzekł łowczy sturbowany — mimojazdem... (tu się schylił do ucha)... gwałtem mnie zmusili, abym ich tu wiózł.
— Poco?
— Hm! ciekawi byli pisarzowej.
— Waszmość mnie znasz, — szepnął mu w ucho Pełka — nie dam sobie pod nosem brzdąkać... rozumiesz, panie łowczy?...
— A któż o tem myśli... ja — nie winien jestem, jak nowonarodzone dziecię... Po drodze... przypadkowo...
Pełka nie mówił więcej, ale snadź się burzyło w nim tem bardziej, że Cyrulska szyderskiem okiem nań wyzywająco spojrzała, a pisarzowa swoim obyczajem dworowała już z nowoprzybyłymi. Choć z nazwiska najmniej, z postaci i ruchów podobał się jej najwięcej czupurny, młodziuchny, żwawy i gadatliwy Pokubiata.
Firlej też zyskiwał wejrzenia, najmniej ów kniaź Kozika, który niewiele miał talentu do rozmowy, lecz zato wyglądał jakby ich wszystkich mógł zgnieść w garści.
Pisarzowej w kilka minut poznać nie było można — taka ją pusta wesołość opanowała i tak się wyłamywała, wykrygowywała przed zalotnikami, śledząc pilno, jakie na nich czyni wrażenie.






O żałobie po panu pisarzu dawno mowy nie było. W pierwszych dniach namówiła ją matka dla oczu ludzkich na czarną suknię, w której zresztą bardzo jej było do twarzy — ale wprędce zrzuciła ją i wzięła szarą, zamieniła na białą, do tej przypięła wstążki fiołkowe, potem czerwone, i skończyło się wszystko... Któżby zresztą po takim nudziarzu w czerni cały rok chodził, kiedy sercu było różowo?

Na przybycie gachów stroiła się wdowa w najwytworniejsze suknie, jakie jej z koronacji zostały... a z żadnej nie była rada...
Nazajutrz o wyjeździe mowy nie było...
Pełka zastukał do komnaty jejmości i wszedł. Odprawiła wnet Strzemeszankę, spojrzawszy na ponurą jego twarz, i przystąpiła doń, grożąc mu palcem na nosku.
— Co to waszmość sobie pozwalasz chodzić mi tu tak chmurny? Hę? Jeszcze czego nie stało! Ludzie sobie nie wiedzieć co pomyśleć gotowi... że do zazdrości masz prawo? hę? Nie masz żadnego... będę robiła, co chciała, będę się śmiała, bałamuciła... rozkochiwała... bawi mnie to, i po wszystkiem, a waszmość moim gościom powinieneś się uśmiechać — rozumiesz!
Zmilczał Pełka, ale popatrzał na nią tak, iż w końcu zmieszała się i zbladła... Chciała mu się wymknąć z pokoju, zatrzymał ją, stając w progu.
— Pani pisarzowo, — posłuchać mnie musicie raz... nie mówiłem nigdy nic, nie skarżyłem się — nie broniłem robić, co się podobało... ale to temu koniec być musi...
— Pani pisarzowo, — dodał złamanym, grobowym głosem Pełka — człowiek wiele wytrzymać może... a no, przychodzi chwila, gdy... oszaleje...
— Szalej — śmiejąc się, rzekła kobieta — i tak rozumu niewiele masz... Cóżto? ma mi być wzbroniono z ludźmi pogadać i ucieszyć się, uśmiechnąć i nudy rozerwać? Dom ma stać zawarty dlatego, że waszmości się tak podobało? Cóż się strasznego stało? com tak przewiniła? Długoż oni tu siedzą?...
Pełka jakby się zawstydził sam siebie, głowę spuścił, nie rzekł już nic — i wyszedł.
Przy obiedzie przybyło jeszcze humorów i ochoty... Wszyscy byli weseli, oprócz Pełki, który siedział, nie jadł, słuchał i patrzał to na nią, to w okno. Łowczy, któremu wypadło siedzieć przy nim, potniał i tuwalnią się raz wraz ocierał, tak mu czegoś Pełki strach było. Parę razy ku niemu zerknął i wnet twarz odwrócił z trwogą. Medard miał ręce pod stołem złożone, a trzęsły mu się i posiniałe były, jakby febry dostał, choć dzień był gorący.
Po obiedzie przystąpił doń kniaź i, ująwszy pod rękę, wyniósł się z nim w dziedziniec pod lipę.
— Waszmość coś mi patrzysz jakby chory? — rzekł.
— Bom i niezdrów.
— Mam driakiew wenecką w puzderku, — odezwał się Kozika — nie mógłbym służyć?
— Dziękuję — na moją chorobę niema pono ani balsamu, ani driakwi.
— Dawno waszmość znasz panią pisarzową? wypytywał Kozika.
— Od dzieciństwa jej i mojego...
— Kobieta jak łania... a humor! a żywość!... Daj go katu! Słyszałem, że trzech mężów miała? prawda to?
— Rzeczywiście...
— I jednego po niej nie znać! — mruczał Kozika — jeszczem takiej nie widział... Myślicie, że zamąż gotowa?
— Nie wiem — odparł Pełka...
— Co mi waszmość jako domownik radzisz? — spytał — jest tu czego siedzieć czy nie? Jejmość śliczna, niema co rzec, ale ząbki szczerzy po wszystkich... Pono ona nie dla mnie.
Uśmiechnął się Pełka.
— Chcesz waszmość szczerej rady, — rzekł — jabym nie życzył tego szczęścia próbować... Kniaź jesteś człek poważny i nawykły do spraw jasnych, a z sercem kobiety zawsze ciemno...
Kozika wstał.
— Każę, — rzekł — ażeby konie były gotowe; ucieszyłem się widokiem pięknej pani, tego mi dosyć, ale ona dla mnie zanadto wytworna i dworna. Coś mi się widzi, żebyśmy z sobą do ładu nie doszli.
I nic nie mówiąc łowczemu, który go przywiózł, kniaź niedługo czekając, przygotował się do podróży. A że go pani pisarzowa widziała na uboczu pod lipami rozmawiającego z Pełką, odjazd ten jemu przypisała... Zarumieniła się mocno z gniewu, nie rzekła jednak nic aż do wieczora.
Gdy się goście porozchodzili, posłała po Pełkę, aby do sali przyszedł. Stawił się posłuszny na rozkazy. Pisarzowa przystąpiła doń rozjątrzona widocznie.
— Waszmość mnie chcesz doprowadzić do gniewu? — zawołała.
— Ja? czem? — zapytał Medard.
— Sądzisz, żem nie widziała, gdyś się naradzał z kniaziem, który wkrótce potem wyjechał? Rozumiesz, że ja się nie domyślam, iż waszmość ich chcesz po jednemu tak poodprawiać przez tę głupią zazdrość, która nad wami górę wzięła... Chcesz mi więc zabronić ludzi widzieć, śmiać się, rozweselić i zmusić, bym z wami na cztery oczy rekolekcje odsiadywała?
— Z kniaziem rozmawiałem, to prawda — rzekł Pełka spokojnie, — alem go nie odprawiał...
— Chcesz panować nade mną i rozkazywać tutaj, ale ja nad sobą nie dam przewodzić nikomu!
Pełka, ręce załamawszy, stał osłupiały.
— Zlitujże się nade mną! — zawołał, wybuchając — ja nic nie czynię, ja cierpię tylko — co chcesz ze mną zrobić? zamęczyć mnie, zabić? Pocoś mi kazała tu jechać? ażebym patrzał na płochość, która mi serce kraje?
Rozśmiała się pani pisarzowa.
— Dajno pokój wymówkom, a dziękuj Bogu, żem ci tu pozwoliła być... Tego ci jeszcze nie dość?
Pełka popatrzał i wyszedł. Jak stał, tak nie zatrzymując się, z rękami założonemi na piersiach, pustą drogą poszedł ku lasowi, aby się przechadzką ochłodzić.
Dopiero późno w noc powrócił do swojego mieszkania, w którem na klucz się zamknął. Nazajutrz rano nie przyszedł, jak zwykle, na pokoje; dopiero koło południa zwlókł się blady i posępny tak, że nawet Cyrulska, popatrzywszy nań, uczuła strach jakiś niezrozumiały dla niej. Łowczy niezmiernie pokornie przyszedł go przywitać, dowiadując się o zdrowie. Pełka nic mu nie odpowiedział...
Z dwóch pozostałych, Pokubiaty i Firleja, jejmość widocznie sobie wybrała ostatniego na ten dzień. Z nim chodziła, rozmawiała, śmiała się, żartowała i ku niemu zmierzały wszystkie jej wejrzenia, napojone wyzywającą pokusą. Pokubiata, aby nie dać poznać, że go to mocno obchodziło, bawił z rozpaczy starą Cyrulską i śmiał się coraz głośniej.
Ku wieczorowi dopiero pisarzowa, opuściwszy znowu Firleja, zajęła się Litwinem i naprawiła, co ranek popsuł, okazując mu wiele życzliwości. Nie wiedział już, co myśleć...
Zabawa pociągnęła się we dworze dosyć długo, aż wreszcie goście z łowczym odeszli i obaj wstąpili na kwaterę do Godziemby. Patrzali na siebie zukosa, łowczy był milczący i skruszony. Był to piątek, zapomniał się, zjadł mięsa i nie mógł tego sobie przebaczyć.
— Mospanie Pokubiata — zawołał, zwracając się ku niemu, Firlej, gdy u łowczego się rozgościli — trzeba nam z sobą pomówić. Przybyło nas tu trzech...
— To jest czterech — rozśmiał się Litwin.
— Łowczego nie liczę... bo ten tylko był „powodyrem“, jak go kniaź nazywał. Teraz zostało nas dwóch — hę? ja i waćpan... a zdaje mi się, że obaj się tu nie pożenimy — więc jednemuby pora ustąpić...
— I ja tak sądzę — począł, w boki się biorąc, Pokubiata. — Zatem kwestja: któremu?
— Otóż to...
— Tak jest! — dodał Litwin. — Ja odjeżdżać nie myślę.
— I ja też!
— Będziemy więc siedzieli obaj, aż któremu z nas sama jejmość da odprawę.
— Ja inaczej myślę — rzekł Firlej.
— Może być, że odprawę dostaniemy obaj, — począł ciszej Litwin, zbliżając się do Firleja — łowczy nas w pole wyprowadził.
— Słyszeliście go? — krzyknął Godziemba — a to mi piękna wdzięczność!
— Albo waszmości w pole wyprowadzono — kończył Pokubiata. — Ja, mosanie, mam zwyczaj, nim charty ze smyczy spuszczę, dobrze pole opatrzyć, rozsłuchać się, skąd wiatr wieje i powąchać... co niesie... Poszedłem i tu na wzwiady. Myśmy tu pono na cudze wesele przyjechali.
— A to co? na jakie? — począł łowczy...
— Cała tajemnica w tem, że matuś nie chce pana Pełki, który się w jejmości kocha zdawna, i ona go też pono...
— Któż to waszmości powiedział? — rozgniewany burknął łowczy. — Że on się kocha, nie przeczę, ale ona! Cha! cha! ona się kochać... ona! cha! cha! Ona za Pełkę się wydać! cha! cha!
Firlej słuchał a patrzał.
— Jam z twarzy tego ponurego jegomości wyczytał, że tam w sercu na dnie u niego coś siedzi. Gdy spojrzy na pisarzową, jakby strzelił.
— Mogłeś się pan przekonać, że gdy ona na niego popatrzy, to widać, że drwi — dodał Godziemba.
— Cieszę się niezmiernie, iż tak rzeczy stoją; — rzekł Pokubiata — więc między panem Firlejem a mną sprawa. Co waszmość myślisz? kto tu z nas komu ustąpi?... Ja nie mam ochoty, wy pono także. Bić się nie wypada.
Tak się cały ten dzień ważyły losy między obu pretendentami... I nie byłoby dziwu, gdyby to jeden tylko lub nawet parę dni trwało, że ich na próbę brała i poznać się starała... — przeciągnęło się to do dwóch tygodni, bo ich ciągle zatrzymywano, gdy odjeżdżać chcieli. Zapraszano sąsiadów i wesoło niezmiernie przechodziła żałoba, tylko że skrzypek nie sprowadzano. Matka i łowczy niespokojnem okiem spoglądali, co z tego wyniknie, a rzeczywiście odgadnąć było trudno koniec. Jednego dnia przeważał Firlej, i już się zdawał bliskim słowa, drugiego Pokubiata go spędził i triumfował.
Pełka śledził każdy krok.
Jednego wieczora na trzecim tygodniu późno już kazał się Strzemeszance oznajmić do pani pisarzowej, iż ma z nią do pomówienia. Wpuszczono go do sypialni, do której tylko co była weszła. Dawno już bardzo nie mówili z sobą, chłód widoczny ich rozdzielał. Zobaczywszy Pełkę wchodzącego na próg, pisarzowa zbladła nieco i uczuła jakby przestrach, ale prędko odzyskała śmiałość.
— Cóż mi pan powiesz? — zapytała.
— Kilka słów — odezwał się zimno Pełka, którego głos był bardzo zmieniony. — Pani pisarzowa zechcesz mnie posłuchać, bo to może być ostatni raz...
— Dlaczegóż ostatni?
Na to nie odpowiedział Pełka. Zwykle pokorny, tym razem miał postawę dumną i nie korzył się wcale.
— Z życia, pani pisarzowo, trzeba i Bogu i ludziom zdać rachunek.
— To się waszmość przygotuj do niego.
— Jam gotów, ale wy?
— Ja mam czas...
— Nie żartować przyszedłem, — mówił Pełka — czekałem długo... całe życie czekałem na to, abyś mi pani moją wierną miłość dla niej zapłaciła. Naostatek jesteś wolną, mam prawo do tego i otwarcie mówię, że ręki jej się dopominam... a nikomu innemu po nią sięgnąć nie dozwolę...
Pisarzowa odwróciła się i popatrzała przez ramię.
— Co takiego? — zapytała.
— Odebrałaś mi waćpani żonę, która moją być miała... musisz pójść za mnie... Zatem te konkury tu pod moim nosem, to całe bałamuctwo ustaćby powinno...
— Co mówisz? co waszmość śmiesz mi mówić? — krzyknęła wdowa.
— Znałaś mnie pani dobrym, powolnym i dającym z sobą czynić, co chciano... Zmieniłem się dziś, na wszystko jest czas i koniec...
— Waszmość oszalałeś! — śmiejąc się z przymusem, zawołała pisarzowa.
— Może to być... a któż mnie takim uczynił? Moja miłość dla was... Będę czekał, ile się podoba... ale że za innego pójść nie dopuszczę i że każdego, co mi na drodze stanie, zabiję — rzekł Pełka — na to przysięgam...
Ostatnie wyrazy z wielką gwałtownością dopowiedziawszy, wyszedł. Obejrzała się pisarzowa, gdy drzwi stuknęły za nim, już go nie było. Chciała odwołać, namyśliła się i dała mu iść. Poziewnęła, rozpuściła włosy i poczęła się rozbierać.
— Plecie — myślała w duchu — ale tego się zrobić nie waży... Ten to mnie kocha, ale zaczyna mnie nudzić. Firlej zabawniejszy i młodszy... ale kto tam wie, co się w nim kryje!...
W tej chwili zapukano i weszła matka, która pono podsłuchiwała.
— Czemu ty się nie kładziesz, moje dziecko? — odezwała się. — Słyszę, żeś tu jeszcze dawała Pełce audjencję... O! tegoby dawno czas był odprawić... to zgaga ten człowiek...
Pisarzowa słuchała obojętnie.
— To bo dziwna rzecz, — rzekła — gdy u mnie jest, nudzi mię, gdy go niema, tęsknię po nim...
— Boś nawykła do tego niezdary!... I pocóż go było odbierać tej jejmościance, a sobie brać ciężar?... On ci tu nie pomoże do wyjścia zamąż, a przecie wyjść trzeba... Ten wdowi stan przeciągnąć... na nic się nie zdało...
— Pełka już grozi, — cicho ozwała się pisarzowa — że nikogo do mnie nie dopuści...
Cyrulska ruszyła ramionami.
— Niema się go co bać, a z Firlejem kończyć...
— To mi pójdzie precz... — westchnęła pisarzowa — a ja tego nie mogę znieść...
— Sama już nie wiesz, czego chcesz — poczęła, gromiąc matka. — Mówię ci, raz się go pozbyć... Ja Firlejowi, który usycha z miłości, zrobiłam nadzieję.
— A czegóż się śpieszyć? — zakończyła piękna pani — ja jeszcze sama nie wiem, co pocznę!
— Widzę, żeś ty nieporadna — odezwała się wkońcu matka — a więc ja muszę wszystko wziąć na siebie... Zobaczysz, przyjdzie szybko do końca... daj mi tylko się zawinąć koło nich...
Nie odebrawszy odpowiedzi, wyszła pani Cyrulska, a pisarzowa pozostała nieruchoma w krześle, patrząc w stojące przed sobą zwierciadło. Myślała o Pełce... Prawdę rzekłszy, zamążpójścia za niego nigdy nie przypuszczała. Był to wierny sługa, obrońca, ofiara... stworzenie przeznaczone na to, aby wzdychało, słuchało i cierpiało.
Zaczynała się rachować pierwszy raz z sumieniem, czyby mu też się co więcej należeć mogło?... W dziwnem tem sercu nie znalazło się nic dla niego, oprócz oburzenia, iż śmiał więzy swe targać i upominać się o cokolwiek bądź.
Następnego dnia Pełka, którego oczami szukała, nie pokazał się; na zapytanie o niego doniesiono, iż chory. Łowczy, który rad mu się był zasłużyć, poszedł się dowiedzieć. Znalazł go w łóżku wyciągniętego, ręce podłożone pod głowę, oczy w górę, pierś odsłoniona, kołdry rozrzucone. Na widok Godziemby zmarszczył się.
— Cóż to rotmistrzowi? — spytał łowczy.
— Słaby jestem, nie wiem co mi jest — rzekł Pełka. — Wszystkie rany, jakiem w życiu kiedy miał, strzykają we mnie, jakby się znowu chciały otworzyć... a po głowie jakby konie podkute chodziły.
Godziemba radził różne rzeczy, mruczał i wyniósł się prędko, zalecając najmocniej wypoczynek i łóżko.
— Nim wstanie — rzekł w duchu — będzie pewnie po wszystkiem, bo Cyrulska nie zaśpi gruszek w popiele. Żeby mu jeszcze balwierz krwi dobrze upuścił!
Nie wstał Pełka w istocie ani tego dnia, ani następnych; nikt się o niego nie dowiedział, nikt nie postał tam, oprócz wiernego Gabryka. Przez niego wiedział, co się we dworze święciło.
Trzeciego dnia zjawił się Pokubiata z wesołą miną; lecz przypatrzywszy się wychudłej twarzy Pełki i zżółkłej cerze, nastraszył się go i siadł zdaleka.
— Przyszedłem się z miłym panem pożegnać, rzekł — bo i tak już nie mam tu co robić. Przeszkadzałem Firlejowi, dopókim tylko mógł... nie udało mi się, pomaga mu tam skuteczniej matka, niż ja szkodzę... to darmo... Trzeba na boćwinę do domu. Tylko co nie widać, jak się zaręczą.
— Myślisz waszmość? — spytał Pełka.
— A no, niechybnie, Firlej pewien swego... Wczoraj ze stada sobie już zawczasu do cugu konie wybierał...
Obejrzał się Pełka na mówiącego.
— Tak to już blisko? — spytał.
— Wczoraj tylko z sobą chodzili z kąta w kąt na szeptach... matka za nimi jak kura za kurczętami, żeby im tam jaki jastrząb nie przeszkodził. Miłe Firleisko rozkochany gdyby kot, a o swem szczęściu prawi tylko...
— Ja mu go nie zazdroszczę...
Gdy po gawędce tej wyszedł Pokubiata, Pełka jak leżał w koszuli tylko, wstał i począł do przyległej izby, w której Gabryk siadywał, bić w ścianę pięściami, żeby go przywołać.
Nadbiegł sługa.
— Daj mi się odziać — rzekł — a prędko.
— Gdzież panu iść? jak? a toć dwa dni w ustach pan nic nie miałeś?
— Tylko słuchać! — groźno powtórzył Pełka — odzież mi daj!
— Jaką?
— Czarną.
Nie można mu się było sprzeciwiać. Gabryk począł kufry przerzucać i pomagać do ubrania. Nie myśląc o tem, co czynił, odziewał się Pełka, musiał mu podawać, opinać, ociągać Gabryk, a że był przez tych dni ostatnich wychudł strasznie, wisiało na nim wszystko, jakby pożyczane. Czapkę mu w rękę wcisnął na końcu Gabryk i wyprowadziwszy za drzwi, widząc, że się na nogach chwieje, a idąc, zatacza, poszedł za nim.
W pół dziedzińca jednak, jakby go co nagle odżywiło, Medard począł iść śmielszym krokiem, żywszym coraz, a dopadłszy do dworu, drzwi gwałtownie otworzył i rzucił niemi.
W sali siedzieli wszyscy. Gdy się na progu ukazał, pierwsza nań spojrzała pisarzowa i snadź przelękła się jego twarzy, gdyż długo na nim zatrzymała oczy. W istocie Pełka był prawie niedopoznania zmieniony, żółty, wychudły, a oczy mu gorzały wpadłe, jak u dzikiego zwierza. Wszedłszy, u progu przystanął, potem postąpił kroków kilka, zajął na ławie miejsce i patrzał.
Wprędce pani pisarzowa zwykłe swe żarty znowu rozpoczęła. Firlej też dokazywał, huczno rozpowiadając swoje i cudze przygody; śmiechem mu potakiwała Cyrulska, kiwaniem głowy łowczy.
Po krótkiej chwili już, jakby tego widma Pełki nie było, nikt nań nie zważał. Ten z ławy się krokiem nie ruszał, patrzał i milczał... zapomniano o nim. Zawołano do wieczerzy, został na tej ławie sam jeden w pustej sali, a że jadalnię przez drzwi widać było i głosy z niej dolatywały, karmił się, patrząc i słuchając.
Matka doprowadziła tego dnia tak daleko sprawę Firleja, iż już napół żartem, pół naprawdę zdrowie przyszłych państwa młodych pito.
Gdy ten kielich wznoszono, wstał dopiero rotmistrz i zwolna się zbliżył ku drzwiom, żeby lepiej dosłyszeć, jak łowczy, trochę podochocony, trafnie sobie z dwóch herbów czynił igraszkę, wiążąc je z sobą.
Pisarzowa, której twarz widać było, śmiała się, patrząc na Firleja, ten z założonemi siedział rękami, jak w cudowny obraz w nią wpatrzony, bo też tego wieczora cudnie wyglądała odmłodzona weselem...
Wśród rozgłośnego śmiechu, który towarzyszył wiwatowi, Pełka się zwrócił zwolna i krokiem mierzonym oddalać się począł.
W cieniu stał z równą ciekawością przyglądający się z kąta Żaba. Spostrzegłszy Pełkę — ustąpił mu z drogi, pozdrawiając.
— Poco to rotmistrz chory wychodzi?
— Co? — spytał Pełka, śmiejąc się — jużciż na takie gody popatrzeć wartoby i umierającemu przyjść? Jak myślisz? wszak to nasza pisarzowa zamąż wychodzi? prawda?
Żaba ramionami ruszył.
— Trzebaż się na wesele przygotować — dodał Pełka... — bo to się pewnie prędko odbędzie... Toć i ja tam być muszę!
Spojrzał nań Żaba zdziwiony, ale Pełka już znikł.






— Gabryk, sposobić się do drogi — odezwał się, wchodząc do mieszkania, Pełka.
— Panu w drogę?
— Słyszałeś!...
— Kiedyż?
— Dziś w nocy... Konie posiodłać, wozy wyładować, sepety powiązać...
— Ale pan nam w drodze gdzie zapadnie...
Nie odpowiedział Pełka nic, zegarek dobył z za pasa i położył na stole przed sobą.
— Daj mi tu pistolety, — rzekł do Gabryka — w drogę się tak puścić nie można, trzeba je opatrzeć.
— Nabite one dawno?...
— Wykręcić, a dać mi tutaj... stare naboje licha warte...
Gabryk posłuszny być musiał; przyszły tedy pistolety na stół... a Pełka sam je począł nabijać. Nie żałował prochu, garścią go sypiąc, skałki opatrzył, panwy podsypał i położył je przed sobą.
Tymczasem, rad nierad, Gabryk, spoglądając na siedzącego pana, do drogi się musiał sposobić.
W sali rozmowa i wesołe śmiechy trwały dopóźna... Trzy razy wychodził Pełka patrzeć, czy się nie rozeszli i powracał niecierpliwy, za czwartym wreszcie zapytał sługi, który mu oznajmił, iż pani do swej komnaty się udała...
Pełka ruszył znajomą sobie drogą wprost do niej. U drzwi zastąpiła mu drogę Strzemeszanka, oznajmując, iż pani potrzebowała spoczynku.
— Powiedz jej, że przychodzę ją pożegnać i widzieć się muszę... a zamkną mi drzwi, to jeszcze mam tyle siły, że je wyłamię.
Ustąpiła przestraszona Strzemeszanka. Pełka wszedł. Pisarzowa stała przed zwierciadłem, włosy rozpuściwszy i rękami je zbierając, obejrzała się gniewna.
— A to wy? — rzekła.
— Tak, to ja, to tylko ja, pani pisarzowo, głosem niezwykłym począł Pełka, dziwnie niby wesoło a szydersko... Przybyłem dla porachunku!
W tej chwili drzwi za sobą na klucz spuścił, a klucz do kieszeni schował.
— Co to ma znaczyć? — krzyknęła przelękła kobieta.
— Przyszła naszego porachunku godzina... — mówił Pełka zwolna. — Zaręczyłaś się pani z tym młokosem, a no, już tego dosyć! Cierpiałem długo, milczałem, czekałem... Szydziłaś sobie ze mnie, szydzili ludzie... trzeba za to zapłacić... Tak, pani pisarzowo... a już dziś nie czem innem, tylko życiem...
Jadwisia słuchała, jakby nie rozumiejąc i niedowierzając swym uszom, Pełka się rozogniał coraz więcej...
— Padnij na kolana, proś Boga, żeby ci przebaczył, bo oto stoi mistrz i żywą stąd nie wyjdziesz...
To mówiąc, dobył pistoletów ręką drżącą.
— Niech ziemia takiego stworzenia nie nosi... niech raz skończą się twoje zaloty a moja męczarnia... Módl się, bo chwile twe policzone...
Jadwiga, która zrazu się przelękła, odzyskała całą swą dumę i przytomność...
— Oszalałeś! — zawołała — precz stąd! bo zawołam na sługi i związać każę.
— Módl się! — powtórzył Pełka — nim ktokolwiek nadbieży, ciebie nie będzie... Daję ci chwilę dla skruchy, abyś ratowała duszę... nie chcę jej zguby... ale ty... ty zginąć musisz... Żyłaś dosyć na nieszczęście ludzkie...
Nie mogąc słowa wymówić, pisarzowa rzuciła się jak obłąkana ku oknu... Pełka podbiegł za nią, chwyciwszy za włosy rozpuszczone, wstrzymał... podniósł pistolet, przyłożył do piersi i wystrzelił...
Krzyk przenikający rozległ się po cichym domu... Ludzie zaczęli dobijać się do drzwi...
Jadwiga leżała nawznak z przestrzeloną piersią, z której krew toczyła się strugą po sukni... Pełka stał chwilę nad nią, patrzał obłąkanemi oczyma, bezmyślnie uderzył ręką w okno, które się posypało w kawałki, i w ogród wyskoczył.
Razem prawie padły wyłamane drzwi i co żyło w domu, rzuciło się do izby. Matka, łowczy, sługi, Żaba, a wkrótce za nimi Firlej i Pokubiata... Podniesiono z ziemi omdlałą i zdającą się dogorywać nieszczęśliwą Jadwigę, której oczy otwierały się niekiedy, a ręka spazmatycznie za pierś rozdartą chwytała...
Rana była głęboka i napozór śmiertelna, lewy bok przeszyty, lecz kula, przebodłszy go, wyszła ośliznąwszy po żebrach... Rzuciła się matka z płaczem, obejmując ją i tuląc do siebie, a brocząc krwią, która obficie spływała... Nie było komu ratować, ani sądzono, by ratunek jeszcze co pomógł, dopiero Pokubiata pierwszy wołać zaczął o tamowanie krwi, widząc, iż pisarzowa żyje... Rzuciły się tedy sługi, opamiętawszy, obwiązywać bok chustami i złożyły ciało na łożu...
Firlej pobiegł po konia, aby z miasteczka felczera przywieźć. W tym popłochu i płaczu a lamentach nie myślał nikt nawet gonić ani chwytać Pełkę, który znikł. Gabryk, mający konie w pogotowiu, ujrzał przypadającego pana bezprzytomnego, wołającego: Zabiłem ją! podał mu konia i, nim miał czas sam drugiego dosiąść, Medard znikł mu z oczu. Dworscy ludzie rzucili się na niego, chcąc drogę zaprzeć, do których Pełka raz jeszcze wystrzeliwszy, w cwał przez pola zbiegł. Gabryk też ze swemi natychmiast chciał ujeżdżać, ale dworscy napadli go i wstrzymać usiłowali.
Przyszło do strzałów i do szabel, tak że poczciwy sługa, ratując siebie i mienie pańskie, musiał się wyrąbywać, rozganiając tłum napadający i ledwie z życiem uszedł jeden z wozów porzuciwszy.
Sądny dzień stał się we dworze... Jedni po księdza drudzy po cyrulików, inni po sąsiadów dla rady i pomocy pędzili; niektórzy, o sobie myśląc na wypadek śmierci, już węzełki przysposabiali, chwytając swoje i cudze, co pod rękę wpadło.
Co chwila nowa wieść z sypialni wybiegała na dziedziniec, który się tłumem ludzi wiejskich i dworskich napełniał... jedni wyskakiwali, donosząc, iż kona, drudzy z wiadomością, że żyje i oczy otwiera... Powtarzały się mdłości i jęki po nich, lecz Pokubiata, który widział ran wiele i postrzelanych, zaręczał, że jejmość wyżyje...
Jadwiga wiele razy oczy otwarła, z przestrachem wodziła niemi po otaczających ją, jakby kogoś szukała, i zamykała je znowu... Matka leżała na ziemi, obejmując jej nogi i płacząc... niekiedy wyrywał się z jej piersi wykrzyk i przekleństwo na zbójcę...
— Mówiłam zawsze, że temu rozbójnikowi źle z oczu patrzało — wołała. — Czemu go nie schwytano i nie związano! O! głową nałożyć musi! Chybabym nie żyła, chybaby się za świat skrył, pójdę patrzeć, jak go kat ścinać będzie...
W godzinę Firlej, za siebie wsadziwszy na siodło cyrulika, przybył z nim, konia niemal zabiwszy, tak że u ganku się oparł i po chwili padł.
Przyprowadzono wystraszonego i drżącego Izraelitę, który nie śmiał zrazu ani się dotknąć rany, ani radzić nic, bojąc się odpowiedzialności...
Gdy bok przestrzelony odsłoniono i kazano mu go opatrzyć, obłąkanym wzrokiem spojrzał nań i dopiero się uspokoił, cicho powiadając, jak obwiązywać miano.
Łowczy go natarczywie pytał, czy pisarzowa wyżyje...
— Gdyby tak mężczyzna, — szepnął przywieziony — nie byłoby mu nic, ale co ja mogę wiedzieć o kobiecie?... Kto widział kiedy takie wielkie państwo, delikatne... postrzelone od kuli?
Wstąpiła wszakże nadzieja we wszystkich... poodprawiano tłum, zamknięto drzwi, założono okno okiennicą, nakazano spokój i ciszę, została tylko przy pisarzowej matka i dwie sługi.
Firlej i Pokubiata odeszli, obaj po cichej naradzie zamierzając odjechać do Krakowa, aby nie być domowi ciężarem. Łowczy także radby się był salwował, ale mu Cyrulska zostać kazała.
Nad rankiem już konie gachów były gotowe i cicho pożegnali to miejsce, do którego tak wesoło, z dobrą myślą przybywali.
Firlej szczególnie pochmurny był i zamyślony. Wahał się, czy mu pozostać wypada, czy jechać, pytać kazał matki, a od tej odebrawszy dyspozycje, aby się na czas jaki oddalił, wielce rad temu razem z Litwinem wyjechał pocichu.
— Kto wie, — szeptał Firlej do towarzysza, oddalając się — ten desperat może się po okolicy włóczyć i czyhać... aby i na moje życie godził... trzeba się mieć na ostrożności. Strzelił do niej, jeszcze i mnie ze świata zgładzić zechce. Ale któż to mógł odgadnąć, patrząc na niego stojącego u proga, że się tam zbiera taka pasja i taka złość? Już przyznam się waszmości, że choć mi pisarzowa droga i miłuję ją jak nigdy w życiu nikogo — przecież radbym się z tej biedy wycofać... Ten człowiek, jak teraz słyszę, od dzieciństwa za nią szalał, i pono z dwoma mężami jej miał rozprawy, nie uszedłbym i ja..
Ruszył ramionami.
— Jam o tem wiedział dawno, — dodał Pokubiata — a waszmość się ani dowiadywać, ani słuchać kogo chciałeś, takeś się zacietrzewił.
Mówiąc tak, wjechali powoli w las dębowy, którym droga wiodła... Słońce już było dobrze podeszło i dopiekało... Na gościńcu pusto jak zajrzał... Tu dopiero odetchnąć mogli nieco i myśli pozbierać... Jechali więc, to gwarząc, to milcząc, godzinę może, gdy nade drogą postrzegli konia osiodłanego, który z głową zwieszoną stał.
Jeźdźca przy nim widać nie było, tylko coś czerniało na ziemi. Nie mogąc zrazu rozpoznać, co to znaczyło, pośpieszyli raźniej, a koń, który z głową zwieszoną stał, podniósł ją i rżeć ku nim zaczął. Zbliżając się, dostrzegli dopiero, iż wierne stworzenie pilnowało pana, który z rękami rozciągniętemi, twarzą na ziemię padłszy, leżał. Nieopodal od niego widać było kołpak, który mu się z głowy stoczył. Mężczyzna odziany był czarno i zdawał się jakby zabity, bo nieruchomy był... Koń to go wąchał, to przy nim nogą grzebał, to się rzucał wbok i powracał.
Gdy się tuż przysunęli, Firlej i Pokubiata domyślili się raczej, niż poznali, Pełkę... Nie było na nim znać ani postrzału, ani widać krwi przy nim, domyślali się więc, iż omdlały z konia upaść musiał. Stanęli przy nim, radząc się oczyma, co poczynać.
Wtem na odgłos koni ów jakby nieżywy leżący westchnął, podniósł się, głowę dźwignął, a gdy wzrok jego padł na Firleja, gwałtownie na nogi się pochwycił i choć w pierwszej chwili zachwiał, z dziką postawą i krzykiem wprost przypadł ku niemu, ręką za pasem pistoletu szukając. Firlej też dobył prędko od siodła i stanął, cofając się w obronie, a Pokubiata skoczył między nich i za ramię Pełkę przytrzymał.
Słowa jeszcze nie rzekli do siebie... Nie znalazłszy pistoletu, Medard do szabli się wziął, której ręką bezsilną dobyć nie mógł, usta mu się poruszały, a słowo z nich nie dobyło żadne, potem krzyk przerażający jeden i z nim znowu na ziemię padł.
— Przez ciebiem zbójcą — leżąc, począł wołać Pełka. — Stój i bij się, abyś mi życie wydarł, które mi zbrzydło, lub ja twoje... Stój!...
Firlej się też nie ruszył.
— Opamiętaj się, szalony człecze, — zawołał Pokubiata, z konia zsiadając — co on ci winien? czemuś mu słowa nie mówił ani przestrzegał? Nie dosyć ci jednej krwi?
Głowa Pełki omdlała opadła mu na piersi.
— Zabiłem ją! zabiłem ją! — powtarzał i śmiał się obłąkany. — Dobrze jej tak, zabiła ona mnie. Pan Bóg sprawiedliwy...
Litwin dał znak Firlejowi, aby precz jechał, sam pozostał i przy leżącym przykląkł. Zrazu uciekać nie chciał wyzwany, lecz rozmyśliwszy się, iż tu bić się niema z kim, zwolna ustąpił. Ani go już wstrzymywał Pełka, mrucząc tylko: — Trzeba ją było zabić. Zabiłem ją.
— Nie zabiłeś jej, — odezwał się Pokubiata — postrzeliłeś okrutnie, ale żyje, i, Bóg da, żyć będzie...
Na te słowa z oczyma zaiskrzonemi, jakby znowu chciał iść i dobić ofiarę, Pełka niespokojnie się miotać zaczął, ale mu Litwin ruszyć się nie dał...
Gdy się to działo, Gabryk, który z wozem jednym i końmi małemi drożynami się puścił, unikając pogoni, na gościniec wyjechawszy, nadciągnął.
Na widok pana podbiegł co żywiej, a ten, choć nieranny i nietknięty, dogorywać się zdawał. Bezwładnego wzięli go we dwóch na ręce i zanieśli do wozu... Nie było już co czekać, ażby pogoń nadbiegła, a uchowaj Boże schwytano Pełkę, natychmiast więc Gabryk z nim z gościńca zjechał i bez drogi się prawie, leśną ścieżyną naoślep puścił.
Pokubiata, z wielką litością popatrzywszy na leżącego na wozie, który jęczał, twarz kryjąc w rękach, sam konia dosiadł i za towarzyszem się puścił.
Dopiero w gąszcze wjechawszy, miał czas Gabryk namyślać się, co z panem swym pocznie. Wieźć go do domu nie było podobna, bo go tam najprędzej szukać miano — gdzie się z nim schronić nie wiedział. Dając więc koniom spoczywać, a słowa nie mogąc dopytać się od Pełki, pociągnął z nim małemi drożynami ku Krakowu, gdzie jeszcze najbezpieczniej skryć się było.
Przez całą drogę milczał, niebardzo będąc przytomnym, Pełka... Gabryk go poił, czem mógł, aby w nim życie utrzymać, bo jadła żadnego nie tykał. Musiano odpoczywać po drodze, gdyż gorączka się rozwijała i chory majaczył, a wóz trzęski i znużenie chorobę zwiększały. Tak z wielką biedą dostali się nareszcie do stolicy, gdzie już przynajmniej izbę i lekarza znaleźć było można. Gabryk pobiegł natychmiast po doktora Ławręckiego, który w ostatnim pojedynku rannego opatrywał i leczył, a bardzo Pełkę pokochał.
Dowiedziawszy się o wypadku, przybiegł z nim natychmiast, lecz zastał w takim stanie Pełkę, iż się nic radzić nie ważył.
— Dać mu pokój, — rzekł — a naturze nie przeszkadzać, ona tu swoje dzieło rozpoczęła, przy którem lekarz głupi — walczy w nim życie z chorobą; można, chcąc dopomóc życiu, przyjść w pomoc chorobie. Będę patrzał i pilnował, ale się go tknąć nie ważę. Dawajcie mu, cokolwiek zapragnie, a strzeżcie od wszelkiego wrażenia, od widoku, od ludzi...
Położono tedy Pełkę, w izbie przyciemnionej, a Gabryk siadł przy nim, dniem i nocą go nie odstępując. Pragnienie snadź paliło chorego, bo wody wołał, a lekarz jej nie wzbronił, więc pił nadzwyczaj wiele i gorączka jeszcze się wzmagać zdawała, a doszedłszy do największego stopnia, nagle opadła, i Pełka począł osłabiony spać... coraz spokojniej...
W przerwach snu tego pojono go rosołem, i doktór Ławręcki w kilka dni szepnął, iż ma nadzieję, że silna, zdrowa natura zwycięży. Tak się stało po śnie tym. Pełka się zbudził przytomny, rozpytując Gabryka, gdzie się znajdował, a powoli przychodząc do pamięci wypadków. Gdy ta mu powróciła, zamilkł i nie pytał więcej.
Poznawszy nazajutrz Ławręckiego, ucieszył się bardzo i rozpłakał, rękę jego ściskając... Osłabiony był i doktór mu dłuższej rozmowy zabronił...
W kilka dni dopiero, gdy siły powracać zaczęły, dzięki lekarstwom i pokarmom, a najbardziej spoczynkowi, Pełka zamknął się z doktorem.
— Wiecie, — rzekł — com uczynił? słyszeliście...
— Coś... głucho, ale o tem nie mówcie — odezwał się doktor. — Co się stało, odstać się nie może... najprzód trzeba zdrowie odzyskać...
— A pocóż mi zdrowie i życie teraz? — rzekł Pełka — co z sobą zrobię? Nabroiłem tyle z powodu tej kobiety, iż mi żywot obrzydł... Czy umrze, czy żyć będzie... mnie na świecie niema co robić. Byłem już raz laikiem u bernardynów i, gdyby nie ona, jużbym dziś szczęśliwy Bogu służył... zamyślam powrócić do klasztoru na pokutę.
Doktór Ławręcki, choć sam napół duchowny, zamiaru tego zganić nie mógł, jednak długo pomilczał, nim odpowiedział.
— Uczynisz waszmość jak chcesz, — rzekł — ale z wdzianiem sukni duchownej, a tem bardziej zakonnej, zawsze się dobrze rozmyślić należy. Niewielu do niej powołanych, Panu Bogu zaś do ołtarza nieść resztki, które się już światu na nic nie zdały — niewielka dlań pociecha. Jeszcze waszmości z serca ta miłość grzeszna nie ustąpiła — poczekaj i rozmyśl się. Zechcesz potem wdziać habit, zawsze czas.
Pełka, uznając słuszność tej uwagi, nie sprzeciwiał się, posłał list do siostry i szwagra potajemnie i na nich czekał. Nie chciał się bowiem wydać z sobą tutaj, obawiając procesu i pozwów o gwałt a zabójstwo. Gabryk też mało się w ulicy pokazywał i pytany o pana nazwisko, inne powiadał.
Upłynęło parę tygodni od wypadku nieszczęsnego, gdy jednego dnia, biegnąc do apteki oo. jezuitów po lekarstwo, Gabryk niemal nos w nos spotkał się z łowczym Godziembą, idącym z różańcem po staremu do kościoła... Stary go poznał, a że zawsze ciekawym był i plotkarzem, za połę go pochwycił i zatrzymał.
— Gabryk, na rany Pańskie! — zawołał. — Co ty tu robisz?
— Ja? a no... z Laskowskimi przybyłem.
— A Laskowscy tu co robią?
— Chłopca do szkół odwieźli.
Kłamał biedny Gabryk bardzo zręcznie.
— No, cóż się z tym zbójcą stało? — zapytał — gdzie on?
— Zagranicę uszedł — rzekł, kończąc, Gabryk.
— Poco? naco? — odparł łowczy.
— Boć pewnie go pozwą.
Łowczy ramionami ruszył.
— A to ty nic nie wiesz — rzekł cicho, do ucha mu się nachylając. — Pisarzowa żyje, rana się niemal zgoiła, a no, wstała z łóżka jakby inna kobieta. Gdzie onaby go pozywać miała!... ona za nim szaleje... ona o niego się tylko frasuje... aby jej przebaczył!
— O kogo?
— A o tego utrapionego Pełkę, — rzekł łowczy — tak ją skonwinkował, mosanie... Matka się chciała coś odezwać — gdzie? co? ani słowa nie dopuściła nań powiedzieć. Dobrze uczynił, że mnie ukarał, wartam była tego... Padłabym mu do nóg, gdybym go zobaczyła... błagając o przebaczenie...
Taka... z pozwoleniem, głupia! — dodał łowczy — kto kiedy babę zrozumiał!...
Firlej jak się o jej zdrowiu dowiedział, przystawił się zaraz z pierścionkami. Gdzie zaś! nie dała mu się na oczy pokazać, pojechał jak zmyty... Matce się oparła stanowczo i powiedziała: albo za Pełkę pójdę, lub za nikogo...
Mnie, starego przyjaciela domu, com im tak dobrze życzył, za to, że tych gachów przywiozłem (ale nie z własnej myśli — Bóg widzi), kazała precz — precz, co najrychlej wyprawić. Nie dali mi nawet na drogę... Cyrulska się skryła... Ledwie u Żaby wyprosiłem furmankę chłopską i obroku trochę, a dla siebie bigosu faseczkę... Musiałem w piątek się nim żywić, a teraz pokutuję z suchotami... — Ale — no — już mnie teraz żadna baba nie wyciągnie — to darmo. Panu Bogu służyć będę do końca dni moich...
Gabryk niezmiernie był zaciekawiony opowiadaniem, począł więc go badać i dopytywać o szczegóły...
— Życie wcale nie było w niebezpieczeństwie, tylko przestrachu doznała wielkiego, kula bardzo grzecznie poszła... nie tknąwszy nawet delikatnych jejmościnych kosteczek... Zaraz trzeciego dnia cyrulik zapewnił, iż się to rychło zgoi. Pokładli plastry... kazali się zachować spokojnie i rana się goiła tak szybko, że drugiego tygodnia wstała.
Ale — jak mi Bóg miły, tak zmienionej kobiety nie widziałem. Fraszka to, że pobladła nieco i trochę schudła, to jej nawet na korzyść wyszło, ale humor, fantazja... wszystko w niej inne. Spokojna, łagodna, smutna — pokorna prawie... snadź jej tego tylko trzeba było, żeby ją kto postrzelił.
Matka, co dawniej umiała i wiedziała, jak sobie z nią rady dać, teraz zupełnie z tropu została zbita. Chciała zaraz zabawiać... A no! ani słychu o tem! Firlej przybył, myślała, że ją skusi nim — nie pozwoliła mu przyjść nawet, przeprosić kazała i nie dopuściła do siebie. Pierścionków nie przyjęła... z grochowinami pojechał...
Wszystkoby to Cyrulska zniosła jeszcze i zgryzła, tylko tego nie mogła, że na Pełkę słowa powiedzieć nie pozwalano. Ta go zbójcą nazywała, a pisarzowa — zbawcą. Skłóciły się z sobą raz i drugi... Cyrulik zagroził, że to ranę zaogni, dała matka pokój — ale poznała, że się tu jej panowanie skończyło.
Łowczy mówił i wzdychał...
— No, gdzieżby to rozumny człowiek odgadł, takie bałamuctwo tej kobiety.
Jak żyję na świecie, o niczem podobnem nie słyszałem, a gdybym na moje oczy tego nie widział, nie uwierzyłbym.
Poszedł tedy Godziemba do kościoła, a Gabryk do apteki i do domu... Jako prosty człek nie wiedział, co począć z tem, co słyszał. Mówić panu czy zmilczeć?
Tegoż dnia, gdy doktór Ławręcki odchodził, wysunął się za nim poczciwy Gabryk i opowiedział mu rzecz całą, prosząc o radę. Stary, który więcej leczył rany ciała niż serca, w wielkiej też był niepewności, jak tu sobie postąpić należało... Obawiał się, aby wiadomość ta spirytusu na ogień nie dolała...
— Milczno jeszcze, — rzekł — niech odejdzie, niech się uspokoi, niema z czem śpieszyć.
Gabryk więc zamilkł, lecz z panem się już nie widział powodu taić, gdy mu nic nie groziło, mówił o nim otwarcie i radby mu był sprowadzić ludzi, aby go z gnieżdżących się w samotności czarnych myśli wyprowadzili. Znajomych jednak nie było jakoś w Krakowie, i znowu dni kilka upłynęło w ciszy... gdy jednego rana, idąc po bułki do straganu, Gabryk w pośród rynku spostrzegł konno przejeżdżającego Rożańskiego. Chciał mu z oczu zejść, bo z nim jednym spotkać się nie życzył, ale już było po czasie, Rożański z koniem na niego natarł.
— Co ty tu robisz? — zawołał zdziwiony — stój! na rany Chrystusowe, gadaj... Co się z wami dzieje? Zaleźliście mi za skórę porządnie i, słyszę, pięknieście też na tem wyszli. Gdzie się ten szaleniec obraca? Czy prawda, że zabił pisarzową? gadaj — czego się mieszasz?
Wszystko to tak natarczywie i prędko, jeszcze na koniu siedząc, mówił Rożański, że Gabryk nie miał czasu się rozmyśleć, co z nim pocznie. Znając Rożańskiego żal i obrazę, nie śmiał mu się przyznać do tego, że był z panem, ani o Pełce oznajmić.
— Mów, czego się mnie trwożysz nie zjem cię!... Prawda, że ją zabił?
— Nie zabił, — odparł Gabryk cicho i niewyraźnie — nie zabił. Strzelił, to prawda, ale mu Pan Bóg chyba odpuści tę winę, bo go już do ostatka ta kobieta przywiodła. Wszak znowu za innego zamąż iść miała... Biedne panisko głowę straciło, żal serce ścisnął, a żal pamięci nie ma...
— A! co tam o tem mówić wiele — dodał Gabryk i chciał odchodzić. W tej chwili Rożański z konia zeskoczył.
— Co ty ode mnie uciekasz? — krzyknął — ja cię tak nie puszczę. Zły jestem na Pełkę, bo mi się niewdzięcznością wypłacił, alem mu był przyjacielem i gniew gniewem (krew nie woda), a źle mu nie życzę... Gdzie on jest?
— A no — nie wiem, uciekł! — rzekł Gabryk — bo myślał, strzeliwszy, iż ją zabił.
— Dokąd?
— No — nie wiem, pewnie na Śląsk... Odchorował, mało nie zmarł...
— A tyś tu jak? z kim? czemużeś go opuścił?
Spojrzał mu w oczy i nagle, dopatrzywszy, że Gabryk się zmieszał, zawołał:
— Kłamiesz! co ty mi pleciesz! nieprawda! wszystko nieprawda! gdzie twój pan?!
Ruszył ramionami Gabryk, słowa nie mówiąc.
— Człowiecze! mów mi prawdę! — wołał Rożański — on tu jest! on tu musi być, bo tybyś go w złym razie chorego nie porzucił... Przecież, mimo że mnie srodze obraził, sercam dla niego nie stracił. Załatałem tę biedę z Kmicicami, pannę zamąż wydałem za stryjecznego brata... zapomniane rzeczy... Nie lękaj się... mów! zaklinam.
Jeszcze Gabryk się wahał, gdy go Rożański pochwycił za ramiona.
— Ale ja cię nie puszczę, ślad wślad za tobą chodzić będę, mnie się tak lada czem nie pozbędziesz... Gadaj...
— Nie mogę, — rzekł Gabryk — ledwie z choroby wychodzi, gdyby was zobaczył, toby go to dobiło. Doktór zakazał ludzi puszczać.
— Jaki doktór?
— A Ławręcki...
Puścił go zaraz Wacek i rzekł tylko:
— No, więc z Ławręckim się zobaczę i ciebie już nie potrzebuję... Bywaj zdrów. O pana się nie lękaj, złego mu ani życzę, ani zrobię.
Pomimo tego zapewnienia, Gabryk zmieszany do domu powrócił, a że doktora zastał, wziąwszy go nabok, zaraz mu się ze swej przygody wyspowiadał, aby go uprzedzić, iż Rożański z nim o tem mówić będzie. Chory miał się lepiej, lecz przychodząc zwolna do zdrowia, coraz mocniej przy swej myśli stał, by do klasztoru wstąpić.
Rożański tegoż dnia w kilka godzin później zetknął się z Godziembą. Od łowczego, którego z sobą zaprosił na podróżną przekąskę, dowiedział się dopiero ze szczegółami o całej historji przyjaciela, którą po świecie bardzo różnie opowiadano. Miał tyle pomiarkowania Wacek, iż o ucieczce na Śląsk posłyszawszy od Godziemby, wcale temu nie zaprzeczał. Opisał mu łowczy i owe konkury, których winę z siebie na matkę zrzucił, i ów straszny wieczór, i jego skutki. Rożański się niezmiernie zdziwił zmianie usposobień pani pisarzowej.
— Szkoda tylko, że dziesięciu laty wprzódy o pistoletach nie pomyślał, kiedy to tak zbawienny miało skutek — dodał, ramionami ruszając. — Nie do uwierzenia to, lecz łowczybyś nie skłamał, bo takiej rzeczy wymyślić trudno...
— Klnę się waszmości na wszystko najświętsze, prawda jest... Kobiety tej teraz nie poznać...
Od łowczego poszedł zaraz Rożański do doktora.
— Rób ty sobie, co chcesz, uprzedź go o mnie, czy mnie bez ogródki wprowadź, ale ja się z nim widzieć muszę.
— Zobaczymy, — mruknął doktór — dobiorę chwilę... zobaczymy...
Nazajutrz, niby odniechcenia, siedząc przy łóżku, bo mu jeszcze wstawać nie dawał, odezwał się Ławręcki:
— Widziałem też w mieście kogoś, którego by waszmości miło było pewnie zobaczyć.
Chory oczyma pytał ciekawie...
— Pylada waszego, pana Wacka Rożańskiego.
Pełka pobladł.
— Czyście uchowaj Boże mówili co z nim o mnie?
— O was mówiłem, alem nie powiedział, że tu jesteście, bo wam spokojności potrzeba...
— Klął na mnie i piorunował?
— Wcale nie, ubolewał tylko, a mówił z wielką kompasją, bo to człowiek dobry i serce złote — rzekł doktór. — Wiele pono miał biedy z waszej przyczyny, lecz się to już załatało... Panna wyszła zamąż.
Pełka odetchnął.
— Długo on tu zabawi? — spytał.
— Jeszcze dni kilka. Powiedziano mu, żeście na Śląsk zbiegli, nie chciałem go z błędu wywodzić, radby się bardzo z wami widział...
— Byćże to może? — a to mi go prowadźcie! szczęśliwy będę, gdy mi przebaczy i spokojniejszy się już na pokutę zakopię.
Ławręcki głową pokiwał.
— Gdy mi waszmość pozdrowiejesz... zobaczymy... wzruszać się bardzo nie należy — spokojnie przyjmować rzeczy... a Bogu dziękować, że jeszcze tak źle nie wypadły, jak mogły...
Dawszy choremu wewnętrznie się przygotować i usposobić do widzenia z przyjacielem, Ławręcki dał znać Rożańskiemu, który tylko na to czekał, a gorzał z niecierpliwości.
Gdy się wcale nie spodziewał tego, z rana doktór iść mu pozwolił samemu, zastrzegłszy tylko, aby się rozmową zbytecznie nie poruszali i by, uchowaj Boże, do sporu nie przyszło...
Pełka posłyszawszy w drugiej izbie chód, poznał odrazu Rożańskiego, zerwał się i siadł na łóżku. Z uśmiechniętą twarzą, z otwartemi rękami wszedł Wacek, słowa nie mówiąc, do łoża przystąpił i rzucili się sobie na szyję, ściskając długo a płacząc... O przeszłości mowy nie było... ale gdy po kilku słowach począł Pełka o klasztorze i pokucie natrącać — Różański się ofuknął.
— Ani ty mów o tem; zobaczysz, inaczej Pan Bóg sprawę tę obróci... i raz przecie spokoju ci da zażyć i szczęścia....
Palec położył na ustach.
— O tem potem.






Pisali wiele starożytni o przyjaźni i przyjaciołach; trafiali się dawniej druhowie a bracia, co sobie dotrzymywali uczuciem świętem a czystem do zgonu — dziś o tem słuchamy jak o archeologicznych zabytkach. Serca nam wystygły i nauka, co miłość wpajała, odepchnięta i odrzucona została. Przyjaźnią zowie się stosunek, który do niczego nie obowiązuje, oprócz do ukłonu i ściśnięcia ręki... Wacek Rożański należał jeszcze do tych starych przyjaciół, co mawiali: „Calles antiquos serves, veteres et amicos.“
Cały ów dzień przesiedziawszy z Pełką, dopóki go pod wieczór doktór nie przepędził, powrócił następnego dnia i w rozmowie zwolna począł mu to, co słyszał od łowczego o pani pisarzowej powtarzać.
— To nie może być! — krzyknął Pełka — nie może być!... wy mnie bałamucicie, abym spokojniejszym był, lecz uwierzyć temu nie mogę... na żaden sposób...
— Sprowadzę ci łowczego, jeśli chcesz, niech on powtórzy! — rzekł Rożański.
Pełka wpadł w zamyślenie długie, słowa wymówić nie mogąc, a gdy Wacek nastawał ciągle na to, że mu szczerą prawdę mówił — milczał.
Dla przekonania go trzeba było, załagodziwszy, łowczego sprowadzić, ażeby żywemi usty mu powtórzył, co słyszał i widział.
Z nieufnością i niedowierzaniem słuchał Pełka, aż nareszcie zdawał ulegać oczywistości... Poruszonym był mocno... co myślał i zamierzał, z tem się nie odzywał, o klasztorze mniej było mowy, zawsze jednak powracał do tego, iż na pokutęby chciał iść i resztę życia jej poświęcić.
— Uczynisz, co zechcesz, — rzekł Wacek — ale mi dasz słowo, że beze mnie i wiadomości mej się to nie stanie. Jest na to czas wielki, a doktór ci do dwóch miesięcy z domu wyjść nie dozwala. Ja teraz muszę do żony jechać na dni kilka, bo ona tam sobie z chłopcami rady nie da... Wszystko to powyrastało jak na drożdżach... wrócę najpewniej w przyszłym tygodniu... pomówimy o wyborze, czy ci już bernardynem bez brody, czy kapucynem z brodą zostać wypadnie.
Mówiąc to, Wacek śmiał się, uściskali się serdecznie i tegoż dnia wyjechał Rożański.
Lecz wcale nie do domu, domyślić się łatwo, a do pani pisarzowej się wybrał, która dotąd o Pełce nie wiedziała, co się z nim stało. Na czas niebytności swej nadzór nad chorym oddał Wacek siostrze i szwagrowi Laskowskiemu, którzy właśnie do Krakowa przybyli, poleciwszy im, aby go z oka nie spuszczali i nic mu nie dawali o sobie stanowić.
Rożański był człowiek zręczny i z ludźmi obchodzić się umiał. Na statystę nie chorował, wyglądał na hreczkosieja, lecz w życiu powszedniem nie było człowieka, któryby lepszą dał radę i skuteczniej pomoc...
Do pisarzowej przybyć umyślnie nie życzył sobie, nie chciał uchodzić za posła od Pełki, aby nie sądziła, że się on znowu do niej dobijał. Mądrze więc bardzo koło złamał niedaleko od probostwa i do księdza się wprosił, dopókiby mu nowego nie kupiono, lub starego nie połatano.
Księdzu się przedstawił, jako pilno jadący na jarmark dla skupienia wołów, bynajmniej nie wiedząc, kto tam mieszkał... Dopiero z rozmowy niby się dowiedział o pani pisarzowej i wzięła go ciekawość wielka bliżej się o jej losach dowiedzieć.
Staruszek księżyna gadatliwym był, więc się z nim łatwo było porozumieć.
— A to też trafunek osobliwy! — zawołał Rożański — wiele o tem słyszałem, ale różnie ludzie plotą... a prawdy dojść trudno. I trzeba, żebyś dobrodziej wiedział, że z tym Pełką byłem niby Orest z Pyladem, póki mnie na dudka nie wystrychnął... uciekłszy od ślubu z panią pisarzową razem...
— Jakże to było? jak to było? — mój ojcze.
Ojciec zasiadł do gawędy, która mu się rzadko trafiła, i począł „ab ovo“ historję Pełki i pisarzowej, tak jak ją słyszał od ludzi, przeszedł potem do tego, na co własnemi oczyma patrzał, do przybycia Pełki, do konkurów ostatnich i do tragedji onego dnia pamiętnego.
— Niezbadane są drogi Opatrzności, — dodał — któżby się był mógł spodziewać, że ta kobieta, bardzo zresztą dobra i zacna, kolatorka a dobrodziejka moja osobliwsza — zupełnie tryb życia i sentymenta zmieni. Nietylko, że nienawiści nie ma do mordercy, ale dlań opowiada się z wdzięcznością i afektami nie kryjąc. Sam to od niej na moje uszy słyszałem...
— Wieszże co, ojcze — rzekł Wacek — a toćby to dobry uczynek był, jeśli tak rzeczy stoją, zbliżyć ich do siebie, ku zobopólnemu szczęściu... Ja chętnie ku temu rękę przyłożę. Idźcie do dworu... powiedzcie, jakim przypadkiem tu jestem, jeśli się zechce zobaczyć ze mną, może się z tego dla nich obojga co lepszego, niż jest, wywiąże.
Proboszcz chętnie się ofiarował do dworu iść. W godzinę może pędem starowina powrócił z zaproszeniem Rożańskiego do dworu. Odział się zaraz Wacek i pieszo ruszył, konie i ludzi zostawując na plebanji.
Z ciekawością wielką zbliżył się do dworu... gdzie go w progu oczekujący nań Żaba przywitał, jak starego znajomego i do sali zaprosił. Tu jednak nie zastał jejmości, która, jeszcze trochę osłabiona, w przyległej komnatce siedziała.
Była to taż sama piękna Jadwiga, lecz wielce zmieniona, więcej w obejściu i obyczaju, niż z twarzy. Bledsza nieco i jakby uspokojona, wyglądała starszą i poważniejszą, smutną, ale wdzięku pełną. Strój też, choć zawsze bardzo wytworny, czarny był i jakby żałobny.
Na widok Rożańskiego podniosła się nieco, rękę mu podając, i zarumieniła mocno, lecz wprędce bladość pierwsza zastąpiła rumieniec. Zaczął od kłamstwa Wacek, opowiadając, jakim osobliwym wypadkiem tu się znajdował i dowiedział dopiero od proboszcza o rezydencji pani pisarzowej. Nie tknął nic przeszłości, dowiadując się tylko o zdrowie.
Bystre rzuciła nań spojrzenie.
— O wszystkiem waszmość przecież wiedzieć musisz — odpowiedziała. — Stało się ze mną, co z niewielu ludźmi się dzieje, wróciłam z tamtego świata, ale odmienną i bodaj lepszą...
Westchnęła.
— Wszystkom to Pełce winna, który mnie ukarać chcąc, na com zasłużyła — do opamiętania przywiódł. Biednemu człowiekowi, który mnie kochał prawdziwie, dawno przebaczyłam, co więcej, wdzięczna jestem... Nie słyszałeś waszmość, co się z nim stało?
— I owszem, — odparł Rożański — wiem o tem, że jak oszalały na Śląsk pono był uszedł, gdzie, że z gorączki, na którą zapadł z żalu i aprehensji wielkiej, nie umarł, cudem jest prawie. Mówiono mi, że, ledwie ozdrowiwszy, do klasztoru chciał powracać.
Pisarzowa ręce załamała.
— Do klasztoru? a! nie! nie dajcie mu tego uczynić! wstrzymajcie go... mnie się to klasztor i pokuta należy, nie jemu, bom stokroć więcej winna...
Rożański się uśmiechnął.
— E! — rzekł wesoło — po ludzku i po Bożemu, gdy już tak dziwny obrót rzeczy wzięły, iż zamiast nienawiści, afekt się w sercu waszem obudził — a w jego nigdy nie wygasł — nie o klasztorze myśleć a o weselu... dosyć się biedaczysko wyczekał na to szczęście i drogo je oboje państwo przypłaciliście.
Chwyciła pani pisarzowa za rękę Rożańskiego.
— Przyjacielem mu byłeś — zawołała — a jam to waszą drużbę rozerwała, wróćże mu serce. Chcesz dobry uczynek spełnić, przejednaj nas, zbliż i niech się stanie, co Bóg przeznaczył...
Zarumieniła się, oczy kryjąc.
— Pani pisarzowo, — rzekł — świadczę się sumieniem, będę wam służył chętnie, ale mi zawodu nie uczyńcie. Jeśli myśl macie stałą, porzucę wszystko, pójdę go szukać i do Krakowa go wam sprowadzę. Jedźcie tam teraz, a czekajcie na mnie. Chyba żyw nie będę, jeśli wam Pełki nie przystawię.
— O, mój Boże! — zawołała pisarzowa — jednej godziny jechać jestem gotowa, a dla was wdzięczność zachowam przez życie całe. Tylko mi nie odmawiajcie...
Tak rozpoczęta rozmowa pociągnęła się do popołudnia. Stanęło tedy na tem, ażeby wdowa zaraz się w podróż wybrała. Rożański tegoż dnia miał nawrócić i Pełki szukać, bo się z tem wydać nie chciał, że o nim wiedział i że umyślnie z tem przybył. Na probostwo przybywszy i koło znalazłszy gotowe, puścił się w drogę nazad tak szczęśliwy, jak niegdyś, ludzi pędząc i śpiesząc, bo się cieszył niewymownie, iż mu się tak podróż powiodła.
Mało co też wyprzedził pisarzową, która następnego dnia, wedle przyrzeczenia, wyjechała.
Przybywszy do Krakowa, Rożański zaraz do Pełki poszedł, przy którym znalazł Laskowskich, a chorego znacznie już sił nabierającego... Jednak zawsze o klasztorze mówił, Gołczwią i dostatkami swemi chcąc rozporządzić, oprócz funduszu, który dla klasztoru przeznaczał.
Z dobrym humorem wpadł na to Wacek... a zobaczywszy raptularze tej ostatniej woli na stole, niedługo myśląc, je poszarpał.
Pełka się chciał gniewać, rzucił mu się na szyję.
— Będzie czas! wstąpisz sobie do kamedułów nawet, kiedy wola, a no, nieprędzej aż ja pozwolę... — zawołał Wacek — ja i doktór Ławręcki mamy teraz nad tobą władzę, jak opiekunowie nad małoletnim.
Boleśnie jakoś uśmiechnął mu się Pełka i nie sprzeczał się więcej. Zdrowie zwolna powracało, lecz nie ochota do życia, tej w nim rozbudzić nie było podobna. Używano na to środków różnych, słuchał chętnie gwaru około siebie, zdawał się nim rozrywać, lecz się do niego nigdy nie wmieszał.
Łamał sobie głowę Rożański, jakby tu bardzo mądrze ich zbliżyć i niezręcznością sprawy nie popsuć. Wpadał na myśli różne, żadna jakoś nie zdała mu się zupełnie dobrą i pewną.
Pisarzowa czekała oznajmienia, codzień wprawdzie przypominała Rożańskiemu o sobie, lecz z dnia na dzień odkładano, pókiby doktór nie zawyrokowali, iż Pełce wielkie wzruszenie, radość i szczęście nie zaszkodzą.
Lato było bardzo gorące, a w murach miejskich skwar się więcej czuć dawał, niż w odkrytem polu i cienistych lasach... Jednego dnia Ławręcki, przybywszy z południa i widząc chorego przechadzającego się po izbie, wziął go za rękę.
— No, rotmistrzu, — odezwał się — jużbyś też świeżego powietrza mógł użyć śmiało, i posłużyłoby ci, gdybyś niem odetchnął. Do konia też nawykłeś, przejażdżka ci nie zawadzi, jedźcie z panem Wacławem do Bielan...
— Do Bielan? — zapytał Pełka — a no, dobrze, do Bielan, nic nie mam przeciwko temu... lecz pocóż mi jeszcze koń, poszlibyśmy pieszo, z koniem się trzeba pożegnać.
— Co zaś — zawołał doktór — waćpanu zawsze to kapucyństwo, do którego nie jesteś stworzony, na myśli... Jedź konno, doktór każe.
Rożański, który na to tylko czekać się zdawał, dodał:
— Konie nawet Gabryk nagotował...
Gdy przyszło wyjeżdżać, Pełka jak stał w szarej opończy domowej, tak się już wybierał ruszać.
Rożański się sprzeciwił.
— A! dalipan! przybraćże się trzeba... Gabryk, dawaj suknie, jużci się tak Pełce w ulicy pokazać trudno...
Medard, jak dziecko, był posłuszny.
Wybrano mu suknie, Rożański niemal je sam na niego kładł i dobierał, sam mu szablę przypasał, bo i o tej nieodstępnej towarzyszce był zapomniał... Gdy w dziedziniec wyszli, kędy konie stały, a zobaczył swojego, trochę mu w oczach pojaśniało, pogładził go ręką drżącą po karku... widać było, że mu się wspomnienia nawalnie tłoczyły... Na siodło skoczył lekko... zaraz mu się głowa podniosła, rozprostował się, niby inny człowiek... Pojechali zwolna... W ulicy już znowu, jakby się siebie wstydził, głowę spuścił i koniowi w grzywę tylko patrzał a milczał.
Dzień był prześliczny, wietrzyk chłodził powietrze, miło było całą piersią niem odetchnąć. Gdy się za miastem znaleźli, Pełka sobie przypomniał ową wycieczkę z Janem Kazimierzem i powrót z niej, i łuny palącego się Krakowa i spotkanie z matką i córką. Dużo czasu upłynęło, wiele się zmieniło rzeczy — westchnął ciężko...
Pod laskiem bielańskim stał powóz i konie — kobieca suknia migała dalej na drodze. Snadź na przechadzkę wyjechawszy, pani jakaś pieszo ją tu dalej odprawiała w cieniach pięknego gaju. Na widok ludzi, koni i kobiety Pełka się zatrzymał.
— Cóż ci to? — spytał Rożański.
— Zawrócimy, — rzekł — nie chcę się spotykać z nikim.
— Ale ba! dla wilka nie iść do lasu, — rozśmiał się Wacek — cóż to z ciebie za tchórz! Co nas tam obchodzi, że się kto przechadza, pominiemy go i pojedziemy dalej. A toćby przyszło z domu nosa nie wytykać, gdyby człowiek twarzy kobiecej unikał...
Z widocznym przymusem Pełka nierychło, na usilne nalegania przyjaciela, konia trącił i dalej ruszyli.
Powóz stał w cieniu drzew... ludzie przy nim nieznajomi nie obudzili żadnego podejrzenia w Medardzie.
— Wiesz co, Pełka, — rzekł Rożański — najlepiejby i nam tu konie porzucić, niechby je Gabryk potrzymał, a mybyśmy pieszo się sobie przeszli.
Na kilkanaście kroków przed nimi szła zwolna kobieta, od której oczu nie mógł oderwać Pełka. Nie widać było jej twarzy, bo ją kwef zakrywał, ze spuszczoną głową odwrócona do nich bokiem ku lasowi dążyła.
Pełka zatrzymał konie.
— Coby było najlepszego, to to, żebyśmy wrócili do miasta, — rzekł — mój Wacku, proszę cię.
— A ja cię proszę, chodź i odetchnij powietrzem zdrowem... Co nam tam kto zawadza? dzikim się stałeś nad miarę...
Widząc, że Rożański sam zsiadł, Pełka rad nierad, choć opornie, z siodła się zsunął i konia oddał. Wacek go pod rękę wziął i poszli drogą. Kobieta już była w ocienioną lasem weszła drożynę, suknię jej tylko migocącą między drzewy widać było.
Rożański, zagadując o królu Janie Kazimierzu, prowadził przyjaciela coraz przyśpieszając kroku. Droga się zawracała, i idącej przodem pani widać już nie było. Pełka jakoś lżej oddychał...
Nagle na zawrocie, gdy się może nie spodziewał z nią spotkać, Medard krzyknął, wyrywając się — o trzy kroki przed nim stała blada, z założonemi rękami na piersiach, z twarzą odsłonioną pani pisarzowa...
Przez chwilę nie można było wiedzieć, co pocznie, tak straszliwie zbladł i zmienił się. Wtem ręce złożone otwarły się i spuściły ku Pełce, jakby wyzywając go ku sobie...
Medard wyrwał się i pobiegł... jak szalony, padł na kolana, a potem twarzą na ziemię za nogi chwytając Jadwigę i łkając...
Ta, schylając się, ręce mu napróżno wyciągała, dopiero Rożański, przypadłszy, podniósł go gwałtem, i Pełka miał odwagę spojrzeć jej w oczy...
— Ani słowa o przeszłości — zawołała kobieta — ani dziś, ani jutro, i nigdy, ja jej nie chcę pamiętać, ty ją musisz zapomnieć. Przebacz mi... Żyjmy dniem dzisiejszym, jaki nam Bóg dał...
Otóż, jak się poprostu historja pana Medarda z Gołczwi Pełki skończyła, dzięki Rożańskiemu. O kapucynach, bernardynach i klasztorze mowy nie było. Nazajutrz poczęto czynić przygotowania do indultu i wesela, które się pocichu i „privatim“ odbyć miało w Krakowie.
Posłano o tem dać znać pani Cyrulskiej, boć zawsze to była matka i zachowanie pewnych względów się jej należało; lecz stara odpisała list ostry, iż córki i takiego zięcia ani znać, ani o nich wiedzieć nie chce... Musiano się bez niej obejść, gdy nie było można inaczej.
Na wesele też nie proszono nikogo, ślub się odbył w kaplicy u księży dominikanów, na którym tylko Rożański i kilku ciekawych było... We dwa dni potem, zebrawszy się na miodowe miesiące, pojechali do Gołczwi, bo tam zawsze Medardowi było najmilej. Poprzedzili ich Laskowscy, aby wszystko przygotować.
Cyrulska była w Horbowie, lecz znaku życia nie dała; owszem, dowiedziawszy się, iż Pełkostwo do Gołczwi zjeżdżają, uciekła do męża, z którym była źle, aby córki nie widzieć i gniew jej swój okazać.
Tu, starym obyczajem, Medard nie mógł pocichu przybyć i nie przyjąć sąsiedztwa, więc z Warszawy z dworku, co było do przyozdobienia i użytku zdatnego, sprowadziwszy — na dziesięć mil wokoło panów ziemian sprosił na przenosiny. I wystąpił po pańsku, iż długo o tem później nietylko w powiecie, ale w województwie całem wspominano. Pięć dni trwała uczta... tany, wiwaty, moździerzowe strzały, iluminacje i zabawy. Mało kto cały uszedł, żeby choć raz pod ławę się nie stoczył, bo Laskowski, który na siebie częstowanie wziął, był jak pijawka niezbyty, a gdy się na kogo uwziął, trzeźwy mu się nie wymknął.
Odżyła pani Pełkowa, wyzdrowiał rotmistrz. Gołczwia inaczej poczęła wyglądać, pana i pani się doczekawszy. Małżeństwo, które Medard, tak długo się wysługując, dobił naostatek, gdy wszelką jego nadzieję stracił, zdaniem wszystkich było bardzo szczęśliwe... Pani rotmistrzowa zawsze lubiła ludzi i towarzystwo i nie była obojętną na aplauzy i admiracje, jakie obudzała; starczyła jej jednak miłość męża, który do szaleństwa był w niej rozkochany. A gdy w rok potem na świat przyszedł dziedzic imienia, któremu imię dano dziadowskie, u kolebki syna dopiero przeistoczyła się Jadwiga do niepoznania. Nie mogła się na chwilę oderwać od niej, zdawało się jej, że na świecie piękniejszego i rozumniejszego dziecięcia nie było i nie będzie nad jej jedynaka... Tym węzłem połączyły się ściślej jeszcze serca... Na chrzciny znowu próbowano ściągnąć babkę, i oboje rodzice list do niej pełny submisji napisali, zapraszając w kumy...
Babka tym razem trochę się powściągnęła, odpisała zimno, składając się chorobą i wiekiem, a dziecku posyłając podarek, przybycia odmówiła. Trzymał więc Rożański z panią Laskowską, a w drugiej parze gromada Gołczwi, w osobie wójta i kowalowej.
Chrzciny znowu cały powiat ściągnęły...
Gospodarząc, polując i synaczka hodując, Pełka nie ruszał się z kąta, ani też jejmości do świata było tęskno, bo cały świat teraz miała w dziecięciu; tymczasem nadeszła wyprawa wiedeńska, a że na nią ludzi rycerskich, doświadczonych siła było potrzeba, król Jan sam wezwał Pełkę, aby mu do Warszawy przybywał i z nim szedł. Nie było się co wymawiać, ani składać wiekiem i zdrowiem... musiał pan Medard konie skupić, ludzi zebrać, poczet sobie sztyftować i do króla ciągnąć.
Została jejmość sama pod opieką Laskowskich, z dziecięciem, w śmiertelnej trwodze o męża, do którego się przywiązywała codzień mocniej.
Z tego oddalenia się pana Medarda dopiero skorzystała Cyrulska, aby, do Horbowa przybywszy, naostatek córkę w Gołczwi odwiedzić. Z mężem jej było źle, na świecie tęskno, dolegliwości wieku złamały ją i do niepoznania zestarzały; serce jednak zostało, jakie było, mściwe i nieprzebaczające nikomu...
Więc nawet na wnuka patrzeć nie mogła, dlatego, że jej Pełkę przypominał, a gdy o nim mowa była, nie mogąc już mówić źle, milczała.
Przez posły, które woziły listy królewskie do królowej, pisywał też z wyprawy, z pod Wiednia i później po bitwie pod Parkanami Pełka... Raz był strzałą tatarską draśnięty, zresztą cało uszedł, a łup znaczny do domu z sobą przyprowadził. Gdy się go w Gołczwi spodziewano, stara Cyrulska wyjechała od córki i niczem jej wstrzymać nie było podobna.
Wiedeńska ekspedycja ostatnią też była w życiu Pełki, który po niej oręż zawiesił na ścianie dla syna, już się nie ruszając z domu.
W dzienniku jego odtąd same gospodarskie znajdujemy notaty i urodziny dzieci, któremi im Pan Bóg błogosławił. W nim też pod rokiem 1685 zapisał rotmistrz:
„Dnia 11 Septembris o jedenastej przed północą, zmarła w Horbowie jmość pani matka żony mojej, niedługo chorując, choć niemoc ją lat kilka trapiła. Dali nam znać późno, tak że jejmość przybywszy, już zimne zwłoki zastała. Sprawiliśmy pogrzeb wspaniały, na którym mąż jmpan Cyrulski „sub pretextu“ choroby nie był. Zakonników i duchownych sprowadziłem przeszło dwudziestu, a ks. Jacek z Lublina miał egzortę wymowną, poczem na żałobny chleb sproszonych osób do dwustu częstowałem. Której jmpani matce jej złej woli dla mnie i com od niej swego czasu ucierpiał, Panie Boże nie pamiętaj, i daj wieczne odpocznienie! Amen“.

(KONIEC).



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.
  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku: korekta na podstawie wydania z 1876 r.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brakujące wyrazy uzupełniono na podstawie wydania z 1876 r.