Śmierć pijaka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Śmierć pijaka
Pochodzenie Cztery siostry
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze RÓJ
Data wydania 1929
Druk Drukarnia „GRAFJA“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ŚMIERĆ PIJAKA.

Człowiek, zmuszony do codziennej wędrówki po którejś z ludniejszych ulic Londynu, przyzwyczaja się powoli do specyficznej publiczności, jaką dzień w dzień spotyka na swojej drodze, i powiększa stopniowo kółko ludzi, których — jak to mówią — „zna z widzenia“. Można śmiało twierdzić, że wśród tych znajomych znajdzie się także pewna istota o nader żałosnej powierzchowności, którą londyńczyk pamięta jeszcze z czasów, gdy żyła w zupełnie innych warunkach, którą obserwował, jak staczała się coraz niżej na dno społeczeństwa, a której nędza i zaniedbanie wywierają na nim wrażenie niezmiernie bolesne, kiedy przechodzi ulicą. Ktokolwiek z własnej chęci czy z konieczności przestawał wiele z ludźmi, ten niewątpliwie pamięta czas, gdy jakiś wyrzutek społeczeństwa, brudny, w łachmanach, który obecnie wlecze się po trotuarze, roztaczając dokoła ohydę zgnilizny i kalectwa, był szanowanym i lubianym rzemieślnikiem, urzędnikiem, lub stał na czele dobrze prosperującego, uczciwie prowadzonego przedsiębiorstwa. I zapewne niejeden z czytelników, przeglądając księgę pamięci, natrafi na postać wykolejeńca, który sunie po ulicy jak cień, jak symbol wycieńczenia, od którego każdy odwraca się z pogardą, który unika głodowej śmierci niewiadomo jakim sposobem. Niestety! wypadki takie nazbyt są częste, aby trzeba było ich szukać z lampą w ręku; i niemal zawsze pochodzą z tego samego źródła — z pijaństwa — z szaleńczego umiłowania powolnej, niezawodnej trucizny — z namiętności, która zagłusza wszelki głos sumienia, która każe zapomnieć o żonie, o dzieciach przyjaciołach, szczęściu i obowiązku, która nieubłaganie pcha swą ofiarę ku wykolejeniu i śmierci.
Niektórzy ulegli temu zgubnemu nałogowi pod naciskiem nieszczęścia i niepowodzenia. Wspaniałe zamierzenia, które spełzły na niczem; śmierć ukochanych; żałość, która zżera stopniowo, ale nie pozwala sercu pęknąć: wszystkie te czynniki doprowadziły ich do szaleństwa. Są to okropne obrazy obłąkanych, powoli ginących z własnej ręki. Jednakże znaczna większość świadomie, z otwartemi oczami pogrążyła się w bagno, z którego nie wydostanie się ten, kto raz ugrzązł, ale będzie się osuwał coraz głębiej, coraz głębiej, aż zniknie na zawsze.
Właśnie jeden z takich ludzi stał przy łożu umierającej żony. Dokoła klęczały dzieci, a on zdławionemi wybuchami wściekłości mącił ich niewinne pacierze. Pokój był ciasny, sprzęty nędzne; i dość było rzucić okiem na bladą postać, z której oczu światło życia ulatywało na wieki, aby pojąć, jakie utrapienia, jakie troski i jakie nieszczęścia żarły jej serce przez długie, długie lata. Starsza kobieta, cała we łzach, podtrzymywała głowę umierającej — była to matka. Ale nie ku niej zwróciła się blada, wynędzniała twarz; nie jej ręki szukały zimne, drżące palce; zacisnęły się dokoła ramienia męża; gasnące oczy zatrzymywały się na jego rysach — i mężczyzna zadygotał pod tem spojrzeniem. Jego odzież była brudna i niechlujna, twarz rozpalona, oczy nabiegłe krwią i podkrążone. Wyciągnięto go z zamętu dzikiej pijatyki, hucznej hulanki: przywołano do łoża śmierci.
Tuż przy łóżku stała przyćmiona lampa, rzucając stłumione światło na żałobne postacie ludzi, pogrążając resztę przestrzeni w głębokim, gęstym mroku. Spokój nocy napełniał dom; cisza śmierci płynęła przez pokój. Wysoko nad kominkiem wisiał zegarek; jego słabe cykanie było jedynym dźwiękiem jaki zamącał głębokie milczenie; a było to cykanie posępne i uroczyste, bo nieszczęśliwi wiedzieli i wiedzieli dobrze, że zanim zegar pokaże następną godzinę, wprzód wydzwoni pożegnanie odlatującej duszy.
Okropna to rzecz czekać nadejścia śmierci; wiedzieć, że nadzieja jest płonną, a zgon nieunikniony; siedzieć i liczyć długie, jednostajne godziny długich, monotonnych nocy — takich nocy, jakie znają tylko ci, którzy czuwali przy łożu chorych. Krew w żyłach krzepnie, gdy się wysłuchuje tych najtajniejszych sekretów serca — latami zazdrośnie, trwożnie chronionych tajemnic; które bezbronna, bezsilna istota wylewa przed wami bezwiednie, bezwolnie. Strach pomyśleć, jak mało warte są troski i zabiegi całego życia, kiedy maligna zedrze maskę z twarzy. Dziwne rzeczy opowiadali umierający ludzie, bredząc w agonji; historje takich czynów i takich zbrodni, że ci, którzy pielęgnowali chorego w przedśmiertnej godzinie, uciekali w przerażeniu, aby nie oszaleć od okropności, jakie przyszło im widzieć i słyszeć, niejeden zbrodniarz skonał samotnie, bredząc o czynach, których sama nazwa zjeżała włosy na głowach najodważniejszych.
Ale przy łożu, przed którem klęczały modlące się dzieci, takie słowa były nieobecne. Ciszę przerywały jedynie zdławione w gardle łkania. A kiedy dłoń matki opadła w bezsile, kiedy jej błędne spojrzenie zawahało się po raz ostatni pomiędzy mężem a dziećmi, kiedy usta zamarły w nadludzkim wysiłku i w niemem pragnieniu kilku jeszcze słów, a podniesiona głowa osunęła się na poduszki, dokoła rozlał się taki spokój i taka cisza, jakgdyby zamiast śmierci nadleciał tylko sen. Dzieci pochyliły się nad nią: zawołały na nią po imieniu najpierw cicho, potem przeszywającym tonem rozpaczy. Nie było odpowiedzi. Nasłuchiwały oddechu: ani szmeru. Położyły jej ręce na sercu: nie biło. Biedne, nieżywe serce.
Mąż rzucił się na krzesło i oburącz uchwycił swe płonące czoło. Błądził nieprzytomnym wzrokiem od dziecka do dziecka, ale ilekroć napotkał zapłakane oko, drżał pod jego wejrzeniem. Nikt mu nie szepnął słowa ukojenia, nikt mu przyjaźnie nie spojrzał w twarz. Gardzono nim, unikano go; a gdy się wreszcie podniósł i chwiejnym krokiem wypadł z pokoju, nie poszedł za nim nikt, aby pocieszyć wdowca.
Były czasy, gdy przyjaciele przychodzili tłumnie, łagodzili smutki, gdy w podobnem nieszczęściu usłyszałby od niejednego człowieka serdeczne wyrazy współubolewania. Gdzie ci przyjaciele? Jedni po drugich: życzliwi, krewni, znajomi opuścili pijaka. Jedynie żona w doli i niedoli trwała wiernie przy jego boku — jakże jej za to zapłacił? Przyszedł do domu — prosto z szynku, pijany — rychło w czas, aby ujrzeć jej śmierć.
Wybiegł na ulicę. Wyrzuty sumienia, strach, wstyd — wszystkie te uczucia kłębiły się w jego duszy. Oszołomiony trunkiem, ogłuszony sceną, świadkiem której był przed chwilą, powrócił do szynku. Pochłaniał szklankę po szklance. Krew uderzyła mu do głowy i wirowała w mózgu. Śmierć! Wszyscy umierają, dlaczegóżby nie ona? Była dla niego nazbyt dobra: często mu to wyrzucali jej krewni. Przekleństwo na nich! Kto ją opuścił, jak nie oni? Kto ją porzucił na płacze i smutki? Już nie żyła — może jest szczęśliwa. Lepiej tak, niż inaczej. Jeszcze jedna szklanka — jeszcze jedna! Hurra! Wesołe to było życie, póki trwało; on zaś gotów był za wszelką cenę przedłużyć szczęśliwe chwile do nieskończoności.
Czas upływał; troje dzieci, osieroconych przez śmierć matki, wyrosło, przestały być dziećmi. Ojciec się nie zmienił — był tylko uboższy, bardziej zaniedbany, ale po dawnemu zapijał się na śmierć. Chłopcy dawno uciekli z domu; przytuliła ich ulica. Dziewczyna pozostała, pracowała ciężko, więc groźbą, prośbą i pięścią można było zawsze wydębić kilka groszy na wódkę. Wszystko szło po dawnemu, a żyło się wesoło, wesoło!
Pewnego wieczora, wcześnie, o dziewiątej — bo dziewczyna chorowała od szeregu dni, skutkiem czego nie było skąd wziąć pieniędzy na trunek — wyrodny ojciec dążył do domu, rozważając w myśli, że, jeżeli córka ma pracować i zarabiać, trzeba będzie zwrócić się do parafjalnego lekarza, albo przynajmniej od niej się dowiedzieć, co jej może przynieść ulgę — dotąd bowiem nie zainteresował się nawet rodzajem choroby. Była słotna grudniowa noc, wiatr dął przejmującym chłodem, a deszcz tłukł się ciężko o trotuar. Wyżebrał od przechodnia kilka drobnych monet, kupił niewielki bochenek chleba (wszak leżało w jego interesie, aby dziewczyna żyła) i powlókł się naprzód tak szybko, jak na to pozwalał deszcz i wiatr.
Pomiędzy brzegiem rzeki, a ostatniemi domami Fleet-street’u mieści się kilka nędznych, wąskich podwórek, które należą już do dzielnicy Whitefriars. W tę stronę zwrócił się pijak.
Zaułek, w który skręcił, mógłby współzawodniczyć z najciemniejszym zakątkiem tego odwiecznego labiryntu w jego najrozpaczliwszych latach, Domy, dwu-, trzy- lub czteropiętrowe pokryte były tą nieokreśloną barwą, która powstaje pod wpływem uporczywego działania niepogody, wilgoci i brudu na budowle, wzniesione nawet z najtwardszego i najgrubszego materjału. Okna były zalepione papierem, zatkane łachmanami. Drzwi wypadały z zawiasów; półki do suszenia bielizny wyzierały z każdego mieszkania; odgłosy sporów i pijatyk brzmiały z każdej izby.
Samotna lampka naftowa, stojąca pośrodku podwórza, nie paliła się; być może, zdmuchnął ją wiatr; mógł ją także zgasić któryś z mieszkańców, któremu dostatecznie silne motywy nie pozwalały czynić swej siedziby nazbyt łatwo dostrzegalną. Jedyny promień światła, jaki padał na nierówny, popękany asfalt, pochodził od kilku nędznych świec, płonących w mieszkaniach szczęśliwców, którzy mogli sobie na taki zbytek pozwolić. Środkiem biegł kanał, z którego deszcz wywabił, a wiatr rozniósł wszystkie ohydne wonie, jakie tylko można sobie wyobrazić. Wicher wył po starych domach, drzwi i żaluzje trzaskały i skrzypiały piekielnie, okna trzęsły się w ramach tak gwałtownie, że, zdawało się, lada chwila nastąpi koniec tej części świata.
Mężczyzna, którego kroki śledzimy, szedł pociemku, od czasu do czasu osuwając się do kanału, a niekiedy potykając się o kupy śmieci, zniesione i złożone przez deszcz. Wreszcie dotarł do ostatniego domu w podwórzu. Drzwi, a raczej ich szczątki, stały otworem dla wygody nieprzeliczonych lokatorów. Szukając drogi poomacku, wspiął się po starych, potrzaskanych schodach, aż stanął na poddaszu.
Dwa kroki dzieliły go od pokoju, kiedy drzwi się otworzyły i dziewczyna, której wynędzniałe czoło możnaby porównać jedynie do świecy, płonącej pod jej sklepioną dłonią, wyjrzała niespokojnie.
— To ty, ojcze? — spytała.
— No chyba że nikt inny! — odpowiedział szorstko. — Czego tak drżysz? — Piłem dzisiaj za mało, bo wódkę się dostaje tylko za pieniądze, a pieniędzy niema bez pracy. Do djabła! co się stało tej dziewczynie?
— Czuję się niedobrze, ojcze — niedobrze, niedobrze, — odpowiedziała, wybuchając płaczem.
— Aha! — rzekł mężczyzna tonem człowieka, który musi skonstatować bardzo nieprzyjemny fakt, a chętnieby sobie zasłonił oczy palcami. — Musisz wyzdrowieć, bo potrzebne są pieniądze. Pójdziesz do parafjalnego doktora i powiesz mu, żeby ci dał lekarstwo. Przecież mu płacą za to, do jasnej cholery! Czego stoisz przed drzwiami? Czego ślepisz? Puść mnie do środka.
— Ojcze, — szepnęła dziewczyna, zamykając drzwi za sobą i osłaniając je swojem ciałem, — ojcze, William powrócił.
— Kto?! — zawołał, wyprężając się groźnie.
— Ciszej, — powiedziała. — William, brat William.
— A co mu się tu należy? — zapytał, usiłując się opanować — pieniądze? żarcie? wódka? Jeżeli myśli, że dostanie, to bardzo się myli. Daj mi świecę — daj mi świecę, głupia — nic mu nie zrobię. — Wyrwał jej świecę z ręki i wbiegł do izby.
Na brudnej, starej skrzyni siedział mężczyzna liczący lat może dwadzieścia dwa. Miał na sobie wyniszczoną bluzę i wyszarzałe spodnie. Głowę oparł na dłoni, oczy wlepił w żarzący się popiół na ognisku. Widząc ojca, zerwał się na nogi.
— Zamknij drzwi, Marysiu — rzekł gwałtownie do dziewczyny. — Zamknij drzwi. Ojcze, patrzysz tak, jakgdybyś mnie nie znał. Wiele czasu upłynęło, odkąd mnie wypędziłeś z domu. Zdążyłeś mnie już zapomnieć, widzę.
— A czego ci się chcę ode mnie? — zapytał ojciec, siadając na stołku po drugiej stronie kominka. — Czego chcesz?
— Dachu nad głową, — odparł syn. — Gonią mnie, szukają, rozumiesz? Dzisiaj znajdą — jutro będę wisiał: to pewne. Dostanę się w ich ręce, jak dwa razy dwa cztery, o ile tu się nie ukryję: to także pewne. Wiesz wszystko.
— Powiadasz więc, żeś rabował, mordował, czy tak?
— Tak jest, — odparł syn. — Dziwi cię to, ojcze?
I zmierzył go spojrzeniem tak wymownem, że stary odwrócił oczy i utkwił je w podłogę.
— Gdzie są bracia? — zapytał po długiej chwili milczenia.
— Tam, skąd ci się więcej nie dadzą we znaki. John w Ameryce, Henryk umarł.
— Umarł! — powtórzył ojciec, a po ciele przebiegł mu zimny dreszcz.
— Umarł, — ciągnął dalej syn. — Na mojej piersi wyzionął ducha. Leśniczy go zastrzelił jak psa. — Zachwiał się, podchwyciłem go, jego krew spływała mi po rękach. Buchała mu z boku, jak woda. Był bez sił, ogłuszony hukiem i wstrzęśnieniem, ale padł na trawę, na kolana i prosił Boga, aby wysłuchał modłów matki, która jest zapewne w niebie, matki, błagającej o przebaczenie dla swego najmłodszego syna. „Will“, rzekł do mnie, „byłem jej ulubieńcem i z ulgą przypominam sobie, że kiedy umierała, a ja byłem głupiem małem dzieckiem i serce mi pękało z bólu, wtedy ukląkłem przy jej łóżku i dziękowałem Bogu za to, że pozwolił mi ją kochać przez całe życie i nie mieć na sumieniu ani jednej jej łzy. O Will, dlaczego ona nas opuściła, a ojciec został?“ Oto jego ostatnie jego słowa, ojcze. Tłumacz je sobie, jak chcesz. Tego ranka, kiedyśmy uciekli, przyszedłeś pijany, nieprzytomny, uderzyłeś go w twarz. Widzisz, do czego to doprowadziło.
Dziewczyna szlochała głośno. Ojciec opuścił głowę na kolana i kołysał się miarowo.
— Jeżeli mnie złapią, — ciągnął dalej William, — odprowadzą zpowrotem na prowincję i tam powieszą za morderstwo. Tu mnie nie znajdą — chyba że ty mi pomożesz, ojcze. Wiem bowiem, że potrafisz to uczynić. Jeżeli zaś nie, pozostanę tutaj aż do czasu, kiedy będę mógł dać drapaka zagranicę.
Przez długie dwa dni nie ruszali się z pokoju. Trzeciego wieczora stan zdrowia dziewczyny jeszcze się pogorszył, a jedzenia zabrakło. Ktoś musiał koniecznie wyjść. Ponieważ córka nie miała sił, wyszedł ojciec. Właśnie zapadała noc.
Zdobył lekarstwo dla dziewczyny i drobną zapomogę pieniężną. Przy powrocie zarobił sześć pensów, pilnując czyjegoś konia; miał więc dosyć pieniędzy, aby zakupić rzeczy najniezbędniejszych na dwa lub trzy dni. Przechodził obok szynku. Zatrzymał się na chwilę, poszedł dalej, znów się cofnął, chwilę się ociągał, wreszcie wszedł do środka. Przy drzwiach czatowało w cieniu dwóch ludzi. Już zwątpili o powodzeniu zasadzki, kiedy nagle zwrócił ich uwagę człowiek, który kilka razy niezdecydowanym krokiem przechodził przed oknami. Kiedy wszedł, poszli za nim.
— Panie drogi, wypijemy co? — zaproponował jeden z nich, ofiarując mu szklankę trunku.
— A ze mną także — rzekł drugi, napełniając natychmiastowo szklankę, skoro tylko się opróżniła.
Stary pomyślał o swych głodnych dzieciach, o niebezpieczeństwie grożącem synowi. Cóż to wszystko znaczy wobec wódki. To też pił — pił na chwałę. Aż stracił przytomność.
— Psia noc, leje, panie dobrodzieju, — szepnął mu jeden z nieznajomych do ucha, kiedy wreszcie zwrócił się do wyjścia, wyrzuciwszy na wódkę połowę pieniędzy, od których, być może, zależało życie jego córki.
— Tak, panie dzieju, — szepnął drugi, — wyborna noc dla tych naszych przyjaciół, którzy się muszą ukrywać.
— Siadajcie, — rzekł ten pierwszy, ciągnąc starego w kąt izby. — Szukamy tu młodego i nie możemy znaleźć. Chcielibyśmy mu powiedzieć, że wszystko już załatwione, że może być spokojny, ale nie wiemy gdzie się ukrywa. Zresztą, nic w tem dziwnego. Przecież, kiedy przybył do Londynu, sam nie wiedział, gdzie wściubić nos, prawda?
— Nie, nie wiedział, — odparł pijak...
Nieznajomi spojrzeli po sobie znacząco.
— Za przystanią przy warsztatach stoi statek, który odpłynie o północy, w czasie przypływu, — ciągnął dalej pierwszy szpicel. — Wsadzimy go na pokład. Jest zarejestrowany pod obcem nazwiskiem, a, co ważniejsze, bilet już opłacony. Doskonale się składa, że was spotykamy.
— Doskonale, — potwierdził drugi.
— Szczęśliwy traf, — powtórzył pierwszy, mrugając na towarzysza.
— Bardzo szczęśliwy, — odparł ten, dając nieuchwytny znak, że rozumie.
— Może jeszcze szklaneczkę? Hej, podać tu wódki.
I w pięć minut później ojciec bezwiednie wydał własnego syna w ręce oprawców.
Ciężko, żmudnie wlokły się godziny w brudnej izbie, gdzie kryli się brat i siostra, nasłuchując bacznie najlżejszego szelestu. Nareszcie ciężkie stąpania rozległy się na schodach: coraz bliżej, coraz wyraźniej; już było je słychać na tem samem piętrze. Drzwi się otworzyły, ojciec chwiejnym krokiem wpadł do pokoju.
Widząc, że jest zupełnie pijany, dziewczyna schwyciła świecę i wyszła mu na spotkanie; nagle stanęła, jak wryta, krzyknęła głośno i upadła bez zmysłów na ziemię. Dostrzegła cień, odbity na podłodze. Obaj mężczyźni jednym skokiem znaleźli się w pokoju, w jednej chwili grad ciosów spadł na głowę młodego bandyty, w jednej chwili włożono mu na ręce kajdanki.
— Stosunkowo łatwo poszło, — rzekł jeden do drugiego — dzięki temu staremu. Podnieś dziewczynę z ziemi, Tom — prędzej! Krzyki nic nie pomogą, moja panno. Już skończone i nic się nie da zmienić.
William nachylił się nad nieszczęśliwą dziewczyną, a potem z wściekłością postąpił w stronę ojca, ten zaś bezsilnie oparł się o ścianę i wzrokiem idjoty patrzał na rozgrywającą się w pokoju scenę.
— Słuchaj moich słów, ty, którego muszę nazywać ojcem! — rzekł William takim tonem, że starego przeszły ciarki. — Krew mojego brata i moja krew spada na twoją głowę: nie słyszałem nigdy od ciebie ciepłego słowa, nie spojrzałeś na mnie z życzliwością, nie zatroszczyłeś się o mnie. Żywy czy nieżywy: nie przebaczę ci. Zdechnij, kiedy chcesz, zdechnij, jak chcesz: będę przy tobie. Mówię z poza grobu: przypominam ci, potworny ojcze, że staniesz kiedyś przed Stwórcą, a twoje dzieci będą obecne przy sądzie i jednogłośnie będą się domagać wyroku potępienia!
Podniósł spętane dłonie, pogroził pięścią, jeszcze raz przeszył oczami kulącego się do muru pijaka i powolnym krokiem wyszedł z pokoju.
Ani ojciec ani siostra więcej go nie spotkali na tym świecie.
Kiedy słabe, stłumione światło zimowego poranka zajrzało do wąskiego podwórka i przedarło się przez okopcone okno nędznej izdebki, stary zbudził się z męczącego snu, obejrzał się — nie znalazł żywej duszy koło siebie. Wstał, obejrzał się ponownie. Na podłodze leżał, jak zwykle, stary siennik, niezmięty ciężarem śpiącego ciała; wszystko znajdowało się na tem samem miejscu, co wczorajszego wieczora i wszystko mówiło staremu, że tej nocy on był jedynym lokatorem pokoju. Wypytał sąsiadów z tego samego domu i z innych, nikt nie widział jego córki, nikt o niej nie słyszał. Włóczył się po ulicach, niespokojnemi oczami badał każdą wynędzniałą twarz w tłumie. Poszukiwania były bezowocne. Z zapadnięciem nocy wrócił na poddasze, zmęczony, sam.
Długi szereg dni spędził w ten sposób, ale nie natrafił na najmniejszy ślad córki, ani razu jej imię nie obiło mu się o uszy. Wreszcie dał za wygraną. Rozważał, czy jest rzeczą możliwą, aby go opuściła, pragnąc w spokoju zapracowywać swój chleb zdala od ojca. A więc zostawiła go na śmierć głodową! Zgrzytał zębami i przeklinał córkę.
Chodził od drzwi do drzwi i żebrał. Każdy grosz, jaki udało mu się wyłudzić od litościwych lub łatwowiernych obywateli wydawał — rzecz jasna — w szynku. Przeszedł rok. Przez wiele miesięcy jedynym dachem, jaki miał nad głową, był dach więzienia. Sypiał pod wiaduktami, pod arkadami — gdzie tylko była jakaś ochrona przed zimnem i deszczem. Staczał się na dno ubóstwa, żarły go choroby, nie miał gdzie złożyć głowy — ale wciąż zapijał się na zabój.
Aż pewnej okropnej nocy osunął się na próg jakichś drzwi, bez sił, bez czucia. Rozpusta i choroba wyniszczyły go do szczętu. Policzki miał sine i zapadłe; oczy podkrążone, mętne, błędne. Nogi uginały się pod nim, zimny dreszcz przebiegał po ciele.
I naraz wypłynęły z pamięci dawno zapomniane sceny zmarnowanego życia. Przypomniał sobie czas, kiedy miał własne ognisko domowe, nad którem unosiło się szczęście i ciepło, przypomniał sobie tych, którzy się koło tego ogniska zgromadzali, otaczając radosnym kręgiem ojca rodziny. Wreszcie wydało mu się, że cienie jego starszych dzieci wstają z grobu, zbliżają się — są tak jasne, tak wyraźne, że może je uchwycić rękoma. Oczy, których barwy zapomniał, znów wpatrywały się w niego; głosy, dawno zamarłe, brzmiały mu w uszach, jak muzyka wiejskich dzwonów. Ale trwało to tylko przez jedną chwilę. Deszcz chłostał go niemiłosiernie; chłód i głód rwały serce na strzępy.
Wstał, powlókł się o kilka chwiejnych kroków dalej. Ulica była pusta i cicha; jeżeli nawet jakiś przechodzień biegł o tej spóźnionej porze po trotuarze, to nie słyszał jego słabych nawoływań, zgłuszonych podmuchami wichru. Znów przejął go dreszcz: jakgdyby mroźny ołów wlewał się w żyły. Zwinął się w kłębek pod sklepieniem bramy i próbował zasnąć.
Ale sen unikał jego szklistych, mętnych oczu. Jego myśli błąkały się daleko, tem niemniej był zupełnie trzeźwy i przytomny. W uszach grzmiała mu dobrze znana wrzawa pijatyki, przy ustach miał szklankę z wódką, stół uginał się od potraw — widział to wszystko doskonale: zdawało się, że dość wyciągnąć rękę, a iluzja okaże się prawdą. Ale jednocześnie miał świadomość, że jest sam na pustej ulicy, że siedzi, licząc krople deszczu, opadające na głazy; że śmierć zbliża się do niego — powoli, lecz nieuchronnie — i że nikt się o niego nie zatroszczy, nikt mu nie pomoże.
Nagle zerwał się, a strach mu zjeżył włosy. Słyszał własny głos, przebijający mroźne powietrze; głos krzyczał — co? dlaczego? — nie wiedział, nie rozumiał. Znów! Słychać jęk! Jeszcze jeden! Odchodził od zmysłów: bezkształtne, bezsensowne słowa wybuchały z ust; palce wpiły się w ciało, szarpiąc. Warjował. Wołał pomocy, aż zaschło mu w gardle.
Podniósł głowę i spojrzał wgłąb długiej, ponurej ulicy. Przypomniał sobie, że podobni mu wykolejeńcy, skazani na wieczne błąkanie się po tych okropnych ulicach, niejednokrotnie w samotności zapadali w obłęd. Słyszał niegdyś o pewnym bezdomnym włóczędze, którego znaleziono w jakiejś dziurze, jak ostrzył zardzewiały nóż, aby go utopić we własnem sercu, wolał bowiem śmierć niż to straszliwe chodzenie bez celu i końca. W jednej chwili powziął decyzję, w jednej chwili poczuł nową siłę. Pobiegł jak błyskawica i nie zatrzymał się, aby odetchnąć, aż stanął wpobliżu rzeki.
Wlókł się powoli po stromych kamiennych schodach, które prowadzą od Waterloo Bridge’u do wody. Kiedy przechodziły patrole, wcisnął się w kąt i powstrzymał oddech. Tak radośnie nie bije serce więźnia, przed którym otwiera się możliwość ucieczki i ratunku, jak biło serce starego, nieszczęśliwego człowieka na myśl o śmierci. Straż przeszła tuż koło niego, ale uszedł jej uwadze. Poczekał, aż odgłosy kroków zamarły w dali, potem zeszedł ostrożnie i stanął pod ponurym łukiem mostu, w miejscu, gdzie przybijają do brzegu łodzie.
Był przypływ, woda podpływała pod same nogi. Deszcz ustał, wiatr ucichł, wszędzie panował spokój i cisza — taka cisza, że najlżejszy szmer z przeciwnego brzegu, nawet chlupot wody, tłukącej się o zakotwiczone barki — dobiegał do uszu desperata. Rzeka płynęła powoli, leniwie. Dziwne, fantastyczne kształty wybijały się na powierzchnię i wabiły do siebie. Czarne, błyszczące oczy wyglądały z pod wody i patrzały tak, jakgdyby drwiły z jego wahania się, gdy tymczasem od tyłu słyszał ponure szepty, pchające naprzód. Cofnął się o kilka kroków, wziął rozpęd — jeden desperacki skok — nakryła go rzeka.
Nie upłynęło i pięć sekund, kiedy wypłynął na powierzchnię — ale jakaż zmiana dokonała się przez to krótkie mgnienie w jego wszystkich myślach i instynktach! Życie — życie w jakiejkolwiek formie — ubóstwo, bezdomność, głód — byle nie śmierć. Pasował się z falami, które mu się zamykały nad głową, wrzeszczał w torturach strachu. W uszach brzmiało mu przekleństwo syna. Zamajaczył przed nim ląd. Tylko jedna grudka ziemi, a mógłby dotknąć nadbrzeża. Piętnaście metrów bliżej, a byłby uratowany — ale prąd niósł go naprzód; przepływał pod ciemnemi łukami mostu, wreszcie opadł na dno.
Znów płynął ku górze, walcząc szalonemi rozmachami ramion. Na chwilę — na jedną krótką chwilę — zamajaczyły budynki na wybrzeżu rzeki, światła na moście, pod którym przeniósł go był prąd, czarna woda, atramentowe chmury, pędzone wiatrem. Znów się zanurzył, znów wypłynął. Jasne płomienie wystrzeliły z ziemi, dosięgły nieba i zatańczyły w oczach nieszczęśliwca, woda grzmiała w uszach, głusząc, oszołamiając, grożąc rykiem rozwścieczonego zwierzęcia.
Upłynął tydzień. Kilka mil wdół rzeki fale wyniosły na brzeg ciało: obrzękłą, bezkształtną masę. Nikt się o nie nie upomniał, nikt się nie ulitował nad niem. Zakopano je w ziemi. Zgniło, rozsypało się w proch.

(Z cyklu „Tales“)




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.