Święcone u J. O. Xięcia Radziwiłła Sierotki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Słowacki
Tytuł Święcone u J. O. Xięcia Radziwiłła Sierotki
Podtytuł Wyjątek z niedrukowanego rękopismu
Pochodzenie Dzieła Juliusza Słowackiego tom III
Redaktor Henryk Biegeleisen
Data wydania 1894
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Drukarz Drukarnia i litografia Pillera
i Spółki
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Indeks stron
ŚWIĘCONE U J. O. XIĘCIA RADZIWIŁŁA SIEROTKI.
(Wyjątek z niedrukowanego rękopismu.)

...... przez cały wielki tydzień, poszcząc i susząc, pokrzepiałem się jedynie, łykając pył xiążek, które w xięgarni J. O. xięcia, że były długo nie czytane, prochem i kurzawą leżały okryte. W Sobotę wielką, gdy pan Armider z działami i puszkarzami wyruszył na resurrekcyą, udałem się także do Nieświża, abym przytomny był letycyi i allelujom. Resurrekcya odbyła się, jak należy, — xiążę pan z przyjacielem swoim, JP. Abrahamem Duninem, podczaszym litewskim, klęczeli w pierwszéj ławce karmazynami wybitéj i w processyi nieśli baldakin nad celebrantem, a dziedziniec obszerny przed kościołem wysłany makatami i liściem ajeru, wydawał się, jak łąka kwiecista. Skoro więc we drzwiach kościoła ukazał się celebrant ze złotą monstrancyą i mający nad głowa karmazynowy baldakin, którego kije złociste niesione były przez J. O. xięcia samego, a drugi przez wojewodę Ilinicza, pana na Mirze, (który z xięciem panem zrobił był układ na przeżycie, jako bezdzietny), dano ognia z dwunastu dział, a dzwonnicy na wieżach wystrzelili z dwóch moździerzy, a całe pospólstwo strzelało z kluczów, z dubeltuwek, z krucic, i był huk taki, że zwalił się pułap w domie pewnego mieszczanina, który potém rozpoczął o to proces z klasztorem, a te pretensye J. O. xiążę aż po powrocie z ziemi świętéj zaspokoił. Była mu bowiem na sumnieniu, iż armatami swojemi mieszczański dom zburzył tempore pacis, — a z drugiéj strony upodobanie mając w armatach, cieszył się z wielkiego, jaki zrobiły efektu; tak zaś był dumny z posiadania największych dział w prywatnéj majętności, iż obraził wiecznie JW. wojewodę Trockiego Żabę, a to w taki sposób: będąc raz w Trokach w zamku JW. wojewody na obiedzie, tenże wojewoda, chcąc od xięcia komplement odebrać, że miał sześć armat u swego dworu, kazał puszkarzom, zatoczyć je pod same okna sali, gdzie xiąże Sierotka jadł obiad, i dać razem ognia ze wszystkich. gdy J. O. gość kielich będzie niósł do gęby, co też się i stało; lecz xiąże pan, pomiarkowawszy, o co rzecz idzie, nie pokazał żadnego po sobie zadziwienia, ani respektu, — zniecierpliwiony tém pan Żaba, nie mogąc już dłużéj wytrzymać, zawołał: „A to z dział strzelają, Mości xiąże.“ — „Z dział?“ odezwał się niedbale xiąże pan, „myślałem, że z kruciczek.“
Po skończonéj resurrekcyi, gdy już było około północy, a my wszyscy zebraliśmy się około xięcia pana, skończywszy pacierze, obrócił się do nasi mówiąc Christos woskres, całował się ze wszystkiemi, poczém zawołał: „Mości panowie, Bernadyni tańcowali na chórze z radości i pogubili trepki, — pokażmy im, że i w radości trzeba zachować pewną pretensyą i powagę — proszę za mną do bramy, na litanije.
Mówiąc to, piechotą udał się przez całe miasto do jednéj z bram, gdzie był obraz Matki Boskiéj. Brama była wązka i ciemna jak spelunka, a jedna tylko lampa wisiała przed obrazem; tam na gołych kamieniach klęknął J. O. xiąże z axamitną czapką pod pachą, a my wszyscy klęknęliśmy rzędem; wtenczas małe pachole sierota, którego xiąże chował przy sobie i bardzo lubił dla tego, że mu on młodzieniec grał na lutni i pięknie śpiewał, wystąpiło w białém ubraniu i klęknąwszy przed J. O. xięciem, twarzą do Matki Boskiéj, zaintonowało głosem prawie słowiczym, w którym coś niby płakania było i radości:

Regina coeli laetare alleluja,
Quia quem meruisti portare alleluja,
Resurrexit sicut dixit alleluja.

Xiąże pan porwał dziecko i ucałował, a zarzuciwszy wylotów i pogłaskawszy wąsa, zaintonował bernadyńskim głosem litanią. Lecz owoż w połowie śpiewu, kiedyśmy w najlepsze beczeli turris eburea, zrobił się od wejścia bramy łoskot wielki, i pomimo że była pełna nas klęczących, wjechał wóz, ciągnięty przez dwa niedźwiedzie, które szły na łapkach a kijami się podpierały jak ludzie, na wozie zaś była wielka kufa srebrnemi obręczami obita, i na niéj woźnica z czerwonemi rogami i z ogonem. Zrozumiałem to zaraz, że to być musi z xięcia wiedzą i wolą uczyniona krotochwila. Już więc wszyscy powstaliśmy, aby nas wóz nie utracił, a xiąże pan sam jeden klęczał, mając prawie niedźwiedzie na karku, co widząc jeden z dworzan przyskoczył do xięcia i wziął go pod ramiona, ciągnąc na stronę, a xiąże go w pysk; „Czemu mi Acan przerywasz?“ — potém przetarłszy oczy, jak ze snu: „A to co?“ zawołał, pokazawszy na wóz i niedźwiedzie. — Na to djabeł siedzący na beczce odpowiedział: „Puszczaj, mości xiąże, to Najświętsza Panna przysyła beczkę wody ze stopki poczajowskiéj Ojcom Bernardynom za to, że pięknie śpiewali na resurrekcyi — bo jeżeli nie popłuczą gardła wodą, to pomrą i nie skosztują jutro kiełbasy.“ — „Łżesz!“ krzyknął pan sierotka, to djabli przysyłają xiężom beczkę dyweldreku — chcą klasztor struć! ale ja nie pozwolę na to jakem sierotka; — gdyby to był prezent od Najświętszéj Panny, toby tu w dyszlu były konie Chrystusowe, a nie moje niedźwiedzie.“ — „A kiedy tu w Litwie nie ma Chrystusowych koni.“ — „Są!“ krzyknął xiąże, „jeśli Najświętsza Panna poszuka osłów, to znajdzie, bo są w Litwie! nieprawdaż panie kochanku?“ dodał, obracając się do D., wszak każdy biskup nowo sakrowany winien pierwszéj niedzieli wjechać do kościoła na ośle; — a xiądz biskup wileński, że nie znalazł takiego zwierza, to się markocił, a ja mu poradziłem, aby wsiadł na swego synowca, i tak zrobił. Jakem biedny sierotka, Najświętsza Panna nigdy nie jeździła na niedźwiedziu.“ — „Mości xiąże,“ odezwał się Dunin, „musiała kiedyś jeździć na niedźwiedziu — a zkądżeby się wziął herb z Szantyrów.“ — „Milcz Waćpan — a to widzisz, że to beczka moja z herbami — więc to kradziona rzecz — et confiscatur.“ Tu wmięszał się xiądz gwardyan, który po odbytéj processyi rozebrawszy się z ornatów, w trop przybiegł za xięciem panem, a zadyszany jeszcze trafiwszy na dysputę względem beczki odezwał się: „Mości xiąże! już ta beczka nam destynowana, więc czy djabla, czy nie djabla — niechaj rusza do klasztoru, a my ją wyexorcyzmujemy.“ — „I wypijemy...“ dodał xiąże. — Gwardyan kiwnął głową na znak, że potwierdza, a xiąże: „To niech djabeł tu zrzuci beczkę — a sam jedzie po klasztor, bo jakem sierotka, że łatwiéj przejść wielbłądowi przez uszko igielne, niż téj beczce przez bramę Najświętszéj Panny niepokalanego poczęcia.“
Jeszcze nieco trwała dysputa między ojcem gwardyanem, który adwokatował niby za prawami klasztora, a xięciem, który beczkę zatrzymać chciał, nareszcie skończyło się na tém, że ją odszpuntowano, a djabli nowi nadeszli z tacą pełną kielichów, które między nas rozdane były — a po napełnieniu onych uklękliśmy wszyscy kończyliśmy litaniją, z kielichami w ręku — i twarze mając obrócone do nieba, jakby w extazyi świętéj.
Skończyła się litanija i zaczęła się pijatyka, a xiąże pan porozsyłał ludzi na wszystkie trakty i gościńce, aby przejeżdżających łowili i gwałtem do bramy przyprowadzali. Zbierało się coraz więcéj takowych więźni, a już ich brama objąć nie mogła, aż wreszcie różowa Aurora wejrzała w bramę, gdzie wszyscy byliśmy jak ona rumiani i weseli, a z wronami, które się już budziły, ruszyliśmy do zamku, mając już na wozie nie beczkę, ale xięcia pana tryumfatora.
W zamku dopiero czekał nas aspekt niespodziany. Skoro bowiem otworzono drzwi od pierwszéj sali, zaleciało nas powietrze i aura przesiękła zapachem święconego, które urządził kucharz pierwszy J. O. xięcia Włoch Loga ku krotochwili i zabawie; w pierwszéj bowiem sali stały trzy pasztety olbrzymiego kształtu, które ujrzawszy xiąże zawołał: „W. panowie, do attaku!“ — co wymówiwszy zdjął z pierwszego pasztetu czapkę — i wyleciało z niego wielkie mnóstwo żywych kuropatw, jemiełuch, gołębi, jarząbków, ortolanów, które potłukłszy okna powylatywały na dziedziniec — gdzie jeszcze był długi ogon szlachty cisnącéj się za xięciem panem, a ci, że wielu było uzbrojonych w fuzye, zaczęli owe ptastwo strzelać w lot, tak, że czasami wlatywał szrot do sali i spadał gradem od pułapu odbity na nasze łysiny, — lecz, że okna były wysokie, żadnemu z nas nie szkodziło. — Tu xiąże przyzwał kucharza do sali i zaczął go mocno strofować za to, że nie dopiekł zwierzyny, — kucharz się tłómaczył po włosku, a że mi ten język nie był obcym, zrozumiałem co mówił, i byłem wielce ciekawy, co się w drugich pasztetach okaże. Albowiem zapytany kucharz, co się znajdowało w wielkiéj piramidzie stojącéj na prawo, odrzekł xięciu panu, iż upiekł w niéj całego Laokonta z wężami, — a gdy to wytłómaczyłem szlachcie, a znajdowało się wielu, którzy znali historyą Eneasza przez Wirgiliusza rymem uwiecznioną, wszyscy wyglądali owego Laokonta w zadziwieniu. Wtém J. O. xiąże, wziąwszy ze ściany buławę żelazną nabitą gwoździami, dał tak po piramidzie, że aż się rozleciała — i ujrzeliśmy siedzącego na ruinach pasztetu karła, w cielistym ubiorze, który był cały skrępowany kiełbasami, jakby ów Laokont właśnie pasujący się z gady Minerwy. — „A i ten żyje!“ krzyknął z gniewem xiąże. — Na to kucharz Loga niby zawstydzony odezwał się: „Decoctus erat sed resurrexit.“ — „Może to być,“ rzekł pan sierotka, „a w trzecim pasztecie co?“ — Na to kucharz odpowiedział po włosku: iż była tam Andromeda przykuta do skały łańcuchami, a smokowi oddana na pożarcie — jakoż i po rozbiciu trzeciego pasztetu znaleźliśmy karlicę xięcia tak nazwaną Dyannę, która święconemi salcesony przywiązana była za ręce do pasztetu, a przed nią leżał ogromny szczupak mający zamiast własnéj głowę dzika, z paszczęka, otworzoną, która bez wątpienia karlicy owéj mogła być grobem. J. O. xiąże udawał gniew — a my wszyscy dziwiliśmy się tym pięknym inwencyom Włocha, które niby oszukując nas, w zawieszeniu trzymały ranny apetyt. Tu wystąpił xiądz Ryło Jezuita, już nie udając gniewu, ale prawdziwie rozsierdzony, i rzekł: „Nie godzi się, xiąże panie, z tworów Boskich czynić takie igraszki — oto ja, nie wiedząc, co było w tych pasztetach, poświęciłem je, więc i te stworzenia poświęcone zostały, jako rzeczy na jadło przeznaczone, a teraz mam skrupuł i grzech na sumnieniu“. — „Ja to sam wymyślił,“ rzekł xiąże, więc będę pokutował w Jeruzalem, a te karły wczoraj spowiadały się i jadły komunikanta, więc woda święta nie spadła na djabła; a żałuję teraz, że zamiast tych trzech pasztetów nie kazałem zrobić jednego i nie wsadzić weń Drzymałę — bo nie bywa na nabożeństwie, toby choć raz napił się święconéj wody — możeby schudł — ale to rzecz nie stracona — bo go znajdziemy siedzącego w holenderskim serze w drugim pokoju. Wlazł sam na proźbę panny Anny marszołkówny, w któréj się kocha.“ — Pan Drzymała, który stał przy mnie, zczerwieniał od gniewu, ale nic powiedzieć nie śmiał, aby uczty nie stracił, więc tylko mruknął pod nosem.
Nie mogąc co robić w pierwszéj owéj sali, gdzie już tylko smok i owe salcessony, któremi były skrępowane karły, mogły być ku pożywieniu, weszliśmy za xięciem panem do sali drugiéj, gdzie już czekały na nas niewiasty i małżonki owych panów, którzy byli do xięcia na święcone sproszeni. — Xiąże oddal głęboki pokłon i zaczął wszystkie w ręce całować, co trwało długo, ile że połączone było z komplementami; po czém, kazawszy sobie podać jaje, obchodził wszystkich xiąże pan, i każdemu podając jaje, składał życzenia pełne affektu — a nareszcie i piastunce swojéj, która w kącie stojąc, płakała z rozczulenia, podał talerz i pocałował w chude ręce staruszkę — która go wzięła za głowę i uścisnęła jak dziecko swoje. —
„Babko,“ rzekł J. O. xiąże, „na przyszłe święcone twój piastun będzie gdzieś na morzach, jak na chuśtawce, a ty mi tu rób co roku święcone i czekaj — i z kucyą mnie czekaj co rok, aż zejdą gwiazdy — bo może ja powrócę głodny. Zjadłszy w tłusty Czwartek Drzymałę — a odbywszy cały post Skorubskim, co ma skórę jak sztokfisz. Lecz powrócę, jeżeli mnie samego nie zje pan Armider z wielkim Turkiem, albo jeżeli mnie pan Dunin ma śmierć nie zagryzie złą konduitą, albo jeżeli mi Pan Jezus nie każe zostać królem w Jerozolimie na złość xiędzu Ryło, co mnie ma za djabła gorszego od Zygwulskiego starosty.“ — Staruszka zajęczała i wyszła z pokoju — a xiąże pan, sam nieco rozczulony, rzekł do nas: „W. panowie, może to ostatnie święcone, które będę pożywał z wami — a że inni moi krewni bambizami, a mój brat Grzegorz ad cardinalatum strychuje, to może już nigdy więcej Radziwiłłowskiego święconego nie zobaczycie; ale niech to was, miłościwi panowie, nie pozbawia apetytu... proszę się rozgościć.“
Obróciliśmy wtenczas oczy na święcone, a było na co patrzeć, albowiem i tu pod prezydencyą xięcia, kucharz wszystko tak urządził, że nie tylko apetytowi, ale i myśli było przyjemném. W sali téj albowiem śród mnóstwa drzew, z miodu lipcowego była sadzawka, z wyspą zielonym owsem pokrytą, na któréj się pasł święty baranek z chorągwią, mający oczy z dwóch karbunkułów ze skarbcu J. O. xięcia wyjętych, które błyszczały niezmiernie. Na tego baranka godziło czterech dzików okropnéj wielkości, upieczonych całkowicie, a dwanaście jeleni ze złoconemi rogami w różnych pozyturach wyskakiwało z lasu, który był z drzew pomarańczowych, różnemi konfektami obrodzony. Gdy tu same mięsiwa to w przyległéj komnacie były ciasta i napoje nie mniéj misternie ułożone. Nie lasy tam, ale baby podobne skałom, nosiły na głowach z migdałowych murów grody i fortece, coś nawet podobnego Jerozolimie widać było, albowiem śród cukrowych domów ukryte ananasy, koronami szaremi naśladowały palmowe drzewa, a w bramach zaś figurki cukrowe w szmalcowanych pancerzach i z krzyżami czerwonemi na piersiach, jako Jerozolimscy rycerze za czasów Godfreda, stali na straży. — A jam pożałował, że nie miałem przy sobie małego Michasia, abym mu te wszystkie jasełka pokazał i wytłómaczył, boby w pamięci dziecka przynajmniéj zostały nim ruinie ulegną.
Nie będę tu opisywał mnogości różnéj konwi, rosturchanów, czar złotych i srebrnych i kryształowych, i win różnych i miodów, i małmazyów, które się tam obficie znajdowały — a żem się i tak nadto długo nad opisaniem rzeczy tych zastanowił, to może dla tego, iż nieraz późniéj w pustyniach głód cierpiąc, wspomniało się na owe święcone z niejakim żalem i z chciwością nieprzystojną filozofowi.
Xiąże pan, który konceptom swoim nigdy nie ucinał ogona, przystąpiwszy z nożem do ogromnego sera holenderskiego, rozciął go na poły i zapytał: „A gdzie pan Drzymała?.... Panno Anno,“ dodał, obracając się do w. panny marszałkównéj, „myślałem, że twój więzień tu — chciałem uwolnić.“ — „Pan Drzymała jest w sérze,“ zawołał pan Dunin, „ale ja mu włożyłem kamień do sos kieszeni, co sprawia, że jest niewidzialny — więc teraz może już z otworzonego séra wyszedł i stoi pomiędzy nami, a my go nie widziemy.“ — Xiąże pan mrugnął na nas, a myśmy zrozumieli, o co rzecz idzie, ile, że pan Dunin pierwéj już szepnął niektórym na ucho, co mają czynić. Więc ci nawet, co najbliżéj stali pana Drzymały, udawali, że go nie widzą, pytając jedni drugich: „Gdzie jest wielmożny Drzymała? gdzie pan regent Drzymała? gdzie poważny pan szlachcic Drzymała, nasz wielki przyjaciel.“ — „Ja tu jestem!“ — odezwał się jak z beczki sam Drzymała — „a pannom wolne żarty.“ — „Panie!“ — odezwał się pan sierotka — „słyszemy twój głos — ale wacpana ani śladu — wyjm kamień z kieszeni, panie, bo strzelę na wiatr z fuzyi w stronę, gdzie słychać ciebie po zapachu séra holenderskiego. Zamknąć podwoje, bo gotów nam figla spłatać i wynieść się niepostrzeżony. Panie Drzymała, prosiemy na miłość Boga, nie rób ze siebie fantazma. W imie Ojca i Syna i Ducha — panie Drzymała, pokaż się.“ — „Panie Drzymała, pokaż się!“ krzyknęła szlachta, patrząc na pana Drzymałę, który stał wtenczas wszystkim na widoku, gdyby rak ugotowany na farfurce, albowiem i twarz i żupan miał z karmazynu.
„Mości podczaszy,“ rzekł J. O. xiąże do Dunina, „więc przepraszam waści, żem ci wczoraj uchybił, mówiąc: łżesz, kiedyś mi waść o tym kamieniu bajdurzył, — a teraz widzę, że to prawda. Lecz mam do ciebie panie kochanku, ansyą, żeś twego kamienia na panu Drzymale spróbował, bo ja na niego lubił patrzeć — on piękny człowiek — i panna Anna będzie się smucić, że go nie widzi. Już to się ja nie lękam, aby nas pan Drzymała okradł, bo to człowiek uczciwy. Ale panna Anna dla niewidzialności jego teraźniejszéj może szwankować — a w statucie litewskim nie ma jeszcze artykułu si quis incarnatione invisibilis factus, pater fit.“ — Tu w. pan Dunin widząc, że xiąże pan żart za daleko posuwa, ile że sam w. marszałek, ojciec panny Anny, marszczył się na wspomnienie same dyshonoru, jaki córka jego ponieśćby mogła, odezwał się: „Mości xiąże, mnie się zdaje, że pana Drzymały wcale tu nie ma, bom ja go sam zostawił w bramie Najświętszej Panny, we śnie głębokim pogrążonego — a tu sobie tylko zrobiłem żart i krotochwile, mówiąc, że jest między nami.“ „A kiedy tak, rzekł xiąże pan, to mi lżéj na sumnieniu; — niech się wyśpi pan Drzymała — a nie mówcie mu o tém, co się stało, boby się gniewał, to człowiek obraźliwy.“
Na znak xięcia pana szlachta się znów wzięła do półmisków i kielichów, czyniąc tak, jak gdyby pana Drzymały w istocie nie było. Nieraz więc dostawał w łeb kielichem albo farfurką — albo też łokciem w bok, a zawsze się usuwał, lecz nic nie mówiąc. Był bowiem obżarty, i przez wzgląd na żołądek wiele przebaczał. Znalazł nareszcie wolne miejsce przy stole, i usadowiwszy się złożył na farfurce mnóstwo wielkie zwierzyny, kielich węgrzynem napełnił, a niedbając więcéj na żarty, w zupełnéj spokojności dary Boskie spożywał.
Po niejakim czasie xiąże pan, pokazując digito na farfurkę pana Drzymały, zawołał niby z przestrachem: „Xięże Ryło, weź wacpan stułę i kropidło i poświęcić stół — bo tu djabli siedzą i łykają święcone. Ja nie widziałem nigdy, aby jaki człowiek tak jadł, jak ta farfurka; — więc to musi być djabeł, którego Chrystus Pan wpędził w świnię nad Jenezaretańskim morzem. — Wszelki duch Boga chwali — panie kochanku, ta farfura wychodzi sama od stołu.“
I w istocie pan Drzymała zniecierpliwiony wynosił się za drzwi, niosąc talerz z pieczywem przed sobą; — ale xiąże pan, który nieraz i po pijanemu korki u trzewika niewiastom ustrzelał, chwyciwszy za sztuciec nabity kulą, przymierzył się, i przy drzwiach już będącemu panu Drzymale talerz z ręki kulą wytrzasnął. — Nieszczęśliwy pan regent zmięszał się niepospolicie i osłupiał — lecz nie mogąc już znieść dłużéj owych afrontów, ze łzami w oczach obróciwszy się do towarzystwa, rzekł: „Mości panowie, w przytomności waszéj uskarżam się na w. pana podczaszego Dunina, że z człowieka cichego i urodzonego szlachcica taki żart czyni — domagam się więc satysfakcyi.“ — Na to pan Dunin: „Cieniu człowieka, głosie niewidzialny, jeżeli, jak się spodziewam, masz brzuch ludzki i łeb okrągły, i ciało człowieka, — bić się z tobą będę, choć miałbym przyjść na ów los nieszczęśliwego Ajaxa, co mając na oczach chmurę przez zagniewane Bogi rozciągniętą, zamiast rycerzy, bydło i owce porąbał, choćby ten pojedynek równie smutną jak Sofoklesa urodził tragedyą. Dobądź więc szarpetyny i objaw głosem, gdzie jesteś, a jeżeli mam pójść do Erebu, upraszam tu J. O. xięcia, aby na intencyą moją tysiąc czterdzieści cztery msze zakupił, ile, że od zaczarowanego człowieka poledz mam nie po katolicku.“
Przychodziło już do bitwy, gdy xiądz Ryło wystąpiwszy naprzód rzekł poważnie: Xiąże panie, wybierasz się na wędrówkę do grobu świętego — a dopuszczasz tu, aby dla żartu krew się lała — ani to na twoją uczoność przystoi, mości Duninie, żartować tak z tego grzesznika, który się nie spowiadał i nie kommunikował w dnie Boskiego umęczenia, a teraz brzuchowi swemu dogadza, i gniewowi cugle popuścił tak, że się na azard żywota naraża.“ — „Milcz klecho!“ krzyknął xiąże, „to nie wielki post, abyś tu nam kazał, jak z Ambony, — a że pójdą na szarpetyny, to nie żaden grzech; — gorzéj zrobił pan Samuel Zborowski, co Włocha Candiana namazanego miodem oponował niedźwiedziowi rozjuszonemu, a sam na pojedynek nie wyszedł, — za to by nie był wpuszczony do nieba, tylko, że głowę ściętą wrzucił pierwéj, a sam wszedł niby szukając swego czerepa, z czego się Najświętsza Panna zabawiła i pozwoliła mu zostać, a może też i dla tego, że to był męczennik szlacheckiéj sprawy, i zagryziony był przez wilcze zęby królewskie, za którą to rzeczą ja sam będę u Chrystusowego grobu patronował, aby znów Zborowskiemu głowę in excelsis nosić pozwolił na karku, a nie pod pachą, jak niemiecki kapelusz. Panie Dunin, włóż aspan szablę do pochwy, i ty, panie Drzymało nie gniewaj się — a pojedynku nie trzeba, bo i tak mało szlachty — a jak mniéj będzie, to więcéj pójdzie pod miecz katowski na głowie pana Samuela zaprawiony — a póki nas wiele i zgodnych, to i sam pan Zamojski ogląda się, czy ma głowę. A wiecie wy, że konsylium jego było, abym ja jechał do Ziemi świętéj przez Turcyą — i sam król Stefan ofiarował mi gleit turecki od sułtana; ba — ale ja nie głupi, panie kochanku, a nie chcę tego honoru, aby za mną pan Jan Kochanowski stawał, jak za Podlodowskim, co był w Turczech zarzezany. Chybaby mi pan Drzymała swego kamienia pożyczył, tobym się odważył, jeść obiad z samym sułtanem, lecz pan Drzymała nigdy nikomu tynfa nie pożyczył, więc o kamieniu ani gadać. Trzymaj, panie Drzymała, coś znalazł, bo skarb znalazłeś — a ja ci zazdroszczę. Ale że ty piękny i przystojny, więc tobie ten kamień więcéj szkodzi, niż pomaga — więc może go się pozbędziesz i zamieniasz się ze mną na ten sygnet.“ (Tu xiąże zdjął z palca wielki sygnet brylantami osadzony z szafirem pośrodku i dał go wyciągającemu ręce Drzymale.) „Kupuję ci kamień twój — nie biorę go teraz, bo nie chcę zniknąć z przed oczu JW. panów, którzy przytomnością swoją mój dom zaszczycają, ale żem twój kamień kupił, to go złożysz w skarbcu moim.“ — „Jeżeli J. O. xiąże“ — rzekł udobruchany Drzymała — „będziesz tak kupował te niewidzialne kamienie, to i skarbiec J. O. xięcia stanie się niewidzialnym.“
Na tém zakończyła się krotochwila z panem Drzymałą, który jednakże panu Duninowi séra nie przebaczył — jak tego w dalszéj podróży dał tysiączne dowody.
Opisawszy te krotochwile, nie będę się dłużéj rozciągał nad uroczystościami zamkowemi, ale przystąpię do rzeczy mających bliższy związek z podróżą naszą i t. d.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Słowacki.