Przejdź do zawartości

Żeby mnie to ciarki przeszły

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bracia Grimm
Tytuł Żeby mnie to ciarki przeszły
Pochodzenie Baba Jaga oraz inne bajki
Wydawca Księgarnia Literacka
Data wyd. [1930]
Druk Drukarnia P. Brzeziński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Das Märchen von einem der auszog das Fürchten zu lernen
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ŻEBY MNIE TO CIARKI PRZESZŁY.

Pewien ojciec miał dwu synów, starszy był mądry i dawał sobie ze wszystkiem radę, młodszy jednak, głuptasek wielki, budził politowanie u ludzi którzy, też żałowali ojca. Starszy jednak bał się i gdy wypadało po coś iść nocą, zwłaszcza w pobliżu cmentarza, mawiał:
— Ciarki mnie przechodzą, nie pójdę!
Nieraz też opowiadano wieczorem historie o strachach, a ten i ów szeptał:
— Ach! Ciarki mnie przechodzą! — i trząsł się ze strachu.
Młodszy syn słyszał to nieraz, siedząc w kącie, ale nie rozumiał, jak mogą przechodzić kogoś ciarki i uważał to za wielką sztukę.
— Ach! — myślał. — Żeby mnie to ciarki przeszły!
Ale nie miał nadziei doprowadzić do tego.
Pewnego dnia rzekł mu ojciec:
— Jesteś już duży i silny. Uczże się czegoś, by na chleb zarabiać. Spójrz na brata, jaki zaradny i mądry. Czegóżbyś się chciał wyuczyć, mów!
— Chciałbym, żeby mnie kiedy ciarki przeszły! — odparł głuptasek.
— Szkoda czasu i atłasu! — mruknął brat starszy. — Z niego nie będzie już nic.
Ojciec zaś westchnął i powiedział;
— Że cię kiedyś przejdą ciarki, to rzecz pewna, ale tym nie zarobisz na życie.
Niedługo potem przyszedł w odwiedziny kościelny, a ojciec zaczął użalać się przed nim, że ma tak głupiego syna.
— Pytałem go — rzekł — czym myśli zarabiać na życie, on zaś powiedział, że chce, by go ciarki przeszły.
— Nic łatwiejszego! — zapewnił kościelny. — Ja go tego wyuczę. Oddajcie mi tylko syna swego na czas pewien.
Ojciec uczynił to chętnie, w nadziei, że chłopak okrzesze się potrosze, a kościelny kazał mu bić we dzwony. Pewnej nocy zbudził go, i polecił iść na wieżę dzwonić.
— Już cię tam ciarki przejdą! — pomyślał, przywdział białe prześcieradło i ukrył się na schodach dzwonnicy, a potem ukazał mu się w chwili, gdy brał w rękę sznur.
— Kto tam? — krzyknął głuptas widząc białą postać.
Nie było odpowiedzi, a chłopiec krzyknął znowu:
— Gadaj zaraz! Inaczej dam ci nauczkę. Co masz tu do roboty po nocy?
Kościelny nie ruszał się, udając stracha, a chłopiec krzyknął trzeci raz, potem zaś bez namysłu zbiegł po schodach, schwycił białą postać i strącił ją na dół. Następnie oddzwonił jak trzeba było, wrócił do izby i legł spać.
Żona kościelnego czekała długo na męża, gdy zaś nie wracał, zbudziła chłopca i spytała:
— Czy nie wiesz, gdzie jest mój mąż? Poszedł przed tobą jeszcze na wieżę.
— Nie wiem — odparł. — Widziałem tylko jakiegoś białego człowieka na schodach, zawołałem nań trzy razy, gdy zaś nie odpowiadał, strąciłem go na dół. Może to mąż wasz. Przykro by mi było wielce.
Kobieta pobiegła, i znalazła męża pod schodami, jęczącego boleśnie, gdyż złamał sobie nogę.
Z wielkim trudem zawlokła kościelnego do łóżka, potem zaś pobiegła do ojca głuptaka, wołając:
— Zabierzcie sobie synalka do domu. Narobił nieszczęścia, strącił ze schodów męża mego, tak że złamał nogę.
Ojciec zwymyślał go porządnie
— Cóż to za bezbożne figle! — krzyknął. — Diabeł musiał ci je chyba podsunąć.
— Ojcze! — zapewnił chłopak. — Jestem niewinny! Zobaczyłem człowieka, który miał minę złoczyńcy, trzy razy zawołałem nań, by sobie poszedł precz, on jednak milczał i stał bez ruchu.
— Ach! — westchnął ojciec — samą tylko biedę mam z tobą. Idź mi precz z oczu, nie chcę cię widzieć.
— Dobrze ojcze. Pójdę sobie — odparł. — Niech się tylko dzień zrobi. Pójdę szukać strachów, a to mi da z pewnością doskonały zarobek.
— Idź gdzie chcesz i czyń, co ci się podoba! — zawołał ojciec. — Masz tu pięćdziesiąt talarów, zniknij mi z oczu i nie mów nikomu, kto jest twoim ojcem, gdyż wstyd mi ludzi.
— Dobrze ojcze, nie powiem nikomu. Jeśli tylko o to idzie, zapamiętam z łatwością.
O świcie wyszedł chłopak na gościniec i powtarzał sobie raz po raz:
— Żeby mnie tylko ciarki przeszły! Żeby mnie tylko ciarki przeszły!
Słowa te usłyszał przechodzień i przyłączył się do chłopca. Uszli spory kawał drogi, aż zobaczyli szubienicę.
— Widzisz to rusztowanie? — rzekł mu. — Jest tam na nich siedmiu biesiadników z wesela u powróżnika, a teraz uczą się latać w powietrzu. Siądź pod szubienicą i zaczekaj do nocy, a z pewnością przejdą cię ciarki.
— Tylko tyle? To dobrze! Jeśli mnie przejdą ciarki w nocy, dam ci pięćdziesiąt talarów, przyjdź tedy rano do mnie.
Chłopak siadł pod szubienicą i czekał nocy, ponieważ zaś było zimno, rozniecił ogień. Około północy powiało jednak tak że mimo ognia zimno go przejęło, a trupy zaczęły kołysać się i uderzać o siebie wzajem.
— Zimno mi! — rzekł sobie chłopak. — Ale o ileż chłodniej jest im tam, w górze.
Był miłosierny, przeto wlazł na rusztowanie, pozdejmował wisielców, a potem posadził wkoło ognia,, by się ogrzali. Siedzieli, nie mówiąc nic, bez ruchu, a głuptasek dmuchał w ognisko, aż iskry leciały, padając im na odzież.
— Uważajcież! — ostrzegał ich życzliwie. — Gaście iskry, bo inaczej powieszę was z powrotem.
Oni jednak nie zważali na to i pozwolili swoim łachmanom tlić się.
Na ten widok wpadł chłopak w gniew wielki i zawołał:
— Dość tego! Widzę, że się nie dogadamy, a nie mam wcale ochoty spłonąć razem z wami.
Rzekłszy to, powiesił ich z powrotem i legł spać.
Rano przyszedł doń człowiek ów, w nadziei, że dostanie od głuptaska talary i spytał:
— Pewnie już wiesz, co strach?
— Nie! — odparł. — Skądżebym miał wiedzieć? Z tych siedmiu żaden nie otwarł gęby, a nawet tak są głupi, że siedząc u mego ogniska, nie umie gasić iskier na swych łachmanach.
Przekonał się ów człowiek, że nie dostanie talarów i odszedł, mrucząc:
— Takiego głupca nie napotkałem jeszcze w życiu!
A chłopiec poszedł dalej, powtarzając ciągle:
— Ach, żeby mnie to ciarki przeszły!
Posłyszał te słowa woźnica, kroczący obok wozu i spytał:
— Któż ty jesteś?
— Nie wiem! — odparł chłopiec.
— Skądże jesteś?
— Nie wiem! — powtórzył.
— Któż jest ojcem twoim?
— Nie wolno mi mówić!
— Cóż tak ciągle mruczysz do siebie?
— Ach, chciałbym bardzo, by mnie przeszły ciarki. Ale nie mogę się tego nauczyć.
— Głupstwa gadasz! — rzekł woźnica. — Chodź ze mną, a nauczysz się zaraz.
Chłopak usłuchał. Wieczorem dotarli do gospody, gdzie mieli nocować. Wchodząc, powiedział znowu:
— Ach, żeby mnie też przeszły ciarki!
Usłyszał to gospodarz, uśmiechnął się i rzekł:
— Będziesz tu miał doskonałą sposobność.
— Dajże pokój! — przerwała żona jego. — Niejeden śmiałek już tam zginął. Szkoda by było tak ładnego chłopca.
Ale chłopiec uparł się:
— Choćby to mi przyszło z trudnością, chcę koniecznie, by mnie przeszły ciarki. Wyruszyłem w świat umyślnie szukać strachów.
Napraszał się tak długo, aż mu gospodarz powiedział, że w pobliżu stoi przeklęty zamek, a tam nauczy się na pewno strachu byle tylko wytrzymał przez trzy noce. Król ofiarował temu, ktoby dokazał takiej sztuki, córkę swą za żonę, najpiękniejszą pod słońcem dziewczynę, a ponadto skarby, strzeżone dziś przez złe duchy, które mogą uczynić bogatym największego biedaka.
Młodzieniec poszedł nazajutrz do króla i poprosił, by mu pozwolono przebyć trzy noce w zaczarowanym zamku, a król zgodził się. Pozyskał sobie od razu życzliwość króla, który rzekł:
— Możesz prosić o trzy rzeczy, ale tylko przedmioty martwe i zabrać je ze sobą na noc.
— Proszę o ogień, o tokarnię i warsztat stolarski z nożami! — odparł bez wahania.
Wszystko to wniesiono za dnia do zamku, głuptasek rozpalił jasne ognisko, postawił obok warsztat stolarski, usiadł na tokarni i tak czekał. Około północy zabrał się właśnie do podsycenia ogniska, myśląc ze smutkiem, że tutaj nie pozna strachu, gdy nagle wrzasły dwa koty z ciemności.
— Chodźcież, chodźcie do ognia, głuptaki! — powiedział im. — Musiałyście zmarznąć w ciemności.
Koty przybiegły w wielkich susach i siadły z obu stron, patrząc dziko błyszczącymi oczyma. Ogrzawszy się trochę, powiedziały:
— Możebyśmy zagrali w karty, dla rozrywki.
— Zgoda! — rzekł głuptasek. — Ale pokażcie naprzód łapy.
Wyciągnęły pazury, a chłopak rzekł:
— Cóż za straszne macie pazury! Muszę je obciąć przedtym.
Chwycił je za karki, podniósł na warsztat stolarski i przykręcił mocno łapy, potem zaś powiedział:
— Nie mam ochoty grać w karty z dzikusami! — pozabijał je i wyrzucił oknem do stawu.
Potem chciał siąść spokojnie u ogniska, ale z wszystkich kątów zaczęły się wyłaniać czarne koty i psy z rozgrzanymi do czerwoności łańcuchami, miauczeć, wyć i szczekać, gdy zaś zapełniły całą salę i jęły rozrzucać ognisko, chłopak wpadł w gniew, porwał nóż i rzucił się na tą bandę. Część uciekła, a resztę pozabijał i wyrzucił do stawu. Następnie, czując ochotę do snu, obejrzał się wokoło, zobaczył wspaniałe łoże i położył się na nim. Natychmiast zaczęło łóżko biegać po wszystkie strony, podskakiwać na progach i schodach i latać po całym zamku.
— Dobrze! Prędzej! Prędzej! — mówił głuptasek, a łóżko jakby oszalałe wylatywało w powietrze i spadało w przepaście, tak że piernaty, pierzyny i poduszki fruwały wysoko.
Gdy miał tego dość, wyskoczył z zaczarowanego łóżka, legł przy ogniu i przespał resztę nocy do białego dnia.
Około południa przyszedł król i rzekł, widząc leżącego:
— Szkoda tego ładnego młodzika i jego widać zamordowały strachy.
— Jeszcze tak źle nie jest! — odparł, wstając.
Uradowało to króla i spytał, jak noc spędził.
— Doskonale! — odrzekł. — Jeszcze dwie noce i będzie koniec biedy.
Gdy wrócił do gospody, właściciel zdziwił się bardzo, że jeszcze żyje i spytał:
— Pewnie cię już przeszły ciarki?
— Nie! — odparł. — I wątpię czy się tego kiedy nauczę.
Na drugą noc poszedł znowu do zamku, usiadł u ogniska i zaczął powtarzać jak zawsze:
— Ach! Żeby mnie też ciarki przeszły!
O północy zaczęły się hałasy coraz to silniejsze i w końcu pół ciała ludzkiego spadło tuż przed nim, z wielkim wrzaskiem.
— Cóż to za głupstwo? — zawołał. — A gdzie druga połowa?
Znowu zakotłowało się, spadła druga połowa.
— Czekaj, rozjarzę ogień! — rzekł chłopak, a gdy skończył, zobaczył, że obie połowy zrosły się i nieznany człowiek o strasznym wyglądzie siedzi na jego ławie.
— Nie bawię się tak! — zawołał młodzik. — Ława jest moja! — to rzekłszy zepchnął go i zajął swe miejsce.
Zaczęli spadać zaraz nowi ludzie, kości i głowy trupie, potem zaś towarzystwo rozpoczęło grać w kręgle piszczelami i trupiemi głowami.
Chłopak nabrał ochoty do tej zabawy i spytał:
— Słuchajcie, czy weźmiecie mnie do towarzystwa?
— Jeśli masz pieniądze! — odpowiedzieli.
— Pieniędzy mam wbród, ale to wasze trupie głowy są niedość okrągłe!
Rzekłszy to wziął trupie głowy i obtoczył na tokarni, by lepiej biegały.
— Tak! Teraz pójdzie lepiej! — zawołał, zaczął grać, stracił trochę grosza, gdy atoli wybiła północ, wszystko znikło mu z przed oczu i spał spokojnie.
— Jakże poszło? — spytał rano król.
— Doskonale! — rzekł. — Grałem w kręgle i przegrałem kilka groszy.
— Musiały cię przechodzić ciarki?
— Nie! Radbym koniecznie dożyć tego i poznać, co znaczy strach.
— Trzeciej nocy siedział znowu na ławie przy ognisku, gdy nagle wniosło sześciu rosłych ludzi trumnę.
— Hu hu, to pewnie ten poczciwiec, który zmarł przed południem! — zawołał chłopiec, zdjął wieko i dotknął jego lodowatej twarzy.
— Czekaj! Ogrzeję cię trochę! — rzekł i jął grzać dłonie nad ogniskiem, a potem kładł je na policzkach zmarłego, ale pozostały zimne, jak przed tym.
Wyjął go tedy z trumny, wziął na kolana i rozcierał przy ogniu członki jego. Gdy i to nie pomogło, wpadł na pomysł taki:
— Muszę go wziąć do łóżka, a na pewno ożyje.
Włożył go pod kołdrę, legł obok i teraz dopiero zaczął się zmarły ruszać, a uradowany chłopak powiedział:
— Widzisz, że ci wróciłem życie, poczciwcze.
— A ja cię zaduszę! — krzyknął zmarły.
— Ładna wdzięczność! — odparł chłopak, porwał nieboszczyka, wrzucił do trumny i zabił gwoździami, a sześciu ludzi zabrało ją z powrotem.
— Nie przechodzą mnie ciarki! — powiedział sobie śmiałek. — Chyba i tu nie nauczę się tej sztuki.
Nagle wszedł olbrzym straszliwy, siwobrody i zawołał:
— Przejdą cię ciarki, młokosie! Właśnie teraz bowiem umrzesz.
— Jeszcze pożyję, zdaje mi się! — odparł.
— Nic z tego! Dam ja ci rady! — wrzasnął olbrzym.
— Nie przechwalaj się! — rzekł chłopiec. — Jestem silniejszy od ciebie.
— Zobaczymy! — powiedział starzec i zaprowadził chłopaka przez różne korytarze do kuźni. Stały tu kowadła i siekiery. Olbrzym wziął siekierę i przeciął jedno z kowadeł, aż do podłogi, na dwoje.
— Potrafię coś więcej jeszcze! — zawołał chłopak. — Rąbnął siekierą, przeciął kowadło, a zarazem zaciął koniec brody starca, tak że utkwiła w szczelinie.
— Mam cię! — zawołał, — Teraz na ciebie kolej umierać!
Chwycił sztabę żelaza i zaczął okładać olbrzyma, tak że prosił przebaczenia i litości, oraz obiecywał nieprzebrane skarby. Dobrotliwy chłopiec wyrwał siekierę i uwolnił brodę jeńca, a tenże zaprowadził go z powrotem do zamku i pokazał trzy piwnice pełne złota.
— Jedna z nich jest własnością króla, druga biednych, a trzecia twoja.
W tej chwili wybiła dwunasta, duch znikł, a chłopak wrócił do swego ogniska i zasnął zaraz smacznie.
Nazajutrz przyszedł król i pytał:
— No wiesz już, co strach?
— Nie wiem wcale! — odrzekł. — Nikt mi nie powiedział. Był u mnie tylko zmarły znajomy, potem brodaty olbrzym, pokazał mi złoto w podziemiu, ale ciarki mnie wcale nie przeszły.
— Oswobodziłeś zamek, przeto dostaniesz królewnę za żonę! — rzekł król.
— Bardzo dobrze! — zgodził się. — chciałbym jednak jeszcze, by mnie przeszły ciarki.
Odprawiono huczne wesele, chłopiec został królem, ale mimo wielkiego szczęścia, ciągle powtarzał:
— Ach, żeby mnie to przeszły ciarki!
Znudziło to jego młodą żonę. Poleciła służącej przynieść z rzeki wielkie wiadro wody, wraz z małymi rybkami, potem zaś odkryła kołdrę, pod którą spał i wylała mu lodowatą wodę na głowę.
Zadrżał od stóp do głów i zawołał radośnie:
— Ach! Droga żono! Przeszły mnie ciarki... przeszły mnie ciarki!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Bracia Grimm i tłumacza: Franciszek Mirandola.