Zielony promień

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych


Zielony promień • Juliusz Verne
Zielony promień
Juliusz Verne
Tłumaczenie: ?.

Spis treści

[edytuj] ROZDZIAŁ I — BRACIA SAM I SIB

— Bet!

— Beth! — Bess!

— Betsey!

— Betty!

Wołania te rozległy się w pięknym hallu zameczku w Helensburghu. Tak na przemian, zgodnie ze swym zwyczajem, bracia Sam i Sib wzywali ochmistrzynię.

Ale poufałe zdrobnienia nie odnosiły skutku, zacna ochmistrzyni Elżbieta nie stawiłaby się, nawet gdyby ją wołali pełnym imieniem.

W drzwiach hallu ukazał się natomiast intendent Patndge, dostojny jak zawsze, trzymając w ręku czapkę.

Zwrócił się do dwóch panów o ujmującej powierzchowności, siedzących w wykuszu, którego okna o trzech skrzydłach z szybami w kształcie rombów tworzyły występ na fasadzie domu:

— Panowie wzywali jejmość Bess — powiedział — ale nie ma jej w domu.

— Gdzie ona jest, Patridge?

— Towarzyszy miss Campbell w spacerze po parku. Patridge odszedł z poważną miną na znak dany równocześnie przez obu panów.

Byli nimi bracia Sam i Sib — na chrzcie otrzymali imiona Samuel i Sebastian — wujowie panny Campbell. Szkoci z dziada pradziada wywodzący się ze starożytnego klanu góralskiego, razem liczyli lat sto dwadzieścia, z piętnastomiesięcznym zaledwie odstępem dzielącym starszego Sama od młodszego Siba.

Chcąc naszkicować kilkoma kreskami te nieprześcignione wzory honoru, dobroci i oddania, wystarczy wspomnieć, że całe życie poświęcili bez reszty swej siostrzenicy. Byli braćmi jej matki, która owdowiała po roku małżeństwa i w krótkim czasie, po ciężkiej chorobie, poszła za mężem. W ten sposób Sam i Sib pozostali jedynymi na świecie opiekunami małej sierotki. Złączeni jednaką dla niej czułością żyli, myśleli i marzyli mając wyłącznie jej dobro na względzie.

Dla niej pozostali kawalerami, bez żalu zresztą, albowiem należeli do tych poczciwców, którzy nie mają na tym padole innej misji do spełnienia, jak tylko rolę opiekunów, Mało tego, starszy uważał się za ojca, a młodszy za matkę dziecka. Toteż niekiedy zdarzało się pannie Campbell pozdrawiać ich w sposób całkiem naturalny słowami: „Dzień dobry, papo Samie! Jak się masz, mamo Sib?"

Do kogóż można by lepiej porównać tych dwóch wujków — nie przypisując im jednak zdolności do interesów — jeśli nie do owych dwu litościwych kupców, dobrych, oddanych sobie i serdecznych braci Cheeryble z Londynu, najdoskonalszych istot, jakie kiedykolwiek narodziły się pod piórem Dickensa! Niepodobna znaleźć trafniejsze porównanie i gdyby nawet oskarżono autora o zapożyczenie owych postaci z arcydzieła pod tytułem „Nicolas Nickleby" — nikt mu tego nie wziąłby za złe.

Sam i Sib, spokrewnieni przez małżeństwo siostry z boczną linią starej rodziny Campbellów, nigdy się nie rozłączali. Odebrali takie samo wykształcenie, co ich upodobniło psychicznie. Studiowali w tym samym college'u i w tej samej klasie. Ponieważ wypowiadali zazwyczaj te same poglądy na wszelkie sprawy, i to w, identycznych zwrotach, jeden mógł zawsze dokończyć zdanie zaczęte przez drugiego, tymi samymi wyrazami podkreślonymi takimi samymi gestami. Krótko mówiąc te dwie osoby tworzyły właściwie jedną, choć w ich konstytucji fizycznej istniały pewne różnice, Sam bowiem był nieco wyższy od Siba, Sib zaś nieco grubszy od Sama; gdyby jednak zamienili się swymi siwymi włosami, nie zmieniłoby to wyglądu ich poczciwych twarzy, na których malowała się cała szlachetność klanu Melvillów.

Nie trzeba dodawać, że jeśli chodzi o fason ubrań, prostych i staromodnych, o dobór materiałów, solidnych, angielskich sukien; to obaj przejawiali podobny gust, z tym tylko, że — któż potrafiłby wytłumaczyć tę lekką odmienność? — Sam wolał raczej granat, Sib natomiast ciemny brąz.

Doprawdy, prawdziwą przyjemność sprawiało przebywanie w towarzystwie tych dwóch szacownych dżentelmenów! Przyzwyczajeni dotrzymywać sobie kroku w życiu, zapewne też zatrzymaliby się w niedalekiej odległości od siebie u kresu ostatniej drogi. W każdym razie te dwa ostatnie filary rodu Melvillów były solidne. Mogli długo jeszcze podtrzymywać stary gmach swojej rasy, pochodzącej z XIV wieku — z czasów epopei Robertów Bruce'ów i Wallace'ów, z owego bohaterskiego okresu, kiedy Szkocja wydzierała Anglii swoje prawa do niepodległości.

Ale jeśli nawet Sam i Sito Melviliowie nie mieli okazji walczyć o swój kraj, choć ich życie, mniej burzliwe, mijało w spokoju i dostatku, na jakie pozwala posiadanie majątku, to nie należy im tego wymawiać ani. uważać ich za degeneratów. Czyniąc wiele dobrego, kontynuowali wielkoduszne tradycje swoich przodków.

Obaj tryskający zdrowiem, nie mając sobie do zarzucenia żadnych ekscesów życiowych, mieli w perspektywie posuwanie się w latach bez zagrożenia starością ducha i ciała.

Oczywiście nie byli wolni od pewnej wady — któż mógłby się poszczycić doskonałością? Było nią upiększanie swych wypowiedzi- opisami, i cytatami zapożyczonymi u słynnego kasztelana z Abbotsford, a szczególnie z epickich poematów Osjana, które uwielbiali. Ale któż robiłby im z tego zarzuty, w kraju Fingala i Waltera Scotta?

Ażeby ostatnim pociągnięciem pędzla skończyć ich portret wypada dodać, że ogromnie lubili zażywać tabakę. Każdy wszak wie, że szyldy trafik w Zjednoczonym Królestwie przedstawiały najczęściej dzielnego Szkota z tabakierką w ręku, pyszniącego się swym tradycyjnym strojem. Otóż bracia Melvill korzystnie by wyglądali na jaskrawym, obitym blachą cynkową szyldzie, skrzypiącym pod okapem trafiki. Zażywali tabaki tyle samo, a nawet więcej, niż ktokolwiek po jednej czy drugiej stronie rzeki Tweed. Ale szczegół charakterystyczny, mieli tylko jedną tabakierę, ale za to olbrzymią. Ten przenośny kuferek kolejno przechodził z kieszeni jednego do kieszeni drugiego, stanowiąc jakby dodatkową więź pomiędzy nimi. Oczywiście obaj doznawali w tej samej chwili, czyli jakieś dziesięć razy na godzinę, potrzeby zażycia wspaniałego nikotynowego proszku, sprowadzanego z Francji. Kiedy któryś wydobywał tabakierę z przepastnych głębin kieszeni znaczyło to, że obaj mają ochotę na potężny niuch, a kiedy kichali, życzyli sobie wzajemnie „na zdrowie".

Bracia Sam i Sib byli jak dzieci we wszystkim co dotyczy realiów życia, nie zorientowani w praktycznych sprawach świata, ignoranci w kwestiach przemysłowych, finansowych bądź handlowych, bez najmniejszych zresztą pretensji do ich poznania; co do polityki natomiast, byli w głębi duszy łagodnymi jakobitami, żywiącymi lekkie uprzedzenie do panującej dynastii hanowerskiej, i myśleli o ostatnim ze Stuartów tak, jak Francuz mógłby myśleć o ostatnim z Walezjuszów; no a w sprawach uczuciowych wykazywali jeszcze mniejsze doświadczenie.

Obu braci Melvill nurtowało jedno życzenie: pragnęli mieć jasny obraz tego, co się dzieje w sercu panny Campbell, odgadnąć jej najtajniejsze myśli, w razie potrzeby nimi pokierować, pobudzać je, jeśli to będzie konieczne, i wreszcie wydać ją za rnąz za porządnego chłopca według ich wyboru, który, rzecz jasna, musiał dać jej pełnię szczęścia.

Gdyby im wierzyć — a raczej podsłuchać, o czym mówią — zdawać by. się mogło, że już znaleźli takiego właśnie odpowiedniego kandydata, który spełni ów miły obowiązek.

— Więc Helena wyszła, bracie Sibie?

— Tak, bracie Samie. Ale zbliża się piąta, nie omieszka więc wrócić do domu.

— A gdy tylko wróci...

— Sądzę, drogi bracie, że byłoby właściwe odbyć z nią bardzo poważną rozmowę.

— Za parę tygodni, bracie, nasza córka skończy osiemnaście lat.

— Wiek Diany Vernon, Samie. Czyż nie jest tak urocza, jak zachwycająca bohaterka „Rob-Roya"?

— Tak, drogi Samie, zarówno wdziękiem manier...

— Bystrością intelektu...

— Oryginalnością myśli...

— Bardziej przypomina Dianę Vernon niż Florę Mac Ivor, tę wspaniałą, imponującą postać z „Waverleya".

Bracia Melvill, dumni ze swego narodowego pisarza, zacytowali jeszcze parę imion bohaterek „Antykwariusza", „Guy Manneringa", „Opata", „Klasztoru", „Pięknego dziewczęcia z Perth", „Kenilwortha" itd. Ale według nich wszystkie one nie wytrzymywały konkurencji z panną Campbell.

— To krzew róży, który wyrósł za szybko, bracie Sibie, i potrzebna mu jest...

— Podpórka, bracie Samie. Otóż, jak mi wiadomo, najlepszą podporą...

— Powinien oczywiście być mąż, drogi bracie, gdyż on z kolei zakorzeni się w tym samym gruncie...

— I rośnie w sposób naturalny razem z młodym krzakiem róży, który ochrania!

Tę metaforę bracia znaleźli czytając razem książkę „Ogrodnik doskonały". Niewątpliwie sprawiła im przyjemność, gdyż sprowadziła na ich poczciwe twarze uśmiech zadowolenia.

Wspólną tabakierę otworzył Sib i zanurzył w niej delikatnie dwa palce, po czym przekazał ją Samowi, który zażył potężny niuch i schował tabakierę do kieszeni.

— A więc jesteśmy zgodni, bracie Samie?

— Jak zawsze, bracie Sibie.

— Nawet co do wyboru opiekuna?

— Czy można znaleźć kogoś sympatyczniejszego i bardziej odpowiedniego dla Heleny niż ten młody uczony, który przy licznych sposobnościach okazywał nam tyle względów?

— I zachowywał się tak poważnie w stosunku do niej...

—- Istotnie, trudno o lepszego. Wykształcony, absolwent uniwersytetów w Oksfordzie i Edynburgu...

— Fizyk jak Tyndall...

— Chemik jak Faraday...

— Znający dokładnie przyczyny wszechrzeczy tego świata...

— I którego nie zaskoczy pytanie na żaden temat...

— Potomek świetnej rodziny z hrabstwa Fife, no i posiadacz majątku dostatecznego, żeby...

— Nie mówiąc już o bardzo, na mój gust, przyjemnej powierzchowności, nawet z tymi okularami w aluminiowej oprawie...

Gdyby okulary tego bohatera miały oprawkę ze stali, z niklu czy nawet złota, bracia Melvill nie dostrzegliby w tym niestosowności. Albowiem te przyrządy optyczne pasują zaiste do młodych uczonych, podkreślając niejako poważny wyraz twarzy.

Ale czy ten absolwent wyżej wzmiankowanych uniwersytetów, ten fizyk, ten chemik będzie odpowiadał pannie Campbell? Jeśli miss Campbell była podobna do Diany Vernon, to przecież, jak wiadomo, Diana nie żywiła dla swego uczonego kuzyna Rashleigha uczuć innych niż pełną rezerwy przyjaźń, i wcale za niego nie wyszła na końcu książki.

Niech będzie i tak, ten fakt bynajmniej nie niepokoił braci. Traktowali to z całym brakiem doświadczenia starych kawalerów, raczej niekompetentnych w tych sprawach.

— Spotykali się już niejednokrotnie, drogi bracie, i nasz młody przyjaciel nie wyglądał jak ktoś, na kim uroda Heleny nie sprawia wrażenia.

— Oczywiście! Gdyby boski Osjan miał opiewać jej cnoty, jej urodę i wdzięk, nazwałby ją Moiną, co znaczy: kochaną przez wszystkich...

— Chyba żeby wolał ją nazwać Fioną, czyli niezrównaną pięknością z czasów celtyckich!

— Czyż nie przeczuł, że kiedyś pojawi się nasza Helena, gdy mówił: „Opuszcza schronienie, gdzie wzdychała potajemnie, i ukazuje się w całej swej krasie na skraju obłoku ze Wschodu"...

— „A blask jej wdzięków otacza ją promieniami światła, i odgłos jej lekkich kroków dźwięczy w uszach jak urocza muzyka..."

Na szczęście obaj bracia, urywając na tym swoje cytaty, powrócili z nieco pochmurnego nieba bardów do rzeczywistości.

— Niewątpliwie — stwierdził Sam — skoro naszemu młodemu uczonemu podoba się Helena, on z kolei musi się jej także podobać.

— I jeśli ona, ze swej strony, nie przyjrzała się dokładnie wielkim zaletom, jakimi go szczodrze obdarzyła natura...

— To jedynie dlatego, drogi Sibie, żeśmy jej jeszcze nie powiedzieli, iż czas pomyśleć o zamążpójściu.

— Ale tego dnia, kiedy nadamy określony kierunek jej myślom, zakładając, iż ma pewne uprzedzenia, jeśli nie do męża, to do małżeństwa...

— Nie omieszka powiedzieć „tak", drogi Samie...

— Jak ten przezacny Benedykt, który po dłuższym oporze...

— Skończył żeniąc się z Beatrycze w „Wiele hałasu o nic". W ten oto sposób obaj wujowie miss Campbell rozstrzygnęli problem, przy czym rozwiązanie całej intrygi wydawało im, się tak naturalne, jak w komedii Szekspira.

Wstali równocześnie z foteli i patrzyli na siebie z przebiegłym uśmieszkiem, zacierając ręce. Małżeństwo było sprawą załatwioną! Jakież mogły powstać trudności ? Młodzieniec . poprosi ich o rękę Heleny, a o decyzję panny nie trzeba się kłopotać. Wszelkie formy zostaną zachowane, pozostanie jedynie ustalenie daty.

Cóż to będzie za piękna uroczystość! Odbędzie się w Glasgow. Och, wcale nie w katedrze Św. Mungo, jedynym kościele w Szkocji, który wraz z kościołem Świętego Magnusa z Orcad nie poniósł uszczjerbku w okresie Reformacji. Nie, jest zbyt ciężki, w konsekwencji więc zbyt smutny dla ślubu, który w myślach braci Melvill miał wyglądać jak sama młodość w rozkwicie, jak promieniowanie miłości. Wybraliby raczej Świętego Andrzeja lub Świętego Enocha, a może nawet Świętego Jerzego w najszacowniejszej dzielnicy miasta.

Bracia nadal snuli projekty w sposób przypominający bardziej monolog niż dialog, albowiem był to zawsze ten sam ciąg myślowy wyrażany w identycznej formie. Rozmawiając przyglądali się poprzez szybki wykuszu pięknym drzewom w parku, pod którymi miss Campbell odbywała w tej chwili spacer, zieleniejącym rabatom wokół wartkich strumyków, niebu spowitemu świetlistą mgiełką, charakterystyczną dla górzystych terenów środkowej Szkocji. Na siebie nie patrzyli, było to zbyteczne, ale od czasu do czasu, w odruchu serdeczności, klepali się po ramieniu, ściskali sobie dłonie, jak gdyby pragnąc udoskonalić wymianę myśli za pośrednictwem jakichś prądów magnetycznych.

Tak, to by, było wspaniałe! Ceremonię urządzi się z rozmachem, po pańsku. Biedacy z West-George Street, jeśli tam będą — bo gdzież ich nie ma? — nie zostaną pominięci w tych uroczystościach. Gdyby miss Campbell zechciała, żeby wszystko odbyło się z większą prostotą i przekonywała o tym wujków, potrafią się jej przeciwstawić pierwszy raz w życiu. Nie ustąpią ani w tym punkcie, ani w żadnym innym. Zaproszeni na ucztę zaręczynową goście wypiją, według pradawnego obyczaju, „za wiechę na ich przyszłym domu". I prawe ramię

Sama unosiło się równocześnie prawym ramieniem Siba, jakby spełniali zawczasu ów słynny toast szkocki.

W tym momencie otworzyły się drzwi hallu. Ukazała się w nich młoda dziewczyna, z policzkami zarumienionymi od szybkiego marszu. Trzymała w ręku rozłożoną gazetę. Zbliżyła się do braci Melvill i każdego z nich obdarzyła pocałunkiem.

— Dzień dobry, wuju Samie — powiedziała.

— Dzień dobry, drogie dziecko.

— Jak się masz, wuju Sibie?

— Znakomicie!

— Heleno — odezwał się Sam — chcemy ci zaproponować pewien mały układ.

— Układ? Co za układ? Jakiż to spisek uknuliście, wujciowie? — zapytała miss Campbell, spoglądając figlarnie to na jednego, to na drugiego.

— Znasz tego młodzieńca, prawda? Pana Aristobulusa Ursiclosa?

— Znam.

— Czy ci się nie podoba?

— Czemu miałby mi się nie podobać, wuju Samie? — A więc ci się podoba?

— Dlaczego miałby mi się podobać?

— Bo mój brat i ja, po głębokim namyśle, chcemy ci go zaproponować na męża.

— Mam wyjść za mąż? Ja? — zawołała panna Campbell i wybuchnęła najweselszym śmiechem, jaki echo hallu kiedykolwiek miało okazję powtórzyć.

— Nie chcesz wyjść za mąż? — zapytał wuj Sam.

— A po co?

— Nigdy? — zdumiał się wuj Sib.

— Nigdy — odparła miss Campbell przybierając poważny wyraz twarzy, któremu jednak przeczyły uśmiechnięte wargi — nigdy, drodzy wujowie... przynajmniej dopóki nie zobaczę...

— Czego? — wykrzyknęli obaj bracia

— Dopóki nie zobaczę Zielonego Promienia.

[edytuj] ROZDZIAŁ II — HELENA CAMPBELL

Zamek, gdzie mieszkali bracia Melvill z siostrzenicą, znajdował się w odległości trzech mil od miasteczka Helensburgh położonego nad jeziorem Gare-Loch, wrzynającym się malowniczo w prawy brzeg rzeki Clyde.

Zimą bracia Melvill wraz z siostrzenicą mieszkali w Glasgow, w starym pałacyku na West-George Street, w arystokratycznej dzielnicy nowomiejskiej, nie opodal Blythswood Square. Tam spędzali sześć miesięcy w roku, chyba że zachcianki Heleny, którym poddawali się bez szemrania, zmuszały ich do dłuższej podróży po Włoszech, Hiszpanii czy Francji. W trakcie tych wojaży zawsze patrzyli na wszystko oczami Heleny, udawali się tam, dokąd jej przyszła ochota, zatrzymywali się w miejscach przez nią wybranych, podziwiali to, co ona podziwiała. Wreszcie, kiedy miss Campbell zamykała album, w którym utrwalała bądź pociągnięciem ołówka, bądź piórkiem swoje wrażenia podróżnicze, posłusznie ruszali w drogę do Zjednoczonego Królestw i wracali nie bez pewnej radości do komfortowej rezydencji przy West-George Street.

Pod koniec maja bracia Sam i Sib zaczynali odczuwać nieprzepartą chęć wyjazdu na wieś. Ta chęć ogarniała ich dokładnie w chwili, kiedy miss Campbell sama wykazywała równie nieodparte pragnienie porzucenia, wraz z Glasgow, hałasu dużego przemysłowego miasta, żeby uciec od odgłosów handlu, docierających niekiedy aż do dzielnicy Blythswood Square, żeby na nowo zobaczyć mniej zadymione niebo, odetchnąć powietrzem mniej przesyconym kwasem węglowym niż niebo i powietrze starej metropolii, która dzięki lordom tytoniowym „Tobacco-Lords" zyskała rangę ośrodka handlowego.

Cały dom, państwo i służba, jechali wtedy do zameczku oddalonego o jakieś dwadzieścia mil.

Miasteczko Helensburgh było bardzo ładne. Powstałe tu uzdrowisko ściągało gości, którym czas pozwalał na przejażdżki po rzece Clyde lub wycieczki na jeziora Katrine i Lomond, wielce cenione przez turystów.

O jakąś milę od miasteczka, nad brzegiem Gare-Loch, bracia Melvill wybrali najlepsze miejsce, żeby zbudować zamek, w gąszczu wspaniałych drzew, wśród sieci strumyków, na pagórkowatym terenie o rzeźbie nadającej się szczególnie do założenia parku. Były tu chłodne, cieniste zakątki, zielone trawniki, kępy różnych krzewów, rabaty kwietne, łąki o „higienicznej trawie", rosnącej specjalnie dla uprzywilejowanych owiec, stawy o połyskliwej czerni luster wodnych, zaludnione przez dzikie łabędzie, owe wdzięczne ptaki, o których Words--worth mawiał: „Łabądź pływa podwójny, on i jego cień!" Wreszcie wszystko to, co natura potrafiła zgromadzić ku uciesze oka, bez uciekania się do pomocy ręki ludzkiej. Taką była rezydencja letnia tej bogatej rodziny.

Należy dodać, że z części parku, leżącej na wyżynnym brzegu jeziora Gare-Loch, roztaczał się uroczy widok. Poza wąską zatoką, kierując się w prawo, wzrok zatrzymywał się najpierw na półwyspie Rosenheat, gdzie wznosiła się ładna willa w stylu włoskim, należąca do księcia Argyle. Na lewo miasteczko Helensburgh rysowało się falistą linią domów, nad którymi górowało kilka dzwonnic, elegancka przystań dla statków parowych wrzynała się w jezioro, w głębi zaś widok wzgórz urozmaicały malownicze domostwa. Na wprost, na lewym brzegu rzeki Clyde, leżał Port-Glasgow z ruinami zamku Newark, a także Greenock z lasem masztów ustrojonych różnokolorowymi chorągiewkami. Od tej barwnej panoramy trudno było oderwać oczy.

Jeszcze piękniejszy widok przykuwał wzrok, gdy weszło się na wieżę zameczku i horyzont oddalał się po obu stronach. Ta kwadratowa wieża, ze stożkowatymi dachami lekko okrywającymi trzy narożniki, zdobne w blanki i machikuły, opasana balustradą z kamiennej koronki, na czwartym rogu miała dodatkowo ośmiokątną wieżyczkę z flagą, jaka powiewa na dachach domów oraz na rufach wszystkich okrętów Zjednoczonego Królestwa. Ta wieża obronna o nowoczesnej konstrukcji górowała nad zespołem budynków, należących do właściwego zameczku o załamanych dachach, kapryśnie rozmieszczonych oknach, licznych szczytach z ryzalitami, z muszarabami czyli drewnianą kratą w oknach i drzwiach, z kominami rzeźbionymi na szczytach — całość obfitowała we wdzięczne pomysły, tak chętnie stosowane w architekturze anglo-saskiej.

Na tej najwyższej platformie wieżyczki, pod narodowymi barwami łopoczącymi od wiatru wiejącego z Zatoki Clyde, miss Campbell lubiła marzyć całymi godzinami. Urządziła tam sobie urocze schronienia przypominające obserwatorium, gdzie mogła czytać, pisać albo drzemać w każdą pogodę, chroniona od wiatru, słońca czy deszczu. Tutaj też można było ją najczęściej zastać. Jeśli jej tam nie było, znaczyło to, iż fantazja nakazywała jej błądzić po alejkach parku, samotnie bądź w towarzystwie ochmistrzyni Bess; niekiedy galopowała na komu po okolicy, a za nią wierny Partridge popędzający wierzchowca, żeby nie zostać zbytnio w tyle za młodą panią.

Wśród licznej służby na szczególne wyróżnienie zasługuje ta poczciwa para, od dziecka przywiązana do rodziny Campbellów.

Elżbieta, „Luckie", matka — tak bowiem tytułuje się ochmistrzynie w górach — liczyła sobie w tym czasie tyle lat, ile kluczy nosiła przy pasku, a było ich nie mniej niż czterdzieści siedem. Znakomita gospodyni, poważna, sumienna, doświad czona, prowadziła cały dom. Może nawet wierzyła, że to ona wychowała braci Melvill, chociaż byli od niej starsi; a już na pewno żywiła do miss Campbell uczucia macierzyńskie.

Drugim, po nieocenionej ochmistrzyni, był Szkot Partridge, bez reszty oddany swoim państwu i wierny starym obyczajom klanowym. Nieodmiennie ubrany w tradycyjny strój góralski: niebieską czapkę we wzory, kilt z tartanu sięgający kolan, spódniczkę, pouch — rodzaj sakiewki ze skóry o długim włosiu, skarpety do kolan oplecione sznurówką od sandałów z niewyprawionej krowiej skóry.

Ochmistrzyni taka ja k Bess, do prowadzenia domu oraz imć Partridge do zarządzania posiadłością — cóż więcej potrzeba, aby zapewnić spokój na tym padole?

Zapewne czytelnik zauważył, że kiedy Partridge zjawił się na wołanie braci Melvill, mówiąc o ich siostrzenicy powiedział „miss Campbell".

Bo gdyby poczciwy Szkot nazwał ją panną Heleną, czyli imieniem, jakie otrzymała na chrzcie, sprzeniewierzyłby się zasadzie respektowania hierarchii, zasadzie raczej zasługującej na miano snobizmu.

W myśl tej zasady nigdy najstarsza lub jedyna córka szlacheckiej rodziny nie nosi, nawet w kołysce, imienia nadanego przy chrzcie. Gdyby miss Campbell była córką para, zwracano by się do niej „lady Helena", lecz ona pochodziła z bocznej linii Campbellów, dość odległej od prostej linii paladyna sir Colina Campbella, której początki sięgały czasów wypraw krzyżowych. Od wielu stuleci odgałęzienia wyrastające z wspólnego pnia oddaliły się od linii okrytego chwałą przodka, do której należą klany Argyle, Breadalbane, Lochnell i inne; ale, jakkolwiek daleka krewna, Helena czuła, że po mieczu płynie w jej żyłach trochę krwi tego świetnego rodu.

Aczkolwiek nazywana tylko miss Campbell, Helena miała typowy wygląd szlachetnie urodzonej Szkotki, jednej z owych dziewczyn z Thule o błękitnych oczach i złotych włosach, a jej portret, utrwalony przez Findonna czy Edwardsa i umieszczony pośród wizerunków Minny, Brendy, Amy Roberts, Flory Mac,Ivor, Diany Vernon, panny Wardour, Katarzyny Glover, Mary Avenel, nie szpeciłby owych pamiątkowych albumów, w których Anglicy lubią gromadzić najpiękniejsze bohaterki swego wielkiego powieściopisarza.

Niewątpliwie miss Campbell była urocza. Podziwiano jej śliczną buzię i niebieskie oczy — mówiono o nich, że to błękit szkockich jezior — jej sylwetkę, bo choć średniego wzrostu lecz figurę miała elegancką, trochę wyniosły chód wyraz twarzy najczęściej rozmarzony, chyba że leciutka ironia ożywiała jej rysy, wreszcie całą postać pełną wdzięku i dystynkcji.

Miss Campbell była nie tylko piękna, ale i dobra. Bogata dzięki wujkom, nie starała się wywyższać. Miłosierna, usprawiedliwiała stare galickie przysłowie: „Oby dłoń, która się otwiera, była zawsze pełna".

Przede wszystkim zaś, przywiązana do swojej prowincji, do swego klanu i do swojej rodziny, była Szkotką sercem i duszą. Najpośledniejszego z Sawneyów stawiała wyżej od najgodniejszego z Johnów Bullów. Jej uczucia patriotyczne wibrowały jak struny harfy, gdy dobiegała ją kobza górala, wygrywającego gdzieś daleko melodie Highlandu.

De Maistre powiedział: „Są w nas dwie istoty: ja i ta druga".

„Ja" miss Campbell to istota poważna, rozsądna, traktująca życie bardziej pod kątem obowiązków niż przysługujących jej przywilejów.

„Ta druga" natomiast była istotą romantyczną, hołdującą drobnym przesądom, rozmiłowana, w niezwykłych opowieściach, jakie lęgną się w sposób naturalny w krainie Fingala; jakby spokrewniona z Lindamirami, czarującymi bohaterkami. powieści rycerskich, biegała po okolicznych parowach, żeby usłyszeć „dudy Strathdeane'a", jak górale tamtejsi nazywają wiatr hulający po pustych ścieżkach.

Bracia Sam i Sib kochali jednako w siostrzenicy „ją" i „tę drugą" ale trzeba przyznać, że o ile pierwsza wprawiała ich w zachwyt swym rozsądkiem, „ta druga" niekiedy, zaskakiwała nieoczekiwanymi ripostami, kapryśnym bujaniem w obłokach czy nagłymi ucieczkami w krainę marzeń.

Czy aby nie „ta druga" dała tę dziwną odpowiedź na propozycję wujków?

Wyjść za mąż! — powiedziałoby „ja". — Poślubić pana Ursiclosa? Zobaczymy... Jeszcze o tym porozmawiamy..."

— Nigdy, dopóki nie zobaczę Zielonego Promienia — odpowiedziała „ta druga". Bracia spojrzeli po sobie, nic nie pojmując. Gdy panna

Campbell sadowiła się w wielkim gotyckim fotelu w wykuszu okna, Sam zapytał brata. — Co ona rozumie przez Zielony Promień?

— Dlaczego pragnie go zobaczyć? — odpowiedział pytaniem Sib.

Dlaczego? Zaraz się dowiemy

[edytuj] ROZDZIAŁ III — ARTYKUŁ W „MORNING POST"

Oto co amatorzy ciekawostek z dziedziny fizyki mogli tego dnia wyczytać w „Morning Post":

„Czy zdarzyło się Wam obserwować, jak słońce zachodzi za widnokręgiem morza? Tak, niewątpliwie. Czy śledziliście je wzrokiem aż do chwili, kiedy górna część tarczy dotyka linii wodnej i ma niebawem zniknąć? Najprawdopodobniej tak. Ale czy zauważyliście zjawisko, które występuje dokładnie w chwili, gdy to olśniewające ciało niebieskie rzuca swój ostatni promień, jeżeli wolne od zamglenia niebo ma w tym czasie idealną przejrzystość? Nie! A może... A więc przy pierwszej okazji — a zdarzają się one bardzo rzadko — dokonując tej obserwacji zauważcie, że to nie czerwony promień trafia w siatkówkę oka, jak należałoby przypuszczać, lecz promień „zielony", a jego zieleń będzie cudowna, w odcieniu, jakiego malarz nie uzyska na swojej palecie, gdyż natura nigdy nie zdoła go odtworzyć, ani w różnorodnych barwach roślin, ani w najczystszych barwach mórz. Jeżeli istnieje zieleń w raju, może nią być jedynie właśnie ta, będąca zapewne prawdziwą zielenią Nadziei".

Tyle w artykule „Morning Post", gazecie, którą panna Campbell trzymała, w ręku, kiedy wchodziła do hallu. Ta wzmianka po prostu ją urzekła. Toteż w głosie jej brzmiał entuzjazm, gdy czytała wujkom wyżej zacytowany fragment, lirycznie opiewający piękno Zielonego Promienia.

Ale miss Campbell nie powiedziała im o jednym — że ów Zielony Promień wiąże się ze starą legendą, której ukryty sens dotychczas jej umykał; była to legenda, jak wiele innych, dotąd nie wyjaśniona, zrodzona w górach i mówiąca o tym, że promień ten obdarzony jest następującą właściwością: człowiek, który go zobaczy, nie może się już mylić w sprawach uczuć,

Zielony Promień niweczy złudzenia i kłamstwa, a ten, kto miał szczęście go ujrzeć bodaj raz, widzi odtąd jasno zarówno w swoim sercu, jak i w sercach innych ludzi.

Musimy wybaczyć młodej Szkotce z góry poetycką wiarę, którą w jej wyobraźni wzbudziła lektura artykułu z „Morning Post".

Słysząc słowa Heleny bracia Sam i Sib popatrzyli na siebie w osłupieniu szeroko otwartymi oczami. Tyle lat przeżyli nic nie wiedząc o Zielonym Promieniu, toteż uważali, że w tej nieświadomości można żyć aż do śmierci. Ale innego zdania była Helena, która chciała uzależnić najważniejszą decyzję życiową od tego unikalnego zjawiska.

— A więc to się nazywa Zielonym Promieniem! — odezwał się wuj Sam kręcąc głową z powątpiewaniem.

— Tak — przyznała siostrzenica.

— Koniecznie chcesz go zobaczyć? — zapytał wuj Sib.

— I zobaczę, za Waszym pozwoleniem, drodzy wujciowie, w dodatku jak najszybciej, jeśli łaska.

— A co potem, kiedy go już zobaczysz?

— Dopiero w tedy będziemy mogli mówić o panu Arystobulusie Ursiclosie.

Bracia ukradkiem wymienili spojrzenia i uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo.

— Cóż, popatrzymy więc na Zielony Promień — powiedział pierwszy.

— I to nie tracąc ani chwili — dodał drugi. Panna Campbell powtrzymała ich gestem ręki w momencie kiedy chcieli otworzyć okno w hallu.

— Trzeba poczekać na zachód słońca — rzekła.

— Więc dziś wieczorem — rzucił wuj Sam.

— Na zachód słońca przy zupełnie czystym widnokręgu — dodała Helena.

— No to po kolacji pójdziemy we trójkę na cypel Rosenheat — zaproponował Sib.

— Albo po prostu wejdziemy na naszą wieżyczkę — powiedział Sam.

— Z cypla Rosenheat, tak jak z wieżyczki — odparła Helena — widać jedynie horyzont, który się łączy z brzegiem rzeki Clyde. A przecież trzeba obserwować zachód słońca w miejscu, gdzie niebo łączy się z morzem. Proszę zatem moich drogich wujków, żeby mi dali okazję spojrzeć na taki widnokrąg jak najszybciej!

Miss Campbell mówiła poważnie, obdarzając ich jednocześnie swoim najczulszym uśmiechem, toteż bracia Melvill nie mogli odmówić jej prośbie.

— Może nie ma pośpiechu?... — nieśmiało zauważył wuj Sam.

Brat Sib natychmiast podążył mu z odsieczą!

— Będziemy mieli dość czasu... Helena pokręciła główką:

— Nie będziemy mieli dość, przeciwnie, pośpiech jest konieczny.

— Czyżby w interesie pana Arystobulusa Ursiclosa?... — zapytał wuj Sam.

— Którego szczęście zależy podobno od Zielonego Promienia... — dorzucił Sib.

— Dlatego, że mamy już sierpień, drodzy wujciowie — wyjaśniła panna Campbell — i niebawem mgły przesłonią nasze szkockie niebo! Musimy skorzystać z pięknych wieczorów końca lata i początku jesieni, jakie nam jeszcze pozostają! Kiedy wyjeżdżamy?

Skoro panna Campbell koniecznie chciała zobaczyć Zielony Promień jeszcze w tym roku, to, rzecz jasna, nie mieli czasu do stracenia. Musieli natychmiast udać się do jakiegoś punktu szkockiego wybrzeża zwróconego ku zachodowi, urządzić się tam jak najwygodniej, co wieczór obserwować zachód słońca, czatować na jego ostatni promień — oto co należało zrobić nie zwlekając nawet jednego dnia. Może w ten sposób, przy odrobinie szczęścia, uda się spełnić owo nieco fantastyczne życzenie panny Campbell, jeśli niebo ułatwi obserwację, co się zdarzało niesłychanie rzadko, jak słusznie stwierdzono w „Morning Post".

Ta dobrze poinformowana gazeta miała rację!

A więc najpierw należało znaleźć i wybrać odpowiedni odcinek zachodniego wybrzeża, skąd owo zjawisko mogło być dostrzeżone. Wymagało to jednak wypłynięcia poza zatokę Clyde.

W rzeczy samej cała zatoka Firth of Clyde najeżona jest przeszkodami ograniczającymi widoczność. Są to Kyles of Bute, wyspa Arran, półwyspy Knapdale i Cantyre, Jura, Islay, rozległe rumowiska z odległej epoki geologicznej, tworzące na całym zachodnim obszarze części hrabstwa Argyle coś w rodzaju archipelagu. Niepodobna znaleźć tu jakiś fragment widnokręgu morskiego, gdzie wzrok mógłby wychwycić zachodzące słońce.

Żeby więc nie opuszczać Szkocji, należało się skierować bardziej na północ lub południe, tam, gdzie nic nie przesłaniało perspektywy, i to nim nadejdą zamglone zmierzchy jesienne.

Miss Campbell nie troszczyła się o to, dokąd pojadą. Wybrzeże Irlandii, Francji, Norwegii, Hiszpanii czy też Portugalii, nie robiło to jej różnicy, byle by tylko świetliste ciało niebieskie pozdrowiło ją ostatnimi promieniami, a czy miejsce będzie się podobało braciom Melvill, czy nie — i tak muszą jej towarzyszyć.

Wujkowie, porozumiawszy się spojrzeniem, śpiesznie zabrali głos. Ale cóż to było za spojrzenie! Migotał w nim błysk przebiegłości dyplomatycznej!

— Dobrze, droga Heleno — odezwał się wujek Sam — nic łatwiejszego, jak spełnić twoje życzenie. Jedźmy do Oban.

— Nie ulega wątpliwości, że nigdzie nie może być lepiej niż w Oban — dodał wuj Sib.

— Zgoda na Oban — powiedziała panna Campbell. — Ale czy jest to widnokrąg morski?

— Jeszcze jaki! — zawołał wuj Sam.

— Więc jedźmy.

— Za trzy dni — zaproponował jeden z wujaszków.

— Za dwa — skorygował drugi, uważając, iż wypada się zdobyć na niewielkie ustępstwo.

— Nie, już jutro — odrzekła panna Campbell, wstając w chwili, kiedy rozległ się gong na obiad.

— Jutro... oczywiście... jutro — wykrztusił wuj Sam.

— Radzi byśmy już tam być — uzupełnił brat Sib. Mówili prawdę. Ale skąd ten pośpiech? No bo Arystobulus

Ursiclos właśnie przebywał na wypoczynku w Oban od jakichś dwóch tygodni. Panna Campbell, niczego nie podejrzewając, zastanie tam młodzieńca wybranego spośród najbardziej uczonych, ale także, o czym nie wiedzieli bracia Melvill, spośród najnudniejszych ludzi na świecie. Myśleli chytrze, że Helena, na próżno zmęczywszy oczy wypatrywaniem zachodów słońca, wyrzeknie się swojej fantazji j w końcu włoży dłoń w rękę narzeczonego. Zresztą, nawet gdyby Helena to podejrzewała, i tak by pojechała. Obecność Arystobulusa bynajmniej jej nie krępowała.

— Bet!

— Beth!

— Bess!

— Betsey!

— Betty!

W hallu ponownie rozległa się długa seria zdrobnień imienia ochmistrzyni, która zjawiła się i otrzymała polecenie, by przygotować co trzeba do jutrzejszego nagłego wyjazdu.

Faktycznie wskazany był pośpiech. Barometr, stojący powyżej trzech i trzech dziesiątych cali (769 mm), obiecywał na czas jakiś piękną pogodę. Jeśli wyjadą nazajutrz rano, to przybędą do Oban dość wcześnie, żeby obserwować zachód słońca.

Naturalnie przez cały dzień Bess i Partridge mieli pełne ręce roboty w związku z wyjazdem. Czterdzieści siedem kluczy dzwoniło w kieszeni spódnicy ochmistrzyni jak dzwoneczki hiszpańskiego muła. Ileż to miała szaf, ile szuflad do otwarcia, a zwłaszcza do zamknięcia! Może zameczek w Helensburghu dłużej będzie stał pustką? Czyż nie musieli liczyć się z kaprysami miss Campbell? A co będzie, jeśli ta urocza istota zechce się uganiać gdzieś dalej za swoim Zielonym Promieniem? Co się stanie, jeśli ten Zielony Promień będzie się ukrywał, przez kokieterię? Albo widnokręgowi w Oban zabraknie przejrzystości potrzebnej do tego rodzaju obserwacji? I trzeba będzie szukać innego miejsca na wybrzeżu, bardziej na południe od Szkocji, Anglii lub Irlandii, czy nawet kontynentu? Wyjazd przewidziany jest na następny dzień, ale na kiedy powrót do zameczku? Za miesiąc, za sześć, za rok, za dziesięć lat?

— Skąd ten pomysł podglądania Zielonego Promienia? — zapytała ochmistrzyni Partidge'a, który jej pomagał, jak umiał najlepiej.

— Nie wiem — odpowiedział Partridge ale to musi być ważne, bo nasza młoda pani nic nie robi bez powodu, zresztą jejmość wie to sama, mavourneen...

Mavourneen, wyrażenie chętnie używane w Szkocji, jest jak gdyby odpowiednikiem zwrotu „moja droga", a zacna ochmistrzyni nie miała nic przeciwko temu, by poczciwy Szkot tak się do niej zwracał.

— Partridge — rzekła — i mnie się zdaje, że ten fantastyczny pomysł miss Campbell, o którym nikt nic nie wiedział, kryje być może jakąś utajoną myśl.

— Jaką?

— Ech, kto to wie? Jeżeli nie odmowę, to przynajmniej, odłożenie na później planu jej wujów.

— W grucie rzeczy — stwierdził Partridge — nie rozumiem, dlaczego panowie Malvill są tak zachwyceni tym panem Ursiclosem? Czy to mąż odpowiedni dla naszej panienki?

— Niech Partridge będzie pewny — odparła Bess — że dyby odpowiadał jej tylko w połowie, nie poślubi go wcale. Powie ładniutko „nie" wujaszkom, pocałuje każdego w policzek, oni zaś zdziwią się, że mogli przez chwilę myśleć o konkurencie, którego zamiary wcale mi nie przypadają do gustu.

— Ani mnie, mavourneen!

— No bo, Partridge, serce miss Campbell jest jak ta szuflada, dokładnie zamknięte. Tylko panienka ma klucz i żeby szufladę otworzyć, musi go dać...

— Albo muszą go jej wydrzeć — dodał Partridge z uśmiechem.

— Nikt go jej nie odbierze, chyba że sama na to pozwoli — stwierdziła ochmistrzyni — i niech wiatr porwie mój czepek na szczyt dzwonnicy Świętego Mungo, jeżeli nasza panienka poślubi tego Ursiclosa.

— On jest z Południa! — stwierdził Partridge — to Southern, który, choć się urodził w Szkocji, zawsze mieszkał na południe od rzeki Tweed.

Ochmistrzyni potrząsnęła głową. Tych dwoje dobrze się rozumiało. Dla nich nizinna Szkocja prawie nie należała do starej

Kaledonii, wbrew wszelkim traktatom Unii. Stanowczo me byli zwolennikami projektowanego małżeństwa. Mieli większe ambicje w stosunku do panienki. Jeśli nawet w grę wchodziły jakieś konwenanse, im one nie wystarczały.

— Och, Partridge — ciągnęła dalej Bess — dawne obyczaje góralskie były o wiele lepsze i myślę, że małżeństwa, zawierane ongiś zgodnie z tradycją naszych starych rodów, zapewniały więcej szczęścia niż obecne.

—Nigdy jejmość nie powiedziała nic słuszniejszego, mavourneen — z powagą przytaknął Partridge. — Wtedy zwracało się więcej uwagi na serce niż na kiesę. Pewnie, że pieniądze są ważne, ale jeszcze ważniejsze, jest uczucie.

— Tak, Partridge, a przede wszystkim ludzie chcieli się lepiej poznać przed ślubem. Pamiętacie, co się stało na jarmarku Saint-Olla, w Kirkwall? Przez ten cały czas, od początku sierpnia, młodzi ludzie łączyli się w pary, które nazywano „brat i siostra z pierwszego sierpnia!" Brat i Siostra, czyż to nie przysposabia po trosze do życia w małżeństwie? No i proszę popatrzeć, właśnie dziś mamy dokładnie dzień, kiedy zaczynał się jarmark Saint-Olla, oby Bóg go przywrócił.

— Oby was wysłuchał — odpowiedział Partridge. — Pana Sama i pana Siba, gdyby się połączyli z jakimiś sympatycznymi Szkotkami, spotkałby podobny los i miss Campbell miałaby teraz o dwie ciotki więcej w rodzinie.

— Zgadzam się, ale niech Partridge spróbuje teraz połączyć miss Cambell z panem Ursiclosem , a rzeka Clyde popłynie spod Helensburgha do Glasgow, jeżeli nie zerwą ze sobą w ciągu tygodnia.

Nie wdając się w roztrząsanie ujemnych skutków, mogących wyniknąć z poufałości dozwolonej przez obyczaje w Kirkwall, które zresztą zanikły, ograniczymy się do stwierdzenia, że być może ochmistrzyni miała słuszność. Jednakże miss Campbell i Arystobulus Ursiclos nie byli bratem i siostrą z pierwszego sierpnia, gdyby więc miało dojść do ich ślubu, narzeczeni nie mogliby się poznać tak dokładnie, jak podczas próby na jarmarku Saint-Olla!

A przecież jarmarki służą do dobijania targów, nie do kojarzenia małżeństw. Niechaj więc Bess i Partridge nadal opłakują minione czasy, nie odrywając się jednak ani na chwilę od swych zajęć.

Postanowienie co do wyjazdu zapadło, miejsce wywczasów wybrane. W gazetach zajmujących się życiem towarzyskim wyższych sfer, w rubryce „podróże i wywczasy", bracia Melvill i miss Campbell od jutra mieli figurować na liście gości uzdrowiska Oban. Ale jak się tam dostać? Jak tę sprawę rozwiązać?

Są dwa sposoby, żeby dotrzeć do tego miasteczka położonego nad przesmykiem Mull, o kilkaset mil na północny zachód od Glasgow.

Pierwszy — to droga lądowa, Trzeba dojechać do Bowling, potem przez Dumbarton prawym brzegiem rzeki Leven do Ballochu nad jeziorem Lomond; do Dalmaly przepływa się najpiękniejszym ze szkockich jezior o trzydziestu wyspach, pomiędzy historycznymi brzegami, pełnymi wspomnień Mac-Gregorów i Mac-Farlane'ów, w sercu kramy Rob-Roya i Roberta Bruce'a. Stąd, drogą wijącą się po zboczach górskich, najczęściej w ich połowie, ponad strumieniami i fiordami, przez pierwsze uskoki łańcucha Grampian, pośród dolin porośniętych wrzosami, pełnych świerków, dębów, modrzewi i brzóz, oczarowany turysta zjezdża w doł do Oban, na wybrzeże, które może rywalizować z najbardziej malowniczymi brzegami Atlantyku.

Jest to urocza wycieczka, którą każdy podróżujący po Szkocji odbył lub powinien odbyć; ale na całej trasie nie widać morskiego horyzontu. Toteż bracia Melvill, którzy ją zaproponowali siostrzenicy, musieli uznać propozycję za nierealną.

Druga trasa jest połączeniem drogi rzecznej z morską. Można spłynąć rzeką Clyde do zatoki, która nosi jej imię, i żeglując pomiędzy wyspami i wysepkami tworzącymi ów kapryśny archipelag, przypominający dłoń kościotrupa nałożoną na tę część oceanu, prawą stroną tej ręki dotrzeć do portu Oban; ta właśnie trasa nęciła miss Campbell, gdyż piękna kraina jezior Lomond i Katrine nie miała już dla niej tajemnic. Zresztą w prześwitach pomiędzy dwiema wyspami, poprzez odległe cieśniny i zatoki, otwierał się widok na zachód, gdzie widnokrąg stykał się z linią wody. A zatem, być może o zachodzie słońca, podczas ostatniej godziny rejsu, jeśli mgła nie przesłoni horyzontu, pojawi się Zielony Promień, który rozbłyskuje zaledwie przez jedną piątą sekundy?

— Czy wujciowie Sam i Sib rozumieją — powiedziała Helena — że potrzebna jest jedna chwilka? Gdy tylko zobaczę to, co tak pragnę ujrzeć, zakończymy naszą podróż i nie będzie potrzeby zatrzymywać się w Oban.

To właśnie nie odpowiadało braciom Melvill. Chcieli pozostać przez czas jakiś w tej miejscowości — wiadomo dlaczego — i bynajmniej nie pragnęli, żeby zbyt raptowne ukazanie się promienia pokrzyżowało ich plany.

Skoro jednak miss Campbell, mająca głos decydujący w tej sprawie, opowiedziała się za drogą morską — wujowie wybrali ją zamiast drogi lądowej.

— Do diabła z tym Zielonym Promieniem! — warknął brat Sam, kiedy Helena opuściła hall.

— I z tymi, którzy go wymyślili — dodał Sib.

[edytuj] ROZDZIAŁ IV — W DÓŁ RZEKI CLYDE

Nazajutrz, 2 sierpnia, o świtaniu, panna Campbell w towarzystwie braci Melvill i w asyście Partridge a oraz Bess wsiadała do pociągu na stacji Helensburghu. W Glasgow mieli się przesiąść na parostatek, który odbywając codzienne rejsy z metropolii do Oban nie zatrzymywał się w tym punkcie wybrzeża.

O siódmej rano pięcioro podróżnych wysiadało aa dworcu dla przyjeżdżających w Glasgow i dorożka przewiozła ich na Broomielaw Bridge.

Tutaj parostatek „Columbia" czekał na pasażerów, z jego dwóch kominów unosił się czarny dym i mieszał z jeszcze gęstymi o tej porze oparami znad rzeki Clyde, ale poranne zamglenia zaczynały się rozpraszać i ołowiana tarcza słońca nabierała już złocistych odcieni. Zapowiadał się piękny dzień.

Skoro tylko bagaże załadowano na statek, miss Campbell i jej towarzysze wsiedli nań bez zwłoki.

W tym momencie dzwon wysłał spóźnialskim swój trzeci ł ostatni apel. Mechanik uruchomił maszynę, łopatki koła puszczone to do przodu, to do tyłu wzniecały żółtawe bryzgi, rozległ się długi gwizdek, cumy oddano i „Columbia" szybko popłynęła z prądem.

W Zjednoczonym Królestwie turyści nie mają powodu do skarg. Kompanie transportowe wszędzie oddają im do dyspozycji wspaniałe statki. Nawet najmniejszy tor wodny, najmniejsze jeziorko, najmniejszą zatokę przemierzają codziennie eleganckie parowce, toteż nic dziwnego, iż rzeka Clyde należała pod tym względem do uprzywilejowanych. Wzdłuż Broomielaw Street, w dokach Steamboat-Quay liczne statki o kominach pomalowanych najżywszymi barwami, w których złoto rywalizowało z cynobrem, stały pod parą, gotowe do rejsu w dowolnym kierunku.

„Columbia" nie stanowiła wyjątku od tej reguły: bardzo długa, o smukłym dziobie, zgrabnej sylwetce, wyposażona w potężną maszynę poruszającą koła o dużej średnicy, była statkiem wysokiej klasy. Wewnątrz zarówno salony, jak jadalnie odznaczały się wielkim komfortem; otoczony wykwintnym relingiem pokład spacerowy, obszerny, osłonięty płócienną markizą o delikatnych lambrekinach, z ławkami i pięknymi, wyściełanymi fotelami przypominał prawdziwy taras i dawał pasażerom możność podziwiania pięknych widoków i zażywania świeżego powietrza.

Podróżnych nie brakowało, przybywali bowiem z różnych stron, zarówno ze Szkocji, jak i z Anglii. Sierpień jest wymarzonym miesiącem wycieczek. Do najbardziej popularnych należą przejażdżki po rzece Clyde i na Hebrydy. Toteż przyjechały tu całe liczne rodziny: małżeństwa, których związek niebiosa obdarowały szczodrze; roześmiane, wesołe dziewczyny, nieco stateczniejsi młodzieńcy, dzieci już nawykłe do atrakcji turystycznych Następną grupę stanowili liczni pastorzy w wysokich jedwabnych cylindrach, długich czarnych surdutach o prostych kołnierzykach z białymi wypustkami koloratek przy wycięciu kamizelek; dalej grupa farmerów w szkockich beretach, którzy przypominali ciężkawą postawą dawnych hreczkosiejów sprzed blisko sześćdziesięciu lat, ponadto kilku gości zagranicznych — przeważnie Niemców, którzy nawet poza ojczyzną nie tracą ani grama na wadze, no i paru Francuzów, zawsze pełnych kurtuazji, nawet poza granicami Francji.

Gdyby miss Campbell była podobna do większości swoich . krajanek, sadowiących się w jakimś kącie zaraz po wejściu na statek i nie ruszających się z niego przez całą podróż, widziałaby nad rzeką jedynie to, co akurat przepływało przed oczami pasażerów. Ale ona lubiła krążyć po całym statku, to na dziobie, to na rufie, i przyglądać się miastom, miasteczkom, wsiom i osadom rozsianym wzdłuż brzegów. W konsekwencji towarzyszący jej wujowie Sam i Sib, rozmawiając z Heleną, chwaląc jej zmysł obserwacji i przytakując uwagom, nie mieli ani jednej godziny odpoczynku pomiędzy Glasgow a Oban. Do głowy by im zresztą nie przyszło uskarżać się, należało to bowiem do ich obowiązków adiutanckich, toteż podążali za Heleną wiernie, od czasu do czasu zażywając potężny niuch tabaki, co utrzymywało ich w dobrych humorach.

Ochmistrzyni Bess i Partridge, zająwszy miejsca w przedniej części spardeku, przyjaźnie gawędzili o dawnych czasach, o zaniechanych obyczajach i starych klanach w rozpadzie. Gdzie się podziały dawne nieodżałowane lata? W tamtej epoce widnokręgi były czyste, nie zasnute dymami, które wypluwają kominy fabryczne, na brzegach nie rozlegały się głuche uderzenia młotów mechanicznych, czystych wód nie mąciła nigdy praca tysięcy koni parowych.

— Te czasy powrócą, może nawet prędzej niż ludzie myślą — prowokowała ochmistrzyni.

— Mam na dzieję — odpowiadał z powagą Partridge — a wraz z nimi dobre stare obyczaje naszych przodków.

Tymczasem brzegi rzeki Glyde przesuwały się szybko od dziobu do rufy „Columbii", jak krajobrazy w fotoplastykonie. Po prawej stronie ukazała się wieś Patrick przy ujściu rzeki Kelvin oraz wielka stocznia budująca żelazne statki, położona na wprost doków Govan na przeciwległym brzegu. Przeraźliwy szczęk żelastwa, gęste kłęby dymu i pary niemiłe raziły uszy i oczy Partridge a i jego towarzyszki!

Ale niebawem cały ten przemysłowy zgiełk i dymne mgły zaczęły po trochu zanikać. Miejsce warsztatów i pochylni okrętowych, wysokich kominów fabrycznych, gigantycznych rusztowań żelaznych podobnych do klatek dla menażerii mastodontów zajęły teraz kokieteryjne domki, pałacyki osłonięte drzewami, wille w anglosaskim stylu, rozsiane na zielonych pagórkach. Ten nie kończący się łańcuch na przemian to wiejskich, letnich domków, to zameczków ciągnął się pomiędzy jednym miastem a drugim.

Za dawnym królewskim grodem Renfrew na lewym brzegu rzeki zarysowały się po prawej stronie lesiste wzgórza Kilpatrick ponad wsią o tej samej nazwie; wsi tej żaden Irlandczyk nie może minąć nie zdejmując nakrycia głowy: tutaj bowiem urodził się święty Patryk, patron Irlandii.

Clyde, dotychczas bardzo szeroka, przemieniła się teraz w prawdziwy zalew morski. Bess i Partridge podziwiali ruiny zamku Dunglas, przywodzące na myśl pewne wydarzenia z dawnej historii Szkocji, ale odwrócili wzrok od obelisku wzniesionego na cześć Harry'ego Bella, wynalazcy pierwszych mechanicznych statków, których koła mąciły spokojną wodę.

Parę mil dalej turyści obejrzeli przez lunety zamek Dumbarton, wznoszący się na wysokości ponad pięciuset stóp na bazaltowej skale. Wyższy z dwóch stożków wieńczących jej szczyt nosi dotychczas nazwę „tron Wallace'a", bohatera walk o niepodległość.

W tym momencie jakiś pan, stojący na mostku kapitańskim, przez nikogo nie proszony, ale tez przez nikogo nie powstrzymywany, uznał za stosowne wygłosić mały odczyt historyczny, ku pouczeniu towarzystwa podróży. Pół godziny później każdy z pasażerów „Columbii", jeśli nie był głuchy, wiedział już, ze najprawdopodobniej to Rzymianie ufortyfikowali Dumbarton, że ta legendarna skała przemieniła się w królewską twierdzę na początku XIII wieku, że dzięki dobrodziejstwu zawartej Unii zalicza się do czterech budowli Szkocji, których nie wolno zburzyć, że z tego portu w roku 1548 Maria Stuart udała się do Francji, gdzie poślubiwszy Franciszka II została „jednodniową królową", no i wreszcie że to właśnie tutaj zamierzano osadzić Napoleona w 1815 roku, nim gabinet Castlereagha postanowił uwięzić go na Świętej Helenie.

— To ogromine pouczające — stwierdził wuj Sam.

— Pouczające i ciekawe — dodał wuj Sib.— Ten dżentelmen zasługuje na największe pochwały.

Obaj wujowie byli przekonani, że nie powinni stracić ani słowa z tego odczytu. Toteż nie zwlekając wyrazili swoje uznanie przygodnemu wykładowcy.

Miss Campbell, pogrążona w rozmyślaniach, nic nie słyszała z tej popularnej lekcji historii. Przynajmniej w tej chwili wcale się tym nie interesowała. Nie rzuciła nawet okiem na prawy brzeg, na ruiny zamku Cardross, w którym umarł Robert Bruce. Jej oczy szukały horyzontu morskiego — ale nie mogły go znaleźć, ponieważ „Columbia" nie wydostała się jeszcze poza region cypelków i pagórków ograniczających widoczność w zatoce Clyde. W tym czasie zresztą parostatek przepływał akurat obok miasteczka Helensburgh. Port-Glasgow, pozostałości zamku Newark i półwysep Rosenheat były to widoki, które młoda kasztelanka oglądała codziennie z okien swego zameczku. Toteż zadawała sobie w duchu pytanie, czy przypadkiem parowiec nie żegluje po wijących się kapryśnie strumykach jej parku.

No bo czemu jej myśl miała błąkać się pośród setek statków stłoczonych w basenie Greenock, przy ujściu rzeki? Co ją obchodził fakt, że nieśmiertelny Watt urodził się w tym mieście liczącym czterdzieści tysięcy mieszkańców i stanowiącym jak gdyby przemysłowy i handlowy przedpokój Glasgow? Dlaczego, o trzy mile dalej, wzrok jej miałby spocząć na wsi Gourock po lewej stronie, na wsi Dunoon po prawej, na krętych i poszarpanych fiordach wrzynających się głęboko w brzegi hrabstwa Argyle, postrzępione niby brzegi Norwegii?

Nie, miss Campbell szukała niecierpliwie wieży wśród ruin Leven. Czyżby się spodziewała zobaczyć na szczycie jakiegoś chochlika? Bynajmniej, pragnęła jedynie być pierwszą, która dostrzeże latarnię morską w Clock, oświetlającą wejście do zatoki Firth of Clyde.

Wreszcie, na zakolu wybrzeża, ukazała się owa latarnia podobna do gigantycznej lampy.

— Clock, wujku Samie! — zawołała. — Clock, Clock!

— Tak. Clock — powtórzył wujek Sam z dokładnością echa górskiego.

— Morze, wujku Sibie!

— Istotnie, morze — przytaknął wuj Sib.

— Jakież to piękne! — stwierdzili jednogłośnie wujowie. Można by pomyśleć, że widzą je pierwszy raz w życiu.

Pomyłka była niemożliwa: w rozwartych ramionach zatoki ukazał się horyzont morski.

Tymczasem słońce nie przeszło jeszcze połowy swojej dziennej wędrówki. Na pięćdziesiątym szóstym równoleżniku musiało jeszcze minąć co najmniej siedem godzin, nim zniknie w falach — siedem godzin cierpliwości, w jaką musiała się uzbroić miss Campbell. Ten widnokrąg zarysowywał się bowiem na południowym zachodzie, a więc na segmencie łuku, który promienne ciało niebieskie muśnie tylko w czasie przesilenia zimowego. Nie tu zatem należało szukać upragnionego zjawiska, lecz bardziej na zachód, nawet nieco dalej na północ, albowiem pierwsze dni sierpnia wyprzedzają o jakieś sześć tygodni równonoc jesienną.

Zresztą, mniejsza o to. Teraz przed oczami Heleny rozciągało się morze. W prześwicie pomiędzy dwiema wyspami Cumbray, poza dużą wyspą Bute, której zarysy lekko się zacierały, poza niskimi szczytami Aisla-Craig i górami Arran, pełne morze stykało się z niebem tak wyraźnie, jakby linię wyrysowano grafionem.

Miss Campbell wpatrywała się w nią pogrążona w rozmyślaniach, nie mówiąc ani słowa. Stała na górnym pomoście nieruchoma, a słońce rzucało do jej stóp bardzo skrócony cień. Wyglądała, jakby mierzyła odległość dzielącą je jeszcze od punktu, gdzie oślepiająca tarcza zanurzy się w wodach archipelagu Hebrydów... Oby tylko w tym momencie niebo, tak dodotychczas czyste, nie zasnuło się wieczornymi oparami.

Z zadumy wyrwał ją głos wuja Siba.

— Już czas.

— Na co czas, kochani wujciowie?

— Pora na obiad — wyjaśnił wuj Sam.

— Cóż, chodźmy jeść — powiedziała miss Campbell.

[edytuj] ROZDZIAŁ V — ZE STATKU NA STATEK

Po posiłku, pół zimnym pół gorącym — świetnym lunchu na modłę angielską, podanym w jadalni „Columbii" — panna Campbell i panowie Melvill weszli znów na górny pokład.

Helena nie zdołała powstrzymać okrzyku rozczarowania.

— Mój horyzont!

Trzeba przyznać, że horyzont istotnie zniknął. Nie było go już od kilku mniut. Płynący w kierunku północnym parostatek znajdował się obecnie w długiej cieśninie Kyles of Bute.

— To fatalne, wujku Samie — rzekła miss Campbell z lekkim wyrzutem.

— Ależ, drogie dziecko...

— Popamiętam to, wujku Sibie!

Bracia nie wiedzieli, co odpowiedzieć, a przecież nie ich to była wina, ze „Columbia", zmieniwszy kurs, płynęła na północny zachód. Są bowiem dwie całkiem odmienne drogi morskie z Glasgow do Oban.

Jedna — ta, którą „Columbia" nie popłynęła — jest dłuższa. Po krótkim postoju w Rothesay, głównym mieście wyspy Bute, z górującym nad nią starym zamkiem z XI wieku, otoczonej od zachodu wąwozami osłaniającymi ją od przykrych wiatrów z morza, parowiec -może dalej płynąć zatoką Clyde wzdłuż wschodniego brzegu wyspy, minąć dużą i małą Cumbray i trzymać się tego kursu aż do południowej części wyspy Arran, która należy prawie w całości do księcia Hamiltona, od nasady skal aż po szczyt Goatfell wznoszący się prawie na osiemset metrów ponad poziom morza. Wtedy sternik robi ruch rumplem, kreska kursowa kompasu przechodzi na rumb zachodni, mija się wyspę Arran, opływa wysunięty palec półwyspu Cantyre w kierunku zachodnim, wchodzi do pasażu Gigha poprzez cieśninę Sund pomiędzy wyspami Islay i Jura i dociera się do rozwartych ramion zatoki Lorn, której ostry kąt sięga nieco powyżej Oban.

W gruncie rzeczy panna Campbell miała trochę racji uskarżając się, że „Columbia" nie wybrała tej drogi i kto wie, czy wujkowie także tego nie żałowali. Płynąc bowiem wzdłuż Islay mieliby przed oczami starą rezydencję Mac Donaldów, którzy na początku XVII wieku, pokonani i wygnani, musieli ustąpić miejsca Campbellom. Na widok areny wydarzeń historycznych, które ich dotyczyły tak blisko, bracia Melvill, nie mówiąc już o ochmistrzyni i Partridge'u, odczuliby, że ich serca biją zgodnym rytmem.

Co do miss Campbell, to upragniony horyzont miałaby przed oczami o wiele dłużej. Od cypla Arran aż do przylądka Cantyre widziałaby morze od strony południowej; od Mull na Cantyre do końca Islay — od strony zachodniej, a byłby to ów bezmiar wodny, ograniczony jedynie wybrzeżem amerykańskim w odległości trzech tysięcy mil.

Jednakże wspomniana droga jest długa, trudna, niekiedy nawet niebezpieczna i kapitanowie muszą brać pod uwagę fakt, że niektórych turystów przeraża ewentualność niespokojnego rejsu, kiedy statek walczy z falą, dość wysoką w tych regionach Hebrydów.

Toteż inżynierowie — Lessepsowie w miniaturze — wpadli na pomysł przerobienia półwyspu Cantyre na wyspę. I właśnie dzięki ich wysiłkom, w północnej jego części przekopano kanał Crinan, który skraca trasę co najmniej o dwieście mil, i trzy do czterech godzin wystarczy, aby ją przebyć.

Właśnie tą drogą „Columbia" miała płynąć z Glasgow do Oban, jeziorami i cieśninami, mając po obu stronach kamieniste brzegi, lasy i góry. Spośród wszystkich pasażerów zapewne tylko miss Campbell żałowała tamtej trasy, ale musiała się pogodzić z faktami. Czy zresztą nie odnajdzie morskiego widnokręgu nieco dalej, za kanałem Crinan, parę godzin później, na długo, nim słońce zanurzy w falach swoją tarczę?

W chwili kiedy turyści, którzy dłużej zabawili w jadalni, powracali na pokład, „Columbia" sunęła koło wysepki Elbangreig na jeziorze Ridden. Bohaterski książę Argyle znalazł tu schronienie, nim pokonany w walce o wyzwolenie polityczne i religijne Szkocji, został zawleczony do Edynburga, aby położyć głowę pod nóż szkockiej gilotyny. Następnie parowiec powrócił na południe cieśniną Bute, wśród pięknej panoramy nagich lub zalesionych wysepek, których ostre profile łagodziła lekka mgiełka. Wreszcie, po opłynięciu przylądka Ardlamont, wziął kurs na północ, poprzez Loch Fyne, pozostawiając po lewej stronie osadę East-Tarbert na brzegu Cantyre, ominął przylądek Ardrishaig i znalazł się u wylotu kanału Crinan, w przystani miasta Lochgilphead.

Pasażerowie musieli tutaj opuścić „Columbię", zbyt dużą, by mogła przepłynąć ów kanał o piętnastu śluzach niwelujących spadki, długi na dziewięć mil, przeznaczony wyłącznie dla statków wąskich, o małej wyporności.

Na pasażerów „Columbii" czekał stateczek parowy „Linnet". Przesiadka trwała kilka minut. Wszyscy zajęli niezbyt wygodne miejsca na spardeku, po czym „Linnet" rączo ruszył pomiędzy brzegami kanału, a kobziarz w narodowym stroju umilał im czas gramem. Nie ma nic bardziej melancholijnego niż te dziwne pieśni przy monotonnym akompaniamencie trzech basowych burdonów, których melodia opiera się jedynie na interwałach gamy durowej, pozbawionych górnych tonów, jak w starych śpiewach minionych wieków.

Wspaniale płynie się po kanale, który przedziera się to przez wysokie skarpy, to znów czepia się zbocza pagórków pokrytych wrzosem, raz toczy swe wody po szerokiej równinie, kiedy indziej przeciska się przez wąskie ściany śluz. W czasie krótkich postojów, bo ludzie obsługujący śluzy starają się szybko wyekspediować statek, miejscowi chłopcy i dziewczyny częstują turystów świeżo udojonym mlekiem, zwracając się do nich w narzeczu dawnych Celtów, niezrozumiałym obecnie nawet dla Anglików.

Po sześciu godzinach — statek miał dwugodzinne opóźnienie z powodu awarii jednej śluzy — zaczęli mijać osady i fermy tego dość smutnego regionu oraz rozległe bagniska Add po prawej stronie kanału. „Linnet" zatrzymał się poniżej wsi Ballanoch, gdzie nastąpiła druga przesiadka. Pasażerowie z „Columbii" przenieśli się na „Glengarry" i popłynęli w kierunku, północno zachodnim, żeby po opuszczeniu zatoki Crinan okrążyć cypel, na którym wznosi się stary zamek feudalny Dufitroon.

Nie licząc krótkiego przebłysku przy zmianie kursu w pobliżu wyspy Bute, morze jeszcze się nie ukazało.

Łatwo domyślić się, jak wielkie zniecierpliwienie ogarnęło miss Campbell. Na tych wodach, o ograniczonym ze wszystkich stron widoku, czuła się tak, jakby była w samym sercu Szkocji, w krainie jezior, w krainie Rob-Roya. Wszędzie malownicze wysepki o miękko zarysowanych kształtach, porośniętych brzozami i modrzewiem.

Wreszcie „Glengarry" minął północny cypel Jury i morze wyłoniło się aż po kraniec nieba, pomiędzy statkiem a pobliską wysepką Scarba.

— Oto ono, droga Heleno! — zawołał wuj Sam i wyciągnął rękę w stronę zachodu.

— Nie nasza to wina — dodał wuj Sib — że te przeklęte wyspy zasłoniły je przed twoim wzrokiem.

— Wybaczam wam, kochani wujciowie — odparła Helena — ale żeby to się nam więcej nie przydarzyło.

[edytuj] ROZDZIAŁ VI — OTCHŁAŃ CORRYVREKAN

Szósta po południu. Słońce przebyło dopiero cztery piąte swojej drogi. Najpewniej „Glengarry" przybije do Oban nim ciało niebieskie skryje się w Atlantyku. Miss Campbell miała więc podstawy by wierzyć, że jej marzenia spełnią się jeszcze tego wieczora. Rzeczywiście, niebo bez jednej chmurki, bez mgiełki wydawało się wymarzone do obserwowania upragnionego zjawiska i widnokrąg morski powinien był się wyraźnie ukazać pomiędzy wyspami Oronsay, Colonsay i Mull na ostatnim etapie rejsu.

Jednakże zaszło pewne najzupłniej nieprzewidziane wydarzenie, które nieco opóźniło tempo parowca.

Miss Campbell, pochłonięta swoją idee fixe, nieruchomo tkwiła na posterunku, nie chcąc tracić z oczu zaokrąglonej linii, rozciągającej się pomiędzy dwiema wyspami. Tam, gdzie niebo łączyło się z wodą, odblask tworzył srebrny trójkąt, którego coraz słabsze refleksy gasły na burtach „Glengarry".

Prawdopodobnie miss Campbell była jedyną osobą na pokładzie nie odrywającą ani na chwilę oczu od horyzontu, toteż okazała się także jedyną, która zauważyła, jak bardzo morze burzy się pomiędzy cyplem a wyspą Scarba. Jednocześnie uszu jej dobiegł daleki szum zderzających się fal, gdy tymczasem lekka bryza wzniecała tylko drobne zmarszczki na wodzie tak spokojnej, że niemal oleistej, łagodnie przecinanej stewą dziobową parowca.

— Skąd się tam biorą wzburzone fale i ten szum? — spytała wujów miss Campbell.

Bracia Melvill mieliby duże trudności ze znalezieniem odpowiedzi, gdyż podobnie jak ich siostrzenica nie rozumieli, co się działo w odległości około trzech mil, w wąskim prześwicie.

Wtedy miss Campbell zwróciła się do kapitana, który przechadzał się po mostku; poprosiła go o wyjaśnienie powodu tego huku fal.

— Po prostu przypływ — stwierdził kapitan. — Aż tutaj słychać te wiry z otchłani Corryvrekan.

— Przecież pogoda jest cudowna — zaoponowała miss Campbell — wiaterku prawie się nie odczuwa!

— To zjawisko bynajmniej nie zależy od pogody — poinformował kapitan. — Jest ono skutkiem wzbierającego morza, które, wypływając przez Jura-Sund, znajduje jedyne wyjście między dwiema wyspami: Jurą i Scarbą. Dlatego prąd wpada tam z niezwykłą zaciekłością i dla statku o niewielkim tonażu byłoby rzeczą nader ryzykowną zapuszczać się w pobliże.

Otchłań Corryvrekan, słusznie budząca grozę w tym regionie, opisywana jest jako jedno z najciekawszych miejsc archipelagu Hebrydów. Wiry można porównać do silnych prądów w Sein, powodowanych przez wąską cieśninę pomiędzy groblą o tej nazwie a Zatoką Zmarłych u wybrzeży Bretanii, lub do prądu Blanchart, gdzie przelewają się wody kanału La Manche na wysokości Aurigny i Cherbouga. Legenda mówi, że Corryvrekan zawdzięcza swoją nazwę skandynawskiemu księciu, którego okręt zatonął tam w czasach celtyckich. Rzeczywiście jest to miejsce niebezpieczne, gdzie wiele statków poszło na dno, a jego prądy mają równie złą opinię w Maelström u wybrzeży Norwegii.

Miss Campbell nie odrywała oczu od gwałtownego falowania przypływu; nagle jej uwagę przykuł jeden punkt. Można by pomyśleć, że w środku kipieli sterczy skała, gdyby nie fakt, że poruszała się w górę i w dół.

— Panie kapitanie — zawołała miss Campbell — proszę spojrzeć, co to może być! Skała?

— Cóz — powiedział kapitan — może to być tylko jakiś wrak porwany przez prąd, a raczej...

Spojrzał przez lunetę i wykrzyknął:

— Łódź!

— Łódź? — zdumiała się miss Campbell.

— Tak... Niewątpliwie! Jakaś łódź tonąca w wirach Corryvrekan!

Po tych słowach kapitana pasażerowie natychmiast pobiegli na mostek. Patrzyli w kierunku kipieli. Teraz już nie ulegało wątpliwości, ze prąd wciągnął tam jakiś stateczek. Pochwycony w wiry przypływu, w samym środku kotłujących się fal, zdany był na pewną zgubę.

Pasażerowie utkwili oczy w ten punkt odległy o cztery czy pięć mil od „Glengarry".

— To chyba dryfująca łódź — zauważył jeden z pasażerów.

— Ależ nie, widzę tam człowieka! — zaoponował drugi.

— Człowiek... Nie! Dwóch! — zawołał Patridge, który stanął obok miss Campbell.

Istotnie, w łodzi było dwóch ludzi; nie panowali już nad sterem. Przy tak nikłym wietrze od lądu żagiel nie mógłby wypchnąć ich z wirów, wiosła także nie zdołałyby wyprowadzić ich z zagrożonej strefy.

— Kapitanie — krzyknęła miss Campbell — nie możemy dać zginąć tym nieszczęśnikom! Jeśli pozostawimy ich własnemu losowi, są zgubieni! Musimy ich ratować! Musimy!

Wszyscy na pokładzie statku myśleli tak samo, wszyscy czekali na decyzję kapitana.

— „Glengarry" nie może ryzykować wejścia w cieśninę Corryvrekan. Ale możemy podpłynąć, żeby się znaleźć jak najbliżej łodzi.

Zwrócił się w stronę podróżnych, jak gdyby szukał ich aprobaty. Miss Campbell podeszła do niego.

— Musimy, kapitanie! — zawołała z gorącą prośbą w głosie. — Moi towarzysze podróży pragną tego jak ja. Chodzi tu o życie dwóch Ludzi, których może zdoła pan uratować. Och, panie kapitanie, błagam pana...

— Tak, tak! — zakrzyknęło parę osób, wzruszonych żarliwą prośbą młodej kobiety.

Kapitan ponownie wziął do ręki lunetę i zaczął uważnie obserwować cieśninę, po czym zwrócił się do sternika, który stał przy nim na mostku;

— Uwaga! — wydał rozkaz. — Ster prawo na burt!

Posłuszny sterowi parowiec wziął kurs na zachód. Mechanik otrzymał rozkaz dodania pary i niebawem „Glengarry" zostawił na lewym trawersie cypel wyspy Jura.

Na pokładzie panowała zupełna cisza. Wszyscy utkwili wzrok w łodzi, którą było widać coraz lepiej.

Była to mała łodz rybacka z położonym masztem dla złagodzenia wstrząsów powodowanych przez gwałtowne ataki fal.

Jeden z dwóch mężczyzn znajdujących się w łodzi leżał na rufie, drugi zaś, wiosłując co sił, starał się wyprowadzić łódź z kipieli. Jeśli mu się to nie uda — zginą obaj.

Pół godziny później ,,Glengarry" podpłynął na granicę Corryvrekanu. Gdy natarły pierwsze bałwany, wszyscy odczuli silne kołysanie wzdłużne, nikt jednak nie protestował, chociaż siła prądu mogła przerazić zwykłych turystów.

W tej części cieśniny morze było jednolicie białe, jak gdyby dął wiatr na trzy refy, pokryte wielkim płatem piany, którą fale, tłukąc o niezbyt głębokie dno, wzniecały w olbrzymie masy wody.

Łódź była już w odległości zaledwie pół mili. Mężczyzna zgięty przy wiosłach czynił nadludzkie wysiłki, żeby się wydostać z kipieli. Zrozumiał także, że ratownicy nie będą mogli posunąć się o wiele dalej do przodu, a więc to on powinien dotrzeć do statku. Jego towarzysz, nieruchomo lezący na rufie, wydawał się nieprzytomny.

Miss Campbell, w najwyższym stopniu zdenerwowana, nie odrywała oczu od łodzi walczącej ze śmiertelnym niebezpieczeństwem, którą ona pierwsza dostrzegła wśród wirów i do której, dzięki jej natarczym prośbom, kierował się teraz „Glengarry".

Sytuacja stawała się coraz poważniejsza. Powstała obawa, że parowiec nie zdąży na czas. Szedł teraz małą prędkością żeby uniknąć większej awarii, a jednak nacierające od dziobu fale zagrażały wtargnięciem przez świetliki maszynowni i zalaniem ognia, co byłoby groźne wśród kłębiących się wirów.

Kapitan oparty o balustradę mostka czuwał nad tym, żeby nie odchylać się od kursu na kanał i zręcznie manerowal, aby tylko nie podstawić się. burtą.

Tymczasem łodzi nie udawało się wyjść z odmętu. W pewnych chwilach znikała nagle za jakąś górą wody, kiedy indziej, chwycona dośrodkowym prądem, o szybkości rosnącej wprost proporcjonalnie do promienia, kręciła się w kółko niczym strzała, lub raczej kamień obracający się na końcu procy.

— Prędzej, prędzej! — popędzała miss Campbell, nie mogąc się opanować.

Ale na widok załamujących się bałwanów niektórzy pasażerowie nie potrafili powstrzymać okrzyków przerażenia. Kapitan, zdając sobie sprawę z ciążącej na nim odpowiedzialności, wahał się, czy powinien wchodzić głębiej w cieśninę Corryvrekan.

W owym momencie odległość między łodzią a statkiem wynosiła już zaledwie pół kabla czyli trzysta stóp, toteż z łatwością można było rozpoznać nieszczęśników, których wiry wciągały w otchłań.

W łodzi znajdował się stary marynarz i młody mężczyzna, pierwszy leżał na rufie, drugi pracował wiosłami.

W tejże chwili gwałtowna fala uderzyła w parowiec, pogarszając jeszcze bardziej sytuację.

Kapitan nie mógł dalej zapuszczać się w tę kipiel i z wielkim trudem kilkoma obrotami koła sterowego wykonał manewr, żeby utrzymać się pod prąd.

Nagle łódź zatańczyła na grzbiecie fali, po czym ześlizgnęła się z niej i znikła.

Na pokładzie rozległ się krzyk, jeden wspólny krzyk grozy.

Czyżby łódź zatonęła? Nie.. Wspinała się na grzbiet następnej fali i wioślarz podwajając wysiłki, odepchnął ją w stronę parowca.

— Odwagi! Odwagi! — krzyczeli marynarze na dziobie. Kołysali zwojem liny, czatując na sposobność, by ją rzucić tonącym.

Nagle kapitan, spostrzegłszy spokojną przestrzeń wodną pomiędzy dwoma spiętrzonymi falami, rozkazał maszyniście dodać pary. „Glengarry" zwiększył szybkość i śmiało wszedł pomiędzy dwie wyspy, szalupa zaś przybliżyła się o dalszych kilka sążni.

Wtedy marynarze rzucili linę i przywiązali jej końce u nasady masztu; następnie „Glengarry" dał wsteczny bieg, żeby umknąć z niebezpiecznego miejsca jak najszybciej, łódź natomiast, uwiązana do jego burty, szła przy nim na holu.

W tym momencie mężczyzna porzucił wiosła, uniósł swego towarzysza i z pomocą marynarzy wciągnął go na pokład. Kiedy prąd wepchnął ich do kipieli, potężna fala powaliła starego żeglarza i nie mógł już pomagać młodemu człowiekowi, zdając go na własne siły. Wioślarz wskoczył teraz na pokład „Glengarry" nie tracąc ani trochę opanowania; twarz jego wyrażała spokój, a cała postawa świadczyła o tym, iż siła duchowa dorównywała w nim sile fizycznej.

Natychmiast zajął się swoim towarzyszem. Był nim właściciel łodzi, którego spory kielich koniaku natychmiast postawił na nogi. — Panie Olivierze! — przemówił.

— Ach, stary druhu, jak się czujesz po tym strasznym uderzeniu? — zapytał młody mężczyzna.

— W porządku! Przeżywałem gorsze. Już po wszystkim.

— Dzięki niebiosom! To ja uparłem się, żeby płynąć dalej i tej mojej nierozwagi mało nie przypłaciliśmy życiem. Ale zostaliśmy wyratowani!

— Z pana pomocą, panie Olivierze.

— Nie, z pomocą boską.

Młodzieniec tulił starego marynarza do piersi nie starając się ukryć wzruszenia, które ogarnęło także świadków tej sceny.

Następnie zwrócił się do kapitana „Glengarry" w chwili, gdy ten schodził z mostka i rzekł:

— Panie kapitanie, nie wiem jak dziękować za przysługę, którą pan mi wyświadczył.

— Spełniłem tylko mój obowiązek, drogi panie, a jeśli już o tym mowa, to moi pasażerowie mają więcej prawa niż ja do pana wdzięczności.

Młody pan serdecznie uścisnął dłoń kapitana, po czym zdjął kapelusz i pełnym wdzięku ruchem pokłonił się pasażerom

Nie ulegało wątpliwości, że gdyby nie „Glengarry", on jego towarzysz, wciągnięci w sam środek otchłani Corryvrekan, byliby zgubieni.

W trakcie tej wymiany uprzejmości, miss Campbell uznała za stosowne usunąć się na ubocze. Nie chciała, żeby mówiono o jej udziale w tej dramatycznej, ale udanej akcji ratowniczej. Gdy tak stała na przodzie mostka, nagle, jak gdyby w nowym przypływie fantazji zwróciła się ku zachodowi; mimowolnie wyrwały się jej słowa:

— A co z promieniem? Co ze słońcem?

— Nie ma już słońca — stwierdził wuj Sam.

— Nie ma już promienia — dodał wuj Sib.

Za późno. Tarcza słoneczna, która właśnie skryła się za widnokręgiem o nieskazitelnej czystości, wysłała swój zielony promień w przestrzeń. Ale w owej. chwili myśl miss Campbell błądziła gdzie indziej, a jej roztargnione spojrzenie pominęło okazję, która mogła nadarzyć się nieprędko...

— Szkoda — szepnęła, choć bez wielkiego żalu, gdyż myśli jej krążyły wokół niedawnego wydarzenia.

Tymczasem „Glengarry" manewrował, żeby wyjść z cieśniny Corryvrekan i popłynąć dalej na północ. Stary marynarz, uścisnąwszy po raz ostatni dłoń swego towarzysza, wskoczył do łódki i wziął kurs na wyspę Jura.

Co zaś do młodego pana, którego dorlach — coś w rodzaju skórzanego plecaka — został wrzucony na pokład, to stał się on jeszcze jednym turystą „Glengarry" płynącym do Oban.

Parowiec, pozostawiwszy na prawym trawersie wyspy Shuna i Luing, gdzie się znajdują bogate kopalnie łupku należące do markiza Breadalbane, okrążył wyspę Seil, która broni tej części wybrzeża szkockiego, następnie wszedłszy do zatoki Lorn prześlizgnął się pomiędzy wulkaniczną wyspą Kerrera a lądem i w ostatnich godzinach zmierzchu przycumował do przystani w porcie Oban.

[edytuj] ROZDZIAŁ VII — ARISTOBULUS URSICLOS

Gdyby nawet Oban przyciągał na swoje plaże tyleż gości, co najbardziej uczęszczane uzdrowiska w rodzaju Brighton, Margate czy Ramsgate, tak wybitna osobistość jak Aristobulus Ursiclos nie mogłaby się przeniknąć niezauważona.

Oban, aczkolwiek nie dorównujący swoim rywalom, jest pieliskiem ogromnie cenionym przez próżniaków Zjednoczonego Królestwa. Jego położenie nad cieśniną Mull osłoniętą od wiatrów zachodnich — gdyż wyspa Kerrera chroni przed ich bezpośrednim wpływem — przyciąga także mnóstwo cudzoziemców. Jedni przyjeżdżają, żeby zanurzyć się ponownie w leczniczych wodach, inni lokują się tutaj, gdyż leży w punkcie, skąd rozchodzą się promieniście drogi do Glasgow, Inverness i najciekawszych wysp Hebrydzkich. Trzeba jeszcze dodać następującą uwagę: Oban nie jest bynajmniej, jak wiele innych uzdrowisk, czymś w rodzaju szpitalnego dziedzińca; większość tych, którzy pragną spędzić tutaj ciepłą porę roku, to ludzie zdrowi i nie ma obawy, jak w niektórych miejscowościach tego typu, że do partyjki wista zasiądziemy z dwoma chorymi i jednym umrzykiem.

Oban liczy sobie zaledwie sto pięćdziesiąt lat istnienia. Dlatego rozmieszczenie placów, skupiska domów i sieć ulic noszą na sobie piętno nowoczesności. A zarazem kościół, budowla w stylu normandzkim z piękną dzwonnicą, stary, obrośnięty bluszczem zamek Dunolly na samotnej skale północnego cypla, panorama białych domów i kolorowych willi wznoszących się tarasami na dalszych wzgórzach, wreszcie spokojne wody zatoki, do której zawijają wytworne jachty — wszystko to nadaje uzdrowisku malowniczy wygląd.

Tego roku w sierpniu w Oban nie brakowało zagranicznych turystów i kąpielowiczów. W księdze gości jednego z najlepszych hoteli, od kilku już tygodni, wśród innych raniej lub bardziej znakomitych nazwisk, można było wyczytać nazwisko Arystobulusa Ursiclosa z Dumfries (Południowa Szkocja).

Był to „osobnik" dwudziestoośmioletni, który nigdy nie był miody i zapewne nigdy nie będzie stary. Urodził się najwidoczniej w wieku, na jaki miał wyglądać przez całe swoje życie. Prezentacja ani dobra, ani zła, twarz ogromnie pospolita, włosy zbyt jasne dla mężczyzny; za okularami krótkowzroczne oczy bez wyrazu, nos mały, jak gdyby nie należący do jego twarzy. Ze stu trzydziestu tysięcy włosów, jakie według ostatnich statystyk powinny rosnąć na głowie ludzkiej, jemu nie pozostało więcej niż sześćdziesiąt tysięcy. Wieniec zarostu otaczał jego policzki i podbródek, co trochę go upodobniało do małpy. Gdyby był małpą, stanowiłby piękny okaz, może właśnie owo brakujące ogniwo w łańcuchu darwinistów, łączące świat zwierzęcy ze światem ludzkim.

Aristobulus Ursiclos był zasobny w pieniądze a jeszcze zasobniejszy w pomysły. Młody naukowiec o encyklopedycznym wykształceniu potrafił na śmierć wszystkich zanudzać swoimi rozległymi wiadomościami; absolwent uniwersytetów w Oksfordzie i Edynburgu, miał rozleglejszą wiedzę w zakresie fizyki, chemii, astronomii i matematyki niż literatury. Był też ogromnie zarozumiały i właściwie niewiele brakowało, żeby go można było nazwać głupcem. Jego główną manią, lub raczej monomamą, jeśli kto woli, było udzielanie na prawo i na lewo wyjaśnień na temat całkiem oczywistych rzeczy, krótko mówiąc, przedstawiał sobą typ pedanta o raczej niemiłym sposobie bycia. Nikt się z niego nie śmiał, gdyż nie należał do ludzi zabawnych, ale kto wie, czy nie kpiono cichcem, albowiem był dziwaczny Dewiza masonów angielskich: audi, vide, tace w żaden sposób nie przystawała do tego niby młodego człowieka, ponieważ nie słuchał nikogo, niczego nie dostrzegał i nigdy nie milczał. Jednym słowem, żeby z krainy Waltera Scotta zapożyczyć porównanie bardziej stosowne, Aristobulus Ursiclos, z tą swoją obsesją industralizmu, o wiele bardziej przypominał sędziego Nicola Jarvie niż jego poetycznego kuzyna Rob-Roya Mac Gregora.

A któraż dziewczyna z gór, nie wyłączając miss Campbell, nie wolałaby Rob-Roya od Nicola Jarvie?

Oto portret Aristobulusa Ursiclosa. Jak mogli bracia Melvill wpaść w zachwyt tak wielki nad tym nudziarzem, że aż zapragnęli, aby został ich siostrzeńcem, żeby wszedł do rodziny przez małżeństwo? Co się w nim podobało tym szacownym sześćdziesięciolatkom? Może jedynie to, że był pierwszym, który poprosił o rękę ich siostrzenicy. Wpadłszy w naiwne rozanielenie bracia Sam i Sib prawdopodobnie powiedzieli sobie: „Młodzieniec bogaty, z dobrej familii, rozporządzający majątkiem, który rodzice i krewni nagromadzili na jego rzecz, a w dodatku niezwykle wykształcony! Będzie znakomitą partią dla naszej drogiej Heleny. Ponieważ on nam odpowiada, małżeństwo samo się skojarzy, z zachowaniem, oczywiście, wszelkich konwenansów".

Po czym każdy zażył potężny niuch tabaki i zamknęli wspólną tabakierkę z suchym trzaskiem, który zdał się mówić: „Załatwione!

Bracia Melvill uważali się za niesłychanie sprytnych, gdyż dzięki dziwacznemu pomysłowi z Zielonym Promieniem udało im się zwabić miss Campbell do Oban. Tutaj będzie mogła widywać się z Aristobulusem Ursiclosem tak, jakby spotkania te nie były ukartowane, lecz nastąpiły po przerwie spowodowanej jego wyjazdem.

Bracia Melvill i miss Campbell zamienili domostwo w Helensburghu na najpiękniejsze apartamenty w „Caledonian Hotel". Gdyby ich pobyt w Oban miał się przedłużyć, może opłaciłoby się wynająć jakąś willę na wzgórzach otaczających miasteczko; ale na razie, z pomocą ochmistrzyni i Patridge'a, wszyscy zainstalowali się jak najwygodniej u pana Mac-Fyne'a. Co dalej— zobaczą później.

Nazajutrz po przyjeździe, o dziewiątej rano, bracia Melvill wyszli z hotelowego hallu na plażę, położoną prawie na wprost estakady. Panna Campbell jeszcze odpoczywała w swoim pokoju na pierwszym piętrze nie podejrzewając, że wujowie udali się na poszukiwanie Aristobulusa Ursiclosa.

Nierozłączni bracia zeszli więc na plażę a wiedząc, iż ich wybraniec zamieszkał w jednym z hoteli na północnym brzegu zatoki, skierowali się w tamtą stronę.

Trzeba przyznać, że tknęło ich coś w rodzaju przeczucia. Istotnie, w dziesięć minut później tra&sterling;ili na Aristobulusa Ursiclosa, który odbywał swoją codzienną naukową przechadzkę trzymając się linii mułu, pozostawionego przez ostatni przypływ. Wymienili uścisk dłoni, banalny i raczej automatyczny.

— Co za spotkanie! — zawołali bracia.

— Miło mi — odezwał się Aristobulus, sztucznym tonem usiłując pokryć zaskoczenie. — Panowie Melvill tutaj... w Oban?

Od wczorajszego wieczora — wyjaśnił Sam.

— Jesteśmy radzi widząc pana w doskonałym zdrowiu — dodał Sib.

— Dziękuję. Zapewne znają panowie treść depeszy, która przed chwilą nadeszła?

— Depeszy? — zdziwił się Sam. — Czyżby minister Gladstone już...?

— Nie chodzi bynajmniej o ministra Gladstone'a — odparł Arystobulus Ursiclos z lekką wzgardą — lecz o depeszę meteorologiczną.

— Doprawdy! — chórem zawołali wujowie.

— Tak! Podają w niej, że niż znad Swinemunde przesunął się na północ i wyraźnie się wypełnia. Jego środek znajduje się dzisiaj w pobliżu Sztokholmu, gdzie barometr, opadłszy o cal, a więc o dwadzieścia pięć milimetrów — jeśli używać systemu dziesiętnego stosowanego przez naukowców — wskazuje zaledwie dwadzieścia osiem cali i sześć dziesiątych, czyli siedemset dwadzieścia sześć milimetrów. Chociaż ciśnienie mało się zmienia w Anglii i Szkocji, to jednak wczoraj spadło o jedną dziesiątą w Walencji i o dwie dziesiąte w Stornoway.

— A z tego niżu...? — zaczął wuj Sam.

— Należy wnioskować... — dokończył wuj Sib.

— Że piękna pogoda się nie utrzyma — orzekł Arystobulus Ursiclos — i że zmiana, którą nastąpi z powodu wiatrów z południowego zachodu, przyniesie nam opary znad Północnego Atlantyku.

Bracia Melvill podziękowali młodemu uczonemu za te interesujące prognozy i wyciągnęli z nich wniosek, że na Zielony Promień trzeba będzie chyba zaczekać, co ich bynajmniej nie zasmuciło, gdyż takie opóźnienie przedłużyłoby ich pobyt w Oban.

— A panowie przyjechali...? — pytająco zagadnął Arystobulus Ursiclos oglądając z natężoną uwagą znaleziony właśnie kamyk.

Panowie Melvill nie chcieli mu przeszkadzać w studiowaniu kamienia. Odpowiedzieli dopiero, kiedy powiększył wypychającą mu kieszenie kolekcję.

— Przybyliśmy, rzecz jasna, trochę tu wypocząć — odezwał się wuj Sib.

— Musimy dodać — uzupełnił informację wuj Sam — że towarzyszy nam panna Campbell.

— Ach, panna Campbell!— powtórzył Arystobulus Ursiclos. — Wydaje mi się, że ten kamień pochodzi z epoki celtyckiej. Są na nim ślady... Doprawdy, będę zachwycony ponownym spotkaniem z miss Campbell... ślady żelaza z meteorytów... ten wyjątkowo łagodny klimat zrobi jej znakomicie.

— Ona zresztą czuje się doskonale — zauważył wuj Sam — i nie ma najmniejszej potrzeby reperowania zdrowia.

— Nieważne, powietrze tutaj jest świetne. Zero dwadzieścia jeden tlenu i zero siedemdziesiąt dziewięć azotu oraz trochę pary wodnej, w ilości higienicznej. Co do kwasu węglowego, to jest on w ilościach śladowych. Badam to każdego ranka.

Bracia Melvill pragnęli dostrzec w jego słowach uprzejmość i uwagę w stosunku do panny Campbell.

— Ale skoro państwo — ciągnął Arystobulus Ursiclos — nie przybyli tu ze względów zdrowotnych, czy wolno mi zapytać, czemu opuściliście swój dom w Helensburghu?

— Nie mamy żadnego powodu do ukrywania, uwzględniając sytuację, w jakiej jesteśmy... — zaczął wuj Sib.

— Czyż mam się dopatrywać w tej wyprawie — przerwał młody uczony — chęci, skądinąd całkiem naturalnej, ułatwienia mi spotkań z panną Campbell w warunkach sprzyjających lepszemu poznaniu się, to jest nabraniu wzajemnego szacunku ?

— Oczywiście — odpowiedział wuj Sam. — Myśleliśmy, że w ten sposób cel zostanie szybciej osiągnięty.

— Pochwalam to, panowie — oświadczył Arystobulus Ursiclos. — Tutaj, na gruncie neutralnym, panna Campbell i ja będziemy mogli, przy okazji, porozmawiać o falowaniu morza, o kierunku wiatrów, o wysokości fal, o zmianie przypływów i innych zjawiskach fizycznych, które powinny ją interesować w najwyższym stopniu.

Bracia Melvill, wymieniwszy uśmiechy zadowolenia, skłonili się z aprobatą. Dodali, że po powrocie do Helensburgha byliby szczęśliwi powitać tak miłego gościa już w bardziej określonym charakterze.

Arystobulus Ursiclos odpowiedział, że z tym większą radością przyjmuje zaproszenie, iż rząd w chwili obecnej podejmuje poważne prace związane z pogłębieniem rzeki Clyde i to właśnie pomiędzy Helensburghiem a Greenockiem; owe prace mają być prowadzone w całkowicie zmienionych warunkach, przy użyciu maszyn elektrycznych. A więc przebywając w Helensburghu, będzie mógł obserwować ich zastosowanie i obliczyć wydajność.

Bracia Melvill uznali ten zbieg okoliczności za niezmiernie korzystny dla swych projektów. W zameczku, mając dużo wolnego czasu, młody uczony będzie mógł śledzić poszczególne fazy tych niełychanie interesujących prac.

— Ależ panowie musieli zapewne wymyślić jakiś pretekst, żeby się tutaj znaleźć — powiedział Arystobulus Ursiclos — gdyż panna Campbell na pewno nie spodziewa się, iż mnie tutaj spotka?

— Istotnie — przytaknął wuj Sib — ale ten pretekst wymyśliła i dostarczyła nam sama panna Campbell.

— Czyżby? — zdziwił się młody uczony. — Cóż to takiego?

— Chodzi o uchwycenie pewnego zjawiska w określonych warunkach, jakich nie ma w Helensburghu.

— Doprawdy? — Arystobulus Ursiclos poprawił palcem okulary. — Świadczy to, że pomiędzy panną Campbell a mną już jest pewne powinowactwo upodobań. Czy mógłbym zapytać co to za zjawisko, którego nie można badać będąc w Helensburghu?

— Tym zjawiskiem jest po prostu Zielony Promień — wyjaśnił wuj Sam.

— Zielony Promień? — powtórzył Arystobulus Ursiclos, lekko zaskoczony. — Nigdy nie słyszałem o czymś takim. Ośmielę się zapytać, cóż to takiego ów Zielony Promień?

Bracia Melvill wytłumaczyli jak potrafili najlepiej, na czym polegał ów fenomen, opisany ostatnio przez gazetę „Morning Post".

— Phi — lekceważąco przyjął to wyjaśnienie Arystobulus Ursiclos — jest to banalna ciekawostka bez większego znaczenia, należąca do dziecinnej domeny fizyki rozrywkowej.

— Panna Campbell jest tylko młodą dziewczyną.— odpowiedział wuj Sib — i prawdopodobnie przywiązuje przesadne znaczenie do tego fenomenu...

Albowiem nie chce wyjść za mąż, jak mówi, dopóki go nie pozna — dorzucił wuj Sam.

— No cóż, moi panowie — zdecydował Arystobulus Ursiclos — więc jej pokażemy ten Zielony Promień.

Po czym cała trójka, idąc ścieżką wśród łąk okalających plażę, powróciła do hotelu „Caledonian".

Arystobulus Ursiclos nie stracił okazji, żeby uświadomić braci Melvill, jak bardzo umysł kobiety lubuje się w błahostkach i w ogólnych zarysach naszkicował, co należy uczynić, żeby podnieść poziom źle, pojętej edukacji; nie znaczy to by sądził, aby mózg kobiety mniej zasobny w szare komórki od męskiego i różniący się ogromnie pod względem układu płatów, mógł kiedykolwiek osiągnąć inteligencję potrzebną do rozważań na wyższym poziomie! Ale nie mierząc aż tak wysoko może uda się coś naprawić przez odpowiedni trening, chociaż odkąd istnieją na świecie niewiasty, żadna jeszcze nie odznaczyła się tak znakomitym wynalazkiem, jak na przykład Arystoteles, Euklides, Hervey, Hanenhman, Pascal, Newton, Arago, Laplace, Humphrey Davy, Edison. Pasteur i tak dalej. Po czym wdał się w tłumaczenie różnych zjawisk fizycznych, robiąc wykład o omni re scibili, nie wspominając więcej o pannie Campbell.

Bracia Melvill słuchali pilnie, tym chętniej, że nie mogliby wtrącić ani jednego słowa do tego monologu bez akapitów, który Arystobulus Ursiclos podkreślał tylko pomrukami „hm, hm ..", stanowczymi i pedagogicznymi.

Doszli w pobliże hotelu „Caledonian" i przystanęli na chwilę żeby sie pożegnać.

Właśnie w tym momencie pewna młoda osoba stała w oknie swego pokoju Wydawała się bardzo zaaferowana, nawet wytrącona z równowagi. Patrzyła to na wprost, to na lewo, to na prawo i zdawała się szukać wzrokiem widnokręgu, choć nie mogła go widzieć...

Nagle Helena — gdyż była to ona — zauważyła swoich wujów. Natychmiast zamknęła okno i zbiegła do nich Ręce skrzyżowała na piersi, przybrała surowy wyraz twarzy, czoło marszczyło się od hamowanych wyrzutów.

Bracia Melvill spojrzeli po sobie. Do kogo Helena miała pretensję? Czyżby to obecność Arystobulusa Ursiclosa była przyczyną owej nienaturalnej ekscytacji?

Tymczasem młody uczony podszedł i złożył sztywny ukłon miss Campbell.

— Pan Arystobulus Ursiclos... — odezwał się wuj Sam, dokonując ceremonii prezentacji.

— Przez najniezwyklejszy przypadek... właśnie bawi w Oban... — dodał wuj Sib.

— Ach... pan Ursiclos?

Panna Campbell ledwie raczyła odpowiedzieć na jego powitanie. Po czym, zwracając się do braci Melvill, dość zakłopotanych i nie wiedzących, jak się zachować, powiedziała surowo:

— Drodzy wujowie...

— Kochana Heleno — podchwycili zgodnie wujowie, z intonacja świadczącą o wyraźnym zaniepokojeniu.

— Jesteśmy w Oban, czyż nie tak? — zapytała.

— W Oban... oczywiście...

— Nad morzem okalającym Hebrydy?

— Z całą pewnością.

— Otóż za godzinę już nas tu nie będzie!

— Za godzinę?

— Czy nie prosiłam o horyzont morski?

— Oczywiście, drogie dziecko.

— Może zechcielibyście uprzejmie wskazać mi, gdzie on się znajduje?

Zdumieni bracia Melvill obrócili się.

Na wprost, jak również na południowym i na północnym zachodzie, nie było widać pomiędzy przybrzeżnymi wyspami najmniejszej przerwy, w której niebo łączyłoby się z morzem. Seil, Kerrera, Kismore tworzyły jakby ciągłą barierę od jednego lądu do drugiego Każdy musiał przyznać, że owego pożądanego i obiecanego widnokręgu brakowało w pejzażu Oban.

Bracia Melvill w ogóle nie spostrzegli tego w trakcie swojej przechadzki wzdłuż plaży, Toteż wyrwał im się zgodny okrzyk, bardzo szkocki, wyrażający prawdziwe rozczarowanie połączone z odrobiną irytacji.

— Puh! — sarknął jeden.

— Pswha! — odpowiedział drugi.

[edytuj] ROZDZIAŁ VIII — CHMURA NA HORYZONCIE

Sprawa wymagała wyjaśnień, ponieważ jednak Arystobulus Ursiclos nie miał z nią nic wspólnego, panna Campbell pożegnała go chłodno i wróciła do hotelu.

Arystobulus Ursiclos równie chłodno odkłonił się Helenie. Najwidoczniej dotknięty tym, że nie wygrał rywalizacji z promieniem, obojętne, jakiej barwy, poszedł dalej plażą, rozmawiając sam ze sobą w sposób pełen godności.

Bracia Sam i Sib czuli się nieswojo. Kiedy znaleźli się w prywatnym salonie, czekali, w poczuciu winy, aż ich siostrzenica zabierze głos.

Rozmowa była krótka i węzłowata. Przyjechali do Oban, żeby obserwować horyzont morski, a tu w ogóle go nie widać albo tak niewiele, że nie warto o tym mówić.

Wujowie mieli na swą obronę jedynie to, że działali w dobrej wierze. Przecież nie znali Oban! Kto by pomyślał, że nie będzie tu morza, prawdziwego morza, skoro kąpielowicze napływali tak tłumnie! Może trafili na jedyny punkt wybrzeża, gdzie przez te nieszczęsne Hebrydy półokrągła linia wodna nie odcinała się od nieba!

— Wobec tego — oświadczyła panna Campbell tonem, któremu chciała nadać jak najsurowsze brzmienie — należało wybrać każde inne miejsce, nie Oban, nawet gdyby trzeba było poświęcić okazję spotkania się tu z Arystobulusem Ursiclosem.

Bracia Melvill odruchowo spuścili głowy i nie odpowiedzieli ani słowa na ten prosty cios.

— Spakujemy rzeczy i wyjedziemy jeszcze dzisiaj — orzekła dziewczyna.

— Wyjeżdżamy! — podchwycili wujowie, zdolni okupić swoją lekkomyślność jedynie aktem bezwzględnego posłuszeństwa.

Natychmiast, zgodnie ze zwyczajem, rozległy się wołania:

— Bet!

— Beth!

— Bess!

— Betsey!

— Betty!

Ochmistrzyni przybiegła w asyście Partridge'a. Niezwłocznie powiadomiono ich o decyzji. Wiedząc, że młoda pani zawsze musi postawić na swoim, nawet nie zapytali o powód nagłego wyjazdu.

Jednakże rachunek zrobiono bez gospodarza, bez Mac-Fyne'a, właściciela hotelu „Caledonian".

Świadczyło to o słabej znajomości ludzi interesu, nawet w gościnnej Szkocji. Przeliczyli się sądząc, że któryś z nich wypuści rodzinę składającą się z trzech osób oraz dwojga służących nim zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby gości zatrzymać. Tak się też stało i tym razem.

Zawiadomiony o ważkiej decyzji imć Mac-Fyne oświadczył, iż można sprawę załatwić ku zadowoleniu ogólnemu, nie mówiąc już o zadowoleniu szczególnym, jakie mu sprawi możliwie najdłuższe goszczenie u siebie tak szlachetnych podróżnych.

Czego życzyła sobie miss Campbell i o co wobec tego chodzi panem Sibowi i Samowi Melvillom? Bagatela, nic łatwiejszego, skoro problem polega jedynie na chęci oglądania horyzontu o zachodzie słońca. Nie da się go zobaczyć z wybrzeża w Oban? Zgoda! Czy wystarczy wobec tego zająć posterunek na wyspie Kerrera? Nie, gdyż duża wyspa Mull pozwoli dojrzeć jedynie skrawek Atlantyku na południowym zachodzie. Ale jadąc dalej wybrzeżem trafi się na wyspę Seil, którą z lądem Szkocji łączy most z północnego cypla. Tutaj, na dwóch piątych kompasu, nic nie zasłania widoku w kierunku zachodnim.

Otóż dotarcie na tę wyspę to zwykły spacer, nie więcej niż cztery czy pięć mil, jeśli zatem pogoda dopisze, wygodny powóz zaprzężony w dobre konie w ciągu półtorej godziny zawiezie tam pannę Campbell z jej świtą.

Na poparcie swoich słów elokwentny hotelarz zaprowadził całe towarzystwo do hallu hotelowego gdzie wisiała mapa w dużej skali. Panna Campbell mogła stwierdzić, że Mac-Fyne nie stara się im niczego wmówić. Rzeczywiście, z wyspy Seil widoczny był duży wycinek obejmujący trzecią część widnokręgu po którym sunęło słońce w czasie poprzedzającym zrównanie dnia z nocą i zaraz po nim.

Sprawy układały się więc ku wielkiemu zadowoleniu hotelarza i niezmiernej, radości braci Melvill. Siostrzenica łaskawie im przebaczyła i nie robiła już więcej uszczypliwych aluzji do obecności pana Ursiclosa.

— To co najmniej dziwne, żeby morskiego horyzontu brakowało akurat w Oban — stwierdził tylko wuj Sam.

— Natura jest nieodgadniona — odpowiedział wuj Sib.

Arystobulus Ursiclos był zapewne uszczęśliwiony dowiedziawszy się, że panna Campbell nie zamierza szukać gdzie indziej korzystniejszych miejsc dla swoich obserwacji meteorologicznych, ale tak go pochłaniały problemy wyższej rangi, że zapomniał wyrazić swoje zadowolenie.

Kapryśna panienka była mu prawdopodobnie wdzięczna za tę powściągliwość, bo aczkolwiek nadal, obojętna, potraktowała go mniej chłodno niż przy pierwszym spotkaniu.

Tymczasem warunki atmosferyczne uległy pewnej zmianie. Wprawdzie piękna pogoda utrzymywała się nadal, jednak lekkie chmury, rozpraszane gorącym słońcem w południe, przesłaniały horyzont o wschodzie i o zachodzie słońca. Zajmowanie posterunku obserwacyjnego na wyspie Seil nic by nie dało, wysiłek byłby daremny, należało więc uzbroić się w cierpliwość.

Podczas tych długich dni panna Campbell, pozostawiając wujów w szponach wybranego przez nich narzeczonego, w towarzystwie ochmistrzyni, ale częściej sama spacerowała nad brzegiem morza. Chętnie Uciekała od próżniaczego światka, zaludniającego w sezonie letnim wszystkie kąpieliska: rodziny, których jedynym zajęciem jest obserwowanie przypływów i odpływów morza, gdy ich dzieci tarzają się w wilgotnym piasku z ogromnie brytyjską swobodą manier; poważni i flegmatyczni dżentelmeni w kąpielowych kostiumach, niekiedy dość skąpych, dla których sprawą wielkiej wagi jest zanurzenie się na sześć minut w słonej wodzie; panowie i panie ogromnej respectability, nieruchomi i sztywni na zielonych ławkach z czerwonymi poduszkami kartkujący jakieś książki w twardych oprawach, z gęstym tekścikiem ozdobionym jaskrawymi ilustracjami, stosowanymi z lekką przesadą w angielskich wydaniach; trochę turystów przejezdnych, z lornetą na ramieniu, kapeluszem kaskiem nasuniętym na czoło, w wysokich getrach i z parasolem pod pachą, co to przybyli wczoraj i wyjeżdżają nazajutrz; no i, pośród tego tłumu, spryciarze z ruchomymi i przenośnymi kramikami, wydrwigrosze, co to za dwa pensy sprzedają jakiś cudotwórczy płyn, artyści z mechanicznym pianinem, na którym wygrywają miejscowe piosenki na przemian ze zniekształconymi piosenkami francuskimi; fotografowie pod gołym niebem, robiący na poczekaniu tuziny odbitek rodzinom zbierającym się w grupki na tę okoliczność; handlarze w czarnych tużurkach, handlarki w kapeluszach przybranych kwiatami, popychające wózki z najpiękniejszymi owocami świata; wreszcie kuglarze wykrzywiający w grymasach twarze powleczone szminką, którzy odgrywają popularne sceny w różnych przebraniach i śpiewają żałosne piosenki o niezliczonych kupletach, otoczeni tłumem dzieci, z powagą powtarzającymi chórem refreny.

Dla panny Campbell ten styl, panujący w kąpeliskach, nie miał już ani tajemnic, ani uroku. Wolała oddalić się od zbiorowiska łudzi tak sobie obcych, jak gdyby przyjechali z czterech krańców Europy.

Jeśli więc wujowie chcieli do niej dołączyć, zaniepokojeni dłuższą nieobecnością, musieli jej szukać na skraju plaży, na którymś wysuniętym w zatokę skrawku wybrzeża.

Tutaj panna Campbell siadywała, zadumana jak Minna z „Pirata", z łokciem na występie skalnym, z głową podpartą dłonią, drugą ręką machinalnie skubiąc owoce dzikiego kopru rosnącego pośród kamieni. Jej roztargnione spojrzenie błądziło od jakiegoś występu, którego skalisty szczyt odcinał się ostro, do jakiejś ciemnej pieczary, jednej z helyers, jak to mówią w Szkocji, ryczącej od wdzierających się fal przypływu.

W oddali, uszeregowane jak pod sznur, siedziały kormorany, nieruchome i pełne dostojeństwa; Helena odprowadzała je wzrokiem kiedy nagle — gdy coś zakłóciło ich spokój — podrywały się i odlatywały niemal muskając skrzydłami grzebienie drobnych fal przyboju.

O czym młoda dziewczyna myślała? Arystobulus Ursiclos z całym swoim tupetem, wujowie zaś z całą naiwnością sądziliby zapewne, iż to o nim: wszyscy trzej by się mylili.

We wspomnieniach panny Campbell rysowały się sceny z Corryvrekan. W wyobraźni widziała tonącą łódź, manewry ,,Glengarry", gdy parowiec odważnie wchodził do cieśniny W głębi serca powracało przerażenie, które ją tak gwałtownie ogarnęło, kiedy dwaj nierozważni mężczyźni zginęli z oczu w kipieli. Potem akcja ratownicza, precyzyjnie rzucona Lina, elegancki młody człowiek na pokładzie, spokojny, uśmiechnięty, mniej poruszony od niej, pozdrawiający gestem pasażerów parowca.

W egzaltowanej wyobraźni całe to wydarzenie jawiło się jak początek romantycznej powieści; ale czy zakończy się na pierwszym rozdziale? Zaczęta książka nagle zamknęła się w rękach panny Campbell. Na której stronie mogłaby ją znowu otworzyć? Wszak jej bohater, przypominający Wodana z epoki celtyckiej, nie pokazał się już więcej!

Czy go przynajmniej szukała pośród tłumu obojętnych ludzi nawiedzających plażę w Oban? Być może. Czy go spotkała? Nie. On zaś zapewne w ogóle by jej nie poznał. Dlaczego miałby do mej podejść? Jak mógł odgadnąć, ze to jej — w dużej mierze — zawdzięczał swoje ocalenie? A przecież to ona pierwsza zauważyła łódź znajdującą się w rozpaczliwej sytuacji, ona błagała kapitana, żeby im pośpieszył na ratunek! I kto wie, czy nie przepłaciła tego, właśnie owego wieczora, utratą Zielonego Promienia!

Niewątpliwie obawy te były uzasadnione.

Przez następne trzy dni po przybyciu rodziny Melvill do Oban niebo mogło doprowadzić do rozpaczy astronomów z obserwatorium w Edynburgu i Greenwich. Było opatulone jakby watą oparów, bardziej deprymującą niż chmury. Najsilniejsze lunety i teleskopy, reflektor z Cambridge czy z Parsontown nie zdołałyby przebić tej warstwy. Jedynie promienie słońca mogły posiadać dostateczną moc, żeby ją przeniknąć; ale o zachodzie linię morza przesłaniały lekkie mgły, okrywając je purpurą o najwspanialszych odcieniach i zielona strzała w żaden sposób nie mogła dotrzeć do oczu obserwatora.

Panna Campbell, oddając się fantastycznym marzeniom, łączyła w myśli rozbitka z Corryvrekan z Zielonym Promieniem, tym bardziej, że nie ukazał się jej dotąd ani jeden, ani drugi. Horyzont przesłaniały opary, jego natomiast kryło incognito.

Bracia Melvill, nakłaniając siostrzenicę do cierpliwości, źle na tym wyszli. Panna Campbell bez żenady obarczała ich odpowiedzialnością za niepogodę. Oni z kolei zgłaszali pretensje do znakomitego sprężynowego barometru próżniowego, który przytomnie wzięli ze sobą z Helensburgha: jego strzałka z uporem me chciała się podnieść. Doprawdy, poświęciliby nawet swoją tabakierkę, zęby tylko o zachodzie słońca niebo uwolniło się od chmur!

Co zaś do uczonego Ursiclosa, to pewnego dnia, mówiąc o mgłach przesłaniających horyzont, popełnił ogromną niezręczność twierdząc, ze ich obecność jest całkiem naturalna. Stąd do wygłoszenia krótkiego odczytu o fizyce był już tylko jeden krok, który też zrobił w obecności panny Campbell. Mówił o chmurach w ogóle, o ich ruchu ku dołowi, ściągającym je az do widnokręgu wraz z obniżaniem się temperatury, o parze sprowadzonej do stanu pęcherzykowego, o naukowej klasyfikacji na nimbusy, stratusy, kumulusj, cirrusy! Rzecz jasna, ze przeliczył się co do rezultatów popisu swoją erudycją.

Było to tak widoczne, że bracia Melvill nie wiedzieli, jak się zachować w trakcie tego niefortunnego wykładu.

Panna Campbell jawnie zlekceważyła wywody młodego uczonego; najpierw udawała, że patrzy w zupełnie inną stronę, żeby ich nie słyszeć; potem z uporem podnosiła wzrok na zamek Dunolly, żeby nie widzieć wykładowcy; wreszcie wbiła oczy w czubki kąpielowych pantofelków, co stanowi oznakę ledwo ukrywanej obojętności, dowód najzupełniejszej pogardy, jaką może okazać Szkotka, zarówno wobec tego, o czym. prawi rozmówca, jak i wobec jego osoby. Arystobulus Ursiclos, który zawsze widział i słuchał tylko siebie samego i jak zawsze przemawiał tylko dla siebie, wcale tego nie zauważył lub udawał, że nie dostrzega.

Tak minął trzeci, czwarty, piąty i szósty dzień sierpnia; wreszcie owego szóstego dnia, ku ogromnej radości braci Melvill, barometr podniósł się o kilka kresek ponad „zmienną".

Następny dzień zapowiadał się więc znakomicie. O dziesiątej rano słońce płonęło żywym blaskiem, niebo zaś rozpościerało nad morzem błękit o idealnej przejrzystości.

Panna Campbell nie mogła przepuścić takiej okazji. Powóz spacerowy zawsze stał do jej dyspozycji w wozowni hotelu „Caledonian". Nadeszła chwila, aby się nim posłużyć. Teraz lub nigdy!

O piątej po południu panna Campbell i bracia Melvill zajęli miejsce w kolasie ze stangretem nawykłym do powożenia czwórką koni; Partridge ulokował się na tylnym siedzeniu i czwórka koni, muskana pomponem długiego bata, pędem wpadła na drogę z Oban do Glachan.

Arystobulus Ursiclos, ku swemu wielkiemu żalowi — czego nie można powiedzieć o pannie Campbell — zajęty jakimś ważnym dokumentem naukowym, nie mógł wziąć udziału w wyprawie.

A była ona urocza pod każdym względem. Jechali drogą nadbrzeżną, wzdłuż cieśniny oddzielającej wyspę Kerrera od wybrzeża Szkocji. Ta wulkaniczna wyspa była ogromnie malownicza, jednak w oczach panny Campbell miała jeden feler: zakrywała horyzont morski. Ponieważ jednak mieli do przebycia zaledwie cztery i pół mili, zaczęła wreszcie podziwiać harmonijną sylwetę, wyraźnie rysującą się na słonecznym tle, z ruinami duńskiego zamku wieńczącego południowy cypel.

— Niegdyś była to rezydencja Mac Douglasów z Lorn — zauważył wuj Sam.

— Dla naszej zaś rodziny — dodał wuj Sib — ten zamek ma szczególne znaczenie historyczne, gdyż został zburzony właśnie przez Campbellów: po bezlitosnym wymordowaniu wszystkich, jego mieszkańców podpalili go.

Ten bohaterski wyczyn znalazł szczególne uznanie u Partridge'a, który ukradkiem zaklaskał w dłonie na cześć klanu.

Kiedy minęli wyspę Kerrera kolasa wjechała na wąską, lekko pagórkowatą drogę, wiodącą do wsi Clachan, potem zaś na sztuczny przesmyk, przerzucony jak most nad wąskim pasem wody, by połączyć wyspę Seil z kontynentem. Pół godziny później, pozostawiwszy wehikuł w głębi parowu, wycieczkowicze wdrapali się na dość strome zbocze pagórka i siedli na najbardziej wysuniętym występie skalnym, tuż nad wodą.

Tym razem nic nie mogło przesłonić horyzontu obserwatorom zwróconym na zachód ani wysepka Easdale, ani Inish znajdujące się w pobliżu wyspy Seil. Pomiędzy górzystym cyplem Ardanalish wyspy Mull, jednej z największych na Hebrydach, na północnym wschodzie, a wyspą Colonsay na południowym zachodzie widoczny był wielki obszar morza, w którym tarcza słoneczna miała niebawem zgasić swoje promienie.

Panna Campbell, pogrążona całkowicie w myślach, lekko wyprzedziła pozostałych. Jakieś drapieżne ptaki, orły czy jastrzębie, jedyne żywe istoty w tej samotni, latały ponad dens

— czymś w rodzaju parowów wyżłobionych w kształcie lejków w ścianach skalnych.

Według obliczeń astronomicznych, o tej porze roku i na tej szerokości, słońce powinno zajść o siódmej pięćdziesiąt cztery minuty, właśnie w kierunku na Ardanalish.

Juz kilka tygodni później nie dałoby się widzieć, jak znika na linu morza, albowiem wyspya Colonsay zasłoniłaby ją zupełnie.

A więc tego wieczora zarówno czas, jak i miejsce było doskonałe wybrane dla dokonania obserwacji astronomicznych.

Teraz słońce szło po ukośnej trajektorii na idealnie czystym horyzoncie. Raził w oczy blask jego tarczy, która nabrała jaskrawo czerwonej barwy, a w wodzie odbijała się długa smuga światła.

Jednak ani panna Campbell, ani jej wujowie za nic, nawet na jedną chwilę, nie przymknęliby oczu.

Ale zanim ciało niebieskie wgryzło się w widnokrąg dolnym krańcem, Helenie wyrwał się okrzyk rozczarowania.

Dostrzegła mały obłoczek, zwinny jak strzała, długi jak smuga pocisku wystrzelonego z okrętu wojennego, który przeciął tarczę słoneczną na dwie nierówne części i jak gdyby razem z nią opuszczał się az do poziomu morza.

Wydawało się, że najlżejszy podmuch wystarczy, aby go przepędzić, rozproszyć! Ale tego podmuchu nie było.

I kiedy słońce zmniejszyło się do maleńkiego łuku, ów delikatny obłoczek zamiast niego oznaczał linię, gdzie niebo łączyło się z morzem.

Zielony Promień zgubił się w chmurce i nie dotarł do oczu obserwatorów.

[edytuj] ROZDZIAŁ IX — OPINIE OCHMISTRZYNI BESS

Powrót do Oban odbył się w milczeniu. Panna Campbell nie odzywała się ani słowem, bracia Melvill nie ośmielali się rozmawiać. A przecież nie ponosili winy za to, że nieszczęsna mgiełka ukazała się, akurat w tej chwili, że wchłonęła ostatni promyk słońca. W końcu nie widzieli powodu do rozpaczy. Lato miało trwać jeszcze przez ponad sześć tygodni. Gdyby w ciągu całej jesieni nie znalazł się ani jeden piękny wieczór o nie zamglonym horyzoncie, byłby to prawdziwy pech.

Tymczasem stracili tak piękny wieczór, barometr zaś nie obiecywał następnego, przynajmniej nie tak prędko. Istotnie, w ciągu nocy, kapryśna jego wskazówka powróciła na „zmienną". Ale to, co inni uważali jeszcze za piękną pogodę, nie mogło zadowolić panny Campbell.

Nazajutrz, ósmego sierpnia, ciepłe opary skąpo przepuszczały promienie słoneczne. Tym razem południowy wiaterek nie miał siły, żeby je rozpędzić. Pod wieczór niebo zabarwiło się purpurą. Przenikające się wzajem odcienie, od żółtego chromu do ciemnej ultramaryny, tworzyły na widnokręgu olśniewającą paletę kolorów. Pod strzępiastym welonem drobnych obłoków zachód słońca zabarwił dalszy plan akwenu wszystkimi promieniami widma, z wyjątkiem promienia, który przesądna i kapryśna miss Campbell pragnęła zobaczyć.

Tak samo było nazajutrz i po dwóch dniach. Pojazd pozostawał więc w wozowni hotelu. Nie warto było bowiem jechać na miejsce obserwacji, kiedy stan nieba ją uniemożliwiał. Na wysokości wyspy Seil warunki nie mogły być korzystniejsze niż na plaży w Oban, więc po co się trudzić?

Starając się panować nad swoim złym humorem miss Campbell wieczorem udawała się do swojego pokoju, nadąsana na nieprzyjazne słońce. Odpoczywała tam po długich spacerach i śniła na jawie. Ale o czym? O legendzie związanej z Zielonym Promieniem? Czy koniecznie musiała go zobaczyć, żeby dowiedzieć się, co się dzieje w jej sercu? A właściwie nie w jej, raczej w czyimś innym.

Owego dnia, w towarzystwie ochmistrzyni Bess, Helena udała się na spacer do ruin zamku Dunolly, aby zapomnieć o swojej porażce. Z tego miejsca spod starego muru otulonego płaszczem bluszczu, roztaczała się najpiękniejsza panorama rozwarcia zatoki Oban, dzikich urwisk Kerrery, wysepek rozsianych na morzu Hebryskim oraz wielkiej wyspy Mull, o skałach odpierających pierwsze nawałnice z zachodniego Atlantyku.

Miss Campbell wpatrywała się w tę bezkresną dal. ale czy cokolwiek widziała? Czy pewne wspomnienie nie odrywało uporczywie jej myśli? Jedno było pewne: nie by