Ślepa Babka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ślepa Babka
Pochodzenie Poezye J. I. Kraszewskiego
Wydawca S. Orgelbrand
Data wydania 1843
Drukarz M. Chmielewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XIX.
ŚLEPA BABKA.
PL Kraszewski Latarnia czarnoxięzka 1844 ornament7.png



Jeden.

Komu z losu wypadnie
Zawiążemy oczy;
Każdy z nas w bok odskoczy
On niech zgoni i zgadnie.
A kogo zgadnie imię i nazwisko
Temu za niego oczy zawiążemy.
Uciekajcie! — nie tak blisko! —
Milczeć — każdy tak jak niemy,
Szczelnie usta niech zamyka,
Ciszéj jeszcze stawia nogi,
Prędzéj jeszcze niech umyka.
Z drogi! z drogi!


Ślepa babka.

Ani słowa! ani słowa!
Moje panie i panowie,
Ślepa babka już gotowa,
Uciekajcie! bo jak złowię,


Wszyscy!

Chi chi! cha cha!


Ślepa babka łapie.

A tuś bracie,
Niewyśliźniesz mi się z ręki,
Darmo mi się wydzieracie —
Czekaj, czekaj mój maleńki,
Zaraz zgadnę ktoś ty taki.
Czekaj, czekaj, wiem mój drogi,
Głowa mała — długie nogi —
Włosy miękkie jak lnu kłaki! — (myśli).

Jesteś sobie stworzenie ni Bogu, ni światu —
Na co żyjesz? — ja niewiem — coś zrobił dobrego?
Gdybyś nieużyteczny miał choć piękność kwiatu
Jeszczebyś wart był życia — Lecz ty do niczego —
Bez pożytku, piękności, jak kawał kamienia,
Nieumiesz ust otworzyć, ani myśleć głową,
Niezrozumiesz ni siebie, ani przyrodzenia,

Szkoda żeś się osiołkiem nierodził lub sową!
Nosząc imię człowieka, do tego nazwiska,
Więcéj mieć trzeba trochę, niż głowę i nogi. —
Trzeba mieć duszę, serce — ty co masz mój drogi?
Mów, bom ja nie niedojrzał zdaleka i zbliska.
Jesteś jakiémś dziwaczném mierności widziadłem,
Nie gorący, nie zimny, nie twardy, nie czuły!
Niewiem na co cię losy w te ciało okuły —
Wszak jesteś głupiec! prawda! a co nieodgadłem? —

Weźże chustkę, zawiąż oczy
I goń nas tu po sali.
Otóż będziem biegali,
Nim z nas kogo zaskoczy!


Głupiec biega i uderza się o ścianę.

Kto?


Wszyscy.

Chi! cha! cha!


Głupiec.

Kto ty? kto ty?
Aj aj! piec! złamałem nogę!
Zimne oblały mnie poty.
Więcéj biegać już niemogę! —

Kto chce, babką tu być może,
Co ja, to się spać położę —
Bezemnie się zabawicie —


Wszyscy.

Dobranoc.


Jeden.

Śpij tak mile
Jak spałeś całe życie,
Jak zadrzemiesz w mogile!


Drugi.

Teraz komu los padnie,
Ślepą babką zostanie,
Niech się zacznie bieganie —
Niech dogania, odgadnie —


Ślepa Babka (łapie).

A tuś! — trzymam za ręce,
Nie wyrwiesz się braciszku!
Stój, bo rękę wykręcę,
Chciałeś zemknąć po ciszku.
Wprzódy babką cię zrobię
I puszczę cię po sali —
Wówczas pobiegasz sobie

I my będziem biegali.
Stój cicho, niech odpadnę —
Zapachy jakieś w około.
I rączki jakie ładne?
I wymuskane czoło!
Co na ręku pierścieni!
Suknie leżą ulane!
Ach! dwie chustki w kieszeni!
Odgadłem — wnet przestanę.
Jesteś motyl mój bracie, sławny z twéj urody,
Niepomny na twą przyszłość, lecisz życia drogą.
Myśląc że tak jak dzisiaj wiecznie będziesz młody.
Że lata twych skrzydełek poczernić nie mogą.
Rano budzisz się z losem wojować o złoto,
W południe, winem bieżysz zalać słabą głowę,
Wieczór czułą i skromną przeciągasz rozmowę,
Z wcieloną twéj kochanki pięknością i cnotą!
A zawsze pełen dumy, w każdéj dnia godzinie,
Szczęśliwy! siebie mienisz największego z ludzi!
Lecz gdy młodość i piękność, daleko odpłynie,
Straszna się prawda wówczas w twéj głowie obudzi.
Ta prawda resztę twoich dni połknie łakomie,
Ujrzysz siebie nikczemnym, rzuci cię świat cały,
A wspomnienia w twém sercu tlejąc niewidomie,
Resztki twojego życia będą pożerały.
Dziś, u kolan kobiety, za stołem, zwierciadłem,

Całego twego szczęścia koniec i początek,
Potém, zostanie tylko blady trup pamiątek
I żal po życiu — a co? nie odgadłem? —
Chustkę wiążcie na głowie,
Ślepą babką witamy!
I znów daléj zmykamy.
Z drogi, z drogi panowie.


Wszyscy.

Chi chi! cha! cha!


Ślepa Babka (łapie kobiétę).

Złapałem! niech się pani wstrzyma.
Złapałem i odgadnę ślepemi oczyma,
Po téj rączce maleńkiéj, po tém serca biciu,
Poznałem cię najdroższa! — jak niepoznać ciebie?
Ciebie, któraś jak słonce błysła w mojém życiu,
Jako słońce, na mglistém zawieszone niebie.
Na jawie, we śnie, na ziemi, w mogile,
Po cząstce włosów, po nóżki stąpieniu,
Z powietrza, którém oddychałaś chwilę,
Poznam cię wszędzie! — ach! i po milczeniu
I po ust słówku urwaném w połowie
Poznam cię luba, niewidząc oczyma.
Poznam gdzieś była, chociaż ciebie niema,
Serce i dusza twe imię mi powie!

Ale — (zdejmuje chustkę z oczu)
— Przepraszam! — cóż mi się marzyło!
Wszak to nie ona! — Serce było w błędzie.
W głowie i duszy tak jéj pełno było,
Że ją widziałem i w każdym i wszędzie.
Raz drugi chustkę kładnę,
Teraz się nie omylę
I wnet, wnet, ot za chwilę
Złapie kogoś i zgadnę.


Wszyscy.

Chi chi! cha! cha!


Jeden.

Tylko skoro!


Drugi.

Ja tu jestem, tutaj blisko —
Złap, sam powiem ci nazwisko!


Kobiéta.

Stój! — tam w kącie świece gorą,
Poparzysz sobie ręce.


Jeden.

Aj! już się nie wykręcę!


Drugi.

Na lewo, idź pół kroku,
Tu, tu! jakże umyka!
Ot tam stanął na boku,
Tam, około stolika.


Ślepa Babka, (łapie)

A tuś! trzymam za poły,
Zgadnąć tylko wypada.
Ktoś widzę niewesoły,
Nie śmieje się, nie gada.

Znam pierścień ten! ogniwo łańcuchów, którem
Przykułeś się do żony, do życia, do ziemi,
Przykułeś duszę twoję do świata i ciała,
Zakląłeś ją, ażeby w niebo nie leciała.
Zakląłeś serce twoje ażeby zuchwale
Niepuszczało się więcéj na nadziei fale! —
Ten pierścień objął w koło i życie i duszę,
Wyssał twoje marzenia i myśli dziewicze. —
Ten pierścień dał ci uczuć największe słodycze,
Lecz on także pokaże najsroższe katusze! —
Po owéj wielkiéj chwili, w któréj twoje życie
Zamknąłeś, niepamiętny na przyszłe twe lata,
Gdzież się podziało szczęście spodziewane skrycie?
Wszystko nudy, niewoli opasała szata.

Dziś ty i twoja żona, kiedy tęskném okiem
Patrzycie w przyszłość cieniem okrytą głębokim.
Ostatnią tylko myślą osładzacie bole,
Że jedno prędzéj umrze, a drugie zostanie.
Toż to szczęście małżeńskie? — mój kochany panie,
Jeśli tak, ja bez żony obchodzić się wolę.
I łudząc się do śmierci, mieć zawsze nadzieję,
Nadzieję, którą przedewszystkiém kładłem.
Bo szczęście porwą chwile, szczęście czas rozwieje,
Nadzieja trwa — Cóż panie? albo nieodgadłem?
Proszę chustkę wziąść odemnie
I omackiem, pomaleńku,
Złapać mnie, a mając w ręku,
Odgadnąć wzajemnie.


Wszyscy.

Cha! cha! —


Jeden.

Ślepa Babka drzémie,
W prawo —


Drugi.

W lewo —


Trzeci

Stół!


Czwarty.

Tam ściana! —


Ślepa Babka, (łapie kobietę)

Stój! stój! pani kochana —
Muszę zgadnąć twe imię,
Bo chodzić nie mogę dłużéj —
Zaraz zgadnę — suknie, ręka! —
I ten warkocz włosów duży —
I ta nóżka tak maleńka
Którą depczesz moję nogę? —
Ej! dalipan nieodgadnę —
Co nie mogę, to nie mogę —
Wszak — musisz być dziewczę? — ładne? —
Musisz być dziewczę, dziewczę, co jak kwiat poranka,
Obudzasz się dopiero i otwierasz oczy,
A świat w każdym ci chłopcu przysyła kochanka,
A każdy ci kochanek łzą powieki mroczy. —
Biedne i najszczęśliwsze stworzenie na świecie —
Wzdychasz do męża, męża? — spytaj mojéj żony!
Zdaleka jasno błyszczy mąż wasz upragniony,
Lecz poczernieje jak go zbliska zobaczycie.
On, kiedy wasze serce za kochankiem wzdycha,
Pomiędzy nim a tobą siada na dzień cały —
Ciebie, zamyka w domu, jego precz odpycha —

Ty płaczesz? łzy go twoje nie będą bolały —
Na łzy z nim nie wojować, on ich nie ma w duszy,
Żalom twym nie uwierzy, prośbą się niewzruszy —
I ty piękna dziewczyno z dzisiejszego tronu,
Chciałabyś wpaść w niewolę — w niewolę do zgonu?
I ty za chwilek parę przedasz całe życie?
O! dziewczę, ty niewzdychaj — i twój ulubiony
Nie będzie lepszym od nas. On i dzisiaj skrycie
Łasi się, by królować — Zamienicie trony! —
Drżysz? co to? może płaczesz? Jak służebnik nowy
Wziąłem w ręce niezgrabne twe szklane marzenia,
I rozbiłem o prawdę — Słuchaj łyséj głowy —
Lepiéj żem stłukł zawcześnie, ręka przeznaczenia
Srożéj rozbija dziewcząt ułudy nietrwałe.
Dziś wolna jesteś — dziś anioł kobiéta!
Życie do ciebie należy jedynie —
Nikt o rachunek z niego niezapyta,
Jak i kiedy przeminie.

Dziś możesz się nabawić ze szczęścia widziadłem,
Dziś marzyć, wybrać, usnuć, możesz jeszcze tyle.
Dziś — Jeśli cię kochanek pokocha na chwilę
Uwierzysz mu i zginiesz! a co? nie odgadłem?...

Zawiąż twoje oczęta,
Pozwól — ja sam to zrobię,

Główka może ściśnięta?
Czy nie boli skroń tobie?
O! o! Babuniu miła,
Tobie nikt nieuciecze,
Żebyś się uzbroiła
I w płomienie i w miecze;
Przez miecze i ogniska,
Biegłoby chłopców tyle!
Każdy by dobiegł zbliska —
— Uciekliby za chwilę.


Wszyscy.

Ot już kogoś złapała!


Złapany.

Pewnoś mnie już poznała,
Mów tylko dziewczę ładne.


Ślepa Babka.

Do prawdy nie odgadnę.
Chyba może — chwileczkę! — ach! poznaję pana!
Pan to, co całe życie w księgach zatopiony,
Nocy trawisz nad niemi, spać kładniesz się z rana.
I budzisz się znów księgi garnąć z każdéj strony.
I uciekasz od kobiet, o świata wesela,
Zatopiony w przeszłości, przyszłości i niebie —

Na ziemi nie masz żony, ani przyjaciela
I niekochasz nikogo — nikt niekocha ciebie.
Pół świata imię twoje szydersko wspomina —
Drugie pół niezna ciebie — powiedz mi mój panie,
Kiedy nadejdzie życia ostatnia godzina,
Co z twéj mądrości zostanie!
Inni pójdą do grobu z szczęścia wspomnieniami
Ty — prawda! marzysz może, że po twoim zgonie
Dzieła twoje osiądą na pamiątek tronie,
Otoczone laurami!
Powiedz mi, mój poeto, wszak odgadłam ciebie?
Powiedz mi, co z téj pracy, co z twojego życia?
Co ze sławy po śmierci, gdy się dziś zagrzebie
Imię twoje nieznane w dalekie ukrycia?
Czy zadrżą kości twoje, kiedy kto na grobie,
Złoży łzę pracy twojéj — jeniuszowi — tobie,
Czy uczujesz pochwały? czy dusza twéj duszy,
Na sławę się pośmiertną za grobami wzruszy?
Powiedz, dla czego niesiesz wszystkie życia chwile
W ofierze za pogrobnych nadziei widziadła?
I za nadzieje — dajesz życia, czasu tyle,
Powiedz i przyznaj razem, wszakżem ja odgadła?


On.

Odgadłaś! Czemuż duszy pod ciała powłoką,
Nieujrzało, niezgadło, czarne twoje oko?

Czemu mi takie zadajesz pytanie,
Na które ja, świat cały, nigdy nieodpowie?
I ta życia ofiara na wieki zostanie
Zagadką niepojętą i sercu i głowie.
Spytaj tego kto stworzył i niebo i światy,
Dla czego stworzył światy i nieba i ziemię?
Dla czego ubrał kwiatki w różnobarwne szaty?
Dla czego w niebo patrzy, skał śnieżyste ciemię?
Spytaj morza dla czego pod brzegi przypływa,
Spytaj rzek dokąd idą, chmur dokąd biegają?
Spytaj gwiazd dla czego się po niebach tułają?
Dla czego niewidzialne spoiły ogniwa,
Światy i nieba — nieba i człowieka —
Czemu się człowiek wieczności spodziéwa,
Kiedy go bliska śmierć czeka?
Zapytaj Boga na co w duszy mojéj
Nieśmiertelności zaszczepił nadzieje?
Czemu ta żądza niezgaszona tleje,
Z śmierci urąga, czasu się nie boi —
Zapytaj czemu lecę tak wysoko
Gdym się tak nisko — na ziemi urodził?
Czemu się tęskne wzbija duszy oko,
Tam, gdzie prócz duszy, nigdy nikł niechodził?
Spytaj — a jeśli z téj strony mogiły
Pojmiesz odpowiedź, niemów jéj przed ludem!
Gdyby te tajnie światu się odkryły,
Bóg by się Bogiem, cud przestał zwać cudem.

Ten tylko jeden, co siedzi wysoko,
W serca tajniki, może rzucić oko —
Ten tylko jeden zna zagadkę świata —
Ten wie dla czego krótkie moje życie
W trudach bez celu stopniałe ulata;
Lecz ja, wy wszyscy — wy, wy nic niewiecie!
Dla sławy? powiesz — Tutaj sławy niema —
Któż był tak sławny, żeby go czas w pędzie,
Nie pogruchotał dumnego olbrzyma!
Patrz! Ludzką sławę możesz widzieć wszędzie,
Grzmi przez dwie chwile i uśnie na wieki! —
Nowi przychodnie przeszłe gwiazdy gaszą,
A nieśmiertelność, nieśmiertelność naszą,
Pożera czas niedaleki.
Człowiecze! sławy twéj nieśmiertelności
Policzyć możesz na lata, godziny!
Jéj niema — w grobie rozsypią się kości —
Jéj niema — ziemskie uwiędną wawrzyny —
Powiedzże teraz czemu życie całe,
Okrywam nudą i pracą, gdy w dali
Za tyle ofiar, nagrody tak małe,
Świat i czas mi obiecali?? —



PL Kraszewski Poezye 1843 ornament1.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.