Uroda życia

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych


Uroda życia • Stefan Żeromski
Uroda życia
Stefan Żeromski

Spis treści

[edytuj] CZĘŚĆ PIERWSZA — CIEŃ

[edytuj] I

Zupełna cisza zaległa korytarze. Najlżejszy szmer nie dochodził z sal. Nie słychać było turkotu, a jednak czuli to wszyscy, że w tej właśnie chwili zbliżają się karety, że zajeżdżają z Zabałkańskiego Prospektu przed przedsionek.

Pewien profesor, mało znany słuchaczom najstarszego półrocza, jeden z sześciu ober-oficerów, wykładający na kursie młodszym, junkierskim, pierwsze zasady fortyfikacji, wbiegł do sali na palcach i w istnym popłochu pozamykał własnoręcznie cztery jej okna. Uczynił to z pośpiechem i taką na obliczu bladością, jakby ta czynność zabezpieczyć miała zgromadzonych od jakiegoś groźnego niebezpieczeństwa. Przesunął się przed ławkami, wykonał ręką nieokreślony, niemal kabalistyczny znak.

Znikł jak cień. Przez chwilę słychać było ostrożny podźwięk jego ostróg, najbardziej odpowiedni, specjalny środek do potrącenia naprężonych nerwów.

Długa, najzupełniejsza cisza...

Piotr Rozłucki siedział w swej ławce wyprostowany, znieruchomiały, zamieniony niemal na spiż, niby jedna ze składowych części nowoczesnej działobitni, którymi miał wyładowaną głowę. Oczy jego spoczywały na taflach posadzki, na deseniu wywoskowanego drzewa. Kiedy wreszcie podniósł oczy, uczynił to niechętnie, prawie przemocą. Za przymkniętymi dopiero co oknami, w miękkiej wilgotności powietrza, wyspowiadanego przez szept wiosennego deszczu z miejskich czadów, tkwiły dalekie, nie wiadomo z jakich pniów wyrosłe, wielolistne gałęzie kasztanów ze stożkowatymi kwiatami, jakby objęcia pachnące z tajemnic dalekiego świata ku tym oknom wyciągnięte.

Piotr Rozłucki powrócił co prędzej oczyma i myślą z tej krótkiej wyprawy za mury. Poczuł w sobie wstyd za tę słabość upadku wyłamania się z wojskowej dyscypliny. Wrócił do szeregu. Ujrzał się znowu pośród kolegów, wbity między nich należycie jak sztacheta w przęsło. Niezłomnością woli zapanował nad wszelkim wzruszeniem jakiejkolwiek natury.

Daleko — znajomy na dole gmachu szczęk wielkich drzwi. Głuche głosy. Odległe kroki na marmurowych schodach. Nieokreślony gwar w górnym korytarzu. Odgłos stąpania wielu osób.

Serca oficerów zamarły. Rozum przedzierzgnął się w jasną świadomość. Wola osadziła się w pełni. Mięśnie rąk i nóg u wszystkich wraz stały się jednią podwładną. Komendant baterii, sztab-oficer inspektor, w pełnej formie, z żelaznym na twarzy marsem, wszedł niepostrzeżenie do sali. Objął "kurs" błyskawicą źrenicy i wyprostowany, twarzą zwrócony w stronę korytarza stanął u drzwi. W mgnieniu oka zespół młodych podporuczników składający kurs najwyższy powstał z miejsc jak jeden człowiek.

Wszedł do sali powolnym, z lekka ociężałym krokiem wielki książę protektor. Bardzo wysoki, chudy, nieco już szpakowaty mężczyzna, o twarzy niewesołej, ściągłej. Niewielka klinowata broda jego siwiała, równie jak gładko przyczesane włosy. Pozdrowił młodzieńców z cicha znanym żołnierskim powitaniem. Odpowiedzieli jak jeden, skandując w sposób przepisany frazes z przepisanym uniesieniem. Książę skierował kroki ku katedrze zasłanej wspaniałym dywanem. Z dyskretną elegancją zasiadł na krześle pod portretem panującego monarchy. Obok, z obudwu stron, jak gdyby wykonywując formułę skomplikowanego tańca, umieścili się generałowie świty: generał-feldzeigmajster, generał inspektor artylerii, pomocnik, inspektorowie zarządu artylerii i inni. Cała ta pusta przed chwilą połać sali zajaśniała nagle od paradnych szlif, aksamitnych kołnierzyków, pąsowych lampasów, akselbantów, wielobarwnych szarf, orderów, gwiazd, wstęg, łysin i wypomadowanych czupryn.

Przyciszony dźwięk ustawianych szabel i umyślnie zagłuszany brzęk ostróg rozpłynął się znowu w milczenie. Surowe oczy generałów mierzyły niepobłażliwie głęboką salę, w której zasiadło czterdziestu paru abiturientów. Młodzi oficerowie oczyma skamieniałymi z subordynacji mierzyli generałów. Nade wszystko jednak ośmielali się podnosić oczy na twarz wielkiego księcia doświadczając należytej radości.

Widzieli go po raz pierwszy. Na jego obliczu malowało się znudzenie, zamaskowane przymusową uprzejmością. Cała postać była jakby okuta przez powszechną subordynację. Zwrócił głowę z ugłaskaną przez obowiązek i łaskawą odrazą w stronę inspektora Akademii Michajłowskiej i wśród głębokiej ciszy zapytał o stan egzaminów.

Sztab-oficer inspektor, wyprostowany niby struna jakowegoś wielkiego instrumentu, wyraźnie, jasno, z cicha wygrał ku czci jego cesarskiej wysokości pokorne recitativo, iż egzaminy na najwyższym, "praktycznym" kursie z hippologii, z wojennej i artyleryjskiej administracji, z teoretycznej i materialnej artylerii, z prawoznawstwa, chemii organicznej tudzież znawstwa materiałów wybuchowych, z fortyfikacji, taktyki, fizyki i rachunku różniczkowego — już się odbyły. Pozostał właśnie egzamin zasadniczy z historii ojczystej. Wielki książę wyraził życzenie wysłuchania odpowiedzi tego i owego z wychowańców zakładu na pytania, które im sam zada. Inspektor podsunął mu natychmiast listę oficerów kończących akademię. Wielki książę schylił się nad tą listą i wśród tajnego łoskotu serc kilkudziesięciu młodzieńców deliberował. Nareszcie wypowiedział nazwisko: — Prochorow.

Ów Prochorow wstał i wyszedł z głębi sali na nogach, których dygotkę pokrywał nienaturalną sztywnością. Znalazł się niespodziewanie w obliczu wszystkich jak złoczyńca wyprowadzony na szafot. Tu z pociechą usłyszał banalne zapytanie o formułę prochu bezdymnego, wyrecytował ją wraz z przeciętnym objaśnieniem o właściwościach chemicznych, fizycznych i balistycznych tego prochu, wspomniał o jego taktycznych i ekonomicznych zaletach. Ośmielony łaskawym spojrzeniem dodał kilka uwag o rodzajach prochów nitroglicerynowych — i przedziwnie zadowolony wrócił na swe miejsce z wdzięczną radością w oczach, w ustach, w ruchach, a nawet, zdawało się, z radością w połysku butów.

W tym czasie i w ciągu posłuchania udzielonego następnemu koledze, Wasiliewowi, który mówił o teorii celowania pojedynczym działem tudzież działobitnią, o celowaniu według znaku odchyleń i krzywej Persena — Piotr Rozłucki stłumił zupełnie pewne zaniepokojenie poprzednie. Pracował nad sobą duchowo z niezwykłym opanowaniem wszelkiego wzruszenia. Wiedział dobrze, że wcześniej czy później zostanie powołany na środek. Z całej mocy duszy i ciała przygotowywał się do tego wystąpienia.

Był chlubą szkoły artylerii, złotym jej elewem. Nie darmo przecie jako piętnastoletni prymus przeszedł tutaj ze szkoły kadetów — odbył swój tryumfalny pochód z najwyższymi odznaczeniami przez cały dział junkierski jako feuerwerker i porte-épée junkier — zdał na teoretyczny i, zaliczony do pierwszej kategorii na egzaminie, w randze podporucznika przeszedł na kurs najwyższy, czyli praktyczny, i nie dał się nikomu pod żadnym względem prześcignąć... Teraz miał ukoronować pracę całego swego młodego życia efektownym odznaczeniem, jakimś "pomysłem Suworowa".

Toteż patrząc z niczym niepowstrzymaną uwagą na deski podłogi badał swą drogę do tej katedry i przewidywał wszystko, co się stać może. Mierzył tedy każdy swój krok, obmyślał każdy ruch, rozważył ukłon, przybrał w wyobraźni niezbędny i najbardziej celowy wyraz twarzy. Praca ta była szybka, stanowcza i nieodwołalnie trafna.

Podniósł nieulękły wzrok na wielkiego księcia i wpatrywał się w jego twarz długo i spokojnie. Zgłębiał w tej krótkiej chwili tego człowieka jak zagadnienie o jednej z owych tajemniczych sił wojny, o których tyle się w ciągu swego życia uczył i zawsze "matematycznie marzył". Ale zagadnienie oblicza wielkiego księcia było trudne, nad siły rozumu "genialnego" podporucznika, niepojęte. Rozłucki zarył się w nie całym dwudziestoczteroletnim objęciem, które forsowna ścisła nauka poddała tak wszechstronnemu ćwiczeniu, dyscyplinie i wyostrzyła tak dalece, że się zamieniło niemal na zuchwałe jasnowidztwo. Patrzał oczyma młodego matematyka, którego nauki wojskowe pchnęły na szczyt marzeń o sławie, w tego. człowieka posiadającego już wszystko, którego posiadanie wszystkiego napawało jedynie wyniosłym, dyskretnie schowanym znudzeniem. Uwielbiał tę flegmę wielkoksiążęcą, wobec której jego wewnętrzna praca: naprężenie surowych sił i świadomych władz duszy — wydawało mu się ordynarnym zapałem, ale jednocześnie wrzał od głębokiej a poskromionej pasji. W pewnej chwili ta właśnie surowa pasja dosięgła szczytu, podniosła się ponad wszystko niby lawa sięgająca wylotu krateru. Zdobyć i pokonać tego człowieka, stanąć nad nim i nakazać mu zachwyt dla siebie! Za wszelką cenę! To się stać musi!

Przymknął oczy i od jednego zamachu woli postanowił: "Jeżeli się potknę, jeżeli chybię — wówczas — co wówczas? co pocznę?"

Po chwili: "Z błahego powodu uderzę w twarz von Dahla, jutro stanę do pojedynku i dam się zabić".

Po czym był już spokojny, wesoły i prostodusznie naiwny. Czekał. Komedia egzaminowania poszczególnych oficerków przez poszczególnych generałów, którym rozwiązanie ścisłe zadawanych pytań poniekąd już wyparowało z łysin i spod uczernionych fryzur — ciągnęła się jeszcze.

W pewnej chwili sztab-oficer inspektor nachylił się czołobitnie do wielkiego egzaminatora i wyjaśnił mu uniżenie jakiś szczegół. Wielki książę przyzwolił skinieniem powiek. Generałowie świty niepostrzeżenie odsapnęli. Generał dyrektor zaanonsował:

— Na polecenie jego cesarskiej wysokości przystępujemy do egzaminu z historii ojczystej.

Wielki książę pochylił znowu głowę nad listą i raczył czytać szereg nazwisk. Wymienił z nich jedno: — von Dahl.

Von Dahl wyszedł elastycznie jedwabnymi krokami i drżącą ze wzruszenia dłonią wyciągnął jedno z "pytań", rozrzuconych na małym stoliku przylegającym do ławek słuchaczów. Głos jego łamał się i zahaczał na rozmaitych szczegółach panowania Aleksandra Błogosławionego, a patriotyczne okresy jak rozpuszczone sztandary szumiąc pływały nad poprzekręcanymi datami, nad błędami zamaskowanymi uniesieniem.

Wielki książę spoglądał na von Dahla dobrotliwie jak na kafel pieca, co podporucznika doprowadzało do szału radości. Gdy młody adept sztuki artyleryjskiej wyczerpał już wszystkie batalie roku 1812 i miał w myślach tylko chaos okryty frazesami, które również były na wyczerpaniu — a w oczach iście baranią rozpacz, puszczono go na miejsce z wysoką aprobatą.

Niemal w tej samej chwili Rozłucki usłyszał wymówione swe nazwisko. W mgnieniu oka przygotował się wewnętrznie do wykonania planu. Przybrał na twarz dawniej obmyślony uśmiech, wyszedł sprężyście i stanął przed księciem. Teraz spotkały się ich oczy, a raczej wzrok ucznia wyszukał źrenice pana. Ta chwila trwała tak niewłaściwie długo, że inspektor uznał za konieczne wydać polecenie:

— Proszę wyciągnąć bilet...

Piotr sięgnął ręką i podał zwierzchnikowi pierwszą z brzegu kartkę papieru.

— Panowanie cesarzowej Katarzyny Drugiej...

Rozłucki doświadczył przez sekundę zawrotu głowy. Szum w uszach jak w gorączce albo po zażyciu chininy — wybuchł, lecz z wolna nacichał... W owej chwili, gdy generał czytał "pytanie" — uczeń stanął nad przepaścią. Zebrał się w sobie i w jednej chwili postanowił: "Tak! Próbuję."

Spojrzał znowu w oczy księcia. Nic! Nic dotąd nie osiągnął. Oczy te były nie do zdobycia. Patrzyły jakoś poprzez głowę "złotego" podporucznika, nie widziały go wpatrując się weń, jakby był powietrzem, wodą albo szkłem. Powziął się tedy w sobie na nowo, dźwignął, jakby wówczas kiedy się podnosi w pojedynku pistolet. Zaczął mówić głosem równym, nieswoim, jak gdyby zewnętrznie uprzejmym. Opowiedział panowanie Elżbiety Piotrówny kilkoma zwięzłymi okresami i przeszedł do chwili przybycia do Rosji pięknej księżniczki Zofii-Augusty Anhalt-Zerbstkiej, narzeczonej młodocianego Piotra Trzeciego Teodorowicza. Wdał się w drobiazgową charakterystykę usposobień tego księcia i charakteryzował go z tak świadomym uporem, że aż wywołał iskrę zainteresowania w oczach wielkoksiążęcego słuchacza. Mówił tedy o sympatiach Piotra Trzeciego dla Fryderyka Drugiego, przekraczających wszelką miarę, o jego przywiązaniu do Holsztynu i prawie nienawiści do Rosji, do religii prawosławnej, do duchowieństwa i ludu — z lekka dotknął braku umysłowych zdolności, nałogu pijaństwa i manii głośnego myślenia. Po czym przeszedł do charakterystyki Zofii-Augusty, późniejszej Katarzyny Drugiej, genialnej samotnicy na dworze Elżbiety Piotrówny, z nudów pochłaniającej stosy książek i z wolna, w ciągu kilkunastu lat wpatrującej się w sprawy publiczne, które w jej oczach płynęły bez końca. Rozłucki narysował zręcznie i ostrożnie poziomą bezmyślność i nudę dworu Elżbiety, wartość moralną Piotra Teodorowicza, ażeby niejako usprawiedliwić bliższy stosunek następczyni tronu z Sołtykowem, a gdy Sołtykow wysłany został na dożywotnie ambasadorstwo — bliższy stosunek ze Stanisławem Poniatowskim, przypadkowym członkiem poselstwa angielskiego w Petersburgu.

Kiedy Rozłucki podniósł w owej chwili oczy na swego słuchacza, ujrzał nareszcie w jego twarzy pożądaną a przewidzianą reakcję, zainteresowanie, ale tego rodzaju, że poczuł zimny dreszcz w ramionach. Wielki książę miał oczy zmrużone i uważnie wpatrywał się w młodego artylerzystę. Generałowie siedzieli na swych miejscach jak wmurowane w ścianę posągi. Tylko lodowate, niepostrzeżone uśmiechy błądzące po ich twarzach świadczyły, że to są ludzie, którzy pilnie czuwają nad swą i cudzą karierą lub karkołomną ruiną. Oczy ich patrzyły w młodego mówcę z wyrazem okrucieństwa i ciekawości. Inspektor, komendant Akademii, stał w głębi blady, ze spuszczonymi oczyma wsłuchując się w słowa wychowańca, które nań spadały jak chłosta na grzbiet obnażony.

Rozłucki, utwierdziwszy się w postanowieniu, ciągnął dalej swą rzecz świadomie na szczyt. Przedstawił Stanisława Poniatowskiego jako wykwintnego, wykształconego Europejczyka, pięknego poszukiwacza losu i przygód. Nadmienił, że nic nie było dziwnego w tym zbliżeniu się dwu osób z Zachodu w dziwacznym świecie niskich intryg i poziomych plotek. Nie było w tym nic dziwnego, że następczyni tronu zapragnęła wywyższyć Stanisława Poniatowskiego, podnieść go do stopni tego krzesła potęgi, na którym, obok Piotra Trzeciego, zasiąść miała. Tron w Polsce był obieralny, więc cóż dziwnego, że obydwoje marzyć poczęli o tym tronie dla pięknego Czartoryskich krewniaka. Ażeby tron polski posiąść, trzeba było poznać wszystkie gradusy, po których należało nań zmierzać. Toteż Stanisław Poniatowski w ciągu lat pobytu w Petersburgu, aż do swego przymusowego wyjazdu, w tajemnicy uświadamiał następczynię tronu, z pewnością sumiennie, gruntownie i ze znawstwem, o wszystkich słabych stronach, ranach, zmazach, grzechach, brakach, ułomnościach owoczesnej Polski, o jakości i wartości stronnictw, o stosunkach i mocy praw obyczajowych, o wszystkich wadach i przywarach ludzi rej w tym kraju wodzących, o ich namiętnościach i tajonych ambicjach, o sile w każdym z nich żądzy złota, o każdego mocy charakteru, wielkopańskiej manii lub prosto-szlacheckiej głupocie. W ten to sposób Katarzyna Druga, która nigdy w Polsce nie była, która nigdy na tej ziemi nie postawiła nogi i bardzo niewielu widziała w swym życiu Polaków — wiedziała dokładnie, komu co dać, kogo przekupić, komu co przyobiecać, jak zdobyć — powzięła wyobrażenie najdoskonalsze, zupełną topografię upodlenia Polski, znajomość zgniłych jej miejsc, tych szlaków niepostrzeżonych, którędy później ze znawstwem mogła wejść w chwili właściwej, ażeby podtrzymać anarchię i zręcznie zdławić dzieło reformy tego narodu.Wówczas to pewnie nabrała przekonania, które często później głosiła, iż nie masz w wyższej polskiej sferze ani jednego człowieka, którego by do wszelkiej posługi nie można było nabyć za złoto.

Wypowiadając te tyrady Rozłucki nie zwracał już uwagi na to, jakie wywierają wrażenie. Wiedział, że około niego skupia się teraz sąd słuchających, wiedział też, że teraz waży się na "zdobywanie" wielkiego księcia. Przystąpił do skreślenia wypadków, które zaszły po śmierci Elżbiety i wstąpieniu na tron Piotra Trzeciego. Mówił tedy ze swobodą i pozorną naiwnością myśli o tym, jak to młody monarcha nie zwracał uwagi na to, co się dzieje w Rosji, lecz wszystkie siły swej duszy miał zwrócone na wojnę Holsztynu z Danią. Rozłucki uskarżał się na postój wojsk holsztyńskich w okolicach Petersburga, żalił, iż młody cesarz ćwiczeniem ich jedynie był zajęty, wojska zaś rosyjskie, które wśród swego niemieckiego otoczenia stale zwał "die Russen", zaniedbywał zupełnie. Dochód państwowy nie pokrywał wydatków, gdyż deficyt szedł na pokrycie utrzymania armii zagranicznej; chan krymski gotował się do inwazji w granice rosyjskie; w całych okręgach i powiatach szerzyły się bunty chłopskie, a siła wojskowa komend prowincjonalnych nie była w stanie ich uśmierzyć. Wojska krajowe miały iść do Holsztynu. Cesarz Piotr Trzeci głośno wyjawiał zamiar aresztowania swej małżonki i osadzenia jej w klasztorze — wydawał ukazy najdziwaczniejsze, jak ów do Synodu, z wiosny 1762 roku, wprowadzający za jednym zamachem tolerancję religijną wszelkich wyznań oraz tolerancję cudzołóstwa — kasujący posty i zaliczający chłopów pańszczyźnianych klasztornych na rzecz prywatnej własności monarchy — uczestniczył w poświęceniu kaplicy luterańskiej w Oranienbaum i rozdawał wszystkim obecnym modlitewniki protestanckie. Pomimo — ciągnął Rozłucki — wprowadzenia dwu edyktów, jak zniesienie tajnej kancelarii i zezwolenie na wyjazd za granicę dla szlachty, Piotr Trzeci był znienawidzony przez ogół rosyjski.

Następnie skreślił dzieje siedmiu dni od chwili wyjazdu Aleksego Orłowa i Wasyla Bibikowa z Petersburga do Peterhofu, ażeby przywieźć Katarzynę do stolicy i ogłosić cesarzową — dzieje ucieczki Piotra Trzeciego do Kronsztadu, dzieje jego upadku na duchu — aż do szóstego lipca, czyli do dnia nagłej śmierci cesarza w zamku Ropszy. Narrator miał zamiar przytoczyć osnowę listu Aleksego Orłowa do cesarzowej, listu zawiadamiającego o śmierci monarchy. W owej chwili był zupełnie spokojny. Miał w sobie zimną pewność i zwycięską nieustraszoność. Od niechcenia spojrzał na wielkiego księcia i powiódł oczyma po linii generałów. Palce suchych rąk księcia błądziły po papierze, oczy były złowieszczo mgliste. Generałowie, zdawało się, z zimną gotowością oczekiwali na jakiś rozkaz. Rozłucki uczuł w tej minucie rozkosz szczególnie przejmującą. Osiągnął swój cel. Wiedział teraz, że naciągnął łuk do ostatniej linii. Należało teraz wypuścić strzałę. Był pewny, że jeśli w tejże chwili, natychmiast nie wypuści swego pocisku, łuk pęknie. Zebrał myśli, skupił je i złożył wszystkie na cięciwie jakoby pierzastą strzałę.

— Proszę się streszczać... — rzekł nagle sztab-oficer głosem suchym, chrapliwym z rozpaczy, usiłując ratować sytuację, siebie i tego szalonego wychowańca.

Rozłucki z głębokim uszanowaniem i posłuszeństwem zwrócił głowę w stronę "ukochanego zwierzchnika". Począł mówić natychmiast z entuzjazmem i brawurą, jakby wylewając ogrom wdzięczności i uniesienia — o wielkich pochodach i pracach Aleksandra Suworowa. Miał w sobie teraz łatwe uczucie, jakby z rozwianym włosem, wielkimi krokami schodził z wysokiej góry. Umiał na pamięć jak pacierz wszystkie tytuły księcia Italijskiego, hrabiego Rzymskiego, generalissimusa wojsk rosyjskich, wielkiego Aleksandra Wasiliewicza. Wyliczył z pamięci wszystkie jego ordery, szarfy, wstęgi, brylantowe kity, złote szpady obsypane brylantami i wymieniał w lot, co za jaką sprawę przypadło. Zaczął opiewać epos suworowskie od tegoż roku 1762, roku przewrotu, kiedy późniejszy feldmarszałek i generalissimus był dowódcą suzdalskiego pułku. Nad początkową jego działalnością nie rozwodził się zbytnio. Szczegółowiej przedstawił wypadki, które nastąpiły w jakie sześć lat po wojnie siedmioletniej, gdy Suworow jako brygadier wyruszył w stronę Polski. Opisał tedy z należnym uniesieniem, jak to przez zamarzłe rzeki, przez błota, lasy, w ciągu miesiąca brygada suworowska przebyła tysiąc wiorst z Orszy do Mińska, z Mińska do Warszawy — jak to ją dowódca w marszu uczył strzelać, bić się na bagnety, zdobywać fortalicje. Z wojenną dokładnością uwidocznił porażkę Pułaskich na Litwie, późniejsze czyny w Polsce po przejściu Wisły, a więc w roku 1770 rozpędzenie "szajek" Moszyńskiego pod Klimontowem i Opatowem, zdobycie Lanckorony, Kraśnika, wreszcie obsadzenie zamku w Krakowie — porażkę Pułaskiego pod Zamościem, Nowickiego pod Krasnymstawem — w końcu bitwę pod Stołowiczami, gdzie pokonany został hetman Ogiński. Następnie zobrazowane zostało oblężenie Krakowa, zdobycie i wysadzenie w powietrze forteczki w Zatorze...

Wielki książę z uwagą, generałowie z namaszczeniem wsłuchiwali się w opowieść o czynach wielkiego wodza Rosji w Krymie, w Turcji, nad Wołgą czasu pojmania Pugaczowa. Wszystko opowiedziane było z niezwykłą precyzją i ścisłością wojskoznawczą.

Doprowadziwszy swą opowieść do Kościuszkowskiego "buntu", Rozłucki sprecyzował czynności Fersena i Suworowa, wystawił doskonale bitwę maciejowicką, a po połączeniu się wojsk rosyjskich w Stanisławowie, okrutną polską porażkę pod Kobyłką — wreszcie oblężenie Pragi.

Grzmiały w jego relacji działa — osiemdziesiąt sześć rosyjskich i sto cztery polskie w czasie tygodnia oblężniczego. Oto nastąpił szturm. Sześć tysięcy obrońców padło trupem. Oto ludność rzuciła się ku Wiśle, ażeby ją przebyć po moście pontonowym. Most się ugina pod ciężarem. Dwa tysiące ludzi idzie na dno. Osiem tysięcy w niewolę... Rozłucki opowiadał głosem, który drgał od tryumfu — jak wódz nazajutrz wjeżdżał na koniu w zwykłym mundurze, bez żadnej z tylu swych ozdób. Na brzegu Wisły witają go przedstawiciele narodu chlebem i solą. Podają mu klucze od miasta — i od Polski. Suworow całuje ich, podnosi ręce do nieba i rzecze: — O Boże, dziękuję ci, że te klucze nie tak drogo mi się dostały, jak... Tu łzy przerywają jego mowę...

Słuchacze młodego artylerzysty zostali głęboko, surowo wzruszeni. On sam wzruszony był również, tym nade wszystko, że osiągnął swój cel. Tu doszedł, dokąd był zamierzył. Wielki książę przypatrywał mu się z głęboką uwagą, z zastanowieniem, a nawet z czymś w rodzaju podziwu.

[edytuj] II

Obudził się ze snu, o którego twardości wnosili wagonowi sąsiedzi z chrapania iście artyleryjskiego, gdyż chrapał prawdziwie wszystkimi bateriami. Ocknąwszy się nareszcie, powiódł zdumionym okiem po lśniącym, z lekka wklęsłym suficie, przypomniał sobie, gdzie jest, i zachichotał wewnętrznie. Był wyspany i silny jak koń pociągowy. Pochylił głowę i spojrzał ze swego łoża na górnym, podniesionym siedzisku wagonu: przedział był pełen osób. Słońce świeciło prosto w okno. "Teraz się umyjemy — myślał podporucznik — a później trzeba będzie zjeść dużo, ale za to coś smacznego..."

Usiadł na posłaniu, o ile na to pozwalała bliskość wagonowego sufitu, wdział nowiuteńki mundur z nieposzlakowanie aksamitnym kołnierzem, z dziewiczymi szlifami i gwiazdą akademicką na lewym boku — wyprostował lakierowane, bajecznie szykowne buty z cholewami, przygładził włosy...

— Pardon-s! — mruknął spuszczając nogi i zwinnie jak kot schodząc z podniesionego łoża. Wyminął pokoszlawione figury drzemiące w zaduchu przedziału i udał się do umywalni — później do bufetu. Gdy stamtąd wrócił wyświeżony, wymyty, wyszczotkowany, pełen kawy i bułek z masłem, był tak szczęśliwy, że gotów by był ściskać po kolei wszystkich towarzyszów podróży. Za jego idąc przykładem towarzysze podróży prostowali zdrożone gnaty i gnaciki, myli się, czesali i dysputowali o kawie oraz o wzmiankowanych bułkach z masłem. Rozmowa toczyła się w języku polskim, więc jej Piotr Rozłucki nie rozumiał. Coś tylko piąte przez dziesiąte, jakiś wyraz chwytał ze zrozumieniem. Zażył siły rycerskiego ramienia do zgięcia sprężyn podtrzymujących górne siedzenie, które mu służyło za łóżko, i pomógł jednej z pań otworzyć okno.

Na dworze był poranek. Rosa lśniła na potrawach niedawno skoszonych łąk. Jak srebrzysty mat leżała blisko na ścierniskach, kędyś iskrzyła się brylantowo na kłosach jeszcze nie zżętych. Płaska ziemia słała się w niezmierną dal. Tam i sam las ją umaił, dalekie łęgi przepasały. Tu i ówdzie wydmuch bezpłodnego piasku jak bolak nabrzmiały wśród uroczystej odzieży owsów i żyt żółkł pod sosnowym lasankiem. Brzozowe zagaja, niewielkie wszędy dąbrowy śniły wśród zbóż.

Rozłucki, znalazłszy wolne miejsce przy oknie, wpatrywał się w ten krajobraz. Nie widział jeszcze ani takich chat, ani podobnych wsi, ani strzelistych kościołów, ani alei topolowych, co w rozmaitych kierunkach szły w kraj. Ludzie żęli, wiązali snopki i podawali je widłami na wozy drabiniaste. Gdy pociąg mknął wśród tej roboty, zdawało się patrzącemu, że ci ludzie, rojnie tam zajęci, kłaniają się nisko. Szare były, spalone, ściągłe ich twarze, kościste postacie, białoszare odzienie. Barwniej nieco zaznaczały się chusteczki i spódnice kobiet, schylających się ku ziemi i z pięknym gestem odkładających na uboczu garście zżętego zboża.

"Jaki to inny naród... — myślał Rozłucki. — Szary jakiś naród... Twarze mężczyzn golone, ludzie szczupli".

Było mu bardzo miło patrzeć tak w tę przestrzeń zaciągniętą zbożami, w tę niską, szarą, piaszczystą ziemię zalaną słońcem i zasypaną rosą. Oto tam kędyś daleko mgiełka śniada jeszcze się ciągnęła znad wód. Stado cyranek pomknęło w dal...

"Polsza..." — myślał oficer.

Gniewne, surowe uczucie wzniosło się z tego wyrazu, lecz wnet upadło w zadumanie. Po raz pierwszy był oto na swobodzie. Ukończywszy z najwyższym odznaczeniem Michajłowską szkołę, jechał do wyznaczonej mu baterii konsystującej w mieście dalekim, o co wystarał się dziad i opiekun, generał w dymisji, mieszkający na wsi. Miesiąc poegzaminacyjny spędził u krewnych, synów drugiego stryja, również generała — którzy byli już szlachtą osiadłą w guberni penzeńskiej. Nareszcie zdjęto zeń wszelką opiekę po tylu latach korpusu kadetów i szkoły artyleryjskiej, gdzie był numerem, jednostką w wiekuistym szeregu. Nie czuł na sobie w tej chwili badawczego oka zwierzchników ani egzaminującego wzroku bogatych krewniaków — i ta okoliczność najbardziej go radowała.

Na przeciwległej ławce, również pod oknem, siedziała młoda osoba. Młoda osoba miała już na pewno siedemnaście lat, ale niewiele ponad to. Była bardzo urocza w swym niemal dzieciństwie a już kobiecości. Zdjęła była skromny, słomkowy kapelusz i ciemne jej włosy, w sposób wysoce oryginalny zaczesane na bok, lśniły w porannym słońcu. Twarz miała zaróżowioną, nos prosty, usta bardzo ładne. Oficer nie mógł zobaczyć barwy jej oczu, gdyż czytała książkę i nie odrywała się od niej.

Wsiadła, widać, do pociągu niedawno, gdyż nie znać było w jej postaci zmęczenia ponocnego. Jej prosta, jednostajna suknia liliowego koloru nie była zmięta ani zakurzona, a policzki jeszcze kwitły od rannego powiewu w polach.

Rozłucki, który patrzył długo w te pola i dojrzałe ich urodzaje, zdziwił się, jak panienka siedząca naprzeciwko podobna była do łanu zboża. Jej włosy i cera twarzy — to był łan dojrzałej pszenicy.

Czekał, żeby podniosła oczy, i zuchwale wlepiał w nią swoje. Nadaremnie. Czytała angielską książkę i nie zwracała uwagi na jego ruchy, pobrzęki ostrogami i wszelkie celowe szarmanterie. W pewnej chwili podniosła oczy o źrenicach złotych, niemal czarnych, lecz nie zobaczyła tego nowego towarzysza podróży. Czuł, gdyż z niepostrzeżonych jej ruchów to spostrzegł — że zdaje sobie sprawę z jego tajnych manewrów, wie o wrażeniu, jakie wywarła, lecz nie chce go widzieć ani wiedzieć o jego obecności. Wprawiło go to w bezsilny gniew. Im bardziej jej się przyglądał, tym więcej spostrzegał w niej wdzięku pierwszej młodości, jakowejś tajnej, milczącej, trzeba by powiedzieć, wewnętrznej kultury. Każdy jej gest i każdy ruch był gestem i ruchem pełnym osobistego rozumu, ale i odziedziczonego taktu. Rozmyślał nad tym, że między nim i nią, oddaloną mniej niż o krok, przebiega linia jakiejś nieprzebytej granicy. Tego niezłomnego spokoju, który był powleczony wesołym półuśmiechem grzeczności, nie złamie nic. Kiedy usilnie wpatrywał się w jej twarz wilczymi ślepiami oficera uwolnionego z murów szkoły, podniosła oczy z obojętnością i końcem palca przewróciła stronicę książki.

Ktoś z pasażerów wszedł mówiąc do współtowarzyszów po polsku, że w pociągu jest wagon restauracyjny. Piękna szatynka złożyła swą książkę na ławce i zapytała, czy daleko się idzie do wagonu restauracyjnego i w którą stronę.

Rozłucki myślał: "Prawdę się czytało o tych Polakach... Zimne to jak kamień. Nienawidzi to nas. Widać z każdego spojrzenia nienawiść..."

"Zimna i nienawidząca" Polka powstała z miejsca i włożyła na głowę kapelusz w sposób tak obojętny, jakby sama jedna była w przedziale.

Wyszła szeleszcząc sukniami i każdym ruchem stwierdzając prawdę formuły porucznika Rozłuckiego. Zatopił oczy w przestwór i poświstywał.

Zepsuła mu humor. Do diabła! Była prześliczna... Gdy nie wracała, czuł jej nieobecność i z tego powodu złościł się wewnętrznie. Mruczał pod nosem "zdrowe" oficerskie, a może nawet sołdackie wyzwiska. W pewnej chwili rzucił okiem na książkę z rozłożonymi stronicami, leżącą na siedzeniu, wywróconą tytułem do góry. Przeczytał tytuł: Laon and Cythna or The revolt of Islam by Percy Bysshe Shelley...

Sam umiał nieźle język angielski, który w szkole artyleryjskiej był wymagany i modny — lubił czytać książki pisane po angielsku. Jakże chętnie zawiązałby rozmowę z młodziutką czytelniczką o przestudiowanych niegdyś pisarzach! Ale nie zechciałaby przecie rozmawiać z nim, z "Moskalem"! A mógłby ją zdziwić oświadczeniem, że jest z pochodzenia niejako — Polakiem, że miał matkę Polkę, choć unitkę, więc prawosławną, a ojca nawet buntownika, rozstrzelanego za polski bunt. To wspomnienie, którego nigdy nie dopuszczał do siebie, myśl, której nigdy nie pozwalał stanąć na progu swej świadomości, myśl o tej zmazie hańby — wróciła go na tor właściwy. Zebrał się w sobie i opancerzył przeciwko wszelkim wzruszeniom przypomnieniem, że jest oficerem i że ma w tym kraju w sposób bezwzględny strzec honoru swej armii. Nastawił się tedy w sposób niezdobyty, groźny niby najeżona od armat reduta, i czekał na nieprzyjaciela.

Ale gdy ów nieprzyjaciel, różowy, powiewny w swych sukniach jakby w płatkach irysa, woniejący od nieuchwytnych perfum, przesunął się obok jego kolan, znowu stracił należytą marsowość. Od niechcenia niby, spod oka patrzył na tę " kowarną Polkę". Prześliczne, uśmiechem zachwytu owiane były jej usta, gdy czytała nadziemski romans Laona i Cythny, duchów uciemiężonych, walczących aż do ostatniego westchnienia, bohaterów, co się w niebiosach dopiero pobierają. Wiecznie kwitnące myśli i wiecznie wonne uczucia najżywotniejszego z poetów świata upajały jej czoło gładkie i jak letni nieboskłon nieskalane.

Rozłucki doświadczał uczucia przyjemności z tego przynajmniej tytułu, że był w tym samym przedziale co nieznajoma. Wagon go unosił, myśli snuły się w sposób samowolny. Nieotamowany lot czucia niósł dokądś, w gąszcz wspomnień wymykających się z pamięci, w cieśnię słów stłumionych, polotnych, luźnych, pradawnych dźwięków, będących w duszy tylko dzięki tonowi, który je ocalił. Tam, kędyś w głębi, na samym dnie czucia tają się samotne, zapomniane polskie słowa, nikłe i zatarte jak ślady stóp bosych na piasku morskiego wybrzeża. Deszcz nawalny je rozmył, wiatr srogi przysuł, fala morska zgładziła.

Miękkoszelestne słowa, zaświatowy szept, półzrozumiałe dźwięki: "Piotruś, syneczku jedyny..."

Jakoby ciemny obłok, twarz łzami zalana, blada — usta spalone od gorączki — straszne, rozwarte, szerokie, zastygłe, przerażone oczy. Włosy czarne i długie owionęły szlochem duszę. Ręce żebrzące w zastyganiu na atłasowej kołdrze. Leżą załamane... Oficer otrząsnął się z przykrego marzenia.

Coraz więcej było zabudowań, parkanów, szop, bud, wreszcie ohydnych wielopiętrowych kamienic. Wkrótce zwielokrotniały szyny kolejowe. Poczęły wyrastać i grupować się rude i czerwone wagony towarowe, bez końca, aż zupełnie zasłoniły widnokrąg. Pociąg leciał tworząc łoskot nieznośny. Dym błękitnawy kominów fabrycznych i rudy lokomotyw zasłonił niebo. Kiedy niekiedy mignęła w dymie wysoka, sczerniała ściana jakichś składów, remiz, hal fabrycznych ze złamanymi dachami.

— Otóż i Praga... — rzekł ktoś z podróżnych.

"To właśnie jest owa Praga..." — myślał Rozłucki ze szczególnym w sobie pomieszaniem wrażeń.

Oczy jego wlepiały się w ten widok zagmatwany, bezlicy, sczerniały, chropawy, w te nieme znaki materialnego życia. Ucho chwytało głuchy łoskot. Pociąg stanął. Piękna a "chytra" Polka zebrała swe skromne pakunki i nie czekając na tragarza pośpiesznie wyszła. Rozłucki ścigał przez chwilę wzrokiem jej postać. Nieznajoma wmieszała się w tłum — i znikła.

[edytuj] III

Piotr Rozłucki przyjechał w nocy na podrzędną stację bocznej kolei. W Warszawie zabawił kilka dni nudząc się w hotelu i zwiedzając miasto. Zdumiewała go tam liczebna ilość Polaków i jakość ich bytowania. Nie było z nimi tak, jak głosiły urzędowe podręczniki i jak podawały ustne wersje znawców. Gniewało to, że stanowili zwarty żywioł, zamknięty w sobie, którego ciemny od głębokości nurt niedostępny był dla postrzegacza. Postrzegacz życzył sobie, a żeby nie było w ogóle tej "polskiej kwestii". Nie mógł napawać się urokiem pięknych kobiet, oryginalnych przejawów kultury, sztuki, budownictwa, pamiątek, szczegółów życia, których nie znał. Wszystko to wplątane było w "kwestię polską" i musiało być wrogie dla człowieka uprawiającego w tym kraju "sprawę rosyjską". Podróżnik nie doznał w Warszawie ani jednego uczucia miłego. Wszystko tam było obłudne, czołobitne aż do nizoty, a zarazem zdradzieckie w tej uniżoności albo wręcz wrogie, i to wrogie śmiertelnie. Widział wartość, dostojeństwo, piękno i szczególny wdzięk zupełnie nowych przejawów, widział to po raz pierwszy w swym życiu, lecz wszystko jakby za grubą szybą.

Błąkając się po obcym mieście, szukał nieznajomej z kolejowego przedziału. Jadąc w tramwaju, siedząc w teatrze, zwiedzając galerię obrazów, park w Łazienkach lub kościół Świętego Jana rozmyślał, że niespodziewanie ujrzy ją wychodzącą zza tej zasłony, gdzie była, utajona. Nadaremnie! Nie ukazała się. Była gdzieś w głębi tej Polski, schowana i zasłonięta jak wszystko.

Młody oficer jechał teraz do stryjecznego dziada, generała w dymisji, mieszkającego na wsi. Przybywszy na wskazaną mu stacyjkę kazał posługaczowi szukać koni z Opłakanego.

— Łoszaki czekają! — zaanonsował usługujący wyrostek. Przeprowadził też niezwłocznie poprzez mroczny dziedziniec stacyjny do czwórki koni w lejc zaprzężonych. Oficer wskoczył na bryczkę, gdy ulokowano mu rzeczy, i rzucił lakoniczny rozkaz:

— Trogaj! (Ruszaj!)

Powożący młokos liberyjny obejrzał się na rozkazodawcę i po pewnej dopiero chwili zrozumiał, że należy jechać.

Był jeszcze mrok, ale już z lekka szarzało. Stała w powietrzu wilgotna mgła po ulewnym deszczu, który niedawno nacichł. W powietrzu była cisza i rozkosz niewymowna. Mała, prosta bryczka bez resorów, z siedzeniem na pasach, niosła jak kolebka. Dawało się słyszeć ostre człapanie kopyt końskich po śliskich, rozmiękłych glinkach i kałużach. Wyjechawszy na szerszy gościniec, furman śmignął kilkakroć batem i wprawił w kłus swą czwórkę. Rozłucki wychylił się, żeby popatrzeć, jakie też konie. Nie były to cuganty, lecz dobrze sprzężona czwórka koni drożnych, silnych, rosłych i ścigłych.

Wilgotny ranny chłodek przejął młodego oficera. Wypadło podnieść kołnierz nowej szyneli, zasunąć ręce w rękawy. Z prawej i lewej strony były ścierniska, działki owsa, kartofli i tatarki, dalekie rzędy chat, dwory utopione w gęstwinach drzew, kształty kościołów. Wszystko to wynurzało się z mroku, nieznane, senne, tajne. W pewnym miejscu bryczka pomknęła brzozową półaleją. Stare brzozy stały nad zjeżdżonym traktem, lamentując nad sprawami ludzkimi, co przez tyle lat ciągną się w błotach, piaskach i kolejach tej drogi... Dzień szarzał.

Rozłucki ocknął się z drzemania, objął oczyma smugę brzóz i upodobał sobie w tym widoku. Próbował zawiązać rozmowę z młodym furmanem, zapytywał go o nazwy ukazujących się dworów i kolonii, ale woźnica nie umiał mówić po rosyjsku; pokazywał znakami, że nie pojmuje, albo wypowiadał wyrazy zgoła dla barynia niezrozumiałe. Urwała się tedy rozmowa i baryń musiał poprzestać na przysłuchiwaniu się świergotowi skowronków, który był dlań zrozumialszy od mowy polskiej. Gdy się dzień wyłaniać począł, rozbłękitniały w dali pasma lesistych wzgórz. Rozłucki spróbował raz jeszcze dowiedzieć się od woźnicy, co to za lasy, i wydobył nareszcie z niego ich nazwę ogólną. Posłyszawszy tę nazwę zawinął się z niechęcią w szynel i drzemał aż do Opłakanego.

Przybył na miejsce rano, około siódmej. Wjechał na dziedziniec z długiej, starożytnej alei topolowej przez rozwaloną bramę. Konie stanęły przed gankiem dworu, murowanego przed jakimi kilkudziesięcioma laty. Na spotkanie gościa wyszedł generał, starzec już zgrzybiały, lecz jeszcze wyprostowany, czupurny i srogi. Pomimo tak wczesnej pory był już wymyty, wyczesany i głośno stukający obcasami wysokich butów. Spodnie miał z szerokim czerwonym lampasem i półwojskową kurtkę. Witał przybysza bardzo serdecznie, ściskał go wielekroć i przypatrywał mu się długo, osłaniając dłonią oczy od rannego blasku słońca. Nareszcie młody artylerzysta mógł rozmówić się z kimś przyjaźnie w zrozumiałej dlań mowie. Toteż nie skąpił sobie uwag i wynurzeń. Starzec słuchał go pobłażliwie, choć nie wszystko — widać było — akceptował.

Po kawie, którą wypili we dwu w jadalni pełnej much i zapachu poziomek, stary generał odprowadził krewniaka do pokoju na końcu dworu, gdzie czekało posłane wygodne łóżko, a nawet zostawiony przez troskliwą rękę dieduszki tom nowel Turgieniewa.

Piotr rozebrał się co tchu i w mgnieniu oka zasnął. Obudził go po upływie paru godzin turkot pod oknami, gwar i zajadłe szczekanie psów. Okno pokoju było zastawione siatką, ale muchy dostawały się wewnątrz i gryzły ze zdwojoną zajadłością. Artylerzysta umył się, wyczesał, ubrał starannie w swój kostium i sprężyście zmierzał przez szereg przyległych pokojów do największego, skąd słychać było echo rozmowy. Otwarł drzwi i wszedł do sali. Dziadek wstał na jego powitanie i zaznajomił z rodziną.

Piotr poznał swych stryjeczno-stryjecznych Rozłuckich, których było sporo w pokoju. Przybyli z tej racji, że był to dzień niedzielny. Siedząc po różnych folwarkach i dzierżawach w okolicy, na niedzielę zjeżdżali do Opłakanego, gdzie był kościół i gdzie czynili zadość sentymentom familijnym. Najstarszy z synów generała, podtatusiały kawaler, Hipolit, gospodarował w Opłakanem. Był to wysoki pan na czarno ufarbowany, z bokobrodami, jakie się widuje na dawniejszych litografiach — ponury i w ogóle nieprzychylnie względem wszystkich usposobiony. Ten ozięble powitał Piotra zwyczajnym uściskiem ręki — i zaraz począł sprzeczać się po polsku z generałem o jakieś kwestie gospodarskie. Drugi z kolei syn generalski — starszy już także człowiek, Michał, przybył właśnie z Cierniów, folwarku, który dzierżawił. Miał ze sobą córkę, pannę przeciętnej urody, opaloną, zadzierzystą i szczerze wesołą, oraz syna studenta, siedzącego na wsi od dłuższego czasu wskutek jakichś w jego uniwersytecie zajść i zaburzeń.

Wszyscy przypatrywali się Piotrowi ciekawie, ale bez wielkiej sympatii. Niektórzy nawet, jak student, wypalający wciąż istne dystrybucje papierosów, i młoda Kamila — czyli Kama — patrzyli uparcie i wręcz zimno. Piotr był wesoły i tak nastrojony, że gotów był wszystkie te nastroje wszystkich przebaczyć. Poprosił ich szczerze, żeby zechcieli mówić z nim po rosyjsku, gdyż on ani słowa po polsku nie rozumie. Mówił to przyjaźnie i otwarcie, z braterską prośbą o względność. Ale to zupełnie nie poskutkowało. Przeciwnie — nawet zaostrzyło wrogość spojrzeń. Kuzynka Kama zawiązała rozmowę, ale po francusku, a młody student zamknął się w sobie, wypuszczał z ust tylko nieprzyjazne kłęby dymu i nikotynizował się z podwójną zajadłością. Gospodarz Hipolit wyszedł z pokoju i słychać było wnet na gumnie jego donośny głos, dający służbie admonicje i rady w taki sposób, że trzeba było przerwać francuskie parlowanie.

Mówili o rzeczach banalnych i obojętnych, a kiedy Piotr usiłował zbliżyć się do jakiegoś żywotnego tematu, kuzynka zbywała go ironicznym półuśmiechem albo obłudną odpowiedzią. Tylko stary generał otaczał młodego pieczą i grzecznościami.

Wyjaśnił mu tedy w długim wywodzie, że sam jest plenipotentem szczodrze obdarowanego kolegi, generała Siegela, który za udział w uśmierzeniu polskiego powstania otrzymał donację z kilkunastu folwarków. Jeden z nich, Opłakane, dzierżawił generał sam, inny folwark, Ciernie, dzierżawi jego syn młodszy, Michał. Na ogół jednak rodzina żyje niezbyt dostatnio, na sposób polskoszlachecki kołacąc się od dzierżawy do dzierżawy. Gdyby nie generalska emerytura i owo dzięki dawnym stosunkom uzyskane pełnomocnictwo w sprawie wydzierżawiania folwarków donacji — byt całej familii nie byłby zabezpieczony. W tonie mowy generała przebijał się żal i ledwie poskramiany gniew. Starzec żuł go w drżących wargach i wstawionych szczękach. Wreszcie mruknął:

— Tak to, bracie. Polskie pochodzenie... Niemcy podostawali donacje... Siedzą w Petersburgu. A ty — ot — kołacz się jak szlachetka w tej dziurze. I to już kilkanaście lat. Tak to, bracie!

Machnął ręką. Kama i student Wiktor roześmieli się prawie głośno.

— A ty tam, śmiej się głośniej! — sarknął starzec w kierunku Wiktora. — Już mi o ciebie trzeci raz wytacza sprawę naczelnik straży ziemskiej. Głowę muszę sobie suszyć, jakim argumentem cię osłaniać. Śmiej się głośniej!

— Ja dziadka o opiekę nie prosiłem — mruknął tamten zuchwale i krótko. — Ma do mnie policjant interes — znajdzie drogę, nie ma strachu. Wie on dobrze, gdzie mnie szukać.

— Trafi sam... — dorzuciła Kama.

— Trafi... — syknął starzec. — Posiedzisz znowu rok...

— No, to posiedzę.

— Posiedzisz drugi i trzeci, to cię wreszcie oduczą pleść chłopom smalone duby.

— Nie dziadek teraz w sądach zasiada, to może tam uszanują mój atlas i epistrophaeus... — z cicha mruknął Wiktor.

— Milcz! — głucho jęknął starzec.

— Nie zaczepiany zawsze milczę... — odburknął.

Piotr nie rozumiał tej rozmowy, ale odczuł jej nastrój. Stał oczywiście po stronie dziada generała, gdyż powziął był od razu dla niego sympatię. Swoją drogą rad by był wejść w rozmowę z tymi młodymi. Język go świerzbiał, żeby się z nimi zewrzeć w jakimś sporze zasadniczym, jak to bywało z kolegami, kiedy za mało było po temu dnia, nocy i następnej doby.

Tymczasem turkot przed gankiem dał znać, że zajechał pojazd mający zawieźć wszystkich do kościoła. Stary generał oddalił się do swego pokoju i wrócił wkrótce, przebrany w czarny strój cywilny bez żadnej zgoła oznaki wojskowej. Siadł do powozu z synem Michałem, cichym, ustępliwym człowiekiem. Na przednim siedzeniu umieściła się Karna i Piotr. Proponowano Wiktorowi, żeby się wdrapał na kozioł, ale on z najzupełniej studencką fanfaronadą oświadczył, że w żadnych kościołach nie bywa, że dla niego oto tu jest kościół... Co mówiąc wskazał na niebo, lipy i zboża za bramą. Generał poczerwieniał ze złości jak ćwikła i począł mruczeć coś do siebie mieszając polskie i rosyjskie wyrazy o twardych brzmieniach. Wiktor ukłonił się, skierował kroki swe w pole i znikł na zakręcie.

Do kościoła było ze dwie wiorsty wyboistej drogi. Świątyńka stała na górce, wśród lip i wiązów, w samym środku olbrzymiej wsi, która łańcuchem chat, stodół i ogrodów przepasywała szeroko rozsiadłe wzgórze. Ludzie szli na nabożeństwo — chłopi w brunatnych, ciężkich butach i nie lżejszych kapeluszach, kobiety i dziewczęta w chustkach i spódnicach tak barwnych, że aż oczy bolały. Całe ich kolorowe rojowisko z gwarem krążyło pod murowanymi furtami kościelnego cmentarza. Tamże stały bryczki, powozy i wolanty szlachty z sąsiedztwa. Pierre, który taki widok miał przed oczyma po raz pierwszy w życiu, nie mógł ich nim napaść. Ale też i on ściągał na siebie oczy wszystkich ludzi. Ponieważ prastary, ciasny kościółek zapchany był już tak szczelnie, że palca by tam nie wcisnął, więc całe opłakańskie towarzystwo zostało na cmentarzu pod lipami. Zresztą Piotr był prawosławny i wprost nie śmiał tłoczyć się do wnętrza, choć rad by był zobaczyć, jak też to tam jest w samym środku u tych sowraszczonnych w łatinstwo.

Na dworze było bardzo pięknie. Kolosalne lipy pijące od stuleci sok z prochu praszczurów tych, co się w ich cieniu teraz modlili, użyczały dalekiego i szczodrego cienia. Roje ptasząt świergotały w gęstwinie koron — z głębi kościoła brzmiał ton organów, a czasem samotny głos "kanonika" wygłaszającego odwieczny tekst łaciński.

W pewnej chwili wielki tłum ludu wysypał się z kościoła na cmentarz i wolno sunął ławą. Za zwartą gromadą wysokich długosukmaniastych chłopów szły dziewczątka w bieli, z wianuszkami ordynarnych nagietek we włosach, sypiąc kwiaty. Za nimi pod baldachimem proboszcz w złocistej kapie podtrzymywany przez dwu co najgrubszych dziedziców z okolicy. Za baldachimem pchał się natłok "narodu" śpiewając co pary w grzesznych cielskach. Dzwonki gwałtownie bijące, potężny śpiew, zapach ziół — wszystko to odurzało Pierre'a. Stał zapatrzony w widowisko. Kiedy proboszcz, tęgi, zażywny moszterdziej, dźwigający ciężką, złotą monstrancję, mijał grupę opłakańską, rzucił okiem na umundurowanego oficera i długo mu się przypatrywał z pilną uwagą.

Podtrzymujący go obywatele — również, chłopi śpiewający z głębi duszy i z głębi ciała — również, dziewczęta sypiące kwiaty — również. Piotr poczuł, że jest tutaj zupełnie niepotrzebny. Miał chęć wynieść się co prędzej. Było mu nieprzyjemnie, a nawet przykro. Te widoki męczyły go i dusiły swą siłą. Kuzynka Kama szepnęła mu do ucha:

— Mundur twój, kuzynie, przypomina tutejszym ludziom rzeczy nieprzyjemne. On to czyni tak złe wrażenie...

Pierre doznał na pewien czas mdłej zresztą ulgi.

Po sumie towarzystwo wróciło do domu w Opłakanem, spożyto z apetytem obiad zgoła polski, wiejski, z półmiskami kurcząt, salaterkami sałaty, z jarzynami i kompotami, po których serce mięknie a myśl popada w optymizm. Po obiedzie spacerowano ociężale w starym i zapuszczonym ogrodzie, bawiono się, jak kto umiał. Kuzynka Kama zagrała na fortepianie w dużym salonie i towarzystwo zgromadziło się na tę ucztę. Przybył nawet z czworaków, zaułków i okólników szorstki Wiktor.

Stary generał wyraził życzenie, ażeby Kama zaśpiewała. Młoda panna wzbraniała się przez wzgląd na srogość krytyki petersburskiego kuzyna — ale wreszcie... Uderzyła w klawisze raz i drugi, przebiegła je. Przerwała i zwróciła się do towarzystwa z zaznaczeniem, że umie ledwo kilka pieśni, a te, które umie, mogą się nie podobać. Ojciec jej, pan Michał, machnął ręką na znak, że ten argument nie ma wartości. Kama zagrała po wtóre ten sam wstęp muzyczny. Zaśpiewała mocnym, pięknym, czystym, choć niewyrobionym głosem pieśń pewnego młodego muzyka do słów Juliusza Słowackiego:

Anioły stoją na rodzinnych polach
I chcąc powitać lecą w nasze strony,
Ludzie schyleni w nędzy i w niedolach
Cierniowymi się kłaniają korony.
Idą i szyki witają podróżne
I o miecz proszą tak jak o jałmużnę.

Znowu przebrzmiał burzliwy akompaniament, głos z głębi piersi, spod kamienia, co przyciska żywe serce. Zabrzmiały słowa:

Postój! o postój, hulanie czerwony,
Przez co to koń twój zapieniony skacze?
— To nic, to mojej matki grób zhańbiony.
Serce mi pęka, lecz oko nie płacze.
Koń dobył iskier na grobie z marmuru
I mściwa szabla wylazła z jaszczuru.

Stary generał siedział w fotelu i żuł wstawionymi szczękami jakowąś wewnętrzną sprawę czy pasję. Syn jego Michał wpatrywał się spod oka w córkę z wyrazem głębokiego wzruszenia. Wiktor nucił z cicha melodię, zachwycony i nią, i słowami. Pierre nie rozumiał słów, ale melodia wniosła te słowa do jego uszu. Melodia była czarująca jak zapach mokrej gałęzi bzu, z którym na całe nieraz życie zrośnie się jakieś wspomnienie... Ten język wydał mu się po raz pierwszy dość melodyjnym w swej szorstkości. Niezrozumiałe słowa nabrały koloru i połysku. Gdy przebrzmiała pieśń, oficer poprosił o wytłumaczenie treści piosenki. Kama z uśmiechem poprawiła fałdy swej sukni — i rzekła:

— Kiedy te słowa właściwie nic nie znaczą. Jak to w pieśniach... To jest taka sobie polska śpiewanka, może o wielkiej biedzie-niedoli, a może o wielkiej chwalewielkości. Ani w tym ładu, ani składu...

— Ale przecie... — prosił Piotr.

— Nie pojmiesz, kuzynku — wmieszał się Wiktor — bo to jest w samej rzeczy bez logicznego sensu, jak tutaj wszystko. Tak się to śpiewa, jakbyś lustro wszystkiego postawił sobie przed oczyma. Skoro się wpatrzysz, to może zobaczysz w tym lustrze wszystko, co ci potrzeba.

— Ty tam na pewno widzisz wszystko, czego ci potrzeba — zgrzytnął generał, który z Wiktorem stałe toczył batalie.

— A ja tam w samej rzeczy widzę... — roześmiał się tamten wyszczerzając zdrowe zęby.

Kama po namyśle zbliżyła się do Piotra mówiąc:

— Czy nie chciałbyś, kuzynie, pojechać teraz konno do nas, do Cierniów? Tam może ci zdołam wytłumaczyć, co ta piosenka znaczy.

— Jadę! Oczywiście.

— Ja z wami — wmieszał się Wiktor. — Staruszek, jedziesz do domu? — skierował pytanie do ojca, "cichego" pana Michała.

— Jadę. Każ zaprzęgać nasze szkapiny.

— Dziadek mi da kasztankę pod siodło? — poprosiła Kama kokieteryjnie starego generała. — Kuzynek Piotr odprowadzi ją z powrotem na uździenicy obok "Grzywacza", na którym pojedzie teraz z nami.

— Już nie tylko kasztankę, ale i "Grzywacza" zabierasz, Kama... — mruknął Hipolit.

— Jeszcze pewnie i ten konia nie ma — dorzucił generał.

— Ten ma swą szkapę — rzekł Wiktor zapalając nowego papierosa. — Ten nigdy nie liczył i nie liczy na pstrego konia waszej wielkopańskiej łaski.

— Wiktor! — obruszył się pan Michał ze smutną surowością — jesteś niedostatecznie grzeczny względem dziadka.

Syn wahał się przez chwilę, a później, patrząc ojcu prosto w oczy z okrucieństwem i ironią, rzekł z cicha:

— Słuszaju's!

To słowo dziwnie wszystkich ubodło i wzburzyło. Nawet Kama rzuciła na brata gorzkie spojrzenie. Ale student miał wyraz twarzy nieubłagany. Oczy mu się skryły pod zsuniętymi brwiami i nie ukazywały nawet swego złowrogiego blasku. Hipolit wyszedł wielkimi kroki i za chwilę słychać było jego krzyk na gumnie obstalowujący wałacha pod "gapę" i kasztankę pod to "utrapione damskie siodło".

Słychać było nadto:

— A spróbuj mi, spuchnięty pysku, ciasno pozapinać popręgi, to ja ci zapnę tę gębę na obie strony, żebyś był przez dwa ruskie miesiące tłusty...

I tym podobne, nie nadające się do utrwalenia za pośrednictwem druku, lokucje z zakresu słownictwa folwarcznego w stronach tamecznych.

Wkrótce osiodłane i zaprzężone konie stały pod gankiem.

Ojciec Michał usadowił się w małej bryczce bez resorów, ze zwykłymi siedzeniami, Wiktor wdrapał na swego "fornala", Karna dosiadła kasztanki, a Piotr owego "Grzywacza", który od pierwszej chwili począł pod nim stękać jak rataj przeciążony pracą.

Wprost ze starej topolowej alei prowadził w pola trakt szeroki, zjeżdżony w różnych kierunkach. Tu i ówdzie siedział nad tym szlakiem bajor tudzież szarolotnej kurzawy — obłamany jarząb albo pyłem przydęta kępa tarek. Daleko schylała się staraprastara brzoza. Droga owa mijała folwark należący do Opłakanego, który sam, indywidualnie, miał postać opłakaną i wszelkie tytuły do tejże nazwy — później dźwigała się w górę, okrytą już rolami, ale jeszcze tam i sam zaciągniętą nie wykarczowanymi chrusty i pniami po dawnym lesie.

Ze szczytu góry roztaczał się widok na rozległą międzyleśną dolinę. Pośrodku błyszczała rzeka i szeroko rozlany staw. Kama pokazała Piotrowi ów staw, kępy nad nim drzew i oświadczyła, że to są Ciernie. Bryczka pana Michała pomknęła górską drożyną. Jeźdźcy popędzili za nią. Wkrótce znaleźli się na terytorium Cierniów. Miejscowość ta miała charakter podgórski. Jeszcze tam stały kopy suchego siana. Dwukolejowa drożyna krążąc wśród jałowców dobiegła nad staw i zanurzyła się poza jego groblę w urocze, ale karkołomne wąwoziki, "dołki", wyrwy i dość zdradzieckie jeziorka. Jechało się tam wprost przez wodę albo wprost przez błoto w pas. Wytłumaczono Piotrowi, że w tej lokomocji, ściśle miejscowej, nie ma nic zgoła niebezpiecznego, albowiem odwaga zawsze człowieka od wszelkiego wypadku ratuje. Ptaki tam za to w olchach śpiewały piękniej niż gdziekolwiek, pachniały tameczne zioła i kwiaty, szemrały liczne strumienie.

Kiedy bryczka starszego pana za ostatnią rzeczką i czarnym, przyziemnym młynem pięła się pod górkę ku dworowi, Piotr spostrzegł tłum wielobarwny młodzieży wiejskiej, który obsiadł na wzgórku grobli figurę świątka pod wielkimi olchami. Oficer rozglądał się na prawo i na lewo po zbożach, krzewach i ludziach, gdy nagle spostrzegł, że owa gromada dzieci, wyrostków i młodzieży rozpierzchła się jak stado spłoszonych ptaków. Tu dziewczyna w wielobarwnej "szmatce" na głowie, w białej koszuli i kolorowej spódnicy dopadła zboża i zginęła w nim jak kuropatwa — tam chłopak, wszystek zgrzebny, biegł bruzdą między owsami. Zza pniów drzew i z głębi krzaków wyglądały głowy dzikusów, z kęp łopianów za parkanami widać było słomiane kapelusze albo płowe czupryny. Wiktor śmiał się do rozpuku patrząc na to widowisko. W pewnej chwili stanął w strzemionach swego podjezdka i począł wołać na wsze strony:

— Bywaj!

Po czym ruszył w górę ku dworowi. Kama wytłumaczyła Piotrowi, o co to chodzi. Pojechali w górę. Dworek w Cierniach mały był, bielony, nieforemny, złamany w sobie. Ściany jego śnieżnie widniały pod nawisłym czarnym dachem. Dzikie wino obrastało ganek. W tyle dworu rosły cztery lipy prastare, z boku grusza olbrzymia rozpościerała nad dachem konary. Całe obejście było wygrodzone płotem-pleciakiem z jodłowych spławin, co nadawało miejscu charakter porządku i czystości. Przed oknami i w tyle domu było mnóstwo kwiatów, nagietek, bratków, balsaminów, lewkonii. Wielkie krzaki klematisów na białych ścianach pięknie się odznaczały. Wygracowane ścieżki biegły w różnych kierunkach i prowadziły do furtek, w ogród na zboczu góry. W głębi ogrodu, na dole, stał samotny, wielki modrzew.

— Kuzynie! — wołała Kama — czy jesteś głodny?

— Nie! — odpowiedział — jestem zachwycony.

— Jeżeli nie jesteś jeszcze bardzo głodny i jesteś zachwycony, to spaceruj sobie tutaj, pomnażaj swój zachwyt, a my z Wiktorem załatwimy lekcję.

— Lekcję? Co za lekcję?

— Taką sobie lekcję, o której nie będziesz mówił nikomu, szczególniej w Opłakanem.

— Dlaczego? Nie rozumiem.

— Możesz sobie nie rozumieć. To tutaj wolno. Idź do ogrodu, patrz na kwiaty, na modrzew, gawędź z naszym papusiem, a na inne rzeczy zamknij twoje oczy rosyjskie i rosyjskie uszy.

Odeszła. Piotr zapuścił się w ścieżki ogrodowe. Ale ogród był niewielki, mało interesujący, zwykły ogród folwarczny — więc wypadło powrócić do domu. Tu czekał pan Michał i wprowadził pod dach. Mieszkanie było małe, złożone z paru izb zupełnie prostych, wapnem bielonych. Dziwiły pod tą niską powałą wykwintniejsze meble i sprzęty, które się tam znalazły. Bosa dziewczyna podała posiłek: dzieżę kwaśnego mleka, razowy chleb, żółte, świeże masło. Po tym spartańskim podwieczorku, który Piotr spożył w towarzystwie stryja Michała, obadwaj wyszli na groblę. Miejsce było nad wyraz piękne — obraz cichości i spokoju. Stryj łamanym rosyjskim językiem rozpytywał o krewnych w Rosji. Piotr szeroko opowiedział wszelkie szczegóły.

— Jak stryjowi wiadomo — mówił — Piotr w randze sztabs-kapitana umarł na Kaukazie. Był bezżenny. Po zmarłym w powstaniu polskim młodszym jego bracie, Janie, zostałem ja jeden oraz młodsza od tamtych dwu braci ich siostra a moja ciotka, Natalia. Wyszła za mąż za bogatego obywatela Nietymkina. Mieszkają w penzeńskiej guberni. Po śmierci mojego ojca dar dla dziada za węgierską kampanię, majątek również w penzeńskiej guberni, został cofnięty. Na szczęście ciotka po mężu, który już nie żyje, odziedziczyła duży majątek. Dzieci tam mnóstwo u Nietymkinów...

— Dzieci wychowane po rusku?

— No, oczywiście! To iście rosyjscy ludzie.

— Majątek, mówisz, duży?

— Majątek duży. Gospodaruje u ciotki Niemiec Ludwig...

— A bywałeś tam u nich?

— Jakże! Spędzałem każde wakacje przez cały czas pobytu w korpusie i w szkole artylerii.

— Cóż dzieci, dobre?

— Nie można powiedzieć. Jeden był ze mną w korpusie, tylko niżej, Borys. — Wiera Leontiewna w Maryjskim Instytucie, ładna dziewczyna.

— A ciotka? Jakiż z nią twój stosunek?

— Ciotka była dla mnie dobra, choć to na ogół sroga dama. Kiedy się zjawia w Petersburgu, nie tylko krewnych trzyma w łapie. Wszyscy muszą tak chodzić, jak ona każe. A czy stryjaszek nie zna ciotki Natalii?

— Nie znam — sucho odrzekł stryj Michał.

— Jak to? Zupełnie?

— Zupełnie.

Po chwili stryj Michał dorzucił:

— Widzisz, kochany kuzynie, my już należymy do innych narodów, nie tylko do innych gałęzi rodzinnych.

Strzepnął palcami i zamilkł.

Od strony folwarku doleciało echo chóralnego śpiewu. Piotr nastawił uszu. Pan Michał machnął ręką i ciągnął swego gościa dalej, za staw, na suche łąki, popod zboża. Ale śpiew był tak rozgłośny, że Piotr przystanął. Nie znał tej melodii, nie słyszał jej nigdy. Z miejsca, gdzie się zatrzymali, widać było w poprzek stawu i gumna rozwarte wrótnie stodoły folwarcznej i skupiony wewnątrz tłum młodzieży.

— Co to oni tam robią? — spytał Piotr ciekawie, wskazując na ową stodołę.

— Tak, ot... Dobre obydwoje dzieci, uważasz... Uczą wiejską łobuzerię, wykładają różne pożyteczne wiadomości. Szkół u nas nie ma, więc tak, ot...

— A dlaczegóż szkół nie budują? — pyta Piotr.

— Dlatego, że nie wolno — dobrotliwie jak zawsze wytłumaczył stryj Michał.

Oddalili się znacznie od zabudowań. Weszli suchymi ścieżkami na łąki, potem w zagaja brzozowe nad strumykami, w poprzek łąk dążącymi ku rzece. Równe łąki były już pokoszone i ścięty potraw nowe już puszczał pióra. Stamtąd, z daleka, widać było dworek w Cierniach nad stawem, jak się wszystek odbijał w gładkiej toni ze swymi wyniosłymi drzewami, które nad jego dachem chyliły się łagodnym kłębem koron.

Stali obadwaj w milczeniu, w bezwzględnej ciszy tego obszaru. Piotr spojrzał na stryja Michała i poczuł doń głęboką sympatię. Chciałby mu to był jakoś wyrazić, jakoś tego dowieść, ale wstydził się podobnego afektu. Więc się tylko nastawił chmurnie i patrzył w dal. Leniwie wracali ku domowi. Wieczór się zbliżał. Lekka mgła występowała nad staw i przyległe doń zarośla. Kama i Wiktor wyszli na spotkanie "kuzyna".

— Stodołę mi kiedy spalisz tą twoją latarnią... — mruknął do syna stryj Michał.

— Wody tu Pan Jezus nie poskąpił, to się ogieniaszek zaleje w nagłym razie. Potem można będzie wziąć pełną asekurację — i "partia"!

— Tak, tobie zawsze w głowie frazesy.

— Jako że się na adwokata "obuczam". A stodoła teraz pusta jak frazes — przednówek w niej widać nieuświadomionym okiem. Ani cebulki, ani w co wkrajać! Doskonale się w niej naukowe pewniki rozlegają. Już też, papuś dobrodziej, jesteś bogacz cwany — no!

— Kuzynko Kamo — mówił Piotr — muszę już jechać. Nie wytłumaczyłaś mi tej piosenki, coś ją śpiewała...

— A nie. I nie wytłumaczę.

— Tłumacz sobie sam... — mruknął Wiktor skręcając w palcach grubego papierosa.

Piotr był trochę dotknięty tym, co mu ci obydwoje mówili. Trochę zresztą był zaniepokojony w sobie, jakiś jakby skompromitowany. Ci troje byli tacy spokojni, pewni każdego swego kroku na tym skrawku nieurodzaju, wyrw i dziur. I Piotr był pewien siebie, ale tych ludzi jakoś przez skórę polubił. Pośpieszył do dworu, zażądał, żeby mu osiodłano "Grzywacza", który z przebiegłym pośpiechem chrupał cudzą trawę. Przyprowadzono również i kasztankę. Piotr wskoczył na siodło "Grzywacza", a kasztankę poprowadził jako luzaka. Jechał pod górę popędzając konie. Na szczycie zatrzymał się i długo patrzył na tę okolicę. Wieczorem już przycwałował do Opłakanego.

Wchodząc na ganek ogrodowy zastał tam dziadka generała, starym obyczajem kurzącego fajkę na długim cybuchu. Światła nie było w tym ganku oszklonym, więc starca ledwo było widać. Wkrótce nastał mrok zupełny. Obadwaj siedzieli w milczeniu. Piotr widział tylko żar w fajce starego pana... Marzył o życiu, które tu zobaczył. W oczach miał korowód osób, gmatwaninę pospolitych zdarzeń, w której każdy szczegół wbił się w pamięć z nadzwyczajną wyrazistością. Miał zamiar wyjść do ogrodu i chodzić po alejach do późnej nocy. Przez uszanowanie dla dziadka nie ruszał się czekając, aż staruszek sam się oddali. Fajka starego generała zgasła. Milczenie trwało. Piotr sądził, że może dziad zasnął w fotelu. Generał Rozłucki nie spał. Rzekł po rosyjsku:

— Piotruś — a ty ojca pamiętasz?

— Nie... — odrzekł Piotr po namyśle. — Coś jak we mgle... Mam czasem w myśli jego oczy. Mgliste, niebieskie oczy.

— Niebieskie. A ty wiesz, jak to tam z nim było?

— Nie.

— Chcesz wiedzieć?

— Owszem.

Generał znowu umilkł. Zdawało się Piotrowi, że się rozmyślił i nic nie powie. W pewnej chwili starzec poruszył się w fotelu i począł wyraźnie, twardo, ze wszelkimi szczegółami opowiadać historię rozstrzelania Jana Rozłuckiego.

[edytuj] IV

W kilka dni później Piotr wyruszył do miasta dla objęcia służby w baterii artyleryjskiej, do której był przeznaczony. Dziadek generał wybrał się z nim w celu załatwienia swych spraw prywatnych, ale również z zamiarem przedstawienia krewniaka generałowi dowodzącemu, którego znał z lat dawniejszych. Kiedy wyjeżdżali z bocznych, opłakańskich dróg i docierali do szerokiego traktu, stary pan wydał furmanowi polecenie, żeby jechał nie drogą zwykłą, czyli gościńcem, lecz inaczej. Na rozstaju dróg kazał skręcić w lasy i przedrzeć się wprost przez góry. Woźnica w głowę zachodził, co to za droga tak niezwykła, i jawnie mruczał pod nosem o niepotrzebnym zamęczaniu koni, o niebezpieczeństwie grożącym resorom starego pojazdu. Generał kazał mu milczeć i jechać według rozkazu. Sługa spełnił ten rozkaz. Gdy po przebyciu góry wyjechali z głuchych lasów, ukazały się przestwory nie zalesione i nieuprawne, pastwiska i mokradła na pół zarosłe. Piaszczysta droga, poprzerastana korzeniami drzew, których już dawno nie było, przecinała to pustkowie.

W pewnym miejscu starzec kazał stanąć. Wysiadł z powozu i Piotrowi dał niemy znak, żeby poszedł za jego przykładem. Służącemu polecił jechać dalej noga za nogą i zatrzymać się dopiero w opłotkach. Furman zdziwił się w sobie, ale wiedząc z doświadczenia, że ze starszym panem nie ma dyskusji, pojechał noga za nogą, zatopiony w rozmyślaniu, czego też ci panowie w tych pastwiskach szukać mogą. Bo że czegoś zamierzali szukać — był pewny.

"Kto go wie, czy stary nie schował skarbów w tym miejscu... Skarby tu musiał zakopać w powstanie, teraz se miejsce przypomina, a ten młody będzie kopał" — myślał człowieczyna czatując na chwilę, kiedy można będzie obejrzeć się niepostrzeżenie. Obejrzał się nareszcie ukradkiem na pierwszym zakręcie drogi, ale nic interesującego nie spostrzegł. Obadwaj jego panowie szli wolno drogą. Służący nabrał przekonania, że, widać, gadają o czymś sekretnie — i na tym poprzestał.

Tymczasem generał trafnie prowadził Piotra do miejsca. Po długich namysłach rozpoznał się w okolicy, odnalazł jej dawną postać i odtworzył ją sobie na nowo w oczach. Aczkolwiek stary las ścięto i wytrzebiono, figura miejsca została ta sama. Oto droga, stara pewnie jak świat — oto jej zakręt, aż wreszcie i sam cel — krzyżowe rozstaje.

Przyszli na miejsce. Ze starej karczmy nie zostało nic. Widocznie pożar ją zniszczył, a komin i piecowiska ludzie okoliczni rozebrali i rozciągnęli po wsiach. Tylko olbrzymie kępy chwastów i czworokątny kształt wzmożonego porostu pokrzyw wskazywał na ślad dawnej budowli. Po drugiej stronie wygonu naprzeciwko starej karczmy rosła brzoza nachylona, wyniosła, zaiste płacząca. Długie jej różańce sięgały niemal do ziemi, odziemek u wydmy piasku czarny, zbrużdżony od szwów i rowów, biegł wyżej białym, potężnym i polotnym pniem i rozwidlał się w liczne i grube konary, rozpadał wysoko w gibkie gałęzie i wici.

Na tej brzozie wisiał krzyż w dziwny sposób o nią zaczepiony. Jego podstawa, niegdyś w ziemię wkopana, ugniła zupełnie i spróchniała bardzo wysoko, że został z niej nad ziemią jeno kolec ku dołowi zwrócony i próchnem ciemnym sypiący. Z podpór, które ręka z dwu stron przybiła przed laty, ślad tylko został potrzaskany. Krzyż ów runął był dawno, lecz ręce ludzkie podniosły go, widać, z drogi i ramionami poprzecznicy zaczepiły o rozwidlające się z pnia dwa konary brzozowe. W taki sposób krzyż się w drzewo wtulił, z jego pniem i gałęziami zjednoczył. Wici go brzozowe okręciły. Na białym odziemku wisiał czarny, znieważony ni to sama postać Chrystusa na drzewcu. Dolny jego kół jak cios boleści nastawił się przeciwko nagiej ziemi. Spękane próchno ostrym kształtem bezżałosnego gniewu zarysowywało się z dala niby nogi jedna na drugą założone i wraz gwoździami przebite. Pod tym to krzyżem była wydma zapomniana, dzikim zielem porosła.

Stary Rozłucki przyszedłszy do tego miejsca, rozejrzał się jeszcze raz. — Zdjął czapkę. Piotr uczynił to samo. Przypatrywał się temu miejscu, temu drzewu i tym tak przedziwnym zwłokom krzyża. Obadwaj mieli twarze zimne, głuche, surowe. Oczy ich widziały wszystko — każdy badyl, każdą gałązkę, każdą okruszynę próchna. Piotr zwrócił się twarzą w stronę mogiły i schylając się nisko, w milczeniu trzykroć złożył na piersiach trzy znaki krzyżowe swej prawosławnej wiary.

[edytuj] V

Szefem pułku piechoty oraz baterii artyleryjskiej w mieście był generał Polenow-Czernowratski. Do niego nazajutrz po przyjeździe udał się generał Rozłucki wraz ze swym pupilem, pragnąc ostatniego osobiście przedstawić i polecić zwierzchnikowi.

Generał Polenow, aczkolwiek znacznie młodszy, był ongi kolegą Rozłuckiego w jakimś gdzieś pułku. Później spotykali się również służbowo, gdy Polenow pełnił ważne funkcje w czasie polskiego powstania, "bez pobłażania" uśmierzając i karząc. Po przybyciu do domu generała, głównej wojskowej figury w mieście, obadwaj krewniacy musieli po zameldowaniu się przez pewną chwilę czekać. Polenow lubił porządek nawet w świadczeniu grzeczności. Skoro jednak kazał prosić, przyjął gości swych kordialnie. Sam był artylerzystą z wykształcenia, toteż do młodego adepta armatniego rzemiosła, do adepta, o którym w nadsyłanych dawniej papierach czytał nadzwyczajne pochwały i którego atestacje musiał wprost podziwiać — zwrócił się nie z surową, mikołajewską manierą i gwałtownością pozorów, lecz raczej z zaciekawieniem i serdecznie.Starego emeryta Rozłuckiego witał w sposób łaskawie dobrotliwy, głośnoserdeczny, jako po prostu dawny mundur bez znaczenia i wartości, rzadko z szafy wydobywany i tracący naftaliną.

Generał Polenow był suchym, wysokim mężczyzną. Łysinę zamaskowywał wichrem z włosów wyhodowanych pieczołowicie na lewym flanku czaszki. Nosił krótko przystrzyżone bokobrody na modłę późnomikołajowską, które zbielały do szczętu. Głowę — na przekór, zdaje się, jej dążeniom poufnym — trzymał zadartą do góry. Marsowo również nastraszał wąsy oraz nastawiał oczy w sposób srogo-bestialski. Robił Arakczejewa, jak mówili podwładni, świadomi rzeczy.

Obadwaj Rozłuccy zaproszeni zostali na obiad i aż, do obiadu bawili w salonie. Dom generała stał w obszernym ogrodzie, niemal już zamiejskim. Ogród otoczony był ze wszech stron wysokim ongi murem, rozsypanym już i podniszczonym. Na granicy tego ogrodu rosły olbrzymie lipy i niezmiernej wielkości nadwiślańskie topole. Wśród ich korzeni sączyła się podmiejska rzeczka. W samym środku ogrodu stał dom parterowy, pałacowaty, z mansardowym dachem, niegdyś wielkopańska rezydencja jednej z arystokratycznych rodzin polskich, a obecnie generalska "kwatera". Z salonu prowadziły wielkie, oszklone drzwi do alei, na której końcu stała nowa altana w czysto rosyjskim stylu, nie pasująca do tego domu ani do niczego w ogóle, jaskrawa i nadzwyczajnie brzydka.

Generał był wdowcem od lat wielu. Mieszkał w tym mieście od dawna i zżył się z nim najzupełniej. Po załatwieniu oficjalnego przyjęcia przedstawiającego się młodzieńca gawędził w sposób przyjacielski, a nawet, można by powiedzieć, prowincjonalny i parafiański, o nowościach petersburskich i chętnym uchem łowił nowinki stołeczne, o których Piotr Rozłucki niedbale i sucho wspominał. Na jakie pół godziny przed podaniem obiadu generał polecił staremu lokajowi poprosić do salonu Tatianę Iwanownę. Wkrótce weszła do salonu córka generała, Tatiana.

Zaledwie ukazała się w sali, Piotr Rozłucki doznał szczególniejszego zduszenia w piersiach, jakby przerwania tchu. Tatiana Iwanowna była skończenie piękna. Po matce, gruzińskiej szlachciance, odziedziczyła rysy z lekka kaukaskie, kształt twarzy, formę oczu, zarys brwi i ust, połyskliwą nie tylko czarność, lecz głęboką kruczość włosów. Włosy te były długie, ledwo trzymały się na głowie rozsypującym się, poskręcanym zwojem. Nade wszystko jednak uderzały w tej twarzy — oczy. Oczy te były aksamitnie czarne, o jasnej powłoce, która niekiedy aż w szafirowy przechodziła połysk. Tajne i niewysłowione jak nokturn, uchylały się przed cudzym spojrzeniem, a same w sobie stanowiły wszechświat piękności. Barwa dolnej wargi prześlicznie wykrojonych ust, sama ta barwa, gdyby wszystką urodę twarzy pominąć, stanowiła jedyny na ziemi objaw, który oczarowywał od pierwszego spojrzenia i od pierwszego spojrzenia pogrążał w nieokreślony smutek. Tatiana Iwanowna była wysmukła i wysoka, ale z tego typu pięknych i zdrowych dziewcząt, który rozwija się z czasem w rozrosłe i tęgie kobiety.

Kiedy po przedstawieniu jej przez ojca nieznajomych oficerów usiadła nie zażenowana, lecz raczej świadomie ich nie widząca, Piotr Rozłucki spostrzegł przypadkowo, wśród innych wrażeń, jej rękę na zielonej sukni i znowu doznał w sobie ściskającego piersi, ssącego wraz wszystkie trzewia uczucia zachwytu. Ręka ta była piękna jak ziszczony prawzór, jak pierwszy prototyp dłoni tych posągów, które przed wiekami wykuwali ze śnieżnego marmuru greccy artyści. Niedawno w Petersburgu po ukończeniu swej szkoły Piotr samotnie zwiedzał po raz pierwszy galerie Ermitażu. Zdarzyło mu się wówczas marzyć o szczęściu przy posągu greckiej tancerki, doskonałej kopii sławnego dzieła Watykanu z sali delle maschere. Oto teraz zobaczył żywą, białą rękę z palcami alabastrowej przezroczystości, okrągłymi i zwężającymi się ku różowym paznokciom — i po wtóre doznał owego zamraczającego zdumienia, młodocianej niewiary w możliwość istnienia objawów takiej piękności.

Tatiana Iwanowna była ubrana skromnie. Sama była nie to, że nieśmiała, lecz jakoś sennie, marząco pogrążona w sobie. Wewnętrzne wesele, wyniosła i niepobłażliwa ironia, własny świat ufundowany na śmiechu — przezierał przez ową zewnętrzną mgłę jak promień. Słońce padając z wielkich drzwi szklanych ozłociło jej policzki i przebiło zwój włosów nad czołem przeczystej białości. Piotr zapatrzył się w ów blask, zapomniał się w kontemplacji. Oczy Tatiany przez promień słoneczny odnalezione zamigotały w owej chwili niemal brylantowym połyskiem, zalśniły ową turkusową przemianą swoją. Po chwili były to znowu oczy czarne, nieprzejrzane, ciemne. Ich barwa głęboka jednoczyła się czy sprzeczała z białością policzków, tak jak czarodziejski ton muzyczny jednoczy się czy sprzecza z ciszą, która jest przed nim i po nim. Barwa policzków była jak śnieg świeżo spadły. Były w niej wszystkie tajemnice kolorów, gdy słońce śnieg przenika: — nieposzlakowana białość, błękit ledwie poczęty z białości i zachwycający róż odblasku wieczornej zorzy. Dookoła powiek błąkały się wątłe cienie, padające od długich rzęs. Tam to w tych cieniach kryła się płochliwa wiedza młodzieńcza. Ukazywały się niepostrzeżenie sny duszy nie wiedzącej, przeczuwającej, żądnej poznania — i znikały płoszone jak niebiańscy aniołowie przez zewnętrzne brutalstwo, okrucieństwo i nizotę poziomą codzienności.

Ale w tej pannie nie było nic z przybranego sentymentu, nic z nastrajania się na nutę znaną i modną, nic z jakiegokolwiek snobizmu. Była wciąż sobą. Obojętnie patrzyła, mówiła, śmiała się, zabawiała gości rozmową. W całym jej zachowaniu się była odrobina jakowejś pogardy, wyższości i grzecznością zamaskowanego znudzenia, wskutek tego, że dusza jej i jej piękność była tak nieskończenie odmienna od wszystkiego i tak gdzie indziej. Piotr czuł, że tu nie jest "za szybą" jak wobec Polek, które zdarzyło mu się spotkać — mógł rozmawiać, porozumiewać się, zgadzać na wiele pojęć, a przeciw niektórym protestować, lecz czuł zarazem, że to tylko zewnętrzne obcowanie i przymusowy objaw duchowego współżycia.

"Ona już jest zakochana" — zdecydował.

Ten zaś sylogizm, wypadający z niewiadomych a niewątpliwych przesłanek, napełnił go jakąś rozpaczliwą i ponurą pociechą. Zawarł się w sobie i postanowił nie uchylać drzwi duszy. Nie myślał żebrać o łaskawość, o zniżanie się aż do jego poziomu! Miał mocne postanowienie śmiać się cynicznie. Tatiana Iwanowna zdawała się nic nie wiedzieć o tych jego nagłych a niespodziewanych przeżyciach, a nawet o jego fizycznej obecności, chociaż z nim grzecznie rozmawiała. Opowiadała o mieście, o stosunkach, zabawach, przykrościach pobytu w takim zakątku — później o rodzinie gubernatorskiej, wicegubernatorskiej, prezesowskiej, prokuratorskiej, pułkownikowskiej... Wszystko to było wesołe, okraszone dowcipem, nadzwyczaj miłe, lecz miało charakter informacyjny, przewodnikowy i stereotypowy jak jakaś lekcja. Nudziło skrycie informatorkę już na samym początku i w samym założeniu. Piotr doskonale pojmował, że mówi się to i w taki sposób, bo jest to w danych warunkach najwłaściwszy rodzaj rozmowy, skoro już należy koniecznie bawić gości w salonie. Wiedział, że gdyby wyszedł z pokoju, doznałaby znacznej ulgi, usiadła wygodnie z założonymi rękami i wróciła do swych własnych, do tych osobnych, do jej myśli. Odpoczęłaby po tym dyskursie, co się tak niby wesoło i gładko toczył, ziewnęła z zadowoleniem...

Znowu to zduszenie w piersiach...

Generał komendant zwrócił się do córki:

— Tatiano Iwanowna, a toż pokaż Piotrowi Iwanowiczowi ogród. Przecie to zupełny jeszcze cudzoziemiec.

— Pan życzy sobie zobaczyć ogród? — zapytała z ociężałą uprzejmością.

— Jeżeli można... — odpowiedział z tajnym ukontentowaniem, ukrytym w pozorach obojętności.

Tatiana otwarła wielkie drzwi i wyszła na taras, ułożony z wielkich głazów granitowych. Po schodach zstąpili obydwoje do tego ogrodu. Aleja nie była długa. Wzrok uderzał się o mur i ową jaskrawą altanę. Idąc w cieniu drzew Tatiana obróciła się w kierunku domu i wskazała nań ręką, ze słowami:

— Prawda, jaki dziwny dom...

W istocie — dom był dosyć niezwykły, budowa z końca XVIII wieku, pokryta starą, sczerniałą, różową niegdyś dachówką w karby. Ponad parterem o wielkich szybach okien wznosiło się od strony ogrodu piętro z okienkami czteroszybowymi. Taras był imponujący, a całość miała wdzięk rzeczy z lat dawnych.

— Czy pan jest Polak? — zapytała od niechcenia a niespodziewanie Tatiana Iwanowna.

— Pochodzę "z Polaków" — rzekł z wolna Rozłucki — lecz jestem prawosławny i "ruski".

— Tak... — zgodziła się. — Będzie pan miał tutaj nieprzyjemne życie. Bo tu pełno jest tych Polaków. Ja, przyznam się panu, bardzo ich nie lubię.

— Dokuczyli pani?

— Mnie nie dokuczyli, lecz to plemię szczególne. Nas, Rosjan, nienawidzą, a boją się. Toteż wielu płaszczy się. Znałam tak podłych... Inni, nie mogąc się mścić, ze strachu patrzą tylko wciąż złymi oczami. Śmieją się z każdego naszego nieszczęścia, z każdego kroku. Och, nie cierpię!

Gdy to mówiła, rozchmurzyło się jej oblicze i z mgły rzęs wyszły oczy. Powiedziała tych kilka słów szczerze, ale wnet wycofała się z tej szczerości. Doszli do drzwi altany i Piotr Rozłucki wstąpił do środka. Był tam stół okrągły, drewniane ławki, okryte poduszkami z czerwonego aksamitu. Na stole leżała jakaś książka. Oficer dotknął jej ręką, lecz poczuł nagle jakiś nieopisany lęk... To miejsce było szczególnie niemiłe, złe, odtrącające. Piotr wszedł niepostrzeżenie w stan rozzuchwalenia właściwego jego naturze, jak wówczas, gdy "kusił" księcia. Zwrócił się wprost do Tatiany Iwanowny i rzekł:

— Nieprawdaż? — pani kochała się nieszczęśliwie w jakimś pięknym Polaku...

Wysłuchała tego zdania z obojętnością. Później uśmiechnęła się...

— W Polaku?... Nie. Zachowaj Boże!

— A są i piękni. Widziałem jadąc przez Warszawę.

— Nie rozumiem, jak można rozmawiać o rzeczach przyjemnych i subtelnych ich szeleszczącym językiem. Coś tylko wciąż świszczę albo zgrzyta i szczęka w tej mowie.

— Nie zawsze. Słyszałem jedną poezję, w której były bardzo piękne dźwięki.

— Pan to wszystko rozumie?

— Nie, prawie ani jednego wyrazu.

— Tu się pan pewnie prędko nauczy, bo tu nie tylko mężczyźni są piękni, lecz i "panny". Widziałam piękne na balach tutejszych. Pamiętam jedną ze wsi, szatynkę, młodziutką. Poprosiłam ją na chwilę o wachlarz, gdyż swój zarzuciłam w tańcu. Spojrzała na mnie tak dzikimi oczami, jakbym była jej wrogiem od urodzenia, a przecież nie widziałyśmy się przedtem nigdy.

— Pani także ich nienawidzi. To niedobrze.

— Czemu to "niedobrze"? Oni umieją nienawidzieć, to i ja. Ile razy idę przez tutejszy park miejski, ile razy jadę powozem, czuję ze wszech stron złe spojrzenia, czytam we wszystkich oczach odrazę. Gdziekolwiek spojrzeć, w którąkolwiek stronę, zawsze się spotka jakieś paskudnie patrzące oczy. Tworzy to jakby chmurę nienawiści...

— Czyżby oni mogli nienawidzieć pani? — zapytał Piotr z namysłem, niemal bezwiednie i nie jej, lecz raczej siebie.

Po raz pierwszy uśmiechnęła się bardzo powabnie, zupełnie inaczej, kusząco w sposób szatański, zalotnie i prawie bezczelnie. Rzekła cicho:

— A jednak, widzi pan — nienawidzą.

— Gdy tu pomieszkam, to zobaczę, czy istotnie ci ludzie mają względem pani tak złe uczucia. Może to tylko niesprawiedliwe uprzedzenie. A czy pani na ogół biorąc jest sprawiedliwa?

— O, nie.

— Niesprawiedliwa?

— Tak.

— Zawsze?

— Zawsze.

— I to już taka zasada i metoda?

— A tak. Sędzia pokoju czy okręgowy niech sobie będzie sprawiedliwy, bo mu za to płacą pensję, dają gratyfikacje, dodatki różne, na mieszkanie, na kształcenie dzieci. A ja z jakiej racji mam być sprawiedliwa? Ja jestem osobno. Żyję po swojemu i myślę tak, jak mnie samej wypada.

— A jakże to po swojemu?

— A to jest właśnie sekret, którego się nie mówi.

— I to już taka zasada i metoda?

— Już trzeba iść na obiad — rzekła wymijająco i zawróciła ku domowi.

Piotr rozejrzał się po tym ogrodzie, rozejrzał się ciekawie i pilnie, pilnie...

[edytuj] VI

Piotr Rozłucki otrzymał na "kwaterę" mieszkanko w pewnym domu, już przedmiejskim, sąsiadującym z koszarami baterii artyleryjskiej i polem jej ćwiczeń. Dom ów należał do kategorii budynków, jakie widzieć można jedynie w miastach gubernatorskich, daleko od linii kolejowych położonych. Front jego od podmiejskiej uliczki miał postać dworku dawnej formacji. Był to niby-rodzimy dworek murowany, wilgotny, z tynkiem obłupanym, przegniłym ganeczkiem i szeroko rozsiadłym dachem ze sczerniałych gontów; od strony podwórza wyglądał natomiast jak zalotna piętrowa kamieniczka zdobiąca rynek gdzieś w powiatowej Stopnicy lub Pińczowie. Na piętrze, a właściwie na pięterku, mieściła się właśnie "kwatera" młodego podporucznika.

Do "kwatery" wchodziło się po schodach przystawionych do ściany, z zewnątrz obitych spróchniałymi deskami i osłoniętych specjalnym daszkiem. Całe to wejście z pewnej odległości podobne było do potwornej zielonkawej liszki, pełznącej po chropawej ścianie z błotnistego podwórka na dach strupieszały.

Za to sam lokal ogromnie przypadł do smaku nowemu jego posiadaczowi. Składał się z dwu pokoików — ściśle mówiąc, z dwu izdebek, wymalowanych w guście tamtejszym. Do środka wchodziło się przez misternie wąską sionkę, która sąsiadowała z dziedziną szczególnie obszernych strychów. Lokal zaopatrzony był w spiżarnię i różne składziki, zbite z desek niezbyt szczelnie przystających jedna do drugiej. Okna wychodziły na wielki dziedziniec artyleryjski, na szopy, w których mieściły się armaty, na stajnie, gdzie rżały konie baterii, i na murowane potworności z zielonymi dachami, gdzie spali żołnierze. Piotr urządził sobie mieszkanie w sposób staranny. Nie chcąc nikogo mieć obok siebie i cieszyć się zupełną samotnością, której zażywał po raz pierwszy w życiu, kazał dieńszczykowi nocować w koszarach i jedynie w oznaczonych godzinach zjawiać się dla załatwiania porządków.

Cały dół tej kamienicy zajmował niejaki pan Kozdrój, utrzymujący stancję uczniowską — jakiś renomowany nauczyciel, pedagog i wychowawca, do którego oddawano najbardziej zaawansowanych w karciarstwie i niewzruszonych w próżniactwie elewów gimnazjalnych dla poprawy i wyćwiczenia się w obowiązkach. Rozłucki nie zwracał początkowo żadnej uwagi na sąsiadów z dołu. Zajęty swym mieszkaniem, swą posadą i pracami, nie wiedział o ich istnieniu, choć na nich patrzał. Z czasem jednak musiał z konieczności zwrócić uwagę.

Pupile Kozdroja byli wszędzie: — wrzeszczeli na podwórzu, gromadzili się i łazili po brudnych dylach poza okropnymi kloakami żołnierskimi, gdzie było ich ulubione miejsce zebrań — załatwiali tam w skrytości jakieś czynności papierosiarskie, grali w tajemnicze hazardy — darli się tam nieludzkimi głosami, dokuczali wszystkim, kto tylko miał nieszczęście bytować w tej dzielnicy — niszczyli wszystko, co się tylko nawinęło pod rękę — wyśmiewali potwornymi swymi drwinami wszystko, co istniało — znęcali się nad słabszymi pomiędzy sobą — bili się wciąż, wykonywali bezlitosne samosądy, mafie i akty najdzikszej niesprawiedliwości — słowem, zatruwali jak żółta febra życie tego cuchnącego zacisza.

Chcąc nie chcąc, podporucznik zauważył, że starsi wychowańcy p. Kozdroja mają tajne konszachty z artylerzystami spoza spróchniałego parkanu, że nabywają od soł— datów razowy, żołnierski chleb, tytoń-machorkę i wódkę-siwuchę. Pewien szeregowiec dostarczał codziennie pod parkan obstalowane produkty. Kładł w umówionym miejscu paczuszki tytoniu, umieszczał flaszki z wódką, owinięte w stare gazety. Niepostrzeżenie któryś z uczniów ściągał później tę kontrabandę przez proste wsunięcie ręki w szczelinę parkanu z pozostawieniem na miejscu waluty, owiniętej również w strzępek druku. Wracając częstokroć późno w nocy, Piotr spostrzegł, że kiedy na lewej stronie, w mieszkaniu wybitnego pedagoga, było już ciemno i przykładnie cicho, to na prawej, w lokalu umoralnianych, palił się jeszcze ogarek świecy wprawiony w szyję butelki i młodzieńcy z cicha i ostrożnie, lecz w miarę sił i środków jak najhazardowniej zgrywali się w "stukułkę".

Poza dalszym parkanem, oddzielającym teren wojskowo-artyleryjski od cywilnego przedmieścia, istniał pewien zgoła odosobniony dziedzińczyk i długa w nim chałupa — ohydna z wierzchu i niepowabna z żadnej strony — a w niej mieściła się pewna instytucja miejska, której byt finansowy oparty był na skutkach wynikających z bezżenności żołnierzy, a poniekąd i na sile młodocianych afektów duchowej czeladki pana Kozdroja. Czerwona firanka wisząca w oknie powołanej instytucji ożywiała monotonię nawozów i śmietników, odrapanych murów i zgniłych parkanów w tej dzielnicy miasta.

Wszystko to niezmiernie Rozłuckiego bawiło. Zaczai podpatrywać to bujne życie młodzieży gimnazjalnej. Niektórzy z dryblasów pana Kozdroja byli już w wieku "popisowym", a co było najzabawniejsze, że obok takich wyrostków pod wąsem podlegali umoralnieniu i naprawie obyczajów chłopcy nieletni. Wszyscy ci pensjonarze bez różnicy wieku toczyli zażarty, nie przebierający w środkach, nie ustający nigdy bój z pedagogiem Kozdrojem. Ponieważ trzymano ich na tej stancji niemal pod kluczem, pozwalano wychodzić jedynie na podwórze "za potrzebą", nie wypuszczając owo zgoła za bramę domu, na miasto — który to środek stanowił jedną z podwalin umiejętnie obmyślonej i celowo stosowanej pedagogiki — a traktowano jak więźniów, więc i ów bój miał charakter więzienny, grubiański i ponury. Strawę dawano nieosobliwą.

Pewnego popołudnia Piotr spostrzegł przybity bretnalem w bramie domu na ścianie zewnętrznej jakiś przedmiot szczególny. Zainteresowany, poprosił o wyjaśnienie jednego ze swych młodocianych sąsiadów. Objaśniono go w języku rosyjskim, że przedmiot przybity jest to potrawa zwana "prażuchą". Dodano, iż potrawa ta źle jest przyrządzona, nie smakuje nikomu, a zbyt często jest podawana, ażeby jej w taki sposób nie zademonstrować szerszemu kołu przechodniów i obywateli miasta.

Tysiączne dowody mściwości młodzieniaszków uderzały Piotra na każdym kroku. Niektórzy z nich pochodzili widocznie z rodzin zamożniejszych, ze sfery ziemiańskiej, więc stawiali się wychowawcy hardo, a ten traktował ich jak zbrodniarzy. Wywiązywały się awantury na całe podwórze, a nawet na całą połać przedmieścia. Piotr począł odróżniać jednych kozdrojowców od innych, jakoś związał się sympatią z jednymi, a antypatią z innymi, choć żadnego z nich nie znał osobiście. Patrzył niemal na wszystko, co wyprawiali, i bawił się wybornie, nie postrzeżony wcale, obserwując ich życie. Codziennie, nieraz w różnych godzinach, oprócz samego p. Kozdroja, zwiedzali ten zakład specjalni rewidenci gimnazjalni, pomocnicy gospodarzy poszczególnych klas. Rewizje były bezskuteczne, gdyż dowody winy niweczyła ostrożność młodzieńców, znaki ostrzegawcze, tajemnicze świśnięcia, sygnały alarmujące i hieroglify kredą pisane na słupach.

Własne swe życie Piotr urządził sobie w sposób wygodniejszy wprawdzie od kozdrojowskiego, czym się nadzwyczajnie cieszył i świadomie napawał — ale dosyć jednostajny. Rano szedł na musztrę, do czynności zawodowych w koszarach i przy baterii — później na obiad — później drzemał. Po drzemce wychodził na miasto, do cukierni — spacerował... Żył w gronie kolegów, pędzących tu już od dłuższego czasu ustalone w swych formach życie oficerskie. Co kilka dni wypadała u któregoś ze starszych kolegów zabawa, tak zwana popojka, czyli wielkie picie wódki w różnych jej postaciach — po czym śpiewy, różne zabawy — a wreszcie nieprzystojne z osobami innej płci obcowanie. Nazajutrz znowu następowała musztra, obiad, drzemka, spacer, wieczór w domu albo u któregoś z kolegów popojka. Kiedy niekiedy przerywała ten normalny tryb życia jakaś wydatniejsza co do ilości i jakości alkoholu eskapada w restauracji, w liczniejszym gronie osób innej płci, zabawa z orkiestrionem, tłuczeniem próżnych butelek, których szeregi szczwany restaurator ustawiał na ekranie jako okazy likierów i win najdostojniejszych swego zakładu. Czasami znowu wypadała urzędowa wizyta, imieniny, dzień recepcji u kogoś z wielkich figur miasta. Do najpożądańszych należała zawsze wizyta u generała. Oficerowie kochali się skrycie w Tatianie Iwanownie całymi plutonami, lecz, dziwna rzecz, nie lubili o niej rozmawiać.

Twierdzili, że patrzy zawsze w przestrzeń albo w okno. Piotr również nie lubił jej za dziwny sposób zachowania się, lecz tęsknił za dziwactwami Tatiany Iwanowny. Tłumaczył sobie, że tęskni tak z nudy życia w tej monotonnej, cichej, gubernialnej mieścinie.

Nic w tym grodzie nie było interesującego. Wiedziało się, że nazajutrz będzie najzupełniej to samo, co było dziś, co wczoraj, co w zeszłym tygodniu. Nade wszystko nużyła nieznajomość i obcość tamecznego życia oraz nieznajomość miejscowego języka.

Piotr szybko przyswajał sobie mowę polską, choć jej się wcale nie uczył. Studiowanie specjalne tego języka uważałby za czynność po prostu nieprzyzwoitą, banalną, nie uchodzącą w dobrym i dobranym towarzystwie zwierzchników i kolegów. Lecz język ów wciskał się do świadomości i przylegał do pamięci wszystkimi szczelinami, porami, czepiał się myśli i osaczał ze wszystkich stron. Chcąc czy nie chcąc, z nudy życia wchłaniało go się jak zapach roślin, przyswajało sobie nie wiedząc o tym. Narzucała się ta mowa zewsząd — z szyldów, z rozmów przechodniów na ulicy, z okrzyków nocnych, biła z pracy jak opar potu, pełna groźnego, niepojętego uroku, dumy i wzniosłości, wypływała odgłosem nieznanej pieśni z tajemniczych naw gotyckiego kościoła, tryskała jak woda zdrojowa z gwaru i ulicznej zabawy łobuzów szkolnych — jak dziwnie wesoły symbol zjawisk nieznanych ukazywała się i przywierała do słuchu na zawsze — z ust sprzedajnej dziewczyny.

Z wolna, niepostrzeżenie Rozłucki wdrażał się w język polski i spoufalił z nim w sposób szczególny. Poczęły go wkrótce gniewać wyrazy, których nie rozumiał, niepokoić słowa stare jak plemię polskie, tajemnicze jak przeszłość i bolesne jak los. Złościły go rozmowy, których w cukierni nie rozumiał. Nade wszystko nękały krótkie, urwane półsłówka, metafory, lotne przenośnie, piękne jak motyle określenia sfruwające w wesołej rozmowie, albo niepostrzeżone i chybkie jak spojrzenie ucinki i przymówki padające z ust kobiecych. Jeżeli jednak od kogo nauczył się najwięcej, to właśnie od kozdrojowców. Tu każda przenośnia była naocznie demonstrowana przez odpowiedni przykład z życia — każdy najbardziej zagmatwany dowcip tłumaczyła dokładna znajomość tła, z którego wypływał. Toteż Piotr miał na swym podwórzu jakby nieustającą lekcję tego języka, zepchniętego na podwórza i śmietniki. Podobnie jak podpatrywał ze swego okna życie i czyny elewów p. Kozdroja — dla rozrywki — tak samo, ażeby dokładnie rozumieć cały sens tej rozrywki, wiedzieć, o co chodzi — podsłuchiwał język, przyswajał go sobie i zagłębiał się coraz bardziej w jego tajniki.

[edytuj] VII

W końcu listopada skorzystał z pięknej, jesiennej pogody i wyruszył konno, w towarzystwie służącego, w odwiedziny do dziadka. Zabawił tam dzień jeden, a następnego wpadł do Cierniów, do stryja Michała, którego bardzo, już za pierwszej bytności, polubił. Stryj Michał był na swym folwarku sam jeden, gdyż dzieci pracowały — jak mówił — na świecie. Kama była nauczycielką na jakiejś pensji w Warszawie, a student siedział na kondycji w Suwalszczyźnie. Rodzaj życia stryjaszka Michała w samotności nie odbiegał w tej porze od poziomu żywota chłopów. Izdebki dworu wydały się Piotrowi nad miarę niskie i małe, pożywienie nadzwyczaj proste, usługa najpierwotniejsza.

Zaskoczony wizytą stryjaszek nie bardzo czym miał poczęstować strojnego oficera. Skazano tedy gorącym prawem na pieczyste sędziwego koguta i Piotr musiał wypróbować mocy jego konsystencji w rosole, potrawce i na półmisku. Po tej uczcie, którą we dwu spożyli, stryj zaproponował gościowi małą wycieczkę w pole. Ponieważ przechowywał dubeltówczynę Wiktora, więc ją sam naoliwił, oczyścił, nabił i wręczył Piotrowi. Sam ze swoją dość starożytną kapiszonówką na ramieniu poprowadził w pole. Dwa ogary biegły przodem, radośnie skomląc. Obadwaj myśliwi wyszli przez groblę za staw, na wzgórze okryte jałowcem, stamtąd po moście z okrąglaków przeprawili się za rzekę na sąsiednie wyniosłe płaszczyzny, porosłe również jałowcem, brzozami i sośniną. Wygon zadarniowany zżółkłą trawą wiódł ich między kępami zarośli w głąb gajów. Psy trafiły na trop zajęczy i melodyjnie poszczekując pognały w sąsiedni las głęboki, senny, wielobarwny od jesiennego słońca. Dzień był suchy i łagodnie ciepły. Przygrzewało, ale pomimo to chłodek przenikał czyste powietrze. Nieruchome krzewy jałowcu pachniały, czerwony liść sypał się z brzóz, a ostatni lekko kołysał się od niepostrzeżonego powiewu.

Niezbyt udawało się to zaimprowizowane polowanie. Myśliwi znaleźli wykrot starej jodły, uschły przed wieloma laty, i usiedli na nim dla wypalenia papierosów.

Stryjaszek Michał kręcił swego w palcach, z grubego dosyć tytoniu, zawijał go w bibułkę wydartą z ordynarnej książeczki. Odziany w krótką kurtkę z szarego sukna, grubą i podszarzaną, w sukienną czapkę i grube buty, pasował do tego otoczenia, do spłowiałych ściernisk i do drzew o zwiędłym liściu. Twarz jego była piękna, pogodna, o rysach regularnych, iście polskich, koścista i ściągła. Siwe, przejrzyste oczy, wypełzłe już, były wesołe i spokojne, a cera twarzy czerstwa i zdrowa jak ów słoneczny dzień jesieni. Piotr sprawdzał w sobie niejako sympatię dla stryja i znajdował spotęgowany jej stopień.

Pragnąc mu sprawić przyjemność nachylił się niepostrzeżenie i zaczął mówić po polsku. Przemawiał na głos w tym języku, jak mu się zdawało, po raz pierwszy w swym życiu. Po raz pierwszy wyraził głośno myśli, które już nieraz po cichu, niejako w sekrecie, dla siebie tylko, ubierał w słowa polskie. Był to eksperyment dla niego samego tak niezwykły, że się cały oblał rumieńcem jakiegoś szczególniejszego wstydu.

Oczy stryja Michała poweselały w dwójnasób, gdy usłyszał zdania nieźle wypowiedziane przez Piotra. Nic nie rzekł, tylko się poważnie zaciągnął dymem swego papierosa.

— Kaleczę język i nic więcej... — mruknął Piotr, zmieszany i zły na siebie, że to zrobił.

— Niechaj-no... — z najłagodniejszym pobłażaniem rzekł Michał.

— Trudny język.

— Może on i trudny — kto go wie? Jak nim mówić, to łatwy. Ani się spostrzeżesz, gdy będziesz mówił tak samo jak i my.

Piotr zamierzał stwierdzić, że to jest jeden z języków obcych, którego się chce nauczyć, skoro tu mieszka — ale z obawy, że stryjowi może sprawić przykrość, zmilczał. Nasępił się tylko jak jastrząb. Niezgrabnie, dla zamaskowania rozterki, ćmił papierosa i nasłuchiwał, czy ogary nie grają. Była cisza zupełna. Maleńka ptaszyna jesienna, buroczerwona, pręgowata zięba poświstywała beztrwożnie, samotna, leśną piosneczkę swoją na gałęzi osiczyny. Piotr poczuł w sobie przekorność, która była cechą jego natury — żądzę ryzyka, pasję, żeby wszystko postawić na ostrzu noża. Popchnęła go do tego niejasność położenia, która się wytworzyła między nim a stryjem po tym polskim przemówieniu. Przez chwilę namyślał się głęboko, ciągnąc silnie dyni z papierosa, ważył to, co ma powiedzieć. Odezwał się dobitnie po rosyjsku:

— Chciałbym stryjaszka zapytać szczerze i z serca o jedną rzecz...

— Prawdę ci powiem... — rzekł zagadnięty.

— Do czegóż może prowadzić to rozdwojenie, ten upór, ta cała cierniańska polskość? Nie rozumiem tego zupełnie. Jestem tu obcy i nie mogę się ani rusz zorientować. Przecie dziadek — to człowiek ruski z wychowania, ducha i czynów całego życia. A wy — któż wy jesteście, co wy jesteście?

— My jesteśmy Polacy — rzekł stryj.

— Po cóż wam to rozdwojenie? Do czego może prowadzić zatwardziały upór, żeby być czymś, czym się być nie może? To chyba jakieś spory rodzinne i działanie na przekór, jak to w familiach...

— Czymże się to być nie może — powiadasz?

— Przecież byłoby wam wszystkim lepiej, serdeczniej, prościej, gdybyście byli jedną zgodną rodziną, gdybyście odrzucili dziwny polski upór. Polski nie ma.

— Tak to niby. Polski na mapie nie ma. Jużci tak. Masz rację... — rzekł rozważnie stryj Michał. Po chwili podniósł głowę i dobrotliwe, mądre, przejrzyste oczy skierował na Piotra.

— Chciałeś — rzekł — żebym ci mówił szczerą prawdę. Dobrze. Otóż — to nie są zatargi rodzinne. My tu w Cierniach jesteśmy sobie Polacy, choć Polski nie ma. Bo widzisz, bracie, Polski tu niby nie ma, ale i Rosji nigdy tu nie było i nie będzie.

— Rosja tu jest! I zostanie! Rosja jest niezmierzoną potęgą, o tym ja wiem najlepiej z doświadczenia i studiów. To, co było Polską niegdyś, dziś jest znikome ilością i bezwzględną słabizną.

— I to prawda. Może nawet być, że to, co było Polską niegdyś, już nigdy tą dawną nie będzie. Każde złudzenie co do tego siła niszczy tak do szczętu, że się trudno łudzić. Ale powtarzam swoje: tu, gdzie teraz jesteś, Rosji wcale nie ma. I wierz mi — nigdy, przenigdy, do końca świata jej tu nie będzie.

— Jak to? — Nie ma władz, wojsk, nie ma administracji, nie ma urządzeń społecznych, zaprowadzonych i wdrożonych w ciągu dziesiątków lat, całego porządku i trybu życia, który stał się prawem niepisanym dla całych pokoleń tego ludu?

— Owszem, to wszystko jest, ale jak ta oto kapota, którą mam na sobie. Noszę ją z musu, bom w biedzie, a nawet do niej w ciągu szarego porządku dni — przywykłem. Cóż byś powiedział, gdyby kto przy tobie utrzymywał, że ta kapota to jestem ja sam, człowiek żyjący? Jak to odzienie mogę zrzucić z ramion...

— Stryjaszku, to są przenośnie, podobieństwa, które mogą być efektowne, ale nie oddają istoty rzeczy. Rosja w Polsce — to nie kapota na ramieniu żywego człowieka!

— Mieszkam tu nie od dziś. Urodziłem się i wychowałem w domu na poły rosyjskim. Patrzałem na tyle spraw, które tobie ani przez myśl nie przeszły... Nie jestem łatwowiernym jak Kama ani entuzjastą jak Wiktor. Uważasz — ci, co tu są na tej ziemi i co zostaną tutaj na wieki, bo ich nic stąd nie usunie — chybaby trzęsienie ziemi albo kataklizm geologiczny — chłopi — są tacy sami jak za polskich królów, o których nikt już nic nie wie i nie słyszał.

— Królów! Och — wy — Polacy! Zawsze ci sami!

— Nie śmiej się z istoty rzeczy. To, co mówię, nie jest ani brawurą, ani frazesem, lecz szczerą prawdą. Siła nie istniejących polskich królów jest taka sama, jak była przed wiekami. Leży niezmierna i niezniszczalna w masie polskiego chłopstwa.

— Gdyby nawet tak było, to i cóż z takiej martwej, biernej siły? Należałoby raczej poddać tę masę działaniu kultury. I ja sądzę, że gdy rząd pocznie energicznie szerzyć tutaj kulturę rosyjską za pomocą szkół, stowarzyszeń, instytucyj, odczytów, zgromadzeń...

— Rząd tu nigdy żadnej kultury szerzyć nie zacznie... Odczytów, zgromadzeń... — uśmiechnął się stryj Michał. — A no, próbujcie łupić tu rosyjskie swoje odczyty... Rosja zniszczyła wszystko to, co przez dziesiątki lat mógł ze sobą zrobić naród polski. Przez półwiecza całe leżała na nim martwym ciężarem, jakby kto tę oto brzozę nagiął aż do samej ziemi i na koronę jej świadomie nawalił setkę fur gliny. Nie dała tu nic, ani, jak mówisz, kultury, bo jej przecie sama za grosz nie ma, a tutejszą starą nie kulturę — bo i tu aż cuchnie od dziczy — lecz żywy narodowy rozpęd do europejskiego życia — dławiła wszystkimi siłami i sposobami. I oto jest, jak było przed wieki — szczera ziemia i chłop ciemny, zabobonny, nieufny, zamknięty w sobie a w zamknięciu swym tający, mówię, wieczną polską siłę. Dziwnym ci się wyda, co powiem: nie pragnę ja nawet waszej oświaty dla tych ciemnych wioszczyn. Niech już ludzie lepiej żyją, jak żyli. Przynajmniej sobą zostaną. Trzeba czekać.

— Ale czyż to jest ideał: zostać sobą — czekać? Czyż nie wyższy to jest ideał poddać się działaniu takiej kultury, jaka jedynie wdrożona tu być może, bo ją będzie popychać wielka siła rosyjskiego mocarstwa? Trzeba tylko, żeby to państwo weszło na drogę, żeby ludzie kierujący przejrzeli...

— A tak — ludzie kierujący... Znam się już na tej śpiewce. Pomieszkasz tu, to zobaczysz...

— Gniewasz się na mnie?

— Broń Boże! Chcę ci powiedzieć, że ten naród tak rozbity, zniszczony, odarty ze wszystkiego, wyzuty z każdego prawa, niemal unicestwiony, istny żebrak — godzien jest władać i rządzić sam sobą. Byłby to jeden z najpiękniejszych narodów Europy, byłoby to jedno z najzdolniejszych, najszlachetniejszych kulturalnych plemion — gdyby nie Rosja. Skoro sobie myślę, co by tu było w tym kraju, gdyby nie Rosja — jakie by tu trzeba na gwałt podjąć i wykonać prace, chociażby w tej okolicy, gdzie mieszkam... Ileż tu jest do zrobienia — na gwałt, dniem i nocą, za całe zmarnowane dziesiątki lat! Ale cóż to gadać na próżno! Mieszkam tu już tyle czasy, całe niemal życie, i nie widziałem jednego ździebełka zmiany na lepsze. Nic! Wszystko, jak było złe, tak jest. Złe doznaje poparcia. Szerzą złe i głupie dla złego. W tym celu wytężają swe siły, żeby złe wiecznie trwało.

— To czemuż sami nie zmieniacie złego na dobre?

Stryj Michał uśmiechnął się pobłażliwie.

— Słyszałeś może, kiedyś tu przyjechał w lecie, jak to mój ojciec groził memu znowu synowi, Wiktorowi, że naczelnik straży ziemskiej dopytuje się o jego sprawki. Zdawałoby się, że Wiktor — to jaki włóczęga albo koniokrad. Dzieci moje nie robią nic złego. Uczą w ciągu lata, oświecają po trosze, żyją z ludem w przyjaźni, radzą, tworzą, co się da, jakiś sklepik, spółkę, szkółkę. Wszystko to jest "dobre", najniezbędniejsze, najzbawienniejsze, konieczne jak powietrze, chleb, woda i mydło. Widzisz, że w tych stronach za takie rzeczy "nie gładzą po główce". Rząd sam nic literalnie nie zrobi w tym kierunku i nikomu zrobić nie da.

Piotr był nieprzyjemnie dotknięty tym, co słyszał. Nie umiał zaprzeczyć, a nie chciało mu się potakiwać. Toteż zamilkł. W przemówieniu stryja uderzył go jeden szczegół — wzmianka o tym, czym mógłby zostać naród polski, gdyby się sam dziś rządził. To mu się wydało prawdziwym. Powiedział tę myśl stryjowi:

— Na to się zgadzam, że może dzisiejsi Polacy byliby zgoła inni niż ci, co zasłużyli przez swój nierząd na obce jarzmo.

— Tam z tym "nierządem"! — mruknął Michał machnąwszy ręką. — "Nierząd"! Kiedy Polska upadała — trwał sejm, który uchwalił znaną Konstytucję Trzeciego Maja. Gdyby ta konstytucja weszła była w życie, gdyby w ciągu stulecia ubiegłego była ulepszana i rozszerzana, to czy ten kraj tak by teraz wyglądał, jak wygląda? Jeszcze nie wiadomo, gdzie był większy "nierząd" wówczas, gdy Polska upadała...

— No, no — protestował Piotr — stryjaszek popadnie w szowinizm i nie będziemy mogli skończyć dyskusji. .

— I ten "szowinizm" — to tylko w Polsce widzą. Co prawda, to tyle jest dziur w łachmanie, którym jest okryta, że go łatwo dostrzegają oczy... cudzoziemców. Wszystko jedno zresztą. Nie jestem historykiem i nie o przeszłość tu idzie, lecz o przyszłość właśnie. Za winy, a raczej za poślizgnięcia się, za błędy prapradziadów nie dają praprawnukom polepszyć doli swojej i pracować dla biednego ludu. Taka to jest mocna i dobra, "słowiańska" historyczna metoda.

Stryj Michał skręcił nowego papierosa, umieścił go w przepalonej papierośnicy. Rozmowa ustała. Obadwaj niezręcznie zacięli się w milczeniu. Udawali, że nasłuchują, czy nie słychać szczekania psów.Lecz znowu tylko miły świergot ptaszka leśnego przerywał głęboką ciszę.

— Czy wiesz — rzekł stryj Michał — lepiej nie rozmawiajmy o tych tematach politycznych, bo moglibyśmy się poróżnić. Uśmiechnął się bardzo przyjaźnie, życzliwie mówiąc:

— Nie może być między nami zgody ani nawet porozumienia. Ty będziesz myślał po swojemu, a ja i my tutaj — po swojemu. Zgoda?

— No — cóż mam robić? Zgoda.

Zamilkli. Łagodne lśnienie słońca przesycało widnokrąg daleki. Obadwaj zatonęli w ciszy i własnych myślach. Tak nasłuchując nie tyle może głosów zewnętrznych, ile wewnętrznych, przetrwali znaczny przeciąg czasu. Niebo na zachodzie poczerwieniało.

Piotr ocknął się i oświadczył, że musi jechać. Wracać do miasta. Stryj Michał chciał go na noc zatrzymać, lecz to się nie udało. Wrócili do domu nie doczekawszy się powrotu ogarów. Zaraz po wstąpieniu na ganek Piotr kazał ordynansowi podać konie, które się podpasły zdrowo i setnie wypoczęły. Uściskał stryja i wskoczył na siodło. Ruszył z miejsca ostrym kłusem.

Gościniec prowadził w tę samą stronę, którą był przemierzył jadąc z dziadem Rozłuckim po raz pierwszy. Za dnia, sadząc wyciągniętym skokiem, dopadł samowtór lasów rządowych. Drogę pamiętał bardzo dokładnie. Wziął się przez las i góry na lewo od nachylonego wiorstowego słupca i przebył je, ale już o zmroku. Jechał noga za nogą, potykając się na korzeniach. Konie chrapały i szły miękko, płochliwie. Żołnierz jadący za Piotrem ośmielił się wyrazić obawę, czy nie pobłądzą. Oficer uspokoił go w sposób właściwie szorstki. Dla dodania odwagi jemu i sobie wydobył wielostrzałowy rewolwer, nabił go i opatrzył.

Noc zaskoczyła ich jeszcze w boru. Była to noc cicha, łagodna, jak gdyby miękkie echo pogodnego dnia. Księżyca nie było, lecz jaśnienie gwiazd wskazywało oczom do ciemności przywykłym kształty przedmiotów. Baczyli obadwaj, żeby się trzymać drogi i nie zmylić jej w miękkich pastwiskach. Pomagały im jakoweś przyleśne resztki zmurszałych opłotków, stare rowy zarosłe trawą i krzakami. Jechali tak długo w nocy i ciszy. Piotr stracił pewność orientacji, lecz nie żałował, że tę wybrał drogę. Rozmyślał o tym wszystkim, co z taką prostotą mówił stryj Michał — zagłębiał się w te pozycje i polemizował z nimi w duchu — układał nieodparte odpowiedzi — budował doskonałe sylogizmy dla obalenia sofizmatów tetryka stryjaszka.

Gdzieś na tej drodze w nikłym jaśnieniu górnego nieba spostrzegł samotne brzozowe drzewo. Poznał je od razu. Po wtóre i po trzecie sprawdzał miejscowość i przekonał się, że nie błądzi. Brzoza stała w nocy bez ruchu, koroną ogołoconą z liści zwieszona z wysoka ku ziemi. Konie mijały ją z wolna, chrzęszcząc żelastwem i rzemieniem siodeł, puślisk i uzd. Piotr zdjął czapkę i ostre oczy trzymał utkwione w drzewo. Gdy je już mijał jadąc noga za nogą, wykręcił się w siodle i ogarnięty przez wewnętrzną konieczność wciąż patrzał. Gdy był już po drugiej stronie, sylweta drzewa przybrała kształt odmienny. Stanęła na tle nocnej śreżogi plamą czarną, niemal płaską. Stała się niejako olbrzymią głową ze zwichrzonymi włosami, która schyliła się bezwładnie z ramion i patrzy w czarną ziemię.

Lodowaty dreszcz przeszył plecy i ramiona młodego jeźdźca. Strach cmentarny chwycił go za piersi i wstrzymał w drodze. Ręce, bez wiedzy o tym, zdarły lejce konia. Koń stanął. Piotr nie mógł oderwać oczu. Serce w nim zamarło, dech ustał w piersiach, myśli spłoszone ze swoich miejsc, oszalałe od razów przerażenia, leciały przez zmartwiałą głowę. Nagły żal, żal tak mocny, że wszystko w duszy wytracił, uderzył w serce jak gdyby zewnętrzny puginał. Ażeby sobą owładnąć, siebie samego pokonać, sobie samemu moc swoją udowodnić, zdławić fizycznie ów niemęski, zewnętrzny, narzu-cony strach-żal, Piotr zsiadł z konia, rzucił wodze żołnierzowi i wielkimi krokami poszedł ku drzewu. Wstąpił na niską, rozmytą, rozwianą mogiłę.

Namacał rękami suche próchno krzyża. Męską dłonią usiłował pochwycić i zdusić widziadło. Pełne miał dłonie sypkiego, szorstkiego miału. Zastygł tak z rękoma opartymi na kolcu krzyża wiszącego nad ziemią, głęboko nędzą próchna porażony. Nierychło opamiętał się — westchnął... Odszedł, wskoczył na siodło. Począł orać boki końskie ostrogą i popędził w noc wielkimi, huczącymi skokami.

[edytuj] VIII

W zimie ustaliło się życie jak najbardziej oficerskie. Przyjechał do miasta teatr wędrowny z aktorkami, ogromnie chętnymi na oficerskie pensje, z kolekcją wesołych dziewcząt, lubiących ubierać się i rozbierać, pić w gabinetach i brać udział w wesołych chryjach. Odbyło się kilka balów w rosyjskich sferach miasta. Jeden z tych balów u generała komendanta został w pamięci synów Marsa. Tatiana Iwanowna występowała na nim po raz pierwszy jako panna na wydaniu. Piotr tańczył z nią kilkanaście razy, ale nie mógł się pochlubić, żeby choć przez sekundę zwróciła na niego uwagę.Była taka sama jak z każdym innym osobnikiem noszącym epolety.

W tymże czasie Piotr wplątany został w przygodę. Od pewnego czasu spostrzegł nowe koncepty w postępowaniu wychowańców pana Kozdroja. Podczas drzemek poobiednich w mieszkaniu słyszał częstokroć tajemnicze stąpania po schodach, które służyły do jego tylko użytku. Stąpania były gromadne, lecz tak ciche i ostrożne, że musiały zwrócić uwagę. Zrazu Piotr sądził, że to może służba z bielizną tak skrycie wdziera się na strych, że kominiarze czy rzemieślnicy... Gdy jednak te szelesty powtarzały się zbyt systematycznie i zawsze w ten sam sposób, postanowił rzecz zbadać. Zaczaił się pewnego popołudnia w spiżarni, zbitej z desek i wpuszczonej w obręb strychu. Siadł tam na jakiejś pace, owinął nogi pledem i czekał. Wkrótce posłyszał odgłosy na schodach, znane mu skrzypnięcie drzwi z sieni na strych...

Przez szparę między tarcicami ujrzał swych sąsiadów z dołu. Na przedzie szli trzej kozdrojowcy: brunet z rozczesaną głowiną, dryblas wiecznie śmiejący się, czy był powód, czy nie — wreszcie przysadko-waty, ospą zeszpecony siódmoklasista, którego powszechnie a poufale zwano "Gnypem". Za tymi, czając się z nadzwyczajnymi ostrożnościami wsunęli się jeszcze czterej gimnazjaliści, nie znani Piotrowi. Zaciekawiło go to niepomału, co też oni tam zamierzają robić. Przewidywał, że nastąpi ekstraordynaryjne karciarstwo, masowe picie gorzałki, czy w ogóle fenomenalna jakaś rozpusta.

Goście strychu zajęli miejsca w pobliżu komina szerzącego ciepło, rozsiedli się na pakach, połamanych gratach oraz na belkach i skarpach — owinęli od zimna, czym i jak kto mógł, więc jedni w stare płaszcze, inni w firanki przeznaczone na strych, w worki i pokrowce. Wyglądali w tym wszystkim nader interesująco. Jedni nie tracąc czasu kopcili papierosy, inni siedzieli po prostu cierpliwie, wtuleni w swe szynele, z podwiniętymi nogami.

Lecz oto jeden z przybyszów nie znanych Piotrowi wydobył z zanadrza książkę i zaczął półgłosem czytać. Był to jakiś traktat zakazanie ekonomiczny. Uczeń czytał ów elaborat z przejęciem a nawet z pasją, od której nos mu poczerwieniał. Słuchacze zdawali się przykładać szczególniejszą wagę do zawiłych zdań rozprawy, które Piotr z trudem pojmował. Gdy lektor przerwał wreszcie czytanie, inny z przybyszów wydobył zeszyt i wygłosił rodzaj wypracowania historycznego o upadku Polski. Tu już Piotr orientował się lepiej i ciekawie słuchał. Po odczycie, który zawierał wyliczenie znanych wypadków historycznych, ozdobione silnie brzmiącymi inwektywami przeciwko "Moskalom" i "zdrajcom", nastąpiła dyskusja, umajona inwektywami przeważnie skierowanymi przeciwko "belfrom", w szczególności przeciwko jakiemuś "Tapirowi".

Cały ten seans zakończony został przez wygłoszenie wiersza polskiego. Wysmukły brunecik z niebieskimi oczyma, piękny jak panienka przebrana za ucznia, wypowiedział z pamięci poemat Słowackiego pt. Grób Agamemnona. Mówił z konieczności półgłosem, nieco afektacyjnie i czułostkowo, ale z niezwykłym powodzeniem. Słuchacze nagrodzili go rzęsistym, choć zupełnie cichym oklaskiem. Komunistyczne zaciąganie się jednym na wszystkich papierosem zamknęło to tajne posiedzenie.

Piotr był zadowolony. Sprawiła mu szczególną przyjemność ta okoliczność, że owe spiskowe lekcje odbywają się na jego strychu. Nadto — dawały mu możność kształcenia się w języku polskim.

Obserwując podwórze spostrzegł, że kozdrojowcy nie komunikują się już z sołdatem przez szparę w parkanie i że stosunki ich z sąsiednią posesją jakoś się przerwały. Znał z doświadczenia szybkość zmian zachodzących w usposobieniu młodzieży dwudziestoletniej, toteż nie zdziwił się wcale. Począł teraz wysiadywać tajemnie w swej spiżarni i pilnie wsłuchiwać się w utwory i rozprawki odczytywane na strychu. Koło, widocznie, zwiększało się, gdyż coraz to inne figury bywały w sąsiedztwie komina. Czytano szczególniej dużo poezji i Piotr z konieczności zagłębiał się w literaturę. Niektóre utwory polubił ze słuchu i padły one na zawsze w jego pamięć od pierwszego razu jako żywe i twórcze formy czucia. Nade wszystko jednak lubił sekretność zjawiska. Nikt nie wiedział... Przez szpary wciskała się do jego kryjówki mowa, poezja, historia, łatwowierne i łatwo wnioskujące młodzieńcze filozofowanie...

Pewnego dnia nie mógł być w swej spiżarce na podsłuchach, gdyż o tej porze wypadła mu czynność urzędowa w koszarach. Wracał do domu później niż zwykle, kiedy według wszelkiego prawdopodobieństwa spiskowe kółko powinno było być pod dachem. Wbiegając szybko na swe schody artylerzysta zetknął się z jakimś panem przyzwoicie odzianym, który właśnie zdawał się zstępować z góry. Pan był w bobrowym futrze, z laseczką w ręku i modnym kapeluszem na głowie. Piotr zdziwił się i z pytaniem w oczach zwrócił się do gościa.

— Pan do mnie? — spytał po rosyjsku.

— Proszę o przebaczenie... — rzekł przychodzień. — Jestem nauczycielem gimnazjalnym, szukam tutaj stancji profesora Kozdroja.

— Stancja profesora Kozdroja mieści się na dole. Tu na górze ja tylko mieszkam.

Jegomość uchylił kapelusza i wolno zstąpił ze schodów. Piotr po chwili dopiero zorientował się, że wykwintny pan tropi spiskowców czytających poezje i historię Polski. Zrozumiał, że przychodnie z miasta, pozakozdrojowcy, naprowadzili na ślad. Postanowił ostrzec swych nieznanych oświecicieli. Ale jakim sposobem? Miałże dać im znać, że od dawna wie o ich schadzkach? Miałże wydać się niejako ze swą wiedzą o ich tajemnicy? Nie starczyło po temu chęci i po prostu wstydził się współki z żakami.

Postanowił raczej obserwować tropiciela. Przez chwilę tedy zabawił w mieszkaniu i wyszedł. Zauważył, że pan w bobrach, zanotowawszy w księdze stancyjnej lokalu p. Kozdroja nieobecność trzech starszych uczniów, wyszedł na ulicę i przechadzał się w oddali, rysując od niechcenia laseczką znaki na śniegu. Piotr postawił sobie zadanie wyprowadzenia go z tej ulicy niejako siłą sugestii. Przeszedł tedy na chodnik, po którym defilował pedagog, i nie śpiesząc się postępował za nim w pewnej odległości.

W istocie, nauczyciel czując wciąż poza sobą natręta wydalił się ociężale z tej ulicy i z wolna ruszył w miasto... Opiekun spiskowców zadowolony był ze swej metody.

Ale oto w parę dni później siedząc na "lekcji" w swej skrytce usłyszał charakterystyczne skrzypnięcie schodów i pierwej domyślił się, raczej przeczuł, niż zobaczył pedagoga. Przez szpary we drzwiach spiżarki dojrzał go po chwili. Profesor wszedł cichaczem, skradając się kocim stąpaniem, z największą ostrożnością na szczyt schodów i tu strzygł na wsze strony uszami, oczami — badał miejscowość. Przypuszczał, widocznie, że zbiegowiska uczniów gimnazjalnych odbywają się w samym lokalu oficerka artylerii, bo ku jego drzwiom bezszelestne skierował kroki. Przyłożył ucho do dziury od klucza... Lecz wtedy Piotr podniósł się z miejsca momentalnie, otwarł drzwi i stanął przed zdumionym.

— A to co? — krzyknął — pedagoga odgrywasz rolę, a do cudzych drzwi się dobierasz — ach, ty złodzieju w bobrowym futrze!...

Zatulił go lepiej w futro bobrowe pod oniemiałą brodę, aż pedagog zsiniał z emocji, wykręcił z żołnierską ścisłością i przyspieszył jego zejście ze schodów pomagając sobie wielokrotnie kolanem.

Spłoszeni krzykiem i szamotaniem się wielbiciele sztuk pięknych uchylili drzwiczki strychu i jak szczury z nory wyjrzeli na schody. Rozwarte ich oczy ujrzały tę scenę z uwielbieniem nieopisanym, a serca zapamiętały ją z pociechą na całe życie. Piotr wracał właśnie na górę, kiedy ich spostrzegł stojących rzędem. Groźnie spojrzał po tym froncie i z rozkazującym gestem zakomenderował jak na pluton żołnierzy:

— Precz stąd! I żeby mi tu noga wasza, do kroćset!...

[edytuj] IX

Pod koniec stycznia Piotr Rozłucki otrzymał z poczty list nie podpisany, wzywający go do stawienia się w godzinach rannych na pewne miejsce sąsiadujące z parkiem miejskim. List był pisany stylem niemal urzędowym, suchym, lecz tak stanowczym i zdecydowanym, jakby to był jeden z etapów dawnej i zażyłej korespondencji. Czytając ową kartkę papieru Piotr nie domyślał się, bo żadnych po temu danych nie było, lecz nieomylnie uczuł, kto go wzywa. Wionął mu na twarz nikły zapach perfum ulatujący z tego arkusika. W oczach zamajaczył przez chwilę zarys twarzy w uśmiechu... W ciągu nocy artylerzysta nie mógł spać. Wielekroć zapalał świecę i czytał tajemnicze pismo, ażeby przekonać się, że ono rzeczywiście istnieje.

Następnego dnia poszedł na miejsce wskazane. Był to duży, pusty, brukowany plac, przy którym stały ślepe i nieme budowle, magazyny wojskowe prawie bez okien. Niemy szyldwach, jedyna żywa istota w tym miejscu, kołatał się ruchem wahadła pod ślepym murem. Był wiatr podniecający wewnętrzne wzburzenie. Piotr zapalał papierosa po papierosie. Wiatr gasił mu raz wraz płomyk zapałki. Zdawało się, że ta czynność zapalania papierosa na wietrze były jedyną i ważną i że po to w to miejsce przyszedł. Co chwila nasuwało się zwątpienie, obawa śmieszności, przewidywanie jakiegoś podstępu ze strony kolegów. Chodził w pobliżu bramy parku. Liczył, mnożył, odtwarzał w myśli formuły matematyczne, marzył — i ordynarnie podrwiwał ze siebie. Gdzieś daleko, na kościelnych wieżach miasta biły kwadranse.

Nagle — na drugim krańcu owego wybrukowanego placu ukazała się Tatiana Iwanowna. Szła z wolna w stronę bramy ogrodu — wszystka ciemna a połyskliwa, mieniąca się od pluszu paltocika i obfitych, czarnych strusich piór na dużym kapeluszu. Przed wiatrem, widać, zasłaniała twarz wielką, puszystą, skunksową mufką. Między rondem kapelusza i czarnym puchem owej mufki widać było jej oczy. Ruchem pośpiesznym, jedynym, sobie właściwym odwracała głowę unikając spotkania z oczyma oficera. Lecz oczy te powracały do poprzedniego kierunku. Piotr stał na miejscu zdumiony, niemy ze szczęścia.

Tatiana zbiliżyła się do niego i podała rękę. Uśmiech pełen rozkoszy był na jej twarzy. Nie znać w nim było ani cienia kokieterii. Było to szczere szczęście, szczęście dziecięce, szczęście dziewczynki, która popełniła szaleństwo, czyn karygodny, lecz ma nadzieję, że jej wyrok złagodzą wskutek wielkiego mnóstwa okoliczności łagodzących. Oczy jej i różane usta śmiały się z radości, śmiały się z pomysłu napisania listu i z tego, że list wywołał doskonały skutek.

Nie wiedząc o tym, gdzie są, dokąd zmierzają, co czynią, poszli szybko. Minęli bramę ogrodu.

Widzieli pod nogami bruk drewniany, mokry od szronu, to znowu ułożony z kostek kamiennych, konary i gałęzie drzew poruszanych od wiatru...

— Czy się pan bardzo zdziwił?

— W pierwszej chwili...

— Czy dobrze zrobiłam?

— Och, dobrze!

Idąc szybko w swych wykwintnych, szelestnych sukniach, Tatiana niepostrzeżenie zbliżyła się do Piotra, wyprzedziła go o jedno pochylenie ciała i oparła się ramieniem o jego ramię. Znowu zakryła twarz puszystą, czarną, długowłosą mufką. Z głębi tej mufki zabrzmiał jej śmiech, najczarowniejsze wesele. Piotr czuł w sercu rozkosz...

Śpiewał pieśń szczęścia ostry, zimowy wiatr. Weseliła się od niej martwa ziemia. Lecz jakież było jego uczucie radości, gdy Tatiana szybko wysunęła lewą rękę z mufki i śmiejąc się ciągle prawą jego rękę przemocą niemal wciągnęła do ciepłego wnętrza, do puchowego raju, gdzie się kryły prześliczne jej dłonie.

— Zimno teraz, jeszcze zimno? — pytała.

— Nie...

— Piotruś szczęśliwy?

— Bardzo szczęśliwy...

Pusta była aleja. Posąg półnagi, przedziwny w tym wietrze, dumał o swojej zagasłej sprawie, którą przez wieki przystało mu wyobrażać. Życzliwie, dyskretnie został w pustce z tą swoją sprawą. Usiedli na kamiennej ławce. Bez słowa utonęli oczyma w oczach. Piotr patrzał z bliska, ze szczęśliwej bliskości na jej policzki, zabarwione różanym pięknem zdrowia, na brwi, co się lekkimi zarysowywały łuki, a u końców swych stawały smugami śniadymi — w głąb oczu nadobnych jak nocne wiosenne niebiosa, na usta — zaiste piękniejsze niż poranna zorza. Pozwalała mu tak patrzeć bezkarnie, długo, bez końca — z radością w tych oczach, na uchylonych ustach... Ręka jego dostępowała w głębi mufki łaskawej pieszczoty jej obydwu rąk. A im dłużej, im bardziej oszalałym wzrokiem patrzał, tym pieszczota rąk stawała się wymowniejszą. Serce, bijące samowładnie, zamierało w szczęśliwej niewiedzy... Tatiana zarumieniła się, jeszcze bardziej łaskawie uśmiechnęła. Rozejrzała się het precz po pustym parku i pod same mu usta przybliżyła policzek. Złożył na nim czysty, niewinny, wzniosły całunek.

— A no — dobrze zrobiłam? — zapytała topiąc w jego oczach swe boskie, smoliste, pełne mroku i arcyłobuzerskie oczy.

— Bardzo dobrze... — odpowiedział z pokorą.

Znowu podejrzliwie rozejrzała się po całym parku i rzekła cicho, ściskając w swych obudwu jego rękę:

— A chcesz, żebym była twoja, twoja własna?

Piotr siedział wyprostowany, oszalały, czując w piersiach mróz bezgranicznego zdumienia czy upał szczęścia. Ramiona jego były podniesione, oczy chowały się pod powieki. Uśmiech radosny skostniał na wargach.

— Taniu! — wyszeptał.

— Tylko twoja będę... — powiedziały mu prawdomównie i nieodwołalnie te najśliczniejsze na ziemi różane usta. Słowa potwierdziło najbardziej wiarogodne spojrzenie, a jako najprawomocniejsza kontrasygnata stwierdził ten akt uścisk obudwu dłoni mocny jak śmierć.

Piotr patrzał na nią w zachwyceniu, nie myśląc o niczym, nawet o wielkości losu szczęśliwego, który nań spadł tak nieoczekiwanie. Ona, po załatwieniu tej najpilniejszej sprawy, poczęła mu tłumaczyć, że powinien często teraz przychodzić. Mówiła, że na pięterku domu jest korytarz prowadzący do jej pokoju. Wąski korytarz, który mija jedne drzwi, drugie, aż doprowadzi do trzecich, od pokoju, gdzie ona właśnie przebywa. Ona sama, Tatiana. Taki to jest korytarz. Okna w tamtym pokoju są od ciemnego podwórza, a w sąsiedztwie mieszka Francuzeczka, mademoiselle Mathilde. Cały ten wywód zakończony został zapytaniem, naśladującym głos wróżącej Cyganki:

— Rozumiecie mię?

Zapytanie było tak dowcipnie powiedziane, tak dobrze naśladowało Cygankę i takie miłe, że Piotr zanosił się od śmiechu. Tatiana spytała:

— A może nie zechce przyjść do mnie?

— Kto?

— On. Ten Piotr Iwanycz.

— Przyjdzie! Przyjdzie, choćby miał w tym korytarzu zginąć.

— Na dole jest lustro, od lustra w górę kręcone schodki... Rozumiecie mię?...

Wstali z tej ławki radosnej i szli znowu pośpiesznie w głąb parku szeroką jego aleją. Tatiana milczała. Wiatr szorstki rozwiewał strusie pióra jej kapelusza, odsłaniał białą, atłasową podszewkę pluszowego paltota, okręcał suknie dokoła nóg uwydatniając ich powabne zarysy. Buciki jej szybko migały na ceglastych żwirach alei... Gdzieś, w jakimś miejscu tego parku, w miejscu, które się stało z nagła bolesne, bezlice, nie do zapamiętania, pożegnała go uściśnięciem ręki. — Szybko odeszła nie obejrzawszy się poza siebie.

Został sam i szedł boleśnie sam poprzez ten park-sen, nie widząc nic wcale. Oczy jego tonęły jeszcze w głębinach oczu, zawisały na barwie ust. Uszy jeszcze słyszały szelest sukien i nozdrza szukały zapachu perfum. W pewnej chwili dźwignął z łona szczęśliwości głowę i zadał sobie męczeńskie pytanie: "Czyżby była zepsuta? Czyżby zepsucie mówiło te przeczyste słowa prawdy miłosnej?" Zaprzeczył sobie samemu w swym sercu. Gdyby przyszło przekonać się, że zepsucie mówiło przez te różane usta — nie byłoby innego wyjścia — tylko zginąć. Poczuł, jak wielka stała się w nim przemiana tego poranka, i poszedł unikając ludzi za miasto, w pola.

[edytuj] X

Częściej teraz począł bywać w domu generała-komendanta. Był tam bardzo dobrze widziany. Miał wrażenie, ilekroć te progi przekraczał, że tajna siła otwiera przed nim każde drzwi, a przyjazna atmosfera otacza go we wszystkich miejscach tego domu. Wszystkie jego życzenia, wszystkie marzenia spełniały się, ledwie je wyrazić zdołał — każda myśl znajdowała posłuch i uznanie nawet u srogiego generała. Z początku Rozłucki doświadczał formalnej trwogi od nawału tego dobra, które go w pałacyku generalskim spotykało. Z czasem przywykł doń, przyzwyczaił się dziwnie szybko, wchłonął to wszystko dobro i uczynił zeń swą własność, bez której nie byłby już w stanie obywać się po dawnemu. Sprawa wynalezienia powodów ciągłego bywania "u dworu" ułożyła się w jego myślach w zawiły systemat dyplomatyczny, pełen wybiegów, tajemnic, podstępów, niewinnych kłamstw i wynalazków, dziwnie trafnie zbudowanych.

Generał bezwiednie pomagał w tym wszystkim, wymyśliwszy dlań zajęcie kancelaryjne, niby to służbowe, a jednak wykraczające poza obręb obowiązków normalnych oficera artylerii.

Rozłucki pracował wspólnie z generałem nad pewnymi ulepszeniami w budowie nisz i "kamer" krzyżowych w galeriach podziemnych. Drobne ulepszenia w zakresie układu skrzyń do piroksyliny, które się umieszcza w "hornie" galerii podziemnych, stanowiły tak zwany wynalazek generała Polenowa-Czernowratskiego, jego dumę, tytuł do chwały, temat wielu raportów tudzież motyw wielu odznaczeń. Młody artylerzysta wyliczał, wymierzał, rysował, malował akwarelą ogromne tablice wyobrażające owe podwójne skrzynki ze wszystkimi ich okuciami, spoidłami, gwoździami, i sposoby zabezpieczenia od wilgoci. Z drobiazgową szczegółowością, według pomysłu i wskazówek generała, przedstawiał w rysunkach metodę i procedurę przenoszenia ze składów i lokowania w owych ulepszonych skrzynkach wilgotnej piroksyliny — całkowity sposób pakowania jej zbitymi gruzłami — umieszczania centralnej szklanki zapalnej — wpuszczania przez pokrywę przewodników itd.

Po pracy bywał zapraszany na obiady i kolacje, co dawało mu możność spotkań z Tatianą. Tym sposobem stał się w domu zwierzchnika gościem niemal codziennym, człowiekiem bliskim, lubianym i jak gdyby należącym do rodziny. Generał zdawał się nie pamiętać o tym, że ma w domu dorosłą córkę. Bardzo często nie było go wcale w ciągu dnia, gdyż nie tylko wydalać się musiał dla spełniania obowiązków służbowych w mieście, ale nadto musiał wyjeżdżać w głąb guberni dla dopełnienia rozmaitych inspekcji, rewizji, marszów i obozów. W ciągu takich dni Piotr, o ile chciał, mógł pracować w pokoju przylegającym do gabinetu komendanta zupełnie samotnie. Miał tam stół, rajzbrety, przybory miernicze i rysunkowe oraz szkice i notaty generała, z których wyłonił się ów (dość zresztą wątpliwy) "wynalazek".

Gdy tak pewnego dnia pracował w owym pokoju, pchnęła go z miejsca wrodzona pasja do szukania niebezpieczeństw. Nie wystarczało już szczęście przebywania w tym samym co Tatiana domu, nadzieja zobaczenia jej przy obiedzie i marzenie o rozmowie w salonie. Serce biło i ten jego przyśpieszony takt stał się jak rozkaz wewnętrznej siły. Piotr wsłuchiwał się długo w to bicie serca i wywnioskował, że nie da mu rady. Złożył rysunkowe przybory, oczyścił i wyrównał na sobie mundur...

Cicho wyszedł drzwiami, których progu jeszcze nigdy nie przekroczył. Znalazł się na małym, wewnętrznym podwórku, wyłożonym marmurem. Minąwszy je wszedł do sieni i ujrzał swą postać odbitą w lustrze. Poznał, że idzie dobrą drogą. Z lewej strony były wąskie, zakręcające się schody. Na pierwszym piętrze drzwi na pół oszklone. Starożytna, brązowa rączka od dzwonka w kształcie strzemienia znajdowała się z boku. Pociągnął za nią. Usłyszał metaliczny głos, uderzenie raczej w piersiach niż w przestrzeni zewnętrznej. Drzwi się otwarły. Stała w nich mademoiselle Mathilde, towarzyszka, wychowawczyni, powiernica i garderobiana Tatiany. Przystojna Francuzka spojrzała na niego głębokimi, mądrymi oczyma, uśmiechnęła się łaskawie...

— Tatiana jest dziś trochę słaba... Nie wychodzi...

— Ach, Tatiana Iwanowna jest słaba... — zmartwił się Piotr szczerze i poczciwie.

— Teraz podniosła się. Może pan wejdzie do niej, rozweseli, porozmawia, to jej może przejdzie ból głowy. Ostatnie drzwi...

Piotr ukłonił się z wdzięcznością tej furtiance, która ustąpiła mu z drogi — wszedł w ciemny i wąski korytarz. Łokciami dotykał ścian. Szedł cicho, starając się umiejętnym stąpaniem zdławić brzęk ostróg, które miał u nóg. Minął jedne drzwi i stanął przed następnymi. Zastukał. Szelest — i drzwi uchyliły się, prawdziwie jak furta raju. Wszedł do pokoju małego jak pieścidełko, w którym nowoczesne tapety i piękne firanki nie zatuszowały stylu osiemnastego wieku. Pokój był dość niski, na modłę francuską. Posadzka wysłana dywanem, okno przyćmione ciężką zasłoną. Mało było mebli, lecz wszystko wykwintne: wąska kanapka w rogu, gotowalnia pod oknem, lustrzana szafa i zwierciadło nad marmurowym kominkiem. W rogu stało łóżko zasłane atłasem, batystem i koronkami. Tatiana była w długiej, wolnej sukni.

— Nareszcie pan raczył przyjść... — rzekła wskazując mu miejsce na kanapce.

— Nie miałem odwagi tu wejść...

— Odwagi?...

— Doprawdy?

— Ależ tak!

— O tym nikt nie będzie wiedział, więc może pan mieć odwagę. Mathilde jest pewna, nie powie nikomu ani jednego słowa.

— To być może, ale ja nie miałem odwagi wejść tutaj do pokoju pani.

— I dlaczegóż to?

— Nie trzeba przekraczać granic szczęścia. Szczęście nie znosi za sobą pościgu. Napastowane — odwraca się i zaczyna prześladować napastnika.

— Patrzcie, co to za filozof!...

— Ależ tak — już nad tym myślałem niemało.

— I to ma być artylerzysta, wojak, zdobywca...

Usiadł na owej wskazanej kanapce i łakomie rozglądał się po pokoju. Spływała zeń wszelka troska, wszelka myśl o zewnętrznym świecie, a szczęście jak zapach napełniało całe jestestwo. Oczy, usta, twarze obojga stały się jednym uśmiechem. Tatiana siedziała z dala, przy gotowalni. Pod pozorem, że chce obejrzeć cacka toaletowe, zbliżył się do niej. Ale odsunęła go groźnym skinieniem ręki, obnażającej się wskutek tego skinienia z szerokiego rękawa. Więc przeglądał piękne flakony z perfumami Rimmela i Lenthérica, pudełeczka na wonne kosmetyki, skrzyneczki na biżuterie, jakoweś pomadki, pasty do paznokci, pilniczki i rozmaite rodzaje szczotek. Wydzierała mu to wszystko z rąk rozkazując wrócić do kąta, na dawne miejsce. Ażeby zaś nie mógł już się stamtąd wydostać, sama usiadła na owej kanapce.

Niepostrzeżenie przytulił ją do siebie, pachnącą, cieleśnie dostępną przez miękki jedwab i cienkie batysty, dziewiczą w drżeniu i lęku przy każdym dotknięciu jego rąk, wobec każdego pocałunku. Ale pocałunki były nieuniknione, tworzyły się same w sposób konieczny i nieodwołalny. Pieszczota ust przez usta stawała się coraz głębsza, cichsza, subtelniejsza, aż się przeobraziła w zapomnianą rozkosz, w głuchą na wszystko radość, w szczęśliwy sen na jawie.

Jedna dawna troska jak złowieszczy nietoperz latała nad tymi czystymi pocałunkami. Piotr musiał zapytać:

— Nikt nie całował tych ust?

Spojrzała na niego z niejasnym zdumieniem. Nagle podniosła się, czarująca od płomieni wewnętrznego wybuchu, i zajrzała mu groźnie w oczy. Nic nie odpowiedziała. Musiał pytać po wtóre.

— Nie wierzysz? — spytała.

— Wierzę, skoro ty mówisz... Lecz trudno mi było uwierzyć w takie szczęście.

— Cóż trzeba zrobić, żebyś uwierzył?

Patrzył na nią z dołu, podejrzliwie, nieufnie. Wreszcie mruknął z cicha:

— Przysięgnij...

— A na co?

— Na coś, co masz świętego...

Przysięgła na pamięć zmarłej matki, na pamięć siostry, na miłość ojca, na Boga...

Jeszcze przez chwilę namyślała się, na co by przysiąc. Była wówczas bosko piękna, w głębokim zamyśleniu się o świętej sile, która był potwierdziła prawdę o jej niewinności. Piotr uwierzył. Nie tylko uwierzył, lecz sam stanął w obronie jej honoru przeciwko własnym podejrzeniom. Przytulił jej serce do swego, przygarnął ją do swej duszy bardziej niż do ciała i śnił o niej tak ją tuląc do siebie. Mademoiselle Mathilde w sąsiednim pokoju za zamkniętymi drzwiami przesunęła z hałasem jakieś ciężkie przedmioty.

— Trzeba rozmawiać głośno, bo myszka się niepokoi — rzekła ze śmiechem Tatiana. — Jesteś niebezpieczny, mój wielki inkwizytorze! Dopiero byłeś tchórzliwym filozofem, który zmyka przed szczęściem w obawie, żeby ono nie zaczęło go ścigać, a oto nabrałeś zanadto wiele odwagi. Widzisz, jaki jesteś niestały... I to taki każe mi tu przysięgać jak w sądzie... A ty?

— Co ja?

— A ty? Domyśl się...

Mówiła pół po rosyjsku, pół po francusku, widocznie żeby "myszka" mogła słyszeć nie tylko echo, lecz i treść rozmowy. Ale rozmowa urywała się co chwila, zahaczała o konieczność kontemplacji, nie mogła zresztą wydobyć się z ust co moment zamykanych przez pocałunki. Przypadkowo rzuciwszy okiem w lustro Piotr zobaczył swą twarz, odbijającą od czarodziejstwa głowy Tatiany. Zapytał:

— Dlaczego mnie pierwszemu pozwoliłaś pocałować te usta?

Odpowiedziała z powagą, z głęboką szczerością, na jaką człowiek zdobyć się może:

— Widzisz — tego nie wiem. Dawno to sobie postanowiłam. Jeszcze za pierwszej twojej bytności. Pamiętasz? w ogrodzie? Miałam zamiar na balu, ale nie udało się. Czyhałam na taką chwilę, czyhałam, ale nie udało się... Musiałam wreszcie napisać, bo co było robić?

Wypowiadała te słowa jak człowiek, który miał ciężkie strapienie, ale je szczęśliwie pokonał. Piotr przypomniał sobie, ile razy od tej chwili w ogrodzie, kiedy raz pierwszy Tatianę zobaczył, najmował do rozpusty za pieniądze publiczne dziewuchy — i zmierzył teraz całą otchłań krzywdy, jaką przez to sobie i Tatianie wyrządził.

Twarz jego własna wydała mu się ohydną, jakąś czarną i godną pogardy. Powiedział o tym Tatianie. Ale wtedy zaprzeczyła najsłodszymi protestami, dobrotliwymi pieszczoty, zaglądaniem w oczy aż do samego ich dna, a przez nie aż do skrytości serca.

— Ta kanapka jest dziwnie nieprzytulna... — stwierdziła niespodziewanie z ubolewaniem.

— Nie? A prawda, że nieprzytulna jakaś...

— Innej tu nie mam. Tymczasem wnosić tu teraz inną kanapkę — byłoby nieprzezornie. Zrozumiano by to w sposób niewłaściwy, a może nawet opaczny. Nieprawdaż?

— Rzeczywiście. Cóż tu począć?

— Ja nie wiem. Od czegóż pan jesteś tym filozofem?

— A tam?— spytał w opresji z zakłopotaniem nie patrząc w pewną stronę pokoju jakby dla złagodzenia okropnej bezwzględności pomysłu.

Wydęła wargi w sposób szczególnie urągający, obrażony i nieoczekiwanie rzekła:

— A Mathilde co powie? A "myszka"? Pan myśli może, że ona nie wie, gdzie stoi moje łóżko, że się nie orientuje? Ona wie wszystko...

[edytuj] XI

Nadmiernie pilnym pracownikiem w kancelarii generała stał się porucznik Rozłucki. Bywał tam stale, a pracował z niesłychaną, ze zbyteczną i szkodliwą dla zdrowia pilnością. Każdy szczegół wyrysowywał i wymalowywał w dwójnasób starannie i po dziesięć razy. Przy tej okazji poznał obyczaje domu, godziny jego i minuty, szmery i szelesty, przyzwyczajenia i nałogi osób, mowę zegarów, dźwięki i echa kroków, odgłosy drzwi i zgrzyty schodów. Wszystka ta umiejętność zmierzała do jednego celu, do szczęścia duszy i ciała, kiedy tajemnie biegł po krętych schodkach na piętro. Stopy jego tęskniły do dywanu jej pokoju, nozdrza do zapachu jej perfum, ręce do niewymownej gładkości jej dłoni, a oczy do jej oczu, do dwu czarnych aniołów, osłonionych subtelnością cieniów niby dwojgiem płochliwych skrzydeł.

Tatiana tęsknotą swoją powiększała jego tęsknotę. Wiedział, że czeka za matowym szkłem drzwi. Mówiła mu nieraz, że w nocy częstokroć bardzo długo płacze, jeśli minął bezpłodny dzień, w którego ciągu go nie widziała. Nie mogła wytłumaczyć, czego płacze, gdyż nie był kobietą, a więc nie był w stanie jej zrozumieć. Była nieraz skryta, podejrzliwa, nie wiedzieć o kogo zazdrosna. Wypytywała go o każdą najdawniejszą znajomość w Rosji, podchwytywała każdą wzmiankę o kobietach, które w mieście widywał. Nieraz zadawała mu umyślne katusze rozpowiadaniem mniemanych swoich sympatii, znajomości, tryumfów, wspomnień o dawniejszych zalotnikach, których w rzeczywistości lekceważyła albo których wcale nie było. Często wśród śmiechu dokuczliwego oczy jej zachodziły niestrzymanymi łzami, usta kurczyły się i zaciskały od cierpienia. Sztuczny chłód rozpryskiwał się nagle, bezsilne ręce stawały się łagodnymi podwójnie, oczy po tysiąckroć przypadały do oczu. Uczucie szczęścia, ufności, dziwnie subtelnej wiary przeistaczało się w obojgu przy najlżejszej zmianie zewnętrznych zdarzeń w szarpaninę tęsknoty tak natarczywej, że godziny pod jej wpływem stawały się wieloletnimi okresami, a całe dnie były ponure, najeżone kamieniami nieszczęść, pełne niepokoju i upadku.

Po spotkaniu, obfitującym w ufność, we wzajemną bezgraniczną otwartość dusz miłujących w sobie anielstwo, w szczerość serc aż do ich dna — następował dzień zionący okrucieństwem, doba jak mroczna przepaść, w której głębi, ni to chichot szalonego na dnie potoku, zdrada dawała znać o sobie. Snuły się sekretne karteczki, gdzie atrament w rzędach wierszy przyćmił się, a litery rozgniotły i rozpełzły od pocałunków głuchych, w szaleństwie bólu wyciśniętych. Pewna książka do czytania, leżąca pod poduszką i zmięta od wielokrotnych przytuleń serca, stała się książką miłości, tekstem jej i wykładem. Bywały sny całonocne nie o osobie materialnej, lecz o niematerialnym uśmiechu, o niebiańskim wejrzeniu oczu czarnych jak noc, a lśniących jak słońce własnym połyskiem. Tęsknota rodziła się z nagła i znikąd, stawała w pełni swej bez powodu, przesycając wnętrze wszechrzeczy, ziemię i niebo, unicestwiając radość życia — a uciszała się i bez śladu ginęła od jednego uśmiechu...

Tatiana lubiła zbytek. Ona sama była jakby wyrazem przepychu, symbolem jego wdzięku. Suknie jej były strojne, cudnie zawsze dobrane, harmonizujące z jej pięknością cielesną. Jasnozielone albo srebrnoszare pończochy, lakierowane buciki, wymyślny sposób czesania bogatych włosów, od którego głowa stawała się odmienną, wciąż inną, nieznanymi owianą tonami ciemności — rękawiczki, perfumy — a nade wszystko tajne piękno haftów obłokiem ją przesłaniających, które jak baśń fantastyczną w radosnych momentach miał szczęście poznawać — wszystek ów nieznany świat narzucił Piotrowi niepokonaną swoją władzę. W duszy jego zakiełkowało nie dające się zdeptać i samo przez się rosnące uwielbienie piękna, subtelności, wykwintu, który się sączy ze zbytku jak zapach z pięknie zdobionego flakonu. Nie umiałby sobie wyobrazić Tatiany bez szelestów jedwabiu, bez zapachu, połysku i przejrzystości. Zdarzało mu się widzieć ją na poły ubraną, otuloną niby jutrzenka tylko we mgły i gazy, na tle śnieżnych poduszek — i taką pozostała w jego tajemnym śnie, jakby w falach subtelnej muzyki.

Pewnego dnia, w końcu marca, sama mu otworzyła drzwi. Skoro tylko wszedł, rzekła z uśmieszkiem:

— Matyldy nie ma.

— Wyszła?

— Wyszła na całe popołudnie.

Ujęła jego rękę swą śliczną dłonią i poprowadziła go ciemnym korytarzykiem. W tej drodze szczęśliwej nagle przycisnęła gorące wargi do jego ręki i wysiłkiem nie dała jej oderwać. Gdy byli już w pokoju, wspięła się na palce, objęła jego głowę rękami, szyję ramionami. Powieki jej były spuszczone, usta pąsowe i gorące. Wyszeptała:

— Nie bój się...

— A ty?

— Ja tego chcę...

— Cóż to będzie?

— Chcę mieć maleńką córeczkę, śliczną, z czarnymi oczami. Będę ją karmiła, będę chowała...

— Tatiana!

Ale za chwilę trwoga przed zupełnym obnażeniem zmusiła ją do odpychania natarczywych rąk. Obejmowała jego głowę, owinęła ją rękoma jakby pasmami płomieni.

Deszcz dudnił w rynnach i ściekał długimi strugi po dużych szybach, wiatr wył i skowyczał między topolami ogrodu. Zmierzch zapadał, lecz nie mógł pochłonąć bladości oblicza, na którym tkwił zastygły, jakby zamarły uśmiech szczęścia. Twarz jej zwrócona była w stronę ściany. Martwe oczy znieruchomiały między powiekami bezsilnie półrozwartymi...

Piotr wymknął się, zanim Matylda wróciła. Zbiegł ze schodów i zdążał do siebie pustymi ulicami, z sercem przeszytym mieczem obosiecznym, którego ostrze miało dwie płaszczyzny — jedną szczęścia, drugą rozpaczy. Osiągnął wszystko. Czuł, że wstąpił na ścieżkę wysoką... Obojętne domy, mury, parkany, ludzie obcy, pierwszy raz widziani, idący do swego pracowitego celu — zdawało mu się — zwrócili ku niemu spojrzenia z pytaniem: — cóż teraz? Usiłował odepchnąć to wszystko zdumiewającym i strasznym wspomnieniem. I tak się stało. Lecz za chwilę szczególniejsza, przerażająca sensacja szorstkiego zimna i pustki w sercu poczęła go napastować...

[edytuj] XII

Po zrzuceniu ze schodów rewidującego pedagoga Piotr stał się bożyszczem uczniów p. Kozdroja. Gdy przechodził, usuwano mu się z drogi, nieznajomi chłopcy kłaniali się na ulicy, a zawsze i wszędzie witały go wesołe uśmiechy uwielbienia i oczy roziskrzone od wdzięczności. Piotra gniewała ta sława przedmiejska, ale gniewała powierzchownie. W głębi polubił ją i przyzwyczaił się do swej wielkości.

W pierwszych dniach kwietnia, gdy był wieczorem sam w mieszkaniu, ktoś zastukał do drzwi. Po chwili wszedł jeden ze "spiskowców", wysoki, szczupły blondyn z niebieskimi oczami. Był to główny winowajca, o ile można było wywnioskować z rozmaitych szczegółów. Wśród niezgrabnych ukłonów, czerwienień się i poblednięć, jąkając się i bełkocąc nieumiejętnie rosyjskie wyrazy, uczeń ów wyłuszczał jakąś prośbę. Piotr poprosił go do swego "salonu", czyli do drugiej izdebki, usadowił na krześle i poczęstował papierosami. Uczeń tłumaczył szeroko i długo, coraz bardziej zawile, a nawet — w miarę jak się uspokajał — ze świadomą i umyślną zawiłością, jakąś rzecz o książkach. Piotr tyle mógł zrozumieć, że "pewne kółko" gimnazjalne miało "pewną biblioteczkę" — że wskutek zrzucenia ze schodów "Tapira" odbywają się istne orgie rewizyjne w poszukiwaniu owej biblioteczki, gdyż "jeden podły" — wsypał. Ponieważ zaś całe kółko może być wsypane, jeśli złapią biblioteczkę, a zniszczyć jej niepodobna, więc "kółko" ośmiela się prosić, czyby pan porucznik nie raczył przechować owej biblioteczki w swej spiżarni.

Propozycja taka nie była wcale przyjemna. "Pan porucznik" nie miał zamiaru wchodzić w spółkę z tymi młokosami. Nie znał ich wcale, nie rozumiał, nie wiedział, czego chcą... Jednakże żal mu było "biblioteczki" i wstyd odmówić podobnym frantom rzeczy tak drobnej. Po chwili wahania zgodził się na warunkach następujących: skrzynka będzie postawiona w otwartej spiżarni bez jego woli i wiedzy — sam spiżarnię zamknie — o fakcie przyniesienia skrzynki będzie wiedziała jedna tylko osoba, to jest sam petent.

Nazajutrz rano zajrzawszy do spiżarni Piotr dostrzegł w jej rogu odrapaną walizę, związaną szpagatem. Przez ciekawość i dla powzięcia wiadomości, co też to za skarby mieszczą się w tej ściganej książnicy, rozwiązał szpagat i, zamknąwszy się w komórce, przejrzał zawartość.

Była to najbezwzględniejsza zbieranina druków. Rzeczy cenne leżały obok ramot, nowe studia filozoficzne i prace z zakresu historii obok starych śmieci i strzępów, poezje Mickiewicza, Słowackiego i inne obok dodatków powieściowych do jakiejś gazety, przekłady z obcych języków obok starych, pożółkłych broszur politycznych. Niektóre z tych książek zastanawiały rozmaitością swego druku. Tytuły i pierwsze stronice ich pochodziły skądinąd niż zawartość środkowa. Jakaś, na przykład, wnosząc z tytułu powieść angielska bezimiennej autorki, a wewnątrz dzieje powstania listopadowego spisane przez Mochnackiego — albo — z wierzchu niby to jakieś niepłodne Ziarnka i szczere Plewy, wydane najcenzuralniej, a w środku poezje gorzkie i smutne, drukowane za dawnych lat w Lipsku, zaiste dla wnuków...

Piotr zrazu przez ciekawość, a później z rosnącą pasją począł czytać te tomy i świstki — bezsilne, omdlałe poezje i szorstkie, krzykliwe, jakby z twardych patyków, gwoździ i drutów kolczastych ukręcone broszurki społeczne. Przejścia swe miłosne, troski, bóle, złamania się i zatoczenia, od których niejednokrotnie dolatywał aż do brzegu przepaści, spędzał teraz w towarzystwie tych ściganych druków. Pocieszał się nimi, rozrywał, nieraz upajał. Ogień miłości zapalał ognie zawarte w wierszach dawnych poetów. Płonęły nie znane dotąd wyrazy i jak żywa muzyka ozwały się przecudne, dawne rymy. W dziwnych, na poły dostępnych słowach ledwie poznanego języka znalazł się wyraz dla tajnych kurczów, szlochów, westchnień i radosnych łez duszy.

Zdarzało się teraz Piotrowi późno w noc albo w rosyjskim towarzystwie powtarzać na pamięć dla uciszenia serca jakąś prawdziwą strofę niewiadomego dlań poety, wmyślać się, wwiadywać i wczuwać w skojarzenia dźwięków, które zdawały się wszystko wiedzieć, wszystko rozumieć aż do najtajniejszej głębiny. Pisarze, o których istnieniu nie wiedział nic zgoła, stawali się towarzyszami czującymi, rzeszą braterską, co jak chór westchnieniem odpowiadał na każde westchnienie.

Niejasne wyrażenia mowy posiadały urok podwójny, wżerały się w serce rozpłomienione od miłości, zahaczały o nie i nitowały z nim na zawsze. Z drugiej strony najróżnorodniejsze dziedziny myśli polskiej, uwięzione w szpargałach uczniowskiego kuferka, przemówiły do czytelnika nowego tysiącem ust. Piotr począł wgryzać się nocami w zagmatwane sploty umysłowania polskiego w dziewiętnastym stuleciu — w dziwaczne naroślą i przerosty, w czucia, które się stały myślami plemiennymi, w samoobłudy, które były i są najoczywistszymi lekarstwami od śmierci ducha. Zatapiał się w historie błądzeń ponad przepaściami Szalonego Orlanda Polski, w bohaterstwo i tęsknotę anielskich duchów — i w żywot martwego jej kadłuba, węszącego, gdzie jest żer i spokój — w dzieje dwu potęg i motorów najgłębszych wszystkiego — pieniędzy i katolicyzmu.

Po upływie pewnego czasu wytworzył się od tego czytania w jego pojęciach jako stan stały — chaos, w uczuciach — popłoch. Pragnąc znaleźć wyraźne dyrektywy czytał coraz systematyczniej i uważniej książkę po książce. Kupił sobie szczegółowy i obszerny słownik polsko-rosyjski i nad niektórymi szpargałami prowadził formalne studia.

Wychowanie w sferze rosyjskiej, żołnierska od najwcześniejszego dzieciństwa prostolinijność dyscypliny i tresury, matematyczne podstawy rozumowania, rosyjska "pryncypialność" w sposobie ujmowania zjawisk zewnętrznego i wewnętrznego świata — wszystko to nie pozwalało znieść, strawić i wchłonąć zakresu rozbieżności i rozpylenia polskiej myśli, błądzącej jak żywe srebro między biegunami ekstazy i abnegacji — myśli bez steru i kompasu... Ileż to razy Piotr Rozłucki tłukł w jakąś książkę pięściami i rugał ją ostatnim, sobaczym, moskiewskim wyzwiskiem, patrząc, jak się łamie, chwieje, błąka linia jej kierunku, jak siła jej pęka i leci — sam szatan wie dokąd!... Jedno w tych książkach polubił — to wieść o nie istniejącym, zapomnianym wojsku polskim — legendę o wodzach, co w wieczność odeszli z rozpaczą, "ręce załamawszy na pancerz", sprawy swej nie dosięgnąwszy włócznią, przegrawszy wszystek swój zamysł wojenny. Polubił połamanych mieczów polskich szczęk o zardzewiałe pochwy, rozbitych ostrołęckich armat hurgot i łoskot — konnicy zbieganej pod Grochowem tętent... Począł wmyślać się cierpliwie w klęski dalekie — dalekie — głęboki dla nich poczuł szacunek — i żal...

[edytuj] XIII

W pierwszych dniach kwietnia, powróciwszy z Warszawy, generał Polenow przywiózł pomyślne wiadomości: dla siebie znaczne odznaczenia, podwyższenie pensji i kilkomiesięczny urlop — a nawet dla swego pomocnika w przyszykowaniu wynalazku również awans i urlop z prawem wyjazdu za granicę. Generał niezwłocznie wybierał się w świat wraz z córką i jej towarzyszką, mademoiselle Mathilde. Zaraz po powrocie, podczas pierwszego obiadu zaproponował od niechcenia Piotrowi, czyby nie warto odbyć wycieczki zagranicznej wspólnie. Piotr był zachwycony tym pomysłem...

W tym samym tygodniu wyruszono w podróż — przez Berlin do Paryża. Berlin sprawił na Piotrze nieoczekiwanie silne wrażenie swą nowożytną kulturą wielkomiejską — widokiem tysiąca naocznych przejawów niezłomności rządzącej woli — właściwościami postępowego wytwarzania — mnóstwem dowodów nowoniemieckiego industrializmu, który ogarnia i wchłania w siebie, a zarazem siłami swego umiejętnego porządku urabia w szeregi niemal wojskowe żywioły dalekie i rozbite.

Ale w Berlinie towarzystwo generalskie zatrzymało się bardzo krótko, uchodząc co żywiej do zaprzyjaźnionej rzeczypospolitej. Tatiana była już raz poprzednio — bardzo krótko zresztą — we Francji — Piotr nie znał jej wcale, generał bardzo pobieżnie. Toteż mademoiselle Mathilde i Tatiana stały się przewodniczkami. Piotr zamieszkał na lewym brzegu Sekwany w pewnym skromnym pensjonacie — generał z córką w pierwszorzędnym hotelu na bulwarach, a Matylda umieściła się daleko u krewniaczki w okolicach placu Clichy.

Na samym początku pobytu Paryż uderzył Piotra barwą i formą anarchii ulicznej, która się stała rutyną i skutecznie walczy z usiłowaniem wdrożenia nowoczesnego porządku. Zadziwiało i bawiło wszystko: stare wehikuły konne z woźnicą w lakierowanym kardynalskim kapelusiku jak za czasów Balzaka — bezładne krążenie powozów — handel uliczny na chodnikach, w budach nad ściekami obok najwykwintniejszych na świecie witryn na bulwarach — niewiarogodne zaśmiecenie ulicy — krzyk kamelotów i nastawanie przekupniów o zdecydowanym spojrzeniu... Poza tym zewnętrznym przejawem nęciło miasto bezdennej i nieskończonej pracy, wrzącej i wiecznej... Niewymowną rozkosz sprawiało wpatrywanie się w to rojowisko, jedyne na ziemi. Piotr błąkał się zrazu po ulicach we dnie i późno w noc, jeździł, wsłuchiwał się w rozmowy, chodził do wykwintnych restauracji i nocnych kabaretów, zwiedzał muzea, biblioteki, galerie, kościoły, sale uniwersyteckie i koncertowe, teatry, więzienia, sądy i grobowiska. Po upływie pewnego czasu chaos wrażeń pierwiastkowych nie zginął, oczywiście, lecz jął układać się w luźne, lecz upodobniające się grupy i niejasna, senna mgławica syntezy wyłaniać się w myśli poczęła.

Zupełnie inne wrażenia przeżywała Tatiana — inny widziała i poznawała Paryż.

Spotkawszy się, zwierzali sobie zdobyte spostrzeżenia i formułowali zabawne syntezy.

Uogólnienia Piotrowe nie trafiały do przekonania Tatiany. To, co ona zauważyła, co jej się przedstawiło jako urok życia i kwiat jego, jedynie godny w tym mieście poznania, nie było dla Piotra obojętne. Przeciwnie — z opowiadań, a raczej z wykrzyków, z dowcipnie sformułowanych jej aforyzmów uśmiechało się nieznane życie, radość istnienia, wesele zewsząd wytryskające. Mówiła mu o cudach kapeluszy, z których najtańszy kosztuje kilkaset franków, o "kreacjach" balowych i wieczorowych, o arcydziełach Wortha i Douceta, o paltocikach i bluzkach, biżuteriach, "na których widok oczy ślepną", o perfumach, przyborach, drobiazgach. Ciągnęła go na rue de la Paix, gdy tam nad wieczorem ruch największy, gdy automobile wielkie jak lokomotywy stoją dwoma rzędami wzdłuż całej ulicy po obudwu stronach, a środkiem przeciskają się spóźnione, dymiąc benzyną. Lubiła wałęsać się przed wystawami, wzdychać przez nimi i głośno marzyć — raz wraz spozierać na kamienicę Paquina, całą ozdobioną kwiatami, na tajemnicze siedlisko Douceta. Zachwycało ją tam wszystko — śliczne kobiety, wykwintni panowie, armia lokajów bogactwa snująca się wokół, wielobarwny blask biżuterii, elektryczne światło, a nawet podniecający nerwy dym benzyny.

Widywali się codziennie w różnych miejscach i o rozmaitej godzinie. Tatiana nominalnie była pod opieką Matyldy, lecz ta opieka była czysto nominalna. Matylda wciąż spóźniała się albo za wcześnie wychodziła dążąc do "krewnych", do "kuzynek" albo znowu do "ciotki". Generał zwiedzał rzeczy wojskowe, urządzenia społeczne, czynił zaprzyjaźnione notaty w sposób wysoce dyplomatyczny i bajecznie ostrożny, co mu zabierało bardzo dużo czasu. Wobec tego Tatiana, pozostawiana w tym Paryżu tak bezlitośnie samej sobie, musiała szukać jakiejś opieki, a Piotr z konieczności poczuwał się do jej udzielania.

Spotkawszy się o umówionej godzinie i w miejscu wiadomym, szli w to miasto czarodziejskie, znikali w nim jak dwie małe krople w wielkim oceanie. Miłościwe i dobrotliwe nad wszelką pochwałę były dla nich dzielnice, place, bulwary i tłum nieznany, wśród którego się błąkali. Prastare, wąskie uliczki kędyś w okolicach Beaux— Arts, koło Odeonu albo cmentarza Montparnasse — ileż ich szczęścia widziały! Czasem z mroku nocnego wysunął ze swego piedestału Voltaire szyderczo przekrzywioną głowę albo na szczęśliwym szlaku miłości zastąpił Danton, ryczący w zgiełkliwe ulice swe pozwy tytaniczne... Te monstra ku innym jakowymś rzeczom unosiły myśli. Dumali tedy przed ich kadłubami wyniesionymi tak nadzwyczajnie, wspominając, czego to od nich chcą — czego się zawsze smuci biały Musset albo nad czym się tak głęboko zamyśla umazana od deszczu pani Sand, siedząc między tulipanami ogrodu... Po chwili jednak szli dalej, ażeby pośmiać się z przygody generała Neya, najwaleczniejszego z walecznych, co zginął od kuli rodaków, rozstrzelany przez francuskich żołnierzy w tym mieście, którego sławę roznosił po lądach dalekich i w stu z wrogami ocalał bitwach... Cieszyli się na widok budowli wzniesionych przed wiekami, ze wszystkich rzeczy i zjawisk, radowali ze wszystkich spraw dawnych i teraźniejszych, groźnie nastroszonych i zabawnie obdartych z powagi, a mówili istotnie tylko o sprawie własnej, wielkiej jak Paryż, a nawet — sumiennie rzeczy biorąc — jak świat.

Zdarzyło się, że tak wędrując swoimi światami zabrnęli na bardzo odległą uliczkę Gracieuse i znienacka spostrzegli zjawiska niewiarogodne, widoki przerażające: czarne sienie, skąd wybuchał zgniły zaduch, izby za oknami zakratowanymi pełne nędzy i wstrętnego brudu, mężczyzn o groźnym i złowieszczym spojrzeniu, kobiety półnagie i straszne, wychudłe dzieci. — Uchodzili stamtąd w weselsze strony, w bardziej słoneczne okolice swej miłości. Tatiana chwyciła rękę towarzysza wędrówki i przyciskała ją do serca, ażeby prędzej mógł o nieprzyjemnych widokach zapomnieć...

Zdarzyło się, że przyszedł spóźniony pod okna hotelu, w którym czekała. Ujrzał ją w ciemności daleką jak nieuchwytny cień. Wstrząsnęło nim niemal bolesne uszczęśliwienie. Zeszła pośpiesznie. Pomknęli przytuleni do siebie w zgiełkliwe bulwary, na oślep. Jakimiś śpieszyli ulicami i zaułkami, mówiąc o swoich sprawach. Zeszli na szerszą przestrzeń w szczęściu głębokim i świadomym siebie, w najzupełniejszym zbliżeniu dusz i wśród najdoskonalszej wzajemnej spowiedzi. Kamienne bariery Sekwany zatarasowały drogę. Oparci o nie, patrzyli na czarną wodę, w której seciny czerwonych, zielonych, złotych i wielobarwnych świateł odbijały się ruchomo długimi zwojami. Nad tą migotliwą, ciemną wodą tkwiła wspaniale sylweta Luwru. Nad nim rozpostarła się łuna ceglasta głębokiego wnętrza Paryża, a jego nie milknący pomruk warczał od potężnego gniewu pracy, jak gdyby koło ogniste, z miliona głosów utworzone, obracało się w groźnej łunie. Posępny statek niby milczące widmo — przepłynął po głuchych falach. W głębi ziemi huczały pędzące elektryczne koleje. Czasem doleciał do uszu łoskot ich biegu. Piotr i Tatiana zatopili się w kontemplację jedną we dwu osobach tego cudu na cudy — wielkiego, strasznego i okrutnego piękna, jakie stwarza zbiorowe życie olbrzymiej, nowoczesnej metropolii. Mówili o tym półsłowem, wyrażali to półgestem, jak wspaniałe mieli przez oczyma widowisko. Wspominali o ludziach bezsennie pracujących na statkach, łodziach, w kolejach, fabrykach, warsztatach, sklepach.

Rozważanie czarodziejskiej nocy, w której łonie wre straszliwy trud, pogrążyło ich w milczenie. Usiedli na samotnej ławce, w cieniu liści plątana i głęboko wdzięcznymi oczyma przypatrywali się ogromnej łunie, świadkowi o potędze żywota miasta Paryża.

Kiedy indziej wyruszali na daleką wyprawę, aż na cmentarz Pere-Lachaise. Błąkali się długo po wzgórzu śmierci, słuchając, jak szumią olbrzymie jego drzewa. Odczytywali na kamieniach napisy, wielkie imiona Francji... Ciasnymi uliczkami wspinając się półkolem w górę wśród tego miasta zbudowanego z mogił, dotarli do grobowczyka Chopina. Na próżno Piotr mówił towarzyszce o tej sławie polskiej, o tym jedynym gońcu, który przyniósł światu najdokładniejszą i nigdy nie zapomnianą wieść o piękności i nieszczęściu swej ziemi. Tatiana słuchała z litością, ponieważ on to jej mówił, zgadzała się z nim uczuciowo, bo tak chciał.

Wkroczyli na najwyższe wzgórze. Objąwszy się wpół w tej samotni, gdzie nie było nikogo z żywych, a wokół spał niezliczony zastęp zgasłych, który — o, dziwne wrażenie! — zdawał się przez sen uśmiechać do ich miłości — szeptali pod błogoustym szumem drzew o czarodziejstwie szczęścia bytu, który jest w nich, o dziecku jeszcze nie poczętym, które już ponad wszystko kochali. Wśród tego bezmiaru wielkości zgniłej, sławy strąconej, bogactwa pożartego przez robactwo nieśli uśmiech swój, bezmyślne swe szczęście, radość kwitnącej urody — najwyżej, skąd widać Paryż w dymach i mgłach. Usiadłszy tam, spoglądali na te dwa niezmierne w przestrzeni mrowiska — jedno martwe, drugie żyjące. Tam, kolumna Bastylii — czegoś symbol, tam dalej, na wzgórzu — Panteon. Uśmiech ich unosił się ponad tymi znakami jak gołąbek niosący gałązkę oliwną wszystkiemu, co oczy objąć mogły, co myśl mogła ogarnąć.

Najchętniej wszakże wymykali się za miasto małym stateczkiem — w górę rzeki do Charenton albo z prądem cichej Sekwany do Saint-Cloud. Statek przebiegał między nawałą domów, sunął niepostrzeżenie pod mostami, dając możność napatrzenia się do syta pracy ludzkiej. Siedząc obok siebie, jak na dziwowisko spoglądali na czarnych ludzi niby w tańcu cudacznym biegających około wind, potwornych gzygzaków, co jak znaki pytające z ulic miasta wykręcały się profilem ponad spracowaną rzeką — na morza beczek, składy towarów, tworzące nowe wybrzeża, i na mrowie pracujące. Ale wydostawszy się z dymów i kurzów na błonia i między drzewa chętnie zapominali o mieście. Szli, objąwszy się rękoma i duszami, w świat zieleni, kwiatów i traw. Otwierały się na ich przyjęcie tajne, w półokrąg idące alejki, gdzie młode drzewa, nawisłe w sklepienia, zasłaniały od świata, ażeby można było na śmierć się zacałowywać w usta i w oczy.

Opar łagodny wstawał po deszczu w lesie Vincennes, sztuczny potok szumiał wśród kamieni, a łaskawa aleja wiodła dalej, wciąż dalej od świata i przechodniów, od odgłosów automobilów i poryku bicyklów. Rzecz dziwna — i w Saint-Cloud były podobnie uwodzicielskie aleje. Prastare, uśmiechnięte drzewa stały bez ruchu nad drogami zarośniętymi trawą — pnie ich odbijały się w ciemnej wodzie basenów. Rumiana zorza pozłacała obłoczki płynące ze ślicznych pól nad miasto zadymione. Była tam pewna samotna ławka jakby zapomniana przez ludzi, jakby darowana przez Opatrzność, która przewidziała ich wielkie szczęście i tę w jego dziejach chwilę. Szli w głuchym parku sami jedni na górę, która była górą miłości, przez ciemniejący las, który się stał lasem świętym.

Znaleźli na bulwarach pewną cukierenkę, gdzie były najsmakowitsze neapolitańskie lody, gdzie można było widzieć sławy literackie oraz najszykowniejsze kokoty. Gdy zanosiła się kawiarniana muzyka, a wesoły i rozbawiony tłum przesuwał się nie tylko po chodniku ulicy, lecz i przez sale kawiarni, Tatiana stawała się przepiękna jak sen, lecz zarazem niezrozumiała jak sen. Twarz jej przenikał wyraz szczególniejszy, lubieżny, jakby na nią padał urok zadany przez wykwintne kokoty z umalowanymi na karminowo ustami... Oczy jej płonęły jak bezcenne brylanty, ruchy były podniecone — niewiarogodne słowa padały z tych ust tak jeszcze skromnych — myśli wyuzdane rodziły się z niczego, powstawały znikąd wśród spokojnych dotąd poglądów. Lubiła wtedy strzelać na wsze strony oczyma i zbierać ku sobie, jakby zgarniać na kupę spojrzenia wszystkich, nie wyłączając grajków kawiarnianych — ażeby natychmiast z szalonym śmiechem ofiarować owe łupy w prezencie Piotrowi — a zarazem nieznacznie, niepostrzeżenie, pod największym sekretem w ekstazie miłości pochwycić tajnym podejściem jego rękę, wpić się w nią wargami na nienasyconą chwilę, z upojenia przymykając powieki. Nie mógł jej się wtedy oprzeć. Cokolwiek by chciała zrobić, godził się na wszystko. Co więcej, lubił sam podsuwać jej myśl o tej kawiarni — namawiał, ażeby w tajemnicy przed Matyldą i generałem wymknąć się z domu i gnać do ulubionej skrytki.

Pewnego popołudnia byli na koncercie Colonne'a. Generał siedział na przodzie loży, Tatiana obok niego. Piotr w głębi. Orkiestra grała "Heroiczną symfonię" Beethovena. Stary generał poczuwał się do obowiązku słuchania w skupieniu ze względu na osobę wojownika, Bonapartego, który czynami swymi natchnął pono twórcę do podjęcia i wykonania nieśmiertelnego dzieła. Tatiana była roztargniona. Rzucała oczyma po wielkiej sali Châtelet, natłoczonej zadumanymi głowami. Ale oto po części pierwszej — jakby po rozległych i szalonych dziejach czynu — wśród ciszy dała się słyszeć druga — dzieło boskie — w którym materialne instrumenty przemawiają nie materialnymi głosami, lecz elementami duszy człowieka — o śmierci. Wielekroć powtarzająca się melodia kroków zmierzających ku wrotom wieczności rozwarła ich połowice i ukazała sprawę śmierci — dzieło jej niszczycielskie. Zachwiała się melodia jak gdyby człowiek ogarnięty przerażeniem, spadła z piedestału mocy swej i jęła tarzać się w boleści u nieubłaganego progu. Słychać w niej było, jak szał ręce zapuszcza we włosy, jak jęk zamiera, jak serce wzdryga się i pęka od widoku bezlitości. Z dala pochodem nadeszły kroki nowe, idące w tę samą drogę. Zbliżyły się i zdeptały ból jednego człowieka. Przeszły po nim.

Tatiana z wolna poczęła przysłuchiwać się tej muzyce. Głowa jej pochyliła się nieco na bok jak u nasłuchującego zwierzątka, oczy zagasły. Uśmiech nieznajomy osiadł na wargach. Jednolita bladość powlekła czoło i lica. Nozdrza zesztywniały w trudnym oddechu. Niepostrzeżenie wyciągnęła w stronę Piotra rękę. Gdy ujął jej dłoń, ścisnęła go z całej siły i przywarła palcami do jego palców na cały czas trwania wzniosłego dramatu drugiej części "Bohaterskiej symfonii". Gdy ta muzyka — "do diabła!" — ucichła, Tatiana, nie podnosząc wzroku i nie tracąc tego samego uśmiechu, rzekła cicho do Piotra:

— Mam ci coś powiedzieć...

— Słucham.

— A kiedy przestałbyś mię kochać...

— Czy tak?

— Na pewno.

— To powiedz! Zrobimy próbę.

— Niebezpieczna to byłaby próba.

— Cóż to takiego?

— Nie śmiej się!

— Nie można się śmiać po tej muzyce.

— Przeklęta jakaś muzyka! Jakby kto ściskał za gardło.

— Taniu, czy tak? A ja marzę, żeby się jeszcze raz ozwały te chóry skrzypiec i ten po nich marsz! To jakby wszystkie wojska ziemi niosły na ramionach zwłoki bohatera...

— Dla mnie to nie tak. To było, jakby ohydny kat zdzierał ze mnie suknię i krwawą garścią chwytał mię za włosy. Tu kat, a tam w tej muzyce, za żelaznymi drzwiami siedział car Iwan Groźny. Drzwi się miały lada moment otworzyć... I nagle ta cisza. Wtedy to ów nieopisany dźwięk. Te skrzypce... I znowu cisza. O, Boże!

— Ale teraz już przeszło nieprzyjemne wrażenie?

— Kiedy to jest co innego! Nic nie wiesz. Nie rozumiesz wcale, co ja mówię. Możesz wyobrazić sobie cara Iwana Groźnego, jak siedzi na złotym krześle za żelaznymi drzwiami?...

— Powiedz!

— Później... — szepnęła.

Po wyjściu z koncertu śpieszyli przez zatłoczoną ulicę Rivoli, szarpani i popychani na wsze strony. Piotr znalazł się obok Tatiany. Zapytał:

— Powiesz mi teraz?

Znowu ten osobliwy uśmiech przemienił się w bladość i zastygł na wargach. Już podniosła oczy i, zda się, zebrała myśl, żeby powiedzieć... Nagle rzuciła ostro i z gwałtownością:

— Ależ nic! Głupstwo. Nie warto mówić. To tam było jedno takie.

— Nie powiesz?

— Nie. Nie powiem. To nic ciekawego. Było, minęło i nie ma.

— Kogo kochałaś?

Roześmiała się nieprzyjemnie i z góry, jakoś pogardliwie spojrzała na Piotra. Urażony zamilkł.

Zdarzało się, że zmuszała towarzysza do opowiadania wszystkiego o przeszłości, a szczególniej do wyjawienia marzeń o kobietach i opisu stosunków z nimi. Wysłuchawszy zaś wszystkiego z pozornym spokojem, a nawet z łobuzerskim śmiechem, naraz popadała w płacz, w szlochy pełne jęków z dna duszy, długich i niepocieszonych. Zazdrościła o każdy dawny uścisk, o każdy pocałunek oddany przez Piotra owym nieznanym "łotrzycom". Z płaczu wyłaniała się później zabójcza pogarda, gniew, pasja, furia. Potrącała go ze wstrętem i odrzucała od siebie, biła weń insynuacjami i podejrzeniami, umyślnie zaznaczając, że jest niemiły, brutalny, ordynarny, brzydki. Mijały godziny, nim się uspokoiła i nim ucichło w niej to groźne morze duszy.

Ale i on znał dobrze szpony zazdrości. Często wałęsał się w ulicach pod jej oknami, czyhając na urojonego rywala, choć w głębi duszy wiedział, że takiego nie ma na świecie. Często mierzył piędź po piędzi tęskniącą zazdrość, rozpiętą na dźwiękach długich godzin oddalenia, zaiste wplecioną w koło doby dzielącej oczy od widoku ukochanego oblicza, usta od ust i zakochane słowo od jego echa w ustach różanych.

Zmiany niepojęte i tajemnice kryły się w usposobieniach jej i w natężeniu jego tęsknoty. Lubili badać w sobie owe zmiany, wpatrywać się w te jak gdyby krajobrazy swych uczuć tajemnych.

Nieraz po nocy bolesnej, pełnej strzyg zazdrości i zmor tęsknoty, kiedy żmija wewnętrzna wysysała wszystką krew serca, przyszedłszy rano znajdował ją stęsknioną i jak gdyby jaśnie-wiedzącą o tym, co z nim w nocy było. Kiedy indziej cisza i pogoda serca trafiała na jej ponury gniew, niby na nieubłaganą karę za godziny wewnętrznej cichości. Uczucia były tak wszechwładne, że twarze stawały się od nich uroczyste, jasne, pogodne — lub ciemne, pożółkłe, okrutne jak twarze widm z niewiadomej tragedii. Zawsze jednak, wśród wszelkich uczuciowych zmian, miał uroczyste nie wrażenie, lecz ugruntowaną pewność, że jest obok niego potęga, siła z życia wytryskająca, istota zdrowa, niezwalczona, sama przez się i dla siebie. W duszy Tatiany, w jej umyśle, postępowaniu, w dziwacznych zmianach jej woli, w jej chęciach, pożądaniach, marzeniach dokonywało się jak gdyby zrealizowanie potężnego zamysłu.

Wszystko w niej było dokądś dążące, samo dla siebie i świadome swego celu, który osiągnięty być musi — wszystko było jej własne, jej znane, idące w drogę wiadomą. Piotr zdumiewał się użyczeniu losu, że on jest wybrańcem tej kobiety, jej, która jest siłą najbezwzględniejszą i najsubtelniejszym pięknem życia. W tym, co ona lubiła, malowała się zawsze istotna wartość i przydatność zjawiska — to było właśnie faktem i prawdą, siłą i wdziękiem. Jeżeli spojrzała na dzieło sztuki lub przedmiot jakiegokolwiek porządku — oceniała go zawsze istotnie i z niewymuszoną trafnością.

Lecz nie lubiła dzieł sztuki, a właściwie nie przykładała do nich należytej wagi. W Luwrze podobał jej się Tycjana "Młodzieniec w rękawiczce" i podobał w sposób tak wyjątkowy, że Piotr był o niego zazdrosny. Lubiła rysunki ryte na etruskich zwierciadłach, Fragonarda i "Salonie" Bernardina Luiniego...

Żadne zjawisko znane, żadne dzieło sztuki ani najstarszy przejaw pracy wieków — jej nie imponował. Wszystko, cokolwiek spotykała na drodze — instytucje, pomniki, rzeczy czczone jako skarby — były nie to obojętne, lecz służyły do odebrania własnego jedynie wrażenia. Paryż z jego przeszłością, z gmachami i muzeami, siedlisko nauk, postępu i sztuk, był czasem zabawką jej myśli, czasem w chwilach łaski i wzruszenia przedmiotem kontemplacji. Ona nie była dla żadnego z tych ludzkich dzieł.

Jedyny i istotny zachwyt czuła dla modnych "kreacji". Uwielbiała żywe życie. Kiedy nad wieczorem znaleźli się we wrzaskliwym kotle bulwarów — czuła się najlepiej. Idee, uogólnienia, spostrzeżenia Piotra nużyły ją, a nawet sprawiały szczególniejszą przykrość. Nie mogła pojąć jego stanu duszy, rozterki i targaniny wewnętrznej. Nachylała się siłą woli, patrzyła w jego świat wytężając słuch, ale nie mogła tej jego dziedziny uczynić własną. Czasem zadawała pytania albo, co gorsza, głosiła opinie, które go doprowadzały do głębokiego smutku.

Wybuchały wtedy sprzeczki i scysje. Umiała być niewzruszenie twarda, nieubłagana i nieugięta — gryzła wargi i miotała groźne spojrzenia. Wiedział dobrze, że gdyby nawet skonał u jej stóp, pewnych w niej usposobień nie wytępi, chociaż przez bezgraniczną miłość robiła wszystko, co było w jej mocy, i niemal uczuwała wszystko, czego chciał, co czuć kazał. Pojmował dobrze, że tego w niej nie ma, a co jest, przezeń jest stworzone. Nie mógł zupełnie zwalczyć jej oporu. Siłą uczucia mierzył twardość opoki, na której wyrosło wszystko, co nią było.

Toteż pewnego dnia, kiedy nie mógł jej widzieć, poszedł sam do Notre Dame i długie tam przepędził godziny. Obok posągu Opiekunki miasta ustawiono podówczas posąg Joanny d'Arc. Posążek był ordynarny, wcale nie artystyczny, zwykły, z białego marmuru. Piotr wpatrzył się w ten posąg, wmyślił w dzieje Joanny — i oto z jego serca wybuchnęło błaganie do bohaterki, ażeby jej dusza ocknęła się w duszy Tatiany. Nie wiedział, czego chce, co czyni, nie przypuszczał nawet, że się modli. Nie zdawał sobie sprawy, do jakich dzieł chce Tatianę podźwignąć, zagrzać i popchnąć — ani o co mu chodzi. Był jak niemowa, usiłujący wymówić całe zdanie, albo jak idiota, który by chciał zbudować nieskazitelny sylogizm. Wpatrywał się gorejącymi oczyma w postać dziewicy, zakutej w pancerną stal, i błagał usilnie o przemienienie duszy Tatiany w duszę Joanny d'Arc. Nikogo nie było w olbrzymim kościele. Panował mrok, w którym sączyło się fioletowe światło z kolistego witrażu. Piotr czuł, jak gdyby był wrośnięty w kamienną posadzkę, a pragnął podnieść się, podźwignąć w górę. W chwili tej nieobecną Tatianę miał na swej piersi i obejmował ją rękoma ducha. Długo tak nadaremnie płonął przed kamiennym posążkiem.

Chwila ta zginęła zresztą bez śladu w powodzi innych, wśród momentów radości krótkich jak błyskawica i długich mroków smutku. Widywali się w dalekim mieszkaniu mademoiselle Mathilde. Jednego dnia, przyszedłszy na miejsce o naznaczonej godzinie, zastał pokój pusty. Czekał... Był już mrok. Świeca płonęła na stoliku zarzuconym książkami i drobiazgami. Ruchomy blask odbijał się w lustrze kominka i szafy niecąc wokoło jakby widomy, drgający obraz bezsilnej tęsknoty, co narywała w sercu. Huczało wielkie miasto. I ten huk zdawał się być w sercu, w duszy targanej od niepokoju. Ręce czepiały się ulubionych sprzętów, w których miłość była utajona. Każdy szczęk drzwi, odgłos na schodach wprawiał we wzmożony stan męki czekania. Minęła jedna i druga godzina. Nareszcie rozległ się łoskot otwieranych drzwi i odgłos ukochanych kroków.

Wróciła. Jak strzała puszczona z cięciwy, tęsknota uderzyła w jej piersi. Skargi, szyderstwo, podejrzliwość, nagłe, twarde postanowienia i jeszcze bardziej nagłe upadki do nóg... Tatiana była milcząca, nie chciała oddać pocałunku, drwiła i raz wraz cisnęła opryskliwe zdanie. Po długich prośbach na klęczkach dowiedział się, że była w sklepach. Nie wierzył. Sztylet podejrzenia wrzynał się w serce. Szczególnie uśmiechnięta, półobrócona, drwiąca wyznała wreszcie, że poszła do kościoła Saint— Germain-des-Prés. Nabywszy świecę, postawiła ją przed posążkiem Matki Boskiej w bocznej nawie z modlitwą za Piotra, za jego zdrowie i za wszelkie dobro — z prośbami pokornymi o pewne łaski miłości, iżby się stało to, czego pragnęła w tajemnicy dusza. Klęcząc przed Tatianą Piotr ujrzał w niejakim widzeniu sczerniały posążek i rzędy świec płonących przed nim. Tatiana była prawosławna, on nijaki, niewierzący. A oto teraz ujrzeli oboje, schyliwszy ku sobie głowy i stykając się czołami, siłę kamienia, który wszystko zdawał się wiedzieć w tej niewiadomej, ciemnej jak głęboka noc, zagmatwanej sprawie miłości. Był tedy ktoś, kto mógł pomóc w męce dusznej, poradzić w obłąkaniu, popchnąć na drogę niewidoczną zgoła w tej niezgłębionej nocy miłości.

Piotr podniósł oczy na posąg daleki i pragnął sam doznać wskazania, doznać tego, co prosty lud od tylu wieków nazywa "nieustającą pomocą". Zdumiewał się zarazem nad koncepcją tego złudzenia, że mogłaby być siła, która by miała powszechną świadomość nie tylko tego, jak jest — małe zawiłe wewnętrzne szarpania, słodkie aż do śmierci omdlenia, nad którymi nie panuje rozum ni wolna wola — męczarnie i radości ekstatyczne, okrutne, zabójcze — lecz nadto mogła wiedzieć, jak trzeba... Tatiana mówiła cicho:

— Słuchaj mię... Modliłam się na kolanach, żeby Ona dała mnie, niegodnej, ażebyś ty wreszcie polubił samo życie, ażebyś przecie spostrzegł miękkość, radość i piękność. Prosiłam się Jej, żeby ci dała przejrzeć i widzieć świat dla nas stworzony, radosny — żeby twoją duszę raczyła zdjąć z tych okrutnych haków, na których ją rozpinasz.

— Taniu! — wyszeptał wspomniawszy swoją modlitwę.

Tulił ją w ramionach usiłując pochłonąć w pocałunkach, wcielić w swe serce, zmieścić w sobie, pokonać duchem i zamknąć w swych piersiach.

— Prosiłam się, żeby twoja polska ponurość i twardość zelżała, żeby się uśmiech w tobie narodził, żeby na ciebie pierwszy powiew wiosny przyleciał, żeby ci słońce zaświeciło w duszy...

Innego dnia biegł po zachylających się schodach nie jak człowiek żywy, lecz raczej chmura niesiona od wichru i wichrowi jedynie posłuszna. Pociągnął za dzwonek... Skoro otwarto, minął korytarz i trafił do drzwi ukrytych w ścianie. Stojąc przed nimi doświadczał uczucia, jakby się wcielał w głąb swego jestestwa. Ściana oddzielająca pokój Tatiany od korytarza była cienka, oklejona bladoniebieskim papierem. Dalej był już ślepy mur sąsiedniego gmachu. Piotr miłował ten pokoik, świątyńkę na ziemskim globie, gdzie przebywała bogini. Kochane były tam wszystkie sprzęty: szafa na suknie, stolik, krzesła, a nade wszystko wielkie lustro nad kominkiem, które w tafli swej miało obraz przecudnych kształtów i niebiańskich zdarzeń, a zatopiło te widoki w sobie, w lśniącej, uśmiechniętej tajemnicy. Nieme lustro, jak natura, nie znało wspomnienia, litości i marzeń — jak niezbadany los gotowe było na nowo ukazać w całym jej przepychu rozkosz albo zapomnieć o niej, nie odtworzyć już nigdy i milczeć o jej istnieniu aż do skończenia świata... Gdy Piotr wsunął się, a raczej wkradł do pokoju, Tatiana nie wybiegła, jak zawsze, na powitanie jego ust i ramion. Stała wśród pokoju bezradnie, blada i ociężała. Skoro się zbliżył przelękniony, szeptem wyjawiła mu, że nie spała przez całą noc, że usnęła dopiero o siódmej rano, i to na krótko. Na tysiączne pytania o przyczynę odpowiadała milczeniem albo monosylabami, które nic nie tłumaczyły. Wreszcie na gorące prośby, które zanosił klęcząc u jej kolan, wyznała, że o północy przelękła się i w drżeniu okropnym przetrwała noc.

— Czegóż przelękłaś się, Taniu? — dopraszał się po tysiąc razy.

— Ktoś się dobijał do mnie.

— Tutaj? O północy? Ależ przecie obok śpi generał...

— Tak, śpi. Ale cóż z tego?

— Może jakaś pomyłka?

— Nie. Ten, co się dobijał, nie pomylił się, wiedział, gdzie mnie szukać — rzekła z tak męczeńskim uśmiechem, że Piotr zdrętwiał w sobie.

— Któż to więc był?

— Nie wiem.

— A skądże wiesz, że to ktoś taki, co się nie pomylił?

— Bo wiem.

— Więc wiesz i nie wiesz?

— Tak, wiem i nie wiem.

Schyliła się, zwinęła w sobie i siedziała na łóżku z głową ukrytą w dłoniach. Włosy jej były rozkudłane, gruba chustka okrywała ramiona. Było coś nad wyraz bolesnego w tej niezmiennej postawie. Nie mógł posadzić jej na krześle, ocucić, dźwignąć. Wracała wciąż do swej dziwacznej pozy. Gdy podniósł jej głowę i zajrzał w oczy, zobaczył twarz bladą, bez wyrazu żadnego, a oczy martwe i zimne. Nic nie mówiła — a jeśli wyrzekła jakie zdanie, było obłudne albo bezmyślne. W pewnej chwili zza włosów, które jej twarz zasłaniały, rzekła w pełni rozumu, tonem, który zdradzał głęboki namysł:

— Jeśli mi dasz dziecko, to się już nie będę bała.

— A czy to nie pierwszy raz tak się boisz?

— Nie pierwszy.

— A kogo się ty boisz, kogo?

— Jednego.

— Wyznaj mi!

— Nie mogę.

— Przysięgnę ci, że ja potrafię wyrwać z ciebie tę obawę!

— Nie potrafisz.

— Ja nie potrafię?!

— Daj mi dziecko...

— Nie rozumiem cię...

Chwycił ją za ręce, objął ramionami jak skarb swój — i prosił się:

— Powiedz, kogo się boisz!...

Milczała po dawnemu. Milczała długo, okrutnie, złowieszczo dla siebie i dla niego. Wreszcie nie proszona rzekła sama:

— Jeden tu do mnie przychodzi.

— Kto? — szeptał Piotr.

— Jeden.

— Jakże wiesz, że przychodzi?

Podniosła znienacka głowę i rzekła wskazując na drzwi:

— Wczoraj te drzwi zaczął szarpać. Z dziesięć razy szarpał. Cała ta ściana trzęsła się, gdy tak targał... Boże! — jęknęła w boleści, rozglądając się zgasłymi oczyma i z wolna, bez sił opadając na posłanie.

— Ależ to przeciąg, wiatr ruszał te drzwi!

Milczała.

— Mówże, Taniu!

— Czego ty chcesz?

— Skąd ci to przyszło do głowy, że ktoś mógł się do ciebie dobijać? Dlaczego?

— Ja wiem dlaczego, i on wie dlaczego.

— Któż to taki? Na Boga, któż to? Powiedz!

— Nie powiem tego nigdy, nikomu, nikomu!

— Ani mnie?

Podniosła ramiona ociężałym ruchem, pełnym miłości, oplotła mu szyję i głowę jego przytuliła do piersi kochającej, w której gwałtownie biło wzburzone serce. Prosiła błagalnie:

— Nie żądaj tego wyznania. Nie mów o tym do mnie. Proszę o to przez naszą miłość...

— Dobrze, już nie powiem ani jednego słowa. Ale uczyń tak, gdy cię ogarnie obawa, a mnie przy tobie nie będzie: Przytul się, jak teraz do mnie, do mojej duszy. Przyciśnij mię do swego serca jak teraz. Ja będę z tobą na zawsze, aż do mej śmierci. Zasłonię cię! Ja jestem mężny, za ciebie potrafię umrzeć i każdego wroga zwyciężę!

— Tego wroga nie zwyciężysz... — rzekła z bolesną pewnością, kiwając ciężką głową.

— A czy nie mogłabyś powiedzieć mi przynajmniej, czego on od ciebie chce?

Zadrżała wszystka jak młoda brzoza u samego odziemka uderzona ostrą siekierą. Zęby jej szczękały, palce były jak sople lodu. Z oczu spadły strugi obfitych łez i z nagła obeschły. W źrenicach została szklista suchość tchórzostwa. Mówiła przyciszonym głosem szczerej prostracji:

— Nie wiem, czego on chce. To tylko wiem, że szarpał drzwi. Tak szarpał, że zasuwka wyginała się, a cała ta cienka ściana... Między futryną i drzwiami już była szpara! Gruz się sypał za tapetami, suche pacyny spadały koło łóżka...

Skurczyła się, znowu przywarła całym ciałem do Piotra z tak bezdenną boleścią i tak wstrząsającym jękiem, że przeniknęło go zimno boleści jakby mróz z zewnątrz, z jej ciała wypływający. Uczuł jej boleść w sobie i zimno jej serca z wolna przenikające do swego serca. Podniosła głowę i zapytała z cicha:

— Czy ty lubisz tych Polaków?

— Skąd to pytanie? Na co ci taka odpowiedź, Taniu?

— Tak — pytanie...

Zamilkła i, zdało się, w objęciu jego usnęła. Ale po westchnieniu znać było, że nieszczęście w niej czuwa i działa.

— A może to jest jaki umarły — ten, co do ciebie przychodzi... — rzekł Piotr z bezmyślną ironią.

Nie odrzekła nic. Westchnęła.

— Przynajmniej mi to wytłumacz...

Rzuciła z nakazem:

— Nie mów!

Po długiej, długiej chwili znowu podniosła głowę i zaczęła prosić się w głębi serca szeptem miłosnym, zwierzeniem najszczerszym, ujętym w bezmyślne słowa:

— Daj dzieciątko... Daj córeczkę czarnobrewkę, czarnowłosą... Daj dzieciątko... Będę ją po nocach trzymała przy piersi, będę ją tuliła na sercu. Serce ucichnie... Ja już słyszę jej płacz... Daj dzieciątko.

Na ogół biorąc, Tatiana była uparta i skryta. Jeśli nie mogła pojąć chaosu duszy Piotra i wyrywających się zeń słów i zdań, nosiła w sobie podejrzenia albo ból i nie mogąc im dać rady wymierzała na winowajcy jakby zemstę. Zaprzeczała dawno ofiarowanej łasce, cofała przyrzeczenia, które już od dawna były skarbem obojga. Dopiero w chwilach najwyższej ekstazy łaska wracała i wynurzało się wyjaśnienie, komentarz do tajnego źródła niełaski. Odsłaniała się znowu prawda, a odblask wewnętrznego jestestwa duszy pokazywał się w promieniach radości. Podówczas stawała się znowu dobrą i nagradzała zadany ból w sposób królewski, ze wzniosłą szczodrobliwością. Szczęście stawało się coraz bardziej ciche, bezsłowne, oniemiałe, zastygłe w jakowymś kwiatku uwiędłym, w szczególnym pocałunku, w nazwie imienia wynalezionej genialnie, w uśmiechu. Wówczas podnosili się wzajem ku sobie i stawali duchowo bliscy. Tatiana wpatrywała się w jego oczy i wyczytywała w nich myśli, jakby były za pomocą liter i słów utrwalone, spostrzegała w nich piękno i wzniosłość...

[edytuj] XIV

Podczas drugiego miesiąca pobytu generała Polenowa w Paryżu przez jego salon przewijać się począł korowód Francuzów. Byli to przeważnie majsterkowie interesu, dziennikarze polujący na materiał do plotek o Rosji. Bywali jednak i artyści, literaci, muzycy. Niemal każdy z nich zostawiał u stóp Tatiany daninę spojrzeń, cichych westchnień i wykwintnie zamaskowanych wyznań. Jej to pochlebiało. Lubiła te francuskie hołdy. Ten i ów z przygodnych wielbicieli otrzymał jej powłóczyste spojrzenie, inny chwilę dłuższej rozmowy. Pewien redaktor artystycznego pisma wyjechał nagle do Szwajcarii w obawie o losy swego serca. Pewien komediopisarz obdarował ją swymi dziełami, zbogaconymi kwiecistą dedykacją. Pewien młody artysta zaczął malować jej portret. Chodziła sama do jego pracowni pozować. Piotr odprowadzał ją do drzwi pawilonu w ogrodzie i czekał. Serce ściskało się w nim i dusza zamierała na rogach ulicy, gdy się tłukł jak ptak z wykręconymi skrzydłami, nagle złapany z wolnego powietrza miłości i z przestworów szczęścia w ciemność zdradzieckiego potrzasku.

We wzroku upadłym na ziemię śniły się przeraźliwe widziadła. Cóż by za to dał, żeby wzrokiem tym przebić ogromne ściany i ujrzeć, czy prawdą jest, co podsuwała wyobraźnia — i jeżeli to prawda, zadać duszy własnej ostatni i nieomylny cios. I oto nagle Tatiana wychodziła wesoła, rozbawiona, pustująca, pełna jakby nowego blasku i zapachu. Wszystko znikało jak mrok wobec światła. Jej wonne ręce, radosne oczy odpędzały wszelki smutek. Zanosiła się od śmiechu, właśnie z Piotra. Piąte przez dziesiąte opowiadała, co to jej nawyznawał malarz. Raz zwracała uwagę Piotrową na redaktora, jako tego, który "rzeczywiście" mógł być uważany za "coś" — to znowu tajemniczo wspominała o komediopisarzu...

W trakcie tych zdarzeń jednej nocy Piotr długo nie mógł zasnąć. Postać malarza, którego zresztą nigdy na oczy nie widział, lecz wady i zalety znał z opowiadań Tatiany na pamięć, snuła się w mrokach snu jak doskonale wyraźne widziadło. Spostrzegł oto Tatianę rozmawiającą z człowiekiem nieznanym, który do niego, widza, tyłem był odwrócony. Widział miłosny wzrok Tatiany zwrócony na twarz tamtego człowieka.

Patrzył tak długo na jej oczy, które były jego własnymi, jego szczęściem, jego życiem — oddane cudzemu wzrokowi... Straszliwa siła snu zdawała się przebijać wielkie mury, wyważać zamknięte drzwi, otwierać okna i ukazywać, co się za nimi działo. Z tych bolesnych jasnowidzeń, od rozmów w sposób diabelski podsłuchanych, unosiła go siła łaskawsza i powracała w stan niewiedzy. W męce sennej podejrzliwości i na istnym ruszcie wyolbrzymiałych trwóg — smażył się do rana.

Gdy nagle, jak kamień, usnął, przyśnił mu się inny widok, pamiętny na całe życie. Zdało się, że po długim niewidzeniu i po dokuczliwej tęsknocie miał się spotkać z Tatianą. Kazała mu przyjść na brzeg morza, nad jakowyś brzeg, który gdzieś w życiu czy na malowidle widział. Były tam suche, kolczaste osty na szczerym piasku, kłującą trawą słabo porośnięte wądoły. Wokoło leżały górami białe wydmy. Suche stosy alg z morza wyrzuconych wydzielały przykry zapach. Dalej ku morzu szczerzyły się kamienie rudym mchem porośnięte, a u samej fali złociła się prześliczna, gładka plaża, jak dziecko przez matkę po milion razy wycałowana przez morze. Piotr szedł we śnie z pośpiechem, ażeby co prędzej ujrzeć Tatianę. Ale oto wypadło mu minąć dom kamienny, chałupę o niskich drzwiach i rozwartym oknie.

W tym oknie tłoczyli się jacyś ludzie, jakieś kobiety. Minął te drzwi i okno śpiesząc co żywo. Lecz niespodzianie usłyszał głos: Tatiana wychyliła się z rozwartego okna i zawołała go po imieniu. Znakami kazała mu iść dalej w tym samym kierunku, nad morze. Zeszedł między dwiema kępami twardej ziemi na wymytą plażę. Nadeszła. Twarz miała rozognioną. Śmiała się śmiechem nieznośnym, bolesnym, wyszydzającym jego zazdrość. Gdy się zbliżyła, zapytał, czemu jest tak czerwona. Wtedy wyrecytowała:

— Wyobraź sobie... No ten... (wymieniła jakieś nazwisko, które usłyszał, lecz w sennej boleści natychmiast zgubił i zapomniał).

— Kto?

— No ten... (Znowu wymieniła nazwisko).

— Cóż takiego?

— Domyśl się, Piotruś — i przebacz, no, przebacz! Nie mogłam się obronić. Ach, jakiś ty śmieszny, jaki śmieszny!

Straszliwe senne cierpienie rzuciło go na ziemię, do jej nóg. Objął rękami jej kolana, opasał je z rykiem nie jednego człowieka, lecz jakby z rykiem całego świata. Pękającymi od zduszenia płucami począł wniebogłosy wrzeszczeć, wzywać Boga na pomoc, na pomoc! Wzywał Boga, ażeby jej kazał zaprzeczyć, ażeby jej z gardła wydarł to słowo. Krzyk jego wzmagał się, rozpętywał, jakby w nim ryczała szalona nawałnica. Tatiana śmiała się nad tym jego krzykiem swym cichym, zażenowanym, zgłupiałym chichotkiem. Gdy się wreszcie ocknął zimnym potem zlany, dziękował Bogu, że to był tylko sen...

Jakby na zaprzeczenie tym snom bywali w tymże czasie bardzo długo razem. Tak długo, że czas zdawał się znikać, sama miłość niemieć z rozkoszy i w nicość się osuwać. Cudne, wolne już od rozkoszy znużenie niby ręka mądrości rzucało na piękność zasłonę. Mówili teraz szeptem bez uniesienia i bez żalu o tym, w jaki by sposób zapobiec rozłączeniu swemu teraz czy kiedykolwiek, czy w wieczności. Znajdowali, że ta chwila jest najstosowniejszą i najistotniejszą...

Pewna myśl jakby zapomniana na ziemi kazała Piotrowi zamilknąć. Powiedział jej o tej myśli. Uczuł natychmiast przebiegające jej ciało gwałtowne uczucie, zimny dreszcz. Nie mógł go z łona jej wycałować, wyrwać z serca, wydobyć z myśli. To uczucie nie nazwane i nie wypowiedziane tkwiło w niej widomie jak żądło pszczoły w żywym ciele. Leżała bez ruchu, patrząc w ciemność otwartymi oczyma. Z ulicznych latarń wsączała się do pokoju nikła poświata i lśniła na tych czarnych, wypukłych źrenicach... Wtedy to za oknem, w głębi ciemnej ulicy rozległa się piosenka starego żebraka bez ręki. Znali tego trubadura od dawna, lubili jego basowy głos i jego tułacza pieśń:

Non, tu ne sauras jamais,
Oh, toi qu'aujourd'hui j'adore,
Si je t'aime, si je te hais,
Si je t'aime, si je raille encore...

Miłość dosięgła tej granicy, że myśl i uczucie malowało się jak czytelne pismo w blaskach, uśmiechach i połyskach. Czytał w tych oczach wpatrzonych w ciemność myśl wewnętrzną. Toteż począł mówić o wewnętrznym swym świecie, o straconym ojcu, polskim powstańcu, o jego mogile w pustce pod lasem, o spróchniałym krzyżu... Widział wciąż wypukłe, słabo lśniące źrenice. Całował żarliwe wargi i policzki pełne wieczornej słodyczy.

W pewnej chwili rzekła:

— Przestań już o tym mówić. Mam wstręt do tych twoich wszystkich historii. Nie mogę tego przed tobą ukrywać...

Zamilkł. Leżał bez żalu, bez smutku. Patrzał w ciemność jakby w wiadomy obraz swej samotności.

W pewnej chwili podniosła się, oparła na ręce, nachyliła twarz nad nim i zasłaniając ciemność sobą zapytała:

— Ty jesteś w duszy Polak? Taki sam jak twój ojciec?

— Tak.

Usta jej spoczęły na jego ustach, usta gorące jak płomień. Lecz oto wnet kurcz począł łamać, targać, wyginać, trząść drżeniem te śliczne — prześliczne usta. Och, ów tyle znany lament! Płacz wewnętrzny począł targać całe ciało, przechylać je tam i sam, jak chciał — i miotać po pościeli. Ciężka głowa, obarczona masą włosów, jak bryła kamienna zapadła się w poduszki i szloch niestrzymany począł rzucać tę bezsilną, nieszczęsną głowę, taczać ją jak ciężar materialny. Tatiana przekręciła się i zapadła na twarz w pościel. W płaczu bez końca skruszyła się jej wola zawsze żelazna i rozsypała na proch. Płacz ten był tak bolesny, tak rozdzierający, tak ostatni, że sam już był granicą.

Piotr czuł, że ani jedno już z mowy człowieczej słowo nie może go przerwać ani uciszyć. I cóż mogło uciszyć to zapamiętałe, ponure, śmiertelne łkanie? Ażeby podnieść i ukoić tę płaczącą głowę, trzeba by było przekreślić i wyrzucić z pamięci dzieje ojca, krwawe, leśne konanie pod kulami — trzeba by było Rosji wolę najezdniczą, w śniegach bezmiaru na potęgę i posłannictwo wyhodowaną, w łagodne braterstwo odmienić...

Piotr zacisnął w sobie jęk, jakby udusił wyhodowanego ptaka. Przypadł ustami do burzy włosów, objął rękoma ukochane ciało i tulił je, targane od spazmów płaczu, w silne ramiona.

[edytuj] XV

Pewnego dnia generał zawezwał Piotra depeszką pneumatyczną "na chwilę rozmowy". Przeczytawszy ów list, Piotr zrozumiał, że nadeszła chwila stanowcza i że trzeba będzie zdać rachunek. Nigdy o tej minucie nie myślał, nie był w stanie myśleć, a nawet mężnie i świadomie nie chciał myśleć. Teraz oczyścił ubranie, uporządkował papiery i rzeczy, ułożył wszystko — i poszedł. Wkraczając na schody wspaniałego hotelu marzył o Tatianie — to znaczy — składał na jej ustach żałosny pocałunek.

Generał zajmował na drugim piętrze wielki salon, cały wysłany dywanem i zastawiony wykwintnymi meblami. Z ulicy przez otwarte na balkon drzwi wdzierał się nieznośny hałas. Toteż generał własnoręcznie je pozamykał. Piotr spod oka obserwował jego ruchy i sennie przemierzał całą rozmowę, która nastąpić miała. Wiedza o tym, co mówić, jakie dawać odpowiedzi, układała się w krótkie, szybkie, bardzo proste zdania. Pomyślał: "Będę do upadłego bronił honoru Tatiany, a o sobie powiem prawdę". Generał odwrócił się od okna i rzekł zacierając ręce:

— No, Piotr Iwanowiczu, co sądzisz o tych wszystkich zjawiskach? Czas już zdać sobie sprawę!

— To jest — śmiem zapytać — z czego?

— Z tej ich całej Francji.

Piotr doznał zabawnego wrażenia: — coś jakby przed bitwą na szable, w chwili podniesienia broni, przeciwnik zaproponował zamiast ciosów w pałasze — uderzenie w kielichy.

— Francja — rzekł ociężale. — Śliczny naród! Najpiękniejszy naród na kuli ziemskiej, najbardziej wyćwiczony w rzeczach rozumu, najdzielniejszy... Każda niemal kobieta piękna, wszystkie wykwintne, zgrabne, pełne wdzięku. Mężczyźni przystojni, a jakże często bajecznie piękni! A dzieci! Takich dzieci, jakie się tu widuje w Ogrodzie Luksemburskim, niepodobna zapomnieć. To ozdoby rodzaju ludzkiego.

— Ależ nie o tym! kobiety w istocie... — westchnął znacząco generał. — Prawdę powiedziałeś. Ale całość, całość, bracie. Ja ci wyznam: jestem rozczarowany, roz-czaro— wa-ny...

— Dlaczego?

— Toż popatrz, co to za naród! Piękna, ale wymierająca rasa. Wymierają! Co pół roku ubywa ich osiemnaście tysięcy. Za kilkadziesiąt lat będzie ich wszystkiego dziesięć milionów na świecie.

— Mają trzydzieści milionów ludzi pod swym panowaniem w koloniach. Mają już podobno armię kilkudziesięciotysięczną z Murzynów złożoną.

— Murzyni to nie Francuzi.

— Murzyn potrafi tak samo strzelać do Niemca z karabina maszynowego jak Tunguz albo Czeremis. A na oficerów wskazujących, do kogo strzelać, samych Francuzów wystarczy.

— I te kolonie ich rządzone są po barbarzyńsku. Rzeczpospolita operuje środkami Burbonów i Napoleonów. Nie idą śladem Anglików. Serca nie widzę.

— Serca... — zaśmiał się Piotr.

— Właśnie serca! Dziś, bracie, zrozumiano nareszcie, że Francuz w Kanadzie może być najwierniejszym synem Anglii, jeżeli mu serce okażesz.

— Tak, być może — mruknął Piotr. — Choć to nie wszędzie jeszcze w zupełności zrozumiano.

— Co powiadasz?

— Nic. Ja tak sobie... Często widuję tutaj elegancko wystrojonych Murzynów flirtujących z bardzo pięknymi pannami z najlepszych rodzin.

— A ja właśnie o tym chciałem z tobą pomówić...

— O czym, panie generale?

— O tym twoim złośliwym uśmiechu.

— O uśmiechu?

— Właśnie, o uśmiechu. Patrzę ja na ciebie spod oka, Piotrze Iwanowiczu, przypatruję ci się od dawna. Coś w tobie jest, coś ty w sobie przegryzasz — przebacz porównanie! — jak koń wędzidło.

— Nic niewart koń, który wędzidła nie gryzie — rzekł Piotr wykrętnie.

— Nie, nie! Chciej mię zrozumieć. Wejdź w moją myśl i idź za nią krok w krok aż do samego końca. Dlatego zacząłem rozmowę o Francji. I cóż Francja? Zjadła wszystkie studenckie hasła, połknęła wszelkie socjalizmy. "Towarzysze" zasiadają na fotelach ministrów.

— Tacy też to i "towarzysze"! Dlatego zasiadają, że najlepiej wiedzą, jak się do "towarzyszów" zabierać, jak ich tępić własną bronią.

— Wszystko to jedno. A w narodzie — co? Konserwatyzm, rutyna, rozdrobnienie własności na jednomorgowe gospodarstwa, rolnictwo w upadku, skąpstwo sklepikarzy...

— Najbogatszy to naród na ziemi.

— Zaraz, zaraz... — perorował generał — najbogatszy... Sto tysięcy apaszów w Paryżu, na wsiach brak nowoczesnych urządzeń, a nade wszystko szkół; w armii nieład, brak subordynacji, kradzieże broni i sprzedaż jej nieprzyjacielowi; w szkołach wyższych — rutyna, w szpitalach, na poczcie, w biurach przestarzałe, formalistyczne porządki; na kolejach przedpotopowe wagony, jakich już nigdzie na świecie nie ujrzysz, chyba w muzeach — grubiaństwo służby i humorystyczny bezład... Czytam ja tu w piśmie poważnym artykuł i za boki się trzymam. Roztrząsają pytanie, czy apasza tracić na gilotynie czy wysłać a la Nouvelle, czy dać prawo agentowi napadniętemu przez apasza, żeby mu bezkarnie w łeb palił. Agent policji zabity przez apasza kosztuje państwo pięćdziesiąt tysięcy franków. Skazanie apasza na deportację kosztuje osiemset franków rocznie. Skazanie go na śmierć kosztuje summa summarum wraz z sądem, z wydatkiem na jego królewską mość mr Deiblera — trzy tysiące franków. Tymczasem dwa strzały agenta do apasza z rewolweru "nr 11" kosztują 20 centimów. Ponieważ zaś, jak z tego rachunku wynika, ça coutera moins cher, a więc nowoczesny citoyen nie ma wyboru. Do tego pytania, jakim sposobem najtaniej zadać można legalnie śmierć obywatelowi rzeczypospolitej, sprowadziło się w rzeczywistości prawo człowieka i obywatela w tej nowoczesnej Francji.

— Mnie się zdaje, że nie jest tak znowu źle. Toż to ta nowoczesna Francja przeprowadziła rozdział Kościoła od państwa, postawiła nowoczesną, niezależną oświatę, z wolna, ale usilnie reformuje istotnie skandaliczną rutynę w rozmaitych dziedzinach życia społecznego — jest siedliskiem nauk, wynalazków...

— Mnie się wydaje, że się tu nic nie reformuje. To kraj po staremu zatopiony w sobkostwie życia, któremu to sobkostwu anarchia dodaje mocy. Rządzą krajem karierowicze. Każda ich grupa chcąc się u steru utrzymać musi schlebiać dusigroszom. Tu ciągle jeszcze trwa zamęt wielkiej rewolucji. Rządzące menery wciąż się gilotynują, tylko za pomocą innych, ale też i nędzniejszych, filisterskich i po adwokacku przebiegłych sposobów. Piotr Iwanycz, patrz dobrze na tę nowoczesną Francję!

— Dlaczegóż to ja właśnie, panie generale?

— A dlatego ty, a nie kto inny, że ty wędzidło gryziesz. Ja ci powiadam: ruskie wędzidło to mądry narząd!

Piotr milczał.

Generał dorwał się do właściwego prądu swych myśli. Oczy mu się paliły, na wygolonych policzkach zakwitły rumieńce. Chodził wielkimi krokami po dywanie salonu i nie patrząc już na swego gościa dowodził:

— Nowoczesna Francja, toż to argument najoczywistszy, do czego prowadzi dywagacja wielkich zasad w sztuce rządzenia. Ludzie zmieniać się mogą, pokolenia znikać po pokoleniach, lecz myśl musi być stała i jedna. Narody mają swe misje. Ludzie rządzący muszą rozumieć misję narodu pod karą straszliwej odpowiedzialności. Takim człowiekiem w Rosji był Mikołaj Pierwszy. Ten człowiek stworzył dusze ludzi rosyjskich. Miał zarówno rękę żelazną, jak miłujące serce ojca. Toteż to był twórca nowoczesnej Rosji, monarcha i człowiek. Pojmowali go ludzie. Pojmował go twój dziad i dziad stryjeczny. I ty powinieneś pojąć wielkość tej postaci, Piotr Iwanycz.

Rozłucki milczał.

— Milczysz? — zapytał generał natarczywie, stając naprzeciwko niego.

— Jestem oficerem niskiego stopnia. Niczym nie kieruję. Przeciwnie, mną kierują wszyscy... — rzekł łagodnie.

— Ale możesz zajść, dokąd zechcesz. Może nadejść chwila, że przyjdzie ci kierować. Cóż wtedy? Rozumiesz, co ja mówię? Cóż to za żołnierz, co nie nosi w tornistrze marszałkowskiej buławy!

— To nie zależy ode mnie, lecz od mnóstwa okoliczności.

— To zależy od ciebie! — krzyczał generał. — Tylko od ciebie!

— Jakimże to sposobem, panie generale?

— Krótko ci powiem. Jesteś na najlepszej drodze. Byłbym w tym, ażebyś zrobił karierę...

Rozłucki powstał ze swego miejsca.

— Ale — ciągnął generał kładąc rękę na jego ramieniu — muszę wiedzieć, czy jesteś ruskim człowiekiem do dna duszy, czy kochasz Rosję tak jak twój dziad, jak ja... Muszę wiedzieć, czy jesteś człowiekiem mikołajowskiego zastalenia duszy, o którym ci mówiłem przed chwilą. Tymczasem — niestety! — ja w tobie widzę jakąś wewnętrzną skazę.

— We mnie jest skaz bardzo wiele.

— Każdy z nas przeżywał młodość. Rozumiem. Burza w duszy, i tam to wszystko...

Ale — powiadam — patrz na Francję. Czy zgubność zasad nie doprowadziła jej do tego, że niech wejdą Niemcy...

Generał począł szeptać:

— Nie oparliby się aż w Pirenejach, aż w oceanie.

— To jeszcze kwestia...

— To dla mnie tak jest oczywiste, że nawet nie będę o tym mówił. Jestem oficerem i rozumiem rzecz. Czy wiesz, co zrobią ci czerwoni żołnierze w chwili najścia nieprzyjaciela? Rzucą karabiny albo skonfederują się przeciwko swej zwierzchności na podstawie zasady, która im przypadnie do smaku.

— Rosja poczytuje się za niezwalczoną potęgę, a czy tak jest w samej rzeczy? Czy tam wad nie ma?

— Wady są wszędzie, bo Rosja to ludzie. Lecz "z nami jest Bóg!"

— Dostojewski pisał w Dniewniku pisatiela...

— Co mi tam Dostojewski! Władza, nie jakiś pisarz!

— A toż przecie jest piewca władzy, twórca mistyki państwowej rosyjskiej tego wieku! Można by powiedzieć: ojciec duchowy "czarnej seciny".

— Kogóż to przezywasz "czarną seciną"?

— Cokolwiek prorokował ten wieszcz, spełniło się lub spełnia, ale wspak, na odwrót. Gdyby kto chciał utworzyć najzjadliwszą satyrę na Rosję nowoczesną, niech odczyta publicznie dytyramb mistyczny na jej cześć, proroczą wizję jej przyszłych dziejów w Dniewniku Dostojewskiego. Wielka jest w Rosji pycha.

— Cóż to nazywasz pychą naszej ojczyzny?

— Pychą nazywam żądzę krzywdy, którą ona nazywa swą misją.

— Oto jest nareszcie twoje słowo. Kogo gdzie Rosja skrzywdziła? Kogo? Mów!

Piotr milczał.

— Wiem, jaka myśl przenika cię teraz. Ale czyż Rosja nie jest ojcem i matką dla tego narodu? Czy nie uwolniła chłopów z pańskiej jego opresji? Czy nie dzięki nam powstał w tym kraju przemysł, miasta, nowoczesna industria, kopalnictwo, koleje, żywy ich handel z naszym Wschodem? Kto zresztą w Rosji prześladuje, krzywdzi albo nie lubi Polaków? Ja sam...

Generał zniżył głos:

— Ja sam głęboko ich lubię. Świetny i piękny naród. Wszystko u nich swoje i nadobne, miękkie jakoś, subtelne, niezrozumiałe. To tak. Lecz nasza państwowa racja stanu nie może się bawić w sentyment. Patrz pilnie dokoła siebie, Piotr Iwanycz. Ratuj swą duszę!

— Duszę? — uśmiechnął się Rozłucki.

— Tak, duszę! Rosja musi mieć synów wiernych. Kto jest z nią, ten musi być z nią nie połową, lecz całą duszą. Możesz stać się odszczepieńcem... jak... twój ojciec.

Piotr spojrzał mu w oczy surowo i śmiało.

— Każdy człowiek ma jedno przynajmniej prawo, które nie może mu być odjęte: prawo do swej duszy.

Generał ciężko dźwignął się z krzesła. Był chmurny, przybity. Mruknął trwożnie, niemal ze wstydem:

— Piotr Iwanycz... pamiętaj na Tatianę...

— Tatianę... — powtórzył Rozłucki czując, że blednie.

— Nie rozmawiałbym ja tak z tobą, gdyby nie ona... — wycedził generał przez zęby.

[edytuj] XVI

Urlop Piotra skończył się wcześniej od generalskiego. Tatiana nie chcąc dłużej zostawać w Paryżu wymogła na ojcu, ażeby na resztę czasu wyjechać nad morze, do Szwajcarii i Tyrolu. Ostatnie dni zeszły szybko, przeleciały jak na ptasich skrzydłach.

Rozstawali się. Było to tak proste i tak nie do wiary...

Ostatnimi czasy przez pustotę i kobiecą żądzę hołdów Tatiana pozawiązywała jakieś bliższe znajomości — z owym malarzem, który jej portret do nieskończoności "wykańczał", z redaktorem i jeszcze z innymi. Piotr przypadkowo przeczytał list malarza do Tatiany, list, którego tytuł brzmiał: "Chere Amie...", aczkolwiek treść była obojętna i przyzwoita. Ileż cierpień sprawiły mu te dwa wyrazy! Tatiana przysięgała na wszystko, że niczym nie upoważniła do nadawania jej takiego tytułu przez obcego mężczyznę, płakała tak rzewnie i tak szczerze, aż przekonała. Musiał sam w swym mniemaniu przystać, iż jest to zwyczaj francuski nadawania miłym znajomym tak poufnego w listach tytułu. Ale wkrótce wpadł Piotrowi w ręce inny list, zapraszający na seans portretowy, a zakończony przed nazwiskiem słówkiem: "Votre"... Znowu wybuch zazdrości i znowu strugi niewinnych łez. W kilka dni później Tatiana przyszła z miasta wzburzona i sama opowiedziała Piotrowi, że przypadkowo spotkała na ulicy owego malarza, szła z nim przez czas pewien i że wtedy "ten osioł" zaproponował jej wspólne spożycie obiadu, i to gdzie? — W Saint-Cloud. Przysięgła, że mu dała ostrą odprawę, "zbyt nawet ostrą, jak na winę tego osła". Piotr już nie wierzył. Szalał z wściekłości. Tegoż dnia nadszedł list od malarza przepraszający za nietakt, jakiego się dopuścił, ale z zakończeniem, że pomimo tych wszystkich jego nietaktów "nie może się pogodzić z myślą, ażeby go już ani trochę nie lubiła". Rozłucki zażądał, ażeby do owego malarza napisała list z oświadczeniem, iż ma narzeczonego, który jest jej ukochanym i jedynym — iż z powodu nagłości wyjazdu żegna swego portrecistę, a nie mogąc go już więcej zobaczyć, dziękuje mu za swą piękną podobiznę itd.

Tatiana z radością i bez wahania napisała ten list. Ze śmiechem obydwoje odnieśli go na pocztę i sprawa została ubita.

Ale oto pewnego dnia na wyjezdnym, gdy weszli obydwoje do ulubionej kawiarni, ażeby może ostatni raz nasycić się dobrą chwilą, zbliżył się do Tatiany starszy garçon i wśród wielu ukłonów, przeproszeń i omówień oświadczył, że monsieur de Eagle polecił oświadczyć o swej obecności w tej cukierni...

Piotr wiedział, że takie jest nazwisko redaktora, ale nie znał go osobiście. Zdawało mu się, że omdleje z rozpaczy. Chciał wyjść. Tatiana pochwyciła go niepostrzeżenie za rękę, a do garçona rzekła, że nie zna od tej chwili owego pana de Eagle.

Głuche podejrzenia nurtowały duszę Piotra. Męczył się, poniżał aż do śledzenia kroków ukochanej, aż do przeglądania jej pudełka z listami. Przeszukując owo pudełko trafił na ostatni list malarza po oświadczeniu Tatiany, że ma ukochanego narzeczonego.

Malarz pisał z zabawną wyniosłością o swej duszy łacińskiej, tak różnej od duszy słowiańskiej — nie zgadzał się, ażeby zasłużył na wyrok zanadto surowy, jaki go spotkał, i jako "latyn" wysypał istny kosz słów banalnie ugrzecznionych... I oto wśród tych wszystkich trosk zazdrości i wśród dowodów miłosnego poświęcenia, które zazdrość niweczyła do ostatniego śladu, by za chwilę sama zniknąć bez śladu w ogniu jakiegoś nowego podejrzenia — nadleciał nagły i niespodziany dzień wyjazdu. Wszystkie troski miłosnego dnia jak olbrzymie góry zapadły się w ziemię.

Piotr znalazł się na Dworcu Północnym, odprowadzany przez Tatianę i mademoiselle Mathilde. Wielka hala pełna była dymu. Ukazała się oczom jak straszna baśń o tym, co się ma dokonać. Tatiana zanosiła się od płaczu. Na nic nie pomnąc obejmowała Piotra i przytulała się do niego jakby w śmiertelnej przed czymś trwodze. Wskazówki wielkiego zegara posuwały się nieubłaganie, niemiłosiernie... Tatiana jeszcze raz pochwyciła ręce Piotra i wyciskając na nich bolesne pocałunki błagała o przebaczenie za to, co przez nią wycierpiał.

Pociąg drgnął, poruszył się — i Tatiana znikła. Rozłucki zamknął oczy. Boleść nieznośna rozdzierała jego serce. Ręką ścisnął sobie gardło, żeby zadusić w nim głośny szloch. Po chwili opanował się. Drogę z Paryża do Warszawy przebył w zimnym spokoju. Wysiłkiem woli zniweczył w sobie wspomnienia, odsunął wszystko, co mogło przemówić o Tatianie. Dobrowolnie wkroczył do jakiegoś świata, gdzie wszystko było wyzute z własności jego duszy. Otoczył się rzeczami i wyobrażeniami martwymi.

Po powrocie do mieściny zabrał się co prędzej do swych robót. Ileż trzeba było siły, żeby uczęszczać do domu generała i pracować w pustych pokojach! Wola niweczyła wszystko, co tylko mogło być słabością, lecz nie była w stanie zniweczyć miłości samej. Oto wśród rozmowy osób nieznajomych nagły się ożywał śmiech Tatiany albo ton jej głosu zabrzmiał i zaraz przepadł. Nadaremnie było wsłuchiwać się w ciszę, ażeby jeszcze raz głos posłyszeć... Znikał i nie można było przypomnieć sobie tej mowy jedynej, tak dalece zapadła się w otchłań. Zdawało się, że uszy ogłuchły i nigdy już nie posłyszą tamtego dźwięku. Kiedy indziej owal twarzy obcej jakiejś kobiety przypomniał linię i barwę policzka. Przypomniał tylko dla urągowiska, bo nic na ziemi nie mogło uprzytomnić cudności jej twarzy. W ciągu długich godzin nie można było przypomnieć sobie ani kształtu, ani barwy, ani nawet zarysu czarującego zatoczenia skroni, gdzie milion razy spoczywały usta. Zdawało się, że oczy wypatrzyły już wszystek wzrok i nic już na ziemi zobaczyć nie mogą z tego, co było miłością serca.

W nocy ocknąwszy się Piotr zatapiał oczy w ciemność, bo stamtąd patrzyły prześliczne źrenice. Lecz gdy minęła krótka chwila złudzenia, nastręczała się tylko ciemność. W sercu powstawał krzyk żalu, którego wola nie mogła zagłuszyć. Nieraz zza ramion dawał się słyszeć szept spieszczający imię, wołanie pełne czułości, które jedyne usta umiały wydać. Częstokroć wśród pospolitej w gronie kolegów rozmowy pokazywały się przed oczyma różane usteczka. Tak pewnego razu, gdy byli razem, te usta ukazały mu się nagle, na nowo, jak zjawisko dające znać o swej piękności szczególnej. Teraz te usta za coś karały cofając się przed wzrokiem w ciemność, uciekając przed myślą i niby skutek nieprzebłagany zostawiając po sobie nicość w wieczności.

W miarę jak przybywało dni oddalenia, wzmagała się tęsknota. Żal stawał się coraz cichszy, coraz skrytszy i coraz głębszy. Wyszły z nicości i stanęły obok Tatiany wszystkie przeciwieństwa i załamania losu obojga. Ni żyć, ni umrzeć! Piotr wiedział, że jeśli ona wróci, musi się zdecydować na prawo albo na lewo — iść tu albo tam. Musi rozstać się z nią lub rozstać ze sobą. Patrzył w swoje nieszczęście i w niezgłębioną swą miłość. Nie mógł uczynić wyboru. I oto wówczas gdy stał na sypkim brzegu, przychodziły najbardziej czarodziejskie wspomnienia...

[edytuj] XVII

W jakiś tydzień po przyjeździe, wczesnym rankiem puścił się do Cierniów. Przybywszy na folwark, konia zostawił w stajni, a sam według wskazówek kucharki udał się na poszukiwanie stryja, który był w polu. Zastał go przy sianokosie. Z niskich łąk nad rzeką poszli ku domowi bliższą drogą, przez dolinkę między dwoma płaskowzgórzami, wciśniętą między ich strome stoki. Ukazała się oczom i rozwinęła przed nimi jak skarb schowany zazdrośnie między ramionami i ukryty na sercu.

Dróżką kamienistą, dwukolejką dostępną dla chłopskiego jeno wozu, twardą i stromą, obrośniętą przez paproć, dzikie jeżyny i chwiejne od wiatru skabiozy, weszli w ów wąwóz. Strumień z dala zagrał im w oczach, połyskując tam i sam między trawami. Płynął głęboko w glinie krętym korytem, które obrosło najeżone ciemne sitowie.

Barwne motyle i błękitne ważki migotały tam jak latające kwiaty nad szypułami głogów, wśród gałęzi rokicin i nieprzebytych zarośli młodej dębiny, brzózek i kalin. Dróżka zamieniła się na ścieżkę, miejscami twardą i białą, uginającą się jak tęgi rzemień, miejscami rozkisłą i zarzuconą płaskimi kamieniami. Wkrótce dróżka stała się tajnym chodnikiem w trawach dla pojedynczego człowieka. Nie skoszona łąka bujała za wolą wiatru, stając się to wskroś pochyle-płową od mietlicy, to z nagła cudnie rumianą od centurii i koniczyn albo zbielałą od miodownika. Gdzieniegdzie tęgie połacie dostałej trawy powaliły się od fali wiatru ni to ludy jakieś przeżyte, okwitłe i niechętne nowych dziejów, gardzące wyniosłym życiem. A wpośród nich stał wysmukły, przecudny, błękitny kwiat i jak wyniosły wieszcz dumał nad tym poziomym światem, a sam jeden zań stał.

Czasami wszystek świat łąki zacichał. Ustawał wszelki w niej głos i ruch, zamierał ostatni powiew i tylko jedno jedyne błękitne kwiecie czuj-duch patrzyło z ziemi w niebiosa. Ale wnet wiatr, fruwający po zaroślach, wszczynał kędyś daleko muzykę poszeptną, wzniecał podzwonną. Zanosiły się na nowo pasikoniki — chwiały dalekie królestwa, państwa rozległe, uchylały tajnie głębokie i zachwycała wzrok odsłoniona barwa niezapominajek albo krasa koniczyn. Chybkie jaskółki z pokrzykiem życiuradym przeszywały powietrze, w gałęziach zanosiły się ptaki, osy i pszczoły wałęsały wokół, zatopione w sekretnych pracach o niezgłębionej mądrości. Piotr jakoś w drodze ustał. Siadł na przykopie w słońcu i zapachu. Patrzał po trawach i czujnie słuchał. Łąka ta zawierała wszystkie uczucia, zdawała się znać na wskroś serce człowieka. Każde jej źdźbło wyrastało nie z ziemi, nie z gliny, lecz z duszy, a każdy kwiat w głębi szczęścia serdecznego miał korzeń.

— Trawy mi schną... — z westchnieniem rzekł Michał.

— Czemuż, stryjaszku, nie każesz kosić?

— Ba! Żeby kosić, trzeba nająć kosiarzy. A żeby chcieli kosić, trzeba mieć na sobotnią wypłatę.

— Nie masz?

— Zadłużyłem się na wszystkie strony. U ojca, u Hipolita ani się pokazać, u Żydów...

— mówił stryjaszek z wypiekami wstydu na policzkach.

— Toż weź, ile mam! — zawołał Piotr otwierając pugilares i wciskając mu w rękę kilkadziesiąt rubli, które tam były.

— Ratujesz mię... — wyjęknął stryj Michał. — Widzisz, trawy schną... Ale, do diabła! gościnnie cię przyjmuję... Łyżki strawy chłopcu nie dałem, a ledwie przyjechał, wyrywam z kieszeni ostatni pieniądz.

— No, no! Jeszcze mi oddasz... — mówił obejmując go za szyję.

— Po żniwach. Uważasz, pierwszy dług tobie. Jak mię widzisz żywego!

— Ej, czy aby oddasz?

Stryj podniósł palec do góry na znak pewności. Wiatr ciepły nawiał zapachu ze zbóż i od schnącego siana na niskich łąkach. Wraz — wiatr ten nawiał w duszę Piotra nowego uczucia.

Serce nie mogło się w piersiach pomieścić i uczucie nie mogło się zamknąć w żadnej formie. Spłynął na serce obraz Taniusi, na usta jej imię. Jak cichy, wonny pocałunek duszy dalekiej to imię spoczęło na jego wargach. Po chwili w tajnych łożyskach uczuwania wywołał niejasne a przeboleśne wzruszenie niewiadomy jęk, niejasny czyjś szept. Bezlitosne, ostre, nieumilkłe wymawianie głuchej o coś skargi ciągnęło się przez całą duszę. Nie wiedzieć czemu i jakim sposobem Piotr uczuł nie wyobrażeniem, lecz ślepym afektem, że ojciec zabity w takiej oto ziemi sam leży. Sam jeden!

Ziemia — i on. Tak chciał. Zapomniało o nim wszystko plemię, zagasła o nim pamięć ludzka, pamięć ojczysta, pamięć braterska, pamięć synowska. Dzwoniły o nim jedynie świerszcze łąkowe, śpiewały ptaki w tarninach i wzdychał w ziołach wiater. Nie umiałby był nikomu powiedzieć, jak to jest, czemu to tak, ale przecie było, jak czuł.

— Stryjaszku — zapytał — czy znałeś mojego ojca?

— Znałem — odpowiedział tamten niechętnie i zimno.

— Czy ja jestem do niego podobny?

— To jest niby jak, z twarzy?

— Czy jestem do niego podobny — z postawy, z głosu, z ruchów?

— Jesteś podobny. Czasem nawet bardzo. Czasem, szczególniej w śmiechu, jesteś podobny tak, że aż coś ściska.

— Kiedyś go widział ostatni raz?

— Ostatni raz, bracie... w powstanie — rzekł stryj ze skrzywieniem twarzy i stękając.

— Tu mieszkałeś?

— Tutaj — rzekł cicho. — Jużem tu mieszkał...

— Jakże to było?

— Przyszedł do mnie w nocy, z partii. Była już jesień. Koniec. Obdarty, w łachmanach, buty sznurkami pozwiązywane, koszula na nim zgniła, gacie to samo. Wszy z niego kapały jak z ostatniego parobka. Przespał u mnie noc na sofie.

— Na tej zielonej sofie, co u ciebie stoi?

— Na tej. Wdział koszulę, wziął, co tam było bielizny, zjadł, wypił...

— A co potem?

— A w tydzień potem była bitwa. No — i te...

— W tydzień potem dziad go rozstrzelał?

— No... tak.

— Stryjaszku, a ty sam w partii nie byłeś?,

— Nie.

— Czemuż to?

— Et — czemu...

— No, wyznaj!

— Nie ma tu co wyznawać. Nie byłem i kwita.

— Nie wierzyłeś w to ich powstanie?

— W "to ich powstanie" łatwo było nie wierzyć, niewielka to była sztuka siedzieć w domu, ale ja nie dlatego...

— Więc czemu?

— Daj no pokój tym indagacjom!

— Właśnie że nie dam!

— Nie byłem, bo sam-em jak to całe powstanie: pół tu, pół tam, mądre myśli i robaczywe serce, jedną nogą w wolności, a drugą dobrowolnie w dybach — typowy Polak. Co ty tam zresztą z tego wszystkiego rozumiesz, "Moskalu"...

— Masz rację. Nie rozumiem cię — rzekł Piotr.

Po chwili zapytał:

— A on był człowiek wesoły czy smutny, miły czy niemiły — jaki?

— Jakby ci to powiedzieć? Walny był chłop; serio, ale wesoły.

— Więc jaki był, jaki?

— Widzisz... To był nietypowy Polak... To był w moskiewskiej służbie wyszkolony żołdak, który pokochał Polskę na śmierć, i to nie słowem, lecz po sołdacku, zębami i pazurami.

— Aha... — mruknął Piotr.

Po chwili znowu nastawał:

— A twarz jaką miał, jaką?

— Twarz miał pociągłą, jak u ciebie. Wąs piękny. Golił brodę.

— Oczy miał niebieskie — to ja pamiętam. Niby pamiętam, bo co przypomnę, to znowu zgaśnie. Smuga jakaś błękitna. Po polsku mówi się o tym bardzo prześlicznie — modra smuga... Ot teraz, jakem patrzał w te trawy — widzisz tam — taka się smuga z traw pokazała. To jego oczy stamtąd na mnie popatrzyły.

— No, no, romantyku! — uśmiechnął się Michał.

Piotr nie zwrócił na ten głos stryja należytej uwagi. Patrzał daleko w głąb traw, gdzie wiatr powiał znowu i niby zasłonę świętą odchylił — ukazując smugę niezapominajek.

Twarz Piotra stawała się z wolna żelazna, twarda, sroga. Oczy cofnęły się pod brwi i patrzyły w jakiś daleki cel — nos się wygiął. Uśmiech złowróżący okuł wargi. Twarz się powlokła bladością.

— No cóż — darmo... — rzekł stryj Michał. — Chodź, wojaku, na młode ziemniaki z barszczem. Co tam stara Jagna ugotowała, to zjesz, a za zbyt już skromny obiad przepraszam.

Wstali i poszli w górę. Wysuwały się naprzeciwko lśniące liście dąbków młodych, narzucające czucie o sile, albo wysmukłe i subtelne paprocie, rozniecające czucie o pięknie. Ruszyła ścieżka między zboża na ukos, po zagonach, między żytem. Szumna się zalecała, szelestna, przedziwnie strojna wśródkłośna pohulanka ledwie wykłoszonych ździebeł, skrzypcowa pszenna gra duszy. Lecz Piotr ją jak przez sen słyszał. Dusza jego zaniosła się w zaświat swój...

[edytuj] XVIII

W kilka dni później wykonał plan. Wszystko, co przedsiębrał, ażeby go spełnić, działo się pod wpływem, a raczej pod naciskiem gwałtownego rozpłomienienia uczuć. Już od kilku dni przygotował był wszystko: gracę saperską o krótkiej rękojeści, składany rydel, płaszcz. Nad wieczorem wyjechał konno — sam. Zrazu cwałował traktem, później zboczył w wygony pilnie wystudiowane na mapie, wreszcie na dróżki leśne.

Wkrótce sadził w pustce najtęższym kłusem, wzburzony, w stanie głuchego zatracenia się w uczuciu. Przed zachodem słońca przyjechał na miejsce. Konia rozsiodłał i przywiązał na uździenicy w gęstych zaroślach. Przeczekał zachód leżąc na ziemi w gruzach i chwastach spalonej karczmy. Nie było, jak okiem sięgnąć, żywego człowieka. Ostatnie echa nawoływań pastusich zacichły kędyś daleko w kierunku ludzkich siedlisk. Ćwierkał tylko samotny ptaszek żegnając słońce. Zorza płomienna rozpostarła się na bujnych wrzosach.

Nim słońce zupełnie zgasło, Piotr wyszedł ze swego miejsca, stanął na wydmie mogilnej i zaczął kopać. Zrazu odgarniał rydlem lekki piasek jak zboże szuflą. W miarę jak się wgłębiał w grób i ziemia stawała się twardsza, używał na przemiany gracy i rydla. Uczucia rozpostarły się w nim jak światło zorzy nad światem. Stał się mechaniczną siłą, głuchą i ślepą od czynu. Spoglądał w ziemię z badawczą pasją, gdy rydel zapuszczał się pod jego stopą w miękki grunt i gdy graca imała czystą i płoną glebę. Były chwile, że cała legenda wydawała mu się być kłamstwem nikczemnym — zelżywym i naigrawającym się z jego duszy wymysłem, plotką podłych szyderców. Tak dziwne było to, tak nie do wiary, że mógł tu na własne oczy ujrzeć ojca-legendę.

Ale oto ostrze rydla zaskowyczało dźwiękiem jedynym. Od tego głosu skurczyło się serce i coś w nim pękło. Lita glinka pod piaskiem stała się smugą ciemnej i tłustej próchnicy. Piotr począł wybierać ziemię ostrożnie, czerpał ją gracą cienkimi warstwami. Szedł narzędziem wzdłuż kości. Poznał palce i golenie nóg, miednicy, kręgosłupa. Ujrzał wrośnięte w czarną glinę żebra wyniosłe; jakby zastygły w ziemi krzyk. Kości rąk rzucone były od linii ciała w dwie strony świata. Stały w ścianach dołu wznosząc się ponad zwłokami. Syn począł odgarniać ziemię rękoma. Rozsuwał ją na prawo i na lewo ni to czarne zwoje i fałdy zasłony. Tkliwe jego palce wynurzyły, wyczarowały z ziemi czaszkę potrzaskaną w kawałki, szczękę rozwartą. W bezwiedzy, w szlochach przypadł do tych kości ustami. Wargi jego namacały usta, które się stały czarną ziemią. Głaskał po tysiąc razy miejsca złamań, gdzie były śmiertelne dziury od sołdackich kuł. Tysiącem pieszczotliwych nazw przewiązywał każdą ranę, łzami zmywał każdy cios. Wcielał przedśmiertelny ojcowski ból w najczulsze słowa, w najtkliwsze dźwięki, jakie tylko znał w nowo pokochanym polskim języku. Znalazł zardzewiałe podkówki butów, sprzączkę pasa — i wziął te rzeczy w zanadrze.

O jakiejś porze wieczora wyszedł z mogiły.

Nisko świecił nad ziemią świeżo wzeszły księżyc. Piotr zasypał dół ziemią, zagarnął piaskiem. Wsiadł na koń. Rzuciwszy cugle na grzywę, jechał z bezwładnymi rękoma. Patrzył w tarczę księżyca stojącą w bezchmurnym niebie. Uczucia jego były radosne. Weszły w kraj poznania wysokiego i dosięgły dziedziny innego świata. Serce radowało się, że był na tej ziemi i tak umarł samotny rycerz polski, Jan Rozłucki — że rycerz ten — to ojciec. Koń, puszczony samopas, szedł ostrożnie opłotkami, szerokim wygonem zrytym od kolein i bydlęcych tropów.

W pewnej chwili jakiś człowiek zbliżył się do jeźdźca i szedł z nim równolegle szybkimi kroki. Był to parobczak wiejski, bosy, w słomianym kapeluszu i guńce zarzuconej na ramiona. Przyjrzał się oficerskiemu strojowi Piotra — i nagle skulił się, zgarbił i znikł w jakichś rowach i kępach przydrożnych jak mgliste widziadło.

"Uciekaj przede mną, uciekaj!" — śmiał się jeździec do tego człowieka radosnym śmiechem swej duszy.

Wjechał w wieś rozległą, zabudowaną, pełną zapachu świeżo zwiezionego siana, którego wozy, jeszcze nie wtoczone do stodół, stały przed wrotami. Szczekanie psów go ścigało i tajne szepty w izbach i sadach — dudnienie bosych nóg po zapłociu — szelest łopianów... Puścił konia w tęgi cwał, wyjechał ze wsi i znalazł się na drogach nieznanych, przecinających strumień, który daleko lśnił w blasku księżyca. Dostał się w dolinę poprzeczną między wzgórzami. Wierzby tam stały nad wodą rzucając cień na skoszone łąki. Młode dąbrowy wieszały się po zboczach, czarne i nieruchome w tej cichej nocy. Kędyś daleko, w nizinach zalanych światłem księżyca i białą rosą, rzeka szeptała po kamieniach. Nieobjęta cisza napełniała tę błogosławioną dolinę.

Księżyc świecił tonąc raz wraz w za włokach przejrzystych chmurek. Jednostajne światło spływało niby tajemna i niepojęta prawda ze swego źródła, pociągająca duszę ku sobie w jednym zawsze kierunku. Między czarnymi sosnami na wzgórzach, wśród koron skłębionych w głucho-kształtne zwały przesiewało się w parowy to obojętne, wiecznie piękne światło. Każdy jego połysk podniecał uczucie samotności, uwydatniał tęsknotę jestestwa, która nie mogła ostać się w ryzach. Rozpierzchły po obłokach dalekich prześwietny blask księżyca porywał, jakby zastygły w obojętną niepojętość, marzący tam wysoko uśmiech wiecznej radości w pustkowiu niebios. Dokądkolwiek poniosły się oczy, wszędzie świetlistość miesięczna dawała złudne życie martwym przestworom, zaczarowywała je i czyniła mniemanym siedliskiem nieznanego i przenigdy nie dającego się objąć wesela. Pozłocistymi przeguby, cicho i niepostrzeżenie oddzielały się jedne od drugich runa mgieł nocnych, przechodziły z miejsca na miejsce obłoki zwiewne niby czaty wiekuiste, trzymające straż nad świętymi snami rodu ludzkiego — niby wigilie zastępów, które wiedzą o bezsennych a pognębionych westchnieniach, o skrępowanych mocach w duszy człowieka — i uśmiechają się do nich z niebiańskiej świątyni. Dzwonne, nocne świerszczyki tu i ówdzie skrzypiały w mroku. Jakieś kwiaty nad wodą strumienia zajaśniały sekretnym lśnieniem w wilgotnej ciemności. Westchnęły wonie niewidzialnych ziół...

Koń, puszczony znowu, począł stąpać ostrożnie po kamykach, rosach i cichym pyle drogi. Poczuwszy w sobie moc duszy, ziemię i niebiosa ogarniającą, jeździec wyciągnął ku niebu potężne ręce, swe własne, a jakby ojcowskie kości w nich były — rozwarł je ku pracy swej bezgranicznej. Wydarł się ze wszystkich powrozów, wydźwignął ponad siebie, ponad życie i śmierć, i uśmiech siły ducha utopił w niebiańskim uśmiechu wieczności.

[edytuj] XIX

Restauracja, w której zazwyczaj gromadzili się oficerowie, mieściła się na pierwszym piętrze hotelu największego w tym niewielkim mieście, a najbardziej dbałego o cechę i opinię wielkomiejską. Restaurator niemałą zbijał fortunę. Czyste zyski płynęły do jego kieszeni nie tylko z tłuszczów i frytur, lecz również z ustawionego w głębi sali ekranu, na którym panoszyły się puste butelki po drogich likierach i zamorskich winach. Podochoceni wojacy na znak najlepszego humoru obalali stale ekran i tłukli wielobarwne szkła obcasami, a płacili słone rachunki jakoby za rozlane wina. Sala była co się zowie po słowiańsku restauracyjna, ozdobiona oleodrukami, suchymi wiechciami farbowanych kwiatów, ogłoszeniami niemieckich zdrojowisk itd.

Piotr Rozłucki stołował się w tym zakładzie od przyjazdu z Paryża. Ostatnimi czasy z wolna i systematycznie unikał towarzystwa kolegów z baterii artyleryjskiej, niepostrzeżenie wysuwał się z zebrań klubowych i grzecznie wymawiał od pohulanek w gabinetach restauracyjnych. Tłumaczono to pychą, wykwitłą z zażyłego stosunku z generałem Polenowem. Szeptano o narzeczeństwie z Tatianą. Jedni z kolegów byli wskutek tego zimni i nadęci, a inni aż za bardzo uprzejmi i pokorni.

W restauracji artylerzysta zajmował stale miejsce przy małym stoliczku w rogu obok okna. Kelnerzy szanowali go, jeżeli tak można powiedzieć, podstępnie, za spokój i grzeczność — może nawet odrobinę za to, że mówił z nimi po polsku.

Pewnego dnia w lecie, gdy cały pułk piechoty wrócił do miasta z manewrów w obozach i gdy w restauracji roiło się od szlif i szabel — wszedłszy do sali, Rozłucki spostrzegł przy jednym ze stołów twarz znajomą. W pierwszej chwili nie mógł sobie uprzytomnić, gdzie to ją widział. Gdy zebrał wspomnienia, uśmiechnął się przyjaźnie.

Była to szatynka, którą był spotkał w wagonie, gdy po raz pierwszy jechał z Petersburga do Warszawy. Piotr zajął swe miejsce, odpasał szablę jak zwykle, systematycznie zawiesił ją jak co dzień na poręczy krzesła. Spod oka przypatrywał się swej dawnej "znajomej".

Była w towarzystwie kilku osób, pań i panów, najoczywiściej przybyłych ze wsi, bo panowie byli po brwi ogorzali, panie nie obeznane z restauracją w ogóle, a z tą w szczególności. Były to młode kobiety, dosyć ładne i wykwintne — mężczyźni należący do zamożniejszej sfery. Zajęli osobny stół, zachowywali się cicho, a nawet rozmawiali półgłosem. W ruchach młodej panny, w jej spojrzeniach, sposobie bycia i rozmowy było jak dawniej coś niemal dziecięcego. Jak dawniej też była piękna. Nie była to olśniewająca i oślepiająca piękność Tatiany, lecz wdzięk nieustannie i coraz usilniej w miarę obserwacji promieniujący, uroda na poły ukryta, nie krzykliwa, lecz i nie gasnąca nigdy. Młoda panna ubrana była w najprostsze letnie suknie, w zwykły słomkowy kapelusz, a przecie była w nich najzupełniej wykwintna. Ruchy jej były naturalne, lecz powstrzymane w sobie, otamowane wewnętrzną świadomością piękna.

Mówiła mało, śmiała się z lekka, choć twarz jej była prześwietlona uśmiechem. Piotr przypatrywał się jej niepostrzeżenie, myśląc: "Gdybyż to mieć taką siostrę! Gdyby to ta chciała być siostrą!"

W pewnej chwili ciemnowłosa panna dostrzegła jego spojrzenie. Od niechcenia przypatrzyła mu się uważnie. Twarz jej z wolna tężała i zakrywała się stopniowo jak— by maską. Rozłucki poczuł dla niej wdzięczność za tę właśnie wzgardliwość, za ten zimny wzrok odpychający jego, oficera. Szepnął do niej bez wydania głosu: "Tak dobrze, tak właśnie trzeba, siostro".

Tymczasem do sali napływało coraz więcej gości obiadowych. Osoby cywilne chętniej sadowiły się po kątach, podczas gdy ogorzali w obozach wojskowi z hałasem i bezceremonialnym podciąganiem hajdawerów zasiadali przy głównym stole środkowym.

Byli to oficerowie piechoty, ryfy rozmaitego kalibru i rozmiaru, przeważnie kudłate, brodate i kostropate. Naczelne wśród nich miejsce w końcu stołu zajął kapitan Sorokin, gruby opój, z twarzą jak rondel i sterczącymi kudłami wąsów. Obok rozsiadło się z piętnastu młodszych. Wszyscy głośno rozprawiali o rzeczach, które ich interesowały; poniewierali kelnerów rdzennymi wyrazami, zaczynali od "zwykłej", przechodzili do żytniówki z ogóreczkiem, znowu wracali do koniaku itd. Ów kapitan Sorokin basowym głosem swoim trąbił na całą salę wszelkie myśli, jakie tylko wylęgły mu się w głowie. Opowiadał tedy o jakimś dialogu swym z fryzjerem, który go właśnie dopiero co golił — i do tego opowiadania mieszał wyrazy polskie, przekręcając je, wykrzywiając, wykpiwając i ośmieszając.

— Pytam go się — gadał — a ty, "pan", w Boga wierzysz? — Wierzę — mówi — u nas się wierzy w Boga. — Jeżeli w Boga wierzysz, to czemu u ciebie obrazu nie ma? — Nie ma — mówi — panie kapitanie, żadnego po temu przykazu ani też takiej znowu mody także nie ma. Każdy — mówi — taki obraz wiesza, jaki chce. — W rogu, jak u chrześcijanina, powinien być u ciebie obraz i basta. Na ścianie wieszaj sobie choć czorta ogoniastego czy tam gołą pannę, a w rogu obraz mi powieś! Ja do ciebie, ruski człowiek, golić się przychodzę, to ty dla mnie w swej budzie obraz powieś. Słyszałeś? — Słyszałem — mówi — panie kapitanie. — No, ty, mówię, słuchaj uchem, bo u mnie żartów nie ma. Drugi raz przyjdę, zobaczę, że obrazu nie ma — źle będzie! — Ja wiem, że z panem kapitanem żartów nie ma — mówi — toteż słucham uważnie. — A czemuż to słuchasz tak uważnie? — Bo pan kapitan po pierwsze jest osoba znaczna, a po drugie korpulentna...

Całe towarzystwo oficerskie zaryczało od śmiechu.

— Ty, Sorokin, w rzeczy samej jesteś osoba korpulentna? — pytał ktoś z tłumu.

— Co to takiego "korpulentna"? — chciał wiedzieć wojak obrosły kłakami, w niebieskich binoklach i obwisłych majtasach.

— W progimnazjum byłeś? — przerwał mu Sorokin.

— Byłem.

— Po łacinie uczyli cię?

— Uczyli.

— Pytali cię, co znaczy takie słowo corpus?

— Pytali.

— No, otóż masz i słowo "korpulentny". Tłumacz sam.

— Łaciński naród!

— Nie łaciński, tylko francuski.

— Nasi północni Francuzi...

— Pytam ja mojego golibrody — ryczał znowu Sorokin — a ty, "pan", co za jeden jesteś: żyd czy jaki? — Nie — mówi — panie kapitanie, ja nie jestem żyd, tylko chrześcijanin. — Chrześcijanin — patrzcie!... A jakiż to ty jesteś chrześcijanin? — Rzymski katolik — powiada. — A skoro zostaniesz ze swoją "panną" bez świadków, to po jakiemu z nią rozmawiasz? — Po polsku — mówi. — No, to któż ty jesteś, co za jeden? — Ja jestem — mówi — warszawianin, bo z Warszawy — mówi — pochodzę i ojciec mój to samo był z Warszawy...

— Otóż i dogadaj się z takim!

— Z każdym z nich tak się dogadasz. Naprzód na prawo, potem na lewo, a w końcu nurka w jakieś łgarstwo.

— Francuski naród... ech! Ty do niego prosto, jasno, po słowiańsku, znaczy, z duszy — a on do ciebie na prawo, na lewo, w końcu nurka w jakieś swoje łacińskie łgarstwo!

— Toteż ich trzymać trzeba!

— Gładzić po skórze można, za włosem i wspak, ale na swobodę popuszczać — aniani!

— Ty byś gładził za włosem i wspak ot tę, co za tobą siedzi, skromną, tę w kapelusiku — obejrzyj się, Koleczkin!

— Dawno ja się, bracie, na nią oglądam...

Całe towarzystwo oficerskie obejrzało się w istocie na piękną szatynkę, i to w sposób tak niewątpliwy, że nie tylko ona, ale i towarzyszki zaczerwieniły się po uszy.

Wojacy porozumiewali się pomiędzy sobą, nie szczędzili sobie nawzajem wrażeń czy podniet, za pomocą półsłów i pomrukiwań. Kąty sali zaległa nieprzyjemna cisza.

— No, a ty, Iwanienko, którą byś — tę czupurną czy drugą? — odezwał się ktoś głośniej.

— Nie, ta druga na nic! "Okrągła, głupia jak ten głupi księżyc na tym głupim nieboskłonie" — zacytował tamten Puszkina.

— A więc szatynkę?

— Oczywiście.

— No, dobrze. Chcesz, to ja ją zaczepię.

— Dajcie pokój, panowie — mitygował ktoś z końca stołu.

— Co? Będę się może krępował tymi, co z nimi siedzą. Zaraz wam pokażę, jak ja to zrobię. Już ja tak nieraz w Warszawie...

Mówiący to zuch mundurowy wyjął z wazonu stojącego na stole różę i nieznacznie, ku serdecznej uciesze wszystkich kolegów, rzucił ją na sąsiedni stół, przed talerz pięknej szatynki. Spostrzegłszy to mężczyźni, towarzyszący ostatniej, zaniepokoili się, zsunęli krzesła dokoła swych pań, groźnie spojrzeli w stronę aroganta, ale znać było, że są oszołomieni samą już ilością oficerów, którzy śmiechem akceptowali i utrzymywali w mocy czyn kolegi.

Ktoś się odezwał:

— Iwanienko! Strzeż się, wąsy ci oberwą ci szlachcice.

— Nie oberwą... — spokojnie rzekł ów Iwanienko. — Boją się. Popatrz na nich, jak się boją. Dawniej, jak chodzili do lasu, nie lubili "Moskalów", a teraz lubią. Pogłaskasz — w rękę całują. Teraz już do lasu za nic chodzić nie chcą. Zmądrzeli i spokornieli... Poczekaj, zaraz ja drugą różę rzucę, czerwoną...

— Tamta była biała, a teraz trzeba czerwoną...

— Walka białej i czerwonej róży. Która zwycięży?

Szatynka, jedząc spokojnie jarzynę, obojętnym i doskonale pogardliwym ruchem strzepnęła na ziemię niby śmiecie z serwety ową różę oficerską.

— Nie! To niegrzecznie! — wołał zalotnik Iwanienko zwracając się wprost do nieznajomej panny.

— To po grubiańsku! — mówił inny.

— W samej rzeczy... tak nie uchodzi...

— Oficerskiej róży na ziemię rzucać nie można.

— Za taką hardość kara być powinna!

— Za taką zniewagę...

— Ot widzisz, Iwanienko, doigrałeś się... — chichotał kapitan Sorokin.

— Ot masz rezultat twej grzeczności...

— Zobaczymy... — wołał zalotnik.

Towarzystwo szatynki szeptało w pomieszaniu najoczywiściej o sposobie wydobycia się z tej sali. Jeden z mężczyzn usilnie dzwonił w szklankę przywołując kelnera. Ale kelnerzy przeczuwali zły wynik sprawy i nie zjawiali się na sygnały alarmujące. Schował się również gdzieś w głębi swych ostępów patron ich, zawsze połyskujący łysiną, pierścieniem, dewizką i brylantami kosztownych spinek za kosztownym szynkwasem. Wielki stół oficerów zagradzał drogę do drzwi głównych i do bocznych. Dwaj tedy cywilni mężczyźni spoglądali na reprezentantów siły zbrojnej spode łba, gotując się w sposób bezradny do oczywistej już i nieuniknionej awantury.

Piotr Rozłucki siedział przy swym stoliku podparłszy głowę ręką i obojętnie patrząc na widowisko. Właśnie gdy nastała chwila zupełnej ciszy, a młody junak Iwanienko miał rzucić nieznajomej zapowiedzianą czerwoną różę, Rozłucki, nie zmieniając postawy i nie usuwając ręki spod głowy, rzekł spokojnie a dobitnie na całą salę:

— Panowie, to co robicie, jest haniebne.

— Kto mówi? — krzyknął kapitan Sorokin nakładając binokle.

— Mówi oficer, który się wstydzi koleżeństwa z wami.

— Milczeć! — zawołał napastnik Iwanienko zrywając się ze swego miejsca.

Rozłucki, wciąż w tej samej siedząc pozycji z podpartą na ręce głową, cisnął w nich wszystkich jakby wspólny policzek, wymierzony wraz wszystkim w kupie, słowo nie do przetłumaczenia:

— Swołocz!

Jakby wybuch pocisku, wyraz ten wyrzucił naraz wszystkich z miejsca. Rumor przewracanych krzeseł, brzęk szkła, łoskot zwalonych wazonów, klątwy, przenikliwy krzyk kobiet i świst metaliczny wy włóczonych szabel... Rozłucki ledwie zdołał wyrwać z pochwy swoją. Runęli nań wszyscy z gołymi klingami. Pchnął nogą między siebie i nich stół z nakryciem, sam uskoczył w kąt sali i piorunowym ruchem wziął pozycję. Ciął w pierwsze z brzegu szable ze wszystkiej mocy. Jeden z pałaszów, wytrącony z ręki napastnika, przeleciał nad głowami i rozwalił lustro na przeciwległej ścianie. Z zaciśniętymi zębami artylerzysta rąbał się z ramienia z całą gromadą. Ciął w głowy, w karki, w ramiona — wprost między szable i na odlew. Krew rzygnęła. W pewnej chwili krzyknął:

— Wychodź z kupy jeden po drugim!

Śmiertelnie rozjuszeni nie słuchali. Natarli nań zbitą masą, jedni przez drugich. Stojący na przedzie nacierali, inni bili zza ramion towarzyszów, chcąc rozsiekać. Rąbiąc się ze wszystkimi naraz, cisnął im jeszcze raz tę samą zniewagę. Zarazem, fechtmistrz pierwszorzędny, płatnął jednego i zwalił na ziemię — drugiego sztychem odrzucił na wznak i rozłożył na stole — trzeciemu przetrącił rękę. Miał oparcie w swym kącie, zabezpieczone plecy i ramiona. Mogli go dopadać bronią tylko z czoła. Tu się zastawiał siekąc ich w krzyż i z ramienia, rąbiąc piorunem z wysoka i przebijając na sztych. Ale wnet pałasz jego, sparowany raz i drugi, zachwiał się — opadnięty przez ciosy, potknął w ruchu, splątał — odbity, uderzył w próżnię. Nagle Piotr ujrzał niepojęty, fioletowy blask w oczach. Huk dzwonów posłyszał w głowie, huk jakowyś podniebny... Krew zalała mu oczy, nos, usta. Począł ją chłeptać zamiast tchu. Ściany kędyś runęły, jakby wyleciały z węgłów. Zwalił się na twarz, przed siebie, z rozkrzyżowanymi rękami. Spostrzegł tafle wywoskowanej posadzki — nogi w lakierowanych butach, rozdeptujące po linoleum czerwone plamy — krew drugą strugą szybko lecącą w szpary podłogi. Pchnięty od świadomości, porwał się z ziemi, dźwignął głowę z rozpaczą. Jak przez mgłę ujrzał w rogu sali gromadkę owych osób cywilnych. Dwaj mężczyźni rozkrzyżowawszy ręce, piersiami zwróceni do sali, zasłaniali kobiety.

Ciemnowłosa panna z rękami załamanymi na piersiach, z ustami półotwartymi, w których sam krzyk zastygł i oniemiał od widoku, patrzyła na Piotra. Leżąc na twarz we krwi własnej, brocząc nią szczodrze, uśmiechnął się do niej radośnie i usiłował powiedzieć po polsku, że ją przeprasza za to, co ją spotkało. Patrzył na jej zsiniałe wargi, na nieruchome oczy... Mowa splątała się w bełkot. Jakieś posępne, czarne wieko z chropowatymi wrębami przygniotło go krajem swym, pchnęło i potrąciło w niezgłębione fale mroku.

[edytuj] XX

Nie umarł zrąbany szablami, nie skonał we własnej krwi. W szpitalu wojskowym, gdzie się z ran leczył, podlegał pilnemu nadzorowi. Czekała go sprawa o wywołanie walki na szable w miejscu publicznym. Nadto wszyscy oficerowie piechoty, których w osobach ich kolegów sponiewierał, poczytywali go za wroga. Natomiast artylerzyści, ludzie o wykształceniu wyższym i kulturze subtelniejszej, nadali mu charakter przedstawiciela. Był przez kolegów odwiedzany, dozorowany po nocach i zaopatrzony we wszystko. Przyjaciele znosili mu książki i rozrywali wszelkimi sposoby.

Zaraz w ciągu pierwszych dni i nocy, gdy był jeszcze na poły przytomny, zapytywał nieustannie o listy. Listów nie było. Odwrócony twarzą do ściany, całymi godzinami wpatrywał się w jakąś skazę na obiciu, ażeby wreszcie powiedzieć zdanie niezrozumiałe, złożone z dziwacznych wyrazów.

Nie mógł udźwignąć głowy, szczelnie bandażami okręconej, ciężkiej jak kowadło rozsiadłe na ramionach. Dolegały bóle fizyczne, paliły ogniem rany, tu i tam rwały jak wrzody cięcia od szabli i w całym ciele płonęła gorączka.

W głuchych półsnach, wśród łoskotu bijącego w uszy, gdy ręce zdały się być ogromne i ciężaru młyńskich kamieni, dręczyły powtarzające się koszmary. Szedł wciąż w nieznanych polach z kimś, czyjej twarzy nie mógł żadną miarą od czoła zobaczyć. Tamten stowarzyszał się — śpieszyli razem — lecz zawsze o pół kroku posunięty naprzód, uchodził przed natarczywością słowa.

Piotr pragnął dowiedzieć się prawdy, wejrzeć w sedno, poznać, jaka była tamtego wówczas wewnętrzna siła, co za myśl osiadła jego rozum, jaką była istota woli, skąd wyszło postanowienie i splot uczucia. Prosił się i zaklinał towarzysza drogi, rzucał mu się do nóg — nadaremnie. Czarny cień szedł prędzej, naprzód i naprzód... Tak dnie i noce w męce mijały.

W tym czasie odwiedził chorego stary weteran Rozłucki. Pragnąc, widocznie, za pomocą swego munduru podratować sytuację awanturniczego krewniaka, ubrał się w generalskie lampasy i przybył do szpitala. Piotr wówczas spał. Stary pan czekał długo i cierpliwie na jego przebudzenie. Ale gdy się chory ocknął, zaszła dziwaczna i przykra scena. Piotr długo wpatrywał się w dziada swym zdrowym, nie zasłoniętym okiem, naciągał na się kołdrę zdrową, nie porąbaną ręką. Nagle, co wszystkich zdziwiło, o własnej sile podniósł się na łóżku, siadł na pościeli i, przywoławszy starca ruchem ręki, kazał mu nastawić ucho pod swe usta. Tak siedząc coś mu długo szeptał po polsku. Twarz starego generała od tego szeptu stała się blada — później purpurowa, granatowa, wreszcie niemal czarna. W pewnej chwili starzec niespodziewanie pchnął chorego na wznak w pościel, wstał ze swego miejsca, obciągnął mundur, wyprostował szlify i nie oglądając się wyszedł ze szpitalnego pokoju. Trząsł się na całym ciele ze wzruszenia, gdy wdziewał płaszcz — bełkotał jakieś wyrazy zstępując ze schodów. Świadkowie przyszli do przekonania, że chory w gorączce musiał coś bardzo nieprzyjemnego powiedzieć krewnemu i głęboką sprawić mu przykrość.

Dopiero po upływie paru tygodni doszedł rąk Piotra cały szereg listów Tatiany. Listy te długo wędrowały, a później, gdy chory po awanturze zabrany został do szpitala, uległy rozmaitym perypetiom. Odsyłano je z powrotem Tatianie nad Ocean Atlantyc— ki i znowu cofnięto do miejsca przeznaczenia. W ten sposób Tatiana, która z ojcem jeździła z miejsca na miejsce, od długiego czasu nie miała żadnej wiadomości. Czytając te listy coraz bardziej smutne, pełne niecierpliwości, bojaźni, rozpaczy, dyktowane przez lęk, obrażoną dumę i głuchą boleść — Piotr gorzko płakał. Nie wiedział, gdzie Tatiana jest, nie mógł sam do niej pisać — i cóż miał jej donieść? Trzymał te kartki, w najsprzeczniejszych pisane nastrojach, pod poduszką, przytulał je do ust po nocach — i milczał.

Gdy zaczął z wolna przychodzić do siebie, a główne cięcie przez czoło, brew i policzek już nie ogniło się, lecz jęło podsychać — ból głowy od rąbanych ran w czaszkę zmniejszył się i ręka nie była już tak zdrętwiała, odwiedził go kilkakroć Andrzej, syn Eugeniusza, Roszow — ("André Rochoff", jak stało na biletach wizytowych, których od czasu awantury kilka złożono na stoliku szpitalnym). Był to młody kandydat do urzędów sądowych, niedawno przybyły z Petersburga, protegowany przez wybitne osobistości, przystojny i elegancki. — Andrzej Roszow bywał bardzo często u generała i w sposób widoczny dla wszystkich kochał się w Tatianie. Generał lubił go bardzo.

Był to człowiek jego świata, niewątpliwy człowiek czynu, prokurator na razie in partibus infldelium, ale czyhający na swą chwilę. Roszow był bardzo przystojnym mężczyzną. Ubierał się najwykwintniej w mieście; o wszystkim wiedział, wszystko umiał na pamięć, w każdej sprawie podał radę, jakiej potrzeba, i nic za to nie żądał. Szczęście Piotra zbyt było oczywiste, ażeby go Roszow nie spostrzegł. Wiedzieli o tym wszyscy, że piękny prawnik cierpi jak potępieniec. On, człowiek zrównoważony, roztropny, spokojny, idący swoją drogą do celu — na widok Tatiany i Piotra popadał w rozpacz dla wszystkich oczywistą, bladł, niemiał, upadał na duchu, nie panował nad sobą, a nawet przy świadkach płakał.

Odtrącenie Koszowa nie było tak bezwzględne, jak sobie wyobrażał. — Tatiana, przed przyjazdem Piotra, dosyć lubiła pięknego prawnika. Raz w Paryżu przyznała, że się jej ten "André" dosyć podobał, a tylko przez wrodzoną przekorność swej natury nie dała tego poznać — owszem, czyniła wszystko, ażeby mu odebrać najlżejsze złudzenie. Gdyby jednak Piotr nie był się zjawił na horyzoncie, byłaby może nawet na dobre pokochała Roszowa.

Kiedy ten wytworny prawnik po raz pierwszy przyszedł do szpitala w odwiedziny, Rozłucki zdumiał się. Nie oczekiwał Roszowa i nie liczył na jego współczucie. Toteż kamienne było spojrzenie chorego, gdy patrzał na czarne włosy gościa, rozczesane starannie z lewej strony głowy i gładko jak lśniący atłas przylegające do czaszki — na jego foremne czoło, równy nos, usta ocienione małym wąsem, na bladość jego cery i postawną figurę. Roszow ubrany był elegancko jak zawsze. W ręku trzymał kwiaty, które niepostrzeżenie złożył na kołdrze. Piotr ponuro milczał i z boleścią wpatrywał się w te kwiaty. Gdy Roszow począł przemawiać swym głosem miłym, równym, budzącym zaufanie — milczał także, składając wszystko na ciężki swój stan fizyczny.

Mnóstwo zdań wyrzeczonych przez Roszowa zmierzało do tego, ażeby udowodnić, że cała opinia w mieście stoi po stronie Piotra, że całe towarzystwo rosyjskie potępia haniebne, właśnie "haniebne" zachowanie się oficerów piechoty w restauracji, że cała ta société rosyjska nie ma dość słów współczucia dla pięknej panienki, tak brutalnie napadniętej, która, na szczęście! — znalazła obrońcę i mściciela. Roszow czynił nieuchwytne i niepostrzeżone aluzje, że jest w posiadaniu wiadomości, jak nazywa się i gdzie mieszka heroina tej historii, wspominał o niej wciąż, wracał do tego tematu, wychwalał piękność młodej Polki, znowu potępiał oficerów piechoty — nie tylko jako dżentelmen, nie tylko jako Rosjanin w tym kraju, gdzie powinno się nieść wysoko sztandar itd., ale również jako prawnik, jako jurysta, prawo i prawo nade wszystko mający na oku wśród nędz tego padołu.

Piotr wciąż obojętne zachowywał milczenie.

Gdy jurysta znowu począł wprowadzać go w bieg swych wywodów, popychać niejako ku pewnemu zamierzonemu celowi — chory przerwał mu nagle wykład prostym pytaniem:

— Pan już pisał o tym wszystkim do Tatiany Iwanowny?

Roszow zmieszał się.

— To jest o czym?

— O tym, że ja biłem się w obronie tej panny.

— Znając przywiązanie generała Polenowa do pana — mówił Roszow z wolna i z namaszczeniem — nadto znając przyjaźń pańską dla Tatiany Iwanowny, wiedząc, że pan w tej chwili pisać nie może, rzeczywiście pośpieszyłem uspokoić generała i jego córkę, którzy skądinąd mogli otrzymać wiadomość o wypadku — że właściwie sprawa jest drobna.

— A gdzie generał Polenow teraz przebywa?

— W Rapallo, pod Genuą.

— Wraz z córką?

— Tak.

— Dziękuję panu — rzekł Piotr twardo.

— Poczytywałem to sobie za obowiązek jako przyjaciel domu generała.

— Postąpił pan jak prawdziwy przyjaciel.

— Pragnąłem również uspokoić Tatianę Iwanownę.

— Tymi szczegółami o pięknej szatynce?

— Jak to? Czy Tatiana Iwanowna pisała cokolwiek w tej sprawie do pana?

— Nie.

— A — to cieszę się bardzo.

— Z czego?

— Bo w listach zawsze mogą znaleźć się niedokładności, nieścisłości, podczas gdy przy osobistym wyjaśnieniu prawda się objawi.

— Pan to wie dokładnie i lepiej ode mnie jako prawnik.

— Czy nie pozwoliłby pan, ażebym dla uspokojenia generała i jego córki pojechał na ich spotkanie do Warszawy i wyjaśnił detale sprawy, co by ich obydwoje pozbawiło zmartwienia z racji nieuniknionych plotek.

— Ależ oczywiście! — o ile moja zgoda lub niezgoda może mieć jakikolwiek wpływ na pańskie postanowienie.

— Piotrze Iwanowiczu — chciej pan wierzyć, że powoduję się tylko przyjaźnią dla pana, dla Tatiany Iwanowny...

— Ani na chwilę o tym nie wątpię!

Rozmowa już nie szła. Wątek jej urwał się na tym szczególe o wyjeździe Roszowa do Warszawy. Jeszcze przez chwilę gość siedział dopytując się o szczegóły zdrowia Piotra, ażeby wierny obraz jego stanu mógł zawieźć do Warszawy. Pogadał jeszcze bardzo przyjaźnie o tym i owym — i pożegnał chorego.

Piotr wciąż patrzał na jego interesującą twarz, na miłe i pełne wdzięku zachowanie się, na żywotną zwinność ruchów, świadczącą o wewnętrznym zdrowiu. Po wyjściu Roszowa zakrył twarz kapą i udając, że śpi, w sekrecie przed świadkami szlochał w rozpaczy.

[edytuj] XXI

Pewnego dnia, mniej więcej we dwa tygodnie po bytności Roszowa, dyżurny oficer dał Piotrowi znać, że przyszły go odwiedzić damy. Chory siedział na swym posłaniu i przez czas pewien nie dawał znaku zgody ani odmowy. Patrzał we drzwi. Ale oto te drzwi uchyliły się i szeleszcząc jedwabiem sukien Tatiana wsunęła się na palcach. Za nią szła Matylda — a za tą, nieco w głębi i z dala, stąpał Roszow.

Piotr podniósł oczy, a raczej oko, na Tatianę. Była wyjątkowo piękna w wielkim, modnym kapeluszu, w paryskiej zarzutce najnowszego typu, błękitna i woniejąca. Orle jej oczy z drapieżną gwałtownością rzuciły się na Piotra. Usta były jakby do wydania krzyku uchylone. Bladość z wolna pokrywała jej twarz. Piotr miał głowę ogoloną, zarost twarzy również, na policzkach plastry. Obwiązany bandażami wyglądał jak maszkara, patrząca z powijaków jednym posępnym okiem.

Tatiana usiadła na krześle nie podawszy mu nawet ręki. Bezsilnie opadła na to miejsce i bezsilnie patrzyła nie mogąc oderwać oczu. Bukiet kwiatów, który trzymała w ręce, upadł na ziemię, co dało Roszowowi możność umieszczenia go niepostrzeżenie na kołdrze chorego. Nagle Tatiana wybuchnęła niepowstrzymanym, wprost szalonym śmiechem. Usiłowała ten nieprzyzwoity śmiech powstrzymać, z całej siły gryząc wargi, usiłowała nawet zakryć twarz rękami, lecz znowu bezsilnie parsknęła na cały głos. Za jej przykładem poszła Matylda. Roszow pragnął nie śmiać się, wywracał białka oczu, pocierał czoło. Lecz i on nie mógł nakazać sobie powagi.

— Coś pan ze siebie zrobił! — krzyknęła Tatiana wśród chichotu. — Matylda, patrz, to jest Piotr Iwanycz.

— Rzeczywiście, biedny monsieur Pierre.

— Cóż pan mówiłeś — rzuciła się Tatiana na Roszowa — że to są nieznaczne zadraśnięcia. Przecież on jest porąbany, posiekany na kawałki.

— Byłem i jestem przekonany — mówił Roszow — że nie będzie żadnego śladu. Takie zadraśnięcia od ostrych szabel goją się prześlicznie. Za parę tygodni będziemy mogli dostrzec na twarzy Piotra Iwanowicza tylko lekkie blizny, które go w naszych oczach ozdobią i upiększą.

— Ależ to nieprawda! — zawołała.

Nagły odgłos płaczu przebił się przez jej śmiech.

— Upewniam panią... — mówił Roszow.

— Pokaż pan drugie oko! — krzyknęła na Piotra. — Pewno wybite!

— Nie jest wybite, ale dotąd niepewne... — rzekł chory spokojnie.

— Szablą wybite czy wykłute? Jak to jest?

— Mam cięcie ostrzem szabli od połowy czoła przez brew, kość policzkową, cały policzek aż do dolnej szczęki. Nadrąbane są kości. Czy oko będzie całe, tego nie wiem. W najlepszym razie — krzywe. Kiedyż pani powróciła?

— Wczoraj powróciłam... — rzekła patrząc na niego nieubłaganym wzrokiem. Usiadła na krześle głębiej i poczęła żuć niecierpliwie wargami, co u niej oznaczało, jak o tym doskonale wiedział, wzrastającą pasję. Do oczu jej nabiegały łzy, ale je przemocą powstrzymywała. Zdjęła rękawiczki i bezwiednie upuściła je na ziemię. Widać było, jak przecudne, białe ręce drżą i same lecą, ażeby się na szyję Piotra zarzucić. On poznał, że kolana jej ściskają się z pragnienia, ażeby runąć przy łóżku. Usta kurczył coraz szybciej wewnętrzny, w śmiechu zaciśnięty jęk.

Serce Piotra poczuło obecność serca Tani. O, jakże nieopisana ocknęła się w nim miłość!

Tatiana wybuchnęła:

— A cóż ta "panna", dla której wdałeś się pan w ten rycerski bój, odwiedzała już pana?

— Nie — odrzekł Piotr.

— Niewdzięczna?

— Nie znam jej wcale.

— Och, mnie to nie interesuje, czy się państwo znacie, czy nie.

— Nie znam jej. Powiedziałem prawdę.

— Za to ja ją znam. Monsieur Roszow opowiedział mi, która to jest. Widziałam ją tutaj kiedyś na balu w resursie, gdzie było towarzystwo polskie i rosyjskie. Ubrane to było pospolicie, po tutejszemu.

— Ale z wdziękiem, temu pani nie zaprzeczy — wmieszał się do rozmowy Roszow.

— Och, ta osoba pełna jest nie tylko wdzięku, lecz i mnóstwa innych przymiotów duszy... — cedziła Tatiana z jadowitą ironią.

— Nikt jej przecie bliżej nie zna, więc po cóż tyle o niej mówimy? — westchnął Piotr.

— Czy nie sądzi pan, że ja zniżam się aż do zazdrości o tę piękną nieznajomą? Proszę mię nie poniżać takimi przypuszczeniami... — miotała się w pasji.

— Pani zna tę osobę? — interesował się Roszow.

— Na owym balu zaznajomiono nas. Tańczyłyśmy. W jednej figurze poprosiłam ją o wachlarz, gdyż swój gdzieś zarzuciłam w poprzednim walcu. Spojrzała na mnie co najmniej jak Maria Leszczyńska i po pewnej chwili podała mi ten wachlarz w taki sposób, że go wcale nie dotknęłam.

Mademoiselle Mathilde, przezornie i mądrze, nadzwyczaj ożywioną rozmową poczęła zabawiać jurystę Roszowa. Dla zwierzenia mu jakiejś nad wyraz interesującej myśli odprowadziła go na drugi koniec sali, a następnie, zaciekawiona niespodziewanie urządzeniem wewnętrznym szpitala, wyciągnęła pięknego kandydata do sąsiedniego korytarza.

Tatiana rozejrzała się po sali. Zdawała się czekać na ruch Piotra, na skinienie jego ręki, ażeby ją okryć pocałunkami. Ale obydwie ręce chorego, ciężkie i nieruchome, leżały na kołdrze. Spojrzenie oka nie podnosiło się z tego miejsca, na które padło. Łzy płynęły z oczu jak krew brocząca z rany. Bolesny uśmiech otoczył wargi. Tatiana zadrżała na widok tego uśmiechu. Znała go. Całe jej ciało drgnęło od nagłej rozpaczy.

Gniew począł ją znowu szarpać. W jednej chwili gotowa była rzucić się na Piotra, zedrzeć mu z twarzy bandaże, a zamiast tego czynu poczęła go bezsilnie błagać oczami, ażeby raczył pierwszy wyciągnąć rękę. Gdy się ta ręka nie wyciągała, zniżyła się sama i śliczną, zakochaną dłoń położyła na zimnych jego palcach. Palce te drgnęły. Uśmiech twarzy, widzialnej spod bandażów, stał się jeszcze bardziej bolesny.

Ścisnęła mu rękę i potrząsnęła ją z całej siły.

— Ty! Cieniu! — zawołała nań szeptem a z dziką furią.

Podniósł powoli głowę ciężką jak kowadło i rzekł z nieopisaną męczarnią:

— Roszow z tobą.

— A tyś się bił za tę!

— Roszow z tobą.

— Piotruś... — wyszeptała śmiertelnie blada, drżąc na całym ciele.

Najczulsze to słowo wypłynęło z jej serca, najwierniejsze spojrzenie z oczu.

— Roszow... — rzekł bez miłosierdzia, kiwając głową.

— Cóż ty ze mną robisz? Coś ty tu nawyprawiał! Po coś to zaczął? Czemuś się w to wmieszał? Zabiłeś mnie i siebie.

— Tylko siebie.

— Papa nie chce cię widzieć...

— Dziwię się, że ty chciałaś mnie widzieć...

Tatiana wybuchnęła głośnym, bezsilnym płaczem zranionego dziecka. Wbiegła Matylda, za nią Roszow zaniepokojony, rzucając się tu i tam, pełen głębokiego współczucia. Tatiana nie kiwnąwszy głową w stronę Piotra wyszła. Za nią jej towarzyszka i towarzysz.

[edytuj] XXII

W jaki tydzień później oficer dyżurny zawiadomił chorych, że odbywa się lustracja szpitala i że sam generał-komendant za chwilę wejdzie do sali. W istocie generał Polenow— Czernowratski wkroczył. Był wyprostowany, srogi i tak sztywny, jakby połknął własną szpadę, którą ku przerażeniu śmiertelnych niósł przy boku. Miał na sobie mundur uroczysty, połyskiwał orderami, lampasami i szarfą. Surowy mars nie schodził z jego czoła, odkąd przestąpił próg pokoju. Piotr doznał wrażenia, że generał nie chce go widzieć, nie przywitał się i nie przywita — lecz pogodził się z tym losem. Siedział na swym łóżku obwiązany bandażami i czekał na rozwój wypadków. Generał rzucał okrutnym okiem po kątach, zaglądał tu i tam, jak przystało na lustratora, lecz po chwili zwrócił się wprost do Piotra ze swą gniewną i złowieszczą twarzą. Dał znak swej świcie, żeby go opuściła. Gdy lekarze, dozorczynie, felczerzy, oficerowie dyżurni i inni usunęli się z pokoju, generał siadł na krześle i dwakroć groźnie spoglądał na Piotra — może dla ukrycia braku słowa, od którego by zacząć. Rzekł wreszcie z należną bezwzględnością i majestatem:

— Czy pan wiesz, że jesteś podsądnym?

— Wiem, panie generale.

— Czy pan wiesz, że za tak ohydną sprawę, jaką tu wszcząłeś i skroiłeś, może cię czekać degradacja?

— Wiem, panie generale.

— Czy... tego... Czy takiego postępku mogła się po panu spodziewać pańska władza niższa i wyższa, ja, jako zwierzchnik bezpośredni, pańscy koledzy, całe społeczeństwo rosyjskie w tym kraju, wreszcie cała armia, sztandar... wreszcie... Co?

— Nie rozumiem, o co chodzi, panie generale.

— Jak to? Nie rozumiesz pan? Radzę, żebyś raczej milczał, kiedy do pana łaskawie przemawia pański naczelnik. Jak? A to co takiego znowu? Milcz pan! Łaskawość moja rozzuchwaliła pana... Ale i wyczerpała się! Sądzisz może, że zatuszuję tę sprawę i dlatego umyśliłeś sobie rozbijać się tutaj, broić, czynić, co ci się spodoba. Liczysz może na bezkarność — otóż wiedzże pan...

Piotr uśmiechnął się ironicznie.

— Śmiejesz się pan, kiedy generał mówi!

— Nie śmieję się, panie generale.

— Śmiejesz się! Do kroćset!...

— Jestem chory, panie generale.

— Jesteś chory, ale jesteś także podsądny!

— Sąd orzecze o mojej winie.

— Sąd!...

Generał stracił doskonały wątek dotychczasowy i nie wiedział naprawdę, jakim by argumentem zmiażdżyć krnąbrnego pyszałka. W istocie rzeczy powołanie się na sąd przecinało rozmowę. Generał czuł, że uniósł się niepotrzebnie i, co gorsza, niewłaściwie. Długo sapał, poprawiał szpadę i rzucał się na krześle. Wreszcie, pieniąc się wewnętrznie, dorzucił:

— A więc dobrze — sąd! Sąd wojenny, kiedy tak, i basta. Nauczą rozumu.

— Czekam ze spokojem na wyrok.

— "Ze spokojem". Bohater!

— Bohater czy nie bohater, lecz w każdym razie porządny i dobrze wychowany człowiek.

— Głowę przerąbali, z baterii wyrzucą, zdegradują. "Bohater"!

— Pan generał, gdyby był tam wówczas na moim miejscu i na moim niskim stanowisku, nie mając innego wyjścia z pewnością postąpiłby był tak samo jak ja.

— Co znowu? Co takiego? Co pan mówisz?

— Jak to? Czy mogę przypuścić coś innego? Czy pan generał pozwoliłby na to, ażeby w jego obecności w miejscu publicznym zgraja półpijanych oficerów grubiańsko zaczepiała cichych, przyzwoitych, cywilnych ludzi?

— Piękne panny...

— Tak jest, piękne panny obiadujące w towarzystwie spokojnych ludzi...

— W dodatku Polki...

— W dodatku Polki... — mówił Piotr dobitnie.

— Właśnie ten szczegół jest ciekawy!

— Właśnie ten szczegół. Więc wolno jest oficerskiej gromadzie postępować tak jak tamta dlatego, że to byli Polacy i Polki?

— Pan się zapominasz mówiąc do mnie!

— Nie, panie generale. Ja zapytuję o jego pogląd na tę sprawę.

— "Pogląd"! Pan wiesz, jaki jest mój pogląd... Pan wiesz, że ja Polaków... tego... Jak pan śmiesz przypisywać mi coś podobnego! Pan dobrze wiesz! Ale pan wówczas ośmieliłeś się rzucić w twarz kolegom oficerom zniewagę nie do zniesienia. Pan wypowiedziałeś wyraz...

— Ten sam wyraz powiem na sądzie. Tego wyrazu nie cofnę na sądzie i nigdy, i nigdzie! Czy wykonali jakikolwiek akt ekspiacji za swój postępek względem tych kobiet i mężczyzn? Żadnego! Każdy oficer powinien był postąpić tak jak ja. Rzucili się na mnie całą gromadą — porąbali mię. Toteż ja tego słowa nie cofnę nigdy!

Generał był niezdecydowany, co powiedzieć. Patrzał srogo, musztrował wąsy i poprawiał niesforną szpadę.

— Piotr Iwanycz — rzekł z innego tonu — uspokój się pan. Nie o to chodzi. Rozumiem... Obowiązek honoru — i tam dalej... Chodzi teraz o to, żeby sprawę zatuszować. Pojmujesz, Piotr Iwanycz?

— Nie. Tego nie pojmuję. Wyzdrowieję — będzie sąd. Umrę z ran — nie będzie sądu. Oto wszystko.

— Przestań, proszę cię, przestań! Tak się złożyło, że twoja opinia poprawia się. Nawet oficerowie piechoty dzielą się teraz na dwie partie. Jedna partia jest za tobą — nieliczna — druga jest przeciwko tobie — bardzo liczna. O cóż chodzi? O to, żeby ta liczba zmalała, a ta nieliczna wzrosła w siłę. Musisz zrobić jakieś ustępstwo, przeprosić, cofnąć słowo. Wtedy można będzie sprawę postawić na poziomie zatargu honorowego. Rozumiesz, co mówię? Zatargu honorowego...

— Nigdy tamtego słowa nie cofnę, panie generale. Każdemu stanę po kolei na placu. Niech cały ten pułk piechoty!

— No-no, no-no! Bohater!

Piotr schylił głowę i długo milczał. Wreszcie podniósł oczy i rzekł krótko:

— Pan generał rzuca mi raz po raz to słowo "bohater" jako przezwisko. Otóż, niech będzie, jestem bohaterem.

— Bajronowskim czy jakim innym?

— Jakimś innym... — rzekł Piotr patrząc mu głęboko w oczy.

Generał wykonał zdecydowany ruch władczą dłonią, jakby miał zamiar wtrącić Piotra na jakieś dno mamertyńskie, lecz się powstrzymał. Widać było, że jeszcze coś ma do powiedzenia. Przeszedł się po pokoju i rzekł z namysłem:

— Jakże te rany?

— Goją się.

— A lekarz mi mówił, że nie tak znowu szybko wstaniesz. Nie tak szybko!

— Skoro trzeba będzie leżeć, cóż robić...

— Właśnie. A czy... tego...

— Słucham, panie generale.

— A czy... tego... nie wolałbyś, Piotr Iwanycz, leżeć u mnie w domu? — pytał generał surowo i niby między innymi lokucjami, choć Piotr domyślił się, że po to został przez Tatianę przysłany.

— Dziękuję...

— Czegóż masz dziękować... Wiesz chyba, bracie, że.... tego...

— Nie wątpię. Wiem dobrze, jak pan generał łaskaw jest na mnie, lecz muszę leżeć tutaj. Gdybym skorzystał z łaskawego zaproszenia, oficerowie całego pułku piechoty mieliby prawo rzucać mi w oczy słusznym urąganiem, że jestem faworyzowany.

— Co mi tam oficerowie pułku piechoty!

— Gdyby przyszło do sądu, podano by w wątpliwość wyrok. Mogliby ludzie słusznie twierdzić, że wyrok jest złagodzony na moją stronę dzięki poparciu pana generała.

— Cóż to ma jedno do drugiego?

— Proszę mię zostawić tutaj — prosił Piotr ze szczerością.

— Wiesz dobrze... — rzucał się generał — jaką przykrość, jaką straszną przykrość wyrządziłeś Tatianie. Dziecko szlocha po całych dniach, po całych nocach... Mówiła mi mademoiselle Mathilde, że nie je i nie pije, że się tylko słania po sofach i płacze. Wymioty jakieś żółciowe... — ciągnął zupełnie bezradnie.

— Tak, zawiniłem — rzekł Piotr twardo.

— Nie może nawet odwiedzać cię tutaj, bo do czegóż to podobne? Tam pielęgnowałyby cię z mademoiselle Mathilde i szybko wróciłbyś do zdrowia.

Generał rozkleił się zupełnie. Surowa marsowość wypełzła z niego i zaczaiła się chyba tylko w lampasach zesztywniałych kolan, w wysokości kołnierza i w srogiej szpadzie. Siedział zgarbiony, w postawie niemal petenta, naiwnie uśmiechnięty i bodaj na równi z córką zakochany w Piotrze.

— Toż całe miasto poczęłoby pleść tysiączne anegdoty, gdybym się stąd przeniósł do domu pana generała...

— Właśnie, właśnie... Wszyscy dziś mówią, że jesteś zakochany w tej Polce, że dlatego biłeś się za nią. Pomyśl!... Tatiana!... A ot, dałeś się porąbać za tamtą. Gdybyś się teraz przeniósł do mnie, Tania byłaby uszczęśliwiona, bo byłby to dowód, że tamto — było sprawą li tylko honorową, bez żadnej głębszej przymieszki. Szczerze z tobą mówię... Sam wiesz, jak Tania — sam wiesz, co w Paryżu... Tania — jakże to złota dziewczyna... Piotr Iwanycz...

W głosie starego oficera brzmiała głęboka, pokorna, niska prośba. Piotr uczuł, że w tej minucie waży się coś w nim jak na szali. Porwał się w sobie samym i wzmógł na duszy. Rzekł:

— Tania mię zrozumie! Muszę tu zostać.

— Musisz... — westchnął generał.

— Muszę!

Zarazem podniósł na starca oczy pełne wewnętrznego blasku i pieszczotliwie pogładził ręką jego rękę.

[edytuj] XXIII

Po upływie trzech dni zmienił plan i postanowił przenieść się do domu generała Polenowa. Mocowanie się wewnętrzne do tego go przywiodło. Poczuł, stopniowo wgłębiając się w swój stan wewnętrzny, że jeśli odmówi sobie tego, co mu zaproponował generał, nie da sobie rady z zazdrością i tęskonotą i będzie przez nie pokonany.

Postanowił zbadać wszystko, co jest i co go czeka, poznać głębię swoją i zewrzeć się z nią. Wiedział sam wobec siebie, że popełnia jak gdyby cofnięcie się przed prawem swej duszy, że się zniża i odstępuje od ołtarza, ale tak musiał, ażeby duszę w ogniu rozpalić i zgiąć w kształt, jaki obierze. Napisał list do generała niejako z prośbą o zabranie go do domu. Tegoż dnia wieczorem został przewieziony w zamkniętej karecie.

Otrzymał pokoik na drugim piętrze, jeden z owych, których małe okna wychodziły na ogród. Pokój ten był w drugim skrzydle domu, z daleka od pokoju Tatiany, tak Piotrowi znanego.

Leżąc na łóżku miał przed oczyma korony wielkich drzew okalających sad, dalekie lasy i dalekie wzgórza. Ponieważ rany się goiły, mógł wstawać i całymi godzinami patrzeć w przestwór. Była to druga połowa sierpnia. Owoc ogrodu dojrzewał. Gdy upalne promienie padały w kręte uliczki, czerwieniły się ogromne jabłka, kiedy indziej ukryte, i wynurzały spod liści ciężkie grona żółtych, zwisających gruszek. Z górnego okna ogród ten wyglądał jak niedostępna, zaciszna świątynia, a tajemnica dojrzewania w niej owoców z dnia na dzień stawała się coraz głębiej odczuwanym przeżyciem duchowym. Upał letni istniał, zdawało się, dla tego sadu jedynie. Stwarzał i wydobywał zeń nieuchwytny zapach owoców, rozprowadzał ich barwę między jednolitymi liśćmi. Księżyc zakradał się po nocach w te tajne, wąskie uliczki. W jednych zostawiał cień, najczarniejszy, na jaki stać głęboką noc, a w innych rozpościerał czarodziejskie marzenie swego blasku, jakby uwidocznioną tajemnicę nocnego, miłosnego snu. Chłód wtedy i mrok, tający się pod ciężarnymi gałęziami, spajał się z milczeniem. Trwały świątynne, bezszelestne godziny, podczas których tajemnica dokonywała się w mroku.

Sufit pokoiku był niski, meble najzupełniej skromne, okienko małe. Toteż Piotrowi śniło się wciąż, że jest w więzieniu. Siedział przy oknie długo nieraz w noc i śnił na jawie, że jest w więzieniu nie tylko materialnym u ludzi, u wypadków, u losu, ale w więzieniu u samego siebie. Patrzał w ogród jakby w oblicze milczącej wyroczni i chciał w nim wyczytać odpowiedź, czy kiedy wybije godzina wolności. Czuł, że w jego piersiach leży, czeka i wolno, równo, zdrowo bije serce nieustraszone, przed niczym nieulękłe, lecz wciąż jeszcze nieme i posłuszne rozkazowi milczenia.

Nawijało się wciąż wspomnienie ze szkolnej wojennej ławy o królu Anglii Ryszardzie, zwanym Coeur de Lion. Niezwalczony rycerz Lwie Serce siedzi oto zamknięty w ponurym zamczysku Dürnstein, siłą przemocy ujarzmiony. Olbrzymie, przyszłe dzieje angielskiego plemienia, niezmierne, myślą niezgruntowane czyny potomków na obszarach ziemskiego lądu i na morzach świata śpią w jego sercu, w jego woli, która go popycha do prac szalonych i wysiłków lwich. Ale rycerz jest sam.

Opuścili go wszyscy i zdradziło go wszystko. Czeka daleko królestwo jego potęgi, rumak bojowy za górami i za morzami, i złoty tron. Nie rozpacz przecie jest w sercu, nie boleść, nie niecierpliwość. To serce umie czekać. Ono w przedziwny sposób wie, że idzie zza gór, zza siedmiu rzek wierny przyjaciel, że krąży pod murami przybysz ze stron dalekich, wierny trubadur Blondel de Nesles. Nadejdzie dzień, gdy Blondel zaśpiewa wspólny ich utwór, prowansalską romancę. A kiedy pierwszą strofę tamten zaśpiewa, rycerz ujarzmiony odpowie mu strofą drugą. Tak się poznają.

Piotr wiedział, że nie ma na ziemi swego Blondela de Nesles. Niewola jego była sroższą niż w zamczysku Dürnstein — królestwo stokroć bardziej dalekie — samotność po tysiąc razy zupełniejsza. Królestwo jedynie w duszy istniało — nieobeszłe, olbrzymie, stokroć piękniejsze niż dziedzictwo Plantagenetów.

Patrząc tak co dnia w cichy ogród i cierpliwie mierząc swój czas dojrzewaniem owoców, zmianą barw na rumianych jabłkach i żółtych gruszkach, Piotr śnił swój tajny sen. Cierpliwość niewyczerpana, cierpliwość owocu, który się nie śpieszy w dojrzewaniu, cierpliwość — siła lwia — osiadła w jego sercu.

[edytuj] XXIV

Przeniesienie się do domu generała po awanturze z oficerami i w takim stanie zdrowia było ze strony Piotra aktem męstwa. Domyślał się, jak zraniona musi być Tatiana. Gdy przychodziła odwiedzić go, zawsze w towarzystwie generała albo mademoiselle Mathilde, witała go i żegnała w milczeniu albo cichym, złośliwym uśmiechem. Wpatrywała się weń ciągle z uporem i natrętną pilnością... Znała jego uwielbienie dla swej cielesnej piękności posunięte aż do szału, toteż umiała je teraz wystawiać na próbę. Przyszedłszy z ojcem lub Matyldą, umiała tak zawsze usiąść, aby się, niby przypadkowo, odsłoniła jej prześliczna noga w lakierowanym pantofelku i przejrzystej pończosze. Umiała niepostrzeżenie musnąć wargami rękę chorego — tak uczesać włosy, jak to lubił, albo wymówić nie głosem, lecz ruchem ust dźwięki, które ich zawsze doprowadzały do szału i miłosnego obłędu.

Piotr mocował się z tym wszystkim. Prowadził dialektyczne dyskusje ze swą zaczajoną namiętnością, usiłował ugłaskać ją, pokonać, obalić, zdusić. Wmyślał się tedy w piękność Tatiany i w jej duszę — doprowadzał wyobrażenie do najwyższej granicy, okazywał sobie samemu siłę swej miłości, badał i mierzył władzę jej nad sobą, a później naprzeciwko tej piękności i rozbudzonym przez nią uczuciom wyprowadzał objawy pustki wewnętrznej w myślach Tatiany, zepsucia wyhodowanego w niej przez otoczenie, obcości i wrogości jej względem swego ducha. Rozpoczynał zaciekłą walkę.

Zamykał oczy, gdyż nie miał odwagi wprost patrzeć na większość środków tej walki. Jeżeli nie pomagała broń jawna, dobywał broni zdradzieckiej, okrutnej, której nie chciał widzieć i nazywać... Szukał w sobie nie tylko duszy lwa, lecz natury tygrysa; mówił do siebie, że przecie zgwałcił już duszę i ciało tej dziewczyny, posiadł ją, nasycił się i powinien mieć dosyć. Nie dawały jednak pewności zwycięstwa te wszystkie sposoby. Niweczyły najlepszy oręż ślady cichych łez Tatiany. Gdy odchodziła z jego pokoju wyprostowana, zimna, niema, bez ostatniego spojrzenia, jakby stosująca się do jego usiłowań, a na schodach, zstępująca ze zwieszoną głową, łkała głucho bez pocieszenia i nadziei — jak o tym wiedział wybornie, gdyż znał ją zbyt dobrze — upadał na łóżko z przekleństwem, rzucając wyzwiska i obelgi lwiemu sercu swemu.

Zaczynał na nowo zbierać szczegóły, jak średniowieczny prokurator gromadzący dowody przeciw czarownicy, piętrzyć w myśli objawy moralnego zepsucia Tatiany.

Patrzał, jak wyrosło ze zbytku. Genezę zbytku wyprowadzał z rabunku dóbr wypracowanych w pocie czoła przez nieszczęśliwe ludy. Chciwie i nieubłaganie rozmyślał, jak łzy i pot stwarzają, zastawiają i noszą srebrne półmiski, jak szyją, piorą i podają do wdziania miękkie jedwabie i łagodne atłasy. Obliczał w myśli wszystkie tyranie, podłości, zbrodnie, zdrady, pochlebstwa i służalstwa, z których wyrasta piękna, wojskowa ranga, salon, ogród, śliczne meble, pudełka biżuterii i flakony wonnych perfum...

Prowadziła z nim nie mniej zaciekłą wojnę Tatiana. Pewnego dnia zostawiła obok łóżka w sposób niepostrzeżony, niewinny i naiwny paczkę listów pisanych do niej ostatnimi czasy przez rozmaitych wielbicieli. Jedni z nich byli Piotrowi znani, inni nie. Pewne wyrażenia w tych listach były doszczętnie pozamazywane ręką Tatiany w najoczywistszym celu pchnięcia go w rozpacz. Prócz tego stale i niezmiennie przebywała w towarzystwie Roszowa. Piękny prawnik był teraz nieodstępnym jej satelitą. W domu generała bawił ciągle. Zdawało się, że w nim na stałe zamieszkał. Ciągle coś przywoził, przynosił, odwoził do sklepów, załatwiał najrozmaitsze sprawy dla wszystkich, a szczególniej dla pań. Głos jego słychać było w salonie, w ogrodzie, w kancelarii, a nawet w drugim skrzydle, gdzie mieszkała Tatiana z Matyldą i gdzie dawniej tylko jeden mężczyzna, i to tajemnie, bywał. Do pokoju Piotra Roszow nie przychodził. Czasem tylko z głębi ogrodu, dostrzegłszy chorego w oknie, kłaniał mu się z wyrazem niekłamanej życzliwości jak miłemu gościowi, w dodatku choremu, którego ze wszech miar należy obdarzać grzecznością. Dźwięk głosu Roszowa zawsze był wesoły, drgał śmiechem — i echo śmiechu mu odpowiadało. Stołeczne anegdoty, petersburska wymowa, nadzwyczajna elegancja, wiele wiadomości z najrozmaitszych dziedzin wiedzy ludzkiej, niemała bystrość i pamięć — wszystko to oczarowywało słuchaczów i widzów.

Coraz więcej osób bywało teraz w progach gościnnego generalskiego domu, w cieniach ogrodu, a szczególniej pod dachem altany oplecionej dzikim winem. Piotr słyszał to wszystko ze swego wysokiego okienka...

Pewnego dnia patrząc w ogród zauważył w jednej z krętych uliczek błysk niebieskiej sukni Tatiany. Błysk ten przesunął się w masie zieleni, jak gdyby wsiąkł w nią i doszczętnie zginął. Ale oczy Piotra były tak mocno wlepione w gęstwinę i tak już do niej przywykły, że dostrzegły za tą na pozór nieprzeniknioną zasłoną drugi kolor, biały kolor flanelowego kostiumu Roszowa. Ciężka głowa upadła na ręce. Myśli ustały — i ciemna noc spadła na duszę.

Wśród swego cierpienia Piotr usłyszał nieoczekiwanie odgłos kroków Tatiany i szelest jej sukni tuż za swymi drzwiami. Szelest był cichy, cichszy a piękniejszy niż śpiew sosen za oknem, niż sypki poszum liści lipowych. Tatiana uchyliła drzwi bez uprzedniego stukania i wsunęła się do pokoju. Boleśnie były uśmiechnięte jej usta, a oczy bezsilnie stęsknione. Piotr nie tylko ujrzał, lecz uczuł znowu jej piękność. Oczy jej były nie dość że kochające, lecz upadłe pod przymusem miłości, namiętne, żądne, czyhające na drogie spojrzenie. Miała na sobie lekki kostium błękitny, który byli razem wybierali w Paryżu. Szatka ta ledwie zasłaniała jej ciało. Głowę okręciła włosami tak, jak to najbardziej lubił. Usiadła naprzeciwko, lecz za chwilę podniosła się i patrząc mu z wyzwaniem niewymownym w oczy, cichaczem podeszła do drzwi i zamknęła je na klucz.

— Gdzie jest pan Roszow? — zapytał natychmiast z okrucieństwem i mniemaną obojętnością.

Pytanie to zatrzymało ją przy drzwiach i jak gdyby sparaliżowało jej ręce.

— Ciągle się dopytujesz o tego Roszowa?

— Ciągle jest z tobą, więc gdy go przy tobie nie widzę, dziwi mię to. Dlatego się pytam...

— Nie, ty nie dlatego się pytasz, lecz chciałbyś mi go podsunąć.

— Ja ci chcę go podsunąć, Roszowa?

— Ty!

— Nic na świecie nie rozumiesz, nic cię nie obchodzi oprócz pieniędzy, zabawy i używania, więc i tego nie rozumiesz, coś powiedziała.

— Powiem ci prawdę, choć tak nic nie rozumiem. Ty byś może był nieszczęśliwy, gdybyś mię z tamtym zobaczył, ale teraz chciałbyś, żeby tak było. Ty byś tego chciał i nie chciał. To jest nie to: chciałbyś, żebym ja uczyniła cię nieszczęśliwym, żebym ja wszystko podarła i zerwała, a ty żebyś mógł mną męczeńsko pogardzić.

— Bardzoś przewidująca!

— O, ja teraz jestem bardzo, strasznie przewidująca. A zaprzecz, że to, co powiedziałam, nie jest prawdą.

— Powiem ci prawdę, ale i ty mi ją powiedz.

— No!

— Całował cię już ten Roszow?

— Nie, jeszcze mię nie całował, ale mi wciąż mówi o swej miłości, leży u moich nóg jak pies i błaga mię o jeden uśmiech.

— Całował cię już ten Roszow?

— Raz mię pocałował w rękę przy papie i Matyldzie. Więc, mówże mi, co mam robić.

— A zrób, co chcesz! Mnie czynisz powiernikiem jego amorów. Także pomysł!

— Słuchaj!

— Nie chcę słuchać!

— Piotruś... zlituj się nade mną. Jeśli tak będzie dłużej, zabijesz mię, zabijesz mi duszę!

— Ja nie chcę zabić dla ciebie swojej duszy. Rozumiesz, co mówię? Prosiłem się Boga o przemienienie w tobie, tam w tym Notre Dame. Modliłem się do Joanny d'Arc, żeby się przyczyniła za tobą. Ale nic się w tobie nie stało. Dawałem ci książki, prowadziłem rozmowy. Po nocach się tutaj mocowałem... Cóż ty jesteś? Wystrojona panna, piękna generałówna. Byliśmy wciąż obcy. Ja szedłem na moją stromą górę, a ty w dolinę. Nie masz duszy.

— Piotruś, co się z tobą stało? Co się stało? Co teraz mówisz do mnie? Takie słodkie, pachnące, czarodziejskie słowa do mnie mówiłeś. Głaskałeś moje włosy, całowałeś w usta, w usta, pamiętasz nasze pocałunki — Piotruś, pamiętasz?... Byłeś mój i ja byłam twoja. Wszystko ci poświęciłam, co tylko powab stanowiło we mnie. A czego jeszcze chcesz? Ja wszystko zrobię, co tylko rozkażesz! Wszystko oddam, czego tylko zażądasz! Gotowa jestem być służącą w twoim domu, niańczyć twoje dziecko... Niech mi tylko wolno będzie być obok ciebie, w drugim pokoju czy w kuchni... Niech tylko słyszę, że ty tam jesteś, żeś przyszedł, mój kochany pan, mój kochaneczek, moje złote słoneczko... Piotruś, nie mogę zrozumieć...

— Nie zrozumiesz...

— Będę się starała zrozumieć. Dołożę sił! Ja nie jestem zdolna, ale potrafię być uparta. Jestem inna — to prawda, nie umiem nic a nic, ale się zmuszę. Jeżeli to trzeba uczyć się czego, będę się uczyć. Jeśli trzeba...

Piotr zwiesił głowę i milczał.

— Dlaczego milczysz, Piotruś — dlaczego? — wyszeptała zrozpaczona, słaniając się obok niego na kolanach po ziemi.

— Milczę — bo cóż ci mam powiedzieć? Jestem bezsilny głupiec.

— Nie! Jesteś mądry i wzniosły, i szlachetny. Jesteś dostojny rycerz, którego nikt nie rozumie i nikt zrozumieć nie chce. Jesteś mój nauczyciel i ja jedna pragnę cię zrozumieć. Tylko mi powiedz, czego chcesz. Powiedz!

Pochwyciła jego rękę i przycisnęła do ust rozpalonych.

— Kiedy ja nie wiem, co mam powiedzieć... — szeptał. — Jeżeli się teraz nachylę i zacznę całować twoje prześliczne usta, to zabiję swoją duszę na wieki i podepcę święty proch mojego ojca.

— Twojego ojca?... — spytała z przerażeniem.

— Mogłabyś być tylko moją kochanką. Duszy mojej nie mogę ci oddać.

Nachylił się niżej i powiedział jej prosto w oczy:

— Nie mogę ci nawet pokazać mojej duszy.

— Dlaczego? — spytała obejmując go skurczonymi palcami jak szponami.

— Dlatego, że tak. Tyś się urodziła jako córka rosyjskiego generała i tyle wiesz, ileś w tym generalskim świecie mogła zobaczyć. A ja się urodziłem między polskimi grobami.

— To są tylko piękne słowa, którymi się wciąż mordujesz i przebijasz.

— Ty nie jesteś niczemu winna, bo jesteś dziecko. Ale w tobie, w dziecku, streszcza się świat, który cię wydał. Narody się mordowały, zbrodnie pokrywały się zbrodniami, konali ludzie w kajdanach, a ich śmierć na nic się nie zdała — pomyśl! — marli po rowach dalekiej drogi, a nic im dotąd nie dało zadośćuczynienia. Marli po to, żebyś ty mogła być tak wesołą, jak jesteś, jak niedawno z tym Roszowem w ogrodzie. Ja nigdy nie roześmieję się tak do ciebie, jak ty do Roszowa, a on do ciebie. Ja nie! Ty jesteś dziecko zbytku, a ja nie mam pieniędzy.

— Możesz je mieć, jeśli tylko zechcesz.

— A właśnie — to jest twoja jedyna odpowiedź na to, com przed chwilą powiedział. Otóż słuchaj: mogę, ale nie chcę. Nigdy nie zechcę!

— To ja będę z tobą bez pieniędzy — rzekła z prawdomównością najczystszej miłości. — Gdybyś nawet wcale nie awansował, będę z tobą we dwu pokoikach szczęśliwa. Kupimy sobie ze wszystkiego tylko jedno: ładną lampę... Gdybyś był najprostszym oficerem przez całe życie!...

— A kiedy ja może wcale nie będę oficerem...

— Tylko czym?

— Niczym.

— Nie rozumiem cię, ale i tak pójdę z tobą.

— Nie byłabyś ze mną szczęśliwa. Umarłabyś bez zbytku jak ryba bez wody. Ty i pieniądze — to jedno. Bez pieniędzy...

— Chciej mię wypróbować! Każ mi złożyć dowód.

— Nie trzeba, bo ja to już wiem.

— A nasza dziewczynka?

Szarpnął się z miejsca, zacisnął pięści i jęknął:

— O, Boże!

— Cóż ja pocznę teraz?

— Roszow... — wymknęło mu się jadowite słowo.

Popatrzyła na niego zszarzałymi oczyma. Była blada i osłabiona. Usiadła z dala. Długo nie mogła ruszyć się z miejsca, aż wreszcie przysunęła krzesło do stolika. Machinalnie, bez wiedzy o tym, co czyni, odsunęła szufladę. Leżały tam książki polskie, które Piotr ukrywał przed ciekawymi oczyma. Były to poezje, dzieła filozoficzne i techniczne. Tatiana przerzucała je od niechcenia. Trafiła na tom poezji jednego z młodych pisarzy, oprawny w grubą, czarną skórę w taki sposób, że między kartkami były puste stronice białego papieru i na nich poprzyklejane różne utwory, zdania, myśli, które Piotra szczególniej zajęły, Tatiana wciąż machinalnie przerzucała kartki i czytała z mozołem to tu, to tam. W jednym miejscu naklejony był na czystej karcie wiersz Mickiewicza:

Gdy mię spokojnym zowią dzieci świata,
Burzliwą duszę kryję przed ich okiem,
I obojętna duma jak mgły szata
Wnętrzne pioruny pozłaca obłokiem;
I tylko w nocy, cicho, na Twe łono
Wylewam burzę, we łzy roztopioną.

Rzucała oczyma po stronicach, a ręce jej drżeć poczęły. Jęk wyrywał się z piersi. Krew to występowała na jej policzki, to z nich nagle ginęła. W pewnym momencie oczy jej padły na twarz Piotra i nieubłagane długo na niej leżały. Uśmiechnęła się z okrucieństwem. Po chwili cisnęła książkę na stół i patrzyła na nią strasznymi oczyma, podparłszy głowę rękami. Śliczne jej palce zapuszczone we włosy przebierały ich pasma.

Nagle szalony gniew wybuchnął w jej oczach. Czarne źrenice stały się popielate. Porwała książeczkę, pełną poezji, i poczęła ją drzeć, targać, wyrywać karty, pluć między nie, pluć po trzy, cztery i pięć razy w to samo miejsce, w te wiersze. Cisnęła tom na ziemię i deptała go po dziesięćkroć nogami, a później precz odrzuciła od siebie końcem lakierowanego pantofla, aż upadł u stóp Piotrowych. Uczyniwszy to, domyśliła się, że znieważyła jego serce. Poznała to po spojrzeniu. Ale to budziło w niej, widać, żądzę ran jak w wilczycy. Patrzyła mu w oczy drwiąco, mściwie, zabójczo. Gdy wciąż milczał, poczęła miotać słowa:

— Głupcze! Bezsilny, bezmyślny, śmieszny głupcze! Gdybyś miał choć trochę rozumu, zostałbyś wkrótce dowódcą tej baterii, miałbyś otwartą drogę do wysokiej rangi. Zaszedłbyś, gdzie byś chciał. I zrobiłbyś wówczas, co byś chciał... Ty, głupcze!

Piotr ujrzał żywym spojrzeniem, że to prawda i że przepaść się u jego nóg otwarła, u nóg, gdzie ta niewielka leżała książeczka. Uśmiechnął się do tej książeczki. Na widok tego uśmiechu Tatianę ogarnął szał. Podniosła się ze swego miejsca śmiertelnie blada i zmierzała ku drzwiom. Po drodze rzuciła mu słowo:

— To, o czym marzyłeś, dziś się spełni. Pójdę do Roszowa. Jeszcze dziś...

— Taniu! — wyjęknął trzęsąc się z zimna.

— Jeszcze dziś, żebyś mógł odkupić twoją polską duszyczkę, umyć ręce w mojej krwi i odejść w swoją stronę niosąc w czystych rękach proroka tę twoją polską banialukę...

— Taniu! — skamlał padając przed nią na kolana.

Stanęła w pół drogi między nim i drzwiami, odwróciła się do niego. Patrzyła przed siebie, na małą, potarganą polską książkę. Czoło jej przeorała prostopadła bruzda. Brwi skrzywiły się, usta zacięły. Po długim milczeniu podniosła oczy głębokie, suche, mądre.

— Powiem ci jedną historię — zaczęła innym zupełnie tonem — powiem ci teraz to, co to chciałam na koncercie Colonne'a — pamiętasz? — o tym, co to do mnie w nocy przychodził w Paryżu... Pamiętasz?

— Pamiętam — skinął.

— Zrozumiesz, coś ty teraz ze mną zrobił.

Milczał. Szybko wróciła, wzięła krzesełko i przysunęła je do jego krzesła. Usiadła naprzeciwko i podparłszy głowę na ręku patrzyła na niego uporczywie. Poczęła mówić po długim namyśle ze spokojem:

— Był tutaj pewien pan — Polak — pewien pan. Nie powiem nazwiska, bo i po co? To rzecz obojętna. Polak — to wystarczy. Pewien "icz" albo "ski". Ten pan był wysokim urzędnikiem w sądzie, powiedzmy, był członkiem sądu okręgowego. Zarazem — była to wielka świnia. Nie! nie świnia. Była to raczej odrażająca, nikczemna, jadowita żmija. Żył ze wszystkimi polskimi domami tutaj w mieście i w okolicy — bywał wszędzie na polowaniach i zabawach — urządzał wszelkiego rodzaju pikniki, wycieczki, teatry amatorskie, koncerty i odczyty różnych polskich wielkoludów na cele filantropijne — uczestniczył w rozmaitych instytucjach, i to zarówno religijnych, jak świeckich. Byle tylko było polskie, byle polskie! Papa zawsze mówi o Polakach, że nigdy u nich nikt nic nie robi, tylko jeden jakiś biega w kole zaperzony i wszystkim trzęsie. Właśnie ten pan tak trząsł wszystkim w mieście, biegał, starał się, wszędzie był, wszystko załatwiał, przez wszystkich kochany i noszony na rękach, Polacy tutejsi uważali go za męża opatrznościowego, bo to z jednej strony stosunki w sferach rządzących, a z drugiej skryte głęboko serce polskie.

Kiedy przyszły owe czasy niespokojne, zanim tu przyjechałeś, papa został mianowany na naczelnika wojennego całej guberni. Wtedy u nas w domu wszystko się koncentrowało.

Do papy przychodził na narady gubernator i wicegubernator, radcowie wszelkich urzędów, prokurator i wyżsi wojskowi, słowem — wszyscy. Na tych naradach zawsze bywał bardzo tajemnie ów pan, Polak opatrznościowy. Narady odbywały się w gabinecie papy, który znasz. Stamtąd są cienkie drzwi do małego pasażu, co to, jak wiesz, prowadzi do pokoju dawniej nieboszczki mamy. Ja tam siadywałam i — wierz mi! — pomimo woli słyszałam wszystko, co mówiono, co mówił ten pan. To mię nade wszystko interesowało. Gdybym teraz wzięła tę polską skarbniczkę romantyzmu i przymierzała ją do słów tamtego pana! Cha-cha! Cóż by to był za portret!... Ten pan był tak przebiegły, że jeszcze dziś wszystko się we mnie wywraca z podziwu, gdy sobie przypomnę, co on mówił. Polak! — szepnęła z zaciekłym chichotem.

— Według ciebie, oni wszyscy tacy?

— Nie. Ten mówił o wszystkich. Wtedym ich poznała. Opowiadał, kto, gdzie, co, jak, co myślą, jakie żywią zamiary, jakie marzenia, jakie piastują cele, jakie stosunki, pokrewieństwa, skąd gdzie są pieniądze, i na co, i ile, co ktokolwiek gdzieś powiedział, na kogo należy zwrócić uwagę, jak i ile czasu popuścić umyślnie, w której chwili niepostrzeżenie chwycić w pół drogi...

— Cóż mnie to obchodzi?

— Czekaj, czekaj, to cię zainteresuje. To cię nawet nauczy mądrości, jaką należy mierzyć tutejsze życie. Po sesjach zazwyczaj wszyscy zostawali na kolacji, gdzie mówiło się, oczywiście, tylko o sztukach pięknych, pogodzie, kwiatach... Przy zamkniętych okiennicach siadywaliśmy do późna w noc, czasem do rana. Ja grałam. Ów pan, obosieczny dobrodziej, choć już miał pewnie z pięćdziesiąt lat, począł do mnie przewracać oczy, mówić mi sekretnie półsłówka, później całe słowa. Przejęłam się jego metodą i popuszczałam mu umyślnie nadziei. Bileciki nieznacznie wsuwane w rękę, kwiaty, małe bukiety fiołków. Tak było długo. Zaczął mię prosić o różne chwileczki, minutki sam na sam, a wreszcie o całkowite spotkanie...

— Może mi oszczędzisz dalszego ciągu tego romansu.

— Nie! Zaraz skończę. To cię nie zmęczy. Nie godziłam się na żadne minutki sam na sam, ale przystałam na długotrwałą schadzkę. Kazałam mu ustnie, żeby w oznaczonym dniu i oznaczonej godzinie przyszedł...

— A przecie kłamałaś mi dawniej, że ja byłem pierwszym twoim kochankiem, że ja pierwszy pocałowałem cię w usta, że oprócz mnie nikt...

— No — widzisz — teraz mówię ci szczerą prawdę... — rzuciła z uśmiechem.

— Nie chcę tego słyszeć!

— Kazałam, żeby przyszedł na jedną z okolicznych gór. Na szczyt tej góry... Była na tym szczycie, jak na wszystkich tutejszych górach przed niezliczonymi laty, w średniowieczu, kiedyś tam za legendarnych polskich królów kopalnia ołowiu, miedzi czy żelaza. Teraz te miejsca obrasta las głuchy, a na szczytach zostały tylko niezgłębione doły, tajne przepaście, zdradzieckie bezdna, obrośnięte starym i ze wszech stron zachodzącym borem. W dawnych sztolniach pną się krzaki jałowcu, jeżyny i głogi. Rudy albo siny żwir sypie się w czarną czeluść. Włożyłam czarną amazonkę i buciki z długimi cholewami. Stopy obwiązałam grubymi szmaty — od zimna, bo była jesień. Pojechałam sama. Pojechałam daleko, w inną stronę, polem, lasem, na przełaj. Jadąc marzyłam radośnie... Nieznanymi drożynami dostałam się na tamtą górę. Konia uwiązałam w gęstych krzakach na połowie wysokości góry. Poszłam na szczyt. Ten pan, mój kochaneczek, już tam niecierpliwie czekał. Niecierpliwie czekał...Czy jesteś ciekawy?

— To dlatego tak nie lubisz Polaków? — uderzył ją słowem i pogardliwym spojrzeniem. — I cóż, oddałaś mu się?

— O, jakżeś niecierpliwy! Najprzód przecie romans... Był blady ze szczęścia. Nie mógł głosu wydobyć, szeptał cicho, choć w lesie nie było nikogo. Tak było cicho! Jesień. Żółta, złota jesień. Jarzębiny wśród sosen, młode klony ze złotymi łapami. Słońce świeciło. Ani jednego ptaka, ani jednego głosu... Kazałam mu, żeby obszedł cały szczyt i niżej aż do połowy góry i żeby wypatrzył, czy kogo nie ma.

— Tej samej metody wzywania na schadzkę trzymałaś się zawsze, prawda?

— A tak... Uczynił to posłusznie. Obszedł całe miejsce, wypatrzył, wysłuchał, niemal wywąchał i wywnioskował, że nie ma tam nikogo. A on przecie umiał podpatrywać i podsłuchiwać. Już tam na pewno nie było nikogo, jeśli on rzecz zbadał i taką wyprowadził konkluzję. Nikogo! Gdy wrócił blady ze szczęścia, zbliżył się do mnie, wziął mię za ręce i zaczął szeptać — ach! — szeptać piękne, literackie słowa, toczone okresy... Przewracał oczy, przymykał powieki z rozkoszy. I we mnie obudził się na nowo radosny śmiech. W istocie byłam szczęśliwa. Patrzyłam mu w oczy, i to śmiało, oko w oko. Przekomarzałam się, nie dałam pocałować się nawet w rękę, żeby go jak najbardziej rozkochać w sobie. Taka to już moja metoda... Toteż rozkochałam go do zupełnego szału.

W pewnej chwili, gdy się już w swych uczuciach zupełnie roztopił i zbyt był natarczywy, kazałam mu odwrócić się, gdyż musiałam coś poprawić pod amazonką — może pończoszkę, a może co innego. Miał tak odwrócony tyłem do mnie czekać, dopóki nie dam umówionego znaku. Musiał dać słowo, że się nie odwróci. Dał słowo i rzeczywiście, jak przystało na subtelnego kochanka, cierpliwie czekał. Mogłam spokojnie przyszykować ów znak, nieomylnie wziąć na cel tył łysiny, a raczej fałdę czerwonawą grubości palca, pokrytą przystrzyżonymi włosami, między kołnierzykiem i brzegiem angielskiej czapeczki. Tę fałdę wzięłam za podstawę. Później podniosłam cel o jakie trzy milimetry. Co za przecudną miał śmierć — nieprawdaż? Umarł nie wydawszy jęku, z uśmiechem szczęścia na ustach, z bijącym od rozkoszy sercem, czekając na pocałunek takich ust jak moje...

Piotr patrzał w jej twarz z zapartym nagle oddechem, ze zduszonym gardłem. Tchórzostwo odjęło mu mowę i zdolność ruchu. Po wyrazie twarzy Tatiany poznał, że słyszał opis prawdy. Nierychło wykrztusił:

— Cóżeś ty zrobiła!

— Gdy po strzale zwalił się na twarz i nie ruszał zupełnie, nasłuchiwałam, czy kto nie idzie, czy nie słychać jakiego głosu. Ze szczytu góry widziałam poprzez drzewa daleko w lesie. Rozglądałam się. Obeszłam oczami wszystkie niemal drzewa. Była cisza, ta sama co przedtem, pustka zupełna. Poczekałam jeszcze. Krew mu oblepiła szyję, kołnierzyk i, jak bujne źródło, wciąż napływała pod ową modną, angielską czapeczkę. Wzięłam stygnącego za nogi i pchnęłam przed siebie na brzeg starego szybu, który był tuż obok. Tak głową na dół zepchnęłam... Poleciał sam gdzieś w przepaść. Zawalił się własnym ciężarem w bezdenną jamę starej sztolni, razem z kamieniami, kępami traw i bryłami, które oberwał. Wchłonęła go ta przedwiekowa, polska, stara robota. Siedząc w kucki nad brzegiem słuchałam, czekałam. Gdy mi już nic nie przeszkadzało, powyrywałam starannie kępy borówek i żurawin, które był okrwawił, i rzuciłam za nim. Kwiaty na grób mego kochanka... Wytarłam ręce o mech drzewny. Zeszłam na dół do konia. Wskoczyłam na siodło i wyjechałam lasami na pewną drogę. Wymyłam jeszcze w rzece ręce. Odwiązałam z nóg szmaty, skręciłam je w węzeł i z kamieniem w środku cisnęłam w rzekę. Ślady moich nóg były nie do odcyfrowania.

— Nikt się nie dowiedział?

— Nikt.

— I nikt nie wie?

— Nikt, oprócz mnie i ciebie.

— Czyż nie szukali?

— Och, szukali — i bardzo. Ale on dobrze przecie umiał zatrzeć ślady naszej schadzki, zmylił cel, dokąd idzie. Śpiesząc na ową schadzkę oświadczył podobno w domu, że wyjeżdża koleją na polowanie. Koleją też wyjechał jedną stację za miasto, w inną stronę. On umiał zacierać ślady. Ja również. Nasza miłość została tajemnicą. Nienawidzę... tych Polaków... Cóż teraz o mnie powiesz?

— Nic.

— Możesz mię wydać i uwolnić się ode mnie, Polaku...

— Zamilcz!

— Jak ci się zdaje: dobrze zrobiłam czy źle? Jak ci się zdaje? Czy życie tego męża było świętością, którą szanować należało w jej czynach i uczuciach, czy to może było życie płaza, które należało skrócić, ażeby się nie płodziła na ziemi zaraza podłości. Co do mnie... Widzisz, Piotruś... Co do mnie... Dopóki był na zewnątrz, darzyłam go tylko wewnętrzną pogardą — ale gdy się zbliżył do mnie, gdy po mnie wyciągnął rękę, chciał złożyć swój pocałunek na moich ustach — zabiłam płaza. Powiedzże mi, ty jedyny...

— Ja nie wiem. Nie jestem prawnikiem. Niech ci na to odpowie Roszow.

— Roszow!

Piotr gorzko, gorzko zapłakał.

— Zraniłam ci duszę... — wycedziła z przejmującą ironią.

Suknie jej były tak przejrzyste, że widać było niemal całe ciało. Podniosła się, nachyliła z niskim ukłonem, szybko odemknęła drzwi i z podniesioną głową odeszła.

[edytuj] XXV

Piotr niedługo przebywał w domu generała. Pobyt tam stał się dla niego nie do zniesienia. Rany przyschły, przecięta brew zrosła się dzięki umiejętnej opiece pułkowego lekarza, z policzka zdjęto bandaże i został na nim tylko plaster stały, pod którym goiła się pozeszywana szrama. Skoro pacjent miał możność wychodzić z mieszkania, zaraz wrócił do swej dawniejszej "kwatery" nad "Kozdrojownią". Początkowo, wydalając się na ulicę, nosił przy sobie nabity rewolwer, a szablę kazał naostrzyć, ponieważ cała oficeria piesza z zemsty za porąbanych kolegów miała go na oku. Gdy był jeszcze słaby, rzadko się ukazywał na mieście. Za to odbywał coraz dalsze zamiejskie wycieczki. Obiady z restauracji przynoszono do domu.

Za pośrednictwem miejscowej księgarni polecił sprowadzić kilkadziesiąt kilo książek naukowych z zakresu swej specjalności i z zakresu nowej, przybranej, która go coraz silniej pociągać zaczęła, to jest z lotnictwa. Sprawę tę począł studiować gruntownie, zarówno teoretycznie, jak i historycznie, poczynając od Leonarda da Vinci.

Przysiadywał fałdów nad poszczególnymi badaniami techniki lotniczej. Krok za krokiem, mozolnie przerabiał tablice doświadczeń i badań Langleya i Maxima z aerodynamiki, o oporze powietrza, o prądach i uderzeniu wiatru, o kierunkach i wewnętrznym jego składzie, o wszelkich fenomenach ptasiego lotu, o wszelkiego rodzaju skrzydłach aerodynamicznych, o całej statyce i dynamice nowożytnego lotnictwa.

Mieszkanie zapełniło się szkieletami albatrosów, kormoranów, nietoperzy, kondorów, orłów i bocianów. Praca nad tymi kwestiami poczęła dawać duszy wytchnienie. Uczył się od nowa jak abecadła albo angielskich słówek, poznając z wolna prawa rządzące niezmierzoną dziedziną ludzkiego czynu przyszłości, nieogarniętą jak niebiosa, w których się mają dokonywać jego dzieje. Uciszała cierpienie niezgruntowana w swej piękności rozkosz matematycznego poznania, prostota prawd jasnych i przejrzystych jak powietrze, których nie spostrzegają nieszczęśliwi ludzie, jak pijacy leżąc przy drogach życia i martwymi oczyma nie widząc zupełnie nieba.

Niektóre kwestie z zakresu tej techniki lotniczej były trudne i nie do zdobycia, gdyż zahaczały o dziedzinę matematyki, ledwie dotkniętą na ławie szkoły artyleryjskiej — albo już zapomnianą. Musiał tedy brać się z powrotem do zarzuconych podręczników i ślęczeć nad wyższym rachunkiem. Te problematy dawały możność egzystowania na ziemi obok najżywotniejszego z problematów, który o samym życiu stanowił.

Piotr wymógł na sobie, wydręczył ze swej duszy postanowienie przymusowego niewidywania Tatiany. Tak postanowił i tak się stało. Nie pozwolił sobie na współczucie, które go dręczyło po opowieści o czynie na leśnej górze. Wiedział dobrze, iż ono istnieje w nim jakoby owa zacieniona sztolnia — wiedział, że istnieje w nim niezgruntowana, podstępna i zdradziecka namiętność. Nie mógł się z Tatianą pogodzić, nie mógł jej darować Koszowa... Miał wewnątrz siebie głębsze i stokroć boleśniejsze rany niż na policzku. Próbował tedy wypowiedzieć scytyjską wojnę namiętności samej.

Nie pozwalał sobie na wspomnienie, na bezkarne marzenie, na sen o Tani. Kochał ją w głębinie swej, poza wolą i wiedzą. Ażeby wytępić fizyczną pamięć uroku, nie jadł prawie zupełnie mięsa, pił tylko mleko, często pościł, a wszelką reminiscencję usiłował wyszarpać z ciała forsownymi trudami, ćwiczeniem na musztrach, gimnastyką i dalekimi, pieszymi spacerami. Częstokroć w nocy, osaczony od widzeń, wstawał z objęć tęsknoty, wyprowadzał konia i jechał w świat. Biała pawłoka szosy wapiennej uchodziła przed oczyma w noc, wsiąkała w nią i ginęła w niewidnej, ociemniałej pustce, gdy jechał mrocznie zamyślony. Wbrew woli, nie wiedząc o tym, śnił przecie wciąż o jednym. Roztapiający się w ciemności szlak drogi był jako zagadnienie ziemskiego bytu, niejasne już o krok, a niezgłębione o dwa...

Tajemnica uczynku Tatiany jak kruk siedziała na głowie — zagmatwana jej dusza stowarzyszała się z jeźdźcem i długie z nim toczyła rozmowy. Postać jej wieszała się u jego szyi, białe ręce opasywały ramiona, ciemne oczy zatapiały się w oczy, a usta przemawiały: "Więceś mnie już zapomniał..."

Dźwigał się wtedy na swym siodle jak tyran, potężnym aktem woli przeobrażał ją, Tatianę, śliczną kochankę, w wyobrażenie, w symbol — niweczył ją w swej pamięci i usuwał ze swego pola. Jechał sam, wlepiając oczy w śniadą smugę swej drogi. Nie wiedział też nic o Tatianie w ciągu czterech tygodni, gdyż do domu generała nie chodził, a wszelkie wiadomości stamtąd pochodzące wprost unicestwiał, zanim do jego wrażenia dostęp znaleźć mogły. Cieszył się kryształową czystością atmosfery swej woli, której, jak sądził, nic zmącić nie mogło. Ale — jakże się łudził! Zdarzały się w tym jego państwie chwile wybuchające jakby za wolą, przyczynieniem się i rozporządzeniem szatana.

Pewnego dnia, gdy odbywał jeden ze swoich milowych spacerów szosą przez lasy i wzgórza i był od miasta o jakie dziesięć wiorst, usłyszał nagle za sobą poryk automobilu. Wkrótce nadleciał zza załamania się białej drogi wspaniały, lśniący wehikuł i w tumanie kurzu, z pogwizdem swoim go mijał. Piotr podniósł oczy i za szybą — ujrzał Tatianę. Obok niej siedział Roszow i mademoiselle Mathilde. Tatiana nie miała na głowie kapelusza. Włosy jej otoczone były woalem niebieskawego koloru, który byli swego czasu razem kupowali w Galerie Lafayette. Blada jej twarz zwróciła się w stronę Piotra. Usłyszał przejmujący i bolesny okrzyk. Ale automobil jakby w wichrze z żałosnym swoim jękiem poleciał po białej wstędze szosy. Został po nim swąd benzyny i kręte słupy długo nie opadającej kurzawy. Gdzieś daleko, w przestrzeni słychać było pobekiwanie pojazdu niby śmiech odrażający diabła, który osiadł ziemię, przebił serce świętej prawdy, a teraz niesie swój tryumf zielonymi polami.

Piotr zatoczył się na swej równej drodze, w dobrze i mądrze wypracowanych powierzchniach swej woli. To dalekie pobekiwanie samochodu spętało go i obaliło na ziemię. Jak pijany siadł trzeźwy matematyk na pryzmie kamieni, objął głowę rękoma i chwytał płucami powietrze a sercem życie. Patrzał w ciemnicę uczucia, która się nagle rozwarła. Blada twarz Tatiany i jej oczy, jej oczy... Wywinął się znikąd i przypomniał dawny, paryski sen. Brzeg morza, jakaś bretońska, murowana chałupa, Tatiana w oknie, gdzie pełno mężczyzn... Krótki jej okrzyk! Ileż boleści, jaki strach, jaki żal, jaka otchłań cierpienia uderzała przez ten okrzyk senny, wewnętrzny! Gdzieś w piersiach nastąpiło na skutek tego okrzyku coś jak pęknięcie krwionośnej żyły. I oto — niespodzianie, nie wiedzieć jak i kiedy, Piotr stoczył się z kamiennej pryzmy w rów.

Nie mógł ruszyć się z miejsca, udźwignąć, podnieść. Macał wokoło siebie rękami — natrafił dłonią na okruch głazu, rozbitego młotem kamieniarza, i w obłędzie swym ściskał go oburącz. Z oczu jego — och, nie z oczu, lecz z rany przebitego serca, poczęły lać się samotne łzy. W minucie poczucia męskiego wstydu nieszczęśliwy przekręcił się na twarz, łkał i wył w ziemię, zapychając sobie nią usta, żeby nie krzyczeć. Krzyk do Boga z dawnego snu zstąpił na jawę — krzyk bez echa. Ów sen spadł na głowę jak kamień. Roszow trzyma w swych dłoniach ręce Tatiany. Obcy mężczyzna trzyma jej ręce! Oczy jej zatopione są w cudzych oczach — usta jej spoczną na cudzych ustach! Szaleństwo płomieniem zapaliło się w kościach głowy. Myśli pękły i rozprysły się. Nic już nie widział i nie słyszał.

Lecz oto ów diabelski poryk automobilu ozwał się. Echo czy złudzenie? Głos przeklęty stawał się coraz bardziej bliskim i natarczywym. Piotr powitał go przekleństwem — i zrozumiał, że on się zbliża. Po chwili słyszał już daleki świst, lecący w jego stronę. Usiadł na ziemi. Przekonawszy się, że pojazd pędzi ku niemu, wstał z miejsca i poszedł brzegiem drogi. Wnet tuman kurzu... Automobil nadleciał, minął przechodnia. Stanął. Piotr nie odwracał głowy. Szedł dalej. Lecz zawołano go po imieniu.

Przystanął. Tatiana wysiadła i szła. Zobaczył ją na własne oczy, tę przedziwną, swój sen ukochany. Była blada, wysmukła, w lekkich sukniach. Była tak strwożona, jakiej nigdy jeszcze nie widział. Zdało mu się, że to nie ona, tylko widzenie rozpaczy — że się za chwilę rozpryśnie i ułoży w nicości jak pył gościńca.

Tatiana do niego podeszła. Była między nimi przydrożna pryzma kamieni. Ta pryzma legła na szlaku ich spotkania. Tatiana potknęła się o kamienie i bezwładnie na nich uklękła. Patrzyła się w jego twarz, w jego oczy.

Stał przed nią i przypatrywał się również, dziwiąc się temu zdarzeniu jakby z własnej jego duszy wydartemu, w ciężkiej jego niedoli...

— Zobaczyłam cię, jakeś tu szedł... — rzekła po cichu.

— A tak, szedłem tą drogą.

— Sam tak idziesz?

— Sam.

— Masz mundur powalany.

— A tak, powalałem mundur.

— Jesteś taki bardzo blady... Zmęczyłeś się...

— Nie jestem zmęczony.

— Piotrusiu, Piotrusiu, moje dzieciątko...

— Taniu...

— Roszowa już tam nie ma w automobilu... — rzekła z pokorą, żebrzącą u jego nóg, ze wstydem bez granic.

— A gdzież jest?

— Kazałam mu wysiąść pod miastem.

— Dlaczego?

— Bo pewnie z nim nie chciałbyś wsiąść.

Wściekły, niemal zwierzęcy rzut męczarni i płomienisty wybuch dumy porwał się z jego piersi na nowo i zamarł na ustach. Piotr żuł w zębach wyraz okrutny, straszliwy. Spojrzał na nią — i przeczytała w jego oczach ten wyraz.

Jęcząc wstała z klęczek. Chwiała się tu i tam. Bezsilnie zawróciła, pchnięta jego spojrzeniem, i odeszła na nogach jakby spętanych, które się pod nią zginały. Za chwilę pojazd znowu zaryczał, zawył i w tumanie kurzu pomknął.

Teraz oficer szedł znowu brzegiem gościńca, tak samo jak szedł niedawno temu. Stawiał równo stopy na kędzierzawych trawach, grubo przydętych wapiennym pyłem. Zeschłe głowiny białych koniczynek i szorstkie źdźbła uginały się pod jego nogami niby zwoje subtelnych sprężyn. Ciepły wiatr tak samo leciał ze ściernisk, wciskał się pod rozpięty mundur i opasywał żebra spazmem, którego ohydy słowo nie zdoła wydać.

W przymkniętych oczach na biały gościniec szosy upadłych zostały blade policzki Tatiany i jej czarne oczy tak struchlałe i tak zabite... Objawiła się we wzroku błękitnawa smuga pod dolnymi powiekami. Nawinęło się proste pytanie: "Czemużem z nią nie wsiadł i nie pojechał? Przecie Roszowa tam nie było w istocie. Była tylko dobra przyjaciółka, mademoiselle Mathilde — i ona..."

Uczuł jej ramię oparte o swoje ramię, rozkoszny nacisk, który był już częścią jego zmysłowej jaźni — miękki zwój włosów na swym policzku... Tyle już dni, tyle już nocy tych włosów ustami nie muskał! Jakże? Wróciła się! Zadrżało jej wierne serce — i tak niezgłębiony krzyk miłości był w jej głębokim wzroku! Taka w jej twarzy pokora i taki szczery wstyd! Jawnogrzesznicy Chrystus przebaczył, a on? Postąpił z nią w tej stanowczej chwili nie tylko jak kat, lecz jak gruby, brutalny cham! Po tym postępku — już nigdy, już przenigdy! Duma już jej nie da zapomnieć. Szofer patrzał i ta mademoiselle Mathilde. Piotr uczuł, że runęło nań teraz nieszczęście zgoła nowe, dwakroć gorsze, niż było dawne. Szał rozpaczy znowu zjeżył włosy. Pot oblał ciało. Wytężyły się muskuły. Lecz jak cięciwa łuku naciągnęła się wszystka wola. Dźwignął swe nieszczęście i poszedł ku miastu.

Odtąd zły na niego przyszedł czas. Wypracowane tak mądrze i tak doskonale budowisko woli nagle jak domek z kart runęło. Ukazały się podspody, nice woli, grzęzawisko i topiel, gdzie ani przebrnąć, ani przepłynąć, ani nawet utonąć nie sposób. Jak dwa wściekłe zwierzęta rzuciły się na siebie dwa elementy duszy: podłość i duma. Wżarły się w siebie dzikimi szczękami i borykały bez jednej chwili wytchnienia. Ustał zupełnie apetyt, sen i zdolność do jakiegokolwiek uczynku. Odraza do książek, map i rysunków napełniła dawne funkcje ducha. Nienawiść do ludzi i ich życia, do ptaków i ich śpiewu, do drzew i ich poszeptów, do nieba i jego pogody zwiększała się z dnia na dzień, aż urosła do potęgi równej sile życia i ogromowi świata.

Piotr nie mógł usnąć w nocy, również następnej i trzeciej z rzędu. Czuł, jakby miał wbitą w bok drzazgę żelazną, coś niby grot lancy, i musiał na tym leżeć w łóżku. Toteż wstawał i bosy, w nocnej bieliźnie chodził po stancji. Zwalczał się sam w sobie. Poszukiwał — ach, jakże straszliwie! — poszukiwał siły, która by mu mogła zastąpić miłość Tatiany. Przemierzał wysiłkiem ducha wszystko, co mogłoby mu dać siłę życia bez Tatiany — co mogłoby w nim wytworzyć zdolność zapomnienia o niej — i nie mógł znaleźć. Przebierał i rewidował po kolei — wielkie czyny, zapasy z przeciwnościami, prace, nędze, poświęcenie się, głuche męczarnie i najskrajniejszą rozpustę — i widział, że to wszystko jest na nic. Jedna jakowaś nikła reminiscencja wszystko rozdzierała na strzępy. Wspomnienia pewnych słów, miejsc, dźwięków i połysków nabrały siły straszliwej. U wezgłowia pościeli w ciągu krótkich minut sennego zamroczenia zdawał się zasiadać czuwający konsyliarz ducha, bezsenny szatan — i kiedy głęboki sen miał zejść i uciszyć cierpienie — wymawiał krótką a nieśmiertelną formułę nieszczęścia: słowo... Ukazywała się zmoczona od deszczu aleja w Charenton — zaciszny pokój w Paryżu — ciemna noc w dalekiej, pustej ulicy...

Czasami nieszczęśliwy wyszarpywał się na wierzch z topieli, wychodził na miejsce suche i zdobywał pewność, że nareszcie siłą rozumu, mocą niezłomną logiki pokonał strzygę uczuć. Kładł się spać — i drzemał. Przebywał na poły na jawie, na poły we śnie. Niby to spał wiedząc dobrze o tym, co się dzieje w myślach. I oto sylogizm o konieczności trwania, ostatnie narzędzie woli, wydobyte ku obronie przed zatratą z błogosławionego kraju logiki — z nagła i niespodziewanie pryskało jak sprężyna w zegarku. Siła męczarni wyrzucała z łoża. Znowu powolny krok po izbie. Nocna ciemność i nocna cisza były znośniejsze, lecz szarzał brzask... Piały koguty i lekki powiew poruszał liście drzewiny w podwórku. Dawał się słyszeć odgłos życia i kroków ludzi. Wstawał do pracy ubogi stolarz w dziedzińcu. Coś mierzył, przystawiał, przyklejał. Wkrótce budziła się gruba jego żona w zdeptanych chodakach. Jakąż nienawiść Piotr powziął do tego stadła! Rzucał na ich niewinne głowy ciężkie przekleństwo! Mocne i stałe cierpienie poczęło wysysać wszelką rację i wszystką siłę bytowania.

Piotr obejmował rękoma niejaki kształt w próżni, coś jak gdyby ów kolec spróchniały krzyża wiszący na drzewie. Wałęsając się po izbie wśród wstającego dnia po białej nocy, po wielekroć bez wydania głosu wołał z głębi serca: "Ojcze! Ojcze!"

Za dnia nie jadł. Trochą mleka zwilżał zeschnięte wargi. Chodził po mieście, z nienawiścią myśląc, że znowu będzie noc. A gdy przychodziła okrutniejsza niż wszystko, co o jej grozie mogłoby podać ludzkie słowo — długa, ciemna, milcząca — począł zagłębiać się w jedyne wyjście z tego lochu męczarni. Zapragnął spoczynku śmierci tak szczerze i tak naturalnie — wmyślał się w to, czym ona jest, tak logicznie i bez jakiegokolwiek wzruszenia, że nareszcie pociecha do jego izby zawitała. Odłączony od siebie samego, obcy sobie, istność nie znosząca życia i jego wesela — jak gdyby po stopniach bardzo stromych wszedł z wolna na jakiś pomost. Stamtąd zobaczył piękno spokoju. Z uśmiechem rozmyślał, że miłości do Tatiany pokonać nie można, a każde jej mniemane pokonanie jest obłudą męczarni — że spodleć, to znaczy wrócić się do Tatiany, nie można, bo trzeba by było przestać być sobą — więc musi być inne jakieś wyjście. To wyjście dawało możność pokonania podłości i obleczenia się w dumę. W tym płaszczu dumy czuł się jak monarcha wstępujący na tron. Na czole miał ciężką nadmiernie, ołowianą koronę, na kolanach miecz ślepy i bezlitosny. Przymykał oczy i wyniośle czuł, że króluje nad światem wewnętrznym, choć krwawe łzy wciąż płyną mu po policzkach.

Następnego dnia wałęsał się po mieście bez rewolweru i szabli. Wstępował do klubu i cukierni, gdzie było pełno oficerów piechoty, najbardziej wrogo dlań usposobionych. Siadał wśród nich i wzgardliwie zaglądał im w oczy, mijał ich z odrazą lub przeciskał się przez ich grona. Ale ci ludzie usuwali mu się z drogi albo milkli na jego widok i patrzyli nań spode łba. Wracał do domu obojętny i bardziej jeszcze znużony nicością ich męstwa.

Na czwartą noc, zaraz z wieczora rzuciwszy się na łóżko bez nadziei spoczynku, zasnął krótkim, lecz twardym snem. Przyśniło mu się, że nie przestając chodzić po swej izbie zstąpił ze schodów, wymknął się z domu i udał do Tatiany. Stoi oto u drzwi i pociąga za niezapomnianą brązową rączkę starożytną od dzwonka w kształcie strzemienia. Dzwoni raz, drugi i trzeci. Za drzwiami słychać tupot nóg: — biegają tam, gdyż wiedzą dobrze, że to on dzwoni. Lecz nie otwiera nikt... Nareszcie ktoś drzwi uchylił. To ta — Mathilde. Wszedł do wąskiego korytarzyka, gdzie pewnego razu o zmroku pocałował Tatianę, co jej, jak później wyznała, sprawiło najgłębszą, najsubtelniejszą rozkosz w życiu. Ciemna przed jego oczyma wisi zasłona, jakiej tam nie było w rzeczywistości. Za zasłoną sala duża jak w hotelu na paryskich bulwarach. Trzej młodzi ludzie przeszli przez tę salę. Twarze ich ukazały się nad wyraz żywo, choć ich nigdy nie widział na oczy. Potem trzej inni — starsi wiekiem panowie. Ci rozmawiali z Tatianą. Jeden z nich proponował, żeby pojechała na Litwę. Wreszcie — o, głęboka, niewysłowiona, senna rozkoszy! — ujrzał Tatianę. Siedziała na łóżku nie ubrana, w liliowym szlafroku, który niegdyś tak lubili... Czesała swe długie, czarne włosy. Piotr zadrżał od wewnętrznego spazmu serca. Czekał. Zobaczył twarz Tatiany — usta, brwi, policzki, włosy... Sen zatarł i zniweczył wiadomość o niedoli, o rozłączeniu, o strasznej męce i ukazał bliskość szczęścia dawnego. Lecz oto ktoś nadszedł, jakaś kobieta, znajoma czy nieznana — i rzekła, że Tatiana już go widzieć nie chce. W istocie podniosły się przeciwko niemu jej oczy obce, w których nie było już nawet nienawiści, tylko zimny i jałowy popiół wzgardy.

W owej chwili Piotr ocknął się. Był zlany potem, serce mu biło nadzwyczajnym tętnem. Wstał natychmiast z łóżka, narzucił na ramiona letnią szynel, wdział długie buty na bose nogi — i cicho wyszedł z mieszkania. Jak w niedawnym śnie szedł po pustych, ciemnych, małomiejskich ulicach. Omijał główne, brnął po błocie zaułkami.

Wyszedł na łąkę przylegającą do ogrodu generała. Przeszedł przez kilka rowów, przebrnął przez żywopłot i jakieś głębokie doły, aż wreszcie znalazł się pod ogrodzeniem, skąd widać było obadwa skrzydła pałacyku od wewnątrz. Nieruchomy, zimny blask księżyca padał na szyby pokoju, gdzie była Tatiana. Okno było zamknięte. Ten blask, tak niegdyś piękny, a teraz płony, niezmienny i okrutny, jakby wapnem rozpuszczonym zabielał okno. Boleść niezgłębiona zmogła ciało i duszę Piotra. Przewieszony przez kamienne ogrodzenie dawnego raju swej duszy, pokonany, przebity, bezwładny i upadły jęczał przed Bogiem.

Tak przeminęła ta najgorsza z nocy...

Borykaniem się ze sobą, męczarnią mocniejszą niż siły fizyczne człowieka, zdobył przecie w ciągu następnych dni jedną władzę — wyżął, wycisnął i wydusił z cierpień jedną potęgę: szlachetną, zaiste świętą dumę. Nie widywał Tatiany i — dzięki dumie — mógł jej nie widywać. Mógł spać, nabrawszy w ciągu dnia wiedzy tajemniczej, że ona go już zdradziła. Mógł pracować tylko dzięki hartowaniu w ogniach duszy i zastalaniu wciąż w sobie cienkiego sztyletu pogardy. Doskonale wiedział, że gdyby teraz popadł znowu we wspomnienia, w miękką mądrość litości — utraci sen, a z nim władzę nad furiami swej duszy. Pokonywał te furie z takim trudem, wdeptywał je w miazgę swego bytu tak powoli! Wiedział, że i duma, tyle szlachetna — i tak cnotliwa — jest to fikcja, lekarstwo symptomatyczne, mechaniczny nacisk na czujnego ducha. Wiedział, że jedno spojrzenie tamtych oczu...

W kilka tygodni później, przyszedłszy o naznaczonej godzinie na pole ćwiczeń baterii, Piotr zastał jednego tylko oficera, Jeżkowa, chłopca bardzo zdolnego, wesołego, z lepszym wychowaniem, ale birbanta i hulakę, który swe zdolności od dawna trwonił po knajpach, a wiedzę techniczną topił w próżniactwie. Jeżkow okazywał Piotrowi wiele życzliwości w czasie choroby i był dlań zawsze dobrym kolegą. Po awanturze zdradzał jak gdyby zazdrość z powodu otrzymanych przez Piotra ran.

Uskarżał się nieraz, że też to on wtedy był gdzieś — i to nota bene licho wie gdzie — że go też to nie było w pobliżu, gdy się owa bitka przydarzyła — że też to on nie przeczuł, że się taka rzecz dzieje. On by im był wówczas zadał bobu! Już on by im pokazał, jak to się sekunduje koledze-artylerzyście, a jeszcze Rozłuckiemu, "Piotrusiowi" — a nade wszystko w takiej sprawie! Ale ta rzecz — dodawał — jeszcze wypłynie i jeszcze Piotruś zobaczy, jak to Jeżkow sekunduje...

Dzień był zimny, więc otulali się w szynele i ćmiąc papierosy gwarzyli na wietrze. Jeżkow rzekł poziewając:

— Piotr Iwanycz — przepraszam, że cię o to zapytam, bo dziś, jak się okazuje, już można. Jakże to? Tatiana Iwanowna idzie za mąż za tego tam Roszowa?

— Skąd to wiesz? — spytał Rozłucki.

— Wczoraj wieczorem byłem u generała. Było mnóstwo osób, całe miasto, wielka feta. No i przy wszystkich już Roszow występował jako szczęśliwy narzeczony.

— Skoro tak — to sam widzisz...

— Przepraszam cię bardzo... Wybacz, że dotykam tej sprawy. Czy zostałeś przez nią zdradzony?

— Nie.

— Bo jeżelibyś potrzebował mojej pomocy... — rzekł Jeżkow gryząc munsztuk papierosa i przymrużając mądre i poczciwe oczy — zawsze możesz liczyć na mnie. Gdy wczoraj zobaczyłem i posłyszałem o narzeczeństwie, wierz mi, miałem zamiar natychmiast doprowadzić do jakiejś awantury z tym pudlem uczonym, Roszowem. Ale nie wiedziałem, co o tym sądzić, jakie jest twoje zapatrywanie na tę sprawę. Wybacz, że to poruszyłem...

— Ach, nie! Jestem ci wdzięczny za tę wiadomość.

— Doprawdy? Piotr Iwanycz!

— Co, bracie?

— Jeżeli cię zdradziła, a chcesz tamtemu pokazać, że naszym bratem pomiatać nie wolno, to słuchaj! — licz na mnie...

— Dziękuję ci — ale ja nie jestem zdradzony. Daję ci na to me słowo!

— Nie jesteś zdradzony?

— Nie.

— Ejże!

— Jeszcze raz daję ci na to me słowo.

— Dziwaku! — mruknął Jeżkow. — Taka dziewczyna, takie stosunki, taka kariera. I on nie jest wcale zdradzony, daje na to słowo. No, więc milczę.

Piotr uśmiechnął się i odszedł do swej roboty. Mówił do żołnierzy — później wsiadł na koń, wydawał rozkazy... Widział pola, lasy. wzgórza, w dali miasto. Lecz widoki te stawały się coraz bardziej zmącone, jakby obrazy snu. Unikał Jeżkowa i rozmowy z nim w niejasnej obawie, ażeby nie przyszła chęć wyrwania niespodzianie rewolweru i wypalenia mu między oczy.

W końcu następnego miesiąca, grudnia, lokaj generała, człowiek stary, wierny swemu panu jak pies, dawny wysłużony żołnierz i niemal członek rodziny generalskiej, przyniósł i wręczył Piotrowi list od mademoiselle Mathilde. Francuzka pisała krótko i niezupełnie ortograficznie z prośbą, ażeby Piotr przyszedł nazajutrz na ów plac obok ogrodu i magazynów wojskowych, gdzie po raz pierwszy Tatiana naznaczyła mu spotkanie. Po przeczytaniu tego listu Piotr wpadł w zamyślenie. Przewidywał, że tam przyjdzie nie tylko Matylda, lecz i Tatiana. Cała jego męczarnia była nie czym innym, tylko wykrętnym snem o spotkaniu z Tatianą, wzdychaniem do jej widoku.

Teraz jednak, gdy ona się nareszcie poniżyła i miała przyjść, ocknął się dawny gniew... Piotr wiedział, że owo narzeczeństwo z Roszowem może być li wybiegiem, a jeśli nawet było faktem istotnym, to w każdej chwili mogłoby być zerwane... Ale sama obecność Roszowa obok niej — już dawno wszystko zdecydowała.

W czasie namysłu Piotra stary lokaj stał przy drzwiach w swym czarnym surducie, z mnóstwem orderów pod jego klapą. Gdy Piotr podniósł głowę, żeby dać odpowiedź, ten stary sługa, wbrew zasadzie subordynacji i oczekiwania — przemówił:

— Piotr Iwanycz...

— A co to powiesz? — przerwał mu Piotr wyniośle.

— Piotr Iwanycz — nisko ja się tobie kłaniam i proszę o przebaczenie, że śmiem mówić...

— No, dobrze, dobrze. O co ci idzie?

— Piotr Iwanycz — ja czołem biję przed tobą...

— Powiedziałem, żebyś wyłożył, czego chcesz.

— Przebacz ty już Tatianie Iwanownej, odpuść!

— A to co ma znaczyć! Tobie co do tego!

— Przebacz ty jej przez miłość Chrystusa Zbawiciela. Przebacz i mnie, staremu człowiekowi!

— Na ten raz przebaczam. Ale nie waż się wtrącać w taką sprawę. Zrozumiałeś?

— Tak jest, w istocie. To do mnie nie należy. Ja dużo wiem, Piotr Iwanycz, ja i twój gniew rozumiem, choć ja i lokaj. Zlituj ty się nad Tatianą Iwanowną przez miłość Chrystusa Zbawiciela. Sam wiesz, dlaczego.

— A dlaczegóż to mam się nad nią zlitować? — szarpnął się Piotr.

— Widziałem, jakeś do niej chodził na wiosnę, kiedy to plany w kancelarii jego generalskiej mości pisałeś. A teraz ona z tamtym. Zważ!

— No, więc cóż? Skoro chce być z tamtym, to ja przecie z nią być nie mogę. Czy tego jeszcze zrozumieć nie możesz, choć tyle lat przeżyłeś?

— Piotr Iwanycz! Na ręku ja ją wyhodowałem. Mówić i chodzić przy mnie zaczęła. Znam ja ją! Niedobrze ta sprawa stoi...

— Powiedz mademoiselle Mathilde, że przyjdę... — rzekł Rozłucki przerywając wynurzenia starego sługi.

— Słucham... — mruknął lokaj i wyszedł z niskim ukłonem.

O naznaczonej godzinie ubrał się starannie i poszedł na plac za ogrodem miejskim. Zbliżając się do tego miejsca, spostrzegł Matyldę — samą. Doznał zawodu. Powinien był ucieszyć się, że Tatiany nie ma — a oto tak bardzo się nie ucieszył! Głucho, twardo zakołatało serce. Niepostrzeżone afekty zawirowały jak odór ohydy życia bez Tatiany — pomimo że logicznie rozumował i cieszył się na pozór z takiego obrotu sprawy.

Francuzka była podniecona, blada, niespokojna. Na zapytanie, czy przychodzi od Tatiany, odpowiedziała niejasno. Bredziła coś o dawniejszym stosunku...

— Słyszałem, że Tatiana Iwanowną zdążyła już zaręczyć się z monsieur Roszowem... — przerwał.

— Tak... — mruknęła wymijająco — Tania się zaręczyła. A cóż pan na to?

— Składam życzenia na razie za pośrednictwem pani. Później, później sam je złożę osobiście. Jeżeli dotąd tego nie uczyniłem, to tylko z tego powodu, że nie byłem z dobrego źródła powiadomiony, a nie chciałem korzystać z pogłosek. Teraz, skoro pani to potwierdza...

Francuzka przypatrzyła mu się bystro i po tej obserwacji jeszcze bardziej sposępniała. Milczeli obydwoje, idąc w stronę ogrodu. Piotr zauważył z wewnętrznym, grubiańskim śmiechem, że towarzyszka Tatiany nie traci po kobiecemu sposobności wypróbowania na nim mocy swych wdzięków. Wiedział jednak, że nie to było jedynym powodem tego rendez-vous. Spytał:

— Kiedyż można spodziewać się ślubu?

— Czy ja wiem... Logicznie rzeczy biorąc, powinien by być wkrótce...

— Ach, tak?

— No, oczywiście...

— Tak im pilno?

— Pilno, gdyż...

— Gdyż co?

— Gdyż Tania jest...

— Cóż takiego?

— Tania jest... — domyśla się pan...

— Nie domyślam się niczego...

— Ach, Boże! Ona jest — no...

— Cóż?

— Ona jest — ach, jakiż z pana człowiek!...

— Co takiego?

— Ona jest — no — przecie — w ciąży.

Piotr uczuł w głowie huk, jak wówczas, od cięcia w nią wielu szabel. Czarna chmura zasłoniła mu oczy.

— "Córeczka, nasza córeczka"... — zabrzmiał kędyś chichot szatana. Krótki, sztuczny śmiech na wargach białych jak wapno.

— Winszuję panu Roszowowi powodzenia... — rzekł korzystając z obecności tego śmiechu na ustach.

Francuzka odrzuciła na bok wszelkie osobiste zamysły i sposoby i zwróciła się z szeptanym wynurzeniem:

— Tania jest w rozpaczy!

— Tania? W rozpaczy? Zawsze przecie pragnęła mieć dziecko... — wypluł w śmiechu wyrazy wszeteczne, bezwstydne i wściekłe, jak sobie samemu plwociny w oczy.

— Ale z panem...

— Inaczej się złożyło. Niestety! Niedawno to, lecz siedem miesięcy... Siedem miesięcy upłynęło od paryskich czasów, kiedy mogłem widywać Tatianę Iwanownę. Pan Roszow mię ubiegł. Pani to zresztą wie najlepiej — ciskał jej w ucho chichoczące, głupie wytryski ślepej rozpaczy.

— Wiem, wiem... — cedziła przez zęby.

— Więc co?

— Panie! Szanuj ją! Ona cię do szaleństwa, do obłąkania kocha.

— Nawet mając mieć dziecko z Roszowem?...

— Chciała w ten sposób zemścić się na panu za to, coś z nią zrobił.

— Krwawa zemsta z przestarzałej operetki.

— Co teraz począć?

— Przede wszystkim nie wtajemniczać obcych, jak ja, w sekrety szczęśliwych narzeczonych. Mogę przecie być plotkarzem, który wieść rozniesie po cukierniach miasta. Po drugie, szyć co tchu wyprawę, zamówić popa, karety, drużbów i druhny — no i kołyskę.

— Ona po całych nocach nie śpi, chodzi po pokoju, wałęsa się po domu, schodzi do ogrodu, wraca, znów gdzieś ucieka, coś pisze, pisze na dużych arkuszach listy do pana czy do kogoś innego — nie wiem — coś pali w kominku, przychodzi do mnie i mówi dziwne, niestworzone rzeczy. Na głos rozmawia z panem, modli się leżąc godzinami na podłodze w tym wąskim korytarzyku, który do jej pokoju prowadzi. Najczęściej zaś stoi przy oknie i płacze w przestrzeń jednym głosem tak dziwnie, tak strasznie, jakby wyła. Biedna Tania! Zaplątała się w sieciach, które na pana chciała zastawić, gdy ją pan zdradził tak bezlitośnie, tak na zimno...

— Zdradził! Ja ją zdradziłem?! Przecie ja nie żenię się z nikim ani się w nikim nie kocham.

— Toteż ona poleciła mi, żeby panu to wszystko powiedzieć i żeby pana tylko o to jedno zapytać, co ona ma zrobić? Tylko to jedno pytanie, co ona ma zrobić? Tak kazała. Tylko już to jedno jedyne pytanie, co ona ma zrobić? Jak pan rozkaże, tak się stanie.

— Cóż ja mogę powiedzieć... — zaczął Piotr w poprzednim, męskim tonie, lecz nagle zaciął się. Myśli zapadły się i zawaliły weń jak gruzy domu głupio zbudowanego. Bezużytecznymi wydały się wygodne, cyniczne słowa. Nędzną pokazała się sztuczna wyniosłość między łzami. Szedł tą samą drogą w parku, którą był szedł po raz pierwszy z prześliczną dziewicą Tanią, gdy go na szczęśliwą schadzkę wezwała. Te same bezlistne stały drzewa, tak samo leżał cienką warstwą śnieg, tak samo huczał wiatr w nagich konarach, ten sam stał posąg greckiej bogini, zniszczony i zamazany czegoś symbol... Gdzież jest Tania?

Porwała się w nim rozpacz jak obłąkany ze swego kaftana. Oto ta sama kamienna ławka, zasypana wiotkim śniegiem.

Żal, straszliwy w swej mocy, w swej niepojętej wiedzy o wszystkim, rozdarł serce. Jakże tajnie, a jak logicznie złożyły się te wszystkie sprawy!

Zdało się, że ktoś bezdennie a podstępnie mądry zważył wszystko na niewidzialnej a subtelnej szali — wszystko — nie zapominając o niczym, o najlżejszym westchnieniu wiatru, o najlichszej prószynie śniegu, o najbardziej małej gałązce. Piotr chciał powiedzieć miłosne i litościwe słowo, posłać je Tani, ale oto nagle jak złowieszczy błysk miecza zamigotała w jego duszy straszliwa prawda, że ona była w objęciach Roszowa, że z tamtym poczęła dziecko, że zdradziła miłość zaprzysiężoną. Rzekł twardo, surowo i zimno:

— Niech jej pani powie, że ja we wszystkim, com zrobił, jestem w porządku. Tak musiałem. Nie chciała iść ze mną... Zdradziła naszą świętą miłość.

Francuzka głośno, z wybuchem zapłakała. Ale wnet uspokoiła się. Wytarła chustką oczy. Przez jakiś czas szła spokojnie aleją. Nagle podniosła na Piotra oczy płonące od dzikiego gniewu, złe i aż podłe od złości. Poczęła mówić jednym tchem:

— Komu pańska miłość tak się wżarła w życie i krew, ten się nie może zadowolnić podobnym słowem. Barbarzyńca! Dziś dopiero rozumiem potęgę jej wielkiej miłości. Przeklęte jest życie kobiety biernej! Was trzeba w pewnych wypadkach trzymać na łańcuchu, doprawdy jak psów! Spuszczeni z łańcucha jesteście gorsi od psów. Was trzeba kopać i znęcać się za tyle sił zniszczonych przez nienasyconą waszą żądzę i brutalstwo! Kat!

Posępnie i obojętnie wysłuchał tej tyrady. Ukłonił się pogardliwie, odwrócił i poszedł.

[edytuj] XXVI

Nazajutrz rano tenże stary służący generała przyszedł do mieszkania Piotra z kartką od Tatiany. Rozłucki leżał jeszcze w łóżku. Zaspanymi oczyma przeczytał krótkie pismo: "I ja także będę w porządku. I ja nie mogę inaczej. Bądź zdrów, Piotruś. Dziękuję za wszystko. Twoja Tania."

Piotr wzdrygnął się przeczytawszy to posłanie. Te słowa miały w sobie siłę i ciężar. Zapytał służbowo:

— Kiedy panienka oddała ci to pismo?

— Wczoraj, późno wieczorem. Obudziła mię i kazała odnieść rano. Tak nakazała z surowością: "rano, skoro świt." No, świt teraz późno, godzina ósma blisko. To i przychodzę o świcie, według zlecenia.

— Dobrze... możesz iść.

Starzec ukłonił się, ale ode drzwi zwrócił się twarzą do Piotra i rzekł surowo, z wewnętrznym rykiem:

— Panie... dobrze zważaj, żeby nieszczęścia nie było!

— Idź precz, ty, nauczycielu!

Służący poszedł. Piotr ubrał się co tchu i rzucił do domu generała. Co chwila smagało go przerażenie jakby rzemień kańczuga rznący nagie plecy. Nogi uginały się pod nim, gdy wchodził do przedsionka, gdy zdjął szynel i pierwszego z brzegu ordynansa rozpytywał o pannę Tatianę. Ale w domu wszystko szło spokojnie, według ustalonego trybu. Generał jeszcze spał. więc służba chodziła na palcach zastawiając w jadalni przybory do rannego śniadania. Piotra tam znano jak domownika, więc nikt na jego wczesne przybycie szczególniejszej nie zwrócił uwagi, lecz on sam czuł się dziwnie głupio, plącząc się pośród famulusów domu. Miał już zamiar wyjść pod pozorem, że jest za wcześnie, gdy posłany lokajczuk, żeby rannego gościa zameldował Tatianie, wrócił z oświadczeniem, że "ich w pokoju nie ma".

— Jak to nie ma? Widziałeś? — zapytał Piotr czując znowu cios knuta szarpiącego plecy.

— Zupełnie nie ma. Tak jest. Dokądś raczyli wyjść.

— Ależ dokąd?

— Tego nie śmiem wiedzieć...

— Czy kto nie widział, którędy wyszła panienka?

Sprawdzono, że nikt nie widział, ale nikogo to nadzwyczaj nie interesowało. Tymczasem Piotr korzystając ze swych dawnych półpraw w tym domu, wszedł do salonu środkowego pragnąc zobaczyć, czy tam nie ma Tatiany. Gdy się znalazł w tej wielkiej sali, od razu spostrzegł, że drzwi na ogród są półuchylone, nie domknięte, i to od dawna, bo klin śniegu, nawianego w nocy, leżał na posadzce. Otworzył te drzwi i spostrzegł zadęte ślady stóp Tatiany na stopniach i na ścieżce, wyciśnięte w miękkim, wciąż padającym śniegu. Te ślady niby gwałtowne wołanie zapędziły go do altany. Stanąwszy w jej drzwiach, zachwiał się i wrzasnął przeraźliwie.

Na ławce leżała Tatiana w kałuży krwi, która już dawno skrzepła. Drżąc na całym ciele, spostrzegł, że skierowała otwór lufy rewolweru w brzuch. Zrozumiał z nieomylną oczywistością, iż postanowiła zabić siebie i dziecko Roszowa. Zrozumiał, że ten uczynek oznaczało słowo: "będę w porządku" — i drugie słowo: "twoja Tania". Usiadł skostniały na przeciwległej ławie i patrzał na uśmiech Tatiany — na białe jej zęby, które pokryła już puszysta warstewka śniegu — na srebrzyste pończochy odsłoniętych i rozrzuconych nos, na których długie smugi czarnej krwi zastygły. Piotr omdlał.

Ktoś nadszedł...

[edytuj] XXVII

Pogrzeb Tatiany stał się powszechną manifestacją. Kto z Rosjan żył w mieście, wziął w niej udział. Nieoficjalnie, bez broni, a jednakże w szeregach i formie paradnej wystąpiła bateria artylerii, poprzedzona przez oficerów wszystkich stopni. Szło również w ordynku kilka rot piechoty i wszyscy jak jeden mąż oficerowie pułkowi. Z mieszkańców miasta, "tuziemców", kroczył również w tyle niemały motłoch, popchnięty przez ciekawość. Na czele pochodu maszerował drugorzędny popik z krzyżem w ręku, bez oficjalnego śpiewu, bez chorągwi i asysty. Śpiew pogrzebowy zastępowała wielka orkiestra pułku piechoty grająca niemal bez przerwy. Za trumną szedł generał Polenow-Czernowratski, Roszow, mademoiselle Mathilde i kilka osób z dalszej rodziny generała, przybyłych z daleka.

Śledztwo sądowe i lekarskie ustaliło pewnik, że córka generała Polenowa odebrała sobie życie wystrzałem z rewolweru wziętego ze zbrojowni ojca, który jednak od dawna posiadała u siebie. Wystrzał ten przeszył w łonie jej płód, niedawno poczęty. Badanie ustaliło, że ten zamach samobójczy miał miejsce po północy. Nadto — stwierdzono, że ostatnie i jedyne pismo zmarłej służący generała na jej zlecenie odniósł do oficera Rozłuckiego — że tenże Rozłucki pierwszy przyszedł o rannej godzinie i pierwszy odnalazł w głębi altany zimne zwłoki samobójczyni. Cały świat rosyjski wiedział, że córka generała była zaręczona z kandydatem Roszowem. Cóż znaczył ów list ostatni? Co w nim było? Na pytania władz oficer Rozłucki nie dał żadnej odpowiedzi, podania treści odmówił, a samo pismo zniszczył.

Któż tedy był winowajcą śmierci młodej narzeczonej? Kto był jej kochankiem? Czemu się zabiła?

Niedawna awantura Rozłuckiego z oficerami piechoty znowu się wszystkim rzuciła do oczu. Tysiąc plotek jak gzygzaki piorunów w gradowej chmurze latało we wzburzonym tłumie. Oficerowie piechoty mieli twarze więcej niż surowe, bardziej niż groźne. Oczy ich szukały sprawcy, którego ofiara leżała na marach. Biała suknia, długim zwojem spływająca z trumny, podniecała oczy i rozjuszała dusze. Straszliwy, żałobny Beethovena marsz, podsłuchany w zaułkach przepaści piekieł, uderzał w wyobraźnię ludzkiego tłumu i wzywał o pomstę. Niepojęty w okrucieństwie swym głos, wyrzucony z trąb, fletów, bębnów, porywał się z ziemi i schwytany przez zimowy wicher padał w martwe pola, kędyś między śnieg zagonów.

Czarny orszak posuwał się z wolna, szeroką drogą, przez puste i mroczne pola ku odległemu cmentarzowi. Muzyka była głosem tych wszystkich ludzi, ich skargą przed wiekuistym życiem na przeklętą śmierć — szalonym protestem bezsilnego ich gniewu przeciw zniweczeniu piękności, pełnej niewymownego uroku. Dla jednego tylko człowieka ten nieśmiertelny hymn o śmierci inne miał wytłumaczenie: był głosem opowiadającym niebiosom i ziemi tryumf miłości, zwycięstwo jej nad samą śmiercią...

Piotr Rozłucki szedł w szeregu oficerów baterii... Za sobą miał dwa plutony żołnierzy artyleryjskich, olbrzymich i tęgich chłopów. Ostrogi ich dzwoniły równo — wraz — gdy szli wolnym do taktu marszem, uderzając podkutymi obcasami wysokich butów o twardą grudę. Stojące kitki ich stożkowatych czapek drgały jak jedna w marszu — a twarze ich były jak jedna. Sunęli jak pole porznięte w równe, jednakie zagony. Surowe ich spojrzenia leżały na głowie oficera Rozłuckiego.

Głucha klechda o tragicznej śmierci młodziutkiej i prześlicznej generałówny padła między tych olbrzymów, zegnanych z czterech końców niezmiernej Rosji, i obudziła w ich sołdackim zespole — bezgraniczną nienawiść przeciwko sprawcy.

"Oto ten!" — wskazywały ich kamienne oczy.

Piotr szedł krokiem żołnierskim czując na sobie spojrzenia artyleryjskich plutonów i ze spokojem niosąc ich nienawiść. W skostniałych jego oczach istniał piorun odwetu, głęboko, głęboko schowany. Ale ten piorun był mu na nic. Spojrzeniami tłumu, który był wokoło, przed nim i z boku, obojętnie pogardzał. Do jego duszy, przebitej od nieszczęścia, docierała ślepa mściwość żołnierska jakby nienawiść natury, gleby, pól, lasów. Wiedział, co kryje się w spojrzeniach sołdackich, i tym spojrzeniom przeciwstawiał z odrazą — władzę szlify. Gdy muzyka ze straszliwą swoją potęgą uderzała w pustkowia, spostrzegał dawny dzień i przypominał ten sam dźwięk. Nareszcie zrozumiał, co znaczyło słowo Taniusi, że w tej muzyce Iwan, Groźny Car, na złotym tronie za żelaznymi drzwiami zasiada. Zanosiła się muzyka na niedosięgły szczebel władzy. Przez wargi snuł się wyraz imienia Taniusi. Ona wtedy słyszała, ona wtedy wiedziała, jak czerwony kat wlecze ją za włosy na szafot wysoki. Któż jest kat? Jaka jest jego twarz?

Ściskał w kieszeni szynela głownię rewolweru i równo, spokojnie, bez drżenia muskułu szedł dalej krokiem żołnierskim, miarowym, rytmicznym marszem. Co znaczyło to ściskanie głowni rewolweru, nie wiedział sam. Głucha konieczność kierowała jego rękę i kurczowo zaciskała w niej broń. Poza życiem, w dziwacznym śnie — z tego aktu wynurzała się świadoma decyzja. — Kiedy niekiedy poprzez szeregi rozsunięte cywilnych i wojskowych dostojników spostrzegał głowę generała Polenowa i wówczas znowu chłostał mu plecy knut ohydnego dreszczu. Widok tego starego człowieka dawał znać, jaka się to sprawa dokonała, i po stokroć na nowo powiadał, co się to teraz spełnia.

Nareszcie przez wąską bramę cmentarną pochód wcisnął się na ugór śmiertelny i skierował w jego kąt najodleglejszy, gdzie pod murem, w odosobnieniu wykopany był grób. Tam żółta, przydęta od świeżego śniegu leżała glina.

Z wolna, z wolna ludzie zataczali półkole, zsuwali się coraz szczelniej, stając z bliska, ramię przy ramieniu. Rosło ich mrowie i zsiadało się ni to materia jednolita i jednego porządku. Zmarznięta kupa gliny była z prawej strony — materia innego porządku. Od niej prostopadle do cmentarnego muru stanął mur żołnierzy. Przed nimi szereg oficerów. Z drugiej strony grobu, w głębi cmentarza zaległa masa piechoty w szarych szynelach. Piotr wyszedł naprzód i stał na prost mogiły, przy żółtym kopcu gliny. Po drugiej stronie zsunął się nieprzejrzany tłum ludzki. Na przedzie, tuż obok trumny znalazł się generał. Oczy starca zapadły się jakoby we dwa groby, broda była nie ogolona, na łysej czaszce wiatr rozwiewał rzadkie włosy. Kolana jego tłukły się raz wraz jedno o drugie, ażeby utrzymać przed oczyma świata w żołnierskiej postawie ciało zdruzgotane od ciosu i jak łachman bezsilne. W milczeniu, ze zwieszoną głową stał nad trumną diak stary ściskając w ręku srebrny krzyż. Głowa jego z trudem dźwigać się zdawała kłobuk aksamitny. Pochylił się i żegnał trumnę trzykroć. Pochylił się i żegnał tłum.

Nagle stary generał począł dawać ręką jakieś znaki, jakieś znaki niecierpliwe i gwałtowne. Pojęli go ludzie i z wolna, swarząc się o coś i coś bełkocąc, otwarli wieko ciężkiej, metalowej trumny. Piotr ujrzał oblicze Taniusi, kochanki swej. Usteczka, włosy, niewypowiedzianej piękności owal twarzy. Pojął na nowo wszystkim ogromem męczarni, że to ona tu leży i że już nie żyje. We krwi była stapiana biała, atłasowa jej suknia. Czarne plamy wystąpiły na łonie. Ręce bezwładnie rzucone, żałośnie się wzdłuż ciała wyciągnęły. Jedno pasemko wonnych włosów wybiegło za trumnę...

Straszliwy wykrzyk rozdarł piersi generała. Starzec upadł na trumnę z rozkrzyżowanymi rękoma i przywarł ustami do ust zmarłej. Tłum zachłysnął się od jęku, a później oniemiały w martwej ciekawości patrzał. Dźwignięto nieszczęśliwego ojca i postawiono nogami na ziemi. Wtedy ten stary człowiek podniósł swe straszne, kredowe, ślepe z boleści oczy i począł w tłuszczy szukać. Szukał, szukał. Znalazł. Na Piotrze Rozłuckim oparł swój wzrok jak ostrze ciężkiego, katowskiego topora, zanim topór podniesie. Za wzrokiem generała poszedł oczyma wszystek ogrom nieruchomych ludzi. Polenow poprawił się, wyprostował. Powiódł oczami po chłopach-artylerzystach, potem wzdłuż szeregu oficerów. Nastała cisza. Czekali na coś grabarze, okrutni w swej obojętności. Piotr patrzał w oblicze Taniusi...

Ale nakryto zwłoki wiekiem. Twarz znikła. Wtedy spostrzegł oczy tych wszystkich ludzi w siebie wlepione. Niepostrzeżenie wsunął rękę w kieszeń szyneli, odwiódł zamek broni i czekał. W tym momencie postanowił — raz — dwa — że jeśli odezwie się jeden przeciwko niemu głos, jeśli ośmieli się wskazać nań czyjkolwiek gest — wyjmie broń, skieruje ją w usta i pociągnie za cyngiel. Pójdzie do Taniusi i do tej ciemności, dokąd ona poszła. Przeprosi ją tam, pojedna się z nią i znowu połączy w miłości wiecznej...

Tak przeczekał, już prawdziwie po drugiej stronie życia, tę chwilę. Spotkał przyćmionym, lodowatym wzrokiem oczy generała, oczy Roszowa i kolejno oczy wszystkie. Czekał.

Tymczasem na sznurach spuszczono ciężką trumnę w ziemię. Łopatami zepchnięto pierwsze bryły gliny. Zahuczały bryły o wieko metalowe. Poczęli się schylać ludzie i wrzucać po garści ziemi. W boleści schylił się za innymi Piotr, ażeby garść ziemi rzucić na Tanie. Widział, jak to jego pochylenie bezdenną nienawiścią powitał wrogi mu tłum. Straszliwa była siła w bezgłośnym rozjuszeniu ludzkim, które się jedynie we wzroku objawiało.

Lecz oto, gdy rękę, która przed chwilą ściskała narzędzie śmierci, zanurzył w zimną glinę, doznał nadziemskiego uczucia, uczucia głębokiej pociechy i wielkiej łaski. Zdało mu się, że uścisnęła mocno jego dłoń zimna glina. Uczuł nieomylnie, że to ojciec z ziemią złączony — ziemią doń przyszedł i z ziemi tej oddał mu pomocny uścisk ducha.

[edytuj] CZĘŚĆ DRUGA — ALIENATUS A SE

[edytuj] I

Po schodach wysłanych dobrze zdeptanym dywanem Piotr Rozłucki wszedł na drugie piętro i pod wskazanym numerem znalazł na drzwiach metalową tablicę z napisem: "Stanisław Darzewski, adwokat przysięgły". Nacisnął dzwonek i wnet dostał się do ciemnego przedpokoju. Jakaś babina zabrała się do ściągania z jego ramion oficerskiej szyneli. Powstrzymał ją pytaniem.

— Czy mogę się widzieć z panem Wiktorem Rozłuckim?

— A jakże! pan Rozłucki dziś dyżuruje.

— Dyżuruje nawet... A widzieć go można?

— Zaraz się dowiem. A jakże godność powiedzieć?

— Takie samo nazwisko: Rozłucki.

Kobiecina poskoczyła do drzwi w głębi, zastukała i wnet Wiktor stanął na progu. Miał na sobie czarny frak ze znaczkiem adwokackim. Wyraz jego twarzy nie był już po dawnemu burszowski, lecz oczy zostały tak samo wesołe. Przypatrzył się Piotrowi bardzo uważnie w ciemnym korytarzyku, uściskał go bez afektacji i zaprosił do pokoju. Pokój ów, umeblowany w sposób niedrogi i szablonowy, miał specyficzny zapach, właściwy kancelariom i biurom, gdzie wyczekują ludzie niezamożni. Wiktor posadził gościa na głównym fotelu i znowu przypatrywał mu się pod światło.

— A to jest owa sławna blizna... — rzekł wskazując palcem na długą, dawno zgojoną, lecz jaskrawo widoczną szramę na policzku oficera.

— A tak, to blizna...

— Zdobi cię tak już ze dwa lata?

— Tak jest, dwa lata z górą.

— A jakie też — powiedzmy — pociągnęła następstwa? Czy aby z pułku, a raczej z baterii?...

— Nie. Był sąd, ale wypadł nie tak znowu źle, jak przypuszczali moi przyjaciele, no i ja sam. Skazano nas wszystkich, awanturników, na sześć tygodni srogiego odwachu i pominięcie w awansie przez dwa lata.

— Łagodny wyrok. A więc trwasz po dawnemu bez awansu na starym miejscu?

— O, nie! Po odsiedzeniu owego odwachu dostałem translokację mniej pomyślną, do baterii fortecznej w twierdzy Zasiek, a ściślej jeszcze, do jednego z fortów tej twierdzy, zwanego "Czornyj Orioł". Tam właśnie te dwa lata spędziłem.

— W forcie "Czornyj Orioł"? Nazwa bardzo piękna. No, a miejsce wesołe?

— To zależy od humoru. Co do mnie, to żyłem tam dosyć zacisznie.

— Nic o tym nie wiedzieliśmy. No, a teraz?

— Teraz dostałem nareszcie urlop na miesiąc i wprost z okopów fortecznych przyjechałem tutaj. Jakże się miewa stryjaszek Michał?

— A, pan Rozłucki starszy — trzyma się. Oczywiście, gospodaruje w swych Cierniach. Długów ma teraz jakby mniej i urodzaje jakoś lepsze. Jeździmy tam na lato.

— Bardzo bym i ja pragnął pojechać na dzień, na dwa do stryjaszka.

— Wpadnij na dłużej, a na pewno zrobisz starszemu panu dużą przyjemność, bo cię bardzo lubi.

— Jest to w takim razie afekt wzajemny. Stryj Michał jest dla mnie najmilszym towarzyszem.

Zamyślił się i dodał:

— Stryj Michał jest zacnym i dobrym człowiekiem...

Piotr mówił to wszystko w sposób jakby usprawiedliwiający się i nieśmiały. Wiktor wciąż przypatrywał mu się spod oka. Po pewnym czasie rzekł:

— Kuzynie, jadąc tak wprost ze swego "Czarnego Orła" mówisz doskonale po polsku!...

— Tak, mówię już jako tako, choć trafiają się jeszcze i potężne błędy.

— Nie widzę tych błędów, może dlatego, że wszyscy grzeszymy.

— Och, żartujesz!

— Straciliśmy cię z oczu.

— A co z oczu, to i z myśli... — uśmiechnął się Piotr.

— Dam ci dowody, że tak nie jest. Co do mnie jednak, to jestem tak zapracowany, że rzadko kiedy mogę sobie pozwolić na uczucia familijne.

— A może i teraz jesteś zajęty? — zafrasował się Piotr.

— Daj no pokój! Siedź grzecznie i nie wierć się na tym meblu, bo jeszcze nie zapłacony.

— Nie chciałbym...

— Wiem, że nie chciałbyś, toteż siedź! Powiedzże mi, kochany Piotrusiu, a z dziadem — jakże?... Protegował cię, a teraz już nie proteguje. Jakiś się zrobił sierdzisty na ciebie. Powiem nawet otwarcie, że nie lubi o tobie wzmianki.

— A tak... Rozeszliśmy się — jeden do sasa, drugi do lasa.

— A bo ty w samej rzeczy może bardziej do lasa... — zaśmiał się Wiktor długo i dziwnie.

Zbliżył się do Piotra niepostrzeżenie i serdecznie go uścisnął. Piotr oddał mu pocałunek. Siedząc na poręczy fotela Wiktor powiódł łagodnie ręką wzdłuż szramy na policzku Piotra i mówił:

— Ale — ale! A taż bogdanka, dla której taki wiadukt dałeś sobie w buzi wyorać — cóż ona? Gdzież są dowody jej wdzięczności?

— Nie ma żadnych. Nie wiem nawet, co to za jedna, gdzie jest i jak się nazywa.

— Kpisz chyba! Nie wiesz, gdzie ona jest i jak się nazywa?

— No, nie wiem.

— Nie! To już jest bohaterstwo nad bohaterstwy... I powiedzcie! tego nie opisują wierszami... Dał się za pannę porąbać, siedział w bąku, a potem w fortecy zwanej "Czornyj Orioł", awansu go pozbawiono — no i koniec końców nie wie, jak się jego dama nazywa...

— Nie jest to wcale moja dama.

— I nigdy z nią nie rozmawiałeś, błądzący rycerzu?

— No, nie. Gdzież miałem rozmawiać? Przecie nie w szpitalu, nie w "bąku" ani nie w baterii albo w moim forcie, gdzie osoby płci pięknej źle są widziane. Nie spotkałem już tej panny po awanturze. Nieraz wydaje mi się, że jej wcale na świecie nie było i teraz nie ma.

— No, tak znowu romantycznie to nie jest. Już ja nawet wiem, jak ona się nazywa i gdzie mieszka.

— Doprawdy? — zapytał Piotr.

— Mój kolega, a raczej pryncypał, Stacho Darzewski, z którym na wspólny deficyt prowadzimy tę adwokacką budę, pochodzi z Podlasia, zza jakichś ściśle tamtejszych Mord. Tam właśnie, za owymi Mordami, gdzieś w piaskach i wśród sosenek przebywa twoja panna.

— Skądże wiadomo, że to właśnie ta sama?

— No, przecie takie rzeczy nie co dzień się w Polsce zdarzają, żeby oficer, należący do "prawosławnego woinstwa", rąbał się w obronie honoru niewinnej polskiej dziewicy z kupą napastujących ją mnesterów, należących do tegoż woinstwa. Sprawa była dosyć głośna. Tak nawet głośna, że może dlatego skazano cię z niejaką oględnością.

— Nie wiedziałem, że jestem aż tak sławny. Ale mniejsza o to. Więc jakże się ta panna nazywa?

— Zaraz się dowiemy. Adwokaci, kochanku, wszystko wiedzą.

Wiktor uchylił drzwi i nakazał dyżurującej babinie:

— Niech no Karolowa poprosi tutaj duchem pana Darzewskiego.

Zwróciwszy się do Piotra oświadczył:

— Muszę cię uprzedzić, że Darzewski, który tu zaraz przyjdzie, to narzeczony mojej siostry.

— Kamy?

— No, tak, bo innej nie mam.

— A gdzież teraz jest Kama?

— Tu w Warszawie. Daje po staremu lekcje na pensjach.

Wszedł młody człowiek bardzo pięknej powierzchowności, typ dorodnego Polaka. Gęste, szare włosy piętrzyły się skrętami na jego kształtnej głowie. Mała broda ozdabiała twarz suchą, ściągłą i niezwykle sympatyczną.

— Stachu — rekomendował gościa Wiktor — to jest Piotr Rozłucki, nasz brat.

— Darzewski — rzekł tamten krótko.

— Chodzi o to, jak się nazywa panienka, dla której nasz Piotruś poniósł tę oto szramę. Ta, wiesz, panna z waszego Podlasia...

Darzewski siadł przy biurku i uprzejmie, lecz badawczo przypatrywał się Piotrowi. W głębi jego jasnoniebieskich oczu malował się namysł i rozwaga. Rzekł lakonicznie:

— Ościeniówna.

— A właśnie... — podchwycił Wiktor. — Takie podlaskie nazwisko: Ościeniówna. Tam pewnie jest to najtęższa arystokracja na przestrzeni od Sokołowa do Międzyrzeca. Teraz sobie nawet przypominam: Oścień. A gdzież, to oni mieszkają ci magnaci?

— Nad Bugiem.

— "Nad Bugiem". Kto was tam wie, gdzie to jest. Bug długi. Gdzie? Jaką drogą jechać?

— Jechać trzeba przez Siedlce, Mordy...

— O, Mordy! Nie mówiłem?

— Przez Łosice w kierunku Drohiczyna. W samej już nadbużańskiej nizinie mieszkają w Zatoce Ościeniowie, a z nimi, oczywiście, ich córka, panna Małgorzata.

— Małgorzata... — zmartwił się Wiktor — cóż za defekt! Więc jak? Czy to jest wasza gruba szlachta, czy takie sobie szlagony?

— Nie można powiedzieć, żeby byli zbyt grubą szlachtą, ale zawsze liczą się do ważniejszych domów w okolicy. Siedzą tam z dawien dawna pod Drohiczynem.

— A ty ich, Stachu, znasz dobrze?

— Byłem tam raz za studenckich czasów na tańcach w Boże Narodzenie. Później już nie widziałem...

— A cóż to za osoba owa panna Małgorzata? Także imię!

— A panna jak inne. Cóż cię tak to imię niepokoi? W konkury się wybierasz czy jak?

— Ja nie, ale oto Piotrusiowi patrzyłoby się tam pojechać.

— Pan Rozłucki, o ile wnosić mogę, nie zna tak jeszcze kraju ani stosunków... — rzekł Darzewski.

— Tak, oczywiście, toteż nie myślę jechać do owej panny nie tylko w konkury, ale nawet z wizytą.

Mówiąc to Piotr nie spuszczał z myśli szczegółów i nazwisk. Powtarzał: Małgorzata Ościeniówna, w Zatoce, przez Siedlce, Mordy, Łosice, pod Drohiczynem. Począł wesoło rozmawiać z Wiktorem i Darzewskim, z premedytacją odsuwając temat o Podlasiu.

Darzewski był człowiekiem małomównym. Za to Wiktor sypał anegdotami. W pewnej chwili rzekł:

— A czy nie należałoby tego gościa podjąć herbatą i ciastkami?

— Owszem, naturalnie! — poruszył się Darzewski. — Zaraz powiem Karolowej.

Ciszej dorzucił:

— To może byś zatelefonował do Kamy. Pewnie ma wolny czas...

Wiktor zabrał się do telefonu i wnet rozmawiał z Kamą. Wymienił imię Piotra i kilkakrotnie nastawał, żeby przyszła. Składając słuchawkę powiedział:

— Zaraz tu będzie.

Ktoś zadzwonił i za chwilę Karolowa wsunęła do pokoju głowę z zawiadomieniem, że nadciągnął klient taki a taki. Piotr przeprowadzony został do salonu, niezbyt szczelnie zastawionego zbieraniną mebli sowicie lakierowanych i skąpo wyściełanych.

Wiktor zamknął się w gabinecie z klientem, a Darzewski musiał przystąpić do bawienia Piotra w salonie. Mówił teraz z konieczności więcej. Spokojne i bez pośpiechu informował o stosunkach w sądownictwie, adwokaturze, więzieniach itp. Piotr dla podtrzymania rozmowy zapytał:

— Panowie prowadzicie sprawy cywilne?

— Nie wyrzekamy się cywilnych, gdyż bez nich nie moglibyśmy związać końca z końcem, ale naszym głównym zadaniem jest obrona spraw politycznych.

— Politycznych?

— Tak.

— To jest niby jakich?

— Zdesperowani ludzie budują po nocy wilcze doły, żeby nad ranem w nie wpaść albo przez nieopatrzność w rzeczach walki i porażki — wtrącić innych. Musi być ktoś, kto by na zasadzie obowiązującego prawa zdejmował w wilczych dołach tych, co się już na pal nabili. Otóż my z Wiktorem wzięliśmy się do tego miłego zajęcia.

— A dużo też jest spraw tego rodzaju?

— Od natłoku mało nam kancelaria nie pęknie. Wytworzyło się w niej istne ministerium polskiej biedy. Kiedy się to wszystko rozpatruje, kiedy się wszystkie żyły krwionośne i nerwy tych spraw ogląda w świetle badania, niewesołe myśli oblegają głowę.

— Dlaczego? Czy sprawy same są zniechęcające, czy ludzkie charaktery liche?

Darzewski nie od razu odpowiedział. Namyślał się nad rodzajem odpowiedzi, której miał udzielić. Rzekł wreszcie:

— Wiktor wynalazł formułę następującą: jedynym prawdziwym bogactwem polskiego plemienia jest jego nędza. Upatruje on w tej nędzy wielkie zalety, wychwala je i podnosi. Ale Wiktor jest optymistą, a nawet entuzjastą. Ja, który patrzę bardzo trzeźwo na rzeczy, dużo bym musiał zrobić zastrzeżeń.

Piotr, przysłuchując się na pozór obojętnie wywodom Darzewskiego, dziękował sobie samemu za pomysł odwiedzenia tego adwokackiego biura. Coś o adwokaturze Wiktora i Darzewskiego słyszał był od stryja Michała. Dochodziły go i skądinąd wieści mętne, odległe i stłumione. W bezwzględnej samotności swej tęsknił w forcie za pracą, za cieniem pracy, za najlichszą, za najnędzniejszą jej nicią, którą by mu zwijać dano. Żył przez dwa lata w nauce i poznał niemało. Żył w książkach polskich i pochłonął ich bardzo wiele. Zdawało mu się, że wszystkie, jakie tylko są, przeczytał szukając pracy, istoty pracy, osnowy najkardynalniejszego czynu. Ale książki były martwe, pełne odpychającej jałowości, z treścią zjedzoną przez rutynę formy, gadatliwe, łzawe albo rozedrgane od bezmyślnej i nieznośnej histerii uczuć. Poezja, wspomnienia, przemądrzałe nicowanie starej niemocy, wytartej, dziurawej i zdechłej niedoli — oto były książki polskie. Widział daleko od siebie niskie życie, życie istotne, płynące wiekuistym przaśnym zdrojem jak nieśmiertelna woda z zamulonego stoku, z tajnych źródlisk pod ziemią buchająca — ale nie mógł do tej wody dostać ustami. Pierwszy to raz w życiu mówił o tej rzeczy z kimś młodym i rozumnym. Z małych i niechętnych słów Darzewskiego wnioskował, że jest przecie jakaś gdzieś praca...

Znowu rozległ się dzwonek i Piotr usłyszał w przedpokoju głos kuzynki Kamy. Na jej spotkanie wyszedł Darzewski i wnet wprowadził ją do "salonu". Kama była ubrana wykwintniej, uczesana modniej i na ogół jakaś inna, strojniejsza. Cieszyła się widokiem Piotra i ze szczerością poczęła rozmawiać z nim po polsku.

— Kuzynie! mówisz doskonale po polsku...

— A mówię, i to na złość tobie, kuzynko.

— Kto cię uczył?

— Bieda uczyła.

— Niezła to jest, widać, nauczycielka. Ponieważ ja jestem również nauczycielką, i to tego samego przedmiotu, więc po tym egzaminie z dwuletniej nauki chcę ci postawić stopień bardzo dostateczny.

— Dziękuję, ale ja jestem uczeń nadmiernie ambitny. Muszę być we wszystkim prymusem.

— Patrzcie! Weźże sobie jeszcze lepszego pedagoga.

— Mówił mi tutaj twój narzeczony...

— Jak widzę, to nawet echa zapowiedzi dochodziły do twego fortu.

— Zapowiedzi powinny docierać nawet do fortów.

— Cóż robiłeś przez cały ten czas?

— Musztrowałem krnąbrnych żołnierzy.

— A jeszcze — poza tym wstrętnym zajęciem?

— Musztrowałem swoją krnąbrną duszę.

— Trzeba mówić wyraźnie, bez tego zastawiania się wyrazami.

— Czyż ja wiem, co robiłem? Właściwie nic. Czytałem i milczałem. Dla odmiany:milczałem i czytałem.

Kama nachyliła się do niego i rzekła cicho:

— I do nas dochodziły wieści, że byłeś narzeczonym i że twoja narzeczona umarła.

Piotr odwrócił gwałtownie głowę, a dla uchylenia tej kwestii powiedział:

— To były wieści.

— Dlaczego umarła?

— Nie trzeba mówić o umarłych.

— Czy nie możesz powiedzieć?

— Nie.

— A jednak będę niedyskretna i jeszcze raz zapytam, czemu?

— Zbyt wyniosłe miała serce.

— Zdradziłeś ją?

— Nie.

— A cóż się teraz dzieje z twym sercem?

— Mówi Pismo: "Gdzie skarb twój, tam serce twoje".

— A gdzież jest teraz twój skarb, to przynajmniej powiedz!

— Mój skarb głęboko jest w ziemi zakopany.

— Jakież to dziwne zjawisko! Kiedy cię ostatni raz widziałam, byłeś wróg, a teraz jesteś z nami...

— Z wami?... — rzekł w zamyśleniu.

— Czyż nie?

— Ja jestem sam — rzekł spokojnie. — Zupełnie sam.

— O, a czy aby nie jesteś jakim nadczłowiekiem?

— Ani trochę! Daleko sołdatowi do człowieczeństwa, a cóż dopiero do takiego awansu!

— Cóż tedy poczynasz ze sobą prócz czytania i milczenia w tej samotności?

— Przepatruję z obowiązku słowiańskie walory. Sprawdzam, ile są warte rosyjskie, a ile polskie. Liczę na szyfrowej tabliczce, kto kogo pobije. Nastawiam armaty i uczę się celować nieomylnie. Jeżeli nie mam trafić, nie strzelam.

— I to wszystko wystarcza ci?

— Niezupełnie. Mój widnokrąg zasłonięty jest z czterech stron świata wałami ziemnymi. Te wały są bardzo nudne, gdy się na nie patrzy zbyt często. Mój pejzaż — jest to niebo. Toteż obmierzła mi ziemia.

— Doprawdy? I czegóż to ci się zachciewa?

— Nieba.

— Kuzynie, przechwalasz się!

— Nie. Chyba się ganię, bo przecie liczyć, mierzyć, celować, nastawiać działa i tęsknić do nieba to nie znaczy — wykonywać. Wzdychać do wykonania i nic nie czynić, to chyba nie pochwała.

— Dużo jest wśród nas takich, co się podobnie jak ty gania. Ogromne łakomstwo na wielkie czyny i bardzo mało jakiejkolwiek roboty. Uczą się wciąż swego wielkiego czynu, trawią czas na milczeniu i rozważaniu, a roboty ich nie ma śladu. Byli tacy, co się przez całe życie ćwiczyli w sztuce wodzowania, a nie zostali nawet żołnierzami. Śpi ich dużo po bezimiennych mogiłach.

— Nie chciałoby mi się powiększyć galerii takich wodzów, ale i do szeregu ślepych żołdaków nie myślę przystać. Jestem sobie nieufny żołnierz, stojący na uboczu, który nikomu i niczemu nie wierzy, nikomu niczego nie zazdrości i niczemu nie schlebia — ani ludziom, ani zasadom.

— Kuzynku drogi! strzeż się jak ognia gawędki o czynie, sztuki powiększania siebie za pomocą plotki o swej potędze, a nade wszystko ordynarnego wywyższania siebie ponad wszystko. Nad polską nędzę niepodobna się wywyższyć.

— A jednak trzeba. Nie znoszę lepkiego mułu, który wszystko tutaj zalewa. Nazywa się to polską nędzą istnienia, ale samo staje się tyranem istnienia. Przecie ten, kto chce latać na skrzydłach, musi się wywyższać ponad tych, co chcą tylko pełzać, i to na kolanach.

Darzewski siedział na uboczu i przysłuchiwał się tej rozmowie. Czasem podnosił oczy na Kamę i wówczas w jego spokojnych oczach malowało się głębokie uwielbienie. W chwili milczenia, która nastała, rzekł do Piotra:

— Gdy się zbliżać do naszych rzeczy, jak to jest za studenckich czasów, to takie się ma uczucia, jakie pan przedstawił. Ale gdy zacząć cokolwiek robić, gdy się stanie wobec żarłocznego życia, które próżni nie znosi i zapełnia je tą samą miazgą pospolitości, co na całej kuli ziemskiej — to wówczas przedzierzga się człowiek albo w jakiegoś partyjnego pospolitaka, albo, co gorsza, w partyjnego również za-nos-wodza. Niełatwo tu wybrnąć z tego dylematu.

Karolowa przerwała dyskusję dając znać, że herbata gotowa. Stołowy pokój był jeszcze najzupełniej studencki. Brak przepychu dawał się tam widzieć od pierwszego rzutu oka. Kama usiłowała ukryć zbyt jaskrawe objawy tego braku przepychu w rozmaity sposób, co się jej raz udawało, a drugi raz nie bardzo.

Szklanka herbaty Wiktora stygła, gdyż nie nadchodził z adwokackiego "gabinetu" za korytarzem. Zjawił się wreszcie, gdy ilość ciastek była już znacznie uszczuplona. Był w złym humorze. Usiadł na swym miejscu bez zwykłego uśmiechu i zwykłych figlów w słowie.

— Cożeś taki skwaszony? — dopytywała się Kama.

— Et, nic, tak sobie.

— Spotkało cię co złego?

— Nie.

— Kuzyn pomyśli, żeś nierad z jego przybycia.

— Nie pomyśli.

— W samej rzeczy, czemużeś taki osowiały? — spytał "pryncypał" Darzewski mierząc go badawczym okiem.

— A cóż, u Boga Ojca — drgawek mam dostawać z radosnej ekstazy? I czego? Cóż mię tak dalece pocieszającego spotkało?

— Kuzyn Piotr przyjechał.

— A no to się już raz ucieszyłem i teraz się drugi raz cieszę. I on wie o tym, że się cieszę.

— Trzeba go zostawić w spokoju, niech się pławi w melancholii... — rzucił Darzewski.

— Ty byś się także spławił, żeby ci przyszło tak jak mnie świecić oczami przed tą babiną...

— Przed którą babiną?

— No, przed starą Górniaczką.

— Matką tego Pawła Górniaka?

— Dowiedz się...

Darzewski syknął i strzepnął palcami.

— Cóż ona mówi?

— A kto tam wie, co ona mówi!

Wiktor wstał ze swego miejsca i przeszedł się po pokoju. Śmiał się ironicznie, mówiąc:

— Przywiozła synalowi z głębi Radomszczyzny buty, koszule, przyodziewek na jesień, żeby zaś chłopak nie marzł — serki owcze i krowie z podśmietania, bardzo dobre, podeschnięte, masła osełkę sporą, miodu faseczkę. Niechże się choć chłopaczyna pocieszy w tym więzieniu. Wszystko mi sprezentowała, żeby pan adwokat wiedział, co było, a pomógł ze swej łaski odstawić chłopakowi do rąk, żeby zaś po drodze złe nie zeżarły. Dobrze trafiła!

Kama zafrasowała się żywo:

— A co? A co?

— No to! Pawełek Górniak właśnie na matusine serki czeka.

— A co? A co?

— A to, że Paweł Górniak trzy dni temu... — Wykonał dokładnie określający gest ręką.

— Och! — jęknęła Kama zakrywając oczy.

Mężczyźni skrzywili się z odrazą.

— Cóż to było? — zapytał Piotr.

Darzewski rzekł spokojnie:

— Nie można było nic poradzić.

— Nic a nic — dorzucił Wiktor.

— Powiedziałeś jej? — zapytał pierwszy.

— Nie.

— Trzeba przecie... — mówił ze smutkiem.

— To idź, powiedz.

Stali obadwaj przy stole, patrząc na siebie zimnymi i mądrymi oczyma. Wiktor podniósł głowę. Spojrzał na Piotra z uśmiechem cichym i żałosnym, który go uczynił niesłychanie podobnym do stryja Michała i który samego stryja jak żywego przypomniał.

— No, darmo! Trza do niej iść... — rzekł do siebie.

Westchnął cichaczem, odwrócił się i wolno poszedł do kancelarii.

[edytuj] II

W kilka dni później Piotr przybył do miasta Siedlec. Miasto to zrobiło na nim tak przykre wrażenie, iż zapragnął nająć co prędzej konie i wyjechać. Ale z wynajęciem koni w mieście Siedlcach nie poszło tak łatwo jak z powzięciem postanowienia wyjazdu. Po wielu dopiero gadaniach, bieganiach i targach zajechała przed hotel, gdzie się zrodziła idea podróży, jednokonna dorożka, a jej długobrody i długopoły właściciel oświadczył, że jest gotów. Piotr wsiadł i wkrótce znalazł się na szosie prowadzącej w stronę Mordów, Łosic i Drohiczyna.

Rozglądając się po lasach, polach i wioskach podlaskich rozmyślał teraz do woli, dokąd to i po co jedzie w te płaskie strony. Właściwie nie mógł dać sobie żadnej na to odpowiedzi. Jechał, popychany przez wewnętrzną konieczność, ażeby zobaczyć na własne oczy jedną z przyczyn śmierci Tatiany. Owa piękna panna — jak powiedziano: Małgorzata — stała długo w jego duszy jako zły mit, jako postać z krwawej tragedii, jako wyobrażenie bolesnych zdarzeń, wreszcie jako zabobon nienawistny w ciemni uczuć. Widział ją był na jawie tak krótko, dwa razy w życiu, a jakże na nim ciężko zaważyła! W gorących snach po śmierci Tatiany przychodziła nieraz przeklęta i strwożona, żeby się kajać i uniewinniać słowami, które tylko w jego duszy istniały — co wyrosły na samotnej górze tęsknoty do umarłej niby kwiaty trujące, obce niebu i ziemi. Na podobieństwo człowieka, który poznawszy nieobeszły zakres cierpienia, zapragnął obejrzeć jego przyczynę, ranę, skąd ono pochodzi, Rozłucki postanowił zobaczyć nareszcie upiorzycę, przekonać się, że to jest pospolita, dobrze urodzona i poprawnie ułożona panna z zacnego gniazda, osoba z posagiem, wyprawą i srebrami...

Jeżeli można tak się wyrazić, pożądał rozczarowania — jechał tak daleko, żeby właśnie powiększyć nicość wzniosłości w swej tragedii, zasypać źródło wszelkiego w niej piękna i eksperymentalnie, za pomocą doświadczenia, głębszy śmiech ze swej boleści wydobyć. Myślał, że może się uda, niwecząc wyobrażenie o jednym z fantomów wewnętrznego procesu, wrzucić do żelaznego pieca odłam młodego życia wraz ze wszystkim jego czuciem — do pieca, gdzie rzucił i bezlitośnie spalił Tatianę. Sądził, że może się uda podsycając wciąż ogień wypalić w nim produkt, którego pożądał: twardą, cel swój znającą wolę.

Tak postanawiał trzęsąc się na siedzeniu woźnicy Pinkusa. Pinkus popędzał swą szkapę, mijał miasteczka, wioski oraz bardzo piękne "okolice" szlacheckie, dworki porozrzucane malowniczo. Tam i sam widać było we wsi chłopskiej, szczelnie zabudowanej, nową, lśniącą cerkiew prawosławną. Wieś polska zazębiała się tutaj z ruską. Czasem na przecięciu gościńców stała dawna, gontem kryta kapliczka unicka, zszarzała, zapomniana i przelękła. Ludzie idący lub jadący drogą, dostrzegłszy mundurową czapkę Piotra, odwracali oczy albo spuszczali głowy. Nad wieczorem zakurzony pojazd przeciąwszy w poprzek to całe nieme Podlasie, znalazł się w nadbużańskiej dolinie, wśród pięknych lasów i rozległych łąk. W dali na wzgórzu widać było jakby miasto obronne, najeżone od wież i gmachów. Woźnica Pinkus objaśnił, że to jest właśnie Drohiczyn.

Wkrótce dotarli do rzeki i promem przeprawieni zostali na drugą stronę błękitnego Buga. Szkapa wdarła się z trudem na strome osypiska prastarego grodziszcza. Widok, który się przedstawił oczom przybysza w owym mniemanym wielkim mieście, nie był zbyt budujący.

W rynku stał jeden eks-kościół waląc się w gruzy, poniżej widać było ogromny klasztor, również w gruzach. Na uboczu kwitł kościół gotycki, zamieniony na cerkiew prawosławną za pośrednictwem umieszczenia bań bizantyńskich na jego wieżach — dalej jeszcze jakaś świątynia osypiskami swymi dodawała malowniczości temu grodowi.

Słowem — "bram cztery ułomki, klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki..."

"Klasztory" zgryzł los i jego niepobłażliwe koleje, domków wszakże niewiele przybyło. Utrącone "klasztory", oddane w posiadanie czasowi, deszczom, śniegom i burzy, stały z groźbą utrącenia głowy każdemu, kto by się do ich wyniosłego upadku zbliżyć ośmielił. Od tych drohiczyńskich ruin kościelnych biła wzniosłość. Stały godnie na straconej placówce rzymskiego katolicyzmu wyrażając jego znakomitą zasadę: rozkazywać z pokorą i poddawać się z nieulękłą dumą. Sowy się w nich gnieździły i kawki, nowy rodzaj mnichów. Refleksje nieszczęśliwe, bezwładne, pełne zgryzoty i bezpłodności, wysuwały się z każdej uliczki i zza każdego węgła. Piotr błądził po tych gruzach, oglądał ołtarze z obrazami wyrwanymi z ram albo podartymi na pasy — odrzwia, z których wyłupano kamienne obramowania — filary, które usiłowano wysadzić prochem w poszukiwaniu zamurowanych pieniędzy.

Smutek, odraza i nuda wypchnęły go wreszcie spomiędzy tych nawisłych kamieni i spod sklepień przesiąkłych zaciekami wilgoci. Wyszedł stamtąd pośpiesznie, minął rynek i stanął na wysokim urwisku. W dole przewijał się nizinami Bug wypływając z lasów i wstęgą — wstęgą zanurzając się znowu w lasy sine. Daleko leżało Podlasie.

Wioski, łęgi, pola, cerkwie połyskujące w zachodzie słonecznym. W śniadą dal ciągnęła się ta ziemia niska, cicha i smutna. Piotr patrzał na nią zdobywczym, mierzącym i ważącym wzrokiem. Myśl zimna i zapytująca na zimno stanęła w mózgu szukając jednego wskazania, jak nieulękłą i niezmienną wolę wydobyć ze swego ducha i jak nią niby stalowym narzędziem urobić wolę tego ludu, wiernego swej idei. Czy zwali mądry czas i niepobłażliwe jego koleje tryumfujące bizantyjskie cerkwie, jak zwalone zostały tryumfujące kościoły i klasztory gotyckie? Czy legną kiedy w pospólnej ruinie i nie wstaną już nigdy ku męczarni tej ziemi ubogiej bożyszcza wschodu i bożyszcza zachodu, walczące między sobą na śmierć w imieniu cichej miłości Baranka Bożego?... Któż męstwo najwytrwalsze i poświęcenie jedyne na świecie skieruje ku dobru rzeczywistemu?

Gdy wieczór zapadł, Piotr powrócił do zajazdu, gdzie się był zatrzymał — trafił do swego numeru po karkołomnych schodach i wnet zasnął. Nazajutrz około godziny jedenastej najął konie i pojechał do Zatoki. Gdy miał zjeżdżać z wysokiego drohiczyńskiego wzgórza, woźnica pokazał mu w dali ledwie szarzejące kępy drzew i wyśpiewał:

— On-dzie Zatoka...

Piotr z uśmiechem przypatrzył się tym drzewom jako zrealizowaniu niewiarogodnego zamysłu i w zupełnej już obojętności poddał się losowi, który sobie sam zgotował.

Było już po południu, kiedy zwinne szkapki drohiczyńskiego mieszczanina podwiozły go do starej lipowej alei. Mijając bramę wjazdową Piotr przebierał w myśli różne frazesy, mające tłumaczyć powód jego przybycia, ale ostatecznie na żaden nie mógł się zdecydować. Postanowił tedy postępować bez żadnego programu. Zobaczył przed sobą dwór murowany, szeroko rozsiadły, z dwiema na rogach basztami, które czyniły wrażenie, jakby ich budowniczy rozpędził się do stawiania "pałacu", lecz uląkł się własnej myśli i poprzestał na niezdecydowanych narożnikach. Pośrodku dworu był nieodzowny ganek i dzike wino, zgniłe stopnie i obłupane filary. Gdy wasąg zatrzymał się przed tym gankiem, zza oszklonych drzwi wybiegł zamorusany wyrostek w opiętym kubraczku z zaśniedziałymi guziczkami i coś niewyraźnego bełkotał w jakimś języku. Piotr rzekł do niego po polsku:

— Czy pan Oścień jest w domu?

— Jaśnie pan jest w domu.

— A jaśnie panienka?

— Jaśnie panienka to samo jest w domu.

— No, to pokaż mi, którędy się wchodzi.

Lokajczyk otworzył oszklone drzwi do przedpokoju, wpuścił Piotra i sam znikł. Dały się słyszeć biegania, stąpania i niespokojne szepty.

"Pewni są, że to rewizja..." — myślał Piotr rozglądając się po kątach i sprzętach. Rozmyślania jego przerwał lokaj notoryczny we fraku, wdzianym na skandalicznie brudną koszulę. Ten łypał na gościa okiem mało przychylnym, aż wreszcie zdecydował się na pytanie, jak ma zameldować. Piotr podał mu bilet wizytowy i wszedł do niewielkiego saloniku, umeblowanego starannie. Meble były niedzisiejsze, wykwintne, znać, że rodzinne. Sczerniały obraz mitologiczny w suto złoconych ramach witał jak dawno znajomy.

Do tego małego gabinetu przylegał salon duży, raczej sala balowa, z jasnymi obiciami, widocznie niedawno naklejonymi, i nowoczesnym umeblowaniem. Piotr zatrzymał się przy stole zajmującym środek pokoju. Sennie patrzył na połysk posadzki w sąsiednim salonie. Długo czekał. Przewinęła się leniwa i gorzka myśl, na co to on czeka, gdzie jest i czego chce... Znikąd wynikła pewność przeklęta, że już przenigdy na Tatianę czekać nie będzie. Jej cień — co się często przydarzało — nieomal naoczny zamajaczał w przestworzu... Nieszczęście podniosło złą swoją paszczę jak bezsenny pies, stokroć bity batem i przyuczony do warowania w milczeniu. Uderzył je myślą, że go tu pewnie wcale nie przyjmą. Myśl była bardzo nieprzyjemna, lecz począł oswajać się z nią i przewidywać konsekwencje.

Minęło tak sporo czasu, aż wreszcie w sąsiednim salonie posadzka z cicha skrzypnęła i we drzwiach ukazał się wysoki, szczupły, starszy mężczyzna. Ubrany był starannie, posuwał się zgrabnie krokiem salonowego bywalca. Skłonił się z daleka i z umiarkowanym gestem przychylności zbliżał do gościa. Włosy miał dość długie, już rzadkie i starannie podczernione — twarz ogoloną i małe, po angielsku przycięte wąsy. Jego zaokrąglony żakiet, krawat i bielizna były najświeższego kroju i mody. Piotr skłonił się z dala i rzekł:

— Szanowny pan przebaczy, że ośmieliłem się przybyć tutaj dla złożenia mego uszanowania. Pragnąłem osobiście przeprosić pannę Małgorzatę Ościeniównę za przykrość, jaką jej wyrządziłem wmieszawszy się w jej obecności w awanturę, a nawet w bitwę na pałasze z gronem oficerów piechoty...

Piotr mówił to głosem nieswoim i śmiesznym, zgłębiając jednocześnie całą niedorzeczność frazesów. Twarz pana Ościenia wyrażała zdziwienie, a nawet niechęć.

— Ach, więc to szanowny pan... — mówił on chłodno i z grzeczną cierpkością w tonie.

Wskazał Piotrowi krzesło, a gdy ten usiadł, sam zajął najbliższy fotel. Oczy miał przymrużone i nieżyczliwie wpatrywał się w przybysza. Usta jego były zaopatrzone w sztuczny uśmiech, należyty i niemal modny jak ubranie.

— Moja córka — mówił pan Oścień ozięble — była szczerze bardzo wzruszona. Przez długi czas nie mogła się uspokoić. Mamy krewnych w tamtych okolicach. Pojechała na czas pewien. Wybrali się całą gromadką do miasta dla załatwienia sprawunków — i — trzebaż mieć szczęście! — taka przygoda!

Nie wiadomo było, czy w sensie i tonie tego zdania zawierało się podziękowanie, czy wymówka. Piotr czuł to dobrze, lecz uspokajał się stopniowo i zbierał wszystką przytomność dla swego celu. Rzekł obojętnie:

— Uważałem za konieczność wystąpienie swoje ówczesne, ale oczywiście rozumiem, że córkę szanownego pana musiało ono przerazić. Nie mogłem za to wcześniej przeprosić, gdyż nie znane mi było nazwisko. Zresztą inne okoliczności stanęły na przeszkodzie. Dopiero teraz w Warszawie pewien mój znajomy, adwokat Darzewski, powiadomił mię.

— Szanowny pan mówi tak dobrze po polsku — wtrącił pan Oścień.

— Jestem Polakiem.

— Tak — uśmiechnął się gospodarz. — Przyznam się szanownemu panu, że przez pewien czas żyliśmy wskutek tego wypadku pod grozą konsekwencyj.

— Jakich?

Pan Oścień nachylił się i rzekł z cicha, jak gdyby ktoś podsłuchiwał tę rozmowę:

— Mogło to pociągnąć Bóg wie jakie następstwa. Mogło zgubić moją córkę.

— Nie bardzo rozumiem, co mianowicie?

— Czyż ja wiem! Alboż w takich razach można pytać o logikę, prawdę i prawo? — mówił z goryczą, przymykając oczy.

Wpatrzył się jednak natychmiast krótkowzrocznymi oczyma w twarz gościa z badaniem, czy ten nie weźmie mu za złe od strony miarodajnej tego, co wyraził tak śmiało i stanowczo. Piotr porzucił ten przedmiot.

— Znajduję — mówił brnąc w niepotrzebny zapał, wyrażając w sposób pospolity i banalny to, co głęboko przepracował w sobie — że wszyscy karmimy się ostrożnością aż do zbytku uporczywie.

— Pan znajduje?

— Przecie honor ważniejszy jest niż życie! — zdecydował, jakby to była deklaracja zupełnie nowej prawdy. Zdanie, które wygłosił, stanowiło sylogizm okupiony przesłankami ciężkich doświadczeń — a tak śmiesznie rozległo się w tym pokoju! Toteż dodał:

— Nie mówię tego przez chełpliwość albo przez jakąś donkiszoterię, lecz po dokładnym namyśle. Polaków jest przecie z górą dwadzieścia milionów... — począł mówić z naciskiem, lecz dał pokój dalszemu ciągowi.

Pan Oścień słuchał tych zdań z dyplomatyczną ostrożnością. To się z lekka marszczył, spod oka patrzył na tego szczególnego oficera w rosyjskim mundurze — to się uśmiechał ironicznie pod swym przystrzyżonym wąsem.

— Tak to się mówi — westchnął z pobłażliwością — gdy się jest młodym jak szanowny pan. Rozumiem szlachetną młodość i piękne jej uniesienia. Rosja, Rosja! szanowny panie... Mocarstwo, milion z górą bagnetów, półtorasta milionów narodu... A cóż my? — Miazga, "stado rozbite przez wilki", jak doskonale powiedział Kraszewski w Rachunkach.

Piotr usłyszał w tych wywodach jakby sformułowane powtórzenie dawnych swoich poglądów i mniemań. Stracił chęć do ich zbijania. Pan Oścień przyszedł mu z pomocą zamykając rzecz słowami:

— Zresztą każdy ma swój sposób zapatrywania się na te kwestie...

Jednocześnie nacisnął dzwonek. Wszedł rozczochrany lokaj we fraku.

— Niech no Maciejunio poprosi panienkę do małego salonu... — rzekł pan Oścień do owego indywiduum.

Rozłucki poczuł żywe zaciekawienie. Miała się rozwikłać sprawa, dla której przyjechał. Usiłował mówić jeszcze na temat wyżej poruszony, ale były to poplątane myśli w jakichś powyrywanych i postrzyżonych słowach. Tymczasem skądś, z głębi domu dały się słyszeć ciężkie kroki i z sieni wszedł do saloniku młody jeszcze, wysoki, można by powiedzieć, ogromny mężczyzna. Był to czarny brunet z krótko ostrzyżonymi włosami i twarzą zupełnie wygoloną. Miał na sobie przydługi surdut czarny, który z trudnością opinał jego nadmiernie tęgie, muskularne i zażywne ciało. Śniade smugi po ogoleniu nadawały jego twarzy cerę zdrowej rdzy — oczy były żywe i mądre, a piękne usta uśmiechały się. Stanąwszy na progu wysoki jegomość rzucił na Piotra przenikliwe spojrzenie i długo nie spuszczał zeń oka. Dopiero po chwili zbliżył się, skłonił i rzekł krótko:

— Wolski.

Piotr wymienił swe nazwisko. Tamten usiadł na jednym ze starych krzeseł, które pod nim żałośnie zaskrzypiało, i znowu pilnie patrzał. W tym jego spojrzeniu natarczywym i roztropnym nie było przecież nic przykrego. Był to wzrok gwałtowny i szczery. Piotr poczuł sympatię do tego "draba", jak go nazwał w myśli od pierwszego spojrzenia.

— Widziałem — rzekł ów Wolski — jak pan jechał. Bo pan jechał z Drohiczyna.

— Tak jest.

— Właśnie. Ta czapka z daszkiem i lampasem tak się w polach maluje wyraźnie, że trudno nie spostrzec.

— Tak, te lampasy rzucają się w oczy, i to we wszystkie — śmiał się oficer. — Skoro je tylko kto zobaczy na zachodzie, zaraz patrzy na wschód.

Pan Wolski nic nie odpowiedział. Sapał tylko z emocji czy zmęczenia. Ręce jego grube i potężne złożone zostały na żołądku w sposób tak klerykalny, a dwa wielkie palce puściły się w szybkiego młynka w sposób tak dyplomatyczny, że Piotr powziął przeświadczenie o godności tej osoby. Zdecydował, iż to nie może być aktor, jak suponował uprzednio, lecz chyba ksiądz niewątpliwy. Dziwiła tylko kusa sukienka i objawy zdrowia zanadto już z tego świata i świeckie.

W przyległym salonie dał się słyszeć szelest i we drzwiach stanęła panna Małgorzata Ościeniówna. Spostrzegłszy Piotra na chwilę przystanęła. Oczy jej przybrały wyraz najgłębszego zdumienia, a usta na moment uchyliły się, jakby miała krzyknąć. Ale to trwało zaledwie przez mgnienie oka. Weszła spokojnie do małego saloniku. Od czasu, kiedy ją Rozłucki po raz pierwszy w wagonie widział, rozkwitła z dziewczynki na pannę, lecz zachowała w sobie coś z prostoty i wdzięku dziecka. Przynajmniej, gdy przekraczała próg pokoju, była osiemnastoletnim dzieckiem.

— Marzenko — rzekł do niej ojciec — pan Rozłucki.

Po chwili dodał w sposób niby to nader uprzejmy, lecz z zarezerwowanym wewnątrz przekąsem:

— Twój wybawca...

Piotr nie miał już odwagi powtarzać swego pierwszego frazesu, więc też przeszedł od razu z górnych zamysłów na ton zupełnie naturalny:

— Nie wybawca bynajmniej, lecz raczej sprawca wielkiej przykrości. Przecież pani wraz z całym towarzystwem osób zgromadzonych przy jej stole mogła wówczas wyjść bezpiecznie z owej restauracji bez żadnego zgoła szwanku. Tymczasem ja wystąpieniem nie w porę, w dodatku za gwałtownym, wywołałem awanturę.

— No, wyjść to tam nie bardzo było można, bo ci panowie zupełnie zagrodzili drogi — rzekła panna Małgorzata w sposób naturalny. Najwidoczniej jednak, jak to mówią, "zagalopowała się" w szczerość, gdyż ojciec powstrzymał dalszy ciąg wynurzenia prawdy zimnym spojrzeniem jak wędzidłem.

— Ładnie by tam byli wyglądali wtedy, żeby nie pan! — rzekł Wolski. — Tamci mogli ich porządnie wówczas poturbować. Przecie to, podobno, było wszystko tęgo pijane.

— Nie, tak znowu bardzo pijani nie byli... — znowu zaawansowała się panna Małgorzata.

— To już tak dawno — wtrącił Piotr — trudno dziś przypomnieć, jak to tam było. W każdym razie muszę panią przeprosić za moją ówczesną pasję. Nie przyszło mi wówczas do głowy, że tamci oficerowie, koledzy moi, właśnie wskutek tego mogli państwu wyrządzić jakąś krzywdę...

Jej wewnętrzne przeżycie tamtego wypadku najwidoczniej nie mieściło się w klubach doskonałego wychowania i raz wraz wydobywało na zewnątrz w postaci spojrzeń, gry twarzy, a nawet gestów niezupełnie otamowanych. Była to rzecz oczywista, że panna Małgorzata miałaby bardzo wiele do powiedzenia gościowi na temat owego zajścia, miałaby cały szereg pytań, żądań wyjaśnienia sytuacji i swoich uwag niemało — ale na to wszystko nie pozwalał kodeks, który stał się jej drugą naturą, tak dalece mu podlegała. Piotr dojrzał to inne, głębokie życie, płynące pod zewnętrzną powłoką, ukryte za mniemanym spokojem twarzy i ruchów. Bawił go widok tych dwu sił tak widocznych w sposobie zachowania się tej młodej panny, równych co do mocy, a opanowanych jedna przez drugą — siły wychowania i siły wewnętrznej, niesfornej jak kręta i wartka rzeka.

"Nie jest to widmo z tragedii, nie jest to postać ukazująca się we snach, lecz i nie gąska" — myślał sam dla siebie, pomiędzy sentencjami, które formowały się i układały w zdania.

Pan Oścień uprzejmie zapytał:

— Szanowny pan był łaskaw, jak słyszałem, przybyć tutaj z Drohiczyna?

— Tak jest.

— Najętymi końmi?

— Tak.

— Pozwolę sobie odesłać te konie, a pana prosić na nasz wiejski, skromny obiad.

Piotr skłonił się i wycedził należny frazes dziękczynny za zaproszenie. Gruby pan Wolski wstał ze swego miejsca i na migi porozumiał się z gospodarzem domu, że on załatwi odprawienie furmanki. Z tym znikł za drzwiami. Słychać było na ganku jego głos jak dzwon kościelny. Piotr uczuł się w domowym powietrzu jak po przyjeździe do Polski, jak w domu dziada.

Przemknęła myśl w gorzkim śmiechu: "I to dla tej panienki tak straszliwie skrzywdziłem Tatianę, że aż rzuciła się w ramiona Roszowa!... Po cóż to zrobiłem? Kto mi kazał? Jakże się to stało?"

Pan Wolski wrócił do pokoju. Siadł na swym krześle, jęczącym z cicha, zdało się, już gdy się zbliżał — i nachylony do Piotra z niezgłębionym współubolewaniem powiedział dosyć głośno:

— Musi też pan być i głodny potężnie...

Piotr zaprzeczył. Panna Marzenka i jej ojciec roześmieli się z cicha, jednocześnie. Pan Oścień wyjaśnił:

— Ksiądz Wolski lituje się nad panem zupełnie podstępnie, bo sam już głodem przymiera.

— Pan jest księdzem? — zapytał Piotr.

— A dyć tak — choć to i tonsura zarosła, i z sutanny wypływam wszystkimi szwami.

— Ksiądz Wolski był moim nauczycielem religii w Warszawie... — powiedziała pana Małgorzata.

— A teraz siedzę tu u państwa na łaskawym chlebie — dorzucił sam duchowny z goryczą, kręcąc palcami swego młynka i wstydliwie przymykając powieki. Mimo tych niewesołych słów żartobliwy i mądry uśmiech okalał jego karminowe usta.

Wszedł lokajczyk i poprosił do stołu.

Jadalnia znajdowała się po drugiej stronie sieni wejściowej. Był to pokój niski i wąski z rozmaitymi drzwiczkami prowadzącymi do zakamarków dworu. Stamtąd wychodziły do stołu osoby stare i zasuszone. Pewien jegomość w pomiętym ubraniu bardzo nieżyczliwie patrzał na mundur Piotra i zawzięcie milczał przez cały czas obiadu. Dama, Francuzka, śmiesznie mówiąca po polsku, wciąż powtarzała te same banalne frazesy akcentując wyrazy polskie najzupełniej po parysku. Wpadła w rozrzewnienie, gdy Rozłucki począł z nią mówić po francusku o Paryżu, wspominać place, ulice, gmachy i ogrody.

Ksiądz Wolski mniej uczestniczył w rozmowie, bardziej natomiast przykładał się do spożywania darów bożych. Przyjemnie było patrzeć, jak temu współbiesiadnikowi wszystko smakuje, bez względu na jakość dania, i jak dziwnie szybko z jego talerza znikają porcje, sosy i przystawki. Gdy zaś znikało wszystko, aż do ostatniej kropli starannie spożyte, i pozostawał tylko czysty talerz do sucha wytarty chlebem, oczy księże miały wyraz z lekka żałosny i osmętniały. W takich momentach "proboszcz" wzdychał:

— Ach, jakże to życie jest króciutkie! Ach, jakże bardzo króciutkie!

Po obiedzie, dość skromnym, lecz, oczywiście, "smacznym", ów ksiądz Wolski poprowadził Piotra do pokoju gościnnego w narożnej wieży dworu. Wchodziło się tam po schodkach przystawionych do owej wieży, pod daszkiem z lekka dziurawym. Z pokoiku jak latarnia widok był na stary ogród, ale — niestety! — i na obory za płotem ogrodowym.

Ksiądz Wolski umieścił Piotra w tym pokoiku, gdzie oprócz łóżka, stolika i paru krzeseł była jeszcze pewna ceratowa sofka. Miał wyjść, ale przed wyjściem "pozwolił sobie" zapalić jedno z cygar, których paczuszkę nosił pieczołowicie w bocznej kieszeni dobrze zasłużonego surduta. Pozwolił sobie również zasiąść zgoła wygodnie na owej kanapce. Palił z prawdziwą satysfakcją. Z lekka przymykał oczy i wzrokiem mętniejącym od przyjemności palenia wodził po ścianach. Piotr spostrzegł od dawna, że ten jegomość ma w domu Ościeniowskim niemałe znaczenie, że dobrze wie wszystko i zna wszystkich na wylot. Jeszcze podczas obiadu postanowił powziąć od niego niepostrzeżenie rzeczywistą wiadomość o istotnej pannie Małgorzacie, a zarazem wytłumaczyć się z przyczyn i powodów swej śmiesznej wizyty. Nie wiedział jednak, od czego i jak zacząć, bo człowieka tego nie znał — a nadto po raz pierwszy w życiu rozmawiał z notorycznym księdzem katolickim. Pewna postać ciekawości, co też to jest przede wszystkim taki ksiądz, wstrzymywała go w pół drogi. Stał przy oknie patrząc w ogród. Nareszcie zdecydował się:

— Chciałbym wytłumaczyć się przed szanownym panem, dlaczego tutaj przyjechałem... — mówił z niezręcznym pokasływaniem.

Ksiądz ze zdziwieniem podniósł głowę.

— Awantura, którą swego czasu z oficerami wywołałem, wywarła na mnie wpływ decydujący. Począłem szukać samego siebie... Nie chcę, wie pan, mieć złudzeń co do siebie ani złudzeń co do ludzi, z którymi się stykam. Chciałbym być istotnym sobą i istotny świat mieć w oczach, nie jego złudzenie.

Ksiądz Wolski oszczędnie potakiwał wpatrując się w starannie wyhodowany koniec swego cygara.

— Przyznam się szanownemu panu, że osoba panny Małgorzaty — ciągnął Piotr dalej — zainteresowała mię ze względu na rolę, jaką w życiu mym odegrała. Trudno mi to jest wytłumaczyć, bo są to rzeczy zawiłe... Było to tak, jak nieraz z dziełem sztuki, które znamy z podobizny albo z relacji, z niejasnego przytoczenia estetów, a które to dzieło pragniemy poznać samo w sobie, sprawdzić jego znaczenie, wartość i wpływ, niejako zbadać je i zmierzyć.

— No, o czymże tu mówić! — przerwał ksiądz. — Rąbał się pan za nieznajomą osobę, szramę tylą wziął na pamiątkę, a osoby samej nie znał. Cóż dziwnego, że ją pan chce poznać?

Piotr zaczerwienił się. Pośpiesznie zaprzeczył:

— Nie chodzi mi wcale o jakiś pospolity i łatwo dostępny eksperyment — ależ bynajmniej, ani trochę! Nie chodzi też o jakąkolwiek bliższą znajomość...

— Bo i jakaż tu może być bliższa znajomość, dobry panie? — rzekł ksiądz prosto, szczerze i z uśmiechem. — Gdyby się w panu zadurzyła, a, wówczas mogłaby być mowa o bliższej znajomości... Wtedy mógłby pan być przybliżony do niej, no i wynagrodzony sowicie — ale to jest przecie rzecz, której w tej oto rozmowie nie zawiążemy ani rozwiążemy...

Piotr roześmiał się szorstko i oświadczył:

— Powiem szczerze, że zupełnie o czym innym myślałem, ale nie mogę tego wytłumaczyć...

— A wie pan, że ja, pomimo tych trudności tłumaczenia na język ludzki wewnętrznej gwary — trochę ją i tak rozumiem. Trochę może zgaduję, czego pan szuka. Powiem jedno: Ta panna była warta, żeś ją obronił, żeś się o nią rąbał i poniósł rany.

Rozłucki pod wąsem uśmiechnął się wzgardliwie. Ksiądz ciągnął dalej:

— To jest dla mnie dziwne i niewytłumaczone, w jaki sposób przy tak wielkiej masie złego, które tryumfuje i rządzi światem, może jednakże istnieć tak niepojęty wymiar sprawiedliwości.

— Myślę, że to jest jedno ze złudzeń naszego optymizmu.

— Doprawdy?

— Iluż to zginęło najbardziej cnotliwych, najczystszych i najbardziej dla niewątpliwego dobra ziemi potrzebnych! Ilu takich podeptało i wbiło w ziemię szalejące, złe okrucieństwo!

— A nigdy pan tego nie spostrzegł, żeby głęboka prawość gdzieś znalazła swój organ niejako, który na nią od dawna czeka, ażeby ją w lepszą formę urobić? Czy nigdy nie zdarzyło się panu zauważyć w ciągu szarych dni życia, jak dobra wola, jak wysiłek cnotliwy, który poczytywało się za najbardziej samotny i przepadły — gdzieś znalazł nie tylko przyjęcie życzliwe, lecz jakby miejsce oczekujące? Mnie się wydaje, że tyle właśnie świętości, ileśmy ze siebie wydali, odnosi nam w niewiadomym dniu i w sposób niepojęty jakowaś siła wszystko pamiętająca, jak gdyby czyjś czujny poseł.

— Może to jest ta sama siła, która jest w nas, która się w nas rozdwaja i samej sobie z uśmiechem dobrotliwym przypatruje.

— Znowu swoje!

— Bo sami zapewne stwarzamy sobie tę moralną nagrodę — w chwili dobrotliwego na rzeczy spojrzenia. Kiedyś może prawa społeczne tak się rozwiną i rozszerzą, że obejmą wszelkie istnienie. Może wówczas szlachetny uczynek znajdzie swe zrozumienie i niewątpliwy organ. Ale dziś — jakże samotnym jest człowiek!

— O, kiedyś! Zawsze: kiedyś tam. Ja, panie, jestem człowiek niepobłażliwy. Patrzę w dzień dzisiejszy, bo dziś żyję. Może to wytwarza to moje końskie zdrowie, ten iście bestialski apetyt, no i ta tusza z piekła rodem, której niczym pokonać ani nawet zmniejszyć nie sposób.

— Dziś — rzadko się widzi dowody nagrody za cnotę. Prędzej karę właśnie za cnotę.

Nagroda może tam gdzie istnieje, ale strasznie długo trzeba na nią czekać. Oczywiście, o ile kto czeka na nagrodę za ową cnotę.

— A pan nie?

— Ja nie.

— Ejże!

— Cnota jeżeli jest sobą, to nie może mieć nagrody. Jest sama ze siebie i dla siebie jak zdrowie. Jakaż może być nagroda za zdrowie? Chyba ów apetyt, jak go pan nazywa, "bestialski". Ale i apetyt nie jest nagrodą za zdrowie, jest raczej nim samym.

Ksiądz uśmiechnął się dobrotliwie. Westchnął:

— Oj, panie, młody panie! I to oficer takie dyrdymałki prezentuje mnie, teologowi! Ale order to pan będzie nosił jako nagrodę za swą cnotę wojskową...

— Nie będę nosił orderu.

— "Nie będę..."

— Jeżeli cnotą jest obronić kobietę od napaści grona mężczyzn, to za tę "cnotę" o mało nie zostałem wydalony z pułku... Nie mówiąc już o innej, specjalnej nagrodzie...

Ksiądz pomrukiwał. Piotr rzekł dość szorstko:

— Panie! Nie po żadną nagrodę przyjechałem tutaj. Racz mi wierzyć!

Gruby ksiądz odsapnął. Z żalem wyeksploatował ostatnie zapasy dymu ze swego cygara i powiedział:

— Zamiast tutaj staczać akademickie dyskusje na jałowy temat cnoty, może byśmy się tak przeszli po polach. Bo mnie, przyznam się panu dobrodziejowi, dusi w czterech ścianach. Bez powietrza, i to dużego, żeby niby nic nie sterczało — nie mogę! Bogiem a prawdą, lubię wiater, i to duży. W polu, na szerokości, to się i Pana Boga lepiej rozumie, i człowieka jakoś snadniej znosi.

— O, ja z chęcią pójdę!

— Poprosimy panienkę Małgorzatę. Może z nami wyruszy na ów spacer.

— Czy tylko zechce?

— Czemuż by nie miała chcieć? Jeździmy tu i chodzimy po polach czy to w pojedynkę, czy gromadnie...

— Ale może państwu będzie nieprzyjemnie pokazywać się przed prostym ludem tutejszym w towarzystwie oficera!

Ksiądz Wolski uśmiechnął się chytrze, tarł nos i przymrużał oczy. Wyjaśnił wreszcie:

— Powiem szanownemu panu najszczerszą prawdę. Właśnie dlatego pragnąłbym pokazać się z panem na polach i drogach tutejszych, że pan jest w tym oficerskim mundurze.

— Doprawdy? — zdziwił się Piotr.

— Tak.

— Nie bardzo rozumiem.

— Widzi pan, ksiądz bez żadnej parafii, siedzący tygodniami w tych stronach, we dworze szlacheckim, jest solą w oku dla wszelkich tutejszych dygnitarzy. Już o tym z dziesięć razy składano raporty, ze sześć proszono mię na rozmówkę, a ze cztery próbowano wprost wysiudać. Tylko dzięki przemożnym stosunkom pana Ościenia, a właściwie pewnej osoby w tutejszym świecie arystokratycznym, cierpią mię tu, ale jak wrzód na szyi. Toteż wiedzą o mnie i pamiętają, jak się wie i tkliwie pamięta o wrzodzie. Ciągle ktoś za mną łazi, gdy idę na spacer, zawsze ktoś czai się i podgląda mię, żebym się najnaturalniej wydalił na drugi koniec ogrodu, co przy mym apetycie i zdrowiu jest konieczne. Otóż, gdy mię ci podglądacze ujrzą w towarzystwie takiej czapki, takiego kołnierza, szlif i guzików, to sobie dopiero choć z dzień, ze dwa odsapnę! A zasie!

— Och, w takim razie służę szanownemu panu nie tylko czapką, kołnierzem i szlifami, ale nawet pałaszem.

— O, nie! Za pałasz dziękuję! Żeby znowu tak nie było jak z panną, z Małgorzatą... Wypraszam sobie! Ale z drugiej strony rzeczy biorąc, czy znowu panu dobrze będzie pokazywać się w towarzystwie tej mojej sukienki, choć tak krótka i wyświechtana?

— Nic ona mi nie zaszkodzi.

— Bo to, wie pan, tych tam ciekawskich zaraz to zainteresuje, co to znowu za oficer, co z klechą paraduje po nadbużańskich przestworach? Nie poprzestanie się na prostej ciekawości, lecz zaraz sięgnie do źródła: a kto, a skąd, a po co? To są strony nader czujnie opatrzone w informacje. Nic się tu przed czujnością jakichś oczu i uszu nie ukryje.

— Raz powieszonemu już, podobno, drugi stryczek nie szkodzi na zdrowie. Więc się nie boję.

— No, skoro tak, to chodźmy! — zdecydował ksiądz Wolski, ciężko powstając z kanapki.

Zeszli w dziedziniec. Ksiądz wielkim krokiem udał się do bocznego skrzydła dworu, ażeby uwiadomić pannę Małgorzatę o projekcie spaceru. Niebawem wyszła w towarzystwie jednej z dziewic podstarzałych, którą Piotr widział był przy stole. Naradzano się dosyć burzliwie nad tym, w jaki sposób odbywać ów spacer: bryczulką czy inaczej? Po długich dysertacjach, na wniosek, dość wrzaskliwie — trzeba to zaznaczyć — stawiany przez księdza, zdecydowano jechać małym pony i kariolką. Ksiądz udał się do stajni i wszystko w mgnieniu oka zadysponował, zarządził i przeprowadził. Kariolką stanęła przed gankiem. "Proboszcz" powoził. Obok niego zasiadła kwokowata panna Natalia. Dwa miejsca w tyle zajęte zostały przez pannę Małgorzatę i Piotra.

Ponieważ byli odwróceni od kierunku, w którym pobiegł konik, krajobraz począł uciekać przed ich oczyma i płynąć jak rzeka. Ta okoliczność jeszcze bardziej powiększała trudność obcowania. Panna Małgorzata była zresztą jak zawsze — spokojna i zrównoważona. Pokazywała gościowi okolicę z wymienieniem nazwy każdej wioski, rzeczki, nawet łąki i parowu. Czyniła to w sposób pilny i dokładny jak dobra uczennica wydająca lekcję bez błędu. Lecz ta geografia nie wystarczała. Należało mówić o czym innym. Piotr próbował, lecz każdy temat witany był grzecznym uśmiechem, potwierdzeniem lub zaprzeczeniem zawsze trafnym, dokładnym, czasami jakimś półsłówkiem, półdowcipem. Wszystko to jednak było ponad wszelką miarę europejskie i nieco zanadto wykwintne.

Okolica była nadobna, falista, leśna. Pola poprzegradzane lasami zniżały się daleko. Zżęto już zboża i ścierniska stały wszędzie, pozłociste wśród owsów już dobrze bielejących i zwiędłej naci kartoflanej. W pewnym miejscu wyminięto przysiółek pod lasem, wioseczkę małą, białościenną. Ksiądz zatrzymał szkapkę i, jak powiedział, dla preparowania lejca, który mu się zepsuł, wszedł do jednej chaty. Dość długo tam ów lejc reparował. Gdy wreszcie wyszedł, postępował za nim chłop podlaski, szczupły, suchy, o twarzy poczerniałej. Człowiek ów był bez nakrycia głowy i o czymś z cicha rozmawiał z księdzem, lecz oczy miał w Piotra wlepione. W trakcie rozmowy z panną Małgorzatą Piotr spojrzał na owego człowieka i przerwał w pół zdania rozmowę. Tamten człowiek, bosy, bez nakrycia głowy, w zgrzebnych szmatach, przypatrywał mu się z uśmiechem — ale z jakże niewymownym uśmiechem! Tak uśmiechając się pokłonił się Piotrowi nisko — nisko. Nie był to przecież znak służalczości ani lęku, lecz raczej pozdrowienie duszy głębokiej, braterskiej, równej... Piotr zdumiał się piękności spojrzenia tego chłopowiny i czegoś nieprzyjemnie zawstydził. Chciał oddać tamtemu ukłon tak samo niski i tak samo miłujący, ale nie potrafił tego wykonać. Nie skinął nawet głową. Wskutek zaś tego poczuł nieprzyjemny i dokuczliwy żal. Cóż by za to dał, ażeby mu się nie tylko pokłonić, ale pójść z nim w ciche pola i wszcząć długą rozmowę, czuł bowiem, że zajrzała mu w oczy głęboka mądrość samotnej i pięknej duszy.

Ksiądz tymczasem stękając wdrapał się na swe miejsce i pony znowu pomknął piaszczystą drogą między polami. Piotr począł żywo rozmawiać z panną Małgorzatą, żeby zatrzeć szczególniejszy w sobie żal za wieśniakiem. Woźnica omijał starannie szersze trakty prowadzące do dużych wsi, gdzie połyskiwały kopuły cerkiewne, wolał raczej nadkładać drogi i objeżdżać dalekimi drożynami, po podlesiu.

W jednym takim miejscu, na zboczu wzgórza, "kazał" wysiąść, bo konik był zgrzany — i odpoczywać w zaroślach. Piotr zeskoczył z siedzenia i pomógł wysiąść pannie Małgorzacie. Lecz oto zaledwie dotknął jej ręki, nie wiedząc, co robi, ścisnął tę rękę, jakby ją chciał złamać i rozgnieść. W owej chwili uczuł w sercu mróz i jak gdyby uderzenie w twarz uśmiechem Tatiany leżącej w trumnie. Szedł za towarzystwem na pół omdlały, z przymkniętymi oczyma, niosąc bezmyślnie piękny jakiś błękitny szal panny Małgorzaty. Szal ten począł mu palić ręce...

Stał się na nowo starym sobą, nie tym młodym człowiekiem, który tu przyjechał i uczestniczy w przyjemnej ekskursji — lecz wstąpił do ciemnicy swej duszy. Bo istniał w nim jakby podświadomy schów, o którym nie wie nikt i o którego istnieniu on sam nie wiedział. Życie płynęło — ćwiczył żołnierzy, dzikie chłopstwo zegnane z czterech końców świata — uganiał się po polach na spasionym koniu, przebywał wśród armat — wytrwale i spokojnie pracował nad matematyką i lotnictwem — miał dnie równowagi i ciszy — spał dobrze, jadł i pił — a oto nagle otwierała się w nim tajna i zdradziecka zapadnia i ciemna jej czeluść niepojętymi uczuciami zionęła na duszę. Rano po twardym śnie ocykał się z nagła i oko w oko spostrzegał jakąś myśl niewyobrażalną, ukrytą w słowach, które mogły być pospolite, lecz zawierały treść zabójczą, niby kwiat niewinnymi barwy swej korony osłaniający truciznę.

Nieraz zdawało się po dawnemu, że przy łóżku ktoś w głowach posłania siedział przez całą noc i cierpliwie czekał, żeby w pewnej chwili z chichotem dmuchać w powieki, a w ucho rzucić dźwięk, ton, nazwę, szept... Imiona włoskich miast: "Florencja" albo "Rzym", "Wenecja" albo "Siena", zapadłe w dawne utęsknienia i pogrzebione jakoby w ruinach szczęścia, które na wieki i bez śladu zniweczył kataklizm trzęsienia ziemi — znowu się przypominały z zaziemskim swoim powabem, w całej piękności marzeń, ażeby łkać nad tym, co w nich być miało... Widok dzieci wiezionych na spacer w wózeczkach przez piękne matki — kochanków dążących w swe drogi szczęśliwe — uroczych kobiet kuszących czarami oczu i uśmiechu — potrącał w jamę skrytą pod stopami ducha. Owal twarzy kobiecej, cichy po piasku szelest sukni, dźwięk mowy, barwa włosów, głos zasłyszany w przelocie — wywoływał tamtą z ziemi.

Coś się przywidziało, przesłyszało, przewinęło i dusza szła w ów podziemny chodnik, do niej prowadzący. Nieraz rzecz jakowaś wywołała wspomnienie, lecz wspomnienie przeszło bez bólu, szczęśliwie zagasło — lub dało się zdusić, wepchać pod kamień ucisku, śmiechu, przekleństwa. Lecz wyobrażenie rzeczy owej wracało się o niewiadomej godzinie, mściwe leciało nazad, wiedzące, gdzie jest blizna już powleczona błoną — ni to nieprzyjaciel ducha, który się cierpliwie uczył swej sztuki i posiadł dokładną umiejętność zemsty. Jak gdyby cienkim lancetem uderzał w miejsce zranione. Ciekła długą strugą męczarnia z żywej rany. Dusza zapadała się w podziemie swoje, w pieczarę szlochów nadaremnych, których celu ani skutku nie ma, głuchych jęków bez przelania jednej łzy, co się wyrywają ze swej otchłani jak wicher nieustający, a nigdy jej nie opróżnią. Cierpienie wysysało niby morska woda ludzką powłokę, co w nią wpadła i omdlała.

W miejscu pod wzgórzem, które ksiądz Wolski wybrał na punkt spoczynku, otwierał się mały wąwozik, zarośnięty paprocią i tarkami. Szło się jak gdyby korytarzem pełnym zapachu i chłodu. Piotr patrzał na piękną postać panny Małgorzaty, która szła przed nim z wdziękiem i prostotą, cokolwieczek sztucznie wykultywowaną i utrzymaną. Myślał wśród tępych podrywań ślepego impulsu, że przecie to ona spowodowała rozłam z Tatianą. Przypatrywał się jej toczonym, okrągłym rękom, obnażonym do łokcia. Były to ręce może równie piękne jak ręce Tatiany. Lecz wówczas przypomniał sobie, że tamtych rąk już wcale nie ma, gdyż dawno zgniły w ziemi.

U wylotu owego wąwoziku stał w dolinie podrzędny młyn. Struga sącząca się łąkami rozlewała się tutaj w stawek zarosły tatarakiem i zaciągnięty grzybieniem. Czarne koło młyńskie obracało się z wolna, wysypując z korcówek bryzgi wodne. Tuż obok tego koła była sucha łączka. Tam usadowiło się towarzystwo. Lecz po niedługim spoczynku ksiądz Wolski poszedł do młynarza znowu w jakimś interesie. Stara panna Natalia poczęła zbierać kwiaty i oddaliła się dosyć znacznie. Piotr został sam na sam z panną Małgorzatą. Miał jej tyle do powiedzenia, a nie mógł teraz skleić ani jednego okresu. Rozmawiał wciąż, to prawda, lecz o rzeczach banalnych. Zadał kilka pytań, tych właśnie, z którymi tu przyjechał, zaczerpniętych z dziedziny ducha, gdy ze sobą w męczarni obcowali. Lecz po kilku odpowiedziach przekonał się, że ta wroga siła, która do niego, gdy był po śmierci Tatiany chory i zabity, przychodziła na sąd, ta dusza tragiczna, która mu obce jakieś przynosiła słowa — i panna Małgorzata siedząca na murawie z przepisanym wdziękiem, to są dwa zupełnie odmienne byty.

Zadawał sobie pytanie, jakimże to sposobem tamta miała świadomość myśli przeklętych, które nie były jego własnymi myślami, lecz jakby zewnętrznymi krzykami nieszczęścia — i jakimże to sposobem tamta obwieszczała to, o czym rzeczywista nic a nic nie wie. Chciał skorzystać z nadarzającej się sposobności i po prostu otwarcie powiedzieć o co chodzi. Zaczął tedy wyjaśniać rzecz, jąkając się i mocując ze słowami trudnymi. Przypomniał zdarzenie na balu z wachlarzem... Powiedział parę słów o Tatianie...

Panna Małgorzata zmieszała się, mocno zarumieniła, lecz wkrótce opanowała swe wzruszenie. Okazało się, że zrozumiała to, co Piotr mówił, po prostu jako manewr flirciarski, jako wybieg zręcznego bawidamka. Przyjęła to wszystko dość przychylnie. Oczy jej stały się weselsze, zaraz też powłóczystsze były spojrzenia, lecz tyle tylko, ile należy. Słuchała, gdy Piotr poprawiał swój wykład i starał się wyjaśnić tajną grę duchowego procesu w swej tragedii — spuszczała głowę i przybierała na twarzy piękny uśmiech. Później, jakby pragnąc mu się wywzajemnić za te usiłowania zawarcia bliższej znajomości, poczęła oględnie mówić o swych sympatiach dla duszy rosyjskiej, dla szczerości, prawdziwości, która tę duszę cechuje w przeciwieństwie do wiecznej maski nałożonej na serce europejskie przez obłudny cant kultury. Nie pokazując tego po sobie Piotr śmiał się serdecznie. Spostrzegł, że sprawa wyjaśnień do szczętu się zagmatwała. Dał pokój zwierzeniom. Frazes o szczerości duszy rosyjskiej popchnął go na pustynię jego samotnych przeżyć i najfatalniej sprzeciwiał się ich biegowi.

Nadszedł właśnie ksiądz Wolski. Młynarczyk w wystrzępionych majtkach niósł za nim donicę z mlekiem i chleb razowy. Wesoło spożyto ów specjał, a ponieważ miało się już pod wieczór, wrócono tą samą ścieżką do uwiązanego konika. Ksiądz poganiał, gdyż, jak wyśmiewały się zeń obiedwie panny, lęka się, żeby nie chybić na kolację.

Przybyto też do dworu znacznie przed tym ważnym terminem.

Gdy panny odeszły, Piotr został znowu na łasce "proboszcza". Ten zaproponował przechadzkę po ogrodzie.

Zachód już się zbliżał i piękne światło sierpniowe łagodnie igrało na piasku starych alei. Ogród spływał po pochyłości stromego wzgórza, na którym dwór się wznosił. Dosyć długo spacerowali w milczeniu. Piotr udał, że wraca do porzuconego tematu "zagadnień". Począł wysuwać, jakby miotać na przynętę, myśli nie swoje własne, lecz kursujące po umysłach, rodzaj numizmatów budzących zaciekawienie ogólne. Judził tedy Wolskiego twierdzeniami, że koncepcja jedynobóstwa jest tylko uczuciem wyłowionym ze wszechświata zjawisk przez samotność ludzką — że jest ideałem potęgi, który człowiek wymarzył, ażeby za jego pośrednictwem wtargnąć do niebios i posiąść wiekuistą swoją chimerę, nieśmiertelność — itd. Ksiądz szedł obok niego sapiąc i kiwając kiedy niekiedy głową na znak, że już to sto tysięcy razy słyszał i że oficer do— brze wydaje lekcję. Rozłucki, podniecony tą jego obojętnością i własną wymową, dowodził, że nigdy jeszcze żadna z nauk ścisłych nie wykryła dobrego albo złego zamiaru w jakimkolwiek zjawisku natury, że tedy...

Ksiądz mu przerwał:

— Nauk ścisłych nie znam, bo jestem właśnie i jak na złość — nieuk. Niechże się też pan nie męczy nadaremnie. Mnie pan nie przekona, bo Bóg mojej duszy nie jest wcale jakimś wynikiem dociekania naukowego, lecz po prostu władcą praw moralnych mojego sumienia. Cóż pan poradzi na takie wewnętrzne położenie?

— Bóg pańskiego sumienia jest dla mnie świętością, lecz skoro pan poczyna szerzyć po świecie naukę o tym swoim świecie wewnętrznym, to i ja muszę przykładać do niej naukowe probierze.

— Zaraz. Ja znajduję, że Bóg mój wszechmocnie rządzi w mej duszy. Spuszcza on nieraz na mnie karę nocy straszliwej, ciska w mym wnętrzu duchowym burzę, grom i błyskawicę, ażeby oświetliła w bezdennym mroku spokojnie czekającą twarz śmierci. A jeśli chce, każe burzy ustać, ucisza grom i gasi błyskawicę, ażebym mógł czuć woń kwiatów, słyszeć śpiew ptaków i szelest liści.

— Nie zawsze ucisza się burza, a piorun kogoś w mrokach zabija.

— Jeżeli pan jesteś na tyle potężny, że możesz świadomie rządzić swym światem wewnętrznym, panować nad nim, wszystko pamiętać i przewidywać, to jesteś swym własnym bogiem. Zna pan język włoski?

— Nie znam.

— Są w tym języku napisane poezje Michała Anioła, a wśród nich jedna, która tu za mnie powie. Jest to prawdziwie najgłębszy i najmocniejszy głos, jaki człowiek wydał z tej ziemi wołając na Boga:

O, Dio, o Dio, o Dio!
Chi m'ha tolto a me stesso,
Che a me fusse piu presso,
O piu di me potesse, che poss'io?
O, Dio, o Dio, o Dio!

— Cóż to znaczy?

— Zapytuje on Boga, jak to jest możliwe, ażeby człowiek nie był mocen sam w sobie nad sobą. Pozywa on Boga tytanicznym pytaniem, kto człowieka odrywa od samego siebie, kto ma w nim samym więcej władzy niż on sam? I woła w bezmiary: "O, Boże!" A kto też to tak bezsilnie wołał ku Bogu? To największy mocarz, tytan, który potrafił pokazać braci ludzkiej Noc i Poranek w innej formie, a równie potężnej, jak noc i poranek natury — który zamierzał rzeźbić góry — człowiek, który wymyślił, wyliczył, zbudował i przepotężnie zasklepił kopułę, po której gzymsie idąc człowiek drży z zachwycenia i trwogi.

— Dobrze. A sam ksiądz nie przeżyłeś też przypadkiem takiego cierpienia, ażeby ci się wydało, że się twój Bóg na tobie pomścił jak śmiertelny nieprzyjaciel — że na tobie wykonał swój plan zamyślony od dawien dawna?

Wolski szedł przez czas pewien w głębokim zamyśleniu, z rozstawionymi palcami rąk. Potrząsnął głową i uczciwie powiedział:

— Nie. Takiego nieszczęścia nie przeżyłem.

— Kto wyjdzie na szczyt góry Mont Blanc, ten spostrzega, że nasze cudowne, błękitne niebo, które tak kochamy, jest to czarna otchłań...

— A pan przeżywałeś coś podobnego? — spytał Wolski ze współczuciem.

Piotr nie odpowiedział na to pytanie.

— Za to ja — mówił ksiądz nie mogąc doczekać się wyjaśnienia — byłem proboszczem na głębokiej prowincji, wśród najuboższych wieśniaków. Spowiadałem... — szeptał kiwając głową. — A wiesz też pan, zapytam nawzajem, co znaczy takie określenie: spowiedź wielkanocna?

— Niezupełnie.

— To słowo znaczy: zgarniać przed swe oczy grzechy ciemnoty, wydobywać spod serca niedoli jej zbrodnię zrodzoną w zaduchu świata — i patrzeć na te nie podpadające wątpieniu wyniki nędzy człowieczej przez powiększające szkła własnej nędzy ducha. Kiedym w to wszystko wszedł i kiedym się zatopił po ramiona w tym nieszczęśliwym kale, poczułem się tam był do coraz większej siły, a z tej znowu siły rodziła się coraz większa i coraz to upartsza żądza czynności przeciwko grzechowisku. Och, męczyłem ci ja się tam po nocach, czując w sobie siłę tych oto ramion, tego karku byczego, tej głowy do rozbijania murów — a nic nie mogłem poradzić! Siedziałem w konfesjonale dzień dnia i miesiącami... A ci schodzili się i schodzili do mnie rzeszą ogromną, niosąc wyznanie o swej głupiej zbrodni. Nakazywałem, zakazywałem, nauczałem, krzepiłem, podnosiłem, jak mię poinformowały moje kanony. Ale to wszystko było tak, jakbym na zgniłym miejscu stojąc chciał zadeptać gnojowisko. Dźwigała się we mnie stale, uparcie i coraz zuchwalej żądza wytępienia mojej zatęchłej sadzawki, przekształcenia jej na rolę godną Boga i ludzi. Zadałem sobie trud wyrwania moich parafian z objęć grzechu, który z ich ciemnoty wyrastał. Leżałem po nocach krzyżem w pustym kościele pod pełgającą lampą, błagając Boga o rozum, co mam czynić, o łaskę męczeństwa na wzór Zbawiciela, bylebym świętego czynu dokonał. Rozpętałem się był w pracy, wyładowałem ze siebie wszystką końską siłę. Chodziłem od chaty do chaty nauczając wszystkiego, com sam umiał, wskazując palcem jak dzieciom miejsca, gdzie mają stawiać swe kroki, mówiłem do nich tak szczerze i tak z duszy na kazalnicy, że ryczeli jak stado zwierząt. Skasowałem drogie pogrzeby, pościłem aż do zupełnego głodu, rozdawałem to, co mi znieśli... Wreszcie zabrałem się do apostolstwa nie tylko wśród nędzarzy ducha, ale podniosłem oczy na współkapłanów i zajrzałem w ich uczynki z tą samą siłą i ciekawością, co w sumienia penitentów.

— O, to, zdaje mi się, bardzo śliska droga!

— To bardzo karkołomna droga. Skoro tylko zniżyłem do minimum taksę pogrzebów, już stałem się złą owcą w stadzie, boć oczywiście wskazywałem w ten sposób na zdzierstwo najbliższych moich sąsiadów-proboszczów. Moje kazania, wędrówki po parafii, czytelnie, stowarzyszenia przeciwalkoholiczne i wszelkie prace nabrały wnet odoru herezji.

— Cóż się dalej stało?

— Nic nadzwyczajnego. Miałem i ja ciągłe konferencje ze zwierzchnikami. Głaskano mię albo grożono — zależnie od mej postawy, wymowy i okoliczności. Później zostałem towarzysko odosobniony. Miałem jednak możność czynienia na parafii, co mi serce dyktuje. Gdy jednak nie poprzestając na tej sferze działania począłem "mieszać się w nie swoje rzeczy", przeniesiono mię z tamtej parafii na znacznie gorszą. Dostałem domek na mieszkanie wilgotny, biedę ze zrujnowanym gmachem kościelnym, parafijkę małą, złożoną w przeważnej mierze ze złodziei, koniokradów, pijaków...

— To był system pedagogiczny.

— A tak. Wkrótce z tamtej dziury przeniesiony zostałem na stopień wyższy, do konsystorza. Zajrzawszy zaś w tę całą maszynerię u steru, dopiero stanąłem prawdziwego dęba.

— Doprawdy?

— Przeniosłem się do Warszawy i tam dawałem po pensjach lekcje religii. Wkrótce jednak postanowiłem, jak jaki powieściowy bohater, jechać do Rzymu. Zebrawszy tedy trochę grosza z lekcji, pomknąłem. Byłem w Rzymie blisko dwa lata.

— Ciekawy jestem...

— O, to rzecz mało interesująca — moje tamtejsze perypetie. Przygody głupca z parafii... Szukałem ducha bożego w tym siedlisku biurokracji. Przede wszystkim nigdzie i do nikogo nie mogłem się dostać. Nie byłem księciem, hrabią, milionerem, nie przywlokłem ze sobą wora z pieniędzmi na świętopietrze, więc nie rozumiano, czego chcę. Skoro do jakiegoś miejsca dotarłem, pytano z urzędową ścisłością: — z jakiej jestem diecezji, kto jest moim biskupem, jaki mam urząd i czego chcę, co mam za interes?

Gdy powiadałem, że ja mam w duszy rozpacz, że ja tu przyszedłem dobijać się do drzwi mojego Boga, że ja szukam prawdy i naprawy — wytrzeszczano oczy i odprawiano mię z kwitkiem. Były trzy kwestie: czy zwątpiłem o prawdzie — czy me zwątpienie będę szerzył — czy zamilczę i poddam się pokucie? Gdy oświadczałem, że nie mogę milczeć, stawiano mi alternatywę ekskomuniki. I to wszystko. Patrzyłem tedy na wszystko, poczynając od sołdatów z karabinami i naostrzonymi na nich bagnety, którzy pilnują wejścia do namiestnika Baranka Bożego na ziemi, a kończąc na niewymownej pompie i przepychu, na bogactwie, które im się tam z przepchanych kieszeni wylewa i wsiąka znowu w gnojowisko świata... Widziałem biura, urzędy, urzędników, dyplomatów, ludzi wykwintnych, uzdolnionych, subtelnych, panów o wielkiej władzy, ambicjach i zamysłach...

Przy pomocy pana Ościenia i jego córki, którzy wówczas w Rzymie bawili, udało mi się dostać do jednego kardynała, Hiszpana z pochodzenia, i konferować z nim. Przyjmował mię parę razy w rannych godzinach. Jego mieszkanie, gotowalnia jak u damy, jego kosmetyki, masażyści, dostawcy, lekarze, jego stroje i sposób życia przemówiły do mnie zrozumiałej niż nauki i admonicje, których mi udzielić raczył (ze względu na wstawiennictwo panny Marzenki)... Na ostatnią konferencję już nie poszedłem. Wróciłem do kraju. A teraz, wygoniony zewsząd, dobrowolnie ze wszystkiego wyzuty, nie mogąc zgodzić się na obłudę milczenia i nie mając dokąd iść, błąkam się oto jak pies, co to się zwlecze i wałęsa od wsi do wsi. Sam nie wiem, com jest za jeden...

— Co prawda, jako zupełnie obcy tym sprawom i w innym wychowany wyznaniu, nie bardzo rozumiem, o co panu chodziło. Przecie wiadomo, że każdy kościół jest organizacją grzesznych ludzi, nie czystych aniołów. W ciągu swego istnienia na ziemi, wśród tyranii i zepsucia ludzi, każdy kościół musiał z konieczności oprzeć się na czymś pozytywnym i zmysłowym, co by ludzkie stado, podwładne mu, utrzymało w ryzach, więc nie tylko na sile wewnętrznego przeświadczenia i na moralnej zasadzie, która w kościele katolickim jest przecie na pewno, lecz także na potędze bojaźni, na sile rozkazu, na rutynie, na impozycji, wypływającej z mniemanej oczywistości cudu. Zostając księdzem musiał pan chyba o tym wiedzieć.

— Właśnie że nie zdawałem sobie z tego sprawy, i stąd cała tragedia. Z całą bowiem szczerością kapłani głoszą, że Królestwo Boże nie jest z tego świata, a nic albo prawie nic nie mówią o tym, jak Królestwo Boże osadzić na ziemi, wśród ludzi. Utrzymują, że wszystko jedno, jakie jest życie nasze na świecie, bylebyśmy osiągnęli królestwo niebieskie. Toteż oni z zasady konserwują siedliska nędzy, twierdze niedoli i dzisiejszej ciemnoty, gdyż to wszystko nie przeszkadza osiągnięciu nagrody wiecznej. Cuchnący prostaczek, głupiec i nędzarz może umrzeć in odore sanctitatis i zasiąść na prawicy Bożej. Tymczasem kapłani właśnie dbają najbardziej o dostatek. Głosząc cnoty ewangeliczne wyciągają ostatni grosz z sakiewki wieśniaka, a sami są karciarzami, opilcami, obżartuchami i rozpustnikami...

— No, między nami mówiąc a jakby dla potwierdzenia wygłoszonej tezy, to pan rzeczywiście lubi zjeść dużo i dobrze... — roześmiał się złośliwie Rozłucki.

Ksiądz Wolski zaczerwienił się po same uszy. Rzekł z pośpiechem:

— Tak jest! To prawda! Mam nieposkromiony, ogromny apetyt... Ale i pościć potrafię... przysięgam! — bełkotał w pomieszaniu.

Stanął przy furtce ogrodowej, która prowadziła na drogę polną. Furtka była dosyć niska, zamknięta na klucz. Ksiądz oparł się na niej rękoma i długo wyglądał w pole. Piotrowi żal się zrobiło, że mu przykrość wyrządził. Chciał to jakoś naprawić i powiedział:

— Panie, sam dobrze wiem, co znaczy być prześladowanym przez tłum zorganizowany.

— Nie chodzi o prześladowanie. To rzecz drugorzędna. Lecz istota rzeczy. Chłopi polscy są rasą zdrową fizycznie i moralnie. Bardzo mało piją alkoholu i prawie nie jedzą mięsa. Żyją jarzynami i pracują na świeżym powietrzu. Zjada ich brud izb mieszkalnych i wynikające zeń choroby. Trzyma ich w niewoli nieumiejętność gospodarowania i ciemnota, niezmierna ciemnota umysłowa, z której niby z zatrutego źródła wszystko złe płynie. Jakże w ich obronie nie walczyć? Cóż są warte wszelkie nasze "przekonania", nasze wyobrażenia i wynikające stąd sprzeczki wobec ogromu boskiego dzieła, które przed nami leży jak nie zorana ziemia?

— A więc dajmy pokój rozmowie...

— Dajmy pokój. A może pan zechcesz zobaczyć objaw takiego zagadnienia o Bogu na ziemi — choćby dziś wieczorem?

— Cóż to znaczy?

— Nic teraz nie powiem. Pytam tylko, czy zechciałbyś pan być mi dziś wieczorem bezwzględnie posłuszny, iść, gdzie każę, i robić, co każę?

— Czemu nie? Ufam, że mi pan pokażesz coś interesującego.

— Właśnie...

Nadszedł lokajczyk wzywający do kolacji. Ksiądz dał Piotrowi znak milczenia. Poszli ku dworowi.

Kolację spożyto pod ogromną markizą na werandzie ogrodowej. Nisko, za ogrodami melodyjnie rechotały żaby — we wsi przyległej słychać było szczekanie psów — jakiś śpiew dolatywał z odległości. Rozmowa była banalna i jałowa. Pan Oścień, cierpiący na migrenę, wkrótce odszedł od stołu. Panna Małgorzata bawiła gościa. Ksiądz milczał.

Zaraz po kolacji oświadczył, że odprowadzi Piotra do jego pokoju, gdyż i gość potrzebuje spoczynku. Tak się też stało. Zeszli znowu w ogród i udali się do jakiejś przyziemnej oficynki, gdzie ksiądz Wolski rezydował.

Dolna rama okna pokoiku, w którym się znaleźli, stała znacznie już niżej od poziomu ogrodu. Malwy i jaśminy zasłaniały cały otwór okienny. Nie zapalając świecy ksiądz wydobył z jakichś szaf skrzypiących zniszczoną srodze swoją odzież i kazał ubrać się w nią Piotrowi. Były to hajdawery nad wszelką miarę szerokie i długie, kamizelka i przestrony surducik, tudzież czapka z daszkiem tak zatłuszczona i wielka, że strojny oficer wypowiedział posłuszeństwo i nie chciał tej niemożliwości wdziać na głowę. Oświadczył, iż woli iść z gołą czupryną niż w czymś podobnie strupieszałym.

Ale ksiądz nie chciał wejść w żadne kompromisy i nie pozwolił na opór. Majtki zostały od dołu porządnie zawinięte, kaszkiet podwatowany od wewnątrz starą gazetą, katanka zapięta na istniejący jeszcze guzik. Wówczas i ksiądz wdział jakowyś krótszy surdut — rozchylił chrusty rosnące za oknem i potężnym krokiem wylazł na dwór. Piotr poszedł za jego przykładem.

Szli po drapiących malinach i agrestach aż do alei w ogrodzie. Cicho, bez szelestu zstąpili tą aleją na dół aż do furtki. Stanąwszy przy niej, Wolski długo nasłuchiwał i, przechylony w pole, patrzał w ciemność. Wreszcie wydobył klucz i nadzwyczajnie powoli, żeby zgrzytu nie wywołać, przekręcił go w zamku. Ujął Piotra za ramię i wyprowadził z ogrodu — po czym furtkę znowu z wielką ostrożnością zamknął. Było zupełnie ciemno. Cicha, letnia noc, ciepła i bezgwiezdna, niby ciężka, nieprzejrzana zasłona, zdawała się wisieć przez oczyma. W dali szczekały psy i rechotały żaby, lecz Wolski odwrócił się od tych głosów i cichym a wytężonym krokiem poszedł w przeciwległym kierunku, nieco pod górę. Wkrótce zmienił drogę i ująwszy Piotra pod rękę prowadził wprost przez zagony. Po pewnym czasie stopy Piotra wyczuły miękkość drogi. Był to szlak piaszczysty — droga polska, a jeszcze ściślej powiedziawszy: podlaska — równa, gładka, lotnym pokryta pyłem. Dziwnie miło szło się w tę drogę, w ciszy nocy niezmiernej i głębokiej. Coraz dalej, coraz niewyraźniej słychać było naszczekiwanie psów. Wreszcie cisza nastała bezwzględna. Gdy oczy przyzwyczaiły się do mroku i wżarły weń, Piotr spostrzegał ledwie-ledwie szarzejący pas drożyny oraz na prawo i na lewo białawe uwrocia ściernisk. W pewnej chwili szepnął do swego przewodnika:

— Dokąd też to my tak zdążamy, dobrodzieju?

— Cicho no bądź, dobrodzieju!

— Czemu?

— Bo teraz rozmawiać nie pora.

— A dlaczegóż to w tych pustych polach rozmawiać nie wolno?

— No, nie wolno!

— Czemu nie wolno?

— Ażeby zły nie usłyszał.

Przycisnął mocniej ramię socjusza i pociągnął go w dalszą drogę. Gdy już minęli bardzo znaczną jej przestrzeń, Wolski rzekł szeptem Piotrowi do ucha:

— Księżyc dziś późno wschodzi. Musimy być w lesie przed księżycem...

— A cóż nam księżyc? Czy to my konie kraść będziemy, czy cudzą rzepę po nocy kopać?

— Jeszcze go nie widać. Zdążymy!

Piotr rozejrzał się wokoło. Ciemność była zupełna, lecz nawykłe oczy wgłębiały się w nią na kilka kroków. Teraz i niebo nie było już jednostajną, czarną zasłoną. Ciężar mroku jak gdyby uniósł się w wyżynę i stworzył ze siebie głębię niedosięgłą. Oczy z rozkoszą zatapiały się w to bezdenne niebo, w łagodną i mroczną otchłań.

Rozłucki był już potężnie zmęczony, gdy ksiądz poszepnął:

— Las blisko.

W istocie powiał na twarze idących nie dotychczasowy suchy oddech pól za dnia nagrzanych od upału i dotąd nie ostygłych, lecz wonny, rzeźwiący odór. Ksiądz nakazał towarzyszowi zupełne milczenie. Szli coraz szybciej. Nagle zarysowała się przed ich oczyma wysoka smuga gęstej ciemności. Las stał w nocy nieruchomy, niemy, tajemniczy i prześliczny w swym głuchym śnie. Skręcili na prawo po suchym i ustępliwym piasku. Piotr poczuł, że jest już pośród drzew.

Kiedy niekiedy trzasnęła pod stopą sucha gałązka, czasami drzewa westchnęły jednostajnym poszumem. Droga była twardsza, poprzerastana korzeniami, tu i ówdzie zwilgła.

Posuwali się teraz ostrożnie, noga za nogą. Wolski trzymał Piotra mocno pod rękę. Jego oddech stał się głośniejszy, przyśpieszony i ruchy ciała gwałtowne. Piotr poddał się i dał powodować jak dziecko, weseląc się czegoś nad wyraz, niby mały chłopczyk, któremu pokazują nieznane zjawisko. Przewodnik wielekroć potykał się w żłobowinach i wyrwach leśnej drogi i tracił właściwy kierunek wśród wężowiska korzeni.

Kołatali się tak z godzinę czasu. Lecz oto jednostajna i gruba ciemność lasu jak gdyby zrzedła. Powiał ostrzejszy przeciąg wilgoci i zapach siana. Ksiądz zwolnił zupełnie kroku, ale jeszcze bardziej przycisnął do swych żeber ramię Piotrowe. Można było wyczuć, jak potężne serce bije gwałtownie w tym mocnym ciele. Zdjęty ciekawością, Piotr podniósł na niego oczy. Lecz w tejże chwili jakiś głos cichy, jakby szeptany oddech samej nocy, ozwał się tuż przed nimi:

— Kto idzie?

Głos wyszedł z ust człowieka stojącego tak blisko, że zdawało się, jakoby mówił do ucha. Ksiądz Wolski odpowiedział półgłosem:

— "Ostra Brama".

Wtedy tenże głos z radością wyszeptał w mroku:

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

— Na wieki wieków... — rzekł Wolski.

Zarazem człowiek, który te słowa mówił, usunął się widocznie z drogi, gdyż obadwaj przechodnie znowu ruszyli naprzód. Rozłucki dopiero po chwili uczuł i posłyszał, że ów przed nimi idzie. Z niedosłyszalnego prawie odgłosu stąpania wywnioskował, że tamten jest bosy. Trwało to niedługo. Wnet posłyszeli szczególniejszy szelest jak gdyby wieloustego szeptu ludzkiego.

Rozłucki czuł, że przed nim znajduje się coś niezwykłego, i serce ścisnęło mu niepojęte wzruszenie — trwoga czy zachwyt. Wolski zatrzymał się w miejscu, zdjął nakrycie głowy i odezwał się półgłosem, lecz głośniej niż poprzednio:

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

— Na wieki wieków! — odpowiedział szeptem wielki chór ludzkich głosów.

Piotrowi serce zakołatało w piersiach. Niewymowna potęga była w tym nocnym szepcie tłumu. Moc nowa tchnęła z tego prastarego pozdrowienia. Wzruszeniem przejęty, zdrętwiały od dreszczu, który go przejął, Piotr odruchowo zdjął z głowy czapczynę. Patrzył w ciemność, lecz nic nie dojrzał. Zaległa znowu cisza najzupełniejsza, jakby w tym miejscu nikogo nie było. Gęsta i jednostajna ciemność lasu zataczała się półkolem, nad nią w górze szarzała jaśniejsza nieco kopuła niebios.

Piotr stał za Wolskim, lecz oto poznał, że ten się zniża i znika mu z oczu. Wyciągnąwszy rękę zbadał, że ksiądz ukląkł na ziemi. Uczynił mimo woli to samo. Dał się słyszeć głos Wolskiego szeptany, cichy, lecz tak z duszy, że zdawał się być krzykiem w tym miejscu i wśród milczenia:

— "Ojcze nasz, któryś jest w niebie..."

Słowa te uderzyły Piotra, jak gdyby pierwszy raz słyszane. Nie wiedząc, co czyni, nisko nachylił się do ziemi i słuchał tych wyrazów całą głębokością duszy. Lecz oto głos jednego człowieka utonął w szepcie pospólnym, jakby cały las ocknął się i wypowiedział. Zdało się, że drgnęły nieme drzewa i przemówiły ich liście. Po długiej wspólnej modlitwie, na którą tłum chóralnym odpowiadał szeptem, Wolski wydobył spod poły swego surduta białą komżę i wdział ją. Rozłucki postrzegał go teraz dobrze tuż przed sobą. Lecz wkrótce ksiądz odsunął się od niego. Niewyraźnie majaczyła to tu, to tam jego sylweta. Coś on tam w tym tłumie robił, coś szeptał. Piotr wsłuchiwał się w to, lecz do jego uszu dochodziły tylko urwane słowa modlitwy. Pozostawiony na uboczu, przytulił się do jakiegoś drzewka, usiadł na spotkanym pniaku i czekał.

Domyślał się, że ksiądz udziela ślubów, o których coś niecoś słyszał, lecz samej akcji nie mógł skonstatować. Trwało to bardzo długo. W zgromadzonym tłumie szerzył się teraz głośniejszy pogwar, który ktoś co chwila uciszał. Odbywała się, widać, zbiorowa narada, bo liczne słychać było głosy... Później Wolski mówił coś bardzo długo, pewno naukę... Trwało to do późna w noc.

Nagle ciszę głębi leśnej przeszył świst. Był to świst przeciągły, wydany na skrzywionym w ustach palcu. Głos ów przeleciał lasem, obudził echo... Bliżej odpowie— dział mu świst drugi — później trzeci. Tłum nagle zacichł i znieruchomiał. Wkrótce z głębi lasu dał się słyszeć trzask gałęzi i zdyszany głos:

— Wojsko!

Drugi głos, z innej strony, dał znać:

— Kozaki!

Trzeci:

— Od Radkowa Łąckiego!

Wolski rzucił w las pytanie:

— Czy nas otoczyli?

Odpowiedziano:

— Od łąk droga wolna.

— Na łąki!

Piotr usłyszał poruszenie się tłuszczy i gromadne jej pożegnanie:

— "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!"

Ludzie szli ławą, w pośpiechu, ale cicho i sprawnie. Słychać było szepty męskie, kobiece i dziewczęce. Biała postać Wolskiego zbliżyła się do Piotra. Ręce ich spotkały się.

— Co to jest? — zapytał oficer.

— Ktoś zdradził.

— A cóż teraz?

— Wyjdziemy z lasu na łąki i brzegiem rzeki, zanim las otoczą.

— A cóż ksiądz zrobisz?

— Pójdę z nimi, dopóki się nie rozproszą.

— To i ja mam razem ze wszystkimi uciekać?

— Tak.

— No, to ja nie będę uciekał!

— Musisz pan!

— Nie, ja nigdy nie uciekam!

— Dziś musisz.

— Nie!

— Dobrze — dobrze. Ja dla fanaberii honoru nie pozwolę zgubić całej sprawy. Tu nikt nie może być schwytany i wzięty. Chodźmy!

Ściągnął komżę z ramion, ukrył ją i, ująwszy Piotra pod ramię jak poprzednio, szedł w las. Znaleźli się w tłumie zgorączkowanym, modlącym się, wśród kobiet i podrostków. Lecz wkrótce wokoło nich obudwu wytworzył się jak gdyby pierścień złożony z mężczyzn. Ludzie ci osaczyli ich ze wszech stron. Po jakimś czasie wszyscy wydostali się z lasu na wilgotne łąki i zwartą masą biegli na przełaj. Teraz dopiero Piotr zobaczył, jak wielki to był tłum. Prędko dotarli do zarośli nad rzeką i w ich cieniu, wyciągnąwszy się w długą kolumnę, biegli z pośpiechem. Rozłucki słyszał w zgiełku szeptane rozkazy jakiegoś starca.

— Ci, co z Obornicy — na ławę!

— Zza Kowalewic — miedzami!

— Radkowscy — jeszcze precz koło rzeki!

— Do łosickiego traktu!

Stosownie do tych rozkazów zastęp zmniejszał się. Wąż ludzki malał. Zdało się, że ich pochłaniała w sobie i kryła w cudnych rańtuchach ta cicha, nieprzerwana noc, że ich chroniła i wybawiała tajemnicami swoich ciemności ode złego. Gdy tak ubiegli ze dwie wiorsty, Piotr spostrzegł, że jest z nimi tylko ów pierścień obronny, z tęgich mężczyzn złożony. Ludzie ci szeptali pomiędzy sobą:

— Zdrada była!

— Zdrada!

— Nie inaczej, tylko zdrada!

— Rzecz była przecie zrobiona w cichości.

— Dziękować Bogu, że i tak... — rzekł Wolski. — Rozchodźmy się, braciszkowie.

— Jeszcze tylko do rozstaja pod Ruskim Grodziszczem.

— Stamtąd już do samego miejsca droga polna.

Szli tedy pośpiesznym marszem do owego rozstaja. Lecz oto jeden z mężczyzn stanął. — Za nim wszyscy. Zrazu nie można było zrozumieć, o co chodzi. Nasłuchiwano i wytężano wzrok. W ciszy daleko-daleko dał się słyszeć miarowy tętent. Zbliżał się. Ludzie jak stanęli, tak pozostali w miejscu niby kamienne figury. Z nagła w głuchej ciszy zadudnił pod kopytami most na rzece. Ozwała się jak gdyby salwa kopyt podkutych, bijących na gwałt w deski nad próżnią rozpostarte. Po długotrwałości dudnienia poznano siłę kozackiego podjazdu.

Most zamilkł na podobieństwo dobrego sługi, co ostrzegł o nieprzyjacielu. Oddział wojskowy przepadł, jak gdyby pochłonięty przez morze ciemności. Wyczekiwano długo, nasłuchując, w którą też pognał stronę. Lecz nocne milczenie nic już więcej nie wyjawiło. Grupa otaczająca Wolskiego i Piotra poruszyła się ostrożnie i dotarła do mostu. Jeden z ludzi, bosy, wszedł na ów most cicho jak upiór, minął go i obejrzał przestrzeń najbliższą. Później wrócił się i ruszył po tropach wojska gościńcem aż do zapowiedzianych dróg rozstajnych. Gdy się stamtąd cofnął i oświadczył, że przeszli i pognali precz, a miejsce jest wolne i bezpieczne, orszak ruszył dalej. Na skrzyżowaniu dróg, pożegnawszy się chrześcijańskim pozdrowieniem, rozstali się wszyscy.

Piotr został znowu sam na sam z Wolskim. Pomykali teraz wąską, piaszczystą drogą wśród rozległego obszaru. Daleko, nad lasami poczęła się szerzyć rdzawa łuna.

— Księżyc wschodzi! Chodźmy co tchu... — mówił Wolski.

Spieszyli tedy, od czasu do czasu nasłuchując. Ile razy stanęli na miejscu, spostrzegali, że światła księżycowego przybywa. Było to tak, jakby niewidzialna siła zdejmowała czarną zasłonę z tajemniczego misterium. Zdyszani od szybkiego kroku dobrnęli do dzikiej gruszki, przy drodze w szczerym polu. Siedli obok jej pnia na stosie kamieni.

— A co to właściwie było? — zapytał Piotr z odrobiną ironii w tonie głosu.

— Była to pospolita scena z polskiego życia.

— Któż to są ci ludzie kryjący się w lesie ze swą modlitwą: "Ojcze nasz, któryś jest w niebie..."?

— Są to "oporni".

— Unici?

— Tak, unici.

— Słyszałem o tym, nawet czytałem, ale i teraz nie bardzo rozumiem, o co chodzi.

— Chodzi o to, że ci ludzie pragną wyznawać swą wiarę według sumienia, a nie chcą iść do prawosławnej cerkwi. Nie przyjęli wiary narzuconej im przemocą. Postanowili żyć według swej wiary.

— Według wiary, którą im podsuwacie wy, rzymscy katolicy.

— Której my im nie skąpimy, gdy nas wołają. "My, rzymscy katolicy" — to znaczy ja jeden, zbuntowany przeciwko kościołowi katolickiemu eks-księżyna.

— A czy ta modlitwa "Ojcze nasz" wypowiedziana w lesie lepsza jest, według pańskiego sumiennego przeświadczenia, niż wypowiedziana w cerkwi?

— Modlitwa pod przymusem, pod batem nie jest głosem serca ludzkiego do Boga, lecz obrzędem, czynnością niemal państwową, za którą czeka materialna nagroda. Tutaj, w tym lesie modlitwa owej gromady była świętym westchnieniem.

Piotr wiedział, że poniekąd tak było, lecz coś burzyło się w jego duszy i zaprzeczało. Mówił tedy:

— Przecie to są unici, więc zapewne z pochodzenia Rusini.

— Niezupełnie. Są wśród nich najszczersi Polacy, przez pokrewieństwo albo tendencyjną formalistykę zapisani na unię, a dziś na prawosławie. A zresztą ci "Rusini" są to potomkowie Jadźwingów, którzy przyjęli mowę polską lub białoruską.

— Tak, być może. Katolicyzm przygarnął niegdyś tę "świętą Ruś", świętą biedę. Lecz czemuż wy ciągniecie ich jeszcze teraz na męczeństwo?

— Och, z tą waszą wysoką, ponadwyznaniową filozofią! Jak to wygodnie stać poza dzisiejszymi dniami, poza tym ludem i poza Polską! A tymczasem ten lud jest to jedna z najważniejszych Polski spraw, jej płuco lancą przebite. Nie za nas się ta sprawa zaczęła i nie za nas się skończy. Wieki ją dawne zadzierzgnęły.

— Nie wszystko, co dawne wieki zadzierzgnęły, trzeba trzymać w tymże stanie.

— Pobita jest Polska, zestrzelana kulami, przekłuta, ciało jej ocieka dzień dnia i noc w noc żywą krwią, a oto "Rusini" z tutejszych wiosek idą nie tam, gdzie szczodrymi garściami sypią dobro i dają słodycz, lecz w tę stronę, gdzie krew męczeńska niesławnie wsiąka w szczery piasek.

Piotr rzekł ponuro:

— Katolicyzm wyżera życie polskie.

— Srogie słowo. Ja jestem zbyt ciemny, żebym to mógł sprawdzić, zaprzeczyć albo potwierdzić. To tylko wiem na pewno, że tu, gdzie się lud polski z ruskim zazębia, zrosły się te dwie siły: — katolicyzm i polskość. Kto jedną z nich chce od drugiej odrąbać, krew ma pod siekierą.

— O nędzo!

— Cóż ja jeden nieszczęsny mam począć? Mamże patrzeć obojętnie i przejść swoją drogą obok tego ludu? Na tych ziemiach i precz w kraje ruskie katolicyzm żywi się i żyje polskością, a polskość żywi się i żyje katolicyzmem. Ktokolwiek kocha Polskę, musi ją karmić, żeby z głodu nie umarła. Zdarza się, że człowiek popada w najcięższą nędzę i musi żywić się okruchem spleśniałego chleba — aż znowu zaświeci mu słońce. A zresztą, ja jedno wiem, że muszę z tymi prostakami iść ramię w ramię i muszę z nimi walczyć, bo ich kocham za to, że są tacy, jacy są.

— Walczyć... Kapłaństwo i walka... To ja przecież walczę, żołnierz. Od tego jestem, po to mam brutalne moje nakazy męstwa i dlatego noszę u boku symbol mojej moralności — oręż. Lecz wy, walczący między sobą chrześcijanie, cóżeście to zrobili z nauki Chrystusa? Chrystus, przezierając nicość walki, powiedział: "To wam powiadam, ażebyście się nie przeciwili złemu". A gdzie indziej: "Kto cię uderzy w prawy policzek, nadstaw mu lewy". Budda, pokonany przez świętą litość i najgłębszą, najistotniej religijną sprawiedliwość, oddał swe własne ciało na pożarcie drapieżnemu zwierzęciu, które z głodu zdychało...

W chwili, gdy ci dwaj w ten sens szeptanym sposobem rozmawiali, nagle daleko, kędyś w lasach padł strzał. Echo poniosło go — poniosło... Później padł drugi strzał — i jeszcze trzeci. Po długiej chwili jeszcze i jeszcze — i znowu trzy strzały wraz... Wolski porwał się z miejsca, poskoczył w tamtą stronę, zatoczył i stanął. Ręce jego były do piersi przyciśnięte, jakby to jego samego kule przeszyły. Wielkie jego ciało zatrzęsło się i osunęło na ziemię. Głuchy, modlitewny jęk wyrywał się z jego piersi. Piotr długo nasłuchiwał. Gdy strzały już się nie powtarzały, zbliżył się do księdza klęczącego na ziemi, podniósł go i pociągnął pocieszając, że mogły to być strzały dla postrachu, ślepe albo, w najgorszym razie, chybione...

[edytuj] III

Nazajutrz Piotr Rozłucki chciał zaraz rano odjechać, lecz został zatrzymany. Nie pozwolono zaprzęgać dla niego koni, a nie było ich gdzie nająć — chyba aż w wiosce, ozdobionej baniastymi kopułami cerkwi. Więc został na obiedzie. W czasie tego obiadu panna Małgorzata była piękniej niż wczoraj ubrana. Miała na sobie suknię jak gdyby grecką, obramowaną fiołkowym szlakiem. Suknia była najmodniejszego kroju, nieco krótka. Widać było lakierowane pantofelki i ażurowe pończochy. Strój głowy również był inny, wykwintniejszy. Piotr patrzał na to wszystko spod oka. Spostrzegł, że tej panience jest w tym bardzo ładnie, i z szyderstwem rozmyślał, że to dla niego owa grecka suknia i uczesanie głowy, dla niego te pantofelki i przezroczyste pończochy.

Przy stole rozmawiał z panną Małgorzatą w sposób zaczepny, podchwytujący każdą sposobność przypodobania się — poprzednio, a nade wszystko na początku tego obiadu odepchnąwszy ją od siebie oczami w sposób iście męski, mściwy i nieodwołalny. Przypatrywał się jej rękom wyhodowanym i troskliwie strzeżonym od słońca — ślicznie pod stanikiem zarysowanym piersiom — blaskowi młodocianych włosów — połyskom i zadumom oczu — zarazem jakby targając ją oczami i szarpiąc za te śliczne włosy i nadobnie zachylone ramiona.

Gdybyż wiedziała, co w tamtej restauracyjnej sali rozsiekał broniąc jej głupiego honoru!

Wśród wesołego śmiechu i dowcipnych odpowiedzi na wesołe zwroty rozmowy wciąż rozmyślał nad straszliwym potokiem wydarzeń, który sam niejako stworzył nie wiedząc o tym, że go stwarza. Kiedy się najbardziej wesoło śmiał, panna Małgorzata nie domyślała się, jaki to jest śmiech... Była coraz weselsza. Zauważył, że ona lubi doskonale pić i jeść. Każdy taki szczegół weselił go, a jednocześnie sprowadzał szarpiący ból w bliźnie twarzy.

Po obiedzie całe towarzystwo wydaliło się z jadalni na ganek nie ze strony ogrodu, gdzie jeszcze przygrzewało słońce, lecz na dziedzińcowy, gdzie już kładł się cień. Było wesoło. Przycłapał na ów ganek nawet dziadunio panny Małgorzaty, ojciec pana domu, jowialny staruszeczek z żywą jeszcze pamięcią, opowiadający trzeciemu już pokoleniu te same wciąż dykteryjki, szlachecko-podlaskie jovialitates.

Właśnie dobiegała do szczęśliwego kresu jedna z przypowiastek, którą pokolenia po stokroć już nagradzały przymusowym śmiechem należnego patriarsze uznania, gdy oto w alei lipowej, prowadzącej wprost przed ganek, ukazał się tuman kurzawy.

Wszyscy zwrócili na to zjawisko pilną uwagę. Za chwilę spostrzeżono pojazd. Cztery prześliczne kasztanowate konie ciągnąc niewielką lśniącą karetkę obiegły podwórzowy gazon i zatrzymały się nie opodal ganku. Lokaj w lśniącym, cylindrowym kapeluszu i opiętej liberii błękitnego koloru zeskoczył z kozła, podbiegł do drzwiczek karety i otworzył je. Wysiadł z karety człowiek mniej więcej czterdziestoletni, wysoki, zgrabny i przystojny. Twarz miał pociągłą, ciemną, zupełnie ogoloną, rysy twarzy regularne. Gdy zdjął kapelusz i z ukłonem zbliżał się do ganku, widać było, że włosy na jego ciemieniu są już nieco przerzedzone, ale tak zaczesane, że ta "wysokość czoła" nie raziła, lecz nawet jakby ozdabiała twarz przybysza. Sprężystym i wykwintnym ruchem wstąpiwszy na schody, gość witał ukłonem zebranych. W tym ogólnym ukłonie badawczy wzrok zatrzymał na Piotrze. Nie przerywając powitania, darząc nim szczególniej pannę Małgorzatę, wciąż na Piotrze miał oparte swe ciekawe, wywiadowcze spojrzenie. Całe towarzystwo poruszyło się i witało przybyłego pana. W zamieszaniu Piotr znalazł się przez chwilę na osobności. Ale elegancki gość wnet zwrócił się w jego stronę z grzecznym ukłonem. Wówczas pan Oścień przedstawił Piotra hrabiemu Nastawie z krótkim nadmienieniem o przygodzie restauracyjnej.

Hrabia Nastawa wysłuchał uważnie relacji i jeszcze niżej, jeszcze uprzejmiej skłonił się z podniesionymi brwiami i skupionym wyrazem niemal czci na obliczu. Zarazem wyciągnął rękę i uścisnął rękę Piotra zimnymi palcami. Poproszono całe towarzystwo do salonu, widocznie znajdując, że byłoby rzeczą niedostojną, ażeby hrabia zajmował miejsce na ganku. Zgromadzono się też nie w małym gabinecie, gdzie Piotr po raz pierwszy był przyjęty, lecz w białym i wyświeżonym salonie. Potoczyła się rozmowa żywa i banalna, o tematach przygodnych, której, dla jej pospolitości, nie sposób powtórzyć. Hrabia Nastawa mówił łatwo, miło, z wdziękiem. Piotr zazdrościł mu mimowiednie nie tyle łatwości rozmowy, ile przygotowania do zawsze jednakiej zimnej krwi i do swobody, z jaką wytworny gość mówił o tematach nawijających się przypadkowo. Rozłucki dążył zawsze do swobody w stosunku do swych uczuć, do bezuczuciowości niejako, do bezwzględnej obojętności zewnętrznej, do panowania nad każdym swym doznaniem i nad każdym ruchem. Udawało mu się to na skutek pracy i forsy uprzedniej. Hrabia Nastawa posiadał te przymioty jak gdyby z natury, czy też dzięki długotrwałej nauce, która się stała drugą naturą.

Po upływie pewnego czasu Piotr spostrzegł jednakże, że w tym gościa spokoju i opanowaniu siebie, poza łatwością bycia i poza władaniem myślami (jakby się było nie wśród obserwujących ludzi, lecz sam na sam z tymi myślami w odosobnionym gabinecie), poza swobodą towarzyską i przygotowaniem do takiej swobody — jest pewna luka. Hrabia Nastawa był tak swobodny i wesoły, dowcipny i rad ze wszystkiego — dla panny Ościeniówny. Piotr pochwycił w locie jedno jego spojrzenie. Zauważył również coś, co się nie da słowem określić, lecz co było dlań wyraźne jak mowa. Znienacka zrozumiałą stała się dlań piękna suknia panny Małgorzaty, dziś właśnie przywdziana, którą ordynarnie poczytywał był za daninę — dla siebie. Śmiech szyderczy zabrzmiał mu nad uchem... Niedawno drwił sobie z tej daniny. Teraz poczuł ukłucie gniewu jakby na skutek czyjegoś oszustwa wychodzącego na jaśnię. Na mocy tego ukłucia skonstatował, że jednak jakaś postać przyjemności — czego w sobie nie przypuszczał — istniała w duszy na widok tej niewinnej kokieterii panny Marzenki. Wszystko to podniecało wewnętrzną rozterkę.

Uśmiechnięty, milczący siedział na swym krzesełku, jak przystało na chwilowego, obcego przechodnia. Czekał na chwilę stosowną, w której ciągu można będzie tych ludzi i to miejsce bez żalu i na zawsze porzucić. Ale oto oczy panny Małgorzaty poczęły mu się nastręczać, nawet naprzykrzać. Jakby wyraźnie w jego myślach czytając, jakby znając te wszystkie myśli aż do najtajniejszej i ostatniej, poczęła mu coś oczami wypowiadać z pośpiechem, z niejasną prośbą i w pomieszaniu. Prześliczny rumieniec spłonął na jej policzkach i zgasł w beznadziejnej bladości. Piotr szorstko odwrócił głowę. Łkanie ocknęło się w jego sercu i szept niemal religijny płynął z duszy ku grobowi: "Taniusiu, Taniusiu..."

Rozmowa przebiegając z przedmiotu na przedmiot zahaczyła się o Paryż. Okazało się, wskutek Piotra zapytań, że hr. Nastawa właśnie stale mieszka w Paryżu, gdzie ma urządzone mieszkanie, latem tylko zjeżdżając do majątku nad Bugiem. Korzystając z chwili rozmowy hrabiego z panną Małgorzatą ksiądz Wolski najcichszym szeptem uświadomił Rozłuckiego, że majątek ów — są to olbrzymie dobra, które są tylko częścią majątków na Litwie... Pełen skromności sposób bycia hrabiego na tle jakiejś legendy o olbrzymiej nadto sukcesji czekającej go po śmierci ciotki, na pół obłąkanej staruszki, tym wydatniej zarysował się jako przymiot pierwszorzędnej wartości. Sposób zachowania się starego pana Ościenia był poniekąd kopią, odwzorem, a może nawet naśladownictwem hrabiego Nastawy. Coś na ten sposób zachowania się starszego pana oddziaływało, coś potężniejszego niż zwykła, bezpośrednia moc wpływu prototypów salonowej ogłady. Piotr to spostrzegł. Ilekroć panna Małgorzata zaczynała rozmawiać z hr. Nastawą, pan Oścień w szczególniejszy sposób, niejako wewnętrznie promieniał. Ona wiedząc o sile radości, jaką ojcu sprawia, czyniła według jego woli, mówiła z możnym gościem wesoło, łaskawie, poufnie, z wdziękiem przychylności, który w niej przeistaczał się na nowy a niezależny rodzaj powabu. Ale zarazem, niemal w tych samych momentach coś jej stawało na przeszkodzie, coś odrywało jak obce a mocne ręce. Bladła i traciła oddech od zewnętrznego przymusu i wewnętrznego sprzeciwu, który jej nie dał ani swobodnie rozmawiać, ani się uśmiechać w sposób należny i pożądany, jakby chciał ojciec. Chwilami głowę jej odchylało na stronę jakby omdlenie. Czoło pod lśniącymi włosami stawało się blade jak u umarłej. Wówczas stary pan Oścień spoglądał na nią oczyma srogimi i podniecającymi jak gwałtowne razy pięści.

Rozłucki obserwował grę uczuć wewnętrznych między tymi trzema osobami — i przysłuchiwał się rozmowie, która z uczuciami ich nic absolutnie wspólnego nie miała. Lecz zdolność, przenikliwość i intelektualna siła hrabiego Nastawy nie dała mu zająć tak wygodnego stanowiska obserwatora i pozostawać w biernej roli widza. Artylerzysta przyszedł wkrótce do przeświadczenia, że przybyły pan spokojnie, nie śpiesząc się i z uwagą bada go również i obserwuje wśród arcybanalnej rozmowy. Wewnętrznym, niełatwym do określenia uczuciem nieprzyjemności zmierzył pewnik, że stanął tu czemuś na przeszkodzie, coś tu zepsuł czy zahamował. Bo i oto pan Oścień uderzył weń kilkakrotnie oczami prawdziwie nieprzyjaznymi. Nie poradził uśmiech jego przyklejony do warg ani grzecznie obłudne słowa.

Hrabia Nastawa będąc panem sytuacji i, oczywiście, rozmowy, skierował ją w taki sposób, żeby Rozłuckiego wciągnąć. Za chwilę dokonał tego. Piotr mówił wesoło o krajobrazie podlaskim, o Bugu, Drohiczynie, wioskach, dworach, cerkwiach i tym podobnych zewnętrznościach. W tych jego słownych ekskursjach po zaletach podlaskiego krajobrazu pomagał mu wzrok panny Małgorzaty i wspierał usilnie, gdy brakło wyrazu polskiego i trzeba było zastąpić go francuskim... Hrabia przysłuchiwał się z głęboko uważnym i do uniżoności grzecznym skupieniem. Jakże bolał nad każdą trudnością wysłowienia się albo nad brakiem właściwego wyrazu! Nachylał się, pomagał mimiką twarzy, ruchem brwi i całym pogotowiem gestów. Zdawało się, że będzie na ręku nosił tego niezwykłego oficerka... Wśród tych objawów sympatii grzecznie, ostrożnie i cicho zapytał:

— Czy bateria szanownego pana być może przeniesiona została w te strony?

— Moja bateria? Broń Boże! Ja sam znalazłem się tutaj. A czy szanowny pan wie o miejscu pobytu mojej baterii?

— O, tak.

— Nie przypuszczałem. Zdawało mi się, że nikt w naszym społeczeństwie nie zajmuje się takimi sprawami jak ta.

— Dlaczego pan tego nie przypuszczał?

— Baterie artylerii w czasie pokoju są to zjawiska, doprawdy, mało interesujące. Dopiero w czasie wojny występują na jaw z całą swą siłą i potęgą. Są one jak choroby, o których istnieniu czasu zdrowia z przyjemnością się nie wie.

— Co do mnie — mówił hr. Nastawa ze skromnym uśmiechem — interesują mię te właśnie sprawy, o których się nie myśli, jak o chorobach — czasu zdrowia.

— Zaszczyt to prawdziwy dla mej baterii fortecznej.

— Zaszczyt... — wyrzekł hrabia powoli. Podniósł brwi słysząc te dość szorstkie słowa ironiczne i rozważał je z pewnym zdziwieniem. — Nie ma w moich myślach żadnego zaszczytu dla baterii, w której pan służy. Myślę o niej jako o sile. Z siłami zawsze się liczę, więc o nich wszystko chciałbym wiedzieć, i to dokładnie, jak one same mocne są i dokładne.

— Świetne to są zasady, panie hrabio!

— Dziękuję szanownemu panu za pochwałę. Ale ja nie dla otrzymania pochwały wypowiedziałem powyższe zdanie. Wypowiedziałem je raczej jako maksymę, której przestrzegać powinniśmy, i to — wszyscy.

Mówiąc te słowa hrabia Nastawa spojrzał nie na Piotra, lecz na księdza Wolskiego. Przymknął potem oczy i westchnął. Ksiądz dziwnie zaniepokoił się po tych wyrazach. Panna Małgorzata również. Hrabia nie rozproszył ich rozterki, lecz znowu zwrócił się do Piotra ze słowem nad wyraz grzecznym.

— Dlatego zapytywałem, czy przypadkiem bateria szanownego pana nie przeniesiona została gdzieś tu bliżej nas, że obecność pańska w tych stronach i w tym miejscu specjalnie obudziła powszechną uwagę.

— Czyją?

— Tych, co tu pilnie na wszystko uważają.

— Nie mam zwyczaju zwracać swej uwagi na badaczów tego gatunku.

— Świetna to jest zasada — odpłacił hrabia Piotrowi równą miarką złośliwości — ale, niestety, nie tutaj. Tutaj jest tylko szkodliwa, i to nie tylko dla szanownego pana.

— Nie bardzo rozumiem...

Hrabia uśmiechnął się posępnie i zaraz zwrócił spojrzenie na księdza Wolskiego. Tamten milczał, lecz uporczywie wpatrywał się w oczy gościa. Zapanowała cisza. Była to cisza szczególnego rodzaju. Piotr zrozumiał, że te osoby milczą, ponieważ on jest obecny. Wiedział wewnętrznie, że gdyby wyszedł z pokoju, natychmiast zaczęto by mówić. Zrobiło mu się duszno. Postanowił natychmiast wyjść, lecz nieznośne jakieś zażenowanie trzymało go jak na łańcuchu. Wtem Wolski wypowiedział:

— Czy pan hrabia ma mi co zakomunikować?

Piotr wstał ze swego miejsca wszystek czerwony i niezgrabnymi ruchami przesunął się przez salon. Posadzka skrzypiała pod jego nogami. Poślizgnął się. O mało nie przewrócił jakiegoś stolika. Jak na utrapienie już przy drzwiach do sąsiedniego gabinetu dogoniło go basowe recitativo Wolskiego, który mówił:

— Kiedy to!... Pan Rozłucki wychodzi, gdyż sądzi, że nam przeszkadza w jakichś zwierzeniach. Panie poruczniku! Niechże pan nie wychodzi z pokoju! My żadnych przed panem sekretów nie mamy. Co pan hrabia ma do powiedzenia, powie przy panu.

Hrabia porwał się ze swego miejsca i poszedł kilka kroków w stronę Rozłuckiego. Mówił z żywością:

— Szanowny panie — to, o czym tu chciałem powiedzieć, jest tajemnicą publiczną, więc tu nic tak dalece ciekawego nie mam do wyjaśnienia. Zapewne państwo już wiecie, że wczoraj w nocy wojsko zraniło strzałami dwu ludzi ciężko, a wielu pobiło i poaresztowało.

Zapanowało milczenie.

— Nic o tym nie wiedzieliśmy... — rzekł pan Oścień z wyrazem szczerego przestrachu na zbielałej twarzy. Panna Małgorzata siedziała nieruchomo ze spuszczoną głową i przymkniętymi oczami, głębiej zanurzona, jakby zapadnięta w fotel. Ksiądz słuchał uważnie. Krzesło pod nim trzeszczało, a wielkie stopy w połatanych butach posuwały się w tył nieznacznymi ruchami. Piotr oparty plecami o odrzwia przypatrywał się hrabiemu Nastawie. Nabierał do niego stopniowo głębokiej, tajnej, niewytłumaczonej odrazy.

Im bardziej uwydatniał się przed nim spokojny i doskonały rozum tego człowieka, jego słuszność we wszystkim i logika na każdym kroku, tym bardziej wzmagała się instynktowna awersja.

Wydawało się Piotrowi, że on tego hrabiego Nastawę już chyba widział, że go — do kaduka! — zna z jakiejś racji. Wspominał nadaremnie całe swe życie... Przyszło mu na myśl, że ten człowiek jest tak mądry, tak doskonale wytrawny w swych myślach i zamierzeniach, obliczonych na osiągnięcie nieomylnego skutku, tak ostrożny i zbliżający się do celu niepostrzeżenie — jak samo nieszczęście, jak te cierpienia, które zadaje tęsknota za zmarłą Tatianą.

Hrabia mówił:

— W Tuchlebach, w Łąckim Tarkowie, w Grodziszczu stoi wciąż jeszcze wojsko. Poaresztowanych wywieziono w drabinach... — mówił spokojnie, bez żadnego zgoła wzruszenia. Widać było, że on już szczegółowo zbadał zjawisko, obejrzał dokładnie wszelkie jego fenomeny i wyrobił sobie o nim sąd ścisły. Wyłuszczając jednak to wszystko hrabia Nastawa wciąż się ociągał, uwydatniał słowa i zostawiał między jednym a drugim luki umyślne, jakieś pauzy więcej mówiące niż same wyrazy. Ksiądz wstał ze swego miejsca i począł przechadzać się po pokoju, jakby zapomniał o przytomności osób tam zgromadzonych. Tarł sobie ręce, po prostacku wyciągał palce ze stawów i kołatał po posadzce obcasami butów. Wreszcie zatrzymał się przed Nastawą, który mu się dość pogardliwie przypatrywał — i wypalił:

— No, więc cóż, panie hrabio?

Ten nie od razu odpowiedział. Rzucił okiem na Piotra, później na pannę Małgorzatę, jakby badał stopień ich ciekawości. Ale ci obydwoje mieli oczy spuszczone i twarze ukryte w ciszy milczenia.

— Byłem już u naczelnika powiatu — mówił Nastawa powoli i oschle. — Byłem także u naczelnika straży ziemskiej. Widziałem się z dowódcą jazdy...

— I cóż? — nastawał ksiądz.

— Nic szczególnego.

— Ale cóż oni mówią?

— Oni mówią formuły znane mi od dawna. Nie tylko mnie znane, ale i księdzu.

— Nie o to mi chodzi, co oni tam mówią, o formuły, tylko — cóż w tej sprawie? Cóż z tymi ludźmi?

— Przyrzekli, że co się da zrobić, to zrobią — mówił hrabia z niedbałością, jakby tę sprawę odrzucał na bok. Ale zaraz stanowczo i twardo dodał:

— Naczelnik, który najwięcej w tej aferze znaczy i z którym najłatwiej dojść można do jakiegoś ładu (hrabia uśmiechnął się dobrotliwie) — oświadczył mi kategorycznie, że jednakże to już musi być koniec. Już ta sprawa z jego rąk przechodzi w inne, w zgoła inne, że tamci już są na tropie. Wobec tego obecny casus on może jeszcze ogarnąć rękoma, lecz za nic już nie ręczy i stanowczo umywa ręce. Jeżeli zaś po takich prośbach, jakie ja doń zaniosłem, on umywa ręce, to znaczy, że te ręce już będą umyte na pewno. Wobec tego cóż wasza wielebność mi powie?

— To pytanie ma znaczyć, że godziny moje są już policzone na tym płaskim Podlasiu...

— Niestety, ja tak sądzę.

— Czyżbym miał już zaraz kij brać w rękę i bez zwłoki uchodzić?

— Niestety, ja tak sądzę.

— Ale czyż wytykano palcami mnie właśnie?

— Wytykano nie tylko palcami, ale całym plikiem papierów. Widziałem czarno na białym... — mruknął hrabia dobitnie. Po chwili dodał jeszcze:

— Gdyby nie obawa o bezpieczeństwo domu szanownego sąsiada, nie ośmieliłbym się tych wszystkich drobiazgów i szczególików tak otwarcie wyłuszczać. Proszę o dyskrecję i przebaczenie...

Pan Oścień uścisnął rękę hrabiego. Ten ciągnął:

— Z drugiej strony i władza duchowna już sarka, a nawet zżyma się. Wiem o tym z najpewniejszego źródła, z samego źródła. Rzeczy te — mówią tam — szły nie z ramienia prawowitego... Być może... stały w sprzeczności z aktualnymi zamierzeniami, z pewnego rodzaju dyplomacją, niezbędną w czasie i miejscu. Nie wiemy. Jesteśmy jak w lesie.

— Tak, tak — jesteśmy na Podlasiu... — kiwał głową ksiądz Wolski.

— Musimy zaś tutaj skłaniać głowę w pokorze, bo nie jest to sprawa naszego entuzjazmu, który dziś jest, a jutro może wygasnąć, lecz sprawa głębokości żywota ludu, żywota ludu, którego nasz entuzjazm nie jest mocen ani nakarmić, ani wyrwać z objęć śmierci, gdy tę śmierć szerzyć pocznie ręka żelazna. Mówiono mi tam właśnie, u źródła, że kościół jest jak matka, która w mądrości swej, przez wieki wypróbowanej, wciągnie w siebie nieraz i zatai na długi czas oddech — zamknie oczy na cierpienie umiłowanego syna, niema, zimna i nieczuła na pozór nad skrwawionym zasiądzie, póki mściwa nienawiść nie wypali się w oczach nieprzyjaciela, a kroki jego przejdą i oddalą się...

— Ja wiem, ja wiem... — mówił z uśmiechem Wolski.

— Mówiono mi jeszcze, że mądrość tej matki, która zamkniętymi oczyma widzi godzinę daleką, przyszłą, gdzie zatajona jej miłość zaświeci i rozpali się w ogień wysoki a szeroki — mówiono mi, że mądrość ta jest większa niż głośny entuzjazm...

— Z tą tylko jedną poprawką, że temu synowi, co dziś tuła się i gaśnie w mroku, nie chce ona dać ani jednej iskierki ze swego wielkiego stosu. A jeżeli on nie przetrzyma męki i zginie, jakaż jest miłość tej matki, pełnej zbyt wielkiej mądrości... — mówił Wolski.

— Moje posłuszeństwo względem tego źródła władzy duchownej i moja głęboka pokora nie pozwalają mi wznosić oczu aż do tej wyżyny, ażebym śmiał narzucać jej rozstrzygnięcie takiego pytania, ja, pospolity wierny.

— A wszakże pan hrabia przykładałeś ręki nie tylko do rozstrzygnięcia samego zagadnienia, lecz także do jego na jedną wyraźną stronę wcielenia w uczynku...

Hrabia spojrzał na księdza surowo, jakby mu tym spojrzeniem chciał zamknąć usta.

— Jeżeli tak było, jak p a n mówisz, to niewątpliwie ważne mię do tego skłoniły powody. W żadnym jednak razie nie należałoby tych rzeczy poruszać...

Niespodziewanie panna Małgorzata podniosła głowę. Patrzyła hrabiemu Nastawie prosto w oczy, Piotr zobaczył teraz jej oczy, takie właśnie, jakie mu się przyśniwały w gorączce. Były to oczy przygasłe a głębokie. Powiedziała ze spokojem:

— Powody, które pana skłoniły do zajmowania się tymi sprawami, musiały być dość rzeczywiście ważne, skoro pan to mówi. Lecz powody te już ustały. Toteż może to będzie dla pana daleko lepiej, żeby w ogóle już nie zajmować się tą kwestią. Tak mi się wydaje...

Powiedziawszy to spuściła oczy i zamilkła. Hrabia przybladł. Pan Oścień również. Zaraz też skierował rozmowę na inne tory? a wybierając tematy zdawał się zabiegać drogę potężnemu gościowi, schylać się przed każdą jego myślą. Panna Małgorzata była znowu zażenowaną panną na wydaniu. Zajęła się bawieniem gościa, a gdy podano herbatę, usługiwała wszystkim z wdziękiem, rumieniąc się za lada okazją. Nad wieczorem hrabia zabrał się do odjazdu. Zaznaczył mimochodem, że jedzie wprost do Siedlec.

Piotr powstał również i zaczął żegnać się prosząc jednocześnie księdza Wolskiego o pomoc w wyszukaniu i wynajęciu koni także do Siedlec. Hrabia Nastawa zwrócił się do Rozłuckiego z gorącą prośbą, ażeby wsiadł do jego powozu i odbył z nim razem drogę do miasta. Piotr uprzejmie dziękował, lecz hrabia nastawał dopóty, aż uzyskał zgodę. Napomknął w przelocie, że będzie to nawet z korzyścią dla Piotra i dla Ościeniowskiego domu "w razie przypuszczalnych przykrości", jeżeli się oświadczy, że pan Rozłucki, oficer artylerii, chwilowo goszcząc na Podlasiu, wyjechał w karecie i w towarzystwie hrabiego Nastawy. Piotr zżymał się wewnętrznie, lecz ze względu na bezpieczeństwo tego domu natychmiast przystał na ów wyjazd. Pożegnał pana Ościenia i księdza Wolskiego uściskiem ręki, pannę Małgorzatę ukłonem dalekim i wsiadł do karety. Hrabia Nastawa siedział obok grzecznie wyprostowany, starając się zajmować jak najmniej miejsca.

Zaraz za bramą dworską, w piaszczystej alei i dalej na gościńcu otoczyły pojazd tumany kurzu. Trzeba było podnieść okna karety. Ale pył wdzierał się i tak do wnętrza. Było duszno. Pojazd kołysał się od szybkiego biegu koni i zdawał unosić w tumanie kurzawy. Kilkakrotnie hrabia stukał w przednie okienko dając, widocznie, znak, żeby jechać wolniej. Kilkakrotnie również przepraszał Piotra za ów nieznośny kurz, którego uniknąć nie było sposobu. Oficer tłumaczył się, że jest aż nadto przyzwyczajony do pyłu na musztrach artylerii, że to dla niego rzecz powszednia.

Po pewnym czasie wydobyto się na twardszą drogę, a wreszcie na szosę. Wtedy już wieczór zapadał. Konie na chwilę stanęły: lokaj zapalił latarnie. Gdy wskoczył z powrotem na kozioł, ruszono bardzo szybko. Wehikuł unosił się lekko, miarowo, usypiająco. Latarnie rzucały przed się kręgi światła, w których przedmioty przydrożne ukazywały się i ginęły, jakby przerażone tą nagłą, iście pańską światłością.

Obadwaj podróżni zachowywali milczenie. Było ono tak długie, że Piotra zaczęło dławić. Z rozkoszą byłby jechał najgorszą żydowską biedą, byleby mieć za towarzyszów swe myśli i wrażenia zamiast tego tak cudzego człowieka. Nareszcie hrabia przerwał milczenie.

— Rozmyślam — rzekł — nad tym, jak niezwykłego człowieka miałem szczęście poznać w szanownym panu.

— We mnie? — zdziwił się Piotr.

— Właśnie...

— Jestem człowiekiem bardzo pospolitym, panie hrabio.

— Pozwoli pan, że będę innego zdania.

— Nie ma we mnie nic takiego, co by wykraczało poza szranki najzwyklejszej pospolitości.

— A choćby pańskie uczestnictwo w nocnych wyprawach księdza Wolskiego...

Piotr zmieszał się nieco, lecz wnet odpowiedział:

— Szanowny pan, jak widzę, jest doskonale poinformowany o wszystkim, co się tu dzieje, nie tylko w dzień, lecz i w nocy.

— Tak jest — niestety — tak jest.

— Doprawdy — to niemal wszechwiedza...

— Bardziej jeszcze od tego kroku, bądź co bądź niezwykłego, jeśli brać pod uwagę pański zawód i stanowisko — zastanowiła mię rola pańska jako obrońcy panny Małgorzaty — owa, tyle piękna, walka z kolegami...

— Daruje pan, że nie chciałbym o tym mówić...

— Rozumiem tę skromność człowieka honoru. Lecz rozważając okoliczności innej kategorii... Bo przecież pan jest również oficerem, i to tej samej armii...

— W armii są żywioły rozmaite.

— Tak. Lecz przecież pan nie znał przedtem, i to wcale, panny Małgorzaty...

— Nie znałem jej rzeczywiście.

— Nigdy jej pan przedtem nie widział?

— Owszem, raz ją widziałem poprzednio.

— Ach, tak? To nieco zmienia postać rzeczy. Więc to już raz, przed tym wypadkiem, pan widział był pannę Ościeniównę?

Głos hrabiego Nastawy zabrzmiał jak gdyby głos innego człowieka. Nieopisana pasja brzmiała w delikatnym pytaniu, które wygłosił. Słowa te były tak samo równe, dobrze uszykowane i w miarę ugrzecznione, a mimo to wyrywały się jakby ze zduszonej piersi.

— Nie wiedziałem o tym wcale — mówił. — Przepraszam, że się dopytuję o te szczegóły, ale to dla mnie interesujący temat! Ten czyn rycerski, męski, piękny sam w sobie i sam dla siebie, zachwyca mię wciąż. Nie uwierzy pan, gdy to powiem, a przecież tak jest, że ja o tej scenie myślę często, bardzo często. Więc pan poprzednio znał już może osobiście pannę Ościeniównę?

— Wspomniałem przed chwilą, że nie znałem jej osobiście. Widziałem pannę Małgorzatę w wagonie kolejowym.

— W wagonie...

— Było to dawno. Jechałem wtedy pierwszy raz do kraju.

— Czy zrobiła na panu wrażenie? — zapytał hrabia śmielej i poufałej.

Piotr zamyślił się przez chwilę, jakby sobie chciał przypomnieć owo dawne wrażenie. Westchnął:

— Nie.

— Jak to, wcale?

— Panna Ościeniówna nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.

— Jesteśmy sami — mówił Nastawa pochylając się ku niemu — jesteśmy mężczyznami...

Piotr milczał, jakby odpychając od siebie tę poufałość.

— Byłbym bardzo szczęśliwy — ciągnął Nastawa — gdyby w istocie tak było, jak szanowny pan utrzymuje, że panna Małgorzata była dla pana zupełnie obojętną, gdyż wówczas tamten czyn jeszcze piękniejszym światłem wybłyska. Tylko że to tak trudno uwierzyć... Doprawdy! Panna Ościeniówna jest tak piękna, tyle ma w sobie wdzięku, że mógł pan cząstkę jego nosić w sobie, wcale o tym nie wiedząc.

— Choćbym miał nawet tanim kosztem wyrosnąć na bohatera, muszę się przyznać, że nie kochałem się ani jawnie, ani skrycie w tej osobie.

— I to ani wówczas, ani dziś? — zapytał hrabia natarczywie.

— Panie hrabio, roztrząsamy już tak długo moje afekta. Nie chciałbym być niedyskretnym, ale muszę się odzwajemnić tym samym pytaniem.

— Przepraszam pana za niedyskrecję, jakiej się dopuściłem!

— Nie sprawiła mi ona przykrości. A przecież to rzecz niewątpliwa, że w sprawach miłosnych niedyskrecja może się równać uderzeniu sztyletem.

— Tak, panie.

— Tu nie było nawet zadraśnięcia.

— Jakże się cieszę! Ale w takim razie... W takim razie — dlaczegóż pan tu przyjechał? — zapytał hrabia Nastawa prawie niegrzecznie.

— Po prostu chciałem zobaczyć obiekt, za który skrzyżowałem szablę... — odpowiedział Piotr twardziej niż poprzednio.

— Pewnego dnia przyszło panu na myśl, że należałoby zmierzyć istniejące niewątpliwie a należne panu wrażenie. Pewnego dnia zechciał pan zobaczyć, jak też daleko sięga urok nie tej blizny zewnętrznej, znaku na twarzy — o to nie ośmieliłbym się nigdy posądzić pana! — lecz urok niewidzialnego pióropusza na niewidzialnej przyłbicy. Wiedział pan teoretycznie, że taki urok jest tam z pewnością, gdzieś daleko — w tej duszy — że egzystuje tajemnie jako tęskny, nie spłacony dług, że śni o panu w podlaskim pustkowiu sekretne, niezniszczalne wspomnienie i gwałtowna, czarująca, dziewicza ciekawość. Przyjechał pan zobaczyć, czy tak jest w istocie.

— Pan to dosyć trafnie określa. Być może, że rzeczywiście tak ze mną było. Może tak, a może i nie, coś w tym rodzaju...

Hrabia milczał. Po długiej, bardzo długiej chwili zapytał:

— I cóż?

— Nic.

— Odjeżdża pan syt tryumfu, bogaty w słodycz zwycięstwa serca mocnego nad słabym, zimnego nad gorejącym, czy nie?

— Po prostu odjeżdżam, jak pan widzi.

— To nie jest odpowiedź.

— Panie, wracam tak samo głodny, jakem przyjechał.

— Nie rozumiem.

— Nie pragnąłem być zrozumianym.

— Daruje pan, ale nie chodziło mi w tych niedyskretnych, wyznaję, indagacjach o pana, o pańską indywidualność.

— A wszakże dopytywał się pan o to właśnie.

— Tak jest...

— Więc o kogóż chodziło?

— O pannę Małgorzatę Ościeniównę.

— Pan hrabia, jak spostrzegam, opiekuje się żarliwie i ze znawstwem losem uczuć tej pięknej osoby.

— Tak, panie.

— Czy to ze względów towarzyskich, czy politycznych może?

— W pańskich ironicznych zapytaniach przewija się włókienko prawdy. Nie chciałbym, ażeby ta osoba ulegała podszeptom takiego narwańca jak ten Wolski ani urokowi takiego szermierza wybuchowości uczuć jak szanowny pan.

— To rozumiem. Ale dlaczegóż pan hrabia tak mocno się tym interesuje?

— Taki kierunek przybrały moje fantazje.

— Jesteśmy sami, jesteśmy mężczyznami...

— Musi pan poprzestać na tym odwecie.

— On mi wystarcza. Czy ksiądz Wolski doświadczał moralnej pomocy od panny Małgorzaty w swoich zamysłach i krokach?...

— Moralnej! Chciał pan powiedzieć — absolutnej... Toż dawno siedziałby na dnie więzienia albo tam, gdzie już kruk nie dolatuje, gdyby nie ona.

— Nie przypuszczałem, że ta panna ma takie wpływy i stosunki.

— To jest rzecz znana mi, wiadoma, dająca utrzymać się w ręku. Teraz przybywa sprawa z panem.

— Jakaż to sprawa?

— Och — sprawa chorowita, naładowana wzniosłymi czuciami, polska sprawa zeszłowieczna a całowieczna, która odnawia się jak skryta, dziedziczna choroba. Przepraszam pana, że tak mówię.

— Doprawdy, nie wiedziałem, że jestem aż tak ciężko chory.

— Ciężko chorzy najczęściej nie wiedzą o swoim stanie. Nie ośmieliłbym się imputować mych myśli tak ostrych, nie ośmieliłbym się wynurzać mej nienawiści do tego martwego świata, do cierniowych koron, wędrowań w Sybir i do Francji, "ziemi cudzej", gdyby nie to, że dusza tamtej osoby mogłaby poślizgnąć się również w ów wybój obrzydły, w tę wyrwę na drodze życia. A mogłoby się to stać, gdyby wpływowi pańskiemu uległa.

— A więc pan sądzi, że gdybym ja zechciał, toby się tak stało?

— Tak przypuszczam wnosząc z niektórych danych. Toteż dlatego pragnąłem z panem otwarcie, zupełnie otwarcie pomówić... Tak otwarcie, jak mogą mówić ze sobą dwaj silni mężczyźni.

— Słucham z uwagą.

Po namyśle hrabia Nastawa zaczął:

— Mam znaczne wpływy w Petersburgu. Nawet się pan może nie domyśla, jakie to są wpływy. Mogę tam bardzo wiele. Jestem bogaty. Posiadam również stosunki w paryskim świecie oficjalnym. Jeżeli szanowny pan zechce, poruszę wszystkie sprężyny, ażeby go wysunąć na pierwszorzędną pozycję.

Piotr zachichotał wewnętrznie. Przypomniały mu się perspektywy rysowane niegdyś w Paryżu przez generała Polenowa. Pokiwał głową, mówiąc:

— Doprawdy, panie hrabio, doprawdy...

— Widział pan u Ościeniów na przykładzie, że to nie są przechwałki. Tutaj, gdzie Chrystus, gdyby zstąpił na ziemię, byłby odprowadzony do urzędu, ja przecież powstrzymałem wszystko, ażeby was tam dziś w nocy nie wybrano w zatockim dworze jak piskląt z gniazda. Powtarzam: użyję wszystkich sił, ażeby pan mógł iść jak po różach.

— A cóż ja mam za tyle dobrodziejstw złożyć panu hrabiemu w ofierze? Bo coś przecie będę musiał złożyć w ofierze.

— Nic. Żadnej pan nie potrzebujesz dawać ofiary. Dlatego przecie prowadziłem tę rozmowę, żeby się przekonać, czy pan nie jesteś w pannie Ościeniównie zakochany. Powiedział pan, że nie. Więc nie poniesie pan żadnej ofiary. Pójdzie pan tylko swoją drogą, wysoką, utartą i zasłaną różami.

— Zdumiewająco łatwa rola.

— A nie!... jeden warunek...

— Jest jednakże.

— Rzecz dla pana bez znaczenia. Pokaże pan pannie Małgorzacie Ościeniównie w jakiś sposób oczywisty i nie podpadający zwątpieniu — co już będzie rzeczą pańskiej subtelności — że nie jest pan wcale ani Shelleyowskim Laonem, ani Mickiewiczowskim Wallenrodem, lecz samym sobą, to jest uzdolnionym oficerem, szukającym wysokiej kariery w wojsku rosyjskim, kariery, która się panu ze wszech miar należy...

— Panie hrabio — będę otwartym — jakąż mógłbym mieć pewność, że ową wysoką protekcję otrzymam? Bo mógłbym wobec panny Małgorzaty w sposób subtelny odczepić pióropusz z mojego hełmu i sam hełm panu wręczyć w tym celu, ażeby mi weń nasypano czerwonych złotych, a jednak nic nie otrzymać prócz śmiechu z mej łatwowierności.

— Czuję w głosie pańskim szlachetne oburzenie... — mówił hrabia Nastawa z dokuczliwą drwiną.

Przestał mówić, gdyż poczuł, że Rozłucki dotyka go w ciemności dłonią. W trakcie tego oficer znalazł jego ramię, ścisnął je z całej mocy i potrząsnął całą osobą raz i drugi.

— Co to jest?! — krzyknął hrabia.

— To jest moja odpowiedź!

— Jak pan śmiesz?

— Milcz pan!

— Coś pan powiedział?

— Proszę kazać stanąć! Wysiadam!

Nastawa siedział bez ruchu. Namyślał się. Po chwili zastukał w przednią szybę. Lokaj nachylił się i wówczas hrabia krzyknął mu rozkaz:

— W konie!

Kareta pomknęła jakby niesiona przez wicher. Ruch jej stał się zupełnie inny: schylała się w swym chyżym locie na prawo i na lewo. Słychać było stukot kopyt czterech koni po twardej szosie. Latarnie zgasły.

— Sądzisz pan, że ponieważ na pańskim wózku jadę, to pańską będę piosenkę śpiewał. Każ pan stanąć! — mruknął Rozłucki.

— Sądzę, że mogę z panem zrobić, co zechcę.

— To się panu tylko tak wydaje.

— Rycerzu!

— Przekonasz się pan zaraz, że z rycerzem spotkałeś się oko w oko, kupcze honoru!

— Mogę pana zaraz tam odwieźć, skąd już nie wyjrzysz na świat boży.

— Każ pan tam jechać!

— Nie, nie każę. Puszczę pana wolno. Ale wiedz, mój romantyczny artylerzysto, żeś zaczepił Nastawę. Kto mnie zaczepi, musi zginąć jak mdły motyl w powrozach potężnego pająka.

— Otóż ja pana, mój potężny pająku, nie tylko zaczepiam, ale wyzywam! Nie jestem motylem!

— A dlaczego mię pan wyzywasz? Czego ode mnie chcesz?

— Nie podobasz mi się pan.

— To wybierz pan, jaki ci się podoba, rodzaj walki. Przyjmę każdy.

— Skądże taka pochopność do wyboru każdego rodzaju walki?

— Ażebyś raz zeszedł mi z oczu i drogi.

— Widzę pana pierwszy raz, lecz chcę, żeby był ostatnim.

Trudno było rozmawiać wskutek szybkiego pędu karety, więc się Nastawa schylił w ciemności i przybliżył twarz do twarzy Rozłuckiego. Mówił w uniesieniu:

— Usuń się pan z jej oczu, usuń się sam!

— Dlaczego?

— Bo ja ją kocham do szaleństwa, a panu ona jest obojętna. Ja ją kocham śmiertelnie, jak jeszcze żaden człowiek kobiety nie kochał...

— I cóż?

— Jeśli pana w pojedynku zabiję, tym gorzej dla mnie