Śpiewnik kościelny/Ojcze Boże wszechmogący

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Tytuł Ojcze Boże wszechmogący
Pochodzenie Śpiewnik kościelny
Redaktor Michał Marcin Mioduszewski
Data wydania 1838
Druk Stanisław Gieszkowski
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały rozdział Pieśni postne
Pobierz jako: Pobierz Cały rozdział Pieśni postne jako ePub Pobierz Cały rozdział Pieśni postne jako PDF Pobierz Cały rozdział Pieśni postne jako MOBI
Indeks stron

PIEŚŃ VI.



\relative c' {
    \clef tenor
    \key a \minor
    \time 3/4
    \autoBeamOff

    \stemUp d,8 \stemDown a'8 a4 g4 | a8 c8 b4 a4 | c4 a4 g8 a8 | \break
    a8 \stemUp f8 e4 d4 \bar "." \stemDown g4 a4 \stemUp f8 f8 | g8 f8 g4 a4 | \break
    \stemDown c4 a4 g8 a8 | a8 \stemUp f8 e4 d4 \bar "|." s2.
}
\addlyrics { \small {
    Oj -- cze Bo -- że wszech -- mo -- gą -- cy, Któ -- ry z_mi -- ło --
    ści go -- rą -- cej, Ze -- sła -- łeś na te ni -- sko -- ści,
    Sy -- na swe -- go z_wy -- so -- ko -- ści.
}}


Ojcze Boże wszechmogący,
Który z miłości gorącej,
Zesłałeś na te niskości,
Syna swego z wysokości.

Ku wielkiemu pocieszeniu,
Twemu ludzkiemu plemieniu,
Wydałeś go na stracenie,
Przez człowiecze odkupienie.

Miejmyż wszyscy na baczności,
Drogą śmierć jego miłości,
I smutek matuchny jego,
Który cierpiała dla niego.

Gdy go we czwartek żegnała,
Tak mu mówiąc narzekała:
Weźmij mię w Ogrojec z sobą,
Pójdę rada na śmierć z tobą.

Pan na nią smutnie poglądał,
Po swej Matce tego żądał:
Miła Matko racz mię puścić,
Nocci blisko już nam czas iść.

Smutneć było rozłączenie,
Z swym Synem tej miłej Pannie;
Miała serdeczne bolenie,
Patrząc na jego lękanie.

Gdy do Ogrójca przybieżał,
Padł na ziemię krzyżem leżał.
Tam swą mękę wszystką widział,
Którą nazajutrz cierpieć miał.

Miał w sobie przeciwne siły
Dwie, a obie wielkie były;
Okrutnie z sobą walczyły.
Mało go nie umorzyły.

Bo mu lękająca siła,
Okrutną śmiercią groziła;
Ale miłość zwyciężyła,
Bo ta w nim mężniejsza była.

Klęknął na kolana potem,
Jął się pocić krwawym potem;
Mówiąc: Ojcze możeli być,
Racz ten kielich precz oddalić.

Jezu miły nie lękaj się,
Wstań, nie klęcz, upamiętaj się;
Masz niedaleko Judasza,
Ciągnie z ludem od Annasza.

Wiedzie na cię lud niemały,
Z kijmi, z mieczmi, z pochodniami;
We zbroje się ubierali,
Przełożeni im kazali.

Wtem przystąpił Judasz cudnie,
Pozdrowił Pana obłudnie,
Potem go zdradnie całował,
Pan się schylił, twarz mu podał.

Gdy się miał z żydy potykać,
Począł z niemi wprzód rozmawiać,
Pytał ich kogo szukacie,
Jeśli mnie? oto mię macie.

Prędko kniemu przyskoczyli,
O ziemię go uderzyli;
Z głowy, z brody włosy rwali,
Opak mu ręce związali.

Związawszy go tak okrutnie,
Wiedli go do miasta chutnie;
Pchnęli go w rzekę cedrową,
Unurzali go i z głową.

Sami zdrajcy szli po moście,
Pana wiedli w rzekę proście.
Powalił się upadł w wodę,
Zbił sobie o kamien brodę.

Annasz go srogo przywitał,
Gdzie masz ucznie? tak go pytał;
Niemałoś tu złego zbroił,
Fałszywąś nauką zwodził.

Pan pokornie odpowiedział,
Panie Annaszu byś wiedział,
Zawsze ja jawnie w kościele,
Powiadałem prawdę śmiele.

Wyciągnąwszy żyd prawicę,
A miał zbrojną rękawicę;
Wyciął mu srogi policzek,
Pan nasz zemdlał, upadł wszystek.

Azaż tak odpowiadają,
Paniętom gdy cię pytają;
Czemuż nie masz w uczciwości,
Biskupa Jego miłości.

Więc na przemian wszyscy słudzy,
Jedni z tyłu z przodu drudzy,
Włosy mu z głowy targali,
Na jego świętą twarz plwali.

Gdy mu oczy zawiązali,
Prorokować mu kazali,
Godząc mu z pięścią do szyje,
Gadaj Jezu kto cię bije.

Posiedział Annasz w noc chwilę,
A miał czystą krotofilę,
Patrząc na więźnia swojego,
Na Zbawiciela naszego.

Annasz wiedzion do łożnice,
Pan nasz wepchnion do piwnice;
Jaki tam był nocleg jego,
Kościół nie śmie zjawić tego.

W piątek wywiedzion z piwnice,
Jakoby łotr z męczennice;
Prowadzon do Kaifasza,
Od okrutnego Annasza.

Widział tam Pan miłościwy,
Iż Biskup niesprawiedliwy,
Fałszywe nań świadki zwodził,
Bo go na śmierć wydać godził.

Gdy Kaifasz z swemi świadki,
Pletli nań wszystkie niestatki;
Stała prawda niestrwożona,
Przed Biskupem spotwarzona.

Piłatowi go posłali,
Osądzić mu go kazali,
Wdziali mu łańcuch na ramię,
Ten był śmierci jego znamię.

Wszak wiemy Panie Piłacie,
Że ten łańcuch dobrze znacie;
Każdy więzień co go nosi,
Od śmierci się nie wyprosi.

Dalej mu cierpieć nie możem,
Bo się czyni Synem Bożym,
I Królem się też mianuje,
Co się nigdzie nie znajduje.

Stał przed Piłatem związany,
Zbity, spluty, zekrwawiony;
Nie widział Piłat żadnego,
Więźnia takiego nędznego.

Zaś go posłał Herodowi,
Galilejskiemu Królowi;
Oto masz więźnia swojego,
Wyzwól jako niewinnego.

Rzekł mu Herod niewstydliwy,
Ukaż nam tu jakie dziwy;
Żydowie mi powiedzieli,
Iż twoje cuda widzieli.

Widział Pan Króla pysznego,
Nie rzekł mu słowa żadnego;
Chciał z nim Herod gadać dwornie,
Ale Pan milczał pokornie.

Król Herod serca pysznego,
Wzgardził Jezusa miłego;
Na jego większe pośmianie,
Wdziali nań z pawłok odzienie.

Pastwili mu się nad głową,
Z ostrą koroną cierniową;
Uczynili mu żydowie,
Tysiąc ran w najświętszej głowie.

Odesłał go Król Sędziemu,
Wielce niesprawiedliwemu;
Coś mi to posłał niemego,
Przyjmij zasię więźnia swego.

Widział Piłat iż niewinny,
Rzekł: jest u mnie więzień inny;
Niech stanie się wola wasza,
Skażę na śmierć Barrabasza.

Kazał Jezusa miłego,
Bić u słupa kamiennego;
Bili go żydowie sami,
Biczmi, łańcuchy, miotłami.

Gdy się nad nim spracowali,
Ci którzy go katowali;
Z powrozów go rozwiązali;
Piłatowi go posłali.

Wywiódł Piłat ubitego,
Już na poły umarłego;
Oto macie więźnia swego,
Wypuszczam wam go żywego.

Niemiłosierni żydowie,
Okrutniejsi niż katowie;
Na Piłata zawołali,
Ukrzyżować go kazali.

Piłat w rozumie pobłądził,
Kwoli żydom go osądził;
Skazał na śmierć niewinnego,
Jezusa Syna Bożego.

O Piłacie niecnotliwy!
Czemuś tak niesprawiedliwy;
Oto Baranek niewinny,
Idzie na śmierć bez przyczyny.

Żydowie go pochwycili,
Na górę go wprowadzili,
Gwoźdźmi go na krzyż przybili,
Między łotry postawili.

Wisiał na krzyżu zraniony,
Zbity, skłóty, zekrwawiony,
Nie mając odpoczywania,
Od jęcia aż do skonania.

A byłci tam strach niemały,
Gdy się opoki padały,
Ziemia nad obyczaj drżała,
Jakoby się zapaść miała.

Stało się nad przyrodzenie,
Po wszym świecie zamierzchnienie;
Żywioły się zasmuciły,
Gdy umierał nasz Pan miły.

O Panie nasz miłościwy!
Czemuś tak bardzo cierpliwy,
Dla zmiłowania naszego,
Zapomniałeś Bóstwa swego.

Gdy nas tak bardzo miłujesz,
Sromot, razów, ran nie czujesz;
Raczże nas też tem darować,
Daj nam siebie zamiłować.

Weźmyż to każdy w swą głowę,
Najdroższą śmierć Jezusowę;
Rozmyślajmy ją serdecznie,
Będziem z nim królować wiecznie.


Znak domeny publicznej
Tekst lub tłumaczenie polskie jest własnością publiczną (public domain), ponieważ prawa autorskie do niego wygasły (expired copyright).