Ślub mimo woli

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Chryzostom Zachariasiewicz
Tytuł Ślub mimo woli
Pochodzenie Wybór pism Jana Zacharyasiewicza
Wydawca G. Gebethner i Spółka
Data wydania 1888
Druk S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skan na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Dodatek do „Tygodnika Ilustrowanego.“

Jan Zacharyasiewicz.
ŚLUB MIMO WOLI.
NOWELA.
ŚLUB MIMO WOLI.
OPOWIADANIE STARO-SZLACHECKIE.

Z końcem zeszłego wieku stolica Rzeczypospolitéj zaczęła się znacznie wyludniać. Magnaci osobliwie i majętniejsza szlachta, która w stolicy miała własne pałace i domy, opuszczała takowe i przesiedlała się, albo do własnych ziemskich majątków swoich, albo wyjeżdżała za granicę.
Do tych, którzy pod rodzinną strzechę z szerszej publicznéj areny życia wrócili, należał sędziwy wojewoda X***.
Po burzliwych publicznych przejściach, zapragnął wojewoda spoczynku. Takie samo pragnienie żywiła i stara wojewodzina. Oboje więc staruszkowie powitali z rozrzewnieniem opustoszały dwór w jednym z zacisznych majątków, w którym od lat kilkunastu noga ich nie postała.
Powoli przyprowadzono dwór do porządku, oczyszczono ogród i wysadzono drogi topolami. Trudno jednak było ludziom nawykłym do gwarnego życia stolicy zagrzebać się w takiéj samotności. Wprawdzie co miesiąc płatny sekretarz wojewody przysyłał długie listy ze stolicy, w których były obszerne relacye o przebiegu rzeczy publicznych, również i z Wiednia miano regularną korespondencyą: mimo to potrzeba było otoczyć się jakiémś gwarniejszém życiem, aby w takiéj samotności nudów nie uczuć.
Wojewoda znalazł dla siebie bardzo przyjemne i pożyteczne zajęcie. Zajął się gospodarstwem. Poprawiał rolę, zakładał nowe folwarki, budował sadził drzewa, a przy tém zatrudnieniu schodził mu czas, jako tako i kazał mu zapominać często o ranach, które mu dolegały.
Nie tak łatwo było poradzić sobie staréj wojewodzinie. Domowe gospodarstwo nie przypadalo jéj do smaku, zresztą nie było tego tak wiele. Domowa apteczka była pod zarządem staréj Maciejowej, która jéj za nic w świecie nikomu odstąpić nie chciała. Nawet wychowanie i przyzwyczajenia wojewodziny stały takiemu zatrudnieniu na przeszkodzie.
Długo myślała wojewodzina nad tém, jakby to sobie poradzić? i wreszcie trafiła na sposób wypełnienia resztek swego żywota.
Wojewodzina nie miała dzieci. Postanowiła więc zająć się cudzemi, jak to jéj ks. Tymoteusz, kapelan domowy, poradził.
Podzieliła obowiązki swoje na dwie części. Z dóbr swoich zebrała sieroty i założyła dla nich u siebie szkółkę wzorowych służebnic. Uczono je gotować, prać, czytać i chwalić Pana Boga.
Do drugiego oddziału należały sieroty szlacheckie. Zajmowała się ich wychowaniem, kazała uczyć gry na klawikordzie i nauk potrzebnych białogłowie. A jeżeli zdarzył się zacny konkurent, wydawała za mąż, dając skromny posag na dorobek.
Z tego powodu rojno było w starym dworze wojewody. Gdy wojewodzina w niedzielę do kościoła parafialnego jechała, otaczał ją cały sztab dziewic rozmaitéj urody. Były takie, które miały włosy, jak heban czarne, innym świeciła się głowa, jakby od złota, a niektórych włosy były podobne do kory świeżo z drzewa oddartéj. Co do oczu, była jeszcze większa rozmaitość. Były szafirowe i czarne, piwne i modre, smutne i wesołe — a były i takie, w których ulokowały jakieś niecne demony i wszystkich kawalerów z sąsiedztwa mocno trapiły.
Sędziwa wojewodzina nie byłaby założonego celu osiągnęła, gdyby stadko dziewic sierocych było pod klauzurą klasztorną. Postarała się więc o męzkie dla nich towarzystwo.
Już to z dawien dawna był zwyczaj po większych domach polskich, że przyjmowano na światowe wychowanie synów szlacheckich, którzy wtedy tworzyli orszak dworzan.
Otóż taki orszak zebrał wojewoda w domu swoim, a że podówczas było wielu takich, którym strzechy rodzinnéj zabraklo, nie dziw tedy, że dwór wojeWody roił się wkróce młodzieżą różnych, a nawet zamożniejszych rodzin i innych emerytów sprawy publicznej.
Kiedy to wszystko w stały porządek już weszło, a wojewodzina zajęta była wydawaniem za mąż sierocych dziewic swoich — zjawił się we dworze młody mężczyzna, prosząc wojewody, aby go umieścił w orszaku dworzan swoich.
Wojewodzie podobał się nowy przybysz. Miał lat dwadzieścia kilka, był słusznego wzrostu, i odznaczał się dumną postawą. Ciemny włos spadał mu na ramiona w krętych kędziorach, a na prawém uchu kipiała biała czapka z brunatnym barankiem. Oczy miał piwne i wąs do góry podkręcony. Ubrany był w ciemno-granatowym kontuszu, z pod którego wyglądał żupan piaskowego koloru.
Gdy około fraucymeru wojewodziny przechodził, wszystkie dziewice pchały się do okna, aby zobaczyć tak dorodnego młodzieńca. Najpiękniejsza z nich Dorota klasneła w dłonie, gdy go obaczyła, i rzekła wykręcając się na pięcie, że teraz niezawodnie się zakocha, mimo że trzem już kawalerom dała odkosza.
Wojewoda zapytał przybysza o nazwisko, herb, i kazał mu opowiedziéć historyą swego życia.
Nowy dworzanin złożył się pokornie, jak trusia, mówił wiele o nieszczęściach domowych swoich rodziców, o walce z losem, jaką przebywał i nazwał się Krzysztofem Zarembą.
— Czy krewniak generała? — zapytał wojewoda dobrotliwie.
— Zapewne — odpowiedział Krzysztof z pokorą — bo wszyscy Zarembowie mają jeden i ten sam herb.
Po skończonej audyencyi, przyjął wojewoda nowego dworzanina i oddał go w opiekę marszałkowi dworu, który mu zaraz regulamin domowy odczytał i na to zgodzić się kazał.
Pan Krzysztof zgodził się na wszystko, ucałował w pokorze rękę wojewodziny, i zajął skromne mieszkanko w oficynie.
Kilka tygodni przeminęło, a wszyscy we dworze kontenci byli z nowego, potulnego towarzysza. Nawet ks. Tymoteusz winszował wojewodzinie tak spokojnego dworzanina, który i w kościele przykładnie się modli i we dworze wszystkim z uległością usłuży.
Fraucymer różnie o nim mówił. Jednym podobał się statek młodego człowieka — inne zarzucały mu zbytnią nieśmiałość. Nigdy bowiem dotąd nie zbliżył się do żadnéj dziewicy, ani nawet oczu z ziemi nie podniósł.
I kiedy tak nowemu dworzaninowi zewsząd słońce się uśmiechało, a wojewodzina już coś sobie w głowie roiła, z którą dziewoją go ożenić —nadszedł do wojewody list z ziemi Sanockiej, który przywiózł z sobą handlarz wina.
Wojewoda odczytał list raz i drugi, i mocno nad nim się zamyślił. Potém wstali z listem udał się na pokoje wojewodziny.
— Czytaj jéjmość — rzekł do woj ewodziny — jakiego ptaszka mamy w naszéj oborze. Toż to nie ptak, ale wilk żarłoczny!
Wojewodzina wzięła list z rąk męża i zaczęła czytać:
„Jaśnie Oświecony Panie i Dobrodzieju! Doszły mnie słuchy, że wyrodny syn mój znalazł ojcowski przytułek w domu Waszym. Nie byłbym uczciwym człowiekiem, gdybym zamilczał o tem, że z tego powodu może Waszemu zacnemu domowi grozić wielkie niebezpieczeństwo. I zdaje mi się, że to niebezpieczeństwo już się zaczyna, jeżeli Krzysztof wdział na siebie skórę. baranka, czego bez powzięcia pewnych już planów nigdy nie robi. Otóż chciéj wiedziéć, Jaśnie Oświecony Panie i Dobrodzieju, że syn mój Krzysztof jest warchołem, jakiego drugiego nie znajdziesz w całej ziemi Sanockiéj. Nietylko na każdym kroku wszczyna spory i kłótnie — nietylko wziąwszy się raz do korda, nie wybiera, gdzie łeb, a gdzie noga — nietylko wpadłszy w złość, nie zna estymy dla starszej, a nawet rodzicielskiej głowy; — ma jeszcze takie ohydne przywary, że po długiéj a nader bolesnej konsyderacyi zmuszony bylem wyrzec się go i odsadzić publicznie od mego serca i majątku, jako syna marnotrawnego. Mniejsza o to, że gra namiętnie w kości i karty, że szuka awantur i bałaband z ludźmi najspokojniejszymi — ale ante omnia niebezpieczny jest dla kobiet, dla których nie zna ani czci, ani szacunku. Gotów pod tym względem jest do wszelkiej zdrożności i nie zawahałby się nawet przed mordem! Jakoż wielce szanowanemu memu sąsiadowi, JPanu Orszy, człowiekowi już niemłodemu, a mającemu w świecie wielką konsyderacyą, przerąbał na wylot dwa żebra za to, że tenże JP. Orsza w słuszném będąc prawie, odmówił mu widzenia się ze swoją młodą żoną bez żadnych świadków. Również krwawo zakończyła się historya z JPanem Ostoją, któremu Krzystof porwał z domu nocną porą jedyną córkę — a gdy potém nieszczęśliwy ojciec legalnego ślubu od niego żądał, poczém do rozprawy na ostre przyszło, nietylko na starszego człowieka rękę z bronią podniósł, ale nawet spory kawal nosa mu uciąwszy, na całe życie szpetnym go uczynił. Daremnie chciałem tego warchola ugłaskać, namawiając go do ślubów kościelnych. Nie chce ani słyszéć o tém, a nawet grozi szablą każdemu, kto mu o ślubnym kobiercu wspomina. Jest to istny rozbójnik w swoim rodzaju; dla tego ostrzegam cię Jaśnie Oświecony Panie i Dobroczyńco, abyś domu swojego strzegł przed tym wilkiem, który jak widzę, już godzi na pewną zdobycz, jeżeli pazury swoje tak starannie pochował! Niechaj was Bóg ma w swojéj opiece, Jaśnie Oświecony Panie i Dobrodzieju — a jeżeli co złego się stanie, nie miej żalu do nieszczęśliwego rodzica, który wcześnie o tem cię ostrzegał.“
Gdy wojewodzina ten list przeczytała, złożyła z trwogą ręce i zawołała:
— Teraz pojmuję, dlaczego Pan Bóg nas karze! Cały tydzień padał deszcz rzęsisty, a raz nawet z gradem. Ks. Tymoteusz nakazał modły publiczne i powiada, że jakiś grzech popełniono, za który ta kara następuje. Myślałam z razu, że to się dzieje z przyczyny kucharza Jakóba, o którym mi doniesiono, że z Jagnieszką Sałatką żyje w związkach niepozwolonych. Doprowadziłam do tego, że wzięli z sobą ślub kościelny — a tu tymczasem wsunął się do domu inny grzeszniki!...
— Trzeba tę sprawę bliżéj zbadać — odpowiedział wojewoda — bo może w tém być jaka intryga familijna. Ojciec JPana Krzysztofa, jak to sam mi mówił, ożenił się powtórnie — być więc może, ze zawistna macocha kieruje starym!
— Ja. w nim przeczuwam libertyna. Wolterzyści rozchodzą się teraz po kraju ze swego gniazda stołecznego, a czém są oni, to przecicż wiesz mości wojewodol Człowiek-wolterzysta jest zdolny do wszystkiego! Król Fryderyk pisał jedną ręką filozoficzne listy do Woltera, a drugą fałszował monetę Rzeczypospolitêj!...
— Ależ o libertynizm nie możesz mościa wojewodzino posądzać JPana Krzysztofa. Kazałem właśnie mieć go na oku pod tym względem, i dowiedziałem się, że jest nabożnym człowiekiem i wypełnia należycie przykazania kościelne. Być więc tylko może, iż krew zbyt gorąca unosi go do burd i awantur. Potrzeba zatém, aby dom nasz cichy i spokojny był szkoła dla niego, z któréj może wyjść w świat czlowiekiem umoderowanym!
— Oby twoje nadzieje się ziściły, wojewodo!
— Nie przeszkadza to jednak, aby miéć baczne oko na niego. Jeżeli, jak list donosi, rzeczywiście jest dla obory tak niebezpiecznym wilkiem, to już twoja rzecz wojewodzino, strzedz swojej obory! Ja zaś zrobię, co do mnie należy.


Po téj poufnéj rozmowie wróciło wszystko We dworze do dawnego porządku. JPan Krzysztof ani domyślał się, co wkoło niego się działo. Zresztą nie potrzebował się teraz niczego obawiać, gdyż nie zrobił jeszcze żadnego kroku, który w oczach wojewody i wojewodziny mógłby uchodzić za karygodny. Nawet ks. Tymoteusz był z niego bardzo zadowolony. Krzysztof bowiem nietylko widocznie był człowiekiem religijnym, i codziennie w kaplicy dworskiéj mszy świętéj słuchał, ale nawet proprio motu często kapłanowi przy ołtarzu usługiwał, a na nieszporach śpiewał na chórze psalmy z organistą. Z tego powodu trudno nawet było wierzyć świadectwu ojca, jakoby ten człowiek był tak wielkim grzesznikiem, warchołem, jak go ten w liście swoim przedstawiał. Wprawdzie wiele można położyć na karb dzikich namiętności, gdy takowe nie są moderowane uczuciem religijném, ale gdzie to uczucie w całéj pełni było, tam trudno było przypuścić takich grzechów i wykroczeń. o jakie marnotrawnego syna posądzano.
Zdaje się jednak, że mimo to wszystko nie widziano w nowym dworzaninie tak łagodnego baranka, za jakiego z pozoru miećby go można. Nietylko wojewoda, ale nawet i ks. Tymoteusz patrzył na niego z pewną przezornością — nie mówiąc już o saméj wojewodzinie, która, jak troskliwa kokosza głosem trwogi ostrzegała swoje pisklęta, gdy jéj się zdawało, że jastrząb w obłokach krąży.
Tak stały rzeczy przez czas niejaki, i nikt się nawet nie domyślał, że po za tą pozorną ciszą odbywają się sprawy, które z natury swojéj wystrzegaią się dnia białego. A sprawy to były dwojakiego rodzaju. Jedne dążyły do złego, a drugie starały się cichaczem temu złemu zapobiedz. Dwór więc wojewody podobny był teraz do wielkiego państwa, w którém żywioły nieczyste pracują nad rozprzężeniem, a dodatnie walczą z pierwszemi cicho i niewidomie.
Za kilka miesięcy wyszło coś na jaw, o czém dawniéj nawet nikt nie pomyślał.
Najprzód pewnéj ciemméj nocy widział ogrodniczek, jak jeden z dworzan w sadzie, na który wychodziły okna fraucymeru, wdrapał się na wysoką gruszę i tam dosyć długo, pomimo niewygodnej pozycyi, wpatrywał się w jedno okno, które nie było przysłonione.
Był to Jmpan Krzysztof, a okno należało do Jmćpanny Doroty.
Gdy wieść o tem po izbie czeladnéj rozchodzić się poczęła, zawołał wojewoda ogrodniczka i wysłuchał go z uwagą.
Za kilka dni tenże sam ogrodniczek, ukryty za krzakiem agrestu, słyszał rozmowę, jaką prowadzili z sobą pan Krzysztof i panna Dorota. Oboje byli w cienistéj lipowéj alei i co chwila oglądali się wkoło siebie, czy ich kto nie widzi.
Pan Krzysztof trzymał Dorotę za rękę, a ona drugą ręką ocierała fartuszkiem łzy z oczu, jakby płakała.
— Bądż litosciwa na moje katusze — mówił do niéj pan Krzysztof, podkręcając wąsa — wszak wi‹ dzisz, żem rozgorzał dla ciebie ogniem miłości!
Dorota na to zapłakała i odparła:
— Coż ztąd, jeżeli chcesz, abym miłość twoję przechowała w tajemnicy przed światem, a nawet, abym ojcu Tymoteuszowi na spowiedzi o tém nie wyznała! Tak przecież poczciwe dziewczęta nie robią — a nawet i zacny kawaler tego od nich nie żąda!... Jeżeli chcesz, abym cię wzajemnie kochała, to pozwól, że o tém powiem naszéj matce i dobrodziejce wojewodzinie!
— Uchowaj Boże! — zawołał pan Krzysztof — toby nasze szczęście zabiło! Wiesz dobrze, że mam wyrodną macochę, która najlepszego ojca mego tak na swój sposób przerobiła, że wszystkiemi siłami przeszkadza temu, abym się ożenił!
Dorota znowu tutaj zapłakała i odrzekła:
— Przecież, jeżeli Jmpani wojewodzina w to się wda...
— Znam dobrze mego ojca — nic nie pomoże. Przeciwnie, wzmoże to tylko gniew jego!
— Jakaż więc przyszłość naszéj miłości? — jęknęła w bólu panna Dorota.
— Najlepiéj będzie, — odparł pan Krzysztof, jeżeli tę przyszłość samemu Bogu pozostawimy, a tymczasem upojeni szczęściem naszém...
Tu według opowiadania ogrodniczka pan Krzysztof zbliżył się jeszcze bardziej do panny Doroty, jakby jéj chcial coś do ucha powiedziéć, ale Dorota nie chciała zapewne tego słuchać, bo jedną ręką odepchnąła go, a drugą przytknęla fartuszek do oczu, jakby płakała.
Gdy wojewoda to wszystko wysłuchał, uśmiechnął się, a zażywszy ze złotéj tabakierki tabaki, poszedł do lipowéj alei, i tam z wojewodziną i ks. Tymoteuszem przez dobrą godzinę wesoło się zabawiał.
Jmpanna Dorota była ubogą panienką z dobrego szlacheckiego gniazda. Rodzice jéj w czasie rozterek publicznych utracili mienie, a wkrótce potém przenieśli się do wieczności. Pozostała sierota słynęła niezwykłą urodą. Miala duże piwne oczy i tak długie rzęsy, że ich nawet przymknąć nie mogła. Ztąd téż pochodziło, że spala z oczyma na pół przymrużonemi, za co ją towarzyszki lunatyczką nazywały.
Panna Dorota z razu gniewała się za to, ale gdy kilka towarzyszek wyraźnie zeznało, że ją widziały w nocy miesięcznej, chodzącą po lipowéj alei, chociaż to był już czas głębokiego spoczynku — biedna sierota zarumieniła się tylko, i od téj chwili bynajmniéj lunatyzmn swego się nie wypierała.
Nietylko we śnie, ale nawet i na jawie były te oczy zawsze na pół przymknięte. Zdaje się, że znowu cała wina ciążyła na tych zbyt długich rzęsach. We śnie nie mogły się one przymknąć szczelnie, a na jawie znowu nie pozwalała ich ciężkość, aby się zupełnie otwierały.
Były to dziwne, czarujące oczy. Kilku dworzan szalało za temi oczyma, nie mówiąc już nic o tych dołkach różowych, które za każdym uśmiechem otwierały się, jak łapki dla nieostrożnych, na téj pięknej i zawsze świeżéj twarzy. Nic więc dziwnego, że Jmpan Krzysztof powziął affekt do panny, która miała takie oczy i takie dołki zdradliwe na buziaku.
Dotąd wyglądało wszystko na pozór spokojnie, Panna Dorota modliła się przykładnie w kościele rano i w wieczór całowała rękę swojéj dobrodziejki, a z towarzyszkami była nawet wesoła. Kto jednak lepiéj jej twarzyczce się przypatrzył, ten widział tam bladość, niezwykłą i dwa nieznaczne fałdziki na czole, które są oznaką, że kobieta nie zawsze jest w zgodzie z sobą i światem. Nawet dawna wesołość odstąpiła ją, a pieśni, które przy klawikordzie śpiewała, były smutne i rzewne. Wesołe sąsiadki mówiły między sobą, ze lunatyzm panny Doroty wzmaga się coraz więcej, i że nawet wtedy ją niepokoi, gdy księżyca niéma na niebie.
Pan Krzysztof sprawował się wzorowo. Rano śpiewał godzinki; na nieszporach pomagał na chórze organiście. Marszałek dworu zauważył tylko, że przy stole jednym łykiem czasem wypróżni kielich, czego pierwéj zawsze się wystrzegał. I to także uderzyło go, że często gęsto przymilał się staréj klucznicy Maciejowéj, za co ona tajemniczym sposobem wpuszczała go do apteczki i tam lampką nalewki go częstowała.
Towarzysze pana Krzysztofa także spostrzegli na nim pewną zmianę. Pierwéj był rozmowny i wesoły, a teraz chodził po całych godzinach zamyślony, jakby chciał pisać dzieło „O poprawie Rzeczypospolitéj,“ lub co gorszego jeszcze w głowie swojej rozbierał. Czasami nawet widzieli, że jakiś dziki ogień strzelał z jego oczu — a jeżeli zaciśniętą ręką włosy potarł, to z tych włosów wylatywały takie same iskry, jak z sierści czarnego kota.
Od niejakiego czasu była nawet trudna z nim rozmowa. Był impetyczny i zapalał się przy każdém zdaniu, z którém się nie zgadzał.
Otoż razu jednego, gdy ks. Tymoteusz na tekst Pisma Św. o wilkach w baraniéj skórze przy wieczerzy szeroko się rozwodził i z pewnym naciskiem o takich wilkach mówił, które pod pozorem baraniéj łagodności wciskają się do spokojnéj owczarni, aby tam potém niecne spustoszenia poczynić — wychylił pan Krzysztof jednym haustem spory kielich, a wstawszy od stołu, cichaczem wyniósł się do ogrodu.
W ogrodzie za krzakiem agrestu już czekał na niego sprytny ogrodniczek.
I pan Krzysztof rozpiął żupan i zdjął czapkę. Wiatr chłodny obwiał go do koła. Zdaje mi się, że to mu trochę ulżyło, bo odetchnął całą szeroką piersią swoją, aż dwie wrony z przestrachu z gałęzi upadły.
Niejaki czas chodził po alei, jakby się chciał pozbyć jakiegoś wewnętrznego ognia, który go palił. Otworzył nawet żupan na piersiach, zkąd widocznie jakaś gęsta para buchała. Wiatr rozwiewał jego długie włosy, a w dalekiéj dziupli drzewa odzywał się złowrogi puszczyk, jakby ludziom chciał co złego zwiastować.
Widać jednak, że Krzysztof nie mógł się ochłodzić, kroki jego były coraz szybsze, coraz bardziej niespokojne. Wreszcie przystąpił do okna panny Doroty.
Dorota właśnie co przeszła do swojéj izdebki i świecę zaświeciła.
— Zgaś świecę! rzekł przytłumionym głosem pan Krzysztof.
Dorota zgasiła świecę i przystąpiła do okna, jak to zwykła była czynić, gdy Krzysztof chciał z nią rozmawiać.
— Doroto — rzekł ponuro Krzysztof — dłużéj tych katuszy nie wytrzymam! Albo muszę miéć twoję wzajemność, albo... tém oto żelazem przybiję sobie pierś na wylot, aby więcéj nie cierpieć!
Dorota załkała płaczem, bo w téj chwili z fałdów żupana wydobył Krzysztof lśniący puginał włoski, który zawsze nosił przy sobie.
— Przebóg! — zawołała, wychylając się przez okno i białą rączką chwytając za żelazo — przebóg. Krzysztofie, nie czyń tego! Zaklinam cię na pięć bolesnych ran Zbawiciela!
Krzysztof z razu drgnął na wspomnienie pięciu ran Zbawiciela, ale widać, że dzika namiętność górę wzięła nad skuteczném ongi lekarstwem. Oczy jego zapłonęły jeszcze większym ogniem. Kurczowo ścisnął rękę Doroty.
— Nie sącz wody do kotła. — zawołał, w którym się, jak czarna smoła pali krew moja! To tylko wzmaga kipienie i pryskanie!... Wyjdź do mnie z izdebki... przejdziemy się po chłodnéj alei! Potrzebuję powietrza, albo burzy!
Dorota cofnęła białą rękę. — Nie pójdę — rzekła — do chłodnej alei wśród nocy, bo to najprzód rzecz zdrożna, a potém ludzie słusznie wzięliby mnie na języki.
— Cóż cię głupi ludzie obchodzą?
— Bóg przemawia głosem opinii ludzkiéj!
— Śmiéj się z tego! Wyjdź do mnie!
— Jak sobie postanowiłam — tak téż i wytrwam w postanowieniu!
— Cóżeś postanowiła?
— Że z tobą nigdy już sam na sam mówić nie będę, o czém teraz ci powiadam!
— Więc chcesz mojéj śmierci?
— Przecież przed śmiercią jest jeszcze inne lekarstwo!
W téj chwili z poza ciemnéj chmury wychylił się ciekawy księżyc i jasném światłem oblał cudne oblicze dziewicy.
Dorota miała teraz twarz tak uroczą — tyle dołków i dołeczków otworzyło się nagle na tym różowym buziaku przy smutnym uśmiechu, z jakim na kochanka spojrzała... tak dziwny blask miały te cudne, na pół zmrużone oczy, i tak jakoś filuternie patrzyły, że Krzysztof sam nie wiedział, co się w téj chwili z nim działo. Zdawało mu się, że jakaś niezwalczona siła prze go do tych cudnych oczu, do tych ust z korali, do tych białych łabędzich ramion. Zdawało mu się, że bez téj kobiety żyć nie może!
— O jakiémże lekarstwie mówisz? — zapytał, cały drżąc na ciele.
Dorota rozśmiała się przez łzy, a zdjąwszy zpalca ślubną obrączkę babuni, mignęła mu nią przed oczy.
Zbladł na widok ślubnéj obrączki pan Krzysztof, i o dwa kroki od okna się oddalił. Skrzyżował ręce, i tak przez chwilę w nią się wpatrywał.
Usłużny dla kochanków księżyc był tym razem w przymierzu z dziewicą. Najlepszém światłem swojém wybielił jéj twarz piękną, jakby najdroższym pudrem paryzkim, pod urocze oczy rzucił cień misterny, jakiego mogła mu pozazdrościć dama w sukni balowéj, wybierająca się na bal dla ubogich, koniec ciekawego noska zaokrąglił według wszelkich reguł akademicznych, a na wypukłe usta rzucił czarowny cień smutku, jakby rzewną tęsknotę ku temu wszystkiemu, co mogła przypominać owa słaba obrączka babuni...
Słowem, księżyc-pastelista tak uroczo wymalował dzisiaj twarz Doroty, jakby tego w żaden sposób dokazać nie mogła biegła w tym kunszcie dama salonowa!
Krzysztof wpił się cały wzrokiem w tę twarz, a od czasu do czasu jakieś kurczowe drganie przebiegało po jego na pół otwartych ustach.
Wreszcie skrzywił się jakimś brzydkim uśmiechem, a promień złowrogi strzelił mu z oczu.
— Więc chcesz ślubu? — ozwał się syczącym głosem, jak gadzina; chcesz ślubu, księdza, organisty i ślubnéj obrączki?...
Dorota spuściła oczy, ale uśmiech na ustach potwierdzał to, o czém mówił pan Krzysztof.
Jeszcze więcéj wykrzywila się twarz Krzysztofa.
— Ślubu, ślubu chcesz! wołał głosem puszczyka: ha! ha! ha! Więc miłość moja, która mi krew pali, w téj chwili nie wystarcza tobie!... Ale chcesz ślubu, zimna kobieto! Chcesz księdza w ornacie, organisty i dziada kościelnego! ha! ha! ha!...
Śmiech Krzysztofa był tak okropny, że aż stado wron zerwalo się z lipy, aż ukryty za agrestem ogrodniczek poczuł mrowie w całém ciele.
— Czyż żądam od ciebie czegoś niepodobnego? — za pytała z cicha przestraszona dziewica; — czyż dwoje kochanków nie łączą się ślubem przed księdzem?
— Tak.. tak... ślubem! ha! ha! ha!
— Jeżeli z tego się śmiejesz, to zamknę okno i więcéj z tobą mówić nie będę! I biała dłon Doroty sięgnęła po rygiel okna.
Zbladły usta Krzysztofa i drgnęły.
— Przebóg! co robisz! — zawołał, wstrzymując okno: — przecież nie każesz mi umierać pod oknem!
— Jeżeliś taki, to umieraj sobie! — spokojnie odpowiedziala Dorota.
Zgrzytnął zębami Krzysztof i potarł kułakiem po czarnéj glowie, aż się iskry posypały. Po chwili uspokoil się na pozór i rzekł:
— Bóg mi świadkiem, że niczego tak gorąco nie pragnę, jak ślubu z tobą!... Wprawdzie chciałem to inaczéj urządzić, ale, jeżeli ty tego tak nagle pragniesz... więc dobrze! Weźmiemy ślub!
Księżyc schował się w téj chwili. a biedna Dorota nie widziała twarzy Krzysztofa, po któréj przemknął teraz wyraz jakiś szatański. Nie widziała twarzy, tylko słyszała słowa jego. A słowa te były tak słodkie! tak rozkoszne! Ślub... ślub z ukochanym... ach! ileż to szczęścia! ile rozkoszy!...
Wychyliła się przez okno i podała mu białe czoło do pocałowania.
— Więc zgadzasz się na ślub, mój drogi? —szepnęła głosem omdlewającym... więc będziemy mężem i żoną, jak prawo boże każe?
Krzysztof wycisnął na twarzy dziewicy gorący pocałunek.
— Będziemy mężem i żoną, — odrzekł. — najdléj za dwa tygodnie! Weźmiemy ślub w kościele, ksiądz zwiąże nam stułą ręce, a organista zahuczy na chórze: „Veni Creator“... A co? czy nie będzie rozkosz wniebie i na ziemi!
— Prawda... w niebie będą się cieszyli aniolowie, że dwoje ludzi na ziemi są szczęśliwi!...
Nastąpiło milczenie. Księżyc cofnął się, aby szczęścia dwojga ludzi nie spłoszyć. Krzysztof objął rękoma piękną głowę; dziewicy i tulił ją do gorącego łona.
— Już odejdź teraz!.. — szepnęła po chwili Dorota — odejdź, bo mam jakieś złe przeczucie!
— Przecież trzeba jeszcze o tym ślubie coś powiedziéć, — odparł przytłumionym głosem Krzysztof.
— Będzie czas na to jutro!
— Ślub nasz będzie trochę... niezwykły!
— Jakto niezwykły?
— Bo widzisz... jeżeli tak prędko ślubu pragniesz, to ślub ten... jak na teraz.... musi się odbyć bez woli mego ojca!
— Jeżeli ojciec twój jest tak nieubłagany... przecież jesteś pełnoletni!
— I wojewodzina.... i wszyscy tu we dworze nie mogą nie o tym ślubie wiedzięć!
Wojewodzina?.... Nigdy! Ponieważ ona jest dobrodziejką naszą!
— Intryga mur przebije. Ojciec mój, czy raczéj macocha tak tutaj rzeczy nastroiła, że ani wojewodzina, ani wojewoda na ślub nasz nie pozwolą!
— To być nie może! Rzucimy się im do nóg!
— Nic niepomoże! Już tę rzecz zbadałem! Czekają tylko chwili, aby mnie od ciebie na zawsze oderwać!
Dorota załkała płaczem.
— Ja bez ciebie umrę — zawołała.
— Ja bez ciebie żyć nie mogę — odparł Krzysztof.
I znowu schował się księżyc za chmurę.
— Jakiż jest na to sposób? — zapytała po chwili, wywijając się z objęć dziewica.
— Jeden jest tylko sposób! — odparł stanowczo Krzysztof.
— Jaki sposób?
— Weźmiemy ślub — potajemnie!
— Potajemnie! — Ja cię wykradnę... i zawiozę do kościoła!
— Wykradnę... zawiozę do kościoła...
— Postaram się o księdza i wszystko!
— O księdza i wszystko...
Głuche zapanowało milczenie. Dorota prawie bez myśli powtarzała słowa Krzysztofa.
Po chwili odetchnęła pelną piersią.
— Nie! Przenigdy! — zawołała, łamiąc białe ręce: — nigdy tego nie zrobię! Cóż wojewoda, cóż wojewodzina moja dobrodziejka!...
— Po ślubie rzucimy się do nóg wojewodziny i wojewody, wojewoda napisze do mego rodzica, trochę będą dąsy, a potém zapanuje zaiste zgoda. Takim tylko sposobem przetniemy intrygę macochy; inaczéj będziemy rozdzieleni na wieki, a ja umrę marnie lub wstąpię do kapucynów!
W téj chwili pod agrestem coś zatrzeszczało, a spłoszeni kochankowie rozeszli się, odkładając resztę do jurzejszéj pogadanki.


Nazajutrz cały dzień przeleżała Dorota w łóżku; miała twarz zarumienioną i usta spalone gorączką. Gdy ją wojewodzina odwiedziła, chwyciła ją za ręce i zaczęła je łzami oblewać. Chciała się jéj zwierzyć, chciała jéj o tém wszystkiem powiedziéć, co wczoraj mówił do niéj Krzysztof, ale coś w gardle na poprzek stanęło tak, że słowa wydobyć nie mogła.
Silna gorączka wzmagała się coraz więcej. Gdy oczy przymknęła, zdawało się jéj, że śni na jawie. Widziała Krzysztofa przed sobą za oknem, który tak słodkie rzeczy prawił jéj do ucha. „Biedny Krzysztof! myślała sobie, ta okrutna macocha tak go prześladuje! Czyż innéj drogi niéma, aby dojść do szczęścia? Czyż koniecznie trzeba ztąd uciekać i potajemnie brać ślub z Krzysztofem? Cóż na to ludzie powiedzą?... Czyż się to nie wydarza między ludźmi? Czyż nie opowiadał dopiero przed tygodniem kwestarz z Narola, że Imćpanna starościanka przemyska uciekła z domu rodzicielskiego z Imćpanem Wolskim chorążym, a potém za pośrednictwem generała ziem podolskich przyszła zgoda familijna do skutku?... Czyż to tak się nie może stać?... Przypadki przecież nie chodzą po lasach i górach, ale po ludziach! A zresztą czyż można być tak okrutną i Krzysztofa zabijać?... Można przecież potém zadać sobie za to jakąś pokutę!... ofiarować jakie votum do Pana Jezusa Milatyńskiego... a jałmużnę rozdać pomiędzy ubogich!... A jeżeli ludzie odpuszczą, to przecież i Pan Bóg będzie także litościwy i z księgi wiecznej wymaże przewinę, która nikomu nie zrobiła uszczerbku!“...
Takie gorączkowe myśli biegały Dorocie po głowie. Płakała biedna gorzko, a za chwilę znowu wznosiła się jéj pierś radością, że ukochany Krzysztof będzie jéj mężem wobec Boga i ludzi!
Myśl ta rozkoszna zacierała coraz więcej czarne chmury, jakiemi trwożyło się tkliwe sumienie... Krzysztof był z każdym dniem weselszy i z fantazyą podkręcał piękne wąsy.


Za kilka dni wybrał się Krzysztof do miasteczka na jarmark, jak o tém mowił marszałkowi dworu, a przez okno szepnął Dorocie, że udaje się do konsystorza, aby indult potrzebny do ślubu wyrobić.
Marszałek dworu nic nie miał przeciw temu, prosił go tylko, aby dla różnych sprawunków wziął z sobą ogrodniczka.
Zaraz po wyjeździe Krzysztofa zawezwał wojewoda sekretarza swego do gabinetu, wygotował z nim razem długi list, a zapieczętowawszy go lakową pieczęcią, kazał sekretarzowi z nim natychmiast wyjechać do ziemi Sanockiéj.
Tego samego dnia, po krótkiéj naradzie z wojewodziną, wyjechał także ks. Tymoteusz do biskupa z doroczną jałmużną dla biednych.
Gdy takie rzeczy we dworze się działy, Krzysztof tymczasem zdążał do miasteczka, gdzie właśnie odbywał się jarmark. Jak zwykle na jarmarku, było dużo Żydów, chłopów i szlachty. Ciżba była i tłum niezmierny. Krzyk, hałas, popychanie zewsząd.
Krzysztof przerżnął się przez tłum i wszedł do gospody, przed którą wisiała złota wiecha.
W gospodzie było pełno. Po minach buńczucznych, łbach pokaleczonych poznać można było szlachtę zaściankową. Odbywała się właśnie przy obfitéj konsumcyi miodu i Węgrzyna, jakaś kłótnia sąsiedzka. Barczysty szlachcic z przekrojonym nosem, w siwej sukmanie, rysował właśnie palcem na stole plan swojéj zagrody, i wzywał sąsiadów, aby wydali wyrok, kto ma słuszność. Nizki, z chytrém wejrzeniem sąsiad jego mazał mu ustawicznie rysunek, a natomiast lepkim miodem kreślił jakieś zagadkowe figury.
— Panowie bracia! — wołał barczysty — osądźcie sami, czy ja chcę jego zguby? Sam zaorał mi miedzę...
— Proszę uniżenie, — replikował chytry: — tu była stara miedza jeszcze za króla Sasa...
— Za króla Sasa waść chodziłeś przecię boso!
Mater Dei! Ja... chodziłem boso... ja, familiant królewski!
— Fortunę waszę czapką nakryję!
— Moja fortuna nie szeroka, ani długa, ale wysoka i głęboka!
I dwie szable skrzyżowaly się pod łbami pijących.
W téj chwili przybyla do nich trzecia.
— Toż pro bono publico nie było waszych szabli, a tu w gospodzie przy miodku łby sobie krajacie! — zawołał nowo przybyły gość, aż szklanki zabrzęczały.
— Któż waść? — zapytało kilka głosów.
— Zaremba! — odpowiedział Krzysztof, — a wy?
— Ja... Popiel, — rzekł barczysty.
— A ja, Leszczyński, — zawołał chytry.
— Wiwat królewscy familianci! — zawołał Krzysztof. — Héj! miodu!
I kilka szklenic trąciło się na zgodę braterską.
Kiedy już z czupryn dobrze kurzyć się zaczęło, kazał Krzysztof Żydkowi alkierz otworzyć, a wybrawszy pięciu z pomiędzy szlachty, którzy najlepiéj mu się podobali, zamknął się z nimi w alkierzu przy pełnych gąsiorach.
— Czy umie który z was śpiewać, jak klecha? — zapytał po piątym gąsiorku Krzysztof.
— Mogę całą mszę świętą i nieszpory grać na organach, — odpowiedział długi Sulima.
— A cóż ten tego... tak, jak to ksiądz przy ołtarzu recytuje? — Odprawię przyzwoicie całe nabożeństwo, a nawet nieboszczyka mogę pochować, — zawołał jeden z potomków królewskich.
— Więc zgoda! Zabawimy się!
— Jakto?
— Dacie mi ślub z pewną dziewoją w pustym kościołku na Wilczejłapie, a ja wam za to sprawię takie wesele, jakie tylko w Kanie galilejskiéj być mogło!...


Nadeszła niedziela. Dorota wstała blada. Miała oczy czerwone, a usta były spalone gorączką.
W kaplicy dworskiej klęczała całą mszę świętą na posadzce i modliła się gorąco. Obfite łzy płynęły z jéj oczu. Pierś jéj wznosiła się i zapadała jakąś boleścią kurczową.
A gdy wieczorem wszystko się uciszyło, gdy już nawet stróż dworski pod bramą się położył, aby tam słonka bożego w miłych snach wyczekiwać, wymknęły się z domu dwie białe postacie kobiece i ciemną aleją zmierzały do tylnéj furtki.
Za furtką na wózku siedział Krzysztof.
— Po cóż tę starą babę? — fuknął gniewnie. — Będzie za świadka! — szepuęła Dorota i zapłonęła, jak alkiermes.
Kobiety siadły na wózek, a Krzysztof zaciął konie.


Szlachta zagrodowa wespół z potomkami królewskimi święcie dotrzymała słowa. Zaraz ze zmierzchem stawiła się w pustym domku leśniczówki. Zastała tam Krzysztofa, który już postarał się o ornat, krzyż, kropidło i stułę. Postarał się przytém o smaczny napitek, który w kilkunastu gąsiorach stał na stole. Nie zapomniał także o bigosie i kiełbasie z kwaśnym sosem.
Za chwilę zajęła się szlachta przekąską, a pan młody pojechał po pannę młodą.
Szczęście chciało, że zaledwie Krzysztof na skręcie drogi zniknął, zaturkotał wózek przed leśniczówką. Szlachta wyjrzała oknem, a do okna śmiała się poczciwa twarz kwestarza.
— Kwestarz! kwestarz! — zawołano chórem. — Wybornie, wziąć mnicha z sobą!
I wszyscy wybiegli przed okno, i ściągnęli z wózka kwestarza, który się wcale nie opierał.
Kwestarz był człowiek wesoły. Zaczął stroić różne żarty, opowiadać dykteryjki. A gdy z jednego i drugiego gąsiorka skosztował, skrzywił się i splunął.
— A cóż to waści nie smakuje węgrzyn? — zapytał potomek królewski.
— Mamci ja coś lepszego! — odparł braciszek, i poszedł do wózka.
Wkrótce wrócił z niewielką flaszyną. Otworzył i nalał kieliszki.
Skosztował potomek królewski: coś dobrego! Skosztował drugi: jeszcze lepsze!... I wkrótce wypróżniła się flaszka.
— Tam do katal! — zawołał jeden, — pana młodego tak długo nie widać!... Coś mi się oczy kleją!
— To prawda, że długo nie wracał — bełkotał drugi: trochę się zdrzemnę!
— Jak przyjedzie, niech nas kto zbudzi!
— Przecież on prosto przyjedzie do kościołka!
— Prawda, prawda, tak powiedział! trzeba się udać do kościołka!
— Ale ręczę wam, że i za trzy godziny jeszcze czas będzie! Możemy się zdrzemnąć trochę!
I gdy jeszcze ten i ów coś bełkotał, zabrał się braciszek po cichu i wyszedł z izby.
W izbie spali wszyscy w najlepsze!


Noc była ciemna. Rozdarte chmury przemykały się po niebie, gnane wiatrem zachodnim.
Po żwirowéj drodze pędził wózek. Na wózku siedziały dwie kobiece postacie. Furman w kontuszu zacinał konie, aż pianą pryskały, a kobiety modliły się i żegnały przed każdą figurą, która, jak wiadomo przemykała się koło nich.
Dorota nie widziała w téj chwili twarzy Krzysztofa. Była ona ciemna, jak z bronzu, w oczach palił się ogień złowrogi, a usta wykrzywiły się brzydkim, złośliwym uśmiechem.
Wreszcie zamajaczył w dali pod lasem mały, opustoszały kościołek. W oknach kościołka widać było słabe światełko. Zapewne przyjaciele Krzysztofa byli już na stanowisku.
Rozśmiał się szyderczo Krzysztof, aż się w lesie coś także zaśmiało. Silny wiatr, który dął po gałęziach, nie pozwolił tego śmiechu usłyszéć biednéj Dorocie.
Wreszcie zatrzymał się wózek przed starym kościółkiem.
Krzysztof zeskoczył z wózka i wziął Dorotę na ręce. Twarz oblał mu dziki płomień.
— Pójdź gołąbko! — rzekł pieszczotliwie: — czeka na nas ksiądz ze ślubnym pierścionkiem.
Dorota otarła z łez oczy i przytuliła się cała drżąca do ramienia narzeczonego.
Oboje weszli z wolna do kościołka.
W kościołku było cicho. Mała lampka paliła się przed wielkim ołtarzem. Przy ołtarzu ledwo migotały dwie świeczki. Po kątach i na środku było ciemno, jak w grobie.
— Jak tu ciemno i straszno! — szepnęła Dorota, i przycisnęła się do ramienia narzeczonego.
— Nie lękaj się! — odparł Krzysztof, tłumiąc w sobie jakiś śmiech szatański: — wkrótce rozjaśni się szczęściem naszém całe niebo nad nami! Jakaś ciemna postać zaruszała się przy ołtarzu.
Był to ksiądz w ornacie. Na chórze zatrzeszczały miechy stare. Zapewne potomek królewski w roli organisty. Od zakrystyi zbliżyły się jakieś dwie zakapturzone postacie.
To zapewne świadkowie...
Ksiądz skinął od ołtarza. Państwo młodzi zbliżyli się i uklękli na stopniach.
— Masz Krzysztofie wolną i nieprzymuszoną wolę pojąć Dorotę sobie za małżonkę? — zapytał zmienionym głosem kapłan.
— Masz Doroto?... — mówił daléj zwrócony do panny młodéj.
Krzysztof i Dorota odpowiedzieli głośno i wyraźnie: Mam!
Zaczęła się ceremonja ślubu...
Dopiero gdy młoda para ostatnie słowa przysięgi wymówiła, gdy kapłan z uroczystością dwa palce do góry podniósł i błogosławieństwem przysięgę niezłomną zatwierdził: zajaśniał nagle kościołek, jakby jasny piorun z nieba w sam środek uderzył.
Krzysztof obejrzał się na jednę a Dorota na drugą stronę!
Przebóg! Cóż tam widać!
Oto w kościołku stoi przy zapalonych pochodniach naszykowany cały dwór wojewody!...
Sam wojewoda w atłasowym żupanie z wojewodziną stoi na przedzie!...
Obok nich stoi ojciec Krzysztofa z żoną...
Daléj dworzanie, panny, drużbowie, druchny a nawet służba dworska!...
— Amen! Amen! — zawołał ks. Tymoteusz głosem naturalnym.
— Amen! — zawołal ojciec Krzysztofa.
— Amen! — zawołał wojewoda i wojewodzina, a za nimi powtorzył cały orszak!...
Krzysztof myślał, że rzeczywiście piorun z jasnego nieba uderzył.
— Jakto? — zawołał, przecierając oczy, — jakto?... Byłże to prawdziwy sakrament?
I jak wilk rozżarty zgrzytnął zębami.
— Sakrament jest tylko jeden! — odpowiedział z dobrocią ks. Tymoteusz.
— Synu mój, drogi synu! — zawołał ojciec, biorąc go w ramiona: — Bogu dziękuje, że cię zawrócił na drogę prawa bożego!
— Synu mój! — zawołała macocha, i złożyła pocałunek na jego czole.
Krzysztof wyrzucił z piersi tak straszny ryk, aż szyby w oknach zabrzęczały....
Był to ostatni ryk złego ducha, który go w téj chwili opuszczał..,.
Spuścił głowę na piersi, a łzy polały mu się po twarzy.
— Więc to był prawdziwy sakrament! — szepnął z cicha i zaczął płakać, jak dziecko.
— Sakrament. — Odparł ks. Tymoteusz, i to ze wszelkiemi formalnościami!
— Niech się dzieje wola boża! — rzekł z pokorą, i całą siłą uderzył sie w piersi, jak grzesznik pokutujący.

∗                ∗

Powyższą staro-szlachecką historyjkę opowiadał mi po raz setny mój sąsiad, stary gaduła zapytał:
— Cóż myślisz?
— Że z takim warcholem była nieszczęśliwa!
— Otóż mylisz się. Czytuję ja dzisiaj, że tam gdzieś powstali nowi mędrcowie, którzy człowiekowi odbierają Boga i robią z niego tylko zwierzę uszlachetnione. Otóż temu zwierzęciu chcą wywalczyć tak zwany „wolny wybór,“ jaki się między niższemi zwierzętami praktykuje! a to kosztem praw bożych!... Wierzaj mi nim ta nowa teorya weszła, już była od wieków praktyka. Praktykowali ją ludzie, depcząc prawa bozkie i schlebiając swoim namiętnościom brzydkim. Taki był i Krzysztof. Gdy sobie coś upatrzył, szedł przez miecze, aby tylko celu dopiąć, istny rozbójnik porządku spolecznego!
— Takiego czlowieka trzeba bylo w lamusie osadzić lub w domu waryatów zamknąć, ale nie robić ofiary z biednej Doroty...
— Cóż chcesz! Mój ojciec znał go doskonale! Człowiek łagodny, mąż, jak najlepszy, ojciec-wzorowy!
— Jakto? Krzysztof?
— Tak jest, Krzysztof! Ale na to wpłynął medykament, o który dzisiaj tak trudno!
— Medykament? Jaki medykament?
— Oto ludzie mieli krew gorącą, mieli błędy, ale mieli wiarę, religią. Wiara zwalczała złe i nieraz dokazywała cudów... Gdy się pan Krzysztof dowiedział, że to nie był żart bezecny, ale prawdziwy sakrament małżeństwa, ukorzłl się przed prawem bożém. Wszedł pokornie w obowiązki małżeńskie i stał się tak potulny i łagodny, jak baranek... Wprawdzie wielka zasługa należy się Dorocie, która tego dzikiego człowieka umiała ugłaskać i długie lata na jedwabnym prowadzić pasku!... Mówię ci, że niktby nie uwierzył, że to był ten sam człowiek, który ludziom żebra łamał i nosy obcinał!...
— Więc sądzisz, że ten ślub mimowolny...
— Tak jest: prawo boże uszlachetniło porywy krwi gorącéj, i stał się ztąd związek miły Bogu, a pożyteczny ludzkości! Wezbranéj powodzi dano pewne, prawidłowe koryto! Nad prawem bowiem krwi i namiętności, nad prawem natury górować musi prawo boże, a gdzie tego porządku niéma, tam niéma czlowieka, ale jest zwierzę!...
Tu na nieszczęście przerwal zapał mego sąsiada konserwatysty arendarz z próbką pszenicy w garści.
Rozmowa nasza się urwała.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Chryzostom Zachariasiewicz.