Wiatr halny
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Jan Kasprowicz
- I
- Huczy nade mną halny wiatr... Daleki
- Wprzód mnie dochodzi szum i świst, a potem
- Z jakimś pogwarem, trzaskiem i łomotem
- Ciężar się kładzie na wysmukłe smreki.
- Od razu kłody o grubości snopów
- Gną się w mych oczach jak źdźbła lichej słomy:
- Tak igra nimi głuchy, niewidomy,
- Gość, co od skalnych wlecze się przekopów.
- Idę, wciąż idę, po jęczącym borze...
- I choć spotykam pnie, wyrwane z ziemi,
- Ten szał, w błękitnym zbudzony przestworze,
- By giąć i walić, strachu mi nie wlewa
- Do głębi wnętrza: Rad bym siły swemi
- Zmierzyć się z wichrem jak te wielkie drzewa.
- II
- Miałem ci w sobie ongi moc czuwania,
- A dzisiaj senność ogarnia mi ducha:
- Gdzie życie wrzało, tam dziś pustka głucha,
- Gdzie słońce było, chmura blask przysłania.
- Jakowaś boleść, jakaś zawierucha,
- Co słabym bytom pewną śmierć wydzwania,
- Niech, jak halnego wiatru straszne grania,
- Wstrząśnie istotą moją: Jest–li krucha,
- To po niej żalu nie będzie... A jeśli
- Nieprzełamana wyjdzie z tych zapasów,
- To razem z wichrem taki szlak zakreśli,
- Że zetnie na nim smreki swym oddechem,
- Sił pozbawione dla idących czasów,
- A to, co mocne, odpowie jej echem.
- III
- O wichrze halny! Cóż, że przelękniona
- Chowa się koza przed twojej potęgi
- Wiewem niszczącym? Sam orzeł, co kręgi
- Toczy podniebne, tuli się do łona
- Szczelin turniowych, bo królewskich skrzydeł
- Jędrna rozpiętość nie wytrzyma próby...
- Strącaj kozice, ty posłańcze zguby,
- I orły chwytaj w oka swoich sideł,
- I miażdż o skały, i jak łan, pokosem
- Bór położywszy, hucz szaleńczym głosem –
- Razem z mą duszą hucz i świszcz radośnie:
- Cóż, że z ginących strumień krwi popłynął?
- Wszak nie ma szczęścia tam, gdzie życie rośnie!
- Niech świat przepada, na to on, by zginął!...
- IV
- Huczy nade mną halny wiatr... Na drogi
- Jego przemocy, po których Zagłada
- I Ból pospiesza, duch się mój wykrada,
- Świeżo uskrzydlon, żądny łez i trwogi.
- A od hal bujnych płynie jęk złowrogi –
- Rozpacz łkająca, że wichr pobił stada
- I porozrzucał koleby... I blada,
- Z włosem rozwianym i z drżącymi nogi,
- Postać juhasa przed oczy mi stanie...
- I niby orzeł z podciętymi pióry,
- Krwią skraplający swe rodzinne granie,
- Duch mój do smreków tuli się bezwładnie...
- I naprzód czuje strach i żal ponury,
- A potem znowu – senność go opadnie...