Żywe grobowce/XXXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XXXIX.

Nazajutrz rano po nieprzespanej nocy, wyczerpany wałęsaniem się po dworcach kolejowych, udałem się znów do patronatu. Po chwili wkroczyło tam kilka kobiet wykrzyw kując niepochlebne wyzwiska pod adresem dobroczyńców.
Męża zabrali mi do więzienia, — lamentowała jedna z kobiet. — On był niewinny, a ja z czworgiem dzieci umieram z głodu. Codziennie każą mi jutro przyjść po zapomogę. Dosyć tego, jak mi dziś nie dadzą, ślepia im wydrapię.
— Dobrzeby pani zrobiła, — zachęcała druga.
— Mojemu mężowi także dali sześć lat. Siedzi w Mokotowie, a ja umieram z głodu. Muszą mi także coś dać dla dzieci.
Woźny ukazał się na korytarzu i nakazał ciszę. Jedna z kobiet zawołała:
— Proszę nas zameldować, musimy iść do pracy, by zarobić coś dla dzieci!
— Proszę zaczekać, — odparł obojętnie woźny. — Pani radczyni pije herbatę, proszę zachowywać się ciszej, jak przyjdzie kolejka to zawoła.
— Herbatkę! — ryknęła jedna z kobiet. — Ja i moje dzieci także jeszcze nie piłyśmy herbaty.
I bez chwili wahania wkroczyła do gabinetu radczyni. Woźny nie zdążył zastąpić jej drogi; reszta kobiet wdarła się za nią.
Po chwili wyszły z jeszcze większym krzykiem, niż weszły, rzucając przekleństwa pod adresem wszystkich.
Widząc, że nikt mnie nie pyta, po co tu przybyłem, wstałem i przybliżyłem się do woźnego, który co chwila znikał i ukazywał się zpowrotem.
— Proszę mnie zameldować do pani opiekunki.
— A w jakiej sprawie?
— Wczoraj wypuścili mnie z Mokotowa, — odparłem.
— Źle zrobili, — odburknął.
— Czego tu chcecie? — Chciałem prosić o pomoc.
— Teraz niema nic. Możecie iść.
Krew uderzyła mi do głowy. Bez słowa, zapukawszy do drzwi, wkroczyłem do gabinetu.
Przy eleganckiem biurku siedziała wytwornie ubrana otyła dama, a naprzeciw niej przy drugim stoliku młoda dziewczyna. Gdy ta ostatnia ujrzała mnie, wybuchnęła niepohamowanym śmiechem.
Dama powoli podniosła głowę i spojrzała na mnie jak królowa na nędzarza, poczem zawołała:
— Czego pan sobie życzy?
— Proszę zobaczyć, jak ja wyglądam.
— Cóż ja wam mogę zrobić? Kartę zwolnienia macie?
— Tak, mam, oto jest moje świadectwo dojrzałości, — rzekłem z ironją.
Dama popatrzyła teraz na mnie uważnie i wzrokiem skarciła dziewczynę, która zanosiła się od śmiechu, patrząc na mnie.
— Więc czego pan chce? My możemy panu dać kilo chleba i bilet kolejowy tam, skąd pochodzicie. Dokąd chcecie się udać?
— Ja sam nie wiem dokąd, nie mam nikogo na świecie, — odparłem.
— To nie nasza wina, — odparła dama. — Nie trzeba było kraść i rabować, to nie siedzielibyście w więzieniu.
— Ale proszę pani, ja właśnie już nie chcę więcej kraść i błagam o pracę. Chcę pracować, nauczyłem się fachu piekarskiego w więzieniu. Proszę, żeby pani wystarała się dla mnie o pracę.
— Ho, ho! Pracę? Skąd ja dla was wezmę pracę? Mówcie, gdzie macie zamiar się udać, bo nie mam czasu.
— Przedewszystkiem proszę o możliwe ubranie i obuwie. Przecież tak dzieci za mną biegają jak za warjatem.
— Ubranie wam zamienię, ale obuwia niema. Ile miałam amerykańskiego obuwia na ten cel, to już rozdałam.
— Ja stąd nie pójdę, dopóki nie dostanę obuwia, — rzekłem stanowczym tonem, wiedząc od kolegów z więzienia, że w patronacie trzeba stawiać się śmiało, bo inaczej zbywają niczem.
— Skąd ja dla was wezmę obuwie? — zawołała już zła. — Swoich wam nie dam, a za własne pieniądze kupić wam obuwia nie mogę.
— Niech pani każe temu panu przyjść po obiedzie, — wtrąciła dziewczyna. — Może się co w magazynie znajdzie.
— Ja stąd nie wychodzę. Po obiedzie nikogo tu nie zastanę.
Dama, widząc, że nie ustępuję, zawołała woźnego. Ten zabrał mnie ze sobą, przyniósł marynarkę, spodnie i obuwie. Po chwili byłem ubrany nie mniej oryginalnie jak poprzednio. Powiedziałem też, że chcę się udać aż do Wilna. Wybrałem daleką podróż jedynie dlatego, by sprzedać bilet i mieć parę groszy. Dama wręczyła mi zaświadczenie i — o dziwo — pieniądze na pół biletu. Dostałem też kilo chleba na drogę i pakę przyzwoitych morałów na zakąskę, z czego wcale nie zamierzałem skorzystać.
Do późnej nocy chodziłem zdenerwowany po ulicach Warszawy, dumając, w jaki sposób utrzymać się na wolności. Chodziłem wściekły wielkiemi krokami, podniósłszy kołnierz marynarki, z rękoma w kieszeniach, i kląłem na czem świat stoi. Późną nocą stanąłem przy jednej z bram na ulicy Smoczej. Bramę tę dobrze znałem z dawnych czasów. Mieszkał tu znany paser, którego zwano „Aleksander tretij“. Tam też zamierzałem spędzić noc.
„Aleksander tretij“ przyjął mnie z otwartemi rękoma, skarżąc się na ciężkie czasy. Zachęcał mnie do nowych występów i pocieszał mnie, że pomoże mi się urządzić.
— Dziękuję, nie mam zamiaru więcej kraść. Jutro będę się starał o pracę.
Paser na te słowa wybałuszył tylko oczy. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę.
— Co się z tobą stało? To chyba nie ten sam Nachalnik! Ty a praca, to były dwa bieguny. Dziś tak mówisz, bo jeszcze masz mokotowską grochówkę w żołądku. Chciałbym wiedzieć, jak długo będziesz chodził w tem ubraniu. Wyglądasz jak łachudra, aż mi wstyd. Mogę ci dać nowy garnitur i płaszcz, — mówił z zagadkowym uśmieszkiem na ustach, — ale wiesz przecież...
Zrozumiałem do czego zmierza, więc odparłem:
— Nie chcę twego garnituru i nie chcę więcej ryzykować. Mam już tego dobrego dość. Co ja miałem z tego przeklętego życia w waszym świecie? Gdybym te lata, które spędziłem w murach więziennych, był na wolności i pracował jak każdy uczciwy człowiek, byłbym szanowany i miałbym zapewne więcej, niż m am z nędznego życia złodzieja. Wiele ja się głodu nacierpiałem i mąk po lochach więziennych! Wstyd, poniżenie, bicie i różne inne katusze — był to dla mnie w tem życiu występku i brudu chleb codzienny. Boleję nad tem i do grobu sobie tego nie przebaczę, że dałem się wciągnąć do tego życia, do tego bagna ludzkiego, skąd nie mogę się wydostać.
Odwróciłem się i splunąłem ze wstrętem; paser odstąpił kilka kroków wtył, poczem spojrzał na mnie, wskazał mi żartobliwym gestem krzesło i zawołał:
— Nachalnik, doprawdy nie poznaję cię. Tchórzostwo przez ciebie mówi i nic więcej. Ja trochę więcej odkiwałem w więzieniu od ciebie, a jednak nawet dziś, mając 59 lat, nie stchórzę. Więcej trochę niż ty przecierpiałem w tiurmach rosyjskich. Dzisiejsze więzienia są rajem w porównaniu z dawnemi rotami aresztanckiemi. Siadajno brachu, czemu stoisz przy drzwiach? — I po raz drugi, już poważnym gestem wskazał mi krzesło, poczem ciągnął dalej:
— Pamiętam, było to w 1892 roku. Miałem wtedy sześć lat aresztanckich rot. Wysłano mnie z Butyrek w Moskwie za udział w buncie do Orła. Tam nie było dnia, aby nie zabito więźnia. Naczelnik więzienia nazywał się także Orłów; własnoręcznie mordował on i bił więźniów. Za najmniejsze przekroczenie, jak wyglądanie oknem, rozmowa na spacerze, pukanie w ścianę, a nawet gdy więzień tylko krzywo spojrzał na klucznika, kazał odmierzać 30 kijów i więcej. Wszystko zależało od tego, którą nogą tego dnia wstał z łóżka, i ile butelek wódki i wina wypił tej nocy. Im bardziej był spity, tem był łaskawszy. Klucznicy również składali się z największych chuliganów i byli wiecznie pijani. Gdy przybył nowy więzień, pakowano go do łaźni i tam dawano mu pierwsze 30 kijów, zawiadamiając go przytem, że jest to zaliczka na dalsze kije, jakie otrzyma. Bywało, świeży więzień rozbiera się w łaźni. Kilku kluczników przygląda m u się, aż staje nagi. Klucznik rozkazuje mu uklęknąć, poczem zapytuje groźnie:
— Kak twoja familja?
— Matwiej Grigorjewicz Wierbinko.
— Prawosławnyj?
— Tak toczno.
— Familja otca kak budiet?
— Grigorij Wierbinko.
— Toże prawosławnyj?
— Tak toczno.
— A mat’ kak nazywajut?
— Natalja Wierbinko.
— Toże prawosławnaja?
— Tak toczno.
— Charaszo, gołubczyk. Za czto popał?
— Za grabioż.
— Skolko połucził?
— Szest’ liet aresztanckich rot.
— Ładno, ładno. A w Boga wierisz?
— Kakże nie wieriu!
— Wierisz?
— Wieriu.
— Ty swołocz, sobaka, poczemu ty krest nie nosisz, jeśli ty wierisz w Boga? Tridcat’ pałok wsypat’ jemu.
Nie pomagają prośby i lamenty, swoje trzydzieści palek musi dostać i z wielką ceremonją zawieszają mu krzyżyk na szyję. Gdy zaś więzień nosił krzyżyk na szyi, zaczynali z innej beczki:
— W Boga wierisz i krest nosisz, a na grabież paszo!? Tridcat’ paloczek dat’ jemu.
Jednem słowem swoich 30 pałek każdy musiał dostać na początku. Żyd musiał dostać, gdy nie nosił cyces na sobie, a gdy nosił, znów dostawał, jako wierzący w Boga, który popełnił przestępstwo.
Takie czasy były, a jednak człowiek wytrzymał. A ty przychodzisz po odsiedzeniu kilkuletniego więzienia w Mokotowie i mówisz, że ci chleb złodziejski już obrzydł? Wstydź się Nachalniku, ja się tego po tobie nie spodziewałem.
— Ty wiesz swoje, a ja wiem swoje, — odparłem. — Postanowiłem zerwać z tem życiem i zerwę. Czy mogę tu u ciebie noc przekimać?
— Możesz, tylko jak masz zamiar zostać świętoszkiem, może ci zaszkodzić spanie u starego — złodzieja i pasera, — rzekł Aleksander tretij z ironją. — Chciałem cię poratować, ugościć jak należy, przyjąć swojego człowieka po wyjściu z więzienia, — ciągnął zakłopotany. — Ale ty sam tego nie chcesz. Rób jak ci się podoba. Spać u mnie możesz, ale popierać frajerów, do których od dzisiaj chcesz należeć, nie chcę. Ja ci poradzę jak przyjaciel po raz ostatni. Pluń na wszystko. Tyle lat zmarnowałeś, trzeba się teraz odegrać, użyć; a jak mnie posłuchasz, to się raz, dwa odreperujesz. Nadam ci dobrą robotę i będziesz mógł odpoczywać. Zresztą uczciwej pracy i tak nie dostaniesz, więc na co masz się pętać między frajerami? Oni i tak, wiedząc kim jesteś, pracy ci nie dadzą. Próbowałem i ja nieraz, i doszedłem do przekonania, że nie warto. Jutro zawołam kilku chłopaków, wezmą cię na robótkę, ubierzesz się i będziesz znów gwizdał na cały świat z jego morałami. Dobrze jest prawić komuś morały, gdy się jest najedzonym i ma się kilka tysięcy dolarów w banku i ze dwie kamieniczki do tego. Ja też potrafię morały prawić moim dzieciom, a sam cholerę wart jestem, — śmiał się dobrodusznie Aleksander tretij.
— Niema o czem mówić, — odparłem wstając z miejsca. — Raz postanowiłem i pójdę do celu. Proszę mi pokazać, gdzie mam się położyć, spać mi się chce, bo wczorajszej nocy oka nie zmrużyłem.
— No, no, brachu, nie jest jeszcze tak źle, kolację musisz jeszcze ze starym złodziejem zjeść. Wypijemy sobie też za twoje powodzenie na drodze frajerskiej. Jabym był rad, żebyś kiedy został wielkim człowiekiem, — no, profesorem, pisarzem albo posłem w sejmie. Ha, ha, ha, wybralibyśmy cię jako posła ze świata złodziejskiego, abyś bronił jego spraw. Najlepiejby było domagać się w sejmie, by zlikwidowano policję i więzienia. Albo wiesz co? Jeszcze lepiejby było, gdyby policja nas zastąpiła, a myśmy zostali stróżami bezpieczeństwa. Zaręczam ci, Nachalniku, — rzekł wesoło, — że społeczeństwo tylkoby na tem wygrało.
— Stałeś się grebserem na starość, mój drogi. Po co mówić o tem, co się nigdy nie stanie? Każdy z nas, który przesiedział kilka lat w więzieniu, ma trochę fioła w głowie. A ty, Aleksander tretij, który siedział w Orle i często brał kije, masz już chyba całego ptaka.
— Masz rację, chodź do stołu. Felcia, Felcia! — krzyknął na córkę, która momentalnie zjawiła się i poczęła szykować do stołu, patrząc zukosa na mnie.
Po chwili już siedzieliśmy przy stole. Rozkoszowałem się smaczną kolacją i alkoholem, słuchając przytem wiadomości o tem, co się działo w czasie mojej nieobecności w naszym świecie. Stary skarżył mi się, że nastały ciężkie czasy dla paserów i że złodzieje stali się kapusiami. Hinty — mówił — nagromadziło się tyle, że jest; ich więcej niż złodziei.
— Kto to słyszał za moich czasów, aby wspólnik wspólnika wydał, albo mu inną podłość zrobił? Gdzie jest nasza daw na solidarność? Gdzie jest dawna szczerość między nami? — biadał Aleksander tretij. — Dawniej złodziej za złodzieją był gotów ostatnią kroplę krwi oddać, a dziś...
Ja nic nie odpowiadałem, tylko zajadałem z apetytem i zukosa zerkałem na córkę, która stała w kącie.
— Czy ty pamiętasz Miszkę Fartowca? — rzucił nagle paser. — Czy ty wiesz, co ten drań zrobił?
— Nic nie wiem. Skądże mam wiedzieć?
— Ale znałeś go, — nalegał.
— Znać go znałem, ale nic o nim takiego nie słyszałem.
— Więc słuchaj, teraz ja ci opowiem wszystko; aż wstyd, że się takie podłe rzeczy dzieją między nami.
Miszka Fartowiec chodził przez długi czas razem z Joskiem Bękartem. Zarabiali nieźle. Najwięcej chodzili na „sobaczkę“. Dobrze im się powodziło, usypiali frajerów w międzynarodowych pociągach i grasowali z powodzeniem. Pewnego dnia wyjechali międzynarodowym pociągiem z dworca głównego do Paryża. Po drodze w Berlinie, Josek Bękart nagle zachorował i został w szpitalu na kuracji. Miszka miał jechać, z powrotem do Warszawy i przywieźć jego żonę, aby czuwała przy chorym. Przyjechał rzeczywiście do Warszawy, ale rozgłosił między nami, że Bękart zasypał się w Berlinie i siedzi w Moabicie. Namawiał żonę Bękarta, aby zebrała wszystkie pieniądze jakie posiada i biżuterję, on zaś zbierze swoje pieniądze i pojadą do Berlina, by wspólnemi silami wydobywać go z więzienia. Żona Bękarta nie podejrzewając niczego, ubrała się w najlepszą garderobę i karakułowe futro, bo jak Miszka Fartowiec mówił, trzeba przyzwoicie zaprezentować się w Polizeipräsidium w Berlinie, by męża wydobyć. W drodze uśpił ją, zabrał wszystkie pieniądze, biżuterję i futro, a nawet suknię, którą miała na sobie, zgwałcił uśpioną i tak zostawił. Przyjechała złamana, odstawiona do Warszawy przez policję. Wszyscy nasi przysięgli sobie, że muszą sprzątnąć Miszkę. Bękart po kilku dniach wyzdrowiał i nie wiedząc nic co się stało ze wspólnikiem, przyjechał do Warszawy; tu dopiero dowiedział się o wszystkiem. Zły na żonę, że się dała tak nabrać, zbił ją do utraty przytomności, a potem porzucił. Puścił się w świat na poszukiwanie Miszki. Nagolił go aż w Ameryce Południowej i strzelił mu w łeb. W rok dopiero po tem zdarzeniu odszukał żonę w Warszawie i zabrał ją do siebie. No, widzisz, jakie podłe czasy teraz u nas. Kto dawniej z naszych zdolnyby był do takich podłości?
— Ale bo też dziś większość złodziejów — mówił dalej — stało się alfonsami i żyje z tego wstrętnego procederu; dawniejszy złodziej gardziłby tem całą duszą. Opowiem ci inną ładną historję. Znałeś przecież Aeroplana? Aeroplan zabrał koledze żonę i namawiał ją, żeby pojechała z nim do Argentyny na sztyft... Ubrał ją jak grafinię, wyłożył pieniądze na szyfkartę i wyjechali razem. Przyjechali szczęśliwie do Argentyny. I wiesz co ona zrobiła? Zaraz w porcie podała mu damskie majtki i powiedziała: „Masz majtki, włóż i możesz mnie zastąpić“. On chciał skoczyć do bicia, ale w tej chwili wpadło dwu agentów, których miała już w pogotowiu. Ci aresztowali go jako handlarza żywym towarem i odesłali zpowrotem pod strażą do Polski. Dostał tu trzy lata więzienia. To mi gierojska baba, — zakończył śmiejąc się.
— Dobrze zrobiła, — dodałem. — A mąż jej nic mu nie zrobił?
— Dotychczas nie, bo Aeroplan siedzi jeszcze w więzieniu. Ale czeka na niego, aż go zwolnią. Takich rzeczy się nie darowuje, kawałek ołowiu przeznaczony dla niego musi połknąć.
— Niech sobie głowy urywają, — powiedziałem, — nic mi do tego świata i nie chcę o nim wiedzieć. Czuję teraz wstręt do wszystkiego, co pachnie tym światem. Niech go cholera weźmie. Ja już mam tego dosyć, — zakończyłem wstając od stołu.
Aleksander tretij ujął mnie mocno za dłoń, pociągnął ku sobie i zawołał, patrząc mi przenikliwie w oczy:
— Słuchaj, Nachalnik. Ty mi się jakoś przestajesz podobać. Może chcesz wstąpić do policji, hę? Tylko przyszły policjant może tak o złodziejach mówić, jak ty mówisz. To hańba dla ciebie, dla takiego urke, jak ty byłeś. Słuchaj mnie, to ci będzie dobrze i nigdy tego nie pożałujesz. Wyśpij się, odpocznij u mnie parę dni, a potem zobaczymy. Kiedy zobaczysz, jak nasi się jeszcze bawią, to wszystkie swoje uczciwe głupstwa wybijesz sobie z głowy.
Zaprowadził mnie do nawpół ciemnego pokoiku, słabo oświetlonego naftową lampką. W kąciku leżały różne towary wątpliwego pochodzenia. Zamknął mnie od zewnątrz i oddalił się.
Upadłem na żelazne łóżko zupełnie wyczerpany. W uszach dźwięczał mi hałas i zgiełk ulicy. Po tak długoletnim pobycie w miejscu spokoju i ciszy nie mogłem oswoić się z gwarem tłumu, hałasem tramwajów, aut, dorożek. To też zasnąć nie mogłem. Wrażenia, jakich doznałem na wolności i słabnąca nadzieja utrzymania się na powierzchni nie dawały mi zasnąć. Przyszłość budziła przestrach w mojem sercu. Żałowałem nawet, że kara moja tak prędko się skończyła i że zostałem zwolniony. Obawa o jutro nasuwała mi okropne myśli. Wreszcie rozmyślając nad wszelkiemi możliwościami ratunku — zasnąłem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.