Przejdź do zawartości

Święć się imię Twoje...

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Święć się imię Twoje...
Pochodzenie Modlitwa Pańska
Wydawca Polskie Towarzystwo Nakładowe
Data wyd. 1905
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ŚWIĘĆ SIĘ IMIĘ TWOJE...


 Oskarowicz nadział czapkę i ubrany już stanął koło stołu, na którym poprzedniego dnia położył świeżo napisany do matki list. Popatrzał nań dłuższą chwilę, wreszcie porwał z jakąś niezwykłą gwałtownością i poszarpał w drobne kawałki.
 — Po co? na co?... dlaczego mam ją martwić? ją i tamtą?... niech obie myślą, że mi tu dobrze, że mi nic nie brakuje.
 Zaczerwienionemi jeszcze od snu oczyma potoczył dokoła. Mała lampka tliła się na stole, bo na dworze ledwo szarzało. Zimno było w izdebce, służącej mu za schronienie. Za sześćset guldenów rocznej pensyi nie mógł sobie pozwolić na lepsze mieszkanie. Sześćset guldenów i z tego musiał płacić jeszcze długi, zaciągnięte podczas pobytu w szkołach! Szczęściem, że i to miejsce dostał za pomocą protekcyi. He! he! ile to karku nazginał!... aż do tej chwili szyja i dusza go boli. Był nawet u przejeżdżającej Ekscelencyi, miał wtedy na sobie anglez, którego szwy zbyt białe zasmarował atrament. Buty sam sobie wyczyścił i pamięta, że były tak brzydkie, iż woźny w przedpokoju spostrzegł stan jego obuwia i patrzał długo i uważnie na te nieszczęsne nogi Oskarowicza.
 To miejsce w Wieliczce przy kopalniach miało przynieść mu złote góry. Tak przynajmniej twierdziła jego matka i Zosia — panna Zosia, jego niby narzeczona. Niby — bo czyż ludzie ubodzy mogą twierdzić napewno, iż wtedy a wtedy stworzą dom, rodzinę...
 Brr... zimno na duchu i na ciele. Oskarowicz czuje, że dreszcz przenika jego serce w podwójnem tego słowa znaczeniu. Niema nic na świecie, przynajmniej tak mu się zdaje. Dokoła niego straszna pustka. Matka? cóż matka? Ma tam po ojcu jakąś emeryturkę. Ot! byle miała kościół w pobliżu, a kawę do poczęstunku w popołudnia niedzielne, to jest zupełnie zadowolona. Zosia?... ach!... śmieszne jest nawet chcieć ogrzać swe serce przy tem dalekiem, niepewnem ognisku.
 Zosia?... jest zwykłą dziewczyną, czytającą powieści i chodzącą do seminaryum nauczycielskiego bez zbytniego zapału. Patrzy spokojnie na świat i na ludzi, robi to, co inni, co cała masa, nie chce się nigdy wyróżniać od tłumu. Ta nie ogrzeje mu serca, nie rozjaśni tej szarości, w którą popadł. Czy nawet go zrozumie, czy odczuje, że się w nim coś rwie, coś szarpie, coś jęczy nad własną nicością? Naprzykład, Zosia najspokojniej mówi o tem, że niema żadnej wiary.
 Niegdyś, ot — tak, gdy wracał z parku Jordana w niedzielę, załkała w nim nagle dusza. Księżyc świecił tak, jak tylko romantycznym kochankom świecić potrafi. Zosia wsuwała swą rękę pod jego ramię, i on przeczuwał niecierpliwość jej ciała, pragnącego jakiejś, choćby zupełnie cichej i lekkiej pieszczoty. To było jednak nad jego siły. Nie mógł się na nie zdobyć, nie mógł przycisnąć ręki dziewczyny, nie mógł dotknąć się jej palców, z których zrzucała rękawiczkę. O! nie dlatego, ażeby krew w nim ku niej nie grała. Przeciwnie. Zosia działała na jego zmysły czarnemi oczyma i swą wciętą a okrągłą postacią.
 Ale tu było coś innego.
 On nagle bywał zdjęty wielką bezbrzeżną trwogą wobec tej pustki wewnętrznej, która się w nim wytworzyła.
 Nie wierzył.
 Nie wiedział nic teraz, gdy w chłopięcej bucie powiedział sobie: — »Phi! po nas... robaki«. A co dziwnego, że i w tę nicość robaczywą uwierzyć nigdy nie mógł!
 Poezya w nim była, ohyda i wstręt wobec małości życia, wobec tego przedsionka, w którym się poprostu stoi czekając, że wpuszczą nas do świątyni, w której będzie rzeczywisty odpoczynek i bezbrzeżne a doskonałe Piękno.
 Mówił: »Po nas — robaki!« — usta wydymał, oczy mrużył. Mówił jak inni, paląc papierosa i bijąc piętami o ziemię, ale w nim coś niepojętego krzyczało rozpaczliwie: »Nie! nie!... tak nie jest! robaki to już nie kres, to nie może być kres!...«
 Później, gdy wyrósł tyle, że już rość przestał, i cygara nie sprawiały mu nudności, starał się odsuwać od siebie Wielkie Zapytanie.
 — Co mi do tego? — mówił sam do siebie — niech będzie po śmierci co chce...
 A to dawne, dziecinne, chłopięce znów protestowało:
 — Nie, nie... jeśli się żyć ma jedynie tem życiem, to poco się męczyć? poco wstawać codziennie obłocony codzienną troską o strawę, o napój, o dobre trawienie, o trochę szmat dla okrycia nagości i o tę... estetyczną rozkosz, którą sprawia pewna garstka przedrzeźniaczów natury lub rymujących kłamców, których zowią — artystami.
 Więc co?
 Samobójstwo? skończyć odrazu?
 Na to taki pospolity Oskarowicz niema dostatecznego rozmachu i zbrodniczej żyłki. I dlatego wlecze się dalej przez życie, stara się o miejsce w Wieliczce, chodzi z Zosią w niedzielę do parku Jordana, staje przed księgarniami, gdzie wystawiono nowości, tajemniczo nęcące go zagadkowymi tytułami, sprawia sobie na kredyt nowe palto angielskim krojem i potem szamocze się bezsilnie z tem wieczystem: »co po tem?« które wraca, wraca poprostu upiorem.
 Zaniepokojona matka namówiła go, by poszedł do lekarza. Poszedł dla świętego spokoju, bo nie lubił, gdy ta stara kobieta rozgadała się monotonnym, bezbarwnym głosem. Lekarz, taki specyalista od chorób nerwowych, otoczony machinami do elektryzacyi i portyerami po czternaście koron i pięćdziesiąt halerzy, przyjął go roztargniony i wsłuchany w odgłos fortepianu, który z głębi mieszkania bębnił z uczuciem: »Znam ja dziewczynę...«
 Lekarz ożenił się niedawno, ten fortepian przypominał mu przez ścianę obecność młodej żony.
 Oskarowicz wszedł tu z zamiarem wypowiedzenia wszystkiego.
 Kto wie?... może to choroba? Może rzeczywiście to tylko rozigranie nerwów. Dlaczego inni spokojnie piją piwo u Hawełki i niczyja dusza przy bufecie tam nie łka i nie targa się rozpaczliwie, tylko jego? Kto wie! kto wie!
 Ale po kilku słowach zamienionych z lekarzem, poznał, iż wszystko to napróżno. Ten młody, ślicznie uczesany mężczyzna, o podbójczo zakręconym wąsie, niema z nim nic wspólnego. Zaczął się sam z siebie śmiać po cichu, siedząc tak na konsultacyjnem krześle.
 Dobrą myśl miał rzeczywiście, chcąc wyznać tak doktorowi, co go właściwie dręczy i do »melancholii« doprowadza.
 He! he! jak mówią krasnoludki, rzucić tak nagle w twarz takiemu lekarzowi chorób nerwowych: »To wszystko dobrze, ale co będzie ze mną po śmierci?«
 Dlaczego nie? Taki lekarz musiał już słyszeć nie jedno. Nieszkodliwa forma obłędu nazywa się przecież teraz »chorobą nerwową«.
 A więc...
 Oskarowicz poczuł dreszcz trwogi.
 Czy nie jest szalony? czy nie jest przynajmniej na drodze do obłędu?
 Ale oto lekarz już sformułował jego chorobę.
 Lekarz już wie, co mu jest, i obwieszcza to z pewną pontyfikalną miną:
 — Pan jesteś typowy neurastenik!
 Tak! tak! To nic innego tylko neurastenia, ten wieczysty niepokój wobec tego, co dalej, ta chęć dowiedzenia się: poco ja tu? jaki właściwie cel w tem, że i ja zajmuję maleńkie miejsce na ziemi i równie małe miejsce pod ziemią?
 Neurastenia!
 Więc... woda... zimna woda, dużo wody, umszlagi, kreuzbindy, tusze, o! zwłaszcza tusze wachlarzowe. Gdy puści kąpielowy taki tusz na kark, to zaraz się rozjaśni Wielka Tajemnica. A potem spacery... niema jak spacery! Naokoło plant, raz wokoło, drugi raz wokoło, jak koń w karuzeli. Można idąc liczyć ławki, albo liczyć kroki.
 Wtedy nie myśli się o śmierci. I tak powoli, wracając się do elementów, człowiek robi się zdrów, trzeźwy, rzeźki.
 Oskarowicz za konsultacyę zapłacił, ale gdy wyszedł, świstek, na którym były napisane rady lekarza, podarł i na asfalt rozrzucił.
 Nie kreuzbinda go uzdrowi, nie tusz, i nie... Zosia.
 Bo co? ona ma w sobie spokój skazanego na zarżnięcie cielęcia. Śmierć? no więc co? W seminaryum panienki tę kwestyę uradziły — potem panowie studenci, bracia innych panienek, powiedzieli to samo. Po nas — nicość. Do nirwany Zosia nie doszła. Ona jeszcze stoi na punkcie zgnilizny i robactwa. Mówi to monotonnie i z całem przekonaniem. Tak! — nicość! Nic więcej.
 Ale ta myśl nie szarpie nią, nie zrywa jej snu z powiek, nie przeszkadza jej troszczyć się o przyszłość i kochać życia.
 Wie, że po niej »nic«, a mimo to lubi dobrze się odziać, dobrze zjeść, pragnie mieć ładną posadę, potem męża, dom, dzieci...
 Głupie! głupie!
 Bo jeśli potem »nic«, więc poco tyle zachodu? I dlatego Oskarowicz chciał wyjechać, nie patrzeć się na to krzątanie po przedsionku, na to układanie sobie legowiska wygodnie, z całą troską, skoro nagle z tego wygnanym się będzie brutalnie i bezwzględnie.
 Wolał już zostać sam.
 I jest — sam.

∗
∗                    ∗

 Trzeba iść, zejść do szybu, ludzie już muszą schodzić.
 Ha — no!
 Oskarowicz czapkę nacisnął, podszedł do stolika, wyjął z niego rewolwer i w zanadrze wsunął.
 Z górnikami trzeba ostrożnie, niewiadomo co tam spotkać może w tych zakrętnych, wązkich kurytarzach, ciemnych, zionących wilgocią słoną ze ścian, pokrytych zielonawą pleśnią.
 Za odłamem soli, za bryłą, za belką, często zbrodniarza mściwa ręka czyha na przejście inżyniera, który wczoraj zestrofował za zbyt krótki sznur do dynamitu, za niedbałe podparcie osuwającej się komory.
 Wstrętne, krecie stanowisko dozorcy psiarni z harapem wymysłów na ustach!
 Na chwilę nie wolno okazać osłabnięcia siły, trzeba patrzeć w oczy, jak sforze buldogów, tym źle płatnym, a zjedzonym od pracy ludziom i mówić ciągle ostrym, rozkazującym głosem.
 Inaczej — podziemie może się stać grobem.
 Słona, głęboka mogiła.
 Oskarowicz się roześmiał ironicznie.
 Cóż? mięso konserwuje się w soli, leżałby tak długo... robaki nie miałyby dostępu.
 Wyszedł wreszcie na dwór, zamykając drzwi na klucz.
 Ciemno jeszcze było zupełnie.
 Szaruga nocna jesienna aż wyła, aż jęczała dokoła.
 Całe strugi wody pokrywały płaszczyznę pustą, nagą, straszną.
 Tu i ówdzie żółciły się latarki idących do szybu górników. Latarki te tańczyły wśród ciemności, jak żółte mechaniczne robaczki. Gasły prędko, bo deszcz mżył, i znów zalegała ciemnica zimna i grobowa.
 Oskarowicz szedł prosto, brodząc po wodzie, po błocie, z obojętnością zupełną.
 Drogę znał dobrze. Ciężkie nieprzemakalne buty chroniły mu nogi. Ręce wsadził w kieszenie kurtki i kierował się ku rynkowi. W domach błyskały światełka. Jakieś krecie życie, coś z miasta sów i nietoperzów poruszało się tu i owdzie. Z poza węgłów domostw wynurzały się milczące gromadki i szły, chlapiąc po błocie, ciężko, jak perszerony.
 Oskarowicz wszedł wreszcie do restauracyi, w której zapalono lampy i przygotowano samowar.
 Podłogę zalewało błoto.
 Stoły były pokryte czerwonymi, ordynarnymi obrusami. Na ścianach wisiały potworne oleodruki, wystawiające arcyksięcia Rudolfa w błękitnym mundurze i arcyksiężnę w czerwonej sukni.
 Oskarowicz usiadł za stołem i pił herbatę z grubej zielonej szklanki. Przed nim leżał obdarty numer przedwczorajszej Reformy. Sięgnął po niego, ale zaraz rzucił.
 Co go obchodzić mogło, co się działo na ziemi? Wszak jego życie koncentrowało się teraz pod ziemią.
 Dziwny zbieg okoliczności! Za życia musi się przyzwyczaić do grobowej ciemności i mogilnej pleśni.
 Straszne! straszne!
 Zapłacił za herbatę i poszedł do szybu.
 Gdy wszedł do sali, powitał go chór głosów:
 — Szczęść Boże!
 Odmruknął niewyraźnie i zaczął pośpiesznie wdziewać swój kitel i czapkę.
 Gdy stanął na platformie windy, ogarnęła go nagła rozpacz.
 Znów do lochu, znów do tej głębi, w której niema dla niego nic, nic, żadnego promienia, żadnego uśmiechu, żadnego światła — nic!
 Obok niego na platformie cisnęli się górnicy. Byli tam trybarze, kopacze, wozaki, wszyscy pomieszani razem, odziani jednakowo w jakieś szare, przesiąkłe słoną wilgocią łachmany. Cery mieli ziemiste, oczy zagasłe, stali w milczeniu, obojętnie patrząc na czarne ściany, po których zsuwała się wolno winda w głąb ziemi.
 Oskarowicz patrzał na nich z zazdrością. Ile rezygnacyi jakiejś dziwnej, zaczerpniętej nie wiadomo z jakiego źródła mieli w sobie ci ludzie!
 Szczególnie ten jeden, stary, siwy trybarz o szerokich, jakby przełamanych plecach. Rezygnacya jego, rozlana na twarzy i w całej postaci, ma nawet w sobie pewną pogodę, pewną równowagę. Latarkę umieścił na piersiach, i łagodne światło oblewa mu dolną szczękę i wyprowadza na jaw pewien dobroduszny uśmiech zwiędłych warg. W ręku trzyma koszyczek, w którym widać glonkę chleba, garnuszek i jakiś długi przedmiot owinięty w brudny papier.
 Platforma windy była niewielka. Górnicy stali stłoczeni jak stado bydła. Powoli owiewało ich grobowe, ciepławe powietrze. Oni stali obojętni. Jeden z nich kaszlał cicho, drugi coś szeptał do sąsiada.
 Oskarowicz stał na brzegu, wpatrzony w czarną masę ściany, przeciętą wiązaniem belek, które uciekały w górę, jaśniejąc na chwilę w mdłem świetle latarń i ginąc w czerni.
 I nagle na chwilę doznał jakiegoś ściśnienia serca. Coś się w nim zamroczyło, zaczęło rwać do światła, na powierzchnię ziemi.
 Potarł ręką czoło.
 Gestem tym potrącił obok stojącego górnika.
 — Przepraszam pana inżyniera! — wyrzekł ten natychmiast pokornym głosem.
 Oskarowicz odwrócił się i miał na ustach słowa: »To ja was przepraszam«, ale przypomniał sobie, że z nimi trzeba jak z psami, ostro, i patrzeć w oczy, bo inaczej życie może być w niebezpieczeństwie. Nie odrzekł więc nic, ale mimowoli zwrócił wzrok na twarz starego górnika.
 Zużyte to było tak, jak bardzo stara i bardzo wynoszona odzież.
 Ciało twarzy zdawało się wyżarte solą.
 Miejscami jakieś dziwnie szare, zielonawe brózdy przecinały czoło, policzki, odcinały podbródek.
 Szyja długa, z żyłami jak masa postronków, wysuwała się z tej szarości.
 Ręce dziwne, zakrzywione haczykowato, jak pazury do wydrapywania wnętrza ziemi, były całą historyą życia tego człowieka.
 Gięły się tak i zakrzywiały przez dziesiątki lat, one, proste i wyciągnięte do życia, jak ręce każdego człowieka, aż zostały już tak pogięte na wieczne czasy i zastygną już trupem, przykryte wiekiem trumny.
 Dziesiątki lat!
 Oskarowicz wpatrzył się w twarz górnika i ze zdumieniem nie dojrzał w niej ani goryczy, ani jadu, ani rozpaczy bezbrzeżnej.
 On sam, on, który na platformie tej windy zsuwał się tak dopiero od kilku miesięcy, on ma już takie dwie brózdy rozpaczliwe koło ust, a ten szmat zjedzonego solą i pracą ciała uśmiecha się prawie dobrodusznie w świetle swej latarki!
 Więc co go tak podtrzymuje? co mu dodaje siły? musi być coś przecież...
 Może żona, może dzieci, może...
 Nie, nie. Oskarowicz już poznał domowe życie tych górników wielickich.
 Nędza, klątwy, życie nad stan, pijaństwo...
 Więc co? więc co?
 Winda stanęła z jakimś szumem, łoskotem.
 Oskarowicz zszedł pierwszy i szybko minął próg izby windowej. Rzucał się tak codzień w ten labirynt kurytarzy, codzień z uczuciem kogoś, kogo zmuszają do skoczenia w wodę.
 Nie schodził jeszcze na niższe piętra kominami za pomocą drabin. Dozorował narazie podbierania jednej z wybranych już komór, która groziła osunięciem się zupełnem.
 Górnicy rozsypali się w rozmaitych kierunkach. Tu i owdzie w otchłani zaświeciły ich latarki i powoli ginęły w jakiejś czarnej mgle, kurytarze przepełniającej.
 Oskarowicz szedł po oślizgłych deskach chodnika i mgłę tę zionął w siebie z jakąś rozpaczliwą wściekłością.
 — Grób! grób! — powtarzał prawie bezprzytomny.
 Za nim szedł ktoś, szedł cicho, ostrożnie.
 Oskarowicz mimowoli rękę po rewolwer skierował, ale zaraz ją cofnął.
 — Co tam! niech lepiej zabije, wolę śmierć niż takie życie.
 Ale gdy przeszedł kilka kurytarzy i parę komór, a ciągle po chodniku słyszał za sobą te lękliwe, jakby czające się kroki, ogarnęło go tak wielkie zdenerwowanie, iż postanowił uwolnić się od tego natręta jakimkolwiek sposobem.
 Przystanął nagle, odwrócił się i w idącym za nim człowieku poznał starego górnika o koszyczku pełnym jadła i o dobrodusznej twarzy.
 Natychmiast górnik dotknął swej czapki i wyrzekł grzecznym głosem:
 — Szczęść Boże, panie inżynierze!
 — Dokąd idziecie? — spytał Oskarowicz i, nie czekając na odpowiedź, usunął się z chodnika.
 — Idźcie naprzód! — rzucił rozkazująco.
 Górnik usłuchał rozkazu, grzecznie, choć ciężko, przesunął się obok Oskarowicza i poszedł przodem, śpiesząc się widocznie.
 Oskarowicz szedł teraz jego śladem, i w ślad za tą schyloną roboczą postacią biegły jego myśli.
 — Kret! kret! nic więcej, życie całe przeżył w tej pleśni, wydzierając pazurami przyprawę do strawy tych tam na górze. Ha! ha!... może te bryły, które on zakrwawionemi rękoma rozbijał niegdyś, nim jeszcze dynamitem rozsadzali, lizały później bydlęta z pańskiej obory. I to się śpieszy, tak się śpieszy, jakby pod tą ziemią czekała jaka wielka radość — uśmiecha się nawet szaleniec, uśmiecha się w tym grobie!
 Dokąd on iść może?
 Nagle, w oddali majaczy jakiś wieniec światełek. Na czarnem tle mistyczne koło złotawych punkcików, a ponad nimi wyżej krwawa gwiazda.
 Ma to wielki tajemniczy urok mistycznego zjawiska.
 Latarka górnika także śpieszy w tym kierunku, jakby pociągana jakąś niewidzialną mocą.
 Oskarowicz przez chwilę zastanawia się.
 Co to za światła? co to być może?
 Ale już przypomina sobie. To kaplica. Podziemna, wykuta w bryłach soli kaplica. Widział ją nieraz przechodząc, ale nie zwrócił na nią uwagi.
 Górnik jest już w kaplicy.
 I nagle, jego biedna, siwa głowa zjawia się teraz bez czapki, w aureoli owych złotych mistycznych światełek, które ją oświetlają prześlicznym, tajemniczym blaskiem.
 Cała dobroć i łagodność tego starca rysuje się promiennie w tym świetlanym wieńcu. Włosy jego siwe nabierają srebrnego blasku. Ciemne brózdy nikną, tylko jakaś rzewna duchowa moc i czystość w połączeniu z rezygnacyą występuje w całej pełni z wyrazu, jaki nabrały rysy i spojrzenie górnika.
 Oskarowicz zaczął iść bardzo cicho i gdy doszedł do wejścia kaplicy, stanął za filarem, wpatrzony w twarz górnika, który przez chwilę długą stał tak oświetlony promiennie, zjawiskowo, a wzniósłszy oczy w górę szeptał pacierze, od których drżały płomienie światełek.
 Potem, pochylił się ku ziemi, wyjął z koszyczka jakiś przedmiot owinięty w papier, odwinął go, i Oskarowicz ujrzał świecę, biedną, małą, tanią świeczkę. Górnik ciągle szepcząc pacierze, świeczkę do światełek zbliżył, zapalił, osadził na haku wbitym w rodzaju mosiężnego świecznika i oto i ona zapłonęła w kręgu mistycznych światełek u stóp krzyża ze zczerniałej, ociekłej wilgocią soli.
 Górnik odstąpił od świecznika i stał teraz o kilka kroków od Oskarowicza, przypatrując się z widoczną radością, jak ta jego mała, tania łojówka płonęła wśród innych świeczek poprzednio już zaświeconych.
 Cisza panowała dokoła wielka, cisza stokroć więcej świątynna i uroczysta, niż w najwspanialszych katedrach o koronkowych, strzelistych wieżach.
 Ofiarne, ubogie światła płonęły w tej ciszy i ciemni cudownie i wspaniale.
 Był to hymn piękniejszy i szczerszy niż wszystkie pienia, płynące pod ściany Sykstyńskiej kaplicy.
 Oskarowicz doznał dziwnego uczucia.
 Czuł, że w nim całe serce mięknie, że chwyta go jakieś dziecięce rozrzewnienie. Tu był Krzyż, tu, przed nim, Krzyż, początek i koniec wszystkiego, Krzyż w mistycznym wieńcu kornie u stóp jego ległych dusz, zrezygnowanych i wielkich, wielkich swą pokorą, swą wiarą, swą ufnością.
 Nagle górnik go dostrzegł.
 Ukłonił się znów i gotował do odejścia.
 Ale Oskarowicz szybko, prawie bezwiednie wyrzekł pierwszy:
 — Szczęść Boże!
 Nie poznał swego głosu, brzmiał on miękko, serdecznie prawie.
 U stóp tego Krzyża brzmieć inaczej nie mógł.
 Górnik natychmiast odparł:
 — Szczęść Boże, panie inżynierze!...
 A potem, jakby w formie usprawiedliwienia, dodał:
 — Ja ot tak, zboczyłem na chwilę, ale zaraz idę do roboty. Chciałem oto moją świeczkę na chwałę Boskiego imienia zaświecić, ale... ja idę... panie inżynierze!
 Odchodził, ale nie sporo mu było.
 Z lubością patrzał na to swoje światełko, płonące na chwałę Boskiego imienia w ciemnicy podziemnej.
 — Zawsze to pięknie, — wyrzekł rozgadanym tonem dobrego człowieka — skoro tak Panu Bogu na chwałę i my chudziaki zaświecimy światło. Bóg nasza jedyna pociecha i szczęście w ciężkiej pracy... Raz tę świeczkę, co święci Imię Twoje, Panie Jezu, w tej ciemności mam ukontentowanie na cały dzień pracy...
 Przeżegnał się i drżącemi ze starości wargami dorzucił wpatrzony w migocący słoną wilgocią Krzyż:
 — Święć się Imię Twoje!...
 Odszedł, długo słychać było jego kroki po drewnianym chodniku, aż wreszcie ścichły zupełnie.
 O słup oparty, stał Oskarowicz nieruchomy i wpatrzony w wianuszek świec, które płonęły złotawo-ubogo, ale jasno, jak wiara tych prostych serc, które je do stóp Krzyża przywlokły.
 I echem cichem jeszcze brzmiały czarne ściany kaplicy:
 — Święć się Imię Twoje!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.