Z teki Artura Grottgera: Wojna
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Spis treści |
[edytuj] I
- O, jak ja dzisiaj spojrzeć się odważę
- W ten cichy błękit i w te ludzkie twarze,
- Jak ja podniosę oczy gorejące
- Na złote gwiazdy, na jasne miesiące,
- Ja, co widziałem straszliwą rzecz ziemi:
- Krew przelewaną rękami bratniemi,
- Ja, co widziałem, jak słońce ją pije,
- I nie upadłem w proch, i jeszcze żyję?
- Ktokolwiek jesteś, co nosisz oblicze
- Mogące zblednąć albo żarem spłonąć,
- Ktokolwiek jesteś, co znasz tajemnicze
- Głębie boleści i umiesz w nich tonąć,
- Ktokolwiek jesteś, co ludzką masz duszę,
- Pójdź: jeśliś kamień nawet, ja cię wzruszę!
- Sam, w czterech ścianach, co mnie zamykały,
- Z myślami mymi w świat smętkiem sczerniały,
- Z dłonią na oczach, przed pustą sztalugą
- Zadumałem się głęboko i długo.
- Bo już mnie chwytał ten duch. co po ziemi
- Mogił przelata skrzydłami mrocznemi
- I krzywdy ludów, i stare cierpienia
- W piorun przekuwa i w burzę zamienia,
- A czarę pomsty na wody wylewa...
- Już byłem harfą, co drży i co śpiewa,
- I miałem serce, jak kamień spękany.
- Co me ma krwi ni łez, ale ma rany.
- A kiedym dumał tak, uczułem nagle
- Gorący oddech, co mi podniósł włosy.
- Jak łódź. tchem morza chwycona pod żagle,
- Chwieje się, pręży i puszcza na losy,
- Tak ja powstałem, już pełen płomienia
- I wnętrznych głosów, i żaru, i drżenia,
- I pędu w sobie...
- Przede mną, u proga,
- Postać się jakaś przejrzysta bieliła.
- Ledwom ją uczuł, już była mi droga,
- Już mi szły od niej moc jakaś i siła,
- Już serce drżące z piersi mi się rwało
- Za tą dziewiczą, milczącą i białą.
- Ponad jej czołem, jak tchnienie wilgotne,
- Gdy na zwierciadło rzuca pary mętne,
- Takie się światło paliło ulotne,
- Bez złotych blasków, przyćmione i smętne.
- Wielem zapomniał od onej godziny;
- Lecz dotąd widzę ten u jej warkoczy
- Miesięczny płomyk, srebrzysty i siny,
- A także głos jej pomnę - i jej oczy.
- Oczy to były, jak gwiazdy, zgaszone
- We łzach i były dziwnie zadumane;
- Mogły przed Bogiem brać świat ten w obronę
- I wzejść bławatkiem nad pola orane,
- I duszy sięgnąć tajemną swą władzą...
- Już czułem, że mnie te oczy prowadzą,
- Choć jeszcze usta, jak pąki zamknięte,
- Nie odsłoniły słów - ciche i święte.
- Czy znasz anioły, które w polu głuchem
- Nad mogiłami po rozstajach płaczą,
- Jakoby brzozy szeptały tam z duchem
- Albo wiatr trącał o lirę śpiewaczą?
- Czy znasz anioły, które w pustych chatach
- U wygaszonych ognisk siedzą ciche,
- A głowy mają w piorunowych kwiatach
- I usypiają dzieciąteczka liche
- Pieśnią, co będzie im się kiedyś śniła
- Aż po wiek życia?... Ona taką była.
- Więc patrząc na nią strwożyłem się w sobie
- I rzekłem: - Oto jest z tych bożych jedna,
- Co w ciemnym lampy zapalają grobie
- I zapomniane prochy biorą ze dna
- Na siew przyszłości. - I wstrzęsło się moje
- Serce nadzieją wielką - i omdlało.
- Aż ona, widząc, że tak przed nią stoję,
- Dłoń, jak mgła, lekką podniosła i białą,
- A obróciwszy się na zmierzchy sine:
- - Idź za mną - rzekła - pójdziem w łez dolinę.
[edytuj] II
- ...Jeszcze ta ręka przejrzysta i biała
- W cichym powietrzu przede mną gorzała,
- Jak srebrna chmurka, gdy słońcem wskroś świeci,
- Kiedy mnie przestrzeń szeroka obleci
- I chłód wieczorny, niesiony w powiewach
- Po drżących wodach i po sennych drzewach.
- Ziemia, już w rosach, pod nocną szła zorzę
- I gwiazdy nagle tryskały w przestworze,
- A dnia różaność, wsiąknięta w powietrze,
- W przejrzyste tony szła, i w coraz bledsze.
- Naraz psy wyciem obniosły się głuchem,
- Z łąk się porwały żurawie łańcuchem
- I, bijąc w skrzydła, leciały jęczące
- Pod niewidzialne, zgaszone miesiące.
- - O jasna! - rzekłem, bo takie jej miano
- Dawało serce - o jasna, co pędzi
- Z gwiazd starodawnych tę chmurę zerwaną,
- Czerniącą niebios różane krawędzi?
- Gdzie lecą owi powietrzni tułacze,
- Rzucając ziemi jęk taki i płacze?..;
- Jeszczem to mówił, gdy nagle nade mną
- Dziwnie się cicho zrobiło i ciemno,
- A ucisk taki w powietrzu był całem,
- Że mi głos omdlał, zgasł, a idąc, drżałem.
- Więc rzekła smętna moja przewodnica:
- - Oto nie możesz wytrzymać bez lęku
- Czerwonych cieniów martwego księżyca
- I bicia skrzydeł, i jednego jęku
- Ptaków lecących...
- A mówiąc tak, stała,
- Zwrócona ku mnie litośnie, i w twarzy
- Ciszę uśpionych harf słowiczych miała,
- I była jak kwiat, gdy się w rosach waży,
- I dość mu tylko powiewu, co wzdycha,
- By łez perłami posypać z kielicha.
- A już my wtenczas byli wśród zieleni
- Lip rozkwieconych, z których pachty miody,
- Już idąc śladem smętnej mojej ksieni,
- W domostwo ciche wszedłem i w ogrody,
- Gdzie spokój rozwiał swe pióra anielskie
- Na serca czyste i na rzeczy sielskie.
- Pod lipą niewiast gromadka zebrana
- Gwarzyła, brzęcząc, by rój pszczelny w ulu.
- Naraz - głos jeden pękł, jak struna szklana,
- A w głosie taka była ostrość bólu,
- Że oczy moje pobiegły jak strzały
- Za krzykiem w górę - i w górze zostały.
- Tam, na północy, jak złota głowica
- Wyrzuconego w błękity sztyleta
- I jako żagiew, co śmierć ją podsyca,
- Trupią jasnością gorzała - kometa.
- Więc oczy moje, jak dwie mewy drżące,
- Spadły z powietrza pełne wielkiej trwogi,
- Już na niewieścich twarzach szukające,
- Kto tu dom rzuci i nie wróci z drogi,
- Po kim tu będzie żałoba noszona,
- Kto tu godziny będzie we łzach liczył,
- Czyje tu serce pęknie, czyj śmiech skona?...
- Wtem biały anioł, co mi przewodniczył,
- Przejrzystym palcem wskazał mi twarz jedne...
- Była tak jasna objawieniem klęski,
- Taki z niej duch szedł bolesny a męski,
- I takie widzeń przyszłości ekstazy,
- Że teraz jeszcze myśląc o niej - blednę.
- A gdym w nią patrzał jak w święte obrazy,
- Pod moim wzrokiem ból pięćkroć ją zmienił:
- Najpierw ją zdrętwił strach i okamienił,
- Potem wichr jakiś przeleciał ją drżeniem,
- Potem buchnęła czerwonym płomieniem,
- Potem ją bladość obeszła opłatka,
- Hostię z niej czyniąc, a potem sczerniała
- Jak święta ziemia - i tak już została.
- Schylił się anioł mój i szepnął: "Matka".
[edytuj] III
- Ranek był wczesny, srebrny, skowronkowy,
- Gdyśmy z pól zeszli, co pod rosą stały.
- Za nami we mgłach tonęły parowy
- Okwitłe tamiem, prószące kwiat biały,
- I długie miedze stóp bosych śladami
- Aż pod mur miejski goniły za nami.
- A moja cicha, jasna Beatrycze,
- Spokoju pełna bożego i ducha,
- Ku zorzom miała podane oblicze
- Jak ten, kto idąc, łkań dalekich słucha,
- A gdzie stąpiła, tam rosy rzęsnemi
- Sypały trawy rozchwiane przy ziemi.
- Ja, patrząc na nią taką zadumaną,
- Nie śmiałem pytać, gdzie wiedzie ta droga.
- I tak nam wzeszło pierwsze owe rano
- Wpośród gasnących gwiazd, pod okiem Boga,
- Który snadź patrzał na ziemię tę smętny,
- Bo wschód posępny był i mgłami mętny.
- O ziemio! jakie ty cudowne słońce
- Mogłabyś rankiem widywać nad głową!
- Jakie hejnały duchów latające
- Pieśnią by ciebie budziły echową,
- Gdybyś ty nie szła do swego zachodu
- Drogą krzywd, gwałtów, ciemnoty i głodu!
- - Patrz - rzekła do mnie moja przewodnica -
- Tak się zaczyna dzień, co do wieczora
- Otrzęsie serca, jako nawałnica,
- I we łzach stanie, jak pełna amfora...
- Patrz, bo dziś padać będą gorzkie rosy,
- A cisza będzie mieć łkające głosy.
- A gdy mówiła, stanęliśmy w gmachu,
- Przed którym widać było wielkie tłumy.
- Po ścianach dreszcze chodziły przestrachu,
- Mroczny strop wisiał wśród ciężkiej zadumy,
- Jasność szła w okna przyćmiona i chmurna,
- W pośrodku izby stół, na stole urna,
- Przy umie on, syn...
- Odgadłem po biciu
- Serca w tej izbie głośnym, gdzieś od proga,
- Po wytężonym w dwóch źrenicach życiu,
- Gotowych wielbić lub przeklinać Boga,
- Po tym uporze, który w drzwi otwarte
- Jej siwą głowę pchał pomiędzy wartę,
- Że tam jest matka.
- ...Przez noc tu szła całą,
- Nie patrząc drogi, do gwiazd gadająca,
- I podnosiła twarz wyschłą i białą
- Jako opłatek na jasność miesiąca,
- A choć na ustach nie miała pacierza,
- Czuła, że wzrokiem w Boga gdzieś uderza.
- Teraz stanęła w progu, chce do syna...
- Puśćcież ją, ludzie! Niech rwie siwe włosy,
- Niech łzami krwawych źrenic swych przeklina
- Was i tę urnę, i dzień ten, i losy,
- Niechaj na syna patrzy do ostatka...
- Puśćcie! Wszak każdy matkę miał... to matka!...
- Wyciągnął ramię...
- - O, siedmiu mieczami
- Przebite serce!... Synku... Jezu Chryste!
- Synu! Synaczku!... O światło wieczyste!
- Puśćcie mnie! Jezu, zmiłuj się nad nami...
- A bogdajżeś ty kamień ten grobowy
- Pierwej wyciągnął dla mej siwej głowy!
- Bodajeś pierwej... Boże, mocny Boże!
- Już, już wyciąga!... Puśćcież mnie! On może...
- A!...
- ...Urno! zimne, kamienne twe łono
- Nie miało nigdy dzieci! Ty, przeklęta!
- Grobie ty, kędy żywych pogrzebiono!
- Czy ty wiesz, jak to płaczą niemowlęta?
- Czy wiesz, jak długie noce przy kolebce
- Matka przemarzy, prześpiewa, przeszepce?
- O urno! Jaka ty straszliwie cicha!
- O, krzycz i wołaj, że zrobiono z ciebie
- Rzecz zgrozy pełną, co ręce odpycha,
- Rzecz okropniejszą od mogilnych lochów!
- Że ta, co niegdyś po synów pogrzebie
- W dom powracała z garścią białych prochów,
- Była mniej trupią niż ty i mniej chmurną,
- Ty, serc pękniętych pełna, krwawa urno!
[edytuj] IV
- A widząc mnie tak wzburzonym do głębi,
- Jak mętna fala, gdy ją wicher tłucze,
- - Oto polecą, jak stado gołębi
- I jak żurawi wędrujących klucze -
- Rzekła Beatryx i wielką tęsknotą
- Nakryła czoło, niby chmurą złotą.
- A pomilczawszy, rzekła: - Ale onym
- Ptakom jest dano do gniazd wracać z wiosną;
- Ci zaś na piasku zostaną czerwonym
- I pod błyskami komet kędyś posną,
- I żadne słońce już ich nie obudzi...
- Zaprawdę, Bóg ma w nienawiści ludzi!
- A wtem ją objął mrok, jak chusta mglista,
- I szła tak, oczom moim zasłonięta,
- Skargą tą ciemna, a łzami przejrzysta,
- I tą żałobą przeciw Bogu święta.
- I bił cień od niej, z światłem na przemiany,
- Jako gdy z nocą świt walczy różany.
- A ja, żem wiedzieć chciał ich dalsze losy,
- Tych dzieci, rzekłem: - Kto czyni te żniwa?
- Gdzie posieczone są zielone kłosy,
- I kto ten zagon w runi zaorywa?
- - Więc się zwróciła ku mnie i, spokojna
- Jak śmierć, odrzekła dźwięcznym głosem:
- - Wojna.
- A gdy ten wyraz padł w ciche przestrzenie,
- Jaskółki spod strzech porwały się czarne,
- A z piór ich padły drżące, długie cienie
- Na wód błękitność; i wyszły tchy parne
- Z wody, jak z ludzkiej piersi, kiedy cicha
- Przemówić nie śmie, tylko ciężko wzdycha.
- Nagle tętenty zagrzmiały po drodze.
- Spojrzałem: w zwartym jechali szeregu,
- Kaski na czołach, pałasze przy nodze,
- Ludzie w kurzawie, a konie w pian śniegu.
- Dobosze w bębny takt biją miarowo,
- A jeźdźcy sadzą z zwieszoną w dół głową.
- I tak przed nimi w podróżnym tym pyle
- Kraj znikał... Kto wie, nikł może na wieki,
- A żaden nie śmiał przyzostać się w tyle
- Ani obrócić za siebie powieki;
- I tylko jeden na koniu się zniżył,
- Garść ziemi chwycił i do ust przybliżył.
- A ta, którąśmy mijali, zagroda,
- Wielkim w nas płaczem buchnęła i jękiem.
- W sadzie, u płota, urodna i młoda
- Stała kobieta z dzieciątkiem maleńkiem
- U piersi, z oczu spuszczonych ku ziemi
- Sypiąca łzami, jak skrami srebmemi.
- Więc zapatrzony w Dolores tę białą
- Stanąłem. Tętent ucichał w oddali.
- Kurzawa spadła i tylko zostało
- Drżenie w zbóż młodych chwiejącej się fali
- I droga, w słońcu lekkim pyłem wzdęta,
- I jakaś straszna pustka, i przeklęta...
- A pani moja, która tam wraz ze mną
- Stała, rzęsami nakrywszy źrenice,
- Surową miała twarz i bardzo ciemną,
- A ponad czołem wielką błyskawicę
- Siną, od której ognie szły w czerwieni...
- A kiedym milczał, rzekła mi:
- - Straceni.
[edytuj] V
- O, daj mi jeszcze raz przebyć ze sobą
- Tę ziemię mogił, pokrytą żałobą,
- O, daj mi jeszcze raz w drogi iść one,
- Od kości białe, a od krwi czerwone,
- I raz mi jeszcze daj na nie się rzucić
- Twarzą zalaną łzami - i nie wrócić!
- Bo gorszy powrót, niźli wyjście ducha,
- I są najcichsze bez zmartwychwstań groby..
- A jako ciężko znów iść do łańcucha
- Temu, kto zażył ciszy onej doby,
- W której mu serce zastygło w boleści
- I żadnych z ziemi nie słyszał już wieści!
- Dziś znowu muszę zranione mieć mózgi
- Żądłem tych myśli, co pełzną w nie mrowiem,
- I znów iść muszę przez wspomnień tych rózgi,
- Z których jest każda maczana ołowiem
- I z wężym sykiem nad sercem się zwija,
- I szarpie żywą pierś, i nie zabija!
- W pół nieba słońce stanęło już w chmurze
- Dymów armatnich, na kształt rudej plamy,
- Kiedyśmy wyszli na małe podgórze,
- Za mury w ogniu i za miejskie bramy,
- Z których się tłumy waliły bezładnie,
- Ginąc w popłochu onym, gdzie kto padnie.
- Bo pędził ich huk, i trzask, i płomienie,
- Jak archanielski miecz, od tego proga,
- Gdzie mieli gniazda swe i odpocznienie.
- I pełna była wielkich głosów droga,
- Płaczu, i jęku, i klątw, i modlitwy,
- A ponad wszystkim tym - huragan bitwy.
- Jak z ogniów owych wyszedłem, nie pomnę.
- Dym mnie ogarnął i żarł mi źrenice
- I same nogi niosły nieprzytomne
- Wskroś spaleniska, pomiędzy iskrzyce
- Bomb pękających i przez gruzów kupy,
- Z których sterczały groźne, sine trupy.
- Jeden wyciągnął rękę i zagrodził
- Drogę tę, którą szedłem, obłąkany,
- Bo duch dopiero od niego uchodził
- Czarną krwi strugą, sączącą się z rany.
- Chciałem ratować, gdy wtem granat świsnął,
- W górę go porwał i mózg mu rozprysnął.
- Głuchy od huków, a od dymów ślepy,
- U stóp mej świętej upadłem złamany;
- A miałem w oczach lecące czerepy
- Głów ziewających i krwawe łachmany
- Ciał rozerwanych w powietrzu na ćwierci,
- A w uszach świst i pisk, i wrzawę śmierci.
- A pani moja zadumana siadła
- Na onym wzgórzu i na złomie skały,
- I patrząc na ów gród w płomieniach, zbladła,
- A obłok szat jej, przejrzysty i biały,
- Nagle się zaczął ćmić i w barwach mienić,
- Ogniami złocić i mną czerwienić.
- Więc rzekłem: - Otom wywiedzion jest w ziemię
- Widzeń okropnych i piekła obrazów,
- A znieść nie mogę i padam, jak brzemię,
- U nóg twych i na piersiach leżę głazów,
- I na kamieniach polnych, które jęczą...
- Zmiłuj się! Twarz mi nakryj szat twych tęczą,
- Ażby przeminął ten dzień i godzina
- Przestrachów mocnych i śmierci wybuchów;
- Bo serce we mnie drży i mdleć zaczyna,
- I słaby jestem, i nędzniejszy z duchów,
- A język wyschły mam i wargi słone,
- Bom przeszedł morze krwi, morze czerwone...
- Lecz ona, jakoby nie słysząc zgoła,
- Trwała w milczeniu swej wielkiej zadumy.
- I brew ściągniętą miała wpośród czoła,
- Patrząc na owe pierzchające tłumy
- Z bólem, który ją czynił dziwnie bliską
- Tej ludzkiej nędzy...
- Schyliłem się nisko
- I do stóp jasnych przylgnąwszy ustami,
- Rzekłem: - O święta moja! O przeczysta!
- Jeśli ty płaczesz w sercu twym nad nami,
- Błogosławiona bądź imieniem Chrysta!
- Bo jest z nim świat ten na krzyżu rozpięty,
- Żółcią pojony i włócznią w bok pchnięty...
- I złamał mi się głos, i padłem z płaczem
- Twarzą na ziemię, i łzami gorzkiemi
- Zrosiłem pole krwią zapiekłe... Zaczem
- Uderzył we mnie jęk i łkanie ziemi -
- I czułem, jak drży i jako się trwoży
- Cichy w swej kaźni, Baranek ten Boży...
[edytuj] VI
- A wstawszy, szliśmy dalej.
- ...Kraj był pusty
- I czarny, jakby po przejściu zarazy.
- O, nigdy tego nie wypowiem usty,
- Jakie mi drogę zabiegły obrazy
- I jakie trupy spotkały mnie sine,
- Otwarte mając oczy, aż przeminę.
- I nigdy tego nie wydam językiem,
- Jaka tam cichość była przeraźliwa
- I z jakim ptastwo leciało w niej krzykiem
- Od gniazd zburzonych, i jakie łuczywa
- Z drzew osmalonych nad drogą tam stały
- I nieżywymi gałęźmi kiwały...
- Gwałt czyniąc oczom oślepłym prochami,
- Szedłem tą drogą krzyżową i czarną,
- Jako ów pielgrzym, idący znad Arno
- Przez kręgi piekieł. A taki nad nami
- Był ucisk, taka głuchość i martwota,
- Jaka ma nastać przy końcu żywota.
- Od bolesnego odbiwszy się grodu,
- Wyszliśmy w pole szeroko zdeptane.
- A już się rosy perliły zachodu.
- I wskroś nad ziemią lireczki szły szklane
- Skowrończych głosów, które się na łuny
- Niosąc, powietrzne potrącały struny.
- A idąc onym polem we mgłach sinem,
- Pod las my przyszli i pod wielkie drzewa,
- Gdzie stercząc z zgliszczów sczerniałym kominem
- Spalona chata stała. Smolne trzewa
- Belek i tramów dym jeszcze dawały.
- Przy chacie sad wiśniowy, kwieciem biały,
- I długi żuraw studzienny. Pod płotem
- W zgrzebnej koszuli i twarzą do ziemi
- Leżał pastuszek mały, włosów złotem
- Nakrywszy piasek, rękoma drobnemi
- Rozkrzyżowany, jak orlik, szeroko
- W tym polu, krwawym dziecięcą posoką.
- Przy nim fujarka i nóż, i wierzbowe
- Gałązki młode z zastygłą krwi rosą...
- Przypadłem z jękiem i martwą mu głowę
- Podjąwszy, niosłem tę dziecinę bosą,
- By jej mogiłę dać i z mchów posłanie.
- A niosąc brzemię to, wołałem: - Panie!...
- I pod krzyż go tam złożyłem wioskowy,
- I na pierś drobną upadłem sierocie.
- A z krzyża Chrystus poglądał surowy
- Z twarzą sczerniałą, z koroną w pozłocie
- Blasków zachodnich, i zdał mi się krwawić
- Pięciu ranami swymi...
- Nie mógł zbawić,
- O, nie mógł zbawić, ziemio, krzyż ten ciebie
- I próżna miłość ta, i ta ofiara!
- Ty jad przekleństwa pożywasz w twym chlebie
- I zawsze jesteś pogańska i stara,
- I nienawiścią żyjesz, a widomy
- Twój znak to wilcze plemię i miecz Romy!
- A gdyśmy weszli w las, uderzył we mnie
- Płacz bardzo rzewny i kwilenie ciche.
- Więc idąc na ten głos w najgęstsze ciemnie,
- Ujrzałem w trawie dzieciąteczka liche,
- Jak wyciągały wychudłe rączyny
- Po kąsek chleba, a ten był - jedyny.
- Tak z puchów gniazda dziobeczki pisklęce
- Sterczą dokoła z wrzaskliwym szczebiotem,
- Jako tych dwojga głowiny i ręce...
- Na twarzy matki chmura: - A co potem...
- Co będzie potem, gdy chleba zabraknie?...
- Dokończyć nie śmie i sama - nie łaknie.
- I nagle wielkie przejęło mnie drżenie
- O ten drobiażdżek nędzny, o te dzieci...
- Gdy wtem, przez ciemne drzew onych zielenie,
- Czerwona strzała słoneczna nadleci
- I głów tych dotknie krwawością zachodu...
- Pobladł mój anioł i rzekł: - Zginą z głodu.
[edytuj] VII
- A gdyśmy zeszli nieco, rzekła pani:
- - Oto jest rozstaj i krzyżowe drogi.
- Chceszli, wywiodę cię już z tej otchłani,
- Bo z prędka ciężkie tutaj przyjdą trwogi,
- Od których więdnie wszelki duch człowieczy,
- A gorsze od tych są poślednie rzeczy.
- Rzekłem: - O jasna, ty wiesz. Ale ze mną
- Jest miłość, która daje wielkie siły
- I gwiazdą wschodzi tam, gdzie zewsząd ciemno,
- I życiem dyszy na spodzie mogiły,
- I na dnie śmierci. A jam zrodzon w płaczu
- I usta ziemi mówią mi: "Tułaczu"...
- A jeśli skrzydło jaskółcze się przetrze
- Skroś burzy, tedyć ją i duch przeminie.
- A ona, pilno patrząc na powietrze,
- - Człowiek tam jeden - rzekła - nędzny ginie,
- Jak Judasz, wielki ów przedawca Chrysta.
- I szła, kwapiąca się i smętkiem mglista.
- A ja, nie wiedząc, o czym by mówiła,
- Za wiewem szat jej szedłem zadumany.
- A wiodła nas tam ścieżeczka pochyła,
- W dół spadająca od leśnej polany,
- Na której łuny gorzały zachodnie,
- Z wierzchołków sosen zatliwszy pochodnie.
- A w dole, jako zroszone mrowisko,
- Kiedy je oścień podważy od spodu,
- Czerń widać było i obozowisko
- Zbrojnego, różnych zawołań narodu,
- Skąd, jak kipiątek z kotła i jak pary,
- Huk bębna buchał i zmieszane gwary.
- I wnet rozległo się przed nami pole,
- Które w siności onej przedwieczornej,
- Podobne wodzie wielkiej i jeziornej,
- Pod oparami stało, a w półkole,
- Białością płócien bijąc w zachód złoty,
- Jak wzdęte żagle, bielały namioty.
- A tam, gdzie pani moja mnie wywiodła,
- Wzgórek był, wyspie podobny, nieduży,
- A na nim w wielkich blaskach stała*jodła,
- Strzaskany mając czub, jak maszt wśród burzy,
- I bursztynowych żywic pełne wnęki,
- I grube, smolne, z pnia sterczące sęki.
- Ledwie objąłem wzrokiem to widzenie,
- Gdy zabrzmiał hejnał, bo gasło już słońce,
- I wnet z mrowiska tego wyszły cienie,
- I pod trąb głosem szły roty milczące,
- Wijąc się z wolna w przeguby ogromne.
- Stanęli.
- ...Nigdy tych głów nie zapomnę,
- Co się odkryły nagle pod jasnością
- Grającej zorzy i pod łuną krwawą
- I zaświeciły wygoloną kością
- Czaszek, do których śmierć miała już prawo.
- Bo z życiem o nie ciągnęła już losy
- I ustawiła je - pod rozmach kosy.
- Cisza przez chwilę, potem bęben. Potem
- Buchnęła wielka pieśń z olbrzymią siłą
- I pod tym niebem otwartym i złotym
- Tysiąc się głosów, jako wicher, wzbiło
- I tysiąc głosów, jak wicher, opadło.
- Spojrzałem, słońce sczerniało i zbladło.
- I znowu cisza, i znów bęben. Po czym
- Znów się zerwała pieśń i jęk modlitwy
- Z takim ogromnym natchnieniem proroczym
- śmierci i z taką dziką wrzawą bitwy,
- I z takim płaczem, i z taką żałobą,
- Że słońce łuny zgasiło za sobą.
- A wtedy pod tą siną, trupią zorzą
- Rozbrzmiało wielkie "amen", jak grzmot w górach,
- I zobaczyłem nagle rękę Bożą,
- Pięciu palcami rozwartą na chmurach,
- Lecz nie ojcowską i błogosławioną,
- Tylko gróźb pełną i krwi, i czerwoną.
- Więc strach uderzył we mnie, jak błysk gromu,
- I szat mej świętej chwyciłem się z trwogą.
- A ona: - Oto idziesz z nieszczęść domu
- I z domu gniewu idziesz czarną drogą,
- A jeszcześ nie zwykł i mrużysz powieki:
- Zaprawdę, ludzki duch - jest duch kaleki.
- A gdy mówiła jeszcze, ono wzgórze,
- Kędyśmy stali, tłum wielki otoczył,
- Ciągnąc człowieka jednego na sznurze.
- A człowiek miotał się i pianą broczył,
- A ci, co bliżej byli, rudą błotną
- Ciskali w niego i mową sromotną.
- A kiedy przyszli na wprost onej jodły,
- Która, drżąc w sobie, dawała szum mały,
- Poznałem, iż był markietan, człek podły,
- Jakich za każdym obozem psy gnały;
- Ale u tego znalazły się sprawy
- Insze, bo szpieg był i przedawczyk krwawy.
- Ohydnie rwał się i rzucał na smyczy,
- A z członków kręte uczynił gadziny;
- Lecz choć znać było, że dusza w nim krzyczy,
- Niemy miał język, zdrętwiały i siny.
- I to widziałem, że go od powroza
- śmiertelniej dławi strach i trupia zgroza.
- A święta moja, cofnąwszy się krokiem
- I patrząc z wielką litością na tłuszczę,
- - Prosiłam - rzecze - lecz Pan się obłokiem
- Pomsty otoczył i rzekł: "Nie odpuszczę!
- Straszną ten śmiercią tutaj zginąć musi..."
- Zaprawdę, wojna Boga nawet kusi.
- I szła, spuściwszy głowę, aby onej
- Rzeczy nie widzieć, co się tam czyniła.
- A była gwieździe podobna zgaszonej,
- Bo u tych bożych nie zawsze jest siła.
- A zaraz przypadł wichr i skłębił chmury
- I mrok się rzucił nagły...
[edytuj] VIII
- Piały kury
- Na czas północny i na nowe straże
- Gwiazd, gdy się pełnia odkryła księżyca.
- A szliśmy wtedy przez stare cmentarze,
- Nad których ciszą moja przewodnica,
- Podniósłszy ręce w miesięcznej jasności,
- Błogosławiła mogiły i kości.
- - Błogosławieni, coście się wrócili
- Do domu swego i swego początku
- I którym oczy zmęczone nakryli
- Garsteczką piasku i kwiecia użątku...
- Błogosławiony głóg polny i zioła,
- Co wam pierś martwą odziały i czoła!
- Albowiem matce nie wróci nikt płodu,
- Ani dziecięcia, aby je nosiła,
- Jak w pierwszych czasach poczęcia i rodu.
- A ta oddanych ma sobie mogiła,
- A ziemia znów jest nimi obciążona,
- Jako dni onych, nim wyszli z jej łona.
- Błogosławiony grób cichy, co chowa
- Umarłych prochy, iż wiatr ich nie miota.
- Albowiem wielka spokojność grobowa
- Jest im odpłatą za burzę żywota,
- Co prędszy, niźli zawodnik w swym biegu,
- Dobra nie widział, a już jest u brzegu...
- Lecz tu nalezion wielki jest i mały
- I wyzwolony jest jeszcze od pana,
- A usta, które o grób swój wołały,
- Już ukojone są i wszelka rana,
- I wszelka żądza tutaj się popieli...
- Błogosławieni, którzyście spoczęli!
- A gdy mówiła, zapadłe mogiły
- I opuściałe zdawały się kwiecić,
- A brzozy szum swój i płacz uciszyły
- I ze dna nocy szły gwiazdy im świecić;
- I uciszyły się skrzypiące krzyże,
- I wszystko stało w milczeniu i w mirze.
- A dla mnie, którym szedł z onym aniołem,
- Wielkim spoczynkiem były te momenty,
- Bom był zmocowan dróg onych mozołem
- I czułem w sobie krzyki i lamenty
- Ducha, a one okropne widzenia
- Głosem wołały we mnie - zapomnienia.
- Nagle pies zawył w oplotach, po rosie...
- Ustał - i znowu zawył... Taka żałość
- I taki ludzki ból był w onym głosie,
- I taki jęk był, i taka omdlałość,
- Że czułem, jak mnie skrzydłem nietoperza
- Strach oblatuje i w piersi uderza.
- A gdym miał mrowia tego pełne żyły,
- Drugi się zaniósł i trzeci gdzieś wtórem;
- I tak ku sobie te psy w pole wyły
- Na wielki, srebrny księżyc. A dziś piórem
- Nie wydam onej troski i nudności,
- Jaka mi od nich do szpiku szła kości.
- A zaraz potem wyszliśmy tu blisko
- Na wieś spaloną i na zgliszczów kupy,
- A za nią było świeże bojowisko,
- Dokąd nam drogę wskazały dwa trupy,
- Patrzące w księżyc bez zmrużenia powiek
- I przeraźliwie ciche: koń i człowiek.
- Dalej pięć było, dalej siedem, dalej...
- Przestałem liczyć, bo wstały mi włosy,
- Jak kiedy burza łan żytni powali,
- A jedne w drugie wdeptane są kłosy,
- Tak po batalii tej leżeli wałem,
- Broń na broń wparta, a ciało pod ciałem.
- A nim my przeszli te pierwsze okopy
- Trupie, już na nas uderzył wiatr zgniły -
- I w krwawej glinie zaczęły lgnąć stopy.
- A ja, wspomniawszy na one mogiły
- Ciche: - Uczyńmy - rzekłem - grób, o pani,
- Iżby spoczęli ci nie pogrzebani!
- A ona: - Nie jest mi to dozwolonym,
- Ale ci wszyscy są tu w ręku Boga,
- A Bóg ich w polu zostawia czerwonym,
- Aby z nich zgniłość szła na świat i trwoga,
- A iżby ludom te trupy się śniły,
- Aż wszyscy cichej zapragną mogiły.
- Lecz teraz idź a patrz! - I rękę jasną
- ściągnęła, kędy czarne jakieś mrowie
- Pełzło na trupy...
- ...O, niechaj zagasną
- Zgwałcone oczy w mojej nędznej głowie!
- To byli... Chryste! Tą się hańbą spalę...
- Nie! To nie ludzie byli! To - szakale!
- Lecz jam ich widział i nic już nie zetrze
- Tej okropności sprzed mojej źrenicy,
- A choć dokoła tak czyste powietrze
- I choć sam w sobie strzegę tajemnicy,
- Czuję, że żyję i dycham w tym brudzie...
- Nie! To nie były szakale... To - ludzie!
- Cisi i szybcy, z worami zgrzebnemi,
- Zdzierali trupy z odzieży do naga,
- Piersi im gniotąc i szarpiąc po ziemi...
- I nie wiem, skąd ta upiorna odwaga
- I bezwstyd krwawy, i piekielne siły,
- Bo i kobiety wśród tych hien były.
- A tam, gdzie przeszli, pod jasność miesiąca
- Bielała nagość ciał okropna, sina.
- I zdało mi się, że noc sama drżąca
- Ze zgrozy blednie i czas swój przeklina
- I że trup który wstanie i zakrzyczy
- Na te zmierzchniki, i nie da zdobyczy.
- Jak nieprzytomny i jak obłąkany
- Do mojej świętej tuliłem się z trwogą,
- I tych pobitych czułem w ciele rany
- I nie wiedziałem, gdzie stąpić mi nogą,
- Bo wszędzie była krew, krew, krew i zbrodnia.
- A pani moja i gwiazda przewodnia,
- W Boga wpatrzona, szła cicha i biała,
- Lecz owa jasność nad czołem jej - drżała.
[edytuj] IX
- O smętnej mowy i cichego lica
- Pani! O pani zadumanych oczu!
- Czy ty pamiętasz ten promień księżyca,
- Co się na szaty twojej kładł przezroczu
- I do stóp twoich padał, drżący cały,
- Mniej od nich srebrny i mniej od nich biały?
- Czy ty pamiętasz te miedze zroszone,
- Po których szliśmy, objąwszy się społem,
- Dwa cienie smętne i niepocieszone?
- Bo są godziny, gdy człowiek z aniołem
- Tak się porówna boleścią nad światem,
- Że tych najczystszych czuć może się bratem.
- Gwiazdy nad nami gasły mętne, sine,
- I księżyc topniał, obliczem upiora
- Wsiąkając w ciemną zachodu głębinę.
- I tak my doszli na próg tego dwora,
- Co stał jarzębin czerwienią nakryty.
- Brytan nie bronił wejścia - był zabity.
- A ja, com przeszedł ono bojowisko
- I miałem oczy pełne widzeń śmierci,
- Gdym spojrzał na to rozciągnięte psisko,
- Z łbem rozpłatanym, jak granat, na ćwierci
- I krwawym mózgiem plamiące próg domu,
- Tom się tak wzdrygnął cały, jak od sromu.
- Próżno on tutaj odprawiał swą wartę
- Trupią i próżno zawalał tu drogę,
- Bo drzwi zgwałcone i z haków wyparte
- Widną czyniły w komnacie tej trwogę
- Ostatniej walki i mord, i zelżywość,
- I wielką przeciw rzeczom martwym mściwość.
- Na wznak, z obliczem ściągniętym, zsiniałem,
- Leżał trup jeden przez izby połowę,
- Jakby nie wroga zabity wystrzałem,
- Ale piorunem krwi rażony w głowę
- Na widok jakiś szatański, piekielny,
- Bo ogień w twarzy miał i gwałt śmiertelny.
- Na pierś mu runął drugi, wystrzelone
- Krócice cisnąc, ogromny i srogi...
- I tak zastygły te ciała czerwone
- W jakimś momencie zdumienia i trwogi,
- Że takie głownie na gniazdo Bóg ciska
- I patrzy na to, i gromem nie błyska.
- Jeszcze mi oczy po izbie szły kołem
- Od tych dwu trupów, leżących powałem,
- Gdym jęk usłyszał; a choć się zaciąłem
- Przez tę noc jedną, jak wilk, choć słyszałem
- Krzyk mordowanych i batalii głosy,
- Na ten jęk cichy powstały mi włosy.
- Bo szedł nie z piersi ludzkiej, lecz z otchłani
- Takiego piekła i z takiej czeluści,
- Gdzie się z letargów budzą pogrzebani...
- Więc pomyślałem: Jeśli Bóg dopuści,
- Że z takim jękiem wstać mają wskrzeszeni,
- Niech lepiej zaraz świat w garść prochu zmieni.
- W izbie znów długa cisza... A wtem z ziemi
- Trup jeszcze jeden przez pół się podźwignął,
- Z twarzą zakrytą włosami lepkiemi
- Od krwi... O, bogdaj lepiej był zastygnął
- I leżał jako powalona kłoda!
- Kobieta była, pewno żona młoda
- Z tych dwu jednego, co tam w krwi kałuży
- Leżeli, z krzywdą na licach przywarła;
- A była zmiętej porównana róży
- I chociaż żywa, zdała się umarłą,
- I duch w niej zaraz począł mdleć i trwożyć
- Sobą, i oczu nie mogła otworzyć.
- Krzyknąłem... Chciałem biec z tej krwawej sieni
- Do tego domu gwałtu i boleści,
- Lecz pani moja i surowa ksieni:
- - Zaniechaj - rzekła - bo Pan rękojeści
- Sądnych szal trzyma w błękitach i waży
- Wielkich krwie ludzkiej, a mocnych szafarzy.
- A w ciszy niech trwa sąd, aż szale zniosą.
- A wtem skrzypnęły drzwi u drugiej ściany
- I weszło dwojgo...W koszulkach, wpół boso,
- Chłopczyk, trzylatek może, taki lniany
- Jak ta kądziołka, i dzieweczka drobna,
- Dziwnie do onej omdlałej podobna.
- Weszli i, szyjki wyciągnąwszy cienkie
- Jako wróbliki one, patrzą w trwodze
- Na matkę, że ma tak zdartą sukienkę
- I że tak leży na zimnej podłodze,
- Takie stargane włosy ma, tak blada,
- Nie patrzy na nich wcale... i nie gada...
- Za nimi sługa stary, z niemowlątkiem
- Na ręku, stanął i skostniał u proga.
- Aż mu do oczu podeszła kipiątkiem
- Wielka, gorąca łza i tak do Boga
- Apelujący stał, z tą łzą na rzęsie
- I z głową siwą, co się w ciszy trzęsie.
- A takie na nas szły z ciszy tej jęki,
- Takie obrazy i strachy czerwone,
- Że święta moja, ściągnąwszy swej ręki,
- Z szat oczom swoim zrobiła zasłonę
- I blaski swoje przyćmiła u czoła,
- Do grobowego podobna anioła.
- A ja, gdym wyjścia z onej rzeźni dożył
- I złote słońce ujrzał na rozświcie,
- Tom czuł, że gdybym usta me otworzył,
- Nie jęk by wyszedł ze mnie, ale wycie,
- Jako więc psów tych, którzy tam przez rosy
- Na pełny księżyc wyli wniebogłosy.
- Bo już ustało we mnie człowieczeństwo
- I jużem duszy nie władał językiem-,
- A niepamiętna wściekłość i szaleństwo
- Przez piersi szły mi z takim dzikim krzykiem,
- Że gdybym wtedy go wypuścił z garła,
- Rodzona matka by się mnie zaparła!
- I tak mnie odwiódł anioł mój...
- O wojno!
- Nie przeleciałaś ty nad ziemią cwałem,
- Nie przeleciałaś ty nad polem zbrojno,
- Ale wężowym i ohydnym ciałem
- Do cichych wpełzłaś gniazd, aby je skalać
- I oczy piskląt krwią matczyną zalać!
[edytuj] X
- - Na miejsca puste, na miejsca bezwodne
- Zawiedź mnie, jasna, a posadź mnie w ciszy!
- Niechaj przepaście obejmą mnie chłodne,
- Niech się pierś moja ciemności nadyszy,
- I tam mnie zawiedź, skąd słońce ucieka,
- Abym oblicza nie widział człowieka.
- Rzekłem, a pani moja, bardzo cicha
- I w tajnych myślach swoich pogrążona,
- Szła przeciw wiatru małemu, co wzdycha*
- W przydrożnych trawach, a miała ramiona
- Jak zwiędłe lilie, a oczy na niebie...
- I rzekłem: - Dozwól, a puść mnie od siebie.
- Albowiem cięższe to jest, co zaznałem,
- Od grobowego na piersi kamienia,
- A dosiężony jestem w serce strzałem
- Takiej żałości, co w jady krew zmienia,
- A żywot sobiem zbrzydził...
- Rzekła: - Mało
- Już drogi onej przed nami zostało.
- Bo nie jest wszystko tobie pokazanem,
- A tylko rąbek uchyleń zasłony,
- A świat się o to niech modli przed Panem,
- Aby choć jeden z was był naleziony,
- Który by całe piekło to obaczył
- I wrócił z drogi tej, i nie zrozpaczył.
- Albowiem przyszłość ziarn swoich nie siewa
- Na polu ornym ani na ugorze,
- Ale na sercu, co jej się spodziewa...
- A ja wspomniawszy, com widział w tym dworze:
- - Zaprawdę - rzekłem - są krwawe jej ziarna,
- A rola ogniem spalona i czarna.
- A tam, gdzie z sobą mieliśmy te mowy,
- Leżał niewielki grodek, snadż w pośpiechu
- Opustoszały, jakby w czas morowy.
- A ci, co uszli, zostawili echu
- Dziwnie żałosne głosy, które drżały
- Wśród pustych domostw, jęk czyniąc niemały.
- A wszystkie one pogwałcone mury
- Przeciw nam w bramy zdawały się cisnąć,
- A stosy sprzętów, zrąbanych na wióry,
- Na czterech rogach rynku miały błysnąć
- Pożogą, która nie jest zwykłą klęską,
- Ale haniebną zemstą i niemęską.
- A gdyśmy, idąc, odeszli niewiele
- Od tego miejsca, rozległy się dzwony
- Na starym, dosyć wyniosłym kościele,
- A świat się cały zdawał być ruszony
- Tym wielkim głosem żałości i trwogi,
- Który łkający był, a razem srogi.
- Kościół sczerniały, lipami nakryty,
- Nad których zieleń błyskały z wież krzyże,
- Miał smukłe, pełne gniazd gołębich szczyty.
- A gdy tak nad nim rozbrzmiały te spiże,
- Zdawał się w niebo róść i iść przed nami
- Razem z tym jękiem dzwonów - błękitami.
- A dzwon przed sobą powietrzne gnał kręgi,
- A ziemia pod nim jak pod grzmotem drżała,
- Aż gdy najwyższej dosięgną! potęgi,
- Nagły go zdławił huk, jakby huk działa...
- Pękła spiżowa pierś i tylko długo
- Serce zgrzytliwą jęków brzmiało fugą.
- A wtedy stanął kościół oniemiony,
- Jakoby we mgle i w chmurach zawisnął,
- A ten krzyk trwogi, którym był niesiony,
- Na wzdychające echa się rozprysnął.
- I tylko dzwonnik martwy chwiał się w górze
- Na tym, którego nie chciał puścić, sznurze.
- A pani moja, wejrzawszy na niego:
- - Oto się - rzecze - pozostał na straży
- Jak kruk powietrzny u gniazda swojego...
- A oto trup ten miastu gospodarzy
- I jest pustego grodu hospodynem...
- A on też patrzał na nią licem sinem.
- A wtem z kościoła gwar buchnął i krzyki,
- I śmiech hulaszczy, rozpustny, i wrzawa,
- A między lipy, skąd pierzchły słowiki,
- Konie wodziła pijana czerniawa
- Obozującej wśród ognisk drużyny,
- A u drzwi w kozłach stały karabiny.
- Zaczem my na próg weszli...
- Wielka nawa
- W łuki gotyckie sklepiona, sczerniała,
- Przez pół od ognisk rozpalonych krwawa,
- A przez połowę w grubym mroku stała,
- Podobna piekieł otwartej czeluści,
- A jeśli kiedy Bóg na mnie dopuści
- Szatańskich widzeń mękę przed skonaniem
- Tak, jako o tym mówią ludzie starzy,
- Niechaj mi uszy napełni zgrzytaniem
- Wszystkich piekielnych mar, lecz niechaj twarzy
- Tych nie oglądam, które mi tam były
- Zjawione, bobym skonać nie miał siły.
- A to, co oczy moje tam widziały,
- Nigdy nie będzie nikomu wiadomem.
- To tylko powiem, że Chrystus sczerniały
- Głowę na krzyżu odwrócił ze sromem
- Od onej zgrozy i na pierś ją skłonił,
- I wielkie, krwawe łzy po licu ronił.
- A wtedy ono ciche światło boże
- Zgasło nad czołem mojej Beatrycze
- ,1 zaszło, jako wieczorowe zorze...
- A ona, czarnym kirem swe oblicze
- Z głową nakrywszy, raz tylko westchnęła
- I z oczu moich zeszła, i zniknęła.
[edytuj] XI
- Nikt mi już nigdy z duszy nie wyrzuci
- Tego, co krwawi i co mi ją smuci...,
- Nikt mi już nigdy sprzed oczu nie zetrze,
- Ani na żadnym rozwieje się wietrze,
- Ani Bóg nawet odmienić jest w mocy
- Tego, com widział i czuł owej nocy.
- A kiedy teraz samotny usiadam,
- To wiem, że przyjdą do mnie wielką rzeszą
- I jęczeć będą, gdy do nich zagadam...
- A jako chmury, za wiatrem gdy śpieszą,
- Tak wskroś mnie idąc, w cień mnie swój ogarną
- Te trupy, nocą gorącą i parną.
- Są słowikowie, co po lasach jęczą
- Nieutulonym każdą wiosną łkaniem;
- Są tajne smutki, co przędzę pajęczą
- Wskroś duszy snują z żałosnym wzdychaniem.
- Lecz cięższą nad to jest boleść i trwoga,
- Co w izbie mojej dziś stoi u proga.
- I patrzę w ciemność, i słyszę wśród ciszy
- Ust konających westchnienie i jęki,
- A ciemność bierze kształt i ku mnie dyszy.
- A gdzie wyciągnę ramię, tam się ręki
- Zimnej dotykam i ze zgrozą czuję,
- Jak mnie dech trupi wkoło oblatuje.
- Wróciłem z drogi śmiertelnych przestrachów
- I z drogi gwałtów, i z przerażeń drogi,
- I wywiedziony jestem z śmierci gmachów,
- A pełnym w sobie żałości i trwogi,
- I jasność oczu moich mnie rzuciła
- Z tą, co mi gwiazdą na drodze tej była.
- W bezbrzeżny smutek i w niepocieszony
- Myślą posępną zapadam i duchem,
- A przy mnie stoi cień wojny czerwony
- I gada do mnie milczeniem pól głuchem
- I jękiem matek, co synów swych płaczą,
- Iż ich już stare oczy nie obaczą.
- I tak dziś siedzę, jak kruk osamiały,
- Z dala od ludzkich zaprzątnień i wrzawy,
- I słyszę onych czarnych rot hejnały,
- I ów pobitych dworzec widzę krwawy,
- I dzwony słyszę, bijące na trwogę...
- I uciec od nich chcę precz - i nie mogę.
- A kiedy o tym zadumam się smutnie,
- Dusza się we mnie staje bardzo sroga...
- I na ogromnym, rozciągniętym płótnie
- Kreślę w obłokach siedzącego Boga,
- A niżej głazy ofiarne i siny
- Dym, co wstępuje w niebo z łez doliny.
- A wtedy w izbie mojej słyszę łkanie,
- Idące ku mnie z wieków głębokości.
- Bo nie jest dotąd insze panowanie
- Nad ziemią, jeno starej onej złości
- I starych onych pierworodnych waśni,
- A bracia dotąd walczą, jak zapaśni.
- I słyszę huk i trzask zwalonych grodów,
- Chrzęst pól deptanych i krzyk gwałtów słyszę,
- I świst pożarów, i zgrzytanie głodów,
- I wielką mogił po rozstajach ciszę,
- I dziatek drobnych skwierk, i wrzask niewieści,
- I skamieniałej milczenie boleści.
- A nie nalezion jest czas w dziejach świata,
- Co by nad piekłem tym zabłysnął tęczą.
- I dotąd gołąb ów biały oblata
- Ziemie, co płaczą, i ziemie, co jęczą,
- A odpocznienia nie najduje sobie,
- Bo potop krwi jest na całym tym globie.
- O rodzie ludzki! O plemię Kaina!
- Ten sam ty zawsze bratobójca stary,
- Co na ołtarzach najświętszych zarzyna
- Krwią wołające, niewinne ofiary...
- Ten sam ty zawsze! A cień twej maczugi
- Na całą ziemię padł czarny i długi.
- Zabity brat twój siermiężny i cichy
- Pasterz trzód białych i jagniąt swych trzody;
- Skowronek oto zabity jest lichy,
- Pszczoła nosząca do ułów swych miody,
- A kłos, co ledwo zawiązał się w ziarno,
- Wdeptany w ziemię i w rolę cmentarną.
- O rodzie ludzki! O plemię Kaina!
- W gniewie ty jesteś i w pomście poczęty...
- Z dziada na ojca, a z ojca na syna
- Siew starych zbrodni upada przeklęty,
- I własna matka-ziemia cię przeklina...
- O rodzie ludzki! O plemię Kaina!
- A ty, któremum prawił te powieści,
- Wstań a pójdź, niech cię uścisnę jak brata.
- Boś uczestnikiem był mojej boleści
- Nad wielką nędzą i nad zbrodnią świata.
- A zaś jak pielgrzym idź, a wytrwaj w znoju,
- A przepowiadaj wieść dobrą pokoju.

