Śmierć. Studyum/30 marca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ignacy Dąbrowski
Tytuł Śmierć
Podtytuł Studyum
Pochodzenie Pisma Ignacego Dąbrowskiego, tom I
Wydawca Jan Fiszer
Data wydania 1900
Druk Warszawska Drukarnia i Litografja
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


30 marca.

Jak oni jednak prędko zżyli się z tą myślą o mej śmierci! Z początku rozpaczali bardzo: Stach płakał, jak dziecko, Zosia rozpaczała — a teraz... Ona siedzi, robiąc robótkę jakąś szydełkiem, Stach czyta — i obojgu ani im może przez myśl nie przejdzie, że z każdem oczkiem bawełny, z każdą literą upływa jedna drogocenna dla mnie chwila. A przecież wiedzą już o tem na pewno, wiedzą i to, że i ja wiem także, bom im sam o wszystkiem rozpowiedział, — wiedzieli nawet wcześniej ode mnie. A jednak zmiany dopatrzyćby się nie można. Posmutnieli tylko trochę, boją się mówić głośno, — ale poza tem wszystko tak samo.
Ja się im nie dziwię zupełnie. Cóż robić mają? Trudno przez kilka tygodni łzy tylko wylewać i szamotać się bezpotrzebnie. Z największym bólem zżyć się można/ i schylić przed nim czoło: przecież i ja się iuż ze swoją śmiercią zżyłem i jestem niby spokojny, więc i oni tem bardziej przyzwyczaić się do niej mogli. Wszystko więc jest tak, jak być powinno; — a jednak... jednak mnie to strasznie drażni.Dlaczego tak jest? Dlaczego śmierć jednego człowieka tak obojętnie jest przez innych przyjmowaną? Czy dlatego, że wszyscyumieramy i śmierć jest zjawiskiem powszedniem? Ależ przez to nic ona nie traci na swej grozie. Czy umieram ja tylko, czy umierają miliony, — to wszystko jedno; śmierć śmiercią będzie. Pomimo tysiąca sposobów umierania, koniec jest zawsze jednaki: jednostka znika ze świata na zawsze, na wieki, i już do niego nigdy nie powróci. Czyż w tem nie dosyć piekła, ażeby zamącić najspokojniejsze dusze?
Ja czuję całą dziwaczność takich rozumowań, sam sobie odpowiadam, że inaczej być nie może, bo gdyby świat chciał się przejmować śmiercią każdego człowieka, to jutro samby wydał ostatnie tchnienie z nadmiaru cierpienia, — ja sam innym nie byłem, a. przecież nie mogę, nie mogę nie pytać: dlaczego tak jest?
I nie o ich łzy mi chodzi, bo sam wolę, że już są spokojniejsi znacznie, — ale chodzi mi o to prawo życia, które tak samolubnie względem cudzej śmierci się zachowuje. Człowiek żył, pracował, myślał, był jednem z ogniw łańcucha istnienia, — naraz ginie, znika bezpowrotnie—i to nie zakłóca w niczem ogólnego biegu życia. Przepada, jak kamień w wodzie; a spokojna fala przepływała nad nim, nie troszcząc się zupełnie, że coraz nowe ofiary pod wodę wciąż idą.
Ja wiem, że to są myśli niedorzeczne, głupie, w dodatku wyrafinowanie egoistyczne, — że tak tylko, jak jest, być musi, bo jest dobrze, — a jednak nie jestem zdolen stłumić w sobie jakiegoś krzyku buntu, który to nazywa zarazem okrutnem.
I im więcej nazywam to prawo nieskończenie mądrem i jedynie możliwem, tem więcej się buntuję, tem więcej dostrzegam. w niem tylko rozum — a nie serce.
Wreszcie, źle m się może wyraził, mówiąc: „buntuję się. “ Bunt to nie tylko niezadowolenie z istniejących urządzeń — to zarazem przeświadczenie o niedoskonałości czegoś i możliwości istnienia lepszych warunków. Jam nie do tego stopnia naiwny, ażeby się buntować przeciwko temu, co jest niewzruszone, co nawet uznaję za możliwie najlepsze; ale przecież mogę powiedzieć, czy mi się to coś podoba lub nie, czy mi z niem dobrze czy źle. Taki bunt nie zakłóci wszechświata.
Jednakże człowiek, z całym swoim rozumem, jest strasznie marną istotą. Obdarzony zdolnością analizy i wyczuwania wszystkiego, a pozbawiony siły twórczej nawet w dziedzinie abstrakcyi — jest jak Samson, któremu włosy obcięto. Targa się i szarpie, a nic nie może, choć wszystko widzi.
Dobrze, że Stach mój nie czyta tych kartek: nazwałby to, jak zwykle, przelewaniem z pustego w próżne, — czem to i jest rzeczywiście. Szczęśliwy, kto może, raz zgodziwszy się na to, zaprzestać daremnych trudów. Mnie to widać w manię przeszło i innym już nie będę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ignacy Dąbrowski.