Śmierć. Studyum/29 lutego

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ignacy Dąbrowski
Tytuł Śmierć
Podtytuł Studyum
Pochodzenie Pisma Ignacego Dąbrowskiego, tom I
Wydawca Jan Fiszer
Data wydania 1900
Druk Warszawska Drukarnia i Litografja
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


29 lutego.

Kuracya siłą woli zakończyła się fatalną porażką. Pozawczoraj zemdlałem na krześle i widocznie upadłem, bom się znalazł po ocknieniu na podłodze. Dziw wielki, żem głowy nie rozbił. Na szczęście, nikt nie widział, bom, jak zwykle, był sam: inaczej byłby mi Stach nową awanturę wyprawił.
Widocznie zaszkodziło mi długie pisanie. Rzeczywiście przesadziłem trochę: pisałem ze trzy godziny, w zapale nie czując zmęczenia. Potem wziąłem jakąś książkę, chcąc koniecznie wytrwać do końca na krześle. Ale już w czasie czytania czułem, że mi się w głowie coś dziwnego wyrabia. Litery skakały mi przed oczami, wykręcały się jak węże — i, pomimo wysiłków nic dojrzeć nie mogłem. Potem przed oczami rozpostarła się jakaś czarność, w głowie szum straszny, jakby kto trzepał dywany; sufit pokrył się cały świecącemi plamami, które, rozpryskując się na wszystkie trony, zasypały cały pokój jakby paciorkami stalowemi i już nie czułem nic więcej.
Ledwiem się przyczołgał do łóżka, zły strasznie na siebie za swą bezsilność. Wczoraj musiałem cały dzień leżeć w łóżku, a Stach i Zosia nie odstępowali mnie ani na chwilę, korzystając z niedzieli. Trochę mi to było nie narękę, bom nie miał humoru, a poczuwałem się do obowiązku podtrzymywania rozmowy. Co prawda, nie wiele się potrzebowałem wysilać, bo oni zawsze mają wiele do mówienia ze sobą.
Albo ja się nie znam na niczem, albo ta para kocha się wzajemnie, nie wiele sobie z tego zdając sprawy. Co do Stacha, jestem tego pewny, — co do Zosi — więcej, niż przypuszczam.
A no, znają się od lat pięciu, to chyba było dość czasu nawet na zakochanie. Pamiętam, byliśmy obadwaj jeszcze w siódmej klasie, kiedym go po raz pierwszy do domu ciotki wprowadził. Zosia była wtedy strasznym jeszcze dzieciuchem. Nikomu ani się śniło uważać ją za coś więcej, jak za dziecko. Dopiero Stach, nie wiem, czy przez brak obycia się z tego rodzaju istotkami, czy też z wrodzonej mu powagi, zaczął ją traktować jak dorosłą pannę. Naturalnie nie mogło być jeszcze mowy o jakichś głębszych uczuciach. Lubili się tylko bardzo, — Stach ją, jako moją siostrę, — ona jego, jako mego przyjaciela. W ten sposób przezemnie nawiązała się ta niteczka wzajemnej sympatyi. Lata szły, stosunki nasze zacieśniały się coraz bardziej, a więc i z tej sympatyi musiało się coś wykluć, zwłaszcza, że domatorskie więcej usposobienie Stacha, jego niechęć do wszelkich nowych znajomości, nie dawały mu po sposobności zawiązywania innych stosunków. Mogę niemal powiedzieć, że ją zna pierwszą i ostatnią. A Zosia? To biedactwo jeszcze bardziej odcięte od świata. Zmuszona teraz mieszkać sama, przy obcych ludziach, tem więcej nudzić się musi i tęsknić za czemś. On jeden ze mną bywa u niej, widują się po kilka razy na tydzień, a już w niedzielę każdą bezwarunkowo, kiedy do niej chodzimy posłuchać muzyki, — więc nic zadziwiającego, że go pokochać musiała. Ona sama jeszcze o tem nie wie, i ręczę, że się nad tem nie zastanawiała ani razu, ale bezwiednie lgnie do niego i nawet się z tem nie kryje, że za nim tęskni.
Nie jest to żadna miłość gwałtowna, namiętna, z wybuchami. Płynie ona u nich tak spokojnie, tak miarowo, że się jej nawet nie domyślają oboje. Ja nie tak kochałem... Ale...
Stach jej wyjaśnia swoje teorye społeczne, starając się ją nawrócić na swoją wiarę. Ona go słucha z namaszczeniem wielkiem, naturalnie nie wiele rozumiejąc, co mogę wywnioskować z jej strasznie naiwnych odpowiedzi. Śmiejemy się z tego często, a Stachowi to się niezmiernie podoba. Sądzę, że gdyby jej kiedy przez noc garb wyrósł na plecach, takżeby go nim zachwycić zdołała.
Zosia się wstydzi trochę swego nieuctwa, i kiedy zostajemy sam na sam prosi mię zawsze o wyjaśnienie rozmaitych, ciemnych dla niej wyrażeń Stacha. Pozawczoraj pytała mię, co znaczy indeterminizm. Ona go uważa za tak strasznie mądrego, że już mędrszym od niego tylko ja być mogę, nikt więcej w świecie.
Czasem zrzędzę na Stacha, że jej głupstwami nabija niepotrzebnie głowę, ale ona go broni, utrzymując, że ją wszystko bardzo a bardzo zajmuje. Biedactwo na swój sposób pragnie mu się przypodobać; tylko on nie bardzo się potrafi poznać na tem. Muzykę niby lubi, choć teoretycznie odrzuca, jako niepotrzebny zbytek dla nerwów. Zosia jednak jest dla niego, tak jak i ja, wyjątkiem z ogólnej reguły. Ona grać może bez narażenia się jego teoryom. Sam jej nawet nuty znosi, a ja się uśmiecham po cichu.
Dzieci, Dzieci!
Strasznie mi niewygodnie pisać dzisiaj, — raz, że ciemno, bo łóżko moje stoi dosyć daleko od okna, a po drugie, że taka półsiedząca, półleżąca pozycya, w jakiej się znajduję, nie zupełnie jest odpowiednią do pisania. Ale cóż robić przez dzień cały? Doprawdy zaczynam się już nudzić porządnie. Stach mi zazdrości tych chwil wywczasu, ale ciekaw jestem, co by robił na mojem będąc miejscu.
Całe jeszcze szczęście, że ten starowina Hofmann, zgodził się przychodzić do mnie na lekcye. Przynajmniej z nim godzina schodzi jako tako. Dziś mnie pochwalił za dobre postępy i starał się wmówić we mnie nadzieję, że za rok będę mówił po niemiecku jak rodowity Berlińczyk. Niestety, ogromnie o tem wątpię. Co za nieznośny język! Wymawiają nam, Polakom, że się chętniej uczymy francuskiego, a choćby angielskiego niż niemieckiego. Ależ słowo daję, ten nasz wstręt do niemczyzny ma swoje podstawy. Pomijając wszelkie kwestye sympatyi lub antypatyi narodowej, w samym języku znajdziemy usprawiedliwiające powody. Jakaż zawiła budowa zdań! Ten zwyczaj stawiania orzeczeń na samym końcu zdań, zniewala do trzymania umysłu w natężeniu aż do ostatniego wyrazu frazesu, co jeszcze przy niezwykłej długości okresów jest szalenie nużącem. Trzeba od dziecka gimnastykować umysł, żeby go uczynić wytrzymałym do takiej ciągłości myśli. Sadzę że sam już język ze swemi piętrowemi budowlami zaprawia mózgi niemieckie do tych nieskończenie długich, szalenie konsekwentnych spekulacyi, jakiemi się popisują w filozofii — jeżeli naturalnie nie dzieje się przeciwnie, t. j., że język jest odbiciem ich spekulacyjnych umysłów. Tak czy owak, wszystko jedno; jądro kwestyi pozostaje tem samem. Czy mowa wysubtelniła umysł ludzki, jak chcą jedni, czy umysł rozwinął mowę, jak wnioskują drudzy, — zawsze łączność między niemi być musi.
Ach, boże! co to za galimatias w tej filozofii! I jak tu sobie w tym chaosie może dać radę zwykły śmiertelnik! Chyba, jak utrzymuje Stach, wcale się temi rzeczami nie zajmować. Gdybyż tylko można było!
Stach mi naznosił mnóstwo książek do czytania, żebym się nie nudził. Ale, niestety, nie mogę czytać długo. Dawniej potrafiłem całe noce spędzać na czytaniu, pomimo znużenia i senności; teraz nawet rzeczy lżejsze nużą mię szybko. Trzeba się chyba zabrać do beletrystyki. Od tygodnia kładę Stachowi w głowę, żeby mi się skąd o jaką powieść postarał. A ja w dodadku tak przepadam za literaturą! Gdyby nie jakiś rozkaz moralny, który mi mówi ciągle: „ucz się i pracuj nad sobą“, wszystkie wolne chwile spędzałbym na czytaniu. Może kiedyś, po latach, będę zdolen dogodzić tej swojej „fantazyi“.
A nikt nawet nie wie, że literatura o mały włos nie została zbogaconą nową znakomitością... w mojej osobie. Ach, Boże! i dobrze, że nikt nie wie: wszystko potrafię znieść, prócz śmieszności. Bo i ja przechodziłem tę ospę autorstwa.
Byłem w ósmej klasie, kiedy napisałem coś pośredniego między poematem, nowelą, szkicem, obrazkiem... jednem słowem coś, czego sam nie potrafiłbym określić. Treści już nie pamiętam dobrze teraz. Pisałem to nocami, w tak ścisłej tajemnicy, jakbym przygotowywał co najmniej zbrodniczy zamiar wysadzenia Europy w powietrze. Po skończeniu, z biciem serca posłałem mój utwór do jakiejś redakcyi. Niestety! zostałem ugodzony śmiertelnie: w „odpowiedziach od redakcyi“ wyczytałem najwyraźniej wydrukowane: „nie rozumiemy, o co szan. panu idzie“.. Był to cios pierwszy. Niezrażony jednak jeszcze, przeciwnie, jak Byron, podniecony taką najwidoczniejszą niesprawiedliwością, zabrałem się do pióra i napisałem znowu jakąś wspaniałą niedorzeczność.
Boże!... co oni mi odpowiedzieli!... co oni mi odpowiedzieli!...
Do dziś dnia nie mogę o tem pomyśleć bez dreszczów, i wcale nie rozkosznych.
Lekarstwo jednak poskutkowało. Twórczość moja dostała jakby pałką w łeb i zamilkła nagle. Już się chyba nigdy nie puszczę na taki eksperyment.
Ale dobrze, że to już tak strasznie dawno. Wreszcie nikt, literalnie nikt, o tem nie wie.
Zosia moja kochana dziś podwójne lekcye odrabia. Chce sobie na jutrzejszy wieczór wytargować kilka godzin i razem z nami je spędzić, żeby wesoło karnawał zakończyć. Zakończyć? Czyż on się dla niej zaczyna kiedy?
Jak to dobrze dla niej, że ona nie czuje całej nędzy swej egzystencyi! Ona i z tego rada, że sobie kilka godzin „wytarguje“ dzisiejszą zdwojoną pracą.
A gdzież użycie? spokój? wytchnienie?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ignacy Dąbrowski.