Testament heiligenstadzki

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych


Testament napisany w Heiligenstadt • Ludwig van Beethoven
Testament napisany w Heiligenstadt
Ludwig van Beethoven
Heiligenstadt, 6 października 1802 r.
Wikipedia
Zobacz w Wikipedii hasła Testament heiligenstadzki

O, moi bliźni, którzy uważacie mnie albo i opisujecie jako nieprzyjaznego, opryskliwego czy nawet mizantropa, jakże ogromną czynicie mi krzywdę! Nie znacie bowiem ukrytej przyczyny, dla której takim się Wam wydaję. Już od dzieciństwa moje serce i duszę przepełniała czułość i dobroć i zawsze gotowy byłem nawet do wielkich czynów. Ale pomyślcie tylko, przez ostatnie sześć lat cierpię na nieuleczalną chorobę, którą pogorszyli jeszcze nieumiejętni lekarze. Z roku na rok stopniowo gasła nadzieja na wyleczenie i w końcu muszę spojrzeć w twarz trwałemu kalectwu (którego wyleczenie może potrwać lata albo w ogóle okazać się niemożliwe). Choć obdarzony namiętnym i żywym temperamentem, rozlubowany nawet w rozrywkach życia towarzyskiego, wkrótce musiałem szukać samotności i żyć w odosobnieniu. Jeśli czasem wolałem lekceważyć swą ułomność, ach, niestety, jakże okrutnie powściągało mnie wówczas tym żałośniejsze poczucie słabości mego słuchu. Nie mogłem się jednak zdobyć na powiedzenie ludziom: "Mówcie głośno, krzyczcie, bo ja jestem głuchy!" Niestety, jakże mógłbym się przyznać do przytępienia zmysłu, który u mnie powinien być rozwinięty daleko bardziej, niż u innych ludzi, zmysłu, którym niegdyś władałem perfekcyjnie, do takiego stopnia doskonałości, jakim w moim zawodzie władają i kiedykolwiek władali nieliczni. - Ach, tego zrobić nie mogę; wybaczcie mi więc, jeśli zobaczycie kiedy, że unikam Waszego towarzystwa, którym zwykłem się radować. Co więcej, cierpię z powodu mojego nieszczęścia podwójnie o tyle, o ile prowadzi ono do fałszywych sądów na mój temat. Nie dla mnie wytchnienie w towarzystwie ludzi, wykwintne rozmowy, wzajemne zwierzenia. Muszę żyć zupełnie sam, a do towarzystwa zakradać się mogę tylko wtedy, gdy wymaga tego konieczność; muszę żyć jak wyrzutek. Jeśli pojawiam się w towarzystwie, przytłacza mnie palący niepokój, że ryzykuję, iż ludzie zauważą mój stan. I tego to nauczyło mnie ostatnie sześć miesięcy spędzone na wsi. Rozsądny lekarz, radząc, bym oszczędzał słuch, na ile to możliwe, do pewnego stopnia umocnił mnie w mojej naturalnej skłonności, choć niekiedy folgowałem instynktownemu pragnieniu ludzkiego towarzystwa, pozwalałem sobie nawet ulegać pokusie szukania go. Ale jakże czułem się upokorzony, kiedy ktoś stojący obok dosłyszał z oddali dźwięk fletu, a ja nie słyszałem nic, lub też jeśli ktoś dosłyszał śpiew pastuszka, a ja znowu nic nie słyszałem - Takie rzeczy przyprawiają mnie niemal o rozpacz i już chciałem położyć kres swojemu życiu - jedyna rzecz, jaka mnie powstrzymywała, to moja sztuka. Naprawdę bowiem wydawało mi się niemożliwe opuścić ten świat zanim stworzę te wszystkie dzieła, które czuję, że muszę skomponować; i tak wlokłem tę nieszczęsną egzystencję - naprawdę nieszczęsną, zważywszy, że ciało mam tak wrażliwe, że każda dość nagła zmiana może z najlepszego nastroju wtrącić mnie w najgorszy - Cierpliwość - oto cnota - jak mi mówią - którą muszę teraz obrać sobie za przewodniczkę; i mam ją teraz; mam nadzieję, że wytrwam w postanowieniu, aby wytrzymać do końca, aż nieubłagane Parki zechcą przeciąć tę nić; może stan mój się poprawi, a może nie; w każdym razie nie buntuję się już - W wieku dwudziestu ośmiu lat musiałem zostać filozofem, choć nie było to łatwe; jest to bowiem, zaprawdę, trudniejsze dla artysty niż dla kogokolwiek innego - Boże Wszechmogący, który widzisz sekrety mej duszy, Ty znasz moje serce i wiesz, że pełne jest miłości dla ludzi i pragnienia, by czynić dobro. Och, moi bliźni, kiedy pewnego dnia to przeczytacie, pamiętajcie, żeście mnie krzywdzili; i niechaj jakiś nieszczęśnik znajdzie pociechę w myśli, że spotkał innego, równie nieszczęsnego, który, niezależnie od wszelkich przeszkód narzuconych mu przez naturę, uczynił jednak wszystko, co w jego mocy, by wznieść się w szeregi szlachetnych artystów i istot ludzkich. - A Wy, moi bracia, Karlu i [Johannie], kiedy umrę, poproście w moim imieniu profesora Schmidta, jeśli będzie jeszcze żył, aby opisał moją chorobę, i dodajcie ten spisany dokument do jego raportu, bym przynajmniej po śmierci mógł pojednać się ze światem, na ile to możliwe - Jednocześnie niniejszym wyznaczam Was obydwu spadkobiercami mojej skromnej własności (o ile mogę to tak nazwać) - podzielcie ją między sobą sprawiedliwie, żyjcie w zgodzie i pomagajcie sobie wzajemnie. Wiecie, że już dawno przebaczyłem Wam krzywdę, jaką mi wyrządziliście. Jeszcze raz dziękuję, przede wszystkim mojemu bratu Karlowi, za uczucie, jakie mi okazał w ostatnich latach. Moim życzeniem jest, abyście mieli lepsze i bardziej beztroskie życie, niż ja miałem. Napominajcie swoje dzieci, by były cnotliwe, tylko bowiem cnota może człowieka uczynić szczęśliwym. Pieniądze tego nie potrafią. Mówię z doświadczenia. To cnota była mi oparciem w niedoli. To dzięki cnocie, a także sztuce, nie skończyłem ze swoim życiem przez samobójstwo - żegnajcie i kochajcie się nawzajem. - Dziękuję wszystkim moim przyjaciołom, a szczególnie Księciu Lichnowskiemu i profesorowi Schidtowi'. Chciałbym, żeby któryś z Was zatrzymał instrumenty Księcia Lichnowskiego, jeśli to nie doprowadzi między Wami do kłótni. Ale gdyby miało to przynieść większy pożytek, po prostu je sprzedajcie; a jakże będę szczęśliwy, jeśli leżąc w grobie wciąż będę mógł się Wam przydać. - Cóż, to już wszystko - radośnie idę na spotkanie śmierci - gdyby przyszła, zanim zdążę rozwinąć cały swój talent artysty, wówczas, mimo że mój los jest tak ciężki, przyszłaby za wcześnie, toteż bez wątpienia chciałbym odsunąć jej przyjście - Choćby nawet i tak, powinienem być zadowolony, bo czyż nie uwolni mnie wtedy od nieustannego cierpienia? Przybywaj więc, Śmierci, kiedy chcesz, a ja z odwagą wyjdę ci naprzeciw - Żegnajcie, a kiedy już umrę, nie zapominajcie zupełnie o mnie. Zasługuję na to, abyście mnie wspominali, bo przez całe życie często o Was myślałem i starałem się czynić Was szczęśliwymi - Bądźcie szczęśliwi -


Ludwig van Beethoven


Dla moich braci Karla i ... [Johanna]

Do przeczytania i wykonania po mojej śmierci -


Heiligenstadt, 10 października 1802 - I tak Was opuszczam - i, co więcej, dość żałośnie - tak, nadzieję, jaką żywiłem - nadzieję, którą tu przywiozłem, na wyleczenie przynajmniej w jakimś stopniu - tę nadzieję muszę teraz już zupełnie porzucić - Tak jak te jesienne liście spadają i więdną, tak samo - zwiędła dla mnie ta nadzieja. Odjeżdżam stąd - niemal w tym samym stanie, w jakim przyjechałem - Nawet ta szczytna odwaga, która często dodawała mi otuchy w piękne letnie dni - zniknęła. Ach, Opatrzność - proszę Ją o bodaj jeden dzień czystej radości - Od tak dawna nie odbrzmiewa we mnie echo prawdziwej radości - Kiedy, ach, kiedy, Boże Wszechmogący, będę mógł znów to echo usłyszeć i odczuć w świątyni natury i w zetknięciu z człowiekiem - Nigdy? - Nie - To byłoby zbyt straszne.

[edytuj] Pierwsza strona:

Pierwsza strona Testamentu heiligenstadzkiego