Trzy po trzy

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych


Trzy po trzy • Aleksander Fredro
Trzy po trzy
Aleksander Fredro

Ośmnastego lutego roku 1814 jechał na białym koniu człowiek średniego wieku, nieco otyły, w sieraczkowym surducie pod szyję zapiętym, w kapeluszu stosowanym bez żadnego znaku prócz małej trójkolorowej kokardy. Za nim w niejakiej odległości drugi, znacznie młodszy, także w surducie, ale ciemnozielonym, także w kapeluszu bez znaków, także zgarbiony równie jak pierwszy, a może i lepiej — siedział na dereszowatym koniu. Koń biały, krwi orientalnej, był niewielki, niepokaźny, ale dzielny. Deresz zaś był... dereszowaty, trudno co o nim więcej powiedzieć: nie wstrzymywany ani sławą przodków, ani swoim własnym usposobieniem, potykał się często na drodze, którą mu los codziennie wyznaczał.
Pierwszym z tych jeźdźców był Napoleon, drugim byłem ja. Między nami liczny sztab cesarski, gdzie ja niby na szarym końcu miejsce moje miałem, rozpuścił szeroko skrzydła na prawo i na lewo po śniegiem okrytym polu. Za nami postępowały służbowe szwadrony gwardii, a na, samym końcu świergotliwa i niesforna czereda ciurów z powodnymi i jucznymi końmi sztabowych oficerów. Jechał więc Cesarz, jechali wszyscy, jechałem i ja. A ile w noc pogodną gwiazd na niebie, w tyle miejsc, stron, przedmiotów, nieodgadnionych labiryntów pędziły rozstrzelone myśli nasze, a każda z nich znowu jak racy słup ognisty składała się z milionów iskier, iskier wspomnienia lub nadziei. Te padały to na tronowe kobierce, to na murawę zagrody rodzimej, mieszały się z jarzącym światłem uczty albo z mdłym promykiem nocnego kagańca przy łożu chorego. Niejedna przemknęła się po różanych ustach kochanki, niejedna spuściła się jak sen lekka po tak drogie w każdej porze życia błogosławieństwo matki. Były takie, co przebijały niebios sklepienia, i takie, co wnikały zasute już groby. Wiele, wiele pięło się po szczeblach zaszczytów, bogactw, sławy, ale też i wiele spadało na kwiaty cichego domowego szczęścia. Słowem, przeszłość, obecność, przyszłość, świat, światy znane i nieznane były polem igrzysk naszych rozstrzelonych myśli, gdy nagle, w mgnieniu oka. wszystkie jedną siłą uderzone w jeden zbiegły się punkt. Tym punktem był huk mocny i powtórzony w niezbyt dalekiej przed nami odległości.
Armaty! tak, armaty, nie ma wątpiena, ryczą coraz lepiej, jak na wyścigi, która głośniej... wkrótce i ogień karabinowy, jakby kto groch sypał na bęben, zapełnił przerwy grzmotu działowego. — Aha! — rzekł niejeden i zaglądnął do manierki alias flaszki. — Aha — powiedział, ale nic nie wiedział, kto atakuje, kto odpiera, czy to korpus jaki, czy leż armia cała taniec rozpoczyna: szary koniec nic nie wiedział. — Biją się... daj Boże szczęście, to quotidianka nasza, ale dlaczego tu, nie tam, dziś, nie jutro, nad tym nikt się nie zastanowił. Podówczas krytyczny rozbiór każdego rozkazu, każdej czynności przełożonego nie był koniecznym zadaniem podkomendnych. Wojsko nie sejmowało, ale się biło. Starszy zdawał sprawę tylko swojemu starszemu, a młodszy słuchał z ufnością i działał, jak mu kazano. Ale tempora mutantur et nos mutantur in illis. — Może i to prawda, że kto siwieje, ten traci duszę, jakby mu ją kto łupał trzaska po trzasce, tak że na koniec zupełnie bez niej zostanie... Może prawda, że rozwaga tylko hamuje, doświadczenie tylko plącze niepotrzebnie. — Może prawda, że krew młodością wrząca jest jedną i jedyną dźwignią wszystkiego, co dobre i wielkie... Może nareszcie i to prawda, że tylko głupcy, próchna, stare peruki i szlafmice pytają, jaki czego koniec być może. — Tak jest, wszystko to mogą być prawdy, ale mnie wolno tym prawdom nie wierzyć. Lubom przeszedł pięćdziesiątkę, żal mi abdykować praw człowieka, już bym skłonił się raczej włosy sobie poczernić.
A więc, jak mówi Kiliński, nikt wkrótce nie wątpił, że bitwa przed nami, a my ku niej idziemy. Rzeczywistość jak ów jesienny wietrzyk o wschodzie słońca, co to ożywia, ale i ćwiczy razem, odpędziła od nas chmurę marzeń, która zwykle osiada na jednostajnym ruchu spokojnego marszu. Każdy wstrząsł się jak ze snu i pomyślał o sobie. Ten, co w troje zgarbiony dzwonił ostrogami po spuszczonych strzemionach, i ten, co chcąc odpocząć strudzone; części ciała zsunął się na bok tak, że ledną nogą olstrów sięgał, a na drugiej stał prawie, poprawił się na kulbace jak gdyby usłyszał komendę: Baczność! Ten ścisnął podpinkę czaka lub kapelusza, tamten cugle porządkował i szlufkę do grzywy przycisnął, a każdy zakrył zasłoniętą płaszczem rękojeść pałasza, opatrzył ją, a potem, wzniósłszy głowę, zdawał się wietrzyć, nim jeszcze zoczy, co go witać będzie.
Nareszcie pokazał nam się dym biały, a wkrótce postrzegliśmy czarne linie piechoty. Długie, krótkie, naprzód wysunięte, w tył cofnięte, odbijały od śnieżnego tła jak świeżo wysypane przekopy, tylko wkoło nich objawiało się życie nieustannym ruchem drobnych punkcików jak mrówek koło mrowiska. Nikt tam pewnie nie drzymał, nikt nawet nie dumał; nigdy życie raźniej i jaskrawiej nie gore jak ze śmiercią oko w oko... i częstokroć jego mocniejsze łyśnięcie bywa ostatnim.
Na pierwszy rzut oka można było poznać, że nie przybywamy na początek boju. Wiatr przeciwny czy ciężkie powietrze, czy też położenie kraju, albo może i wszystko to razem było przyczyną, dlaczegośmy tak późno zasłyszeli huk dział. Była to niespodzianka... i dobrze!... we wszystkim trzeba odmiany i nowości, aby żyć wesoło.
Z lewego skrzydła wstępujemy do boju... yiye I'Empereur! — Linie ściskają się w masy... działa schodzą z pozycji... ruch ku prawemu... potem kolumny rozwijają się znowu... baterie stają w oddziałach... strzelamy, atakujemy, zwyciężamy... Montereau w naszym ręku. — Zwinęliśmy się gracko, nie ma co mówić, ale miał się też z pyszna pan marszałek yictor za to, że nas w tym dziele nie uprzedził. Powiedział mu Cesarz parę słów, które należałoby powtórzyć — tak jak wszystko, co wyszło z ust tego wielkiego człowieka, bo każdy je słucha albo czyta chętnie — ale Cesarz, aczkolwiek cesarz, miewał czasami wyrazy, dobitne wprawdzie i właściwe, i węzłowate, trudne jednak dla historyka do powtórzenia, a tym więcej do przetłumaczenia. Trzeba więc ograniczyć się w podobnym razie na wolnym naśladowaniu, tak też i ja uczynię mówiąc, że po bitwie pod Montereau Cesarz powiedział panu marszałkowi: — Idź do diabła! — A po tej krótkiej przemowie powierzył komendę korpusu jenerałowi Gerard. Nim się to wszystko stało i nim ja się o tym dowiedziałem, bateria artylerii konnej gwardii z ogrodu pałacu Suryille, dominującego miasteczko Montereau równie jak i drogi, którymi wypędzony cofał się nieprzyjaciel — żegnała go, jak mogła, najlepiej. Wie każdy, że tam Napoleon sam wymierzył jedno działo, wie, że powiedział swoim gwardzistom: „Nie lękajcie się: jeszcze kula nie ulana, która mnie zabije”, ale nie wie pewnie, że o kilkadziesiąt kroków z tyłu stał deresz, a na dereszu ja.
Chcąc wyrazić doskonałość jakowej czynności, mówią zwykle: Zrobił to lub owo jak król! Ale źle mówią ci, co tak mówić zwykli, bo nie tylko król, ale cesarz i król w jednej osobie wymierzył, strzelił i... chybił. Kula padła przed linią nieprzyjacielską. Utrzymują wprawdzie niektórzy, że dobrą dał dyrekcją... Być może... ale ja nie rezonując jako artylerzysta powiadam simpliciler, com widział, że Jego Cesarska Mość spudłowała na piękne.
Po tej scenie nastąpiła druga. Oficer z pułku liniowego francuskiego, Polak, przyniósł zdobyty sztandar; dostał krzyż i czterdzieści napoleonów. Mało kto w życiu bywał tak mocno tureckim świętym jak ja, a jednak pieniądze jako część nagrody świetnego czynu nie podobały mi się wcale — byłem jeszcze młody!
Mieć konia mniej roztargnionego jak mój deresz... mieć dobry płaszcz (o mój płaszczu biały!), płaszcz przyjaciel w dzień, opiekun, dobrodziej w nocy, kiedy pniaczek za poduszkę, śnieg za materac służy... mieć nareszcie flaszeczkę zawsze napełnioną kroplami pociechy — są to rzeczy arcydobre, tego nikt nie zaprzeczy, równie jak i tego, że bez tych podłych pieniędzy miejsca mieć nie mogą. Wychodzisz spod dachu, gdzie wygodnie noc przespałeś... poranek letni... koń twój dobrze nakarmiony i wychędożony strzyże uchem, grzebie nogą... siedzisz na nim ledwie tknąwszy grzywy i strzemienia... Marsz! — Wstępujesz do boju. Przed tobą rzeka, za rzeką bateria sypie kartaczami. — Za mną, dzieci!... W Bogu wiara!... — Rzeka przepłyniona, działa zdobyte, zwycięstwo nasze. — Czyn świetny, wart nagrody, ale ty rozwinąłeś tylko przy pomyślnej sposobności władze, które jeszcze nietknięte w tobie leżały. Padły na szalę z jednej strony obawa kalectwa lub śmierci, z drugiej męstwo rozgorzałe całym ogniem krwi, całym zdrowiem życia, musiała więc obawa ulecić, nie objawiwszy się nawet. Ale patrz no na tego. co po kilkomiesięcznej codziennej walce z głodem, zimnem i wrogiem odtrąca resztę okopciałego snopka spod pyska zgłodniałej szkapy... wznosi się na kulbakę, pod którą ścierwa już nie ma... odwija szczątki płaszcza... chwyta za rękojeść, którą deszcz zardzewił, szron posrebrzył... a jeżeli on zadziwi cię świetnym czynem, oddaj mu twój wieniec, bo go dwojako zasłużył. Jeżeli zaś dobrowolnie poświęcił się dla dobra ogólnego, uklęknij na jego mogile: godzien czołobitności. — Tak widzieliśmy saperów francuskich wstępujących w przełamane lody Berezyny. Oni, naprawiając załamane mosty, życia swoje za pomost kładli... Dobrze o tym wiedzieli, a jednak nie cofnęli kroku. Nie mieli do wzniesienia swojej odwagi nawet oporu nieprzyjaciela... nie mieli na oku progów ojczystych, skąd by pożegnanie towarzyszyło ich męczeństwu. Poginęli w śniegach litewskich lub więzieniach wileńskich. Niewdzięczna ojczyzna nie podała nawet ich imion potomności. Jeden z nich tylko wrócił do Francji i na własnej grzędzie pędził w niedostatku dnie starości i cierpienia. — Napoleona już nie było.
„Wszystko musi się skończyć” — mawiał Ludwik Xy. bodaj mu Bóg tego nie pamiętał. Skończyła się więc i bitwa pod Montereau. Jeszcze na dobranoc dwie kule wirtemberskie przeleciały gdzieś wysoko ponad nasze głowy i jak słomki na wiosnę zapadły w grabówce szpalery. Wszystkie te kule puszczone &agraye; toute yolée są zawsze pod adresem ciurów i bywały dla naszych jeszcze cięższą boską plagą niż sam marszałek Lefebyre. Jeżeli gdzie w ciasnym miejscu lub na wąskim mostku przechód został zatamowany, a Lefebyre nadjechał, kropił bez litości ogromną trzciną z ogromnego skarosniadego hiszpańskiego ogiera les yilains brosseurs i kantynierki. którym także właściwych nazwisk nie szczędził. Znały go też ciury, znała niewieścia konnica. Na jego pierwsze sacrrr... rozwijała się jakby z kłąbka splątana ciżba, którą nieraz i czoło kolumny starej gwardii rozsunąć nie zdołało. Są wszędzie arcyksiążęta. arcybiskupy. w Galicji jest nawet arcystolnik. ale nigdzie nie ma arcyciury — a tym powinien być par droit de conquete et par droit de naissance mój Onufry. Wysoki, pleczysty. chciwy łupu, skory do kieliszka równie jak i do bójki, kiedy odbierał rozkazy, wyprężał się jak struna, brzuch w tył, pierś naprzód, stawał skosem jak pizańska wieża. Odpowiedź jego była zawsze: „Słucham.” Bał się kozaków jak diabeł święconej w^ody. Wszystko to kazało wnosić z niejaką pewnością, że był kiedyś w rosyjskiej służbie i że nie dopełnił potrzebnych formalności przy podaniu swojej dymisji. Jeżeli kto schylony nad jakim hauptmanem lub praporszczykiem, co już nigdy nie ujrzy ojczystej zagrody, ściąga z niego to. co ściągnąć właśnie nie zdołali koledzy, albo sylabizuje po szwach i zakładach najmniejszej odzieży, czy nie doczyta się gdzie zaszytego dukata lub talarka, to pewnie Onrfry. Jeżeli kto szuka furażu nie w stajnie, nie w stodole, ale po kufrach i szufladach, to pewnie Onufry. — W Dreźnie przyjąłem go i tydzień nie minął, już stał się powodem niemałego dla mnie kłopotu.
Powiem, co się stało, bo też ja nie mam innego celu pieląc trzy po trzy, jak tylko bawić się, niby dziecko wolantem. wspomnieniem lat przeszłych. przerzucać obrazki, których mniej więcej każdy nagromadzi w skarbunkę swojej pamięci. Ale chcąc śpiewać „Achilla gniew zgubny”, muszę zastanowić się pierwej, czy mam przedstawić nagą prawdę, czyli też — pożyczając jej tła — zarzucić je kwiatami fantazji. — Prawda w oczy kole. może ukłuć i w uszy. o tym każdy opowiadający pamiętać powinien: ale znowu z drugiej strony uganiać się zawsze za kwiatami i tylko za kwiatami. nimi tylko sypać, nimi zdobić i stroić, strach, by się nie zdarzyło, że ołtarz niewart ozdoby albo ozdoba niegodna ołtarza.
Prawda tylko piękna! prawda, prawda — wielkie słowo. Ale z prawdą jak z ogniem: grzeje, ale i pali razem. Oby to chcieli poznać i pamiętać ci, co się weredykami lubią nazywać. Stąd szukają zalety i chluby. Niejeden z nich chełpliwie wywołuje: — Powiedziałem mu prawdę, aż mu w pięty poszło. — Brawo! Ciąłeś jak chirurg, wpuszczałeś sondę w ranę bez względu na boleść chorego. Ale czyż to cięcie było koniecznie potrzebnym? Miałżeś zaraz. w drugim ręku gojący balsam? To pytanie... tak jest, wielkie pytanie, równie jak i to. czy ta prawda, która wciskasz w głąb serca, którą mącisz myśl swobodną, którą jak drugi los wytrącasz z dawnej, a rzucasz w nową kolej, którą zgniatasz czasem całe życie duszy, zgniatasz na miazgę jak owe jagodę, co ci padła pod stopę i której potem już jeden Bóg tylko może wrócić dawny kształt, dawne jądro, dawną barwę: czy ta prawda — mówię — jest istotną prąwdą? Czy nie jest owocem twojego tylko własnego rozumowania. rozumowania podległego błędom, bo lubo weredyk, nie jesteś niczym więcej jak człowiekiem.
A jeżeli jeszcze twój wyrok ozłacasz przyjaźnią, wzmacniasz ufnością w nią tego. co się wije pod twymi razami, jeżeli nie rozważyłeś wprzódy, czy wyjawienie owej mniemanej a bolesnej prawdy jest nieodzownie potrzebnym. czy nareszcie masz w ręku środki zaradcze — wtedy jesteś bez serca, bo się pastwisz: bez rozumu, bo działasz bez celu. Po cóż pozbawiasz mnie utności w siebie i ludziach, jeżeli nieufność nic naprawić nie zdoła? Po co mniesz, zrywasz moje ułudę, jeżeli nikomu szkodną nie była. a rzeczywistość ani mnie, ani komu bądź pomóc nie może? Dlaczego nie dozwalasz mi snu, gdy zadrzymię na szczątkach mego szczęścia lub nadziei moich? jeżeli mi dać lepszego posłania nie jesteś w stanie? Czemu gasisz pochodnią, co mi swoją łuną w daleką przyszłość świeciła, kiedy nie stać cię w twoim ubóstwie na jedne iskierkę? Dlaczego rachujesz mi w ucho wszystkie groty na mnie rzucane, kiedy od nich nie zasłaniasz, a ja uniknąć nie mogę? — Po co? Czemu? Dlaczego? Tysiąc razy jeszcze mógłbym się zapytać, ale zawsze musiałbym odpowiedzieć: Dlatego, bo lubisz pluskać się. przeciągać, rozkoszować w ciepłej kąpiołce zadowolnienia z własnej wyższości, bo lubisz mieć klęczących wkoło siebie, bo wtenczas tylko widzisz się wyższym.
Proszę mi przebaczyć ten, że się tak wyrażę, gwałtowny wybryk przeciw weredykom. Bo taki weredyk stąpił kiedyś na serce moje i zgniótł je raz na zawsze. Przyjaciel — stał się tłumaczem niby opinii powszechnej. Zapewnił mnie, że jestem nienawidzony. — Za co? — nie wiedział, aie tak słyszał: zapewnił, że dążności dzieł moich są potępiane. — Dążności? Jakie? — Nie wiedział, ale tak słyszał. Zapewnił, że ogólnie ganią sposób, jakim dopiero myślę wychowywać syna — i wiele, wiele jeszcze podobnych zapewnień. — Odurzony odkryciem z ust tego, którego przyjacielem być mniemałem, a za tym i o poprzednim zgłębieniu z jeeo strony wątpić nie mogłem — opuściłem ręce i przestałem żyć i pracować dla świata. — Dziwna rzecz. — Niech każdy człowiek w późniejszym wieku spojrzy w życie za siebie, niech dobrze śledzi powody, przyczyny ważniejszych swoich zdarzeń, a ujrzy pewnie jakąś osobistość, która zawsze w jego atmosferze jakby drabant obok niego grawitowała i która zawsze pośrednio albo bezpośrednio, z wiedzą lub bez wiedzy, wywierała swój wpływ na jego zycie — pomimo nawet częstokroć niższego stopnia wiadomości i ukształcenia albo i rozumu naturalnego.
Nie jest wszakże myślą moją ganić rady lub przestrogi rzetelnej życzliwości. napomnienia macierzyńskie szczerej przyjaźni: przeciwnie, szczęśliwym nazwę tego. który zawsze miał je przy sobie w podróży życia, jak owe różdżki wrzosu wzdłuż przepaścistej ścieżki, co niby rękę podają podróżnemu. jeżeli mu się czasem noga z dobrej drogi zesunie.
Ale gdzież mnie, w jaki świat daleki odwiodło to słowo: Prawda. Spinałem się po szczeblach, co się za mną łamały, a teraz jakże wrócić na poziom? — Skoczyć trzeba, nie ma innego sposobu. Skaczę więc równymi nogami do Onufrego, jego kłótni i bójki. Powiem prawdę, rzuciwszy wszakże na nią lekką gazę przyzwoitości, na jaką stać tylko może starego ułana.
Jednego wieczora, było to w Saksonii, w Dreźnie, w oberży „Pod Jeleniem”, gdzie stałem kwaterą, Onufry poszedł do Rezli, sztubmedli i zawołał czystą niemiecczyzną:
— Na-top!
Dziewczyna roześmiała się i przedrzeźniać zaczęła.
— Czego się śmiejesz, małpo? — krzyknął luzak po polsku — nie rozumiesz co: Na-top?
Od słowa do słowa, aż boli głowa — powiedziałby pan Jowialski, bo Onufry postąpił sobie nareszcie z Rezlą jak ów gminną piosneczką wsławiony z Małgorzatą Grzegorz, ale Rezla miast zawołać: ..Czegóż?” — walnęła go w łeb lichtarzem. Że zaś świeca w tym razie zgasnąć musiała, ciemnota pokryła tę część historii. Że jednak coś padło z jednej i drugiej strony wątpić nie można.
Kiedy to wszystko działo się na dole, ja na drugim piątrze spokojnie kończyłem wieczerzę z kolegą kapitanem Maciejowskim. Rozmawiamy sobie o tym i o owym, wtem... otwierają się drzwi i Onufry wpada. Twarz zarydzona, nozdrza sapiące, kawał knota na czole powiadały nam wyraźnie, że walka była gdzieś stoczona i że spieszny odwrót ma miejsce. Nim jeszcze słowo mogło być wyrzeczone, wbiegł hausknecht ze świecą w ręku, a za nim sam pan gospodarz.
— Wo ist er?
— Da stehl er.
I już luzak wziął w papę, aż nosem pociągnął. Wtenczas to wymknęło mi się, co się tak łatwo z ust polskich w podobnym razie wymyka: — A walże! — Nie potrzeba było mówić dwa razy. Onufry jak Niemca utnie... Ach, co za szkoda, że dla przyzwoitości stylu nie mogę powiedzieć: jak utnie w pysk! — bo w tym, acz gminnym wyrazie leży tyle prawdy, tyle nawet naśladowczej harmonii, ale nie wypada, nie można, więc powiadam: Onufry jak utnie Niemca gdzieś między nosem a uchem... aż szyby brzękły: Schön! Niemiec zwinął się, zatoczył i chylcem, zygzakiem jak lis postrzelony leciał, leciał i aż w przeciwnym rogu padł na kanapę. A nim się zerwać zdołał, już Onufry leżał na nim. Jeżeli kto aby raz w życiu widział niedźwiedzia idącego w hurku, kiedy schwyci pod siebie jednego z kundli, a kiedy mu drugi tymczasem szarawary skubie, łatwo wystawi sobie walczącą grupę. Hausknecht krzycząc wniebogłosy usiłował ściągnąć ze swojego pana zajadłego nieprzyjaciela, ale jedną tylko ręką, bo w drugiej trzymał świecę, a świeca kosztuje einen Groschen... a on za świecę odpowiada... porządek przed wszystkim.
Chwyciłem go nareszcie za kołnierz i nogą za drzwi pchnąłem, zostawiając wolny bieg sprawiedliwości. Wkrótce jednak zląkłem się, bo Sas już głosu nie puszczał, zląkłem się, czy przypadkiem za mocne uderzenie nie strąciło filigranowego niemieckiego karku. Zawołałem: — Dość tego! — i w mgnieniu oka stał przede mną Onufry, brzuch w tył, pierś naprzód, skosem jak pizańska wieża. Pan gospodarz podniósł się, kręcił się w kółko i byłby pewnie do drzwi nie trafił, gdybyśmy mu nie byli w tym względzie przyszli na pomoc.
Skończył się akt pierwszy. Ale cóż dalej? Otwierano i zamykano z trzaskiem i hałasem ledwie nie wszystkie drzwi w całym domu... biegano po schodach i gankach... Oczywiście chmura się zbierała. My zaś, już wpół rozebrani, wzięliśmy czym prędzej mundury na siebie, pałasze do boku, kapelusze na głowy. Nie można było bowiem ręczyć, czy lokatorowie, po większej części krajowcy, nie zechcą przekroczyć praw gościnności, czy nie chwycą sposobności bicia albo i ubicia francuskich oficerów. Sasi nas nie lubili, i nie tylko że nie lubili, ale byliby chętnie całą naszą armią z Cesarzem na jej czele w łyżce wody utopili, gdyby tylko mogli byli taką łyżkę znaleźć. Nie ma się czemu i dziwić. Ów ciągły menuet wojsk wszystkich narodów od Portugalczyka do Czerkiesa, od Neapolitańczyka do Lapończyka po całej pięknej Saksonii nie mógł ich ani bawić, ani uszczęśliwiać. Byliśmy w kraju arcynieprzyjacielskim. o tym trzeba było zawsze pamiętać i o tym nie zapomnieliśmy teraz, stojąc frontem ku drzwiom, za którymi coraz liczniejsze, coraz burzliwsze i coraz bliższe wznosiły się głosy.
Niepewność często nieznośniejsza od złego. Otwieram więc drzwi i obraz godny pęzla Hogartha widzę przed sobą. Kilkanaście osób różnego wieku i różnej płci w nocnym stroju, czyli raczej rozstroju, w szlafmicach, pantoflach (szlafroków nie było), świece w rękach, a gdzieniegdzie i kij, błędne i drżące z gniewu i trwogi wlepiało we mnie wytrzeszczone oczy. Nie tracę czasu... korzystam z pomieszania i jak Bonaparte dziewiętnastego brumaire do Rady Pięciuset wstępuję do sieni. A żółty krawiec stojący na przedzie mógł był zawołać jak Arena: „Ici, des sabres!” — Wstępuję do sieni i odzywam się grzmiącym wprawdzie głosem, ale mało co lepszą niemiecczyzną jak przed chwilą mój Onufry:
— Idę do komendanta placu oznajmić, że tu w tym domu napadnięto kwaterę oficerów sztabu cesarskiego. Rzekłem, spuściłem pałasz po ostrogach... szeregi się rozstąpiły... a ja z brzękiem i szczękiem tryumfalnie zszedłem ze schodów. W samej rzeczy chciałem uprzedzić komendanta... nie zastałem go... czekałem... chodziłem, sam nie wiedząc, co robić... nareszcie po godzinie czasu wróciłem do domu — wszystko było cicho.
Nazajutrz postawiono nam kawę. Nie spieszyliśmy się do niej. Spojrzeliśmy po sobie. Jeden zagwizdał, drugi zaśpiewał, jeden powąchał, drugi skosztował...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora.