[217]

Wszystko na swojem miejscu!
Dawno już, sto lat temu — może więcej — stało się, co wam opowiem.
Za ciemnym lasem, na wielkiem jeziorze stał wspaniały zamek; dokoła oblewała go woda, zarosła koło brzegów trzciną i sitowiem. Tuż przy moście zwodzonym rosła stara wierzba i schylała giętkie gałęzie ku trzcinie i niżej jeszcze, aż do samej wody.
[218] Piękny był dzień słoneczny, kiedy w poblizkim wąwozie rozległ się tentent koni i dźwięk myśliwskich rogów: świetne towarzystwo, goście jaśnie pana, powracali widocznie z łowów.
Mała gąsiareczka szła przez most z gęsiami, więc przestraszona szybko zaczęła je spędzać, lecz nie zdążyła. Na widok koni, pędzących galopem gęsi rzuciły się z krzykiem do wody, a dziewczynka stanęła z boku na kamieniu, żeby jak najbardziej usunąć się z drogi.
Ładne to było dziecko, szczupła lecz wysoka, o twarzyczce opalonej i jasnem spojrzeniu dużych, niewinnych oczu. Lecz jaśnie pan nie przyglądał się małej gąsiarce, tylko ze śmiechem uderzył ją rączką batożka, aż się zachwiała i wpadła do wody.
— Na swoje miejsce! — zawołał wesoło i roześmiał się głośno, a myśliwi śmieli się także. Całe towarzystwo z hałasem i tententem przebiegło most i skierowało się do bramy zamku.
Przestraszona dziewczynka na szczęście upadła niedaleko od brzegu, pomiędzy sitowie i zdołała uchwycić gałązkę wierzbową. Przeczekała ze drżeniem, aż państwo zniknęli poza drzewami, ucichło szczekanie psów i tentent koni, a wtedy zapragnęła wydostać się na brzeg. Ale gałęź oderwała się od drzewa i biedna gąsiareczka znów wpadła do wody.
Wtem usłyszała nad sobą głos jakiś:
— Odważnie, śmiało, daj mi tylko rękę. —
Był to wędrowny kramarz, który widział z dala całe zdarzenie i pośpieszył teraz na pomoc dziecku. Wspiąwszy się na drzewo, wyciągnął rękę, którą ujęła dziewczynka i tym sposobem wydostała się na ziemię.
[219] — Na swoje miejsce! — rzekł kramarz z uśmiechem. — Wszystko na swoje miejsce!
I podniósłszy z wody gałąź złamaną, chciał ją przytwierdzić do drzewa. To się nie dało jednak, więc po niedługim namyśle wetknął ją w miękką ziemię.
— Rośnij tu sobie — rzekł — dla jaśnie państwa i niech im twoje fujarki zagrają kiedyś piosnkę sprawiedliwości.
To mówiąc, potrząsnął głową, popatrzył na mokrą i bladą dziewczynkę, potem zarzucił na plecy tłomoczek i skierował się ku zamkowi.
Nie szedł naturalnie na pańskie pokoje, lecz do czeladniej izby; tu go otoczono, oglądano towar, kupowano chętnie i pozwolono wypocząć po drodze.
Spokoju jednak nie było i w kuchni: z góry, z komnat zamkowych rozlegały się krzyki, śmiech i wrzawa, szczekanie psów i śpiewy, brzęk szkła, wybuchy przekleństw i wiwaty, które wstrząsały mury starego budynku. Panowie bawili się i ucztowali, miesiące trwała podobna hulanka, a potem przenoszono się do miasta lub do którego z sąsiadów, aby pić i hulać znowu. Wino i piwo lało się strugami, psy wraz z gośćmi żywiono z wystawnego stołu, a rozweseleni zabawą myśliwi całowali je w pyski, otarłszy je pierwej serwetą.
Coś usłyszano o biednym kramarzu i musiał stanąć przed pańskiem obliczem, rozumie się dla żartu: cóż on mógł mieć takiego, coby kupić warto? Ale wino wypędza z głowy rozum — jak wiadomo, więc i weseli goście po tylu kieliszkach nie byli podobnymi do rozumnych ludzi. Kazali mu pić wino z pończochy, tak prędko, ażeby nie uciekło. Co za dowcip! Śmieli się z tego wszyscy, jak z najmądrzejszej rzeczy.
[220] Potem podano im kości i karty. A jakie były stawki! Cały inwentarz żywy albo chatę chłopską stawiano na jedną kartę.
Wędrowny kramarz odetchnął dopiero, kiedy się z tego piekła wydostał na drogę.
— Na swoje miejsce! — jak sam się wyraził. — Prosta droga to moje miejsce, tam w pysznym zamku nie czułem się dobrze.
Nad jeziorem siedziała blada gąsiareczka i życzliwie skinęła mu na pożegnanie.
Upłynęły dni i tygodnie. Złamana gałąź wierzby, zasadzona w ziemię, wypuściła świeże listki i gałązki, widocznie się przyjęła. Mała gąsiareczka oglądała ją co dzień i cieszyła się bardzo, nazywając ją „drzewkiem dobrego człowieka.“
Po kilku latach „drzewko dobrego człowieka“ stało się drzewem, ale w pańskim zamku źle się tymczasem działo. Zabawą tylko człowiek żyć nie może, śmiech pusty, karty, wino — to złe duchy, które pustoszą zamki i pałace, jeśli żaden stróż anioł nie stoi na straży ich właścicieli.
Widać, że jaśnie pan z zamku na wyspie nie miał anioła stróża, któryby go bronił, nie miał żadnego czynu dobrego za sobą, gdyż nadeszła godzina, że wszystko utracił i jak żebrak opuszczał ziemię ojców swoich, swój dach rodzinny.
Nabył go zamożny kupiec, a był to ten sam kramarz, któremu przed laty wesołe towarzystwo dla zabawy z pończochy pić kazało. Uczciwością i pracą doszedł do majątku i nabył ziemię, żeby sobie na niej własne założyć gniazdo.
Potem się ożenił. A wiecie z kim? Z ubogą, małą [221]gąsiareczką, która wyrosła na śliczną dziewczynę o jasnych oczach, a przytem została cichą, skromną i pracowitą.
Jak się to wszystko stało? — Długa byłaby historya, wolę wam opowiedzieć, co nastąpiło potem, bo to ciekawsze. Otóż posłuchajcie:
Szczęśliwe dni płynęły teraz w starym zamku: pani się zajmowała gospodarstwem, służbą, pan — wioską; wszyscy czuli się zadowoleni, błogosławieństwo Boże zamieszkało wśród dobrych ludzi. W komnatach starych znów było wesoło, lecz nikt nie słyszał tu pijanych krzyków, śmiechu głupiego, chociaż się bawiono, śmiano się często. W ogrodzie zakwitły drzewa owocowe i śliczne kwiaty, jaskółki zagnieździły się znowu pod dachem, bociany klekotały na topoli.
A w zimie pani przędła w wielkiej sali z dziewczętami wiejskiemi, pan liczył, rachował, układał plany. W niedzielę wszyscy zbierali się razem na czytania pobożne i modlitwy. Zacnego pana szanowali i sąsiedzi, a on spełniał sumiennie Boże przykazanie: kochaj bliźniego, jak siebie samego.
Został nakoniec sędzią w okolicy i było mu to przyjemnem i drogiem, jako dowód uznania i szacunku. Dzieci chowały się także szczęśliwie, bo rozumie się, że nowi dziedzice mieli dzieci. Ojciec dbał bardzo o ich wykształcenie, ale nie wszystkie miały równie dobre głowy.
Tak się zdarza na świecie.
Przy moście młoda wierzba rozrosła się pięknie i zdrowo. Starzy i młodzi znali dobrze jej początek i szanowali tę żywą pamiątkę ci nawet w rodzinie, którzy mieli mniej dobre głowy. Tak już ich wychowano.
— To nasz herb — mówili młodzi.
[222] Sto lat od tego czasu upłynęło.
Dawne jezioro wyschło i zmieniło się w części na bagno, ze starego zamku została ruina, z jednej strony jeszcze głęboką wodą otoczona i tu nad brzegiem rosła stara wierzba.
Piękne to było drzewo. Wprawdzie w ciągu wieku przeszło niejedną burzę i piorun rozłupał je od samego szczytu do korzeni, lecz z każdej szparki i z każdej szczeliny wyrastała trawa zielona i kwiaty, a na szczycie, gdzie rozdzielały się gałęzie na wszystkie strony, był cały wiszący ogródek. Nawet dzikie maliny wyrastały tutaj; a wierzba przeglądała się w wodzie ciekawie, czy dobrze wygląda w tym stroju.
Była piękna i szanowana. Z nowej siedziby pańskiej wiodła do niej droga prosto przez pola i nie zarastała trawą; widocznie drzewo było odwiedzane, — nie zapomniano o niem.
Nowy pałac znajdował się w lesie, na wzgórzu, skąd widok był wspaniały. Szerokie marmurowe schody prowadziły na wielki taras, gustownie przybrany rzadkiemi roślinami; wielkie szyby w oknach były tak przejrzyste, iż zdawało się, że ich niema wcale; jasno-zielony trawnik przed pałacem wyglądał, jakby co dzień obmywano każde źdźbło trawy. W salach zdobiły ściany kosztowne obrazy, meble pokrywał jedwab, aksamit i złoto, na marmurowych stołach leżały książki i albumy w kosztownych, wyzłacanych okładkach — nie można było wątpić, że w tym domu mieszkają ludzie bogaci, wykwintni, pełni wymagań. — Pan baron z rodziną.
Naturalnie, w tem otoczeniu wszystko musiało być „na swojem miejscu“, to też stare obrazy ze starego zamku tu wisiały na korytarzu, wiodącym do czeladniej izby. [223]„Stare graty“ — jak się o nich wyrażano. Były pomiędzy nimi dwa portrety: mężczyzny w czerwonym fraku i peruce, oraz kobiety z różą w pudrowanych włosach, obydwa otoczone zielonemi gałązkami wierzby. Przedstawiały one praojców rodziny, sędziego z żoną, ale były dzisiaj zniszczone i podziurawione w wielu miejscach, ponieważ młode baroniątka lubiły strzelać do nich z łuku, jak do celu.
— Oni naprawdę nie należą do rodziny — zapewniały — on był przecież kramarzem, a ona gąsiarką. Niewielcy państwo, jak papa i mama.
Tym sposobem na zasadzie: wszystko na swojem miejscu! — „stare graty“ znalazły się na korytarzu, prowadzącym do czeladniej izby.
Dnia jednego domowy nauczyciel wyszedł na przechadzkę z uczniem swym, młodym baronem i jego starszą siostrą. Szli przez pola drogą, wiodącą do ruin i starej wierzby nad resztką jeziora. Baronówna zrywała trawki, polne kwiaty i wiązała z nich bukiet, słuchając zarazem, co mówił nauczyciel o siłach natury, o jej prawach, o wielkich, znakomitych ludziach. Lubiła słuchać takich opowiadań, gdyż była to natura zdrowa i bogata, o duszy szlachetnej i gorącem sercu, które kochało wszystko, co Bóg stworzył.
Zatrzymali się dopiero u wierzby i młody baron zaczął prosić, aby mu nauczyciel wykręcił fujarkę.
— Nie rób pan tego! — zawołała baronówna, lecz młody człowiek już ułamał gałąź.
— To nasze herbowe drzewo — rzekło dziewczę. — Lubię je bardzo i czuję, że powinniśmy je szanować wszyscy. Śmieją się za to ze mnie, ale cóż to szkodzi? To pamiątka pięknej legendy rodzinnej.
[224] I opowiedziała znaną nam historyę kramarza, gąsiareczki, starego zamczyska i początku wiekowej wierzby.
— Czyż nie ładne podanie? — rzekła wreszcie. — Bardzo nawet prawdopodobne. Zacny sędzia nie chciał szlachectwa, mówiąc, że ono mu nie przystoi. Mieli oni przysłowie: „wszystko na swojem miejscu“ i do tego się stosowali. Za pieniądze nabywa się majątek, lecz nie przeszłość. Nasz pradziadek był podobno ich rodzonym synem, — otrzymał tytuł barona, gdyż był człowiekiem wielkich zasług i nauki, cenionym i lubionym przez samego księcia. Jego też uważamy za praojca rodu, co do mnie jednak dziwnie lubię tamtę bajeczną parę, po której została ta wierzba. Chciałabym razem z nimi mieszkać w starym zamku, prząść kądziel w długie wieczory zimowe lub słuchać, jak pan sędzia czyta Pismo Święte.
— Byli to dobrzy i rozsądni ludzie — rzekł nauczyciel — wszystko o tem mówi, co pozostało po nich. Miał słuszność pan sędzia, że nie chciał szlachectwa, jak cudzej szaty, kiedy jego własna najzupełniej mu wystarczała. A nie była mniej wartą. Jak cenimy chlubne po przodkach pamiątki, które nam przypominają zarazem obowiązki nasze względem kraju i współbraci, tak szanować możemy herby i nazwiska praojców naszych, bo one nam mówią, jak oni swoją powinność pełnili i zachęcają, by wytrwać na czele, prowadząc innych naprzód, do wszystkiego, co dobre i szlachetne.
— I tak pojęte szlachectwo trwa wiecznie, ale je często ludzie pojmują inaczej, — jak próżność, błyskotkę, strój maskaradowy, w który się ubierają, aby błyszczeć, nie wiedząc nic o obowiązkach, nie rozumiejąc, że ten jest szlachcicem, kto szlachetnie myśli, kto szlachetnie czuje, kto własnym czynem na to zasługuje imię.
[225] Dość długo jeszcze mówił nauczyciel, na przykładach wskazując przymioty prawdziwie szlachetnej duszy. Wystawiał pychę ludzi bogatych i próżnych, którym się zdaje, że cały świat dla nich został stworzony i urządzony następnie i że ludzie ubożsi istnieją dlatego, aby im służyć i dogadzać.
— Czyżby taki pyszałek mógł zdobyć się kiedy na prostą dobroć serca, której byłem świadkiem w domu poprzedniego mego wychowańca? Stary hrabia, pan licznych dóbr i licznej służby, siedział w otwartem oknie z książką w ręku i spostrzegł idącego przez dziedziniec nieznajomego człowieka o kuli. Na dole w przedsionku szwajcar go zatrzymał, lecz on wymienił nazwisko swoje, utrzymując, iż przyszedł tu w imieniu matki, która stale otrzymuje wsparcie miesięczne, a dzisiaj leży chora i przyjść nie mogła. Lokaj pokazał mu drogę na górę, ale pan hrabia już sam był w przedsionku, chcąc oszczędzić kalece uciążliwej drogi po schodach do swojego gabinetu.
— To była rzecz bardzo drobna, bardzo prosta, ale mówiąca wiele. Zastosujcie ten przykład do swoich znajomych, a pomoże wam nieraz ocenić prawdziwie stopień ich szlachetności.
Tymczasem fujarka była gotowa i małe towarzystwo wróciło do domu.
Tutaj zastali gości. Zjechali się sąsiedzi, przybyło kilka osób ze stolicy, damy w kosztownych strojach i klejnotach, młodzież i starsi. Rozmawiano o muzyce, postanowiono urządzić w salonie wielki koncert amatorski; młody baron wystąpił też z nową fujarką, ale ta grać nie chciała. Próbował syn i ojciec i żadnego tonu wydobyć z niej nie mogli.
[226] Zdziwiony nauczyciel zaczął oglądać instrument, ażeby się przekonać, co to znaczy.
Przez ten czas goście grali i śpiewali i każdy sam najbardziej zachwycał się swoją sztuką.
— Pan grasz na flecie? — zwrócił się nagle nieznajomy młodzieniec do nauczyciela. — I sam przygotowałeś pan sobie instrument? — ależ to genialnie! Prosimy, prosimy! Szanowne panie i panowie, oto mistrz, który nas zabawić zechce grą oryginalną na prawdziwie wiejskim instrumencie! Tego w naszym programie brakowało, — więc prosimy uprzejmie! Uprzejmie prosimy!
Otoczono go trochę przez ciekawość, trochę dla żartu. Młody człowiek grać nie chciał, choć lubił fujarkę i umiał wydobywać z niej tony serdeczne, lecz sam pan baron zbliżył się do niego i prosił w sposób, który przypomina rozkaz.
Wtedy prawie bezwiednie nauczyciel podniósł fujarkę do ust...
I nagle — co to? Z gałązki wierzbowej wyrwał się dźwięk potężny, niby świst lokomotywy, tylko daleko głośniejszy, silniejszy: „Wszystko na swojem miejscu!“ Jak burza, jak huragan zmiatają te słowa wszystko po drodze, wstrząsnęły murami pałacu, przebiegły ogród, w lesie zaszumiały echem i rozpłynęły się na okolicę, jak grom daleki.
Jedna sekunda, a ileż zmian wkoło! Z gości mało kto został w wielkiej sali, pan baron zniknął! Znalazł się w owczarni. A owczarz obok służby w jedwabnych pończochach przy wspólnym stole. Bokiem patrzano na niego, ale nikt mruknąć nie śmiał po świeżej nauce. W sali została tylko młoda baronówna, stary sąsiad, pan możny, ale bardzo zacny, młode małżeństwo z blizkiej okolicy i nauczyciel domowy.
[227] Resztę gości trudno byłoby odnaleźć.
Lecz burza błyskawiczna nietylko w pałacu baronostwa sprawiła takie zamieszanie: na kilka mil dokoła trudno było poznać mieszkańców pańskich siedzib, chat i dworków. Jakaś bogata bankierska rodzina, jadąca czwórką, na prostym gościńcu wydmuchniętą została z własnego powozu; bogatego chłopa, któremu z szacunkiem kłaniali się sąsiedzi, znaleziono w rowie; dowcipnego młodzieńca, co tak natarczywie prosił nauczyciela o grę na fujarce — w kurniku, z całą paczką wesołej młodzieży.
Tak, to była fujarka bardzo niebezpieczna; na szczęście pękła, wydając dźwięk straszny, i można było schować ją znów do kieszeni: wszystko na swojem miejscu!
Przez kilka dni nikt nie śmiał nawet się odezwać o tem, co zaszło, później szeptano cichutko. W wielkiej sali pałacu pozostały dwa portrety, które burza przeniosła tutaj z korytarza: mężczyzny w peruce i czerwonym fraku, oraz kobiety z różą w pudrowanych włosach. Nikt ich poruszyć nie śmiał, ale jakiś znawca ocenił, że są ręką mistrza malowane, więc je pozostawiono i kazano nawet pięknie odnowić.
Wszystko na swojem miejscu!
Mówią, że przyjdzie kiedyś do tego na świecie, który trwać będzie trochę dłużej od tej baśni.