Żółta prasa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Arkadij Awierczenko
Tytuł Żółta prasa
Pochodzenie Opętana przez djabła
Data wydania 1927
Wydawnictwo Towarzystwo Księgarzy Polskich na Kresach
Druk Drukarnia Społeczna
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. S.
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
A. AWERCZENKO.
ŻÓŁTA PRASA.

Żółta prasa.
(Humoreska).
I.

Sam jest różowy, tużurek ma szary, krawat czerwony, zaś prasa, w której pracuje — żółta.
O sobie wyraża się zawsze otwarcie i ambitnie.
— Wygrzebuję pieniądze z rynsztoka, żeby ich djabli porwali!
— Z jakiego rynsztoka?
— Gazeta nasza rynsztokowa! Nie rozumiem jak publiczność może czytać taką szmatę?...
— Dlaczego?
— Toż tę gazetę redagują wprost kryminaliści! Pan nie wierzy? jak Bozię kocham! Każdy jej współpracownik jest zdolny i do szantażu i do złodziejstwa, a jeśli mu pan zagwarantujesz bezpieczeństwo osobiste — to i do morderstwa...
— Czyżby?
— Bezwątpienia.
— To dlaczego pan tam pracuje?
— Praca bardzo lekka! Ot, co! Pisz, bracie o czem chcesz, blaguj sobie, co ci się żywnie podoba i zbieraj grosze do kieszeni! Pan nie wierzy? Jak Boga kocham!
Spytałem z niedowierzeniem:
— Czyż rzeczywiście można zmyślać, co się podoba?
— Upewniam pana, że tak! No, coby pan naprzykład chciał, żeby jutro stało o panu w naszej gazecie?
Roześmiałem się:
— Napisz pan, że bardzo lubię ostrygi
— Dobrze! Jak ostrygi, to ostrygi...
Nazajutrz rano przeczytałem, ku wielkiemu swemu zdumieniu, w gazecie, w której pracował ów różowy młodzieniec, co następuje:

Ankieta:
„Czy ostrygi są pożyteczną potrawą?“

„Wobec panującej teraz epidemji cholery zajęliśmy się pytaniem: czy nie są z tego względu szkodliwe ostrygi? Z tego rodzaju pytaniem zwróciliśmy się najpierw do:

Doktora Kopytowa.

— Widzi pan — odparł sympatyczny lekarz — w gruncie rzeczy ostrygi są pożytecznym pokarmem, ale, naturalnie, nadmierne spożycie może wywołać niepożądane skutki.
Zainterpelowana z tejże racji popularna śpiewaczka.

pani I. O. Śmiatkina

oświadczyła, co następuje:
— Nie wiem. Nie jadam ostryg. Kilkokrotnie chciano mnie tego nauczyć, ale niestety bezowocnie!
Po powrocie z Marjenbadu popularna śpiewaczka znacznie poprawiła się i wyglądała wyśmienicie.
— No, a jak tam zagranicą? — spytałem ją.
Uśmiechnęła się, rzekła:
— Nieźle!
Trzecią osobą, do której zwróciliśmy się z interesującem nas pytaniem, był:

Redaktor satyrycznego tygodnika
p. A Awerczenko.

— Ostrygi! — zawołał p. Awerczenko. — Lubię je bardzo! Wątpię, by mogły być szkodliwe! Mówię naturalnie o świeżych ostrygach!
— No, a jak tam cenzura?... dusi bardzo?... — zagadnęliśmy cenionego redaktora.
Ten uśmiechnął się:
— Jeszcze jak!

II.

Przy spotkaniu ze mną, różowy młodzieniec zaśmiał się, uścisnął mi rękę i spytał:
— Czytałeś pan?
— Ba! Jednakowoż... Czy rzeczywiście rozmawiałeś pan w tej kwestji z doktorem Kopytowem i śpiewaczką Śmiatkiną?
— Dzieciak z pana! Doktór mieszka na Wasylewskim Ostrowie, a wilia pani Śmiatkinej aż w Nowej Wsi! Sami dorożkarze kosztowaliby mnie ze dwa ruble!
— Więc... jakże pan się urządza?
— Jakto jak? Sam! Dla nich to przecież lepiej! Tak czy owak, reklama! Ja swoje spełniłem... Dziękuję panu za ostrygi. Chce pan, to jeszcze co sfabrykujemy?
— Nie, dziękuję panu... Ale powiedzno pan — zagadnąłem — czy z rzeczywistymi wypadkami pan taksamo postępuje?...
— Nie. Tam trzeba być osobiście, Pan teraz wolny?
— Owszem, bo co?
— Właśnie pewien „człowieczek“ zastrzelił się... Mam pojechać sprawdzić... Czy nie raczyłby pan ze mną?
— Hm... I owszem.
Pojechaliśmy.
„Człowieczek“, który palnął sobie w łeb, leżał na stole, ale ja zainteresowałem się nie nim, lecz różowym młodym człowiekiem.
— Ach, to pani, witam panią... Pozwoli pani przedstawić się: jestem współpracownikiem dzienników petersburskich. A ten pan, to mój znajomy. Bardzo mi przyjemnie! Jak się pani powodzi?
Kobieta wyjęła chustkę z kieszeni i odwróciwszy się, wyszeptała:
— Jak pan widzi... Jedyny syn był. Wszystkie moje nadzieje! Nie wytrzymało młode serce.
— Hm... Rzeczywiście... Bywa i tak... A notatkę jaką zostawił?
— List... do mnie... „do kochanej Mamusi“...
— Tak, tak... Czy można zobaczyć?
— Co zobaczyć?
— No ten list? Oddam potem...
— Co? Wszakże to dla mnie najświętsza rzecz!
— Najświętsza?... Aha!
Młodzieniec wyjął notatnik i zapisał:
„Najświętsza rzecz — oświadczyła matka...“
— Dzięki pani. Jeszcze jedno pytanie: kiedy pani wpadła do pokoju, to... zastała pani syna w agonji, czy jak?
Matka zakryła twarz rękoma.
— Był już martwy.
— A zatem agonji pani już nie zastała? Jaka szkoda! A jaki system?
— Czego?
— Rewolweru
— Nie zauważyłam. Miałam to głowę do takich rzeczy?...
— A powiedz pani... Pani, ma się rozumieć, bardzo żałuje nieboszczyka?
— Niby syna?!
— Tak... tak... syna... ależ naturalnie! Ja to dobrze rozumiem. No, ale pewno zostało pani jeszcze trochę dzieci?...
Zerwałem się i chwyciłem za rękę owego różowego młodzieńca.
— Chodźmy stąd!
— Zaraz, zaraz... Pozwoli pani jeszcze, że ją zapytam: czy aby kucharka pani nie widziała agonji syna?
— Daruje pan... lecz zbyt boleśnie mówić o tem wszystkiem.
— Aha... dzięki! Hm... hm... To przynosi pani zaszyt!...
Położył na kolanie notatnik i odnotował:
„Matka złamana bólem — Ciężkie wspomnienia. — System nieznany“.
— A teraz jeszcze jedno pytanie: czy bardzo pani w pierwszej chwili zdziwiła się, gdy go zastała leżącym na podłodze zamiast na łóżku?
Schwyciłem go za rękę i pociągnąłem za sobą.

III.

Tegoż wieczora zawiózł mnie do teatru na premjerę sztuki, o której polecono mu napisać recenzje.
Kiedyśmy przyjechali, właśnie skończył się akt czwarty i pozostał piąty?...
— Czy pójdziemy na piąty? — spytałem.
— Nie warto! Komu to się pan kłaniał przed chwilą?
— To jeden znajomy. Bo co?
— Zapytaj się go pan — jak tam sztuka?
Podszedłem do znajomego i wszcząłem z nim rozmowę. Tuż obok fojer, o krok może od nas, stał sobie ów różowy młodzieniec i, z wyrazem znudzonego gapia, gorliwie przyglądał się witrynie z portretami aktorów.
— Sztuka? Hm... jakby to panu powiedzieć... Jest to jedna z tych sztuk, które przejęto nazywać „scenicznemi“. Sztuka beztreściwa, ale autor sprytny i doświadczony — i to go ratuje. Temat także stary! „Akrobaci filantropji“ — wszak o tem pisał jeszcze Grigorowicz! Dekoracje niezłe, zato reżyserja nieszczególna... Bardzo interesującą była w roli Eugenji — Barańska. Reszta — ot, tak sobie! Zresztą z pierwszego przedstawienia sądu wydać niepodobna...
Od strony witryny z fotografjami doleciał mnie szept:
— Zapytaj go pan czy autora wywoływano?
— A autora wywoływano?
— Nie było go w teatrze. Powiadają, że chory Przeziębił się, czy coś w tym rodzaju...
Różowy młody człowiek niespodzianie obrócił się ku mnie i rzekł:
— No, żegnam pana. Odjeżdżam. Muszę jeszcze do redakcji zdążyć.
Nazajutrz rano w tej samej gazecie, w której była ankieta o ostrygach, przeczytałem taką oto recenzję z wczorajszej sztuki:
„Jeszcze popularny pisarz Grigorowicz dotknął się był palącej sprawy „akrobatów filantropji“, tych obłudnych, przesiąkłych blagą i fałszem ludzi. Ten sam temat wziął za podstawę do swej sztuki autor „Śmietanki społeczeństwa“. Temat, co prawda, nie nowy, ale doświadczenie sceniczne, jak również znajomość teatralnych gustów publiczności, ocaliły tym razem utwór autora. Graną była rzecz, z wyjątkiem pani Barańskiej, która odtworzyła wizerunek pełen szczerości — bardzo średnio, aczkolwiek wszyscy dołożyli starań, nie wyłączając także i suflera. Zresztą z pierwszego przedstawienia wydać sądu niepodobna... Reżyserja sztuki nie spodobała się nam. Gdzież był reżyser? Ocaliły sytuację dekoracje, rzeczywiście piękne i wykonane z wielkim gustem. Publiczność próbowała wywołać autora, ale niestety, nie było go w teatrze. Ciężki rodzaj bronchitu przykuł utalentowanego autora „Śmietanki“ do łóżka. Ach, ten petersburski klimat“.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Arkadij Awierczenko i tłumacza: anonimowy.