Życie błędne

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sándor Petőfi
Tytuł Życie błędne
Pochodzenie Wybór poezyj
Data wydania 1880
Wydawnictwo Wydawnictwo Dzieł Tanich A. Wiślickiego
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Władysław Sabowski
Tytuł orygin. Vándorélet
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
ŻYCIE BŁĘDNE.

Przebóg! święty Kleofasie!
Cóż to za tłum odrapany
Wędruje tu o tym czasie?...
Ach! to wołoskie cygany!...
Cożby znaczyły inaczej
Te kupy dzieci i ten tłum próżniaczy?
Patrzcie! oto pod lasem zielonej jedliny
Ta piękna banda czarnych właśnie postępuje...
Uważajcież... Najsamprzód naczelnik rodziny
Na starej, dychawicznej szkapie paraduje.
Nie szłaby, ale jeździec po bokach ją grzmoci,
A jego syn za uzdę ciągnie aż się poci.
Bo też prawda, że biedne, sędziwe stworzenie
Nie ma zębów, a przytem jakież jej istnienie?
Dola pracy bez końca, połączonej z postem,
Więc że stąpać niezdolna jest to bardzo prostem.
Gdybyż sam tylko ojciec rodu na jej grzbiecie
Zasiadał, byłoby to jakotako przecię,
Lecz oto z obu boków sakwy zawieszono,
Obydwie skrupulatnie dziećmi napełnione,
Ile ich tam, to trudną do zbadania rzeczą,
Dość, że aż uszy bolą tak te bębny beczą.
Z miejsca jakie dostały widać się nie cieszą,
Lecz jeszcze trudniej dla nich byłoby iść pieszo.
Drą się tedy dzieciaki okropnie, zażarcie,
I nie miałoby przerwy i końca to darcie
Gdyby patryarcha rodu od czasu do czasu
Kopiąc nogą nie tłumił na chwilę hałasu,

Kobiety, małżonkowie, chłopcy, sznurem długim
Ciągną dalej parami lub jeden za drugim,
Ten żuje prymkę, aż mu piana z gęby pryska,
A tamten kłęby dymu w oczy innym ciska
Z tytuniu, który wonią nie grzeszy, a pali
W oczy, w gardło, jak gdyby z pieprzem go zmieszali.
Wreszcie na długim sznurku ukradzione prosię
Wędruje z kwikiem... widać iż wie o swym losie,
Że przeczuwa iż padnie żarłoctwa ofiarą,
Iść bowiem dobrowolnie nie chce żadną miarą.
Matkę rodziny taka opozycya gniewa,
Więc gniewem uniesiona kij długi porywa,
I tak długo okłada tłusty grzbiet prosiaka,
Że wreszcie do pochodu zmusza nieboraka.
Takim pochodem, liczną, nierozłączną rzeszą
Z miasta do wioski, z wioski znów do miasta śpieszą
Ci dzielni, co niczego się nie obawiają
Prócz wiatru... O! wiatrowi nisko się kłaniają,
I robią nader mądrze, wiatr bowiem czasami
Obchodzi się nieludzko bardzo z cyganami
I kiedy im do uszu szeptać pocznie nocą,
To takie rzeczy prawi, że nogi dygocą
Jako liście na drzewach... Ztąd zatem cyganie
Wielkie zwykli dla wiatru mieć poszanowanie.
Lecz kiedy pan wiatr siądzie na swoim rydwanie
I galopem poleci w odległe krainy,
Wesołość wnet odradza się wpośród drużyny,
A smutek zmykać musi w piekielne otchłanie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Sándor Petőfi i tłumacza: Władysław Sabowski.