Śmiech Lwowa
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Śmiech Lwowa |
| Pochodzenie | W zamyśleniu |
| Wydawca | „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o. |
| Data wyd. | 1923 |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
I długie miesiące słuchałam, patrzałam, jak Lwów cierpi, płacze, kona... Przez długie ranki ciemne, szare, tajemnic pełen budził mnie dzwonek o właściwym sobie dźwięku.
Kurytarzami o wyniosłych sklepieniach szedł ktoś pośpiesznie.
Szedł ku ołtarzykowi ukwieconemu, tam w głębi klinicznej sali. Na ołtarzyku płonęły dwie świece.
Na łóżkach klękały chore, dźwigały się, jęcząc cicho.
Jedna z nich leżała tylko nieruchoma, pół trup — w oczekiwaniu.
Do niej szedł ksiądz z Panem Bogiem.
Wyczuwałam to wszystko przez ścianę. Nauczyłam się to wyczuwać podczas nocy bezsennych. I po chwili — oddalał się ksiądz. — Wracał. — Nie spieszył się już. Szedł powoli. — Widziałam po przez wielkie okno mej celi. — Czerniał na śniegu. I nikł...
Natomiast, od strony szpitala, szło dwóch ludzi.
I nieśli nosze, pokryte rodzajem budy... Taka prowizoryczna trumna.
Stawiali przy ścianach kliniki.
W oczekiwaniu.
I palili papierosy, plując na biały śnieg.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
To jedno drobne, nikle, co widziałam przez okno mej klinicznej celi A tych „drobnych, nikłych“ są całe szeregi, które snuły się i omotywały mi duszę. Oknem mi stały się powoli te ściany, te drzwi, te kurytarze, oknem stawały mi się każde nosze, na których zjawiała się strwożona, wybladła twarz chorego. Oknem dla ducha był jęk wijącego się w bolu i krzyk uwięzionego w klatce tyfusowego, przeżywającego w chwili szału sto istnień, z których każde właśnie mogło być więcej „jego“ — niż to — które w momentach zdrowia rozsądkiem się jego mieniało.
I oknem bez krat była myśl o poświęceniu cudownem całego szeregu tych ludzi, którzy pochylali się nad chorymi w swych białych, długich chałatach — zawsze chętni i gotowi zabrać z tych łóżek klinicznych ból, zarazę — ratować — walczyć... Stokroć bardziej bohaterscy, jak rycerze, siekący w szale bezecnym i bezcelowym, pod pozorem miłości kraju — swych bliźnich...
Przez takie okno — wpatrywałam się, wsłuchiwałam w to, jak Lwów płacze — jak choruje, jak go ratują, jak kona...
I gdy wreszcie wróciłam do swobody, na wolność, w przestrzeń życia — nie śmierci, spojrzałam z okien mego domku, po brylantach śniegu w mgłę mleczną, z której wyłaniał się Lwów...
Nie ten, który umiera.
Lecz ten, który żyje.
I zapragnęłam usłyszeć śmiech. Zachciałam widzieć uśmiechy.
Ja, która miałam duszę pełną jęku, dzwonków, zwiastujących agonję, zgrzytu windy, na której zjeżdża łóżko z chorym, przeznaczonym na wykład.
Zapytałam — gdzie można widzieć Lwów, który się śmieje?
Powiedziano mi, że jest w Kole literackiem — kabaret i że tam się śmieją.
Więc poszłam na kabaret.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Właściwością nas Polaków jest rzecz niezmiernie ciekawa. — Oto konserwatyzm nasz jest nadzwyczajnie komicznie urządzony. Stale bowiem odrzucamy wszystkie „nowości“. — Szczególniej te śmiałe. — Stajemy dęba, wyciągamy cały arsenał słów, jakoto — tradycja, cnota, kraj — dzięki Bogu u nas i t. d. i „a propos des bottes“ ruszamy w obronie naruszonej moralności i cnoty, piękna, dobra, szlachetności, panien na wydaniu, młodzieży, ołtarzy, ludu i t. p. składników, podwalin koron, przyszłości i przeszłości społeczeństwa polskiego...
Niech na „zachodzie“ — (o, Babilonie z bulwarami i kokotami!) ozwie się jakaś nowacja w dziedzinie n .p. sztuki — rozpoczyna się u nas krzyk, wrzask — i t. p. — odprawy panom X. Y. Z. — dawane przez nasze narodowe sławy w formie bulli, wydawanej na dowód i świadectwo wielkiej ciemnoty i tępości pojęć genjuszów z nad Wisły, Pełtwi i t. p.
Konserwatyzm ten przyzwawszy przedewszystkiem Pana Boga do pomocy — przez lat kilkanaście walczy dzielnie i skutecznie, według swojego pojęcia, z owemi zgniłemi prądami, które płyną do nas z zachodu.
Nagle, gdy tam już nikt o owej „zgniliźnie“ nie myśli — dzieje się... cud! — Ci, którzy walczyli i stali na straży zdrowia narodu — pierwsi otwierają dziurę w chińskim murze i odkrywają jakąś krynolinę, lub tiurnjurę w sztuce wyrzuconą za nawias i na śmietnik przez cały świat sztuki, jako rzecz już nie modną, wyszłą z obiegu — za małą i żadną dla umysłów i duchów, które przecież idą wprzód drogą naturalnej ewolucji.
Zaśmiewać się można do łez, czytając teraz takie orędzia do narodu różnych sławnych autorów naszych w sprawie brudnych prądów literackich, szaleństw malarskich wyrwasów poetyckich, brutalstw chorobliwych rzeźby, które to wszystkie „szaleństwa“ — wydały pomnikowe arcydzieła wszechświatowego piękna i stały się jednym stopniem do rozwoju i udoskonalenia cudu, do jakiego duch ludzki z tragiczną siłą i musem dąży. I to ci sami Don Kiszoci, archaniołowie broniący „naszego kraju“ — od „zgniłych powiewów“ — rozpoczynają odkrycie, dalej wprowadzanie i gorącą apologję tego, co dawniej było dla nich grozą i czemś potwornem. Uznali to w Warszawie... po latach dwudziestu otwarto aż wolną sceną i repertuar Antoine’a zostaje niemal w ćwierć wieku podany, jako nowość, konieczna do strawienia temu społeczeństwu, które nasłuchało się dość o „nikczemności, brudzie — rozpuście podobnej sceny“.
To samo ma miejsce i w malarstwie. Obecnie „odkrywa się“ Gauginów i innych. Ileż przecież nacierpiał się Pankiewicz, Podkowiński, gdy chcieli to, co ujrzeli na Zachodzie, przeszczepić na grunt naszego malarstwa. Wszak „potwory“ Wyspiańskiego nie są niczem innem, jak tylko manjerą „taitienne“ — Gaugin’a i szkoły syntetystów przez niego utworzonej.
Jego „panny Władzie“ — Matki — Tęsknoty — Studja — są to odtwarzania nastrojów, formy Maurycego Denis, do którego najhardziej się Wyspiański zbliża. Witraże u Bing‘a są pierwowzorami Wyspiańskiego. Lat temu piętnaście morze szyderstwa zalewało Wyspiańskiego. Wiem coś o tem, bo często przebywałam z nim razem. Tonął w goryczy i smutku. Dziś jest wielki. Dziś Gaugin będzie wielki. Odkryjemy Gaugina! Piętnaście lat temu przywiozłam kilka obrazów Gaugina do kraju. Śmiano się — ach! jak śmiano. Dziś będzie się odkrywać cuda. I będą nowe Gaugingi w Polsce. To będzie najmodniejsze. Taka tiurnjura, podjęta z poza sztachet Europy. Będziemy bardzo młodzi w sztuce i w tem naprzód! — bardzo postępowi...
Kilku pseudo-estetów uczyni sobie „nazwisko“ — na grzbiecie takiej tiurnjury, wyrosną na sławy, kompilacjami ze starych revues i będzie znów ze starej Europy — Młoda Polska...
Bardzo to śmieszne, zabawne, skoro się tak patrzy przez okienko z założonemi rączkami i z chęcią serdecznego uśmiania się...
Bardzo zabawne.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Teraz do nas przyszła moda na... kabarety.
Wreszcie — dzięki Bogu.
Naprawdę — dzięki Bogu, bo będzie można we Lwowie roześmiać się... rozumnie... i to pijąc szampana i jedząc szynkę na gorąco. Nie jest to wytworna kombinacja, ale — bierz Michale... A gdy będzie zawsze taki ścisk, tłok, gwar i tyle mężczyzn i damskich kapeluszy, co na sobotnim kabarecie, to może — Michał i takiej „kombinacji“ — nie dostać. — A przecież dla Lwowa inaczej być nie może.
Lat temu dwadzieścia, u Salisa — w Chat noir — pierwszy kabaret miał salę owych śmiechowych produkcji wolną od stolików, na których sznycle walczą o lepsze w zapachu z wonią Sourize d’Avril, albo Ideału dam o zwężonych chorobliwie taljach i powiększonych niemniej chorobliwie głowach. — Ale trudno, lwowianie chcą kabaretu ze sznyclami i pukaniem korków szampana (także kombinacja nie wytworna). Widocznie to dopomaga do śmiechu. — Niech ino będzie taki kabaret — ile że owo caberet znaczy właściwie... karczma.
Ale lepiej to, że chcą wiedzieć, z czego się śmieją — i mają dosyć śmiać się z p. Solnickiego, lub, co gorsza, nie śmiać się wcale. Kabaret więc jest i choć spóźnił się blisko o ćwierć wieku — ale główne, że jest. I to dobrze, iż zagarnęło go środowisko, którego obowiązkiem być artystyczne i literackie nie tylko de nomine, ale i de facto. To daje rękojmię, że to, co z estradki ponad stoliki, zastawione sznyclami i szynką gorącą, spłynie — będzie smaczne, artystyczne i literackie, — zwłaszcza, że aranżerem jest ktoś, kogo ja uważam bezwarunkowo za mistrza formy w naszej poezji i który umie cyzelować i rzeźbić tak misternie słowa, jak może nikt do tej chwili w naszym języku rzeźbić, cyzelować nie zdołał.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Tym „wiodącym“ kabaret lwowski jest p. Jan Pietrzycki.
Wiedzie go z taktem i elegancją. A to jest wiele. Jest on to, co Francuzi nazywają „un prince sans rire“. Mówi rzeczy dowcipne, prawdziwie dowcipne — z taktem i powagą. Prosi ciągle, aby się „nie obrażać“ — bo zna tę obraźliwość polską. Ale niema się o co obrażać, bo dziwić się należy, jak p. Pietrzycki doskonale lawiruje pomiędzy dowcipem a możliwością „dotknięcia“ kogoś, nad kim się znęca. Uszczypnie, ale zaraz pogłaszcze. I wszystko jest w porządku. P. Pietrzycki łączy znakomicie, podsuwa „numera“, wyprowadza na estradę — a nie znać w tem wszystkiem wysiłku, nie widać nici, któremi całość jest zeszyta. — Siły, któremi p. Pietrzycki rozporządza, są miejscowe i jeszcze niewyrobione. Ale niektóre przedstawiają się już znakomicie i tacy piosenkarze, jak pp. Perutz i Lateiner, są pierwszorzędni każdy w swym zakresie. Pan Perutz, obdarzony prześlicznym głosem, wysoce muzykalny, ma komizm interpretacji więcej „en dedans“, podczas, gdy p. Lateiner, o bajecznej dykcji, „discur impeccable“ — jest to, co Francuzi nazywają cały „en dehors“. Obaj w repertuarze mają rzeczy ryzykowne — ale podają je doskonale, elegancko, dystyngowanie i przez to są niezmiernie mili i słuchani z całą przyjemnością.
Również doskonale reprezentowała się pani Sokołowska, traktująca sprawę Pchły z humorem, werwą i umiarem, a piękność jej żywych oczów, wdzięczna linja postaci, ładny brawurowy gest, zaimponowały ogólnie. Mieliśmy duży, czysty dowcip w interpretacji strawestowanego Hymnu Słowackiego przez p. Krzyżanowskiego, cacaną figurynkę saską, szczebiocącą o Teresce, w osóbce ślicznej pani Ulejskiej, dzwoneczkowy głosik panny Nowackiej, usiłowania „górala“ i „apasza“ przez p. Zagórskiego, który może doskonale spożytkować swe dane a la Polin, w formie szerokiego, dobrodusznego komizmu, gdy przyswoi sobie repertuar właśnie tych piosenek, do których potrzeba szczerego pogodnego uśmiechu.
Udziałem niepospolitym, pełnym wybitnego zaznaczenia, była chwila, gdy w rękach p. Pietrzyckiego pojawiać się zaczęły wielkie kartony, a na nich „excusez de peu“ karykatury miejscowych osobistości, stworzone ołówkiem samego Sichulskiego. Niektóre z nich dawały doskonałą syntezę danej osobistości i na taki wytworny luks uraczenia publiczności kabaretowej dziełem takiego mistrza, jakim jest Sichulski, mógł pozwolić sobie tylko kabaret Koła artystyczno-literackiego.
Dodać należy, jako muzyka, p. Neuhausera i polot jego gry subtelnej, jako niemałą ozdobę wieczoru.
Śmiano się więc szczerze, mądrze i ładnie. Nie śmiał się nikt głupio i przeważnie wszyscy byli w dobrych humorach, co się rzadko u nas Polsce, tym kraju wieczystych malkontentów, zdarza. Panie miały dozwolone siedzieć w kapeluszach na głowie, a panowie mogli pić szampana — wszyscy zaś mieli śmiać się z czego, z kogo, a często „zwierzątko“ ludzkie także mile połechtane było.
Mieliśmy także reprezentację obywatelstwa wiejskiego w humorze pani Jarymowskiej i niespodziankę parlamentarną przy pełnem rozwiewaniu pióropusza Battaglii-Bergeraca. To dowodzi już pewnej śmiałości i kultury ze strony naszej inteligencji.
Była tylko jedna chwilka, w której mnie przynajmniej smutno się jakoś zrobiło. Oto p. Pietrzycki jest poetą i to bardzo dużej miary. Zapragnął przeprowadzić we Lwowie kulturę śmiechu. Naturalnie, rzecz taka musi mieć i szlachetne odcienia. Oprócz lubieżnego rechotu, wywołanego historją o „ceinluze de chastese“ średniowiecznej damy, złośliwego śmiechu z sylwetek osób na sali obecnych, p. Pietrzycki chciał wprowadzić także i uśmiech delikatny, troszkę sentymentalny a pełen poezji. Przykro było słuchać, jak się usprawiedliwiał z owego ustępu o „starym Lwowie“.
I potem owo niezrozumienie ślicznego wiersza, wypowiadanego z melancholją i wdziękiem przez p. Łozińskiego, na tle czarującego akompanjamentu p. Perutza. Minęło bez wrażenia. Mówiono „to nie kabaretowe“. Przepraszam! Należało słyszeć Marcela Legay, Hyspę Donnay’a, z jaką tragiczną melancholją w kabaretach wypowiadali historje bardzo smutne, potwornie rozpaczliwe lub z zamierzchłej przeszłości, jak Irma Perrot, Anna Thibaud, wydobywała czarujące piosnki z przed stu laty.
I Francuzi słuchali z rozkoszą, nikt nie mówił: „to nie kabaretowe“. Ale bo tam umiano się „uśmiechnąć“ a często uśmiech więcej daje rozkoszy duszy, niż śmiech, który nawet zaboli, gdy go jest zbyt wiele.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Jak jest, tak jest, w każdym razie jednak mamy kabaret. Nie jest on o wybitnej barwie, bo Lwów jest sam przez się bezbarwny, tak, że mieszkając we Lwowie ma się uczucie, że się nie mieszka nigdzie. Nie jest to krakowski balonik w jamie u Michalika, gdzie żrą się i obrabiają prywatne sprawy z zaciekłością pełną dowcipu i jadu. Nie jest to rozuzdanie eleganckie warszawskich Momusów, ale coś pośredniego.
Przewodniczący kabaretowi lwowskiemu ma bardzo trudne zadanie, które musi być ułatwione przez publiczność. Przedewszystkiem należy miny pogrzebowe pozostawić w garderobie razem z kaloszami, przestać pontyfikować, cieszyć się i nie wstydzić brać udziału w zabawie. Korony nam z głów nie pospadają, jeżeli śmiać się będziemy razem z p. Lateinerem w takt muzyki, wybijać ową „pchłę“, tak doskonale akcentowaną przez p. Sokołowską i podtrzymywać w nastroju p. Pietrzyckiego, któremu należy się gorące i serdeczne uznanie.
Bo pomyślmy, że ten prawdziwy „poeta“ wczoraj rozsypał całe setki doskonałych wierszy, ot — rzucił je hojnie, po magnacku, celem wywołania rozumnego, eleganckiego śmiechu.
A więc...
Śmiejmy się elegancko i rozumnie, bo o to w kabarecie chodzi.
A o sznycle i szampan, to dopiero później...