Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom II.djvu/049

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została uwierzytelniona.


iż jego klasycznie piękną twarz otacza aureola ognista.
Z bijącem sercem, z wytężoną uwagą, śledziła Tullia jego ruchy. On pochylał od czasu do czasu głowę, składając i rozkładając ręce.
Po jakimś czasie odezwał się głosem tak donośnym, świeżym, jakby nie lat sześćdziesiąt kilka, lecz dwadzieścia liczył.
— Bóg mój i przodek usłuchał twojej prośby, życzliwy zawsze dla tych, którzy się do niego z wiarą zbliżają. Ukorz się przed jego dobrocią!
Gdy Tullia, ująwszy płaszcz, zarzuciła go na głowę, otworzył wąż, zawieszony na szyi proroka, paszczę i równocześnie zaszeptał stłumiony, bezdźwięczny głos, wydobywający się jakby z pod ziemi:
„Rzeczą mężnej niewiasty usunąć przeszkody, które stoją na drodze jej szczęścia. Tylko odważnym sprzyjają demonowie. Wracaj do domu, bacz na swoje otoczenie i nie lękaj się śmiałego czynu, gdy go dobro twoje od ciebie zażąda“.
Znów buchnął szeroki płomień, zadudnił grzmot, zwarła się zasłona — i prorok znikł nagle, jak się ukazał.
Gdy Tullia zdjęła z głowy płaszcz, zalegały salę cisza i zmroki różowe.
Drżąca, odurzona tem, co widziała i słyszała, złożyła u stóp ołtarza pieniądze i opuściła pałac Rutiliona.
Zakapturzony mężczyzna otarł się o nią w przedsionku.