Śmierć. Studyum/9 kwietnia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ignacy Dąbrowski
Tytuł Śmierć
Podtytuł Studyum
Pochodzenie Pisma Ignacego Dąbrowskiego, tom I
Wydawca Jan Fiszer
Data wydania 1900
Druk Warszawska Drukarnia i Litografja
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


9 kwietnia.

Ach, te noce bezsenne! Jakie one długie, okropne!
Lampa się pali gdzieś w kącie na podłodze, dając jakieś niezwykłe, szpitalne oświetlenie; zegar bije powoli godziny, cisza monotonna dokoła, taka głucha, że aż ogłuszyć potrafi; wszystko śpi, spoczywa, — ja jeden tylko czuwać muszę, bić się z myślami, bredzącemi na najdziwaczniejsze tematy. Gorączka rozpala krew i podnieca chorobliwie wyobraźnię. Straszliwe widziadła, jak mary, przeciągają przed oczami duszy. To widzę się martwym w trumnie na katafalku, obstawiony świecami; to leżę już w grobie, oddany na pastwę plugastwu ziemi; to wieko znów trumny zapada nade mną na zawsze i słyszę wśród tej przeraźliwej ciszy łkanie Zosi. Ta pewność, ta okropna pewność, że to wszystko tak będzie rzeczywiście, że już może za tydzień zaścielą to łóżko, gdziem się tak długo wymęczył — pogłębia jeszcze tę otchłań ponurą. A te godziny nocy tak idą powoli, tak bezlitośnie przedłużają te chwile męczarni!
Co robić? Jak się uwolnić od tych mar rozigranej wyobraźni? Nie mam serca budzić biednego Stacha, który i tak jak cień już wygląda. J ego wybladła twarz, którą widzę ciągle tuż przy sobie na fotelu, zmożoną snem i trudem, leży mi ciężarem na duszy, jak wyrzut sumienia, jak ofiara mych dni konania.
„Oto jest śmierć!“ — powtarzam sobie — oto czem jest ta śmierć. Wysysa soki życia z żywych i konających, sieje miazmaty choroby na wszystko dokoła, zdradliwie „wszczepia w zdrowie nasiona swoje, aby potem tylko plony zbierać.I nie tylko życie odbiera nam ona. Okrada nas z serca i rozumu, wydziera wszystko, co tylko lepszego w głębi nas tkwiło, pozostawiając męty jedynie i szumowiny duszy, aby było czem żyć — na dni ostatek.
„Oto jest śmierć, tak ona wygląda!“
A tymczasem zegar powoli wydzwania godziny. Słyszę północ, pierwszą, potem drugą i trzecią, a mimo to sen nie przychodzi ukoić spragnionych powiek.
Melancholia jakaś dziwna, jak wilgoć, wsiąka w duszę, czarna noc kirem zabarwia wszystko — no i smutno, przykro, nieznośnie...
Tak schodzi noc cała, tak schodzą wszystkie prawie, — a ja,.. ja płaczę rano z żalu, że już przeszła. Już nie wiele tych nocy. Przyjdzie jedna, którą spędzę w mroźnym kościele, z zabitem trumny wiekiem na zawsze, potem spocznę tam gdzieś w ziemi głęboko, jako trup, wśród trupów, tym razem już zupełnie na zawsze... i skończy się wszystko.
Aach!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Czemu ta Amelka nie przychodzi tak długo? Jedenasta wybiła, Stach mię już ubrał w świeżą koszulę, posprzątał wszystko, a jej jeszcze niema. Pragnę jej bardzo. Nie widzieliśmy się już od roku chyba! Ona taka dobra, taka zawsze wyrozumiała i kochająca!
Wiem, że będą straszne sceny, lamenty i płacze. Ona, choć taka silna wolą, zahartowana w cierpieniu, ma za wrażliwe serce, żeby się mogła zdobyć na spokój: kochając mnie nad życie, jak matka prawie, boć ją nam zastępowała, najwięcej może z nas wszystkich cierpieć będzie. A ja się teraz boję wszystkich łez i wybuchów. Nie mam już czem kochać nawet. Mogę ją źle przyjąć, zadrasnąć czemkolwiek. Moje zgryźliwe usposobienie potrafi z byle błahostki wysnuć nitkę jadu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .


wieczorem.

Z przyjazdem Amelki rozjaśniło mi się jakoś wszystko dokoła. Już nie umrę jak nędzarz ostatni. Nie wiem dlaczego, pomimo, że mię Stach i Zosia nie opuszczali dotąd ani na chwile, nie mogłem się oprzeć uczuciu jakiegoś osamotnienia oraz braku opieki i troskliwości. Zdawało mi się ciągle, że jestem rzuconym gdzieś w pustyni, gdzie niema ludzi i współczucia. Amelka wszystko to rozproszyła. Jej umiejętność obchodzenia się z chorymi, doświadczenie, a może i ten stygmat trosk, jakie przeżyła, czynią z niej prawdziwie idealną opiekunkę innych cierpiących.
Zosia — to dziecko jeszcze, naiwne, niedoświadczone, roztrzepane; Stach, choć to serce złote też niepodatne do subtelnych uczuć, — oni nie potrafili wejść w moją duszę i zrozumieć tego, co się w niej odbywa. Wreszcie kochają się nawzajem, a to już dostatecznie wypełnia im życie. Rządzą się tylko pierwszem uczuciem, przerzucając się sercem z jednych skrajności do drugich. Potrafią tak dobrze śmiać się, jak płakać, byle tylko był do tego bodziec zewnętrzny. To mię rozstrajało najwięcej. Ja panowałem nad nimi, nastrajając w jedną lub w drugą stronę, zawsze pewien skutku. Grałem na ich nerwach, jak mi się tylko podobało, nie czując żadnego hamulca. A że każde wirtuozowstwo męczy, więc i ja się tem wytrawiałem.
Amelka — to zupełnie co innego. Ona jest zawsze sobą, nastraja się sama i nastroju tego innym udzielić potrafi. Już nie ja nią, ale ona mną rządzi, słodyczą swą i dziwną powagą zmuszając do uległości. Przez te kilka godzin zdążyła już uczynić się niezbędną dla mnie. Wszystko przez jej ręce przechodzi, wszędzie jej pełno, — a jednak umie się jakby unicestwiać zupełnie, choć czuje się jej obecność. Sam nie wiem, czemu tak ulegam jej wpływowi, — to uznaję tylko, że mi z tem dobrze i nad wyraz błogo. Już zdążyła wymódz na mnie kilka ustępstw dobrotliwym swym uśmiechem i przekonywającem słowem, to odradzając palenie papierosów, to prosząc, potulnie prawie, a jednak stanowczo, o przyjęcie lekarstwa. Jak przeczuwałem, nie obeszło się bez płaczu i łkań przy powitaniach. Amelka jednak z zadziwiającą przenikliwością i taktem potrafiła skierować we właściwą stronę nadciągającą burzę. Nadmierne podniecenie nerwowe, zamiast wybuchnąć rozpaczą lub zgryźliwością, spłynęło spokojnie w cichej skardze, wyszeptanej drżącemi usty.
Kiedy weszła z Zosią, i zdejmując okrycie, patrzyła na mnie z jakimś smętnym uśmiechem, od razu uczułem dziwną ulgę, jakby uspokojenie, że nie będę już odtąd samotnym, bo ona mi te resztki życia rozjaśni.Uniosłem się na łóżku, wyciągając do niej ręce, jakbym matkę witał. Amelka zbliżyła się szybko i, nie dając mi przyjść do słowa, zaczęła ściskać i obejmować z całej siły. Coś mnie w gardle dławiło. Chciałem mówić, płakać, choćby jęknąć wreszcie, i nie mogłem. Czułem jej pocałunki po całem ciele, byłem nimi zasypany po prostu. Ona walczyła ze łzami, i jej gardło nie chciało przepuszczać głosu. Wymawiała jakieś głoski bez treści, raczej jęki niż wyrazy, a sylaby nie chwytały się jedna drugiej. Wreszcie zrobiłem wysiłek i wyjąkałem:
— Widzisz, Amelko, widzisz, co się ze mnie zrobiło!
Zacząłem drżeć strasznie. Całe ciało dygotało mi jak w febrze. Jej się wydarł jeden przeciągły jęk z piersi i zamilkła zupełnie. Wycieńczony, osłabły do ostatka, zsunąłem się na łóżko, nie mając już siły nawet myśleć o czemkolwiek. Amelka prędzej zapanowała nad sobą. Zaczęła się krzątać około mnie, to poprawiając poduszki, to mówiąc mi coś po cichu. Od razu zapanowała nade mną i nad wszystkimi.Nie potrzebowałem mówić, ażeby mię zrozumiała. Odgadywała moje spojrzenia, przeczuwała życzenia, spełniając wszystko dziwnie spokojnie, bez szmeru, z anielskim uśmiechem poświęcenia na ustach. A później, kiedy już przeszło moje osłabienie, kiedym zaczął uczuwać niesmak i jakby skrępowanie po tem co zaszło, — jak się zwykle kończą dla mnie tego rodzaju sceny, — ona usiadła przy mnie na łóżku i, całując mię w głowę, zaczęła się dopytywać, co cierpię, co mi najbardziej dolega. Ten pocałunek serdeczny, a zarazem dziwnie poważny, ukoił mię najwięcej. Cicho, bez łez, bez wyrzekań, spokojnie wylałem w słowach wszystko, co mi ciężyło na duszy. Ona mię rozumiała...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ignacy Dąbrowski.