Żacy krakowscy w roku 1549/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Żacy krakowscy w roku 1549
Podtytuł Prosta kronika
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt; Michał Glücksberg
Data wydania 1873
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.
Ranek u króla.
Sprawiedliwości!

Zaledwie brzask nad miastem zaświtał i czujne mieszczki krzycząc pobudziły się do dziennej pracy, jeszcze spał król na zamku i panowie po gospodach i pałacach swoich, a już szmer głuchy około szkoły i bursy W. W. Świętych pobudził okolicznych mieszkańców.
Studenci jak się tylko między niemi wieść o zabójstwie rozeszła, wszyscy hurmem w znacznej liczbie ze wszystkich burs i szkół zbiegali się w to miejsce, krzycząc na gwałt i odgrażając się głośno na zabójców. Co chwila rósł ten tłum, i zadziwieni mieszkańcy z przestrachem poglądali na kupy różnego wieku szkolnej młodzieży cisnące się tłumnie po ulicach.
Lecz nie tylko ubodzy bursarze, ale i możniejszych dzieci, widząc w tem zabójstwie stanowi swemu wyrządzoną obelgę, z dziecinną zapalczywością poszli łączyć się z bursarzami. — Długo naradziwszy się z sobą, gdy ujrzeli podchodzące w górę słońce, ruszyli się z szkolnego budynku wszyscy razem na zamek do króla.
Król ledwie się przebudził i kilku dygnitarzy weszło na zamek, kiedy straż usłyszała krzyki głośne powtarzane ciągle i zbliżające się coraz, a potem ujrzała prosto do zamku biegący tłum studentów z hałasem i wrzawą nadzwyczajną.
U samej bramy, kiedy ich straż wpuszczać nie chciała, nieświadomi obyczajów dworskich a żalem przejęci, przełamali straże i biegli prosto nie umilknąwszy na chwilę z krzykiem i narzekaniem.
Jak tylko doszły uszów królewskich hałasy, niewierząc prawie sobie zaląkł się Zygmunt August i przyszedł mu na pamięć sejm burzliwy przeniesiony niedawno: nie umiał sobie wytłumaczyć zgiełku tak niezwyczajnego na podwórcu o tak rannej jeszcze porze.
Przerażony porwał się z siedzenia, na którem w pobliżu mieszkania królowej Barbary, w oddalonej zamku komnacie, spoczywał i zbliżył się do okna. — Lecz nic tedy nie zobaczył, wychodziło bowiem na drugą stronę dziedzińca. Niespokojny wysłał zaraz dwóch dworzan swoich, aby się natychmiast o przyczynie tego zamięszania i wrzawy dowiedzieli.
Tymczasem umysł jego poddawał mu najsmutniejsze domysły, a roztwarta księga historji rzymskiej za Cezarów, którą czytał dni przeszłych, przypominała mu liczne zaburzenia bezrozumnego pospólstwa, które i jemu grozić mogły tem bardziej, im mniejsza była jego władza i łacniej mogła dać pochop do domagania się od niego najdziwniejszych rzeczy.
Cieszyła go przybiegłszy królowa Barbara, sama niemniej przelękła, gdy wtem puknięto do drzwi komnaty i Mikołaj Grabia podkanclerzy ze Stanisławem Maciejowskim weszli do króla.
— Cóż to jest Mości panowie? zawołał król porywając się żywo. Jest-żem już tak niski w oczach waszych, że mnie lud z krzykiem karczemnym ma nachodzić od rana? Któż to go naprowadził na mnie?
Podkanclerzy Grabia widząc gniew, oburzenie i ciekawość malujące się w czarnych oczach króla, skłonił się powoli i dał znak tajemnie Maciejowskiemu, aby mu mówić pozwolił.
— Nie dziw Najjaśniejszy Panie, rzekł, że niezwyczajnością tego postępku zdziwiony, na pierwsze osoby, które przed tobą stają, składasz jego winę. Lecz my w tem nic nie mamy.
— Dość, dość tych słów, krzyknął król, bez długich omówień, panie Mikołaju, ad rem, ad rem, co to za tumulty?
— Wczoraj, Najjaśniejszy Panie —
— Ale Mospanie ja się pytam o to co jest dziś, przerwał król stukając pięścią o stół.
— Pozwól Najjaśniejszy Panie, abyśmy od wczorajszego dnia zaczęli, odezwał się Maciejowski, gdyż dzisiejszy ten tumult, niezwykły u Twego zamku, z dnia wczorajszego ma przyczynę.
— No! ad rem, panie Grabia — proszęż mi odpowiedzieć co to jest? Kto to przyszedł? czego chcą?
— Przyszli studenci Najjaśniejszy Panie, skarzyć się, że wczoraj słudzy, bo jak oni powiadają z rozkazu ks. Czarnkowskiego, kilku z nich zabili, lecz —
— Ks. Czarnkowskiego! Jezu Chryste panie! cóż ten ksiądz miał do studentów? Panie Maciejowski opowiedz mi to jasno. Słyszę jak ta szalona młodzież wrzeszczy na dziedzińcu — czy to tu gospoda? czy ulica? Panie podkanclerzy, niech ich straż precz odpędzi lub — czekaj — mów-że panie Maciejowski.
— Wczoraj, zaczął Maciejowski, gdy pod wieczór trafunkiem prowadzono komuś kobietę.
Bone deus! krzyknął niecierpliwie król, więc to rzecz poszła o jakąś Helenę! myśląż oni że mój zamek Troja? zuchwalcy!
— Gdy prowadzono komuś kobietę, od Julianny jakiejś mimo owego domu, który do W. W. Świętych należy, szkolna młodzież z owego pobudynku szkoły, która o proszonym chlebie żywności szukać zwykła, poczęła tego urągać i ową niewstydnicę nagabować.
— I cóż? mówże prędzej panie Maciejowski, przerwał król znowu, bo oni mi tymczasem zamek do góry nogami przewrócą.
— Niewstydnica ta oburzywszy się na lżenie i potwarze, zwłaszcza że jej to często owi studenci wyrządzali, uskarzać się miała, co usłyszawszy słudzy księdza Jędrzeja Czarnkowskiego, który jak W. K. Mość wiesz jest proboszczem tego domku i podle ma mieszkanie, wzruszeni na żale bezwstydnicy porwali się do broni, a bezbronnych studentów napośród szkoły uciekających dogoniwszy jednych pozabijali...
— Zuchwalcy! to im nie ujdzie — zawołał król, lecz spiesz się z opowiadaniom panie Maciejowski, bo ta gawiedź widzę myśli że u króla jak w szkole krzyczeć można, trzeba ich mores nauczyć.
— Drugich Najjaśniejszy Panie poranionych prawie bez duszy zostawili. Dziś rano —
— No cóż dziś rano? wiem, rzekł król prędko, że przyszli tu do mnie i wrzeszczą, jakby byli na polu, trzeba ich odprawić, nie chcę ani wiedzieć, ani słuchać, bo nie umieli nawet przyjść do mnie.
— Dziś rano, dodał Maciejowski powolnie, gdy się to rozgłosiło, zbiegli się do domku owego ze szkół i classes wszyscy studenci uczynek niegodziwy obwołując i razem się tu na zamek garną, ale już nie sług, tylko samego ks. Czarnkowskiego o zabójstwo obwiniają.[1]
— Więc idźcie wnet ku nim Waszmość odemnie, rzekł król, prędko biorąc za rękę Maciejowskiego, i prowadząc go ku drzwiom, idźcie i powiedzcie im odemnie, że im mam za złe, że na mnie naszli z krzykiem i hałasem jaki bywa między ciżbą po ulicach w pijanem pospólstwie.
— Powiem —
— Słuchaj-że Waszmość, powiesz im, że w niedługiem panowaniu mojem jeszczem się nigdy nie wzbraniał przypuścić kogokolwiek by najnędzniejszego do obliczności mojej. Powiedzcie im, że wszystko otrzymają, skoro się tego z przyzwoitą skromnością domagać będą: powiedzcie im że zapomnieli, iż królem jestem: powiedzcie im że na bezprawia sprawiedliwość jest zawsze i sądy.
Już posłannicy odeszli, a król długo jeszcze przezedrzwi powtarzał im swoje napominania, dopóki mu z oczu nie znikli.
Mikołaj Grabia podkanclerzy z Stanisławem Maciejowskim szybko przeszedłszy szereg sal i komnat, za zbliżeniem się do pokojów, z których wyjścia były na podwórzec zamkowy, usłyszeli z przestrachem coraz powiększający się wrzask i narzekania.
Tłum studentów stał podedrzwiami posłuchalnej sali stukając i dobijając się napróżno do jej drzwi zamkniętych, dolatywały groźne, żartobliwe niewyrozumiałe dźwięki uwinięte w gwar głuchy i szum podobny biegącej wodzie. Odźwierny królewski szemrząc i przeklinając otworzył podwoje posłańcom, i studenci ujrzeli nagle przed sobą dwóch dygnitarzy. Grabia, niższy wzrostem i słabego zdrowia, styrawszy je na usługach, niemogąc się wywiązać z poselstwa, które mocnych piersi potrzebowało, zdał na Maciejowskiego czerstwego i zdrowego obowiązek przemówienia do tłumu, który szemrał coraz ciszej i cisnął się poufale ku niemu. Gdy już głos podnieść się zabierał, wystąpił jeden przystojniej odziany z tłumu ku niemu.
Był to niski lecz krzepki młodzieniec z czarnemi oczyma a wzrokiem silnym, śmiałym i piorunującym, którego widok osób tak dalece wyższych urodzeniem i stanom od niego, do których nigdy jeszcze nie przemawiał, kłaniając im się zdala nisko na ulicy — nic a nic nie zmięszał. Ten, nim Maciejowski usta otworzył, z dumą i zuchwałą postawą postąpił ku niemu i rzekł:
— Przyśliśmy do króla po sprawiedliwość, dla czego próżno przededrzwiąmi stojemy?
— Przecież — przerwał silnym głosem nakazującym tłumowi przychodniów, przecież — zawołał Maciejowski, nigdy jej król i pan nasz nikomu nie odmówił. Lecz Waszmość panowie młodzi nie wiecie, że do króla tak ludzie nie chodzą jakeście Waszmość przyszli z hałasem i wrzawą. Est modus in rebus. Wszak rozumiecie żaki łacinę?
Weszliście tu na zamek jako do rościeżem stojącej gospody, ba i tam by gospodarz gości tak wrzaskliwych odpędził. Król zaś daleki od tego, aby sprawiedliwości odmawiał, chętnie ją każdemu wydzieli, ale po nią z krzykiem i wrzaskiem ludzie nie przychodzą, tylko skromnie i z uszanowaniem. Jest sąd i sędziowie naprzód.
— Nie ma sądu i sprawiedliwości dla biednych, przerwał mowę zuchwale bursista, nie ma nam sądu i króla. Ani ogromność przestępstwa, ani krew pobitych, ani łzy i krzyki nasze, które boleść nie zuchwalstwo wycisnęło — nie przyniosło nam jej.
Paulatim mój malcze, rzekł Grabia, dziwując się trochę dzikiej wymowie ubogiego mówcy, której mocy jesta i wyraz oczu dopomagał. — Król srodze na Waszmościów rozgniewany jest, żeście tu takiego wrzasku i przestrachu mu na jego zamku narobili, czego te mury pewnie od początku swego nie widziały.
— Mogę, rzekł Maciejowski, zaręczyć Waszmościom imieniem króla pana naszego, że słudzy ks. Czarnkowskiego ukarani zostaną, skoro sprawa jak się należy przed sąd się wytoczy.
— Słudzy? zawołał student — słudzy księdza, a czemuż nie ksiądz? — dla tego może, że waszym i brata waszego przezacny panie jest przyjacielem, że jest możny i bogaty? — A przecież oto wszyscyśmy widzieli jak na sług wołał ażeby nas bito. Ksiądz Czarnkowski więcej winien niż słudzy, na niego to u króla krzyczym sprawiedliwości — ale przez mur wasz krzyki te nie dójdą, by był i sam zabójcą. Waszmość przyjaciela i towarzysza zasłonić potraficie.
— Żaku! — przerwał Maciejowski, zapominasz do kogo mówisz! Jestem jego przyjacielem i tego się nie powstydzę, by i przed oblicznością świata całego; ale nigdym winnego płaszczem moim nie zakrył. Gdybyś nie był mniejszy nad gniew mój, któregoś nie godzien, pokazałbym ci i nauczył jak masz sobie na przyszłość postępować.
Student odsunął się pół kroku zmarszczywszy brwi, a tłum cały zakrzyczał: — winien! winien ksiądz! — Wrzask ten rozbiegł się po salach zamkowych, powtórzył się i ustał.
— Cichoż Waszmość! krzyknął piorunującym głosem Maciejowski — nie będziecie przyjęci do króla, boście się tymi krzyki i najściem gwałtownem niegodemi tego pokazali. — Idźcie tymczasem do sądu.
— W sądzie jak tu nas odepchną — przerwał mówca z tłumu — nie mamy czem zapłacić za sprawiedliwość, którą od was kupić potrzeba. Nie macie Boga w sercu i prywaty[2] tylko słuchacie.
— Cicho i precz ztąd zuchwalcy! krzyknął Maciejowski powtórnie zaczerwieniony z gniewu, albo was ztąd straży z bronią w ręku odegnać każę. — Powtarzam abyście się w cichości do domów rozeszli a sprawiedliwość dana wam będzie, teraz zaś nie możecie widzieć króla — i niech to wam będzie nauką, abyście jak zapamiętały i rozpasany lud nie lecieli bez rozumu krzyczeć o sprawiedliwość i domagać się jej, gdy nikt jej odmawiać nie myśli.
Mówca tłumu zmarszczył czarne brwi swoje i chwilkę postawszy jeszcze, odezwał się zmierzywszy okiem dwóch posłańców i obracając się do swoich.
— Próżnośmy tu przyszli, nie ma dla nas króla, biedny nie dociśnie się do niego przez możnych, którzy w około straż trzymają, niedopuszczając do jego ucha i sprawiedliwości. Ksiądz Czarnkowski ubiegł nas pewien wygranej przy licznych koligacjach i plecach. Już i król ku nam zniechęcony, wysłał do nas takich, którzy chętnie o wszystkiem przed nim zamilczą, co ks. Czarnkowskiego obarczać może. — Lecz pomnijcie, jest Bóg który karze!
Idźmy ztąd, idźmy z naszą nędzą i łzami, nie ma króla i sądu dla biednych sierót!
— Ani waż się Waszmość, przerwał popędliwie Maciejowski, słów takich powtarzać w przytomności mojej. Powtarzam ci i wszystkim, że jedynie dla tego, iżeście tu bezładnie i krzykliwie jak gawiedź szynkowa naszli, król was widzieć nie chce i ku wam nie wychodzi. Ale jest sąd i sprawiedliwość, a narzekać na bezrząd i ucisk nie śmiejcie, dopókiście się nie przekonali, że wam sprawiedliwości odmawiają. Idźcie mówię do sądu, i w dziecinnej swojej zapamiętałości nie szermujcie[3] słowami bez przekonania.
To powiedziawszy, obrócił się z miną srogą ku mowcy który stał w tłumie i nieulęknionem okiem poglądał także na niego.
— Jak się Waszmość zowiesz? zapytał Maciejowski.
— Zowię się, odwracając się pogardliwie, rzekł student „nędzny sierota i żebrak.“
Szlachcic Waszmość jesteś?
— Tak dobry jak i wy panie Maciejowski, jeżeli nędza nie psuje szlachectwa. Toż samo nawet co wy noszę nazwisko, nie kryję go, ani się wstydzę, bom żadnej nie popełnił zbrodni. Jestem Lew Maciejowski Ciołek, jeżeli o tem wiedzieć chcecie.
— A wy, odezwał się do towarzyszów, coście tu próżną znęceni przyszli nadzieją — idźcie. Pójdziem w świat z Krakowa i szkół, odpycha nas król, swoi nas zabijają i pastwią się nad nami, urągając żalom nawet naszym — czegoż jeszcze czekać będziem?
Natychmiast w tłumie ozwały się przenikliwe, bolesne, krzykliwe głosy ze stron wszystkich gromady wyskakujące, która z lamentem i wrzaskiem jak przyszła, nazad z zamku wychodzić zaczęła rozsypując się po mieście z żalem i płaczem, narzekając przed mieszczany i wszystkiemi kogo na drodze spotkali na gwałt i niesprawiedliwość.
Zaledwie odeszli, a wrzaski ich jeszcze odzywały się zdaleka i dochodziły ucha mieszkańców królewskiego na Wawelu zamczyska, gdy dworzanin pokojowy J. K. Mości nadbiegł ku panu Grabi i Maciejowskiemu z rozkazem, ażeby do króla co najprędzej spieszyli.
Poszli.
Jeszcze pan podkanclerzy drzwi był nie uchylił od komnaty, w której król niespokojnie przechodził się wielkiemi kroki, a już August z pośpiechem u drzwi stanął i zapytał przybywających.
— Cożeście Waszmości z tą gawiedzią zrobili?
— Odprawiliśmy ją Najjaś. Panie, jakeśmy mogli najprędzej, odpowiedział Grabia. Chociaż nie mało było lamentów i niesłusznych narzekań na niesprawiedliwość i ucisk. Ba i nam Najjaś. Panie dostała się część tego.
— Niech to Waszmość nie boli, że nierozumne gołowąsy ściśnione żalem mogli coś przegadać. By i na mnie co powiedzieli, nie rozgniewa mnie to, bo na nierozum się obruszać, jest to być samemu nierozumnym. Musiał tam każdy coś przekroczyć, gdzie sam żal był przewodnikiem i języka panem. Lecz zapewniliście ich Waszmość, że sprawiedliwość dana będzie?
— Postokroć im to powtarzałem, rzekł Maciejowski, chociaż słuchać nie chcieli i wciąż bezustannie narzekali. Mądry by był kto by ich tam przekonał.
Król chodził i myślał, obrócił się potem i rzekł:
— Jesteścież Waszmość pewni, że ks. Czarnkowski nie winien nic, a tylko go o to obwiniają za sługi?
— Ani chwili wątpić o tem nie można. Najjaś. Panie rzekł spiesznie Maciejowski, znasz W. K. Mość, znamy i my wszyscy ks. Czarnkowskiego z jak najlepszej strony. Daleki od tego aby miał się znęcać nad nędznemi, lub ujmować za nierządnice, słynie pomiędzy stanu swego ludźmi jako najczystszych obyczajów i wielkiej nauki człowiek. W zacnym urodzony jest domu, wielkiego pokrewieństwa, łaskawy przytem i mądry, z bratem moim Samuelem i ze mną ścisłą połączony przyjaźnią.
— I dla tego to zapewne, rzekł król uśmiechając się, tak żarliwie go bronicie?
— Bynajmniej, odpowiedział trochę urażony Maciejowski — stanie on i sam z tłómaczeniem przed tron W. K. Mości i wiemy, znając go, że się niewinnym okaże.
— Daj Boże! rzekł król, boć trzeba nakoniec pokazać im, że u mnie zbrodnia, by i w szkarłacie chodziła czy w fioletach, nie ma przytułku i obrony. Surowością całą moją okażę im, jak niesłusznie po mieście skargi na mnie roznoszą. Ale im tego nie daruję, dodał po chwili, że mnie tak naszli na zamku. Przykażcie Waszmość sądom, aby się rozeznaniem zajęły bez odwłoki, wolą moją jest, aby tam najmniejszych nie spotkali trudności, które by mi pochop dać mogły do nowych narzekań.
Na Boga! jeśli cień winy się pokaże, choćby Czarnkowski był moim własnym bratem, chociaż go sądzić nie mam prawa jako duchownego, postaram się aby mu ten gwałt nad bezbronnymi nie uszedł bezkarnie. Nędza bowiem Mości panowie im większa i godniejsza politowania, tem większej odemnie wymaga pomocy — aby nie powiedziano było, że się u tego tronu sprawiedliwości złotem kupuje, lub koligacjami dostaje. Zdaję tymczasem na Waszmości panie Maciejowski, abyś tej sprawy pilnował i zaraz mi o dalszych jej doniósł postępach. Waszmość panie podkanclerzy oznajmijcie komu należy, że dla zdrowia i woli naszej posłuchanie dziś nikomu dane nie będzie.




Przypisy

  1. To co mówi Maciejowski, słowo w słowo z Orzechowskiego kroniki.
  2. Własnego interesu. Stary wyraz.
  3. Nie wojujcie. Stary wyraz.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.