Żywot Św. Franciszka z Assyża/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Elwira Korotyńska
Tytuł Żywot Św. Franciszka z Assyża
Wydawca Księgarnia Popularna
Data wydania 1931
Druk Sikora
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
E. KOROTYŃSKA
ŻYWOT Św. FRANCISZKA
z ASSYŻA
Żywot Jego chwalebny pełen wielkich
cnót i poświęceń dla młodzieży i ludu
Żywot Św. Franciszka z Assyża p05.jpg
NAKŁAD i WŁASNOŚĆ
KSIĘGARNI POPULARNEJ
w WARSZAWIE

PRINTED IN POLAND
Druk. Sikora, Warszawa.

ROZDZIAŁ I.

Święty Franciszek z Assyża, którego kult w tych czasach szerzy się nadzwyczajnie i to nietylko w Polsce, lecz i państwach takich, jak Anglja, w której mało jest katolików — urodził się w Assyżu, w jednem z najpiękniejszych miast włoskich, w roku 1182-im.
Na chrzcie świętym dano mu imię Jan ale gdy ojciec jego powrócił ze swej podróży z Francji, nazwał go Franciszkiem, może dlatego, że kochał Francuzów, lub też z tego powodu, że dziecko przyszło na świat podczas jego podróży do Francji.
Ojciec św. Franciszka Piotr Bernardone, był bardzo bogatym kupcem, oddanym całkowicie interesom doczesnym. Uczciwy ale ogromnie popędliwy i gwałtowny był despotą w stosunku do rodziny i co postanowił, stać się zawsze musiało matka zaś, o ile wiadomo, była dobrą, łagodną i szczerze kochającą Franciszka.
Gdy nadszedł czas nauki, posyłano go do szkoły parafjalnej, otwartej przez księży dla młodzieży assyżkiej. Tutaj Franciszek nauczył się łaciny i pierwszych elementarnych wiadomości, co dla ojca jego wydawało się już dostatecznem, gdyż postanowił go kształcić na kupca, aby zczasem przejął jego zajęcie.
Zaledwie skończył nauki szkolne, ojciec kazał mu zająć się sklepem.
Obowiązki swe spełniał sumiennie i odznaczył się dużemi zdolnościami w prowadzeniu interesów.
Piotr Bernardone zadowolony był bardzo z syna, wkrótce jednak zaznaczyły się duże różnice w poglądach na sprawy pieniężne.
Franciszek bowiem, w przeciwieństwie do swego ojca był hojnym i dobroczynnym aż do rozrzutności. Zwłaszcza dla biednych był miłosiernym i udzielającym pomocy i nigdy nie odmówił, gdy go kto o co prosił.
W latach młodzieńczych bawił się dużo, lubił towarzystwo i stał nawet na czele złotej młodzieży.
Nie stracił przytem jednak czystości serca, zachowując je zawsze niewinnem.
W roku 1202 Perugja wypowiedziała wojnę Assyżowi — wtedy to Franciszek, liczący dwudziesty pierwszy rok życia wziął czynny udział w tej walce.
Assyżanie zostali pokonani i św. Franciszek został wzięty do niewoli w której spędził rok cały.
Wkrótce po powrocie z więzienia ciężko zachorował, było to między 1205 a 1206-ym rokiem.
Po powrocie do zdrowia usposobienie Franciszka uległo ogromnej zmianie.
Nie radowała go cudna przyroda rodzinnego miasta, nie bawiły go dawne rozrywki.
Marzył wciąż tylko o jakichś czynach bohaterskich, o sławie nieśmiertelnej.
Wybrał się więc w poszukiwaniu przygód wraz ze swym przyjacielem do Apulji.
Ale we śnie usłyszał wyraźnie głos:
— „Wróć do ojczyzny twojej, tam ci będzie oznajmione, co masz czynić dalej”. Zrozumiał, te to głos Boży i wrócił.
W duszy Franciszka następowała szybko do tej pory przemiana.
Wykradał się często z domu rodzicielskiego i udawał się na modlitwę, zerwał z przyjaciółmi i porzucił zabawy. Ale wzamian za to oddał się całkowicie na usługi ubogich.
Jeśli nie miał pieniędzy oddawał to, co miał na siebie, klejnoty, a nawet ubranie.
Kiedy ojciec wyjeżdżał za interesami, zapraszał nędzarzy do swego stołu, twierdząc, że należą oni do jego rodziny.
Wreszcie tak ukochał ubóstwo, że zapragnął sam być ubogim.
Wybrał się więc wraz z pielgrzymką do Rzymu, a gdy znalazł się na miejscu, umówił się z żebrakiem, któremu oddał swe bogate suknie wzamiał za jego łachmany i w takiem przebraniu usiadł na progu jednego kościoła i prosił przechodniów o jałmużnę. Jakżeż był szczęśliwy!
Po powrocie z Rzymu udał się na wycieczkę konną i w drodze napotkał trędowatego, proszącego o jałmużnę.
I choć czuł wstręt do trędowatych, choć najpierwszą jego myślą była ucieczka — zapomniał nad sobą, zsiadł z konia, dał mu jałmużnę i ucałował rękę nieszczęśliwego.
Od tej pory Franciszek całą duszą należał do Boga i godziny całe przepędzał w modlitwie w ubogim kościołku świętego Damiana poza murami Assyżu, lub w jaskini, gdzie był przez nikogo niewidziany.
Pewnego dnia, gdy się modlił przed obrazem Ukrzyżowanego, Chrystus ożywił się i przemówił do klęczącego Franciszka: „Franciszku, idź i napraw dom mój, który się wali”.
Franciszek zrozumiał, że ma odnowić kościołek świętego Damiana, poszedł więc do proboszcza i oddał wszystkie jakie miał pieniądze i klejnoty, poczem udał się do domu, wziął ze sklepu większą ilość sukna, siadł na konia i po drodze sprzedał sukno i konia i chciał to ofiarować proboszczowi na odnowienie kościółka. Ale ksiądz, widząc taką ilość złota, zląkł się, bojąc się, że są dawane bez wiedzy rodziców i nie przyjął. Wtedy Franciszek prosił, aby mu pozwolił być przy kościele i prowadzić życie bogobojne.
Proboszcz zgodził się na tę prośbę, i odtąd Franciszek oddawał się bogomyślności i pracy przy kościołku. Niedługo to trwało. Dowiedział się Piotr Bernardone o tym postępku syna i zaczął go szukać. Rozpacz jego nie miała granic, zrozumiał, iż syn dla niego stracony i że okrywa go wstydem i hańbą. Wolał go, gdy bawił się i hulaszcze życie prowadził.
W towarzystwie kilku ludzi udał się do kościoła, aby go zabrać i ukarać, ale Franciszek uprzedzony o przybyciu ojca, skrył się w jaskini, gdzie przebył cały miesiąc, żywiąc się tem, co mu zaufany sługa przynosił. Po miesiącu doszedł do przekonania, że odważnie musi swe przekonania wygłaszać i jak żołnierz Chrystusowy cierpieć za wiarę.
Wyszedł więc z jaskini i udał się do domu rodzicielskiego.
Wielu ludzi wychodziło ze sklepów i z domów, spoglądając z podziwem na wynędzniałą postać młodzieńca.
Rzucano za nim kamieniami i błotem, wołano: warjat!
On zaś szedł, dziękując Bogu za te zniewagi, nie odpowiadając na zaczepki i wzgardy.
Hałas i krzyki na ulicy wywabiły i ojca Franciszka.
Ujrzawszy swego syna w tak opłakanym stanie rzuca się na niego, bije, popycha, wreszcie prowadzi do domu i zamyka w ciemnym lochu, przytwierdzając do wilgotnej ściany łańcuchem. Sądził Piotr Bernardone, iż w ten sposób przełamie jego zapał do życia bogomyślnego.
Uwięziony modlił się, ciesząc się, iż cierpi dla Chrystusa, a gdy matka, korzystając z wyjazdu męża, uwolniła ukochanego syna z lochu, wrócił znów do kościołka świętego Damiona:
Gdy ojciec dowiedział się, iż syn uciekł i znów oddaje się bogomyślności, zaskarżył go przed trybunał sądu miejskiego za przywłaszczenie sukna i konia i żądał, aby go wypędzano na zawsze z miasta.
Franciszek chętnie zgodził się na sąd prosząc, aby sprawę tę rozstrzygał sąd duchowny, na co się zgodzono.
Sądowi przewodniczył biskup Gwido, znający osobiście Franciszka.
Ten, po wysłuchaniu skargi, zażądał, aby Franciszek postarał się o zwrócenie pieniędzy ojcu, a potem z błogosławieństwem Bożem, oddał się bogomyślności.
Franciszek wyjął pieniądze, jakie miał za sprzedane sukno i konia i oddał je ojcu, poczem wszedł do sąsiedniego pokoju, zdjął ubranie, włożył habit z grubego materjału i położywszy ubiór świecki u stóp ojca, rzekł:
— Do tej pory Piotr Bernardoni był moim ojcem, lecz odtąd nie będę go zwał ojcem swoim, ale będę powtarzał z ufnością: „Ojcze mój, który jesteś w niebie”.
Scena ta poruszyła wszystkich do łez. Franciszek, niekrępowany już niczem, wolny i niezależny, udał się za miasto, aby rozpocząć nowe życie, całkowicie Bogu oddane.
Idąc śpiewał radośnie, rozweselony i szczęśliwy, choć nie posiadał ani grosza, wyzbyty ze wszystkiego, w starym płaszczem, ubogi i bosy święty biedaczyna Franciszek.
Wyszli zbójcy z jaskini, a widząc śpiewającego wesoło nędzarza, spytali, kimby był.
— Jestem piewcą wielkiego króla — odrzekł.
Wtedy sądząc że mają do czynienia z warjatem, obili go i wrzucili do parowu pełnego śniegu.
Trudem wydostawszy się stamtąd dotarł do klasztoru Benedyktynów gdzie służył przez czas jakiś w kuchni, poczem służył trędowatym w Assyżu, a wyszedłszy stamtąd rozpoczął żebraninę na kościół świętego Damiana, śpiewając pieśni wobec zgromadzonego tłumu, od którego żądał tylko cegieł i kamieni na odbudowę świątyni.
Ukończywszy budowę kościoła świętego Damiana, zabrał się do odnowienia kościoła świętego Piotra, potem Porcjunkuli czyli kościołka Matki Boskiej Anielskiej, przy którym zbudował sobie domek, aby módz się skryć w razie ulewy i tu postanowił zamieszkać. Ale Bóg chciał inaczej.
Podczas jednej z mszy świętych odprawianych w kościołku, posłyszał Franciszek głos Boży:
— A szedłszy przepowiadajcie ewangalję, niemocnych uzdrawiajcie, umarło wskrzeszajcie, trędowate oczyszczajcie... Nie miejcie ani złota ani srebra ani pieniędzy, a wchodząc w dom pozdrawiajcie: Pokój temu domowi.
Słysząc te słowa, Franciszek rozpoczął wieść życie czynne, apostolskie.



ROZDZIAŁ II.

Franciszek zrzucił z siebie miękkie suknie i pas skórzany, a włożywszy gruby habit i opasawszy się sznurem poszedł ku Assyżowi, aby głosić słowo Boże.
Płomienne jego kazania ściągały tłumy ludzi, wzruszając do łez.
Jednym z najpierwszych nawróconych był bogaty mieszczanin Bernard de Quintavalle.
Zapragnąwszy wieźć życie umartwione i pobożne, prosił Franciszka o przyjęcie go na ucznia i towarzysza.
Drugim był brat Idzi i Piotr. Było ich więc czterech zamieszkali przy kościołku Matki Boskiej Anielskiej, poczem wyruszyli apostołować w różne strony. Franciszek poszedł wraz z bratem Idzim do Ankony i była to pierwsza jego wycieczka misyjna, podczas której spotkała ich często wzgarda, zamiast wdzięczności.
Po powrocie z misji przyłączyło się do Franciszka jeszcze trzech uczniów i wtedy to postanowiono wyprawić się znów na pouczanie ludzi.
Po dwóch wyszli w różne strony nauczając ludzi i żyjąc z jałmużny. Pieniędzy nie przyjmowali wcale, sypiali w przedsionkach kościoła i po szpitalach, a nieraz pod gołem niebem, gdy ich przyjąć nie chciano.
Gdy wrócili do Assyża, przybyło znów kilku uczniów, tak, że liczba wszystkich doszła już dwunastu.
Mieszkanko przy Porcjunkuli okazało się za małe, przeniesiono się więc na Rivo Porto, o 20 minut drogi od dawnego zamieszkania.
Liczba zwoleników Franciszka wzrastała z dniem każdym, tak, że trzeba było pomyśleć o jakiejś regule. Franciszek ułożył ustawę, tj: przepisy proste, na nauce ewangelji, polecające: ubóstwo, modlitwę, pokorę i cierpliwość.
Z ustawą tą poszli do Rzymu, do papieża Inocentego III-go, który ją zatwierdził i pobłogosławił. Otrzymał też Franciszek wraz z towarzyszami swymi święcenie mniejsze i od tej chwili zakon jego wcielony został do hierarchji kościelnej, narówni z innemi zakonami.
Odpocząwszy po drodze, wzięli się do różnorodnej pracy.
Jedni pouczali, drudzy pomagali w polu przy żniwach gospodarzom, inni obsługiwali trędowatych, inni pracowali w domu, aby tylko zarobić na wyżywienie, gdyż pieniędzy nie przyjmowali nigdy.
Były jednak dnie, gdy nie było zarobku i wyżebrać niczego nie było można. Cierpieli wtedy głód i niedostatek bez szemrania.
Franciszek, umiłowawszy ubóstwo, ukochał też ludzi ubogich, postanawiając pracować dla ludu, nim się opiekować, z nim trzymać, żyć w pokorze, poniżeniu, jak lud biedny, znosić krzywdy, ucisk i prześladowanie dla miłości Jezusa Chrystusa.
Z wzrastającym wpływem Zakonu, wzrastała liczba powołań. Zgłaszali się o przyjęcie prostaczkowie, uczeni, szlachta, rycerstwo i duchowieństwo.
Życie świętego pokutnika z Assyżu, pociągało nietylko mężczyzn, lecz i przemawiało do serc kobiecych.
Podczas wielkiego postu r. 1212, Franciszek miewał kazania w kościele św. Rupina w Assyżu. Na kazaniach bywała córka znakomitych rodziców, hrabianka Klara. Postanowiła pod wpływem kazań Franciszka porzucić świat i iść za Chrystusem.
Zwierzyła się z tem św. Franciszkowi, który poradził, aby w niedzielę palmową wyszła z domu rodziców i nie powróciła do niego więcej.
Ubrana odświętnie poszła do kościoła aby uczestniczyć w nabożeństwie, po którem, wraz z zaufaną sługą udała się wprost do kościoła Matki Boskiej Anielskiej.
Na progu kościołka powitał ją św. Franciszek wraz z całem zgromadzeniem zakonnem, w którem znajdowali się już bracia Klary, brat Rufin i Sylwester.
Włożono na nią habit, przepasano sznurem, pobłogosławiono i odprowadzono do klasztoru Panien Benedyktynek.
W dwa tygodnie później siostra Klary, Agnieszka, postanowiła zrobić tożsamo. Wyszła z domu rodziców i wstąpiła do kościoła.
Ojciec, oburzony i rozżalony na córkę, posłał uzbrojonych ludzi, aby przywiedli do domu córkę.
Ale Agnieszka, cudownym sposobem stała się tak ciężką, że ruszyć jej z miejsca nie mogli.
Uznając w tem palec Boży, zostawiono ją na miejscu.
Wkrótce potem zaczęło się zgłaszać dużo panien, chcących poświęcić się Bogu, wtedy Klara rozpoczęła staranie o miejsce, gdzieby mieszkać mogły i otrzymała za sprawą św. Franciszka klasztorek i kaplicę na górze Sabano.
Tam to zamieszkały zakonnice pod nazwą „Ubogich panien” na wzór Zakonu św. Franciszka, zwanego zakonem Braci Mniejszych.
Wyszedł potem w drogę św. Franciszek wraz z bratem Masseo i Aniołem, aby opowiadać ewangelję wszelkiemu stworzeniu.
Bo miłość swą rozciągał on nie tylko na ludzi, lecz na wszelkie twory ziemi.
Przemawiał nie tylko do zakonników, lecz do zwierząt i ptaków. Mówił też i do zbójców i nawracał do Boga.
Wzruszającym był fakt uśmierzenia wilka, który porywał ludziom owce i barany, niszczył stada i rzucał się nieraz na konie.
Święty Franciszek, gdy się przed nim użalano na szkody, jakie zwierz wyrządzał, postanowił z nim porozmawiać.
Zawołał go do siebie, a gdy ten podszedł z pokorą i stanął przed Świętym ze łbem opuszczonym ze wstydu, przemówił tak do zwierzęcia.
— Bracie wilku! przykro mi bardzo słyszeć, że ty, stworzenie Boże, czynisz krzywdy ludziom, porywając im owce i barany napełniając ich serca żalem i nienawiścią do ciebie i twoich braci wilków.
Wiem, że robisz to z głodu i że gdyby ci dobrowolnie dawano coś do zjedzenia, nie robiłbyś tego.
Postanowiłem więc prosić tych biednych gospodarzy, aby cię karmili, ale zato ty, bracie wilku nie będziesz im czynił krzywdy.
I będzie nad tobą czuwała wieś cała, żebyś nie łaknął i będzie kochała ciebie jak dobrego, życzliwego im przyjaciela... Czy obiecujesz, bracie wilku, że warunki te przyjmiesz i dotrzymasz ich nazawsze? Na to pytanie, wilk podszedł do Świętego, ukląkł i podał mu łapę na znak zgody.
Od tej pory chodził za świętym Franciszkiem, jak piesek i zadowalał się tam, co mu dawali mieszkańcy, nie czyniąc ich dobytkowi krzywdy.
Innym razem, gdy był w okolicy Bevagno i przemawiał do zebranego tłumu i braci, ptaki siedzące na drzewach sprawiały taki hałas, że słychać nie było jego kazania.
Podszedł więc do drzew i tak do nich przemówił:
— Ptaszki, braciszkowie moi bądźcie bardzo wdzięczne Stwórcy za to, że pozwolił wam swobodnie latać i dał wam odzienie ciepłe i zachował wasz rodzaj w arce Noego, żeby ród wasz nie zaginął.
Nie siejecie ani żniecie, a Bóg was żywi i daje wam rzeki i źródła do picia i drzewa wysokie do budowania gniazd. Bądźcie wdzięczni i nie przeszkadzajcie mi swym świergotem przemawiać do ludzi.
Gdy to mówił, ptaszki zaczęły otwierać dzioby, wyciągać szyję i skrzydła rozwijać i schylały główki ku ziemi, okazując radość z powodu, iż Święty do nich przemawia.
Po skończonej przemowie cicho powiadały na gałęziach lub w gniazdach i nie przeszkadzały w mówieniu.
Włochy nie mogły, zaspokoić świętego apostoła, chciałby świat cały nawrócić. Wybierał się więc do Syrji i Palestyny aby słowo Boże głosić, tymczasem okręt którym pełznął rzucony był wskutek burzy na brzegi Slawonji, musiał więc wracać do Ankony, skąd wyruszył.
Woli Bożej nie było, aby włoską opuszczał krainę.
W roku 1212 stanął z powrotem w Porcjunkuli i ciężko zachorował. Wpłynęły na tę chorobę niewygody, zmartwienia i posty, które zrujnowały organizm.
Opadał tak gwałtownie na siłach, iż sądzono, że ostatnie to dni jego życia.
Biskup assyżki Gwido kazał go przenieść do swego pałacu, aby miał większe wygody.
Ale święty; jak tylko poczuł się lepiej, powrócił do siebie, gorzko wyrzucając, że pozwolił na dogadzanie podczas choroby.
Rozkazał więc jednemu z braci zakonnych, aby mu zarzucił powróz na szyję i w lekkiem odzieniu, bez habitu prowadził przez miasto, jak zbrodniarza, do kościoła, gdzie cały drżący z zimna tak mówił:
— Bracia moi, wierzcie mi iż nie powinienem być uważany za człowieka świętobliwego, jestem bowiem grzesznikiem, dbającym o ciało, zmyśłowym i obżartuchem, którym wszyscy pogardzać powinni.
Na wiosnę pojechał do Hiszpanji, aby nawracać niewiernych, ale zachorował ciężko i musiał wracać do ojczyzny.
Po jego powrocie wielu ze szlachty i magnatów przyłączyło się do niego i zostało zakonnikami, czyli t. z. Braćmi Mniejszymi.
Po śmierci papieża Inocentego III-go gdy obrany został Honorjusz III, Franciszek przybył wraz z bratem Masseo do papieża i prosił, aby nadał odpust grzechów tym wszystkim, którzy odwiedzać będą odnowiany przez niego kościół Matki Boskiej Anielskiej.
Papież zgodził się na to, natchniony Duchem świętym i do dnia dzisiejszego utrzymał się ten przywilej w niektórych kościołach, gdzie uroczyście obchodzą dzień zgonu świętego Franciszka i uroczystość Matki Boskiej, Anielskiej.
Zakon założony przez świętego Franciszka wzrastał w liczbę tak wielką, że musiano pomyśleć o organizacji klasztoru.
Podzielono zakon na kilka prowincji, pod zarządem osobnych prowincjałów. Przeznaczono też kilku zakonników na misję w Hiszpanji, Francji, Niemczech i na Wschodzie.
Św. Franciszek obrał sobie Francję do działania, gdyż kochał ten kraj najbardziej, ale kardynał Hugolin przekonał go, iż jest on bardziej potrzebny dla Włoch, a zwłaszcza dla Rzymu.
Franciszek usłuchał go i od tej pory kardynał stał się jego protektoratem i przyjacielem, a obrońcą i opiekunem Braci Mniejszych.
Było już kilka tysięcy Braci, postanowiono wysłać wielu z nich jako misjonarzy, nie zrażając się poprzedniem niepowodzeniem. Na Węgrzech spotkał zakonników ten sam los, co przedtem, gdy poszli do Niemców. Wypędzono ich z kraju, nie chcąc słuchać słowa Bożego.
W Hiszpanji pięciu zakonników poniosło śmierć męczeńską z rąk Maurów, nie zrażali się tem jednak inni pobożni miłośnicy Chrystusa i dużo z nich garnęło się do Zakonu.
Między innymi młody kanonik od świętego Augustyna, zapragnął śmierci męczeńskiej i wstąpił do zakonu Braci Mniejszych. Byłto wielki święty, znany pod imieniem brata Antoniego Padewskiego, na świat cały dziś znany i czczony.
Franciszek znów wybrał się do Syrji, aby dostać się do armji krzyżowców, w celu zdobycia wraz z innymi Ziemi Świętej.
Przyjechał szczęśliwie do ziemi Saracenów i udał się do obozu krzyżowców, gdzie panowało ogromne przygnębienie.
Po bitwie w dniu 19 sierpnia 1219 r. która skończyła się niefortunnie, zaczęły się bunty, zapanowała chciwość i okrucieństwo.
Żołnierze, dla zdobycia łupów dopuszczali się bezlitośnych czynów, grabili co mogli, bijąc się i mordując wzajemnie.
Przeczuwał święty Franciszek, iż źle się to skończy i że cała ta wyprawa zepsuje charakter, zdeprawuje dusze i serce rycerzy, postanowił więc inną bronią walczyć z sułtanem.
Stawiony przed sułtana Melek — ulkamela, począł opowiadać Chrystusa, wzywając słowami miłości, zgody i pokoju do oddania należnego chrześćjanom grobu Boga-człowieka. Gdy mówił, twarz jego promieniała taką miłością i odwagą zarazem, że stał jak w promieniach i pociągał świętością z jego postaci wyczuwaną.
Mowa jego, płynąca z serca, przepełnionego miłością jego wygląd ubogi i wyniszczony, wywarł ogromne na sułtanie wrażenie.
Zniewieściały władca, w rozkoszach i zbytkach żyjący, ugiął się przed świętym biedaczyną i patrzał nań ze czcią i podziwem.
Nie puścił go od siebie, aż dopiero po dniach paru, słuchając mowy jego i godzinami trzymając go przy swym tronie.
Nie nawrócił się wprawdzie, gdyż za ciężkie byłoby dlań przejście z rozkoszy do nędzy, ale z zachwytem i podziwem słuchał natchnionych słów Świętego i obdarzywszy go cennemi podarkami, od których nie mógł się wymówić nasz święty, rzekł po przyjacielsku:
— Módl się za mnie, aby Bóg mię oświecił i wskazał, która religja najlepsza.
Święty Franciszek 1220 roku wrócił do Europy, gdzie czekała nań wielka przykrość.
Wyjeżdżając do Ziemi Świętej ustanowił do rządzenia braćmi dwóch wikarych generalnych, aby pilnowali porządku w zakonie.
Księża ci nie mając jeszcze ducha Franciszkańskiego w sobie pozmieniali dużo w regule ułożonej przez Świętego i usunęli różne niewygody w sposobie życia, nazywając świętego Franciszka krótkowidzem, nie liczącym się z potrzebami czasu, i zacofańcem.
Jeden z braci wystąpił z Zakonu i chciał założyć swój zakon, inny, kupił dom i urządzał zebrania teologiczne, wogóle zapanował rozdźwięk i rozprzężenie.
Święty Franciszek udał się o poradę co ma czynić do kardynała, ten poszedł do papieża, który kazał powrócić do dawnego porządku, ustanowiwszy jednak, aby od tej pory przyjmowano do zakonu Braci Mniejszych tych, którzy tytułem próby przebyli nowicjat przez rok cały, zanim złożą śluby zakonne.
W tym samym roku, gdy się to działo, święty Franciszek, czując się wyczerpanym i podupadłym na zdrowiu, oddał przełożeństwo w ręce brata Piotra z Catanji, mówiąc do zakonników: — Oto wasz przełożony, którego wy i ja słuchać będziemy.
Na te słowa bracia wybuchli płaczem, a święty wzniósł oczy do nieba i polecił Bogu tę swoją gromadkę.
I od tej chwili święty Franciszek, założyciel i prawodawca został pokornym podwładnym, dając wzór posłuszeństwa i pokory.
Po śmierci Piotra z Catanji, która nastąpiła już w rok po objęciu przełożeństwa, przeorem został brat Eljasz.
Wkrótce potem, gdy powołania zakonne mnożyły się bezustannie, tak, że przyjąć wszystkich nie było możliwością, Święty postanowił założyć domowy Zakon, tj. ustanowić regułę dla osób, które chciały prowadzić życie zakonne, a dla braku miejsca nie mogły zamieszkiwać razem z braćmi.
Osoby te mogły pozostawać w domu, wśród rodziny, spełniać obowiązki domowe, a zarazem wieść życie doskonałe, oddawać się modlitwie, pokucie i zmartwieniu.
Franciszek wraz z kardynałem Hugolinem ułożył regułę czyli przepisy dla Trzeciego Zakonu.
Przepisy te nie zawierały nic nowego były, jakby powtórzeniem tego, co zalecała pierwsza reguła.
Członkowie Trzeciego Zakonu powinni byli żyć w ubóstwie, przyczyniać się do utwierdzania pokoju i zgody w społeczeństwie, do wprowadzenia w życie zasad Ewangelji, wykonywania uczynków miłosiernych co do duszy i co do ciała.
Reguła zabraniała tercjarzom noszenia broni, procesowania się składania przysiąg po sądach, zabraniała też zbytku zalecając ubóstwo, umartwienie i miłosierdzie. Reguła ta nie przechowała się do naszych czasów, jest tylko jedna, ogłoszona przez papieża Mikołaja IV-go. Pierwszymi tercjarzami byli błogosławiony Łuchesjusz i jego żona Bonadonna, z grona tercjarzy wyszli święty Ludwik, król francuski i święta Elżbieta, księżna turyngska.
Tymczasem święty Franciszek coraz bardziej unikał świata, by w miejscach samotnych pozostawać sam na sam z Bogiem.
Miał on swe cierpienia moralne na które uskarżał się jedynie przed Stwórcą.
Płakał nad tem, że nie mógł Zakon zostać takim, jakim go założył. Musiał mieć swe domy, klasztory, podczas gdy Franciszek pragnął, aby nie miał nikt z zakonu własności, aby uprawiano zupełne ubóstwo.
Smutek jego, sprawiając mu cierpienia duchowe, powiększał i cierpienia fizyczne.
W roku 1223, gdy papież Honorjusz III uroczyście potwierdził regułę Braci Mniejszych, święty udał się do Greccio, aby spędzić tam święta Bożego Narodzenia u swego przyjaciela.
Wzruszały go ogromnie zwyczaje i uroczystości z tem Świętem związane. W porozumieniu z przyjacielem swym urządził pierwsze jasełka, które potem weszły w zwyczaj i do tej pory są urządzane we wszystkich krajach.
Obchód ten odbył się z wielką prostotą i pięknem.
W lesie zrobiono szopę, nakryto słomą i wprowadzono do niej woła i osła.
Koło szopy zebrali się bracia zakonni i ludzie z okolic i śpiewali pieśni na cześć Chrystusa aż do późnej nocy.
O dwunastej w nocy jeden z kapłanów odprawił mszę świętą, poczem Franciszek miał kazanie o Dzieciątku Jezus.
Wrażenie tych pierwszych jasełek było nadzwyczajne i odchodzili widzowie z sercem pełnem rozrzewnienia i miłości dla Boga.
Święty Franciszek lubił przesiadywać w pewnem górskiem ustroniu w Alwernji, gdzie mu hrabia Orlando de Cattami, słysząc jego nauki, ofiarował miejsce pod budowę klasztoru.
Ostatni raz wybrał się na tę górę w sierpniu 1225-go. Postanowił odprawić tam post czterdziestotygodniowy, jak to miał przez całe życie w zwyczaju.
Witały go tam ptaszęta, siadając na ramionach i głowie Świętego. Były takie, co siadły mu na kolanach i rękach, a Franciszek cieszył się, widząc, że radują się z jego przybycia.
Przybywszy na miejsce cały zatopił się w modlitwie, rozmyślając ze łzami mękę Pańską i niejednokrotnie mdlejąc z przejęcia się i żalu.
W dniu 14 września, w dzień Podwyższenia krzyża świętego, gdy klęczał wczesnym rankiem, z rękami rozniesionemi do góry, ujrzał w zachwyceniu nadzwyczajnej jasności Serafina, zstępującego z obłoków.
Zbliżył się on do Franciszka tak blisko, iż zauważył, że podobny jest do człowieka ukrzyżowanego i że dwa skrzydła roznoszą się nad głową, dwa zaś są rozpostarte jakby do lotu, a dwa wreszcie okrywają ciało.
Widząc to, Franciszek przeląkł się narazie, poczem pełen był zachwytu i radości, iż widzi tak blisko Chrystusa.
Kiedy po niejakim czasie znikło widzenie cudowne, pozostał w sercu Świętego ogień miłości a na ciele jego pozostał obraz i ślad męki Chrystusa.
Na rękach i nogach Franciszka zaczęły ukazywać się znak gwoździ, i oto ręce i nogi zdawały się być przebite w środku gwoźdźmi, których główki widniały na dłoniach rąk i na podeszwach nóg, wystając z ciała.
Na prawym zaś boku ukazał się od dzioby znak niezagojonej rany.
Rana ta często broczyła krwią i krwawiła mu płaszcz i tunikę, aż spostrzegli to bracia zakonni i jeden z nich dopuszczony był do przewiązywania ran i opatrunków.
Po otrzymaniu stygmatów, święty prawodawca wrócił do Porcjunkuli. Ze zdrowiem było źle, prócz innych bowiem chorób, groziła mu utrata wzroku.
W czasie choroby ułożył przecudny hymn do słońca, w którym wyraził wielką wdzięczność dla Stwórcy za stworzenie i za wielkie cuda natury.
Mimo środków lekarskich zapadał coraz bardziej na zdrowiu, wtedy przeniesiono chorego do m. Rieti, gdzie otoczono go troskliwszą opieką i dano najsłynniejszych lekarzy.
W Fonte Colombe poddał się ciężkiej operacji, polegającą na przypiekaniu ciała rozżarzonem do czerwoności żelazem.
Podczas tych mąk, które nie wpłynęły bynajmniej na polepszenie zdrowia, Franciszek zachował spokój i cierpliwość, nie szemrząc ani narzekając na cierpienie.
W kwietniu 1226 roku dostał w nocy tak silnego krwiotoku, że wszyscy sądzili, iż ostatnia to jego chwila.
Wtedy to Święty wyraził trzy pragnienia dla braci: aby się miłowali, aby ukochali ubóstwo i aby szanowali duchowieństwo katolickie.
Następnie błogosławił wszystkim braciom i oczekiwał śmierci.
Ale katastrofa jeszcze nie nastąpiła. Po kilku dniach nastąpiło polepszenie tak znaczne, że można było przenieść Świętego do miasteczka Wortony, gdzie napisał swe ostatnie rady i przepisy Zakonne.
Opisał w tym testamencie w krótkich słowach nawrócenie swoje, swe pierwsze kroki na drodze Bożej i polecił braciom trwać w ubóstwie i wyrzeczeniu się wszelkich dóbr ziemskich.
W Kartonie wystąpiła opuchlina ogólna, Święty nie przyjmował pożywienia i coraz bardziej z sił opadał.
Czując swój koniec, prosił, by go przeniesiono do rodzinnego miasta, gdzie biskup assyżki dał mu mieszkanie w swym pałacu i troskliwą go otoczył opieką.
Prosił św. Franciszek lekarza, aby mu powiedział, czy wyjdzie z tej choroby, gdyż śmierci się nie lęka, a skoro ten oznajmił, że najmniejszej niema nadziei wyzdrowienia i śmierć wkrótce nastąpi, wtedy wyciągał ramiona ku niebu i zawołał: Witam cię, siostro śmierci! poczem ułożył następujący wiersz i powiedział:

Bądź pochwalony panie przez siostrę naszą śmierć cielesną,
Której żaden człowiek uniknąć nie może.
Biada tym, którzy konają w grzechu śmiertelnym
Błogosławieni ci, którzy się znajdują w Twej najświętszej woli,
Gdyż wtóra śmierć nie wyrządzi im szkody.
Chwalcie i błogosławcie Pana mego, dzięki Mu składajcie
I służcie Mu w wielkiej pokorze.




Po prześpiewaniu tego hymnu prosił, aby Go przeniesiono do Porcjunkuli, chciał bowiem oddać swą duszę w miejscu, na którem złożył pierwszą ofiarę z życia po swem nawróceniu.
Gdy go niesiono na noszach, prosił, aby go zatrzymano w Assyżu, chciał bowiem poraz ostatni pożegnać swe miasto rodzinne i błogosławić mu ze łzami.
W Porcjunkuli, gdy go przeniesiono, zgromadzili się wszyscy bracia zakonni.
Błogosławił im, kładąc rękę na każdym z osobna i prosząc, żeby wiernie zachowywali regułę i wielką czcią otaczali Porcjunkulę.
Następnie prosił, jako wzór największego ubóstwa, aby zdjęto zeń habit i nagim położono na gołej ziemi, gdyż nie chciał mieć nic własnego podczas konania.
Ale gwardjan zakonu, w formie jałmużny: ofiarował mu habit, kaptur i pasek i ubrał go leżącego na ziemi.
W piątek, 2-go października, kazał sobie czytać z Ewangelji opis męki Pana Jezusa.
W sobotę odwiedził go lekarz, poczem święty prosił, aby go posypano popiołem, gdyż mówił, że wkrótce nic z niego prócz prochu i popiołu nie pozostanie.
Pod wieczór począł śpiewać psalm 142-gi króla Dawida i z tą pieśnią na ustach umarł uśmiechnięty.
Rozległ się płacz braci i szept odmawianych modlitw, a wśród tego smutku, naraz rozległ się śpiew skowronków, które o tak niezwykłej porze przyleciały pod okna biednego klasztorku, pragnąc pożegnać ukochanego Świętego, miłośnika ptaków, swym śpiewem.
Miał św. Franciszek, w chwili śmierci lat 42, z tych lat 20 spędził na służbie Bożej w zaparciu i zmartwieniu.
Nazajutrz tłumy ludzi cisnęły się do celki Świętego, doznając licznych cudów i uzdrowień za dotknięciem habitu świętego Franciszka.
Nadeszło i duchowieństwo świeckie i przeniesiono Zmarłego do kościołka św. Jerzego, potem zaś w roku 1240 przeniesiono do wspaniałej bazyliki św. Franciszka, którą kazał postawić brat Eljasz, generał Zakonu.
W dwa lata po śmierci, został Franciszek zaliczony w poczet Świętych, za papieża Grzegorza IX-go.
Zakon Jego rozwijał się szybko i rozwijając, przetrwał wszelkie prześladowanie, ma w swym gronie wielu męczenników i Świętych, wielu bohaterskich misjonarzy, idących głosić słowo Boże wśród pogan.
Wielki Święty, ich założyciel i prawodawca czuwa nad swymi braćmi zakonnymi i otacza ich swą opieką z zaświatów.

KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elwira Korotyńska.