Ślepy Arab

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Ślepy Arab
Podtytuł (Z podróży po Afryce Północnej)
Pochodzenie Po szerokim świecie
Wydawca Ignacy Płażewski
Data wydania 1925
Druk Zakł. Graficzne B. Wierzbicki i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ŚLEPY ARAB.
(Z podróży po Afryce Północnej).

Szedł bez celu.
Patrzał, lecz nic nie widział — ani strojnego tłumu „paryżan Afryki“, jak siebie nazywają Francuzi w Algierze, ani niknących z hałasem tramwajów, ani morza ciemnego, jak najciemniejszy szafir, ani wspaniałych drzew, nigdy nie zrzucających bogatych szat.
Był bardzo zamyślony, a myśli jego nie były wesołe, gdyż marszczył czoło i mocno zaciskał blade wargi. Nie cieszyło go zimowe słońce Algieru, purpurowo-żółte, łagodne i łaskawe, jak uśmiech pogodnego starca.
Ciepło było i żaden listek na drzewach nie drgnął, lecz idący w zadumie człowiek podniósł kołnierz palta i raz po raz pocierał zimne ręce.
Zatrzymał się nareszcie i, zdawało się, oprzytomniał. Stał tuż nad portem, oparty o kamienny parapet Boulevard de la République. Oprzytomniał zupełnie i rzucił okiem na olbrzymią przestrzeń zatoki, gdzie huczały przychodzące i odpływające statki, warczały krany elektryczne i setki robotników wszystkich barw, odcieni i narodowości darły się w niebogłosy, znosząc ciężkie paki z daktylami i duże bele wełny kejruańskiej.
Grymas ostrego bólu nagle wykrzywił bladą, zbiedzoną twarz.
— Czyżby... czyżby i ci? — syknął.
Przed oczami powstał mu po raz tysiączny obraz z życia lat ostatnich. Po męce i zgrozie ucieczki z Rosji przybył ze swego majątku na Podolu do Polski, służył w wojsku, gdy kraj zażądał ofiary krwi i życia, a później trafił w toń codziennego błotka parafjalnego, w wir drobnego podstępu, plotek, oszczerstw i zawiści.
— Ciasno, ciasno tam — u nas! — pomyślał.
Przypomniał sobie, że do tego wniosku przyszło też 3 przyjaciół-sąsiadów, przybyłych z nim z Podola. Naradzili się, a pewnego dnia wyruszyli w świat daleki, aby szukać szerokich pól i wolnego powietrza, którego na rodzimej ziemi im zabrakło. Postanowili jechać do Afryki, do Konga, gdzie jeszcze wre walka o każdą piędź ziemi, o każdy krok wgłąb dziewiczej dżungli, lecz gdzie też cenią rozmach mięśni i mózgu, wytrwałość i poryw.
Przybyli do Algieru. Tu on zachorował, a był nie sam, gdyż miał ze sobą żonę i córeczkę kilkumiesięczną. Był więc zmuszony pozostać tu, w tym rozpalonym do białości Algierze, towarzysze zaś podróży pojechali dalej, obawiając się, aby nie opuścić sezonu, a że on był najbogatszy, więc oddał im znaczną część swoich pieniędzy, które mieli mu zwrócić natychmiast po urządzeniu się na jakiejś upatrzonej plantacji.
Minęło już jednak sześć miesięcy, a od przyjaciół nie było ani listu, ani pieniędzy. Tymczasem szczupły zapas franków doszedł już do końca. Nie mógł pracować, gdyż wciąż zapadał na zdrowiu. Żona, młoda, zawsze pogodna, pełna pomysłów i wielkiej siły ducha kobieta, sama zabrała się do pracy, odnajmowała pokoje i dawała obiady. Istnieli z dnia na dzień i czekali na wieści od tamtych. Lecz wieści nie przychodziły. Spochmurniała twarz chorego, i coraz częściej, sprawiając mu ostry, nieznośny ból, przeszywała mózg myśl, pełna gorzkiego zwątpienia.
— Czyżby i oni, przyjaciele z dni dziecinnych, rodacy, nie dotrzymali obietnicy i pozostawili nas na pastwę losu? Czyż to być może?!
Nie chciał dać samemu sobie odpowiedzi na to pytanie, gnębiące go coraz częściej. Nie odpowiedział też nań i teraz, tylko wargi zacisnął i znowu zamyślił się głęboko.
Była to właśnie wigilja Bożego Narodzenia, a on nie miał, ani na wieczerzę tradycyjną, ani na upominki dla żony i córeczki, ani na choinkę, którą już był upatrzył na łodzi jakiegoś rybaka z Kabylji, z przeciwległego brzegu zatoki.
Westchnął i bez celu powlókł się dalej. Nie spostrzegł nawet, że wszedł na ulicę Bab-el-Oued, i tu nagle uderzył go dziwny w swej architekturze niemal pogańskiej kościół Notre-Dame des Victoires. Ogromna, ośmiokątna kopuła nad ciężkim kwadratowym budynkiem z olbrzymich, ociosanych głazów wywołała wspomnienia o historji tej budowli.
Niejaki Piccini, Włoch, krewny dwóch kardynałów, nagle wyemigrował w 1617 roku z Florencji do Algieru. Tu przyjął muzułmanizm, stał się gubernatorem i zarazem potężnym korsarzem, znanym pod imieniem Ali Bicznin, który był postrachem dla kupców, pływających po morzu Śródziemnem. Ten to Ali zbudował meczet Proroka, który z 1843 roku opuścił święty „mihrab“, ustępując miejsca Chrystusowi.
— Krewny kardynałów i też zdradził, a cóż dopiero — oni? — pomyślał, i postacie trzech przyjaciół, jak żywe, stanęły mu przed oczami. Nie patrząc już więcej na dzieło straszliwego renegata, szedł dalej, idąc w stronę starego miasta, pnącego się do góry, gdzie na szczycie stały ruiny tureckiej twierdzy — Kazby. Krętemi, ciągle załamującemi się, krzyżującemi uliczkami, brudnemi schodami, wykutemi w skałach, podnosił się coraz wyżej i wyżej.
Zatrzymał się na chwilę, aby odpocząć trochę; czynił to jednak bezwiednie, jak wszystko to, co robił w ciągu ostatnich dni wielkiego zwątpienia w czystość duszy ludzkiej, zamknięty w trzech dawnych przyjaciołach.
— Panie Wojnarowski! — zagadnął go nagle przechodzący Francuz, kalecząc straszliwie polskie nazwisko. Był to jeden ze stołowników żony, drobny urzędnik telefonów. — Co pan tu robi?
Wojnarowski drgnął i po chwili namysłu odparł zmieszany:
— Zwiedzam miasto...
— Pogoda istotnie prześliczna! — zawołał Francuz. — Do widzenia! Spieszę się na dyżur.
Wojnarowski pozostał sam i chciał iść za Francuzem, lecz coś ciągnęło go dalej. Nie mógł się oprzeć tej niepojętej sile i poszedł. Ujrzał wkrótce mały meczet Dżama Safir, i w pobliżu zatrzymał się około trzech wiekowych figowców małego muzułmańskiego „cmentarza księżniczek“, gdzie są grobowce Fatimy Bennt Hassan Bey i niemniej od niej czczonej Nfissy Bennt Hassan Basza.
Na cmentarzu Wojnarowski spotkał tylko jednego człowieka. Był to wysoki, cienki, jak trzcina, Arab-ślepiec. Posłyszawszy kroki, żebrak poważnym głosem zaczął zwykłą tyradę:
— W imię miłych sercu Allaha Fatimy i Nfissy daj ubogiemu jałmużnę, o co cię, przechodniu miłosierny, prosi ślepy Mahmed Ali Ben Gudi! Adżi ghytny!
Wojnarowski podszedł i dał żebrakowi kilka centymów, Arab nagle się wyprostował, odrzucił w tył kaptur burnusa i jął nadsłuchiwać, podnosząc i opuszczając powieki ślepych oczu. Jakieś dziwne, wprost przerażające skupienie było na tragicznej, wsłuchanej twarzy Araba.
— La Illa Illah! Bóg jest Bóg! — szepnął po chwili i już głośniej dodał, robiąc nacisk na każdem słowie: — Powracaj szybko, natychmiast do domu! Potrzebny ci i potrzebujący ciebie człowiek idzie w stronę twego domu. Śpiesz się i opieka Allaha niech będzie nad tobą! Allah ikun maak!..
Wojnarowski, nie namyślając się i nie czując zmęczenia, zaczął zbiegać na dół, ku nowemu miastu. Gdy wpadł do domu, wybiegła mu na spotkanie żona, rozpromieniona, szczęśliwa, i zaczęła mówić szybkim, urywanym od wzruszenia głosem:
— A widzisz? widzisz? Jacy poczciwi! Przyjechali do Konga, już pracują, a nam przysłali cały dług... caluteńki do ostatniego franka. Ale chodź już, bo woźny z banku już chciał odejść, z trudnością udało mi się go zatrzymać!..
Polska wigilja w małem mieszkanku Wojnarowskich przeszła wesoło i szczęśliwie. Była wieczerza tradycyjna i choinka dla Maniusi złotowłosej; były upominki świąteczne dla pani Wojnarowskiej i dla malutkiej córeczki.
W sercach tych dwojga Polaków, zarzuconych na brzegi Afryki, gorącem płomieniem rozgorzała tego wieczoru bezgraniczna wdzięczność dla Twórcy sił i rzeczy, który nie zezwolił duchom zła i zwątpienia zagasić ognia wiary w szlachetność duszy polskiej, rodzimej, umiłowanej.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.