Żacy krakowscy w roku 1549/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Żacy krakowscy w roku 1549
Podtytuł Prosta kronika
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt; Michał Glücksberg
Data wydania 1873
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów-Warszawa
Źródło Skany na Commons\
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XII.
Trzecia bytność u króla.
Grzeszące strofuj przed wszystkiemi, aby i drudzy bojaźń mieli.
List Pawła Apostoła do Tymoteusza. Rozdz. V w. 20.

Powiedzieliśmy, iż oznajmiono było od króla, aby popierający sprawę studentów, ks. Czarnkowski i świadkowie stawili się do niego dla ostatecznego rozeznania sprawy. W dniu następującym po wieczerzy u ks. biskupa Samuela posłuchanie to odbyć się miało. Jakoż godziną przed południem zgromadzili się wszyscy na zamku, świadkowie, obżałowani i uwięzieni słudzy. Odczytano naprzód to co rozeznawcy sprawy po pilnem jej roztrząśnieniu postanowili. Z tego pokazało się dowodnie, że zarzuty przeciwko samemu ks. Czarnkowskiemu płonne były. Nikt go bowiem nie widział, a godzina wyjścia jego od ks. Wojny późniejszą się pokazała od ukazania się postaci, za niego mianej, we drzwiach plebanii.
Miejsce i czas doskonale zgodzone zostały, powiada kronikarz, i posłużyły jedynie do wyjaśnienia niewinności plebana. Lecz wszystkie te dowody nie przekonały jego przeciwników; bo cóż przekona tych, którzy uniesieni popędliwością raz wbiwszy sobie w głowę jak sądzić mają, nie słuchając przyczyn, przekonać się nie chcą, zatykają uszy na dowody, zamykają serce i duszę, byleby i na włos nie odstąpić od tego czego innym, prócz gniewu dowodem poprzeć nie mogą. Napróżno z pomiędzy nich samych starsi i rozważniejsi starali się reszcie okazać, jak dalece błądzili posądzając bezdowodnie tego, którego całe życie przeciwiło się zarzutom tak szkaradnym.
Widać było z twarzy i pierwszych słów króla, że mniemane jego przeciw plebanowi uprzedzenie ustało, a wykład sprawy wszystkich mu wprzódy przeciwnych nawrócił. Starał się król powagi swoją nakłonić młodzież, aby się dała przekonać, lecz mowa jego, głos biskupa i seniorów, którzy jak wiadomo szli jednak za ich stroną, żadnego nie zrobił wrażenia.
Upierali się zawsze przy pierwszem zdaniu swojem, nie dając nawet żadnych przezornych zasad swojej uporczywości. Ci, którzy od nich mówili, ośmielili się w obec króla obwiniać sędziów i biskupa, przypisując im zmowę z obwinionym i odgrażając się bezrozumnie, że jeśli ukaranym nie zostanie, wyjdą hurmem z Krakowa, opuszczą szkoły i gdzieindziej nauk, ojczyzny i sprawiedliwości szukać będą. Ani król jednak, ani nikt z przytomnych wierzyć nie chcieli, aby to ich postanowienie do skutku przyprowadzone być miało, sądząc, że nie tak łatwo im będzie ubogim i do miejsca przywykłym tak olbrzymiego zamiaru wykonać.
Widząc ku czemu się sprawa miała, niewierni świadkowie plebana lepiej już na jego stronę mówili. Odzywał się król sam mięszając groźby i przyrzeczenie ukarania tych, którzy się winnemi okazali. Wszystko jednak napróżno — upór studentów na pochwałę zasłużyć nie mogąc, mocno jednak wszystkich zadziwił.
Jeszcze raz król głos zabrał:
— Pokazałem wam, rzekł, całą powolność moją, i chęć zaspokojenia żądań waszych. — Lecz zdaje się, że zły duch jakiś poduszcza was, abyście ani niczyich innych, ani moich uwag słuchać nie chcieli. Młodości tylko waszej i niedoświadczeniu przypisać musim upór w błędzie, i darować to, coście uraźliwego księdzu biskupowi powiedzieli. Ubogi i bogaty, znaczący i nikczemny równe u mnie mają prawo do sprawiedliwości. Uniewinnienie swoje nie znaczeniu i przyjaźni, lecz niewinności winien ks. Jędrzej. Dajcie się Waszmość raz przecie przekonać, będzie to z chlubą waszą, że się w zapalczywości upamiętać umiecie. Co się tycze sług, ci wedle prawa jako przekonani zabójcy przykładnie ukarani zostaną.
Ledwie tych słów król dokończył i powstał chcąc odchodzić, gdy się studenci z jednej strony sali, na której zgromadzeni byli, hurmem cisnąć ku niemu zaczęli.
— Jeszcze słów kilka chciej posłuchać Najjaśniejszy Panie, chciej baczyć na to, że bez powodu nie stalibyśmy uporczywie przy obwinieniu ks. Czarnkowskiego. Mniej to będzie kosztowna sprawiedliwość, jeśli dwóch nieznanych służalców zamożnego prałata pokutować będzie; lecz jeśli on sam ukaranym nie zostanie, my wyjdziem Najjaśn. Panie, tak, wyjdziem; prosim cię, błagamy na kolanach, chciej wejrzeć na łzy nasze i niewinną krew pobitych, sroższa będzie kara i więcej dotknie osób, jeśli ją Bogu zostawisz Najjaśn. Panie!
— Ależ bo Waszmość dziwnych rzeczy chcecie? odezwał się król z wyraźnem nieukontentowaniem. Byłażby to słuszna abym niewinnego ukarał dla tego, iżby Waszmościom dogodzić?
Kończąc te słowa odwrócił się i chciał wychodzić, a wtem cała sala zabrzmiała jednym głosem studentów:
— Pójdziem w świat! pójdziem w świat!
Król zawrócił się raz jeszcze, na twarzy jego znać było gniew i niecierpliwość.
— Nie macie mnie już za króla, zawołał, że się w mojej przytomności takich krzyków zuchwałych dopuszczacie? Wasze groźby co znaczą dla mnie, kiedy mnie nie zmiękczyły błagania? Możecie uniesieni gniewem myśleć o wyjściu, lecz nie ośmielicie się tego przeciw wyraźnej woli mojej dopełnić; a gdybyście nawet i wyszli, nie wielką bym stratę poniósł pozbywając się tak zuchwałych i nieposłusznych poddanych.
Znowu król odchodził, a na sali między studentami szmer już tylko głuchy dawał się słyszeć, śmielsi jeszcze odzywali się po kątach ponuro. — Pójdziem w świat!
Już po oddaleniu się króla zabrał głos biskup Samuel, lecz jego słuchać nie chciano. Wśród szmeru, który słowa jego głuszył, ciżba studentów powoli z sali wypłynęła.
Po tem posłuchaniu wracając do domu biskup i ks. Czarnkowski spotykali wszędzie na drodze tłumy, które na nich głośno wyrzekały. Króla nawet w tych okrzykach ulicznych nie oszczędzano. Lud i mieszczanie, przyjaźni studentom a zawsze wierząc ich słowu, dopomagali im do tego. Przez cały dzień słychać tylko było wszędzie narzekania i żale. Jedni ze studentów szli tłumnie modlić się i krzyczeć na grobie pobitych braci. Inni zachęcając wszystkich do wychodzenia z miasta, sami się do tego czynnie wybierali. Gdzie kto miał znajomych lub łaskawych szli żegnać przygotowując do drogi mały zapas wyżebranych żywności i rzeczy. Tam i ówdzie widać było przemykających się z garnkami, torbami, z miną niespokojną, zapalonem okiem, stukających do drzwi domu, żegnających się wśród miasta, lub śpiewających po ulicach smutne pieśni. Towarzyszyli im znajomi mieszczanie, których teraźniejsze ich położenie mocniej jeszcze do nich przywiązywało. Widząc ich plączących i skarżących się, chętnie wierzyli w ich niedolę i ucisk, chętnie z niemi razem przeklinali sędziów i obwinionego.
Któżby albowiem łzom i żalom nie wierzył? choćby nie trafiły do rozumu, trafią do serca — osobliwie dziecinne, żale i łzy stworzeń słabych i bezbronnych, a przez to samo godnych politowania; żale wyrażające się z tym ogniem, z tą mocą i przekonaniem, z tą żywością właściwą żalom dziecinnym i kobiecym. Wszystko oznaczało że odgrażanie się w istocie mogło przyjść do skutku, lecz przykazano srogo seniorom i profesorom, ażeby, jeżeli dostrzegą w studentach chęć wyjścia, dołożyli ze swojej strony jak najusilniejszych starań aby ich odwieść od tego. Jakoż cała reszta dnia upłynęła na napominaniu ze strony seniorów a wrzasku i narzekaniu ze strony studentów. Około godziny nieszpornej ruch na ulicach miasta bardziej się jeszcze pomnożył, place, kościoły i ulice pełne były młodzieży żegnającej po raz ostatni znajome i ukochane miejsca. Cały Kraków tem się tylko zaprzątał; widział to zarówno ks. Czarnkowski z okien plebanii i biskup Samuel z mieszkania swego na rogu Kanonicznej ulicy, naprzeciw którego najwięcej się studentów zbierało do domku gdzie Lew na dole mieszkał. Przekonawszy się tak z tego co widział, jak z tego co mu donoszono, biskup o wyborach do wychodzenia studentów, pospieszył z wiadomością do króla.
Zygmunt August znajdował się razem z Barbarą u królowej Bony. Było to jedne z pierwszych odwiedzin młodej królowej, któremi August starał się przyprowadzić do pojednania matkę swoją z żoną. Lecz usiłowania te jak wiemy napróżno były — nie mógł znieść dumny Bony charakter, aby jedna poddanka śmiała stanąć między nią a synem, i wpływem swoim odebrać jej dawne pierwszeństwo i znaczenie.
Lękała się tego Bona, jak dziecko, które broni za zbliżeniem się obcego swoich zabawek, chociaż mu ich odbierać nie myślą. Łagodność Barbary, jej skromność, powolność, powinny były upewnić ją że się nie miała czego lękać. Biała, złotowłosa, niebiesko-oka Basia myślała tylko o sercu męża, o nowem swojem szczęściu, które ją z uścisków starego Gasztołda oddało młodemu ubóstwiającemu ją królowi, myślała o wszystkiem prócz władzy — nie miała dumy — miłość była jej życiem, była jeszcze młoda; lecz Bona z siebie o niej sądziła i lękała się.
Gdyby nawet miała władzę jaką, Barbara oddałaby ją chętnie całą, byle nią tylko okupić spokojność i ukończyć spory nieznośne z królową matką.
Gdy biskup wszedł, siedziała Bona w oknie, nie patrząc na syna i Barbarę, podparta na ręku, z brwią zmarszczoną i przymrużonemi oczyma. Za nią stały kilka pań jej dworskich i ochmistrz jej dworu — ten między młotem i kowadłem, nie śmiał nic począć aby Bony nie rozgniewać, i lękał się znowu, aby mu jego milczenia król gniewny nie miał za złe.
Przy powitaniu widać było, jak niechętnem okiem poglądała Bona na biskupa Samuela, a gdy ten opowiadać królowi zaczął za czem przyszedł, słuchała go skrzywiona pogardliwie.
— W. K. Mość, synu mój — odezwała się gdy biskup skończył, powinienbyś wziąć przecie na uwagę, że oni słuszność mieć mogą.
Zygmunt August nieukontentowany już na matkę, z przyczyny zimnego jej obejścia się z Barbarą, powstał z siedzenia i rzekł:
— Wiem ja prócz tego co mam począć.
— Lecz — przerwała mu Bona, może ci fałszywie donoszą? Ten ksiądz mając przyjaciół w sędziach, łatwo ci się przez ich usta mógł czystym pokazać.
Widocznem było, że te kilka słów wyrzeczone tonem szyderskim, miały na celu upokorzenie biskupa. Uczuł to Maciejowski, nic nie odpowiedział, zimno i poważnie odwrócił się do króla i zapytał go o rozkazy.
— Idźcie i bądźcie spokojni, odpowiedział August, przykazaliśmy już mieć ich na oku, a wam tyle ufamy, że słuchać nawet nie chcemy, gdy wam kto zarzucać co ośmieli się.
Te słowa były choć nie prostą, lecz wyraźną odpowiedzią Bonie na jej pierwszą uwagę. Ona obróciła się znów do okna, potrząsając głową a król mówił dalej do biskupa:
— Widzieliście iżem się szczerze starał pogodzić to wszystko, przykażcie tylko jeszcze aby seniorowie starali się szczerze upór ich pokonywać. — Wiem ja, że z tych wszystkich zapędów pewnie nic nie będzie.
— Jednakże, przerwał biskup — ja bym sądził, patrząc na ten ruch i krzątanie się ich, że jeśli się temu nie zapobieży gotowi swego dokonać.
— Próżne wasze strachy — rzekł król, młodzież łatwo się zapala jak słomiana strzecha, ale też prędko i gaśnie — opamiętają się oni i do nauk powrócą spokojni.
— Daj Boże — rzeki Maciejowski, pożądany by to był pokój, bo by i ze mnie niesłuszne podejrzenia zrzucił. Jeśli by co nowego zaszło, dodał żegnając króla, z oznajmieniem przyślę.
— Nie spodziewam się, aby tego było potrzeba, rzekł król żegnając biskupa, a potem dodał: przywileje do waszej pieczęci chciejcie wygotować na jutro.
Bona kwaśno i niechętnie skinęła głową biskupowi, a Barbara ze zwykłą łagodnością rękę ku niemu wyciągnęła, król poważnie i przyjaźnie odprowadził go oczyma aż do drzwi.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.